Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korwin-Mikke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korwin-Mikke. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 grudnia 2009

Banda czworga

Przeczytałem ostatnio tekst Edmunda Dantesa Chłopcy do bicia III RP. Poczułem się w istotny sposób urażony. Tekst zawiera socjalistyczne projekcje na temat gospodarki wolnorynkowej. Najlepsze, że nie pierwszy raz PO kojarzona jest właśnie z takim dzikim kapitalizmem, którego de facto oni nie wyznają. Skojarzenie wolnorynkowej - i co by nie mówić, zdrowej - gospodarki z jakimkolwiek popieraniem PO to błąd w rozumowaniu. Na nim opiera się cały przywoływany tekst. W założeniach mamy do czynienia z następnym błędem logicznym. Tworzy się tutaj fałszywą dychotomię między PiS a PO, jakoby te ugrupowanie miałyby się od siebie znacząco różnić. To powielanie propagandowej tezy, gdzie z jednej strony są rycerze światła, a z drugiej bestie do zwalczenia. Kto zajmuje tam jaką rolę, zależy od sympatii, czy skierowane w kierunku PiS, czy też PO.

Śmiem twierdzić, że to uleganie medialnej propagandzie. PO bowiem ekonomicznie leseferystyczna nie jest. Podnosi podatki i wprowadza nowe, rozmnaża biurokrację itd. Ta rzekoma wolnorynkowość PO wynika z tego, że sami sobie nadali miano "liberałów", co w naszym kraju ma jasne konotacje. Wypadałoby spojrzeć na sprawę trzeźwo. Czy w ogóle partie obecnego politycznego głównego nurtu różnią się w taki znaczący sposób?

Swego czasu ukuto termin "banda czworga". Chodziło o to, że poszczególne partie w głównym nurcie polityki praktycznie się od siebie nie różnią. Owszem, można wymieniać, że jedni zrobili to, drudzy tamto, jeszcze inni jeszcze coś innego. Ale czy nie są to tak mało znaczące liczby jak dziesiąte miejsce po przecinku? Wypada się zatem zastanowić, czy banda czworga naprawdę istnieje, czy nie jest jedynie chybioną myślą Janusza Korwin-Mikkego?

Zobaczmy, co poszczególne ugrupowania myślą o niepodległości Polski. Jak przyszło co do czego to wszystkie bez wyjątku poparły Targowicę bis. Wiadomo po von Thusku nie należało się spodziewać niczego innego, w końcu swego czasu pisał, że polskość to nienormalność. Pokładano jednak nadzieję w Kaczyńskim. Ten odmieniał "Polska" przez wszystkie przypadki. A jak przyszło co do czego, to za traktatem degradującym nasze państwo do Nadwiślańskiej Europejskiej Republiki Socjalistycznej bez wahania zagłosował. Można tu rozważać, kto jest większym łgarzem. Taki von Thusk czy Al-Kwaski jasno mówili, w jakich to organach mieli Polskę. Przyznawali to przynajmniej bez ogródek. Taki Kaczyński natomiast... mydlił oczy narodowo-katolickiemu elektoratowi, żeby od jego partii się nie odwrócił. Wiadomo potem, co zrobił; doprowadził do kasacji państwa polskiego.

Wszystkie obecne w głównym nurcie ugrupowania są za tym, żeby Polska była zależna od woli większych decydentów. Kiedyś była Moskwa, teraz mamy Brukselę. Stare powiedzenie mówi, że historia się kołem toczy. Po środowiskach postkomunistycznych i udeckich niczego innego się spodziewać nie można było, przecież jedni wywodzą się z natolińczyków, a drudzy z puławian. PiS, rzekomo taki za niepodległością, okazał się od nich niczym nie różnić.

A kwestie światopoglądowe i obyczajowe? Wszystkie partie obecne w parlamencie, zatem mające wpływ na prawną rzeczywistość, są za modernizmem w tej dziedzinie. O postkomunistach czy udecji wypowiadać się tutaj nie ma po co, bo jaki koń jest, to każdy widzi. Teraz, czy PiS się tak od nich różni? Przecież światopogląd Kaczyńskiego to ROAD pomieszany nieco z antykomunizmem. On nie pozwoli, żeby partia pod względem światopoglądowym za bardzo skręciła na prawo, ponieważ kłóci się to z jego lewicowymi przekonaniami w tej dziedzinie (nie tylko zresztą). Trzeba być jednak na tyle konserwatywnym, żeby niszę narodowo-katolickiego elektoratu utrzymywać. Przy okazji nie należy doprowadzić do sytuacji, w której ci ludzie pójdą i zagłosują na jakąś inną partię. Jawny światopoglądowy permisywizm do tego mógłby doprowadzić. Tak to się go chowa pod dywanem. Z tego powodu mało kto krzyczy, iż król jest nagi - poza nielicznymi niezależnymi obserwatorami. Nikt również nie zwraca uwagi na to, dlaczego Kaczyński zwrócił się w kierunku takiego, a nie innego elektoratu. Nisze były już zagospodarowane. Gdyby miał lepszy refleks, to dzisiaj pewnie oglądalibyśmy go jako mędrca z namaszczenia Gejety Wyborczej. Ludzie interesują się jednak partyjniactwem, a nie polityką. To, co było dwa tygodnie temu, już się nie liczy. A początek lat dziewięćdziesiątych... przecież to tak odległe dzieje jak egipskie piramidy.

Jeżeli ktoś potrzebuje empirycznych dowodów, to niech przyjrzy się jak to PiS głosował na przykład w sprawie kary śmierci. Wtedy nawet tego nie poczynił, ponieważ cały klub parlamentarny opuścił salę obrad. W przypadku poprawki do ustawy zasadniczej lansowanej przez Marka Jurka doszło do wyłamania się części posłów PiS, w efekcie to upadło. Wspomnieć wypada również o wypowiedziach Nelli Rokity czy Kluzik Rostkowskiej na temat aborcji. No i jak tu nie mówić o bandzie czworga? Zarówno Tusk, Kaczyński jak i Napieralski myślą o tym tak samo.

Na zakończenie zostają względy gospodarcze oraz konstrukcja państwa. Wszystkie obecne w parlamencie partie zgadzają się na to, że ma być podatek dochodowy. Nie ważne, czy to liniowy, czy progresywny, to jest w tym przypadku drugorzędne. Tak samo wszystkie uważają, że powinien być przymus szkolny czy ubezpieczeniowy. Oni myślą, że państwo powinno bezpośrednio ingerować w gospodarkę, są zwolennikami państwowych przedsiębiorstw. Uważają, że gospodarka powinna być reglamentowana w jak największym stopniu. Jednym z najbardziej widocznych skutków ich rządów jest przyrost biurokracji w tempie geometrycznym. Obecnie mamy tego ponad dwa razy więcej niż w PRL. Wszystkie partie obecne w głównym nurcie to zwolennicy państwa socjalistycznego z państwowymi monopolistycznymi molochami, takowymi służbą zdrowia, ubezpieczeniami, szkolnictwem, opieką społeczną itd. Nikt nie twierdzi, że można inaczej. Przecież na państwo mogą składać się armia, policja, sądy, system penitencjarny oraz podstawowa infrastruktura.

Wszystkie obecne tam partie popierają również proporcjonalną ordynację wyborczą oraz model kohabitacji. Nikomu nie zależy, żeby wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze - to już lepsze niż to, co mamy obecnie, chociaż nie bez wad - oraz republikę prezydencką. Ale nie... to by zagroziło interesom obecnych partii, więc się tego nie zrobi.

Patrząc na to wszystko. Mamy jednym słowem bandę czworga i nie jest to żaden wymysł z kosmosu. Ktoś mi powie, że i tak trzeba głosować na PiS? A czy za systemu sprzed roku 1989 opłacało się bardziej głosować na SD czy ZSL niż na PZPR? Chyba nie. Tak więc głosując na partie obecne obecnie w parlamencie popiera się tą bezkształtną magmę. Oni tam siedzą już dwadzieścia lat i nic pozytywnego nie zrobili. Wszystko zostało wręcz zaprzepaszczone. No i jak można takich ludzi popierać, widząc jeszcze w części z nich ostatnich sprawiedliwych?

środa, 24 czerwca 2009

Sprawa pewnego zaszczytu - polemika z Januszem Korwin-Mikke

Uważam siebie za skromnego bloggerem. Więcej, nie mam żadnych aspiracji stać się opiniotwórczym, który spędzałby sen z powiek elitom politycznym. Zajmuję się tym wszystkim nie jako "po godzinach" i nawet nie liczę na to, że jakiś znany w środowisku publicysta zechce z moimi tezami polemizować. A jednak... Najwyższy Czas! kupuję ostatnio nieregularnie tak, co dwa trzy tygodnie z reguły. Dzisiaj tknęło mnie i postanowiłem w pobliskim salonie prasowym nabyć. No i co ja tam znalazłem? Janusz Korwin-Mikke podjął polemikę z moim jednym starszym tekstem na temat swoich przekonań. Chodzi tutaj konkretnie o felieton Walka na obie strony opublikowany, rzecz, jasna w ostatnim numerze NCz!. Postanowiłem przyjąć rękawicę i zmierzyć się z tym.

No i co tam znajdujemy?

Często obrywam za "radykalizm". W rzeczywistości jestem centrowcem (...) UPR ma w gruncie rzeczy program centrowy. Bici jesteśmy (np. przez "postępowców"), za to że podkreślamy rolę Wiary, a także Tradycji - natomiast przez reakcjonistów za to, że bynajmniej nie popieramy we wszystkim Kościoła rzymskokatolickiego. I podobnie w innych dziedzinach.

Jeżeli chodzi o centrum, to jest z nim, jak w pewnym dowcipie o zwierzętach. Lew, ich król, kazał po prawo stanąć zwierzętom mądrym, a po lewo pięknym. W środku została żaba. Lew się jej zapytuje, dlaczego nie pójdzie na jedną ze stron. Żaba odpowiada, że jest zarówno mądra jak i piękna. Podobny paradoks ma centrum. W polityce to trochę wzięte z jednego, a trochę z drugiego, więc to taki miszmasz, pozszywane kawałki, które do siebie nie pasują. Mamy takie chimery, które jakoś - mimo wszystko - funkcjonują.

To zatem jak jest z centrowym charakterem poglądów Janusza Korwin-Mikkego. Jeżeli jest centrowcem, czy tam centrystą, to względem jakiego układu odniesienia? Czy jest nim wspomniany "reakcjonizm-postępowość", czy jakiś inny?

Poza tym z reguły mój interlokutor wypowiadał się na temat prawicy, więc jego klasyfikacja swoich własnych przekonań budzi co najmniej moje zdziwienie.

Otóż to absurd. Liberalizm (klasyczny) oczywiście i socjalizm to niemal przeciwieństwa. O wiele łatwiej z socjalistami dochodzą do ładu konserwatyści (przykładem są konserwatyści w PiS), nie wierzący w jednostkę, lecz w "Naród" lub, co gorsza, w "Społeczeństwo".
{Kirker} tego nie zauważa - i brnie dalej


Czy liberalizm (klasyczny) i socjalizm są przeciwieństwami? Obydwie są ideologiami wyrosłymi z Oświecenia. Z punktu widzenia ewolucji systemów polityczno-prawnych można je przeciwstawić konserwatyzmowi, a nie sobie wzajemnie, przy tym konserwatyzm będzie tam prawicowy, a liberalizm wespół z socjalizmem - lewicowy. Do tego, że współczesna lewica stanowi pochodną oświeceniowego liberalizmu można dojść, analizując jej postulaty. A skąd się wziął na przykład antyklerykalizm komunistów czy współczesnej socjaldemokracji? Z niczego innego tylko klasycznego liberalizmu. Ten bowiem był wrogi wobec wszelkich form transcendencji. Zamienianie cerkwi na muzea ateizmu czy też państwowy ateizm Francji czy Korei Północnej nie wziął się z kosmosu.

Socjalizm jest ewolucyjnym produktem klasycznego liberalizmu. Wynika to między innymi z jego egalitaryzmu. Poza tym można pokazać stadia pośrednie między liberalizmem a socjalizmem, na przykład socjalliberalizm wymyślony przez Johna Stuarta Milla.

Następną kwestią jest jeszcze podstawowe założenie obydwu systemów. Konserwatyzm wychodzi z założenia negatywnego obrazu natury ludzkiej. Wszystkie doktryny wywodzące się z Oświecenia cechuje gnoza polityczna. Założenie to polega na tym, iż pojedynczy człowiek jest dobry, natomiast cały konstrukt społeczny jest zły, więc wymaga przemodelowania. Pozytywizm antropologiczny jest zatem podstawowym twierdzeniem liberalizmu. Jednostka jest z natury dobra, nie potrzebuje więc żadnych hamulców. Liberalizm zakłada, że człowiek jest w stanie sam z siebie stworzyć nowe normy moralne inne niż niż uprzednio istniejące. Pytanie, czy np. ta nowa moralność może zakładać znaczną redystrybucję państwowych dochodów, a przy tym np. nacjonalizację największych przedsiębiorstw zgrupowanych w trustach? Oczywiście, że może. Liberalizm zakłada przy tej okazji etyczny relatywizm, zatem wszyscy mają rację. Zdanie "państwo powinno nam dostarczać gaz, prąd, energię cieplną" jest tak samo poprawne jak to, że "podmioty prywatne powinny nam dostarczać gaz, prąd, energię cieplną, a państwo jest od zajmowania się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym". Tak samo wszystko można redefiniować: można uznać, że bytami osobowymi są człowiek od drugiego miesiąca życia, świnia, małpy człekokształtne, ponieważ czują ból i mogą sobie to uświadomić (podejście tzw. empatocentryczne), a nie że osobą jest człowiek niezależnie od fazy rozwojowej, w której się aktualnie znajduje (podejście absolutystyczne). Tego typu sztuczki umożliwiają założenia klasycznego liberalizmu. Tak więc liberalizm może stopniowo ewoluować w socjalizm, a dalej nawet w ustrój totalitarny, właśnie ze względu na wspomniane wyżej założenie relatywizmu leżące u jego podstaw.

Czy konserwatyzm wierzy bądź nie wierzy w jednostkę? Konserwatyści unikają absolutyzacji jednostki w przeciwieństwie do liberałów. Zauważają, że ta pojedyncza jednostka siłą rzeczy do jakiś struktur przynależy, czy jest to rodzina, grupa religijna, naród, cały krąg cywilizacyjny. Uważają, że ludzie nie są tam samotnie krążącymi atomami, jak to próbują cały czas udowodnić liberałowie. Klasyk tradycjonalistycznego konserwatyzmu Joseph de Mainstre napisał swojego czasu, że spotykał Francuzów, natomiast nigdy w życiu nie widział Francuza. Zdaniem konserwatystów człowiek żyje w pewnym konstrukcie społecznym, bez którego to nie mógłby w ogóle istnieć. Istnienie człowieka bowiem opiera się na interakcjach z innymi jednostkami w obrębie poszczególnych struktur społecznych.

Konserwatyści dogadujący się z socjalistami - to już jest ciekawostka. Przecież konserwatyzm, jakby wziąć bezwzględnie postulaty - zarówno obyczajowo-światopoglądowe jak i ekonomiczne - stoi w całkowitej sprzeczności w stosunku do socjalizmu. (Nie wychodzę tutaj z podziału filogenetycznego ideologii politycznych, tylko porównywania haseł głoszonych przez dwie wzmiankowane grupy). Konserwatysta zatem nie może się dogadywać z socjalistami, ponieważ nie ma żadnej płaszczyzny porozumienia między tymi grupami, jeżeli chodzi o same postulaty. Chyba, że mamy partię politycznego głównego nurtu, do której lgną najróżniejsze indywidua za przysłowiowym chlebkiem... to wtedy się takie sytuacje mogą zdarzać.

A narodowy socjalizm. To był klasyczny, lewicowy, populistyczny wytwór. Tutaj polecam ostatni tekst "Coś" i lewicowość, gdzie ukazałem tworzenie się takich bytów jak faszyzm, nazizm czy też komunizm w wersji (neo)stalinowskiej. Fakt, część konserwatystów tam przeniknęła jak np. Carl Schmidt. Wielu miało jednak z narodowo-socjalistyczną władzą problemy.

Czy ja pewnych rzeczy nie zauważam, czy się mylę? To już jest inna para kaloszy. Okazuje się, że liberalizm ma dużo wspólnego z socjalizmem - część postulatów np. moralny indyferentyzm i antyklerykalizm. Do tego dochodzi również scjentyzm w obydwu systemach. Poza tym klasyczny liberalizm ma się tak do socjalizmu jak rodzic do swojego dziecka.

Otóż mają się jak ogień i woda. Np. ogień w palenisku i woda w tendrze lokomotywy. Obydwa składniki są niezbędne

Weźmy pod uwagę to, co napisałem wyżej. Podstawą prądów, powiedzmy, oświeceniowych, jest pozytywizm antropologiczny. Konserwatyzm zakłada negatywny obraz natury ludzkiej. Tak więc, jak można jedno z drugim połączyć. Tutaj mamy sytuację taką, jak w logice czy matematyce. W klasycznej arystotelesowskiej logice nie może istnieć rzecz nie będąca ani prawdą, ani fałszem, chyba że przyjmiemy logikę wielowartościową bądź logikę intuicjonistyczną. Po prostu albo jest się za pozytywizmem antropologicznym (i między innymi tym szlachetnym dzikusem ze spuścizny Jeana Jacquesa Rousseau), albo jest się za negatywnym obrazem natury ludzkiej. Tu nie można stanąć sobie w rozkroku i brać raz jedno, a raz drugie. U podstaw wszystkiego muszą być jasne założenia. Jeżeli tych nie ma, to cała doktryna jest niespójna.

Argument z ogniem w palenisku i wodą w tendrze lokomotywy jest na poziomie zabawy słownej z komiksu o Tytusie, Romku i A'Tomku: "pieniądze to grunt, grunt to ziemia, ziemia to matka". Równie dobrze mogłoby być tam napisane o lawach poduszkowych jako fenomenie geologicznym wymagającym zaistnienia wydobywającej się magmy (rzeczony "ogień") oraz wody morskiej (rzeczona "woda").

Jest to o tyle ciekawe, że parę miesięcy później {Kirker} po przemyśleniu dostrzegł, że mam tu rację: lepiej kandydatkę na puszczalską wydać za mąż - to matka najlepiej wie, kiedy... A co do prostytucji - to nawet św. Tomasz z Akwinu był za jej legalizacją. Choćby dlatego, że nie da się jej wyplenić. Taka Tradycja.

W tekście Mea culpa rozwinąłem założenia przyjęte przez Janusza Korwin-Mikkego. Stwierdziłem, iż w przypadku dorosłości dziecka lepiej będzie, gdy będą decydowali rodzice. Zaznaczyłem również, że powinna istnieć możliwość wydania dziecka za mąż. Nie określiłem dokładnie, czy to ma być córka, czy syn. Mój interlokutor w jednym wpisie na swoim blogu wyraził się bardzo precyzyjnie, powołując się przy okazji na Laurę i Petrarkę. Granicę pożycia seksualnego zatem definiowano by dwojako - albo przez określenie dorosłości, albo - ewentualna furtka - przez ożenek potomka. Polecam również tutaj swój ogólniejszy tekst Podstawowa komórka społeczna, w którym również ten problem - co prawda bardziej zdawkowo - został poruszony.

Odnośnie prostytucji i argumentu "a bo tego nie da się wyplenić". Żeby nie bawić się w szczegóły nie da się wyplenić kradzieży, morderstw, czy wobec tego mamy w ogóle jakikolwiek system prawny? Ewentualny argument z rozwojem przestępczości zorganizowanej też tutaj nie działa. Można tutaj wykonać bardzo prosty eksperyment myślowy, żeby udowodnić jego błędność. Najpierw legalizujemy narkotyki i prostytucję, to ta mafia przerzuca się na co innego. Na przykład przejmują całe podziemie aborcyjne oraz dobijają starców za pomocą tzw. eutanazji. Co wobec tego robi władza. Żeby obniżyć przestępczość, legalizuje następne plagi społeczne. Tak to się stopniowo zapętla, aż dochodzimy do takiego punktu, że po co prawo, jak jego nie będzie, to znikną również w ogóle przestępstwa.

{Kirker} nie dostrzega zależności między tymi zjawiskami! Widzi osobno: "że Stasiek, że koń, że drzewo". Nie widzi, że społeczeństwo przestało dbać o etykę, ponieważ wyręcza je w tym aparat państwowy!!! Po co potępiać narkomana, skoro zrobi to państwo (...) Gdyby rodzice wiedzieli, że nikt im nie pomoże, nikt nie będzie "za darmo" leczył ich dziecka, że to oni będą musieli płacić za spowodowane przez nie szkody - to bardzo by tego dziecka pilnowali...

Tutaj mamy do czynienia z podejściem ahistorycznym nie biorącym pewnych zmian pod uwagę. Wspomniałem w tekście, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych miało miejsce zdarzenie określane mianem rewolucji seksualnej. Pewne wzorce zachowań zostały wówczas bardzo mocno spopularyzowane przez popkulturę. W ogóle w tamtym okresie społeczeństwa zostały postawione do góry nogami. Żeby starać się to wszystko wyprostować trzeba pewnych rzeczy zakazywać, bo inaczej cała społeczność się sypie. Przetrącone bowiem zostają jej filary.

Czy za amoralność społeczeństwa odpowiada rozrost aparatu państwowego? I tak, i nie. Rozwój socjalizmu doprowadził do zepsucia społecznego. To jeden z powodów, dla których konserwatyści tacy jak moja osoba welfare state potępiają. To była uwaga dotycząca samej konstrukcji państwa. Teraz dochodzimy do następnej kwestii. Konserwatyści są za tym, żeby państwo było stróżem moralności. Czy więc mogą odpowiadać w ten sposób za amoralność społeczeństwa? Raczej nie. Ludzie jako emergentna suma jednostek są bezmyślni (dlatego też demokracja nie będzie działać) i mają skłonność do akceptowania zastanego systemu prawnego.

Poza tym jakby co, jestem za sprywatyzowaniem tego całego socjału - szkolnictwa, służby zdrowia, ubezpieczeń i opieki społecznej. Państwo bowiem ma inny zakres obowiązków.

Konserwatywny liberalizm opiera się na zasadzie: "Chcącemu nie dzieje się krzywda". Wierzą w nią zarówno konserwatyści jak i (klasyczni) liberałowie

Myślę, że różnice między konserwatyzmem a liberalizmem konserwatywnym jest następujące. Konserwatyści uważają, że wartości moralne mają podstawy transcendentalistyczne, czyli że zostały ustanowione przez Boga. Konserwatywny liberalizm wychodzi z fundamentu ateistycznego. Uważa, że moralność powstała na drodze ewolucji społecznej, szeregu prób i błędów, więc dany system moralny, skoro wypróbowany, to musi być skuteczny. Tak to przynajmniej udowadniali David Hume i Alexis de Tocqueville. Z tego wynika również inna istotna różnica. Konserwatyzm będzie dążyć do państwa katolickiego, natomiast liberalizm konserwatywny do neutralnego światopoglądowo.

Mam wspólnego wroga: socjalizm. Może by przestać się kłócić?

Chyba tam zamiast "mam" powinno być "mamy". Wówczas wszystko by się zgadzało. Bardzo się cieszę, że główny antysocjalista kraju wystawił mi odpowiedni certyfikat antysocjalizmu. A czy przestać się kłócić? Prawica już tak ma, że wewnątrz tego środowiska rozgrywa się wewnętrzna walka ideologiczna. Nie jesteśmy jakimś homogenicznym środowiskiem jak laicka lewica: czym się różni taki Napieralski od Senyszynowej na gruncie ideologicznym?

No i tyle polemiki. Na zakończenie, chciałem stwierdzić, że w życiu nie spodziewałbym się, iż moim blogiem zainteresuje się tak znany publicysta...

niedziela, 10 maja 2009

Odium politycznej poprawności

W czasach, kiedy byłem młodszy, zdarzało mi się jeździć na obozy dla wybitnie uzdolnionej młodzieży. Tego typu imprezy odbywały się z reguły w marcu oraz na przełomie kwietnia i maja, czasem w wakacje. W swoim czasie uchodziłem tam za zręcznego młodego pasjonata zoologii i paleontologii; doszedłem nawet do rangi stypendysty. Zadawałem się z szeregiem młodych ludzi interesującymi się różnymi dziedzinami nauk przyrodniczych i humanistycznych; o wielu z nich nie można powiedzieć inaczej niż że były to jednostki wybitne. Pewnego razu trafił się jednak osobnik, który wyraźnie odstawał. Był to głuchy przygłup wykazujący również problemy z koordynacją ruchową. Wydawało się, że zniknie tak szybko, jak się pojawił. Niestety, stał się elementem pejzażu na kilka ładnych lat. Zarzucaliśmy mu głupotę; fakt, chłopię nie miało nawet najbardziej podstawowej wiedzy z dziedzin, którymi rzekomo się interesowało. Wszystko to był groch o ścianę. Kadra obchodziła się z nim jak z jajkiem. My tego w tamtym czasie nie rozumieliśmy. Pochłonięci byliśmy inną problematyką, zresztą niejednokrotnie dzieje się tak do tej pory.

Jednak w pewnym momencie przyszło olśnienie. Doszedłem do banalnego wniosku. Gdyby wyleciał, jego mamuśka - a była to zadziorna kobieta - pewnie poszłaby z tą sprawą do jakiegoś Nigdy Więcej czy innej organizacji zajmującej się tropieniem przejawów rasizmu, antysemityzmu czy darwinizmu społecznego. Przez szereg lat oni byliśmy związani z organizacją pożytku publicznego. A to już bardzo dużo wyjaśnia. Nie chcieli oni bowiem, żeby jacyś nawiedzeni zarzucali im kierowanie się względami eugenicznymi, przez co mogliby mieć pieniądze z uzyskiwaniem funduszy.

Jakie były podstawy naszych zdziwień i ich działania? Nic innego jak polityczna poprawność. To jest współczesny lewicowy aksjomat, że o pewnych ludziach można wyrażać się tylko dobrze albo wcale. Wynika on z niczego innego tylko marksizmu kulturowego Gramsciego i szkoły frankfurckiej. Polega to na poszukiwaniu nowego proletariatu, którego prawa jakimś dziwnym trafem mają być zagrożone. W obecnych czasach dotyczy do kobiet, LGBT, Żydów, Murzynów oraz niepełnosprawnych. Tutaj nie można wyrażać się źle; dodam, że na wstrętnych katolików oraz własną grupę etniczną można wylewać w tym czasie kubły pomyj. Jakie to przynosi skutki prawne?

Dzięki politycznej poprawności mamy w USA na przykład kwoty rasowe na uniwersytety - to tzw. akcja afirmacyjna. Biednemu Murzynowi łatwiej się dostać na uczelnię niż tak samo majętnemu białemu. Nawet na filmach akcji musi być odpowiednia ilość Negrów. Oburzano się niedawno na Clinta Eastwooda, który nakręcił dylogię o bitwie o Okinawę. Pojawiły się zaraz zarzuty, że nie zagrał tam ani jeden Murzyn. Na cele politycznej poprawności próbuje się już naginać historię. Przecież w żadnej jednostce pierwszej linii w czasie drugiej wojny światowej nie mógł służyć czarny.

Zaczynamy również żyć w istnej Pedolandii oraz doświadczać jej licznych uroków. Gospodarz pensjonatu w Wielkiej Brytanii odmówił parze homoseksualistów łoża małżeńskiego - dodam, że czynił to również w przypadku heteroseksualistów nie będących małżeństwem. Oni, oczywiście, poczuli się wielce obrażeni i zawiadomili odpowiednie instytucje zajmujące się myślozbrodnią. W tamtym kraju w jednej szkole zorganizowano również tydzień LGBT. Chrześcijanie i muzułmanie nie zgodzili się wysłać tam dzieci. Pociągnięto ich za to do karnej odpowiedzialności; zarzut, jaki im postawiono, to nieprzestrzeganie obowiązku szkolnego. "Homosie" pchają się wszędzie, byle tylko były widoczne. Okazuje się również, że mają do gadania w takich rzeczach jak konkursy piękności... dla kobiet. Przecież to absurd, żeby taki zaburzony osobnik miał oceniać, która kobieta jest ładniejsza, a która brzydsza. To tak jakby osoba bez powonienia miała oceniać zapachy perfum lub indywiduum bez zmysłu smaku zostało postawione w roli degustatora win. Z takim jednak oczywistym nonsensem mieliśmy niedawno w USA, kiedy to wojujący pedał wpłynął na wynik konkursu na miss tego kraju.

Co jeszcze zawdzięczamy temu neomarksistowskiemu paradygmatowi? Mamy również równanie na siłę osób niepełnosprawnych. Nie rozumiem prawa, dla którego każdy budynek ma być dostosowany do potrzeb. Moim zdaniem o tym decyduje właściciel, kogo sobie życzy na swoim terenie, a kogo nie. Smutne to może być, okrutne, ale i prawdziwe, dotyczy to również osób niepełnosprawnych. Wyznawca tolerancji mógłby się tutaj wtrącić i zrazu padnie słowo-wytrych, że mamy tutaj do czynienia z dyskryminacją. To w takim razie wydający prawo jazdy dyskryminują osoby niewidome. Dlaczego bowiem nie można uzyskać tego dokumentu z pismem Broglie'a?

Nie rozumiem również sensu istnienia szkół integracyjnych w państwowym systemie szkolnictwa. Wielu psychologów i pedagogów sprzeciwia się tym placówką. Podają oni argument, że tam jest niższy poziom. No i rzeczywiście, jak można próbować intelektualnie upośledzonych i o normalnej inteligencji próbować nauczyć tego samego materiału. Przecież to oczywisty absurd na kółkach! Ten jednak, który to zauważy, zostanie automatycznie wytropiony przez apostołów politycznej poprawności, którzy zarzucą mu różne grzechy, w tym nawet związki z narodowym socjalizmem. Ich argumentacja będzie się sprowadzała do reductio ad Hitlerum. Mimo prymitywności argumentów uprzykrzą życie, a także dostawią człowiekowi łatkę. Przez to miał w świadomości społecznej wizerunek eugenika i/lub socjaldarwinisty.

Czasem lewacy wypominają jeszcze, że osoby niepełnosprawne nie są zachęcane do reprodukcji. A któż to powiedział, że wszyscy mają się obowiązek rozmnażać? Moim zdaniem o takich kwestiach to powinna rodzina decydować. Wynika to natomiast z mojego wcześniejszego wpisu Mea culpa. W przypadku takiego dzieciaka jak w pierwszym akapicie to rodzina by decydowała czy uznaje go za dorosłego i/lub zdolnego do pożycia seksualnego (ergo do rozmnażania się) czy też nie. (Nie wiem, czy to wynika z awersji do tamtego typka, ale na miejscu jego rodziców miałbym znaczne wątpliwości...) No i tak tego typu sprawy powinny być rozwiązywane.

Polityczna poprawność prowadzi do coraz większych absurdów. Pewne tematy stają się tabu. Spróbuj na przykład debatować na temat zależności judaizmu i chrześcijaństwa, jak to czyni ks. Chrostowski, staniesz się antysemitą. Powiesz, że homoseksualizm rozwija się pod wpływem czynników środowiskowych, będziesz homofobem. A na koniec. Podobnie jak JKM skrytykuj szkoły integracyjne? Dostaniesz łatkę eugenika lub darwinisty społecznego. W efekcie kanalizuje się dyskusję, a argumenty zastępuje erystyką i ideologią.

wtorek, 5 maja 2009

Mea culpa

Generalnie stoję różnym mniejszym lub większym lewakom naprzeciw. Raz w życiu zdarzyło mi się w zgodnym chórku z nimi szczekać. W zeszłym roku Janusz Korwin-Mikke opublikował na swoim blogu tekst, który wzbudził wielkie kontrowersje. Zawarta tam teza - o możliwości wydawaniu za mąż dziewcząt - wywołała wręcz wściekłą furię lewactwa różnego kalibru. Zarzucono nawet Korwin-Mikkemu promowanie pedofilii. Ciężko o inny przykład hipokryzji lewicy. Sami w uprawianiu seksu przez dzieci nic zdrożnego nie widzą; chyba, że czyni to ojciec albo ksiądz katolicki - wtedy robią z tego aferę na pół globu.

Postulat JKM wydał mi się z początku egzotyczny, stąd to szczekanie w chórku z lewakami. Moja obecność wśród tych speców od "bezstresowego wychowania" i Jugendammtów raczej powinna dziwić. Argumentacja Korwin-Mikkego w rzeczonym tekście rzeczywiście była słaba - przynajmniej ja tak to odebrałem. Po dłuższym jednak zastanowieniu się nad tym problemem doszedłem do wniosku, że przynajmniej w części autor tekstu miał rację. Tak więc mea culpa. Dodam, że na kanwie tego zagadnienia doszedłem również do innych wniosków, które przedstawię niżej.

Gdy miałem te osiemnaście lat, zastanawiałem się nad paroma kwestiami. Jak to jest, że taki dresik urodzony w styczniu tego samego rocznika, co moja skromna persona, może być traktowany jak dorosły, kiedy jest całkowicie za siebie nieodpowiedzialny. Z kolei - dlaczego ja - mając kręgosłup moralny, mam być kilka miesięcy - stety, czy niestety urodziłem się tego samego dnia, co Napoleon Bonaparte (14 sierpnia) - mam być w świetle prawa kilka miesięcy dłużej traktowany jak dziecko? Takie to miałem fantasmagorie w tym wieku. Mimo braku doświadczenia w wielu kwestiach, wówczas postawiłem bardzo ciekawy problem, jak się później miałem okazję przekonać. A mianowicie, jak w zasadzie do początku dwudziestego wieku decydowano o dorosłości? Tym zajmowali się rodzice. Dopiero w dwudziestym wieku o dorosłości lub też - co jest o wiele lepszym pojęciem w dzisiejszych czasach - pełnoletności, arbitralnie zaczęło decydować państwo.

Wystarczy przyjrzeć się ludziom w pewnym przedziale wiekowym. Jedni już mając około 18 lat są bardzo dojrzali, a inni mając dwadzieścia są bardzo infantylni i za siebie nieodpowiedzialni. Czy państwo zatem trafnie definiuje tą granicę? Oczywiście można kombinować, jak to ją jeszcze bardziej podnieść np. do 21 lat. Jako zwolennik ius naturalis poparłbym inne rozwiązanie. Uważam, że rodzice powinni być w pełni odpowiedzialni za swoje dzieci. Winni decydować o doborze metod wychowawczych - czy piorą tyłek pasem, czy też stosują wychowanie a la dr Spocke, do jakich szkół posyłają i czy w ogóle to czynią, o tym, czy poddają szczepieniu, czy mańkuta uczą pisać prawą ręką et cetera. Tak jak w czasach jeszcze niedawnych powinni mieć możliwość zdecydowania, kiedy ich dziecko jest dorosłe, a kiedy nie. Oczywiście z dorosłością powinny się wiązać takie kwestie jak spożywanie alkoholu i palenie tytoniu, pożycie seksualne, możliwość posiadania broni, tak jak to dzieje się obecnie. Oczywiście przy tej okazji państwo powinno zostać ograniczone do odpowiednich rozmiarów. Nie może być bowiem tak, że rodzic, który uznał dziecko przedwcześnie za dorosłe, mógł pętać się po różnych urzędach po wszelakie zapomogi i zasiłki. Ludzie za swoje czyny powinni w końcu ponosić pełną odpowiedzialność. Widmo biedowania na starość wymusiłoby na ludziach zdrowy rozsądek w tej kwestii.

Teraz jak ja sobie wyobrażam to z punktu widzenia biurokratycznego. Dorosłość niech określa posiadanie paszportu. Innych dokumentów typu dowód osobisty czy prawo jazdy państwo nie powinno wydawać i to niezależnie od tego, czy istnieje ustawowo określona granica pełnoletności czy też nie.

Pojawia się tutaj też pytanie, a co wtedy, kiedy rodzice nie uznają kogoś w ogóle za dorosłego. Moim zdaniem byłyby to marginalne przypadki. Dura lex, sed lex. Prawo nie może być relatywne, mimo że zdarzają się tragiczne wyjątki. To, że skazano na śmierć kogoś nie winnego, nie znaczy na przykład, że mamy sprzeciwiać się karze głównej. Foetus in foeti czy kosmówczak to nie są argumenty za aborcją na życzenie. Tak samo jest i w tym przypadku. Co więcej, unikniemy na przykład konieczności wyrabiania odpowiednich dokumentów osobom upośledzonym intelektualnie bądź chorym psychicznie, ponieważ w takiej sytuacji po prostu nikt racjonalnie myślący nie uzna tychże za dorosłe. Na przykład córkę anorektyczkę czy syna homoseksualistę będą mogli w porę wysłać na leczenie, żeby wybić im te przypadłości z głowy.

W przypadku problemu postawionego jakiś rok temu przez Korwin-Mikkego? Czy rodzice powinni móc wydać dziecko za mąż? Po przeanalizowaniu tego problemu dochodzę do wniosku, że tak - i to powinna być jedyna furtka w sprawie obcowania płciowego. Wyobraźmy sobie sytuację, że rodzice mają córkę blacharę, która lada moment zacznie się puszczać. Przyjmijmy, że była bierzmowana. To skoro taka córunia ma ich w przyszłości zrujnować, to dlaczego nie mieliby prawa wydać jej za mąż i mieć potem święty spokój? Poza tym obecnie też istnieje taka możliwość, że nieletni mogą wziąć ślub za zgodą rodziców. Zmiana prawa z pozytywnego na bardziej skierowane w stronę ius naturalis byłaby w tym wypadku jedynie kosmetyczna. Postulat JKM-a, który wywołał takie sensacje, nie jest zatem aż tak straszny, jak się może wydawać.

Oburzenie lewicy przestaje mnie dziwić. Oni starają się, jak najmocniej wtrącać się w życie rodziny. Każą posyłać dzieci do szkoły - w niektórych krajach za uchylanie się od tego obowiązku grozi więzienie jak w Wielkiej Brytanii (PRL karał tylko grzywną!). Nakazują dzieci szczepić, a niekiedy od tych szczepionek zapadają na różne dziwne choroby - jakoś autyzmu w ogóle nie było przed wprowadzeniem przymusu szczepień. Walczą z karceniem dzieci przez rodziców, którzy w końcu chcą dla nich dobrze. Dlatego każde zwiększenie odpowiedzialności rodziców za dzieci będzie przez lewicę źle odbierane. Prawica konserwatywna skojarzyła ten postulat z pedofilią, no i dlatego miała pretensje do Janusza Korwin-Mikkego, który w sumie nie stwierdził nic zdrożnego.

O wprowadzeniu takiego prawodawstwa, jak wyżej opisywane przeze mnie, czy przez Korwin-Mikkego, można jednak tylko podyskutować. Nie ma obecnie odpowiednich warunków ku temu, aby je wprowadzić.

poniedziałek, 22 września 2008

O ideologii Janusza Korwin-Mikkego słów kilka...

Kiedyś popierałem UPR, nawet oddałem głos na tą partię. Teraz jestem coraz bardziej w stosunku do nich sceptyczny. Owszem, wiele elementów programu mają dobrych jak zmniejszenie obciążeń fiskalnych, liberalizacja gospodarki, możliwość posiadania broni palnej przez cywili. Napisałem jakiś czas temu tekst poświęcony samej partii pana Janusza. Rozprawiłem się również z doktryną polityczno-prawną określaną mianem konserwatywnego liberalizmu. Uznałem jednak, że one nie wyczerpują w całości tematu. Sam Janusz Korwin-Mikke stanowi bowiem taki fenomen, że jego poglądom należy poświęcić całkowicie odrębny tekst. To jest naprawdę ciekawy okaz, którym wypadałoby się zająć oddzielnie, mimo że wielu konserwatywnych liberałów to tak naprawdę jego kalki. Stanowi to dodatkową motywację, żeby to swoiste zjawisko na polskiej scenie politycznej właśnie w ten sposób przeanalizować pod względem reprezentowanych przezeń ideologii.

Można by wytknąć tutaj typowe błędy popełniane przez liberalizm konserwatywny, jak próba pogodzenia dwóch przeciwstawnych postaw, co prowadzi do tworzenia bytów chimerycznych, które w jakiś sposób przeżywają. Janusz Korwin-Mikke to chimera jednak wręcz niebywała. Swojego czasu wykluczał się z niejakim Centrystą, że centrum to takie nie wiadomo, co; użył również argumentu z organizmami chimerycznymi. Sam nie miał jednak najprawdopodobniej odwagi spojrzeć sobie głęboko w lustro.

Dlaczego o tym piszę?

Poglądy Korwin-Mikkego to połączenie dwóch doktryn polityczno-prawnych z przeciwstawnych krańców politycznego spektrum. Z jednej strony mamy autorytarny konserwatyzm podkreślający swoją niechęć do demokracji, równości oraz wyrównywania różnych grup w społeczeństwie. Tutaj się zgadzam, ponieważ sam jestem dosyć skrajnym konserwatystą, uznawanym przez wielu za przedstawiciela ultraprawicy. Ale mamy również drugi system, na którym się opiera ideologia określana czasem mianem korwinizmu.

Jest to tak zwany anarchoindywidualizm. To pogląd powstały w XIX w. zakładający, że państwo jest samo w sobie agresją. Sam w sobie był pochodną socjalizmu, dopiero później przybrał rysy bardziej liberalne. Z tego właśnie anarchoindywidualizmu wywodzi się libertarianizm, do którego JKM się często przyznaje i z którego czerpie wiele elementów. Dlaczego wspominam tutaj o tym? Libertarianizm jako taki to anarchoindywidualizm poddany jednej kosmetycznej zmianie polegającej na odrzuceniu laborystycznej teorii wartości. Można więc powiedzieć, że ideologia libertariańska powstała w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zeszłego stulecia nie jest niczym nowym. Zakłada ona w wielu odłamach indyferentyzm moralny i etyczny; owszem powstały takie systemy jak na przykład anarchokonserwatyzm wynaleziony przez Hansa Hermanna Hoppego czy linia konserwatywnego minarchizmu związana chociażby z Robertem Nozickiem, ale wpadają one w te same pułapki, co konserwatywny liberalizm.

Wiemy już, że Korwin-Mikke stanowi takie połączenie: z jednej strony ultraprawicowy konserwatysta, a z drugiej skrajnie lewicowy anarchista. Tak to się mniej więcej przedstawia. Jego postulaty wywodzą się z obydwu tych systemów, no i jak one mają się do siebie?

JKM walczy na przykład z modą na wyrównywanie różnych mniejszości w społeczeństwie, no i robi to dobrze. Ale przy tym jest zwolennikiem legalizacji prostytucji, zatem nie jest do końca przeciwnikiem równania różnych dziwactw, w tym wypadku zboczonych kobiet nie panujących nad swoim libido. To w takim razie, dlaczego nie wspierać wszystkich innych cudactw, jak na przykład gejowskie małżeństwa mające tyle samo praw, co normalne, czyli włącznie z adopcją dzieci. Przecież obrona prostytucji jest równoznaczna z promowaniem całkowitej wolności seksualnej; jeżeli dokona się reductio ad absurdum, można dojść do wniosku, że jakby nie interesować się tymi sprawami, to również nie widać nic złego w prostytuowaniu zwierząt albo uprawianiu seksu z dziećmi. Taki pomysł też się w kuferku Korwin-Mikkego pojawił. Sugerował, iż rodzic mógłby wyprawić dziecko w dowolnym wieku za mąż. Ergo: mamy tutaj do czynienia z innym fenomenem, a mianowicie zniesieniem prawnej granicy, od której można uprawiać seks. Pomysły z przerwami oficjalnego i nieoficjalnego guru UPR są w tej mierze zatem wręcz anarchiczne. Mogą wywoływać jedynie negatywne skojarzenia w obecnych czasach po rewolucji seksualnej.

Inny ewidetnie anarchistyczny postulat głównego zarządcy UPR to legalizacja narkotyków. Uzasadnienia tego faktu są bardzo głupie, że skoro nie można ćpać, to dlaczego władza nie zechce zakazać tłusto jeść na przykład, czy przed wojną wolno było. Pomija przy okazji całkowicie cały historyczny kontekst. Wtedy społeczeństwo było zupełnie inne, konserwatywne, nie tolerujące pewnych zjawisk. Owszem, można było różne opioidowe narkotyki dostać w każdej jednej aptece, ale mało kto to nabywał. JKM ignoruje przy tym całkowicie jeden istotny fakt. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych doszło do przemian kulturalno-obyczajowych określanych mianem rewolucji seksualnej. Pewne środki psychoaktywne zostały wówczas spopularyzowane jak marijuana, LSD, grzyby halucynogenne, amfetamina i wiele innych. W końcu lat osiemdziesiątych do tej listy dołączyło jeszcze ecstasy. Ułatwiając obecnie dostęp do tych specjałów, tylko zwiększono by ilość narkomanów. A czekać, aż to towarzystwo zaćpa się, zdegeneruje i w końcu wymrze... to po prostu się nie opłaca. Przy tej okazji można wykonać taki eksperyment myślowy. Przecież gdyby jakiś kraj był rajem narkotykowym, można by bez problemu przemycać do niego środki wczesnoporonne. Sposób byłby prosty, narkotyki syntetyczne wymieszane byłyby z nimi, a potem wystarczyłoby użyć do rozdziału kolumny chromatograficznej z odpowiednim złożem. Ciekawe, czy JKM przewidział to w swoich rozważaniach. Jego zdanie na temat aborcji zależy z kolei, z której strony mocniej powieje. Program UPR przewiduje całkowity zakaz, włącznie z przypadkami zagrożenia życia matki czy zajścia w ciążę w wyniku gwałtu, ale rzeczony jegomość wie swoje. Swojego czasu Korwin-Mikke występował w telewizji i miał wykłócać się z feministkami. Zgodził się natomiast z nimi na konsensus w postaci aborcji, gdy zgodzi się na nią ojciec dziecka... No i czy nie jest to swoisty paradoks?

Korwin-Mikke popiera również pomysł zawodowej armii. Dodam, że był on lansowany przez anarchistów i różnych innych lewaków, którzy chcieli, aby na całym globie był pokój. Nie mieli odwagi chwycić karabinu w ręce, woleli palić przysłowiową trawę i uprawiać seks ze wszystkim, co wykazuje elementarną pobudliwość. Do tego dostawali pieniądze ze Związku Radzieckiego. Abstrahując już od reputacji lewactwa, od którego ten pomysł został zmałpowany, to po prostu głupota. Przecież we wszystkich zdrowych państwach każdy obywatel państwa musiał swoje odsłużyć w armii. Tak było w Rzymie starożytnym, w Królestwie Pruskim; przykłady można mnożyć. Poza tym w pełni zawodowa armia nie jest w stanie obronić państwa na dobrą sprawę. Wymienione przykłady nie wyczerpują jednak wad tego pomysłu. Przecież mężczyzna winien być nim, tak samo kobieta powinna być kobieca. A tak to, co my będziemy mieć, dążenie w kierunku jeszcze większego zniewieścienia całości społeczeństwa, co nam obecnie już oferuje lewactwo.

Dla konserwatystów ważna jest niezależność i niepodległość państwa. JKM udaje, że te problemy dla niego istnieją, jak to zresztą dla anarchisty. Nigdy nie zastanawiał się, jak tu uniezależnić się od dostaw surowców z Rosji. A wszystko, co proponuje, może jedynie doprowadzić nas od uzależnienia od większych decydentów na arenie międzynarodowej, a w efekcie zwasalizowania naszego państwa, co w końcu może zająć się wchłonięciem przez kogoś większego. Ale cóż, skoro posunął się do twierdzenia, że lepiej, ażeby Polską inne państwo rządziło, to nic dziwnego. To po prostu wynika ze zbieraniny idei składającej się na jego poglądy. JKM nie ma żadnych aspiracji mocarstwowych, a takie winni mieć konserwatyści. Według nich, ich państwo ma się liczyć na arenie międzynarodowej jako poważny byt, a nie popychadło. W zasadzie jak wprowadzi się ład społeczny i sprywatyzuje wszystko, co państwu do przetrwania nie potrzebne, to można myśleć o takich rzeczach. Korwin-Mikke chce pójść dalej - ograniczyć państwo do aparatu represji. No i nic dziwnego, że dąży do tego, aby siedzieć pod butem, jak to zwykła czynić lewica. Widać to również w innym, rzekomo pragmatycznym podejściu do spraw polityki międzynarodowej w postaci bycia wasalem Matuszki Rassiji. W odpowiednim artykule w Najwyższym Czasie rzeczony publicysta napisał, iż lewica endemicznie nienawidzi Rosji. Zaliczył przy okazji faux paus, ponieważ środowiska postępowe już od epoki Oświecenia zachwycały się tym państwem, a to carycą Katarzyną (vide wioski potiomkinowskie), a to wujkiem Joe. Widać przy tej okazji, że Janusz Korwin-Mikke w wielu sprawach jest najzwyklejszym ignorantem.

Nie ma co ukrywać, że poglądy JKM-a są wewnętrznie sprzeczne i wykluczające się. Stanowią swoistą chimerę ultrakonserwatyzmu i anarchistycznego libertarianizmu; o dziwo, to jakoś funkcjonuje i zdobywa zwolenników. Z jednej strony jest to żerowanie na naiwności młodych ludzi, którzy nie mają wielkiego pojęcia o poszczególnych doktrynach polityczno-prawnych, no i tym, z czym każda jedna jest związana. A z drugiej naiwność samego głosiciela takich poglądów, że nie zdołał usiąść i tego wszystkiego zdroworozsądkowo przemyśleć, poanalizować postulat po postulacie, no i ewentualnie powiedzieć wszem i wobec: mea culpa. Co więcej, Korwin-Mikke uchodzi za skrajną prawicę, którą nie jest i za taką siebie przedstawia. Zrobił też bardzo wiele, aby rozbijać środowiska prawicowe, szczując je przeciwko sobie. Należy sobie zatem postawić jeszcze inne pytanie: czy ten człowiek nie jest czasem agentem wpływu?

czwartek, 7 sierpnia 2008

O UPR z punktu widzenia dawnego zwolennika

Dnia 21 października zeszłego roku oddałem głos na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej. Co prawda, był to twór dosyć mocno eklektyczny, ale liczyłem, że może wejść do Sejmu z poparciem rzędu 7-8%. Tak się nie stało. Poparcie wyniosło 1,7% - wówczas nie liczyłem, że może być aż tak słabo. Przyznam się bez bicia: byłem zwolennikiem drobnej liczącej 500 osób kanapy o nazwie Unia Polityka Realna. Swojego czasu nawet chciałem tam się zapisać; wówczas jednak się rozmyśliłem. A teraz mi to przeszło na amen. Wyżej napisałem jasno, że byłem. Przyczyny tego stanu rzeczy są następujące. Wynikało to po prostu z krytycznej analizy części punktów programu tej partii, które wydają się albo wręcz futurystyczne, albo wzajemnie się wykluczające. I taka jest prawda. Mogą sobie zatwardziali zwolennicy UPR wmawiać różne rzeczy, a co poniektórzy z pewnością już w to uwierzyli. Niestety, tak po prostu jest. Zastanawiące jest również, że członkowie UPR określają siebie mianem konserwatystów albo konserwatywnych liberałów. Nie wiadomo, czy powinni, ale o tym będzie dalej. Niżej postaram się opisać wnioski, do jakich doszedłem, analizując program UPR.


Kwestie gospodarcze.

Problemy związane z gospodarką UPR zawsze stawia na pierwszym miejscu, zapominając przy tym, że prawicowość jest pełną wizją świata, a nie samym wolnym rynkiem. Tego tylko i wyłącznie nie można uznawać za determinant przynależności do prawicy. Wówczas musielibyśmy uznać za szczyt prawicowości taką Ayn Rand (właściwie Alissę Zinowjewnę Rosenbaum), która wymyśliła obiektywizm, popierała aborcję, eutanazję, ogólne zdziczenie i zepsucie społeczeństwa, a do tego była wojującą ateistką. Dla mnie dla takiej osoby niezależnie od poglądów gospodarczy sunie się tylko jedno określenie, a mianowicie słówko lewak. A dla wielu członków UPR z samych względów gospodarczych należy uznać ją za przedstawiciela skrajnej prawicy i ustawiać w jednym rzędzie z ultrakonserwatystami typu Pinocheta czy Franco. Same kwestie ekonomiczne prawicowości nigdy nie determinowały. Prawica jest intelektualną formacją, która jest konserwatywna obyczajowo i liberalna gospodarczo, a cała reszta nie spełniająca tych kryteriów jest lewicą. Może podział tego typu jest manicheistyczny, binarny, ale bardzo dobrze podkreśla pewien istotny fakt. Mając scenę polityczną, to mamy tak naprawdę dwa obozy.

UPR jest wrogiem etatyzmu i welfare state. Tutaj bardzo dobrze i trzeba za to tą partię pochwalić. Przecież ubezpieczenie powinno być dobrowolne, służba zdrowia prywatna, a przymus szkolny zniesiony. Wówczas byłoby lepiej, ponieważ podmioty prywatne wykonałyby wiele rzeczy znacznie lepiej i taniej niż państwowy monopolista. Poza tym można by ograniczyć ten przerost fiskalny. Również gros regulacji należy poznosić, bo tylko utrudniają rozwój przedsiębiorczości. Jednakże tutaj nie można popadać w przesadyzm. UPR chce totalnej prywatyzacji, nie dostrzega, że pewne gałęzie przemysłu mają znaczenie strategiczne i czy chcą, czy nie chcą państwo nie może ich wypuszczać. Inaczej może się to dla nas skończyć uzależnieniem od Rosji i polityką całkowicie sterowaną zza murów Kremla. Oczywiście w UPR tego nie są w stanie pojąć, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat wciągnęli by kraj w ciężkie tarapaty i uzależnienie od Matuszki Rassiji. Część UPR popada już w polityczny futuryzm, który opisałem w swoim poprzednim tekście, o nazwie libertarianizm. Sugerują oni, iż państwo można kompletnie rozbroić oraz uzależnić od większych graczy na scenie politycznej, którzy już ich potem wytemperują. Uzależniony od rosyjskiej ropy i gazu w pełni, JKM tańczyłby jak zagra mu Kreml. Jeżeli jakiś batiuszka Putin czy Miedwiedew stwierdziłby, iż należy wykastrować połowę Polaków, to on by musiał się na to zgodzić. Nie miałby innego wyjścia. UPR kompletnie nie rozumie przy tym, na jakich fundamentach opiera się potęga państwa, a nie tylko na ekonomicznych, bo również militarnych i terytorialnych. Jeśli chce się być wojskową potęgą, to nie można przecież całego sprzętu kupować od Niemców i Amerykanów. Tak samo, jeśli chce się mieć jakieś roszczenia terytorialne, to trzeba być energetycznie niezależnym. Teoretycznie takie państwo rodem z marzeń wielu upeerystów mogłoby zostać bardzo szybko podbite i wchłonięte przez sąsiadów.

Komuniści i wiele odłamów skrajnej lewicy przeginają w jedną mańkę, czyli nacjonalizacja wszystkich środków produkcji. UPR poszedł w drugą stronę i osiągnął taki sam poziom futuryzmu i utopijności.


Akt drugi: obyczajowość i problemy społeczne

UPR wykazuje wiele elementów konserwatywnych w swoim programie jak na przykład totalny zakaz aborcji (niezależnie od przyczyn zajścia lub powikłań w trakcie ciąży), sprzeciw wobec eutanazji, możliwość posiadania broni palnej, kara śmierci za najcięższe przestępstwa. To są postulaty typowo konserwatywne obyczajowo. Swój konserwatyzm UPR bardzo mocno podkreśla, co widać chociażby po poglądach Janusza Korwin-Mikkego dotyczących kobiet. Ale w innych przypadkach propozycje zgłaszane przez UPR są skrajnie liberalne obyczajowo, widać to chociażby w tym przypadku:



Co więcej, nie patrzy się tutaj na to, jaka jest dynamika zmian ilości narkomanów po legalizacji i przed. Na przykład w Holandii ilość palących marihuanę nie spadła. Przyjrzyjmy się innemu przykładowi, a mianowicie Kalifornii. Tam też ta przysłowiowa trawka jest dozwolona i przy płatnej służbie zdrowia oraz braku obowiązku posiadania jakiegokolwiek ubezpieczenia narkomania się szerzy. Widać, że legalizacja tak naprawdę prowadzi tylko do tego, że ilość narkomanów rośnie. W takim wypadku pozostaje zatem wariant malajski - jak to od jakiegoś czasu określam, czyli kara śmierci albo dożywotniego pozbawienia wolności za posiadanie narkotyków. I nie ma tutaj rozróżnienia na to, czy są miękkie czy twarde, ten podział jest bardzo ogólnikowy. Wszystko zależy od indywidualnej pobudliwości uwarunkowanej genetycznie. To jest tak samo z alkoholem, jednego powali piwo, a innego nie ruszy pół litra wódki. Identyczny przykład stanowią narkotyki. Przynajmniej UPR jest konsekwentny pod tym względem, że nie opowiada się za legalizacją tylko i wyłącznie marihuany, grzybów halucynogennych czy LSD. Ale z drugiej strony ci ludzie zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że narkomania będzie się szerzyć w społeczeństwie, niezależnie od tego, jaki będzie preferowany model ekonomiczny - czy państwo opiekuńcze, czy liberalizm gospodarczy. Co więcej, ma to dużo wspólnego z zapowiedziami architektów nowego socjalistycznego świata o otępianiu społeczeństwa. Masami ogłupionymi przez narkotyki łatwiej jest następnie manipulować. Legalizację tychże zatem można porównywać z użyciem broni psychochemicznej.

UPR również, co zadziwiające wśród prawicy, popiera również prostytucję. Czy zdaje sobie przy tym ze wszystkich społecznych inklinacji takiego posunięcia? Jakoś tam, gdzie sutenerstwo jest legalne, rośnie ogólnie przestępczość, co potwierdza niechlubny casus Holandii. I to nie tylko seksualna. Poza tym, czy oni sobie wyobrażają, jaki to będzie miało wpływ na społeczeństwo, które oni rzekomo tak bardzo chcą konserwować? Przecież to rozłoży rodzinę, a potem zawali się cała społeczność. Nie bez znaczenia jest również możliwość roznoszenia się AIDS, a przez to spadek liczebności populacji. Poza tym z prostytucją związane są gałęzie czarnego rynku - między innymi podziemie aborcyjne. Jak taka kurtyzana zajdzie w ciąże, to znajdzie sposób, żeby się wyskrobać - albo zrobi to jakiś znajomy lekarz, albo użyte zostaną do tego przemycane przez feministki pigułki wczesnoporonne, albo leki, których ubocznym skutkiem może być poronienie. Poza tym na legalizacji prostytucji zarobią producenci środków antykoncepcyjnych wszelkiego typu, więc gdzie tu konserwatyzm. To jest najszybszy sposób, żeby zniszczyć konserwatywne społeczeństwo. Przecież konsekwencją prostytucji ergo wolnego seksu, jest łatwiejszy dostęp do antykoncepcji, a w finalnym efekcie legalizacja aborcji.

Wyżej wymienione obydwie propozycje UPR - zarówno legalizacja narkotyków jak i prostytucji - najprawdopodobniej nie doprowadzą do konserwowania się pewnych norm cywilizacyjnych, ale wytworzą raczej społeczność postmodernistycznych hedonistów jak z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Tam wyższe klasy jak chociażby Alfy zadowalały się narkotykami i seksem. Z tym więcej mają wspólnego upeerystowskie propozycje niźli z zoologiczną prawicowością. Poglądy UPR są w tej kwestii wewnętrznie sprzeczne. Podobne propozycje wysuwał nieświętej pamięci LiD, a prawicy nie wypada chyba zniżać się do takiego rynsztoka.

Dalej, skoro UPR mówi, że jest wręcz ultrakonserwatywny - takie określenia czasem padają, to dlaczego nie sprzeciwia się pornografii? Przecież we wszystkich krajach stwierdzono dodatnią korelację między łatwością dostępu do tego typu materiałów, a ilością przestępstw seksualnych. Pragmatycznym posunięcięm byłaby więc całkowita delegalizacja pornografii proponowana chociażby przez Prawicę Rzeczypospolitej. Ale cóż, Korwin może sobie na swoim blogu nazywać to moralną zgnilizną, ale sobie nic wielkiego z tego nie robi. To dlaczego nie proponuje, aby z tym walczyć? Dlaczego nie zauważa tego problemu?

Następna rzecz to podejście UPR do szkolnictwa. Zakłada, że szkoły winny być prywatne - tutaj zgoda, ale że program ma być układany przez nie. A zatem teoretycznie jakaś szkoła podstawowa mogłaby być kinem, gdzie puszczano by hard porno ze spożywaniem odchodów, biczowaniem, torturami... normalnie 120 dni Sodomy, a państwo nie miałoby nic do tego. To co to za konserwatyzm upeerowski, jak z koziej sempiterny trąbka w tym zakresie. Owszem, prywatyzacja szkolnictwa powinna nastąpić, ale państwo nie powinno całkowicie wypuszczać tej dziedziny z ręki. Programy nauczania, mimo wszystko, winny być układane centralnie. Czasem JKM mówi, że najlepsze szkoły to dysedukacyjne. Tutaj ma rację, do tego należy wrócić. A takie nie wiadomo co, że szkoły mogą sobie układać programy, jak sobie tylko zażyczą, to na dłuższą metę może doprowadzić do kompletnego zezwierzęcenia społeczeństwa, wziąwszy chociażby pod uwagę wymieniony wyżej casus.

W przypadku obyczajowo-społecznych problemów warto również zwrócić uwagę na ciekawe podejście partii prawdziwie prawicowej do armii. Otóż, zakłada ona, że wojsko ma być w pełni zawodowe. Ależ przepraszam bardzo... jak przyjrzymy się na historię to we wszystkich zdrowych państwach, czy to starożytny Rzym w okresie najlepszego rozwoju, czy to współczesna Szwajcaria, to przymusowy pobór do wojska był. Nawet w tak lewackim społeczeństwie jak niemieckie każdy mężczyzna musi rok po szkole odsłużyć w armii, bo inaczej nie znajdzie zatrudnienia. A tutaj taka propozycja! Chyba prawica powinna zwracać uwagę na to, że mężczyzna powinien nim być, tak samo z kobietami, a nie dawać takie dziwne propozycje, które prowadzą do tego, że samce Homo sapiens niewieścieją, a samice tego gatunku nabierają cech męskich. Zawodowa armia, owszem, ale tak z pół miliona, i to wojsk lądowych i marynarki, a poza tym poborowi.

Następna ciekawostka: UPR nie widzi kraju, z którym mógłby zawiązać sojusz w razie wygranej w wyborach parlamentarnych. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie ma takiego nawet w świecie alternatywnym typu Śródziemie Tolkiena. Psioczy za to - i bardzo słusznie - na Unię Europejską. Ale kraj typu Polska powinien myśleć o zawarciu jakiegoś strategicznego sojuszu, chociażby biorąc pod uwagę kalkulacje geopolityczne i wyciągając wnioski z tysiąca lat naszej historii. Póki co, nikt w UPR takich analiz nie przeprowadził.


A na zakończenie...

Unia Polityki Realnej miała szansę stać się jednym z normalniejszych ugrupowań w Polsce. Niestety - i to trzeba przyznać z przykrością sama nałożyła sobie pętelkę na szyję - popadając w sprzeczności (jak w przypadku kwestii obyczajowych) oraz gospodarczy futuryzm. Na własne życzenie uległa marginalizacji. Prowadząc nieudolną politykę kadrową, JKM pogrążył to ugrupowanie jeszcze bardziej. Od czasu do czasu psioczy, że pogrążenie UPR jest wynikiem spisku. Ale kto by się przyjmował taką partią, gdzie połowa to są utopiści i sami wielbiciele dwójki publicystów - konkretnie Korwina i Michalkiewicza. Gdyby UPR miał tak 20% poparcia, to wyliby, jaki to jest straszny. A tak, to co? Nie ma co się przejmować - myślą sobie pewnie, UPR jest traktowany podobnie jak NOP (z którym w 1997 roku razem startował w wyborach parlamentarnych), czyli jako plankton.

Wniosek może być przewrotny, ale po tylu upadkach i sięgnięcia dna UPR nie powinna wspierać leseferyzmu ekonomicznego, tylko winna zacząć czynić to w przypadku utopijnego socjalizmu...

poniedziałek, 28 lipca 2008

Kwestia bezpieczeństwa energetycznego

Wiele mówi się o tym, że jesteśmy energetycznie uzależnieni od Rosji. W zasadzie od widzimisię zarządu Gazpromu, a ponieważ jest to firma państwowa, to również zarządców Kremla, zależy, czy nam zakręcą kurek, czy też nie. A w razie czego, to oni mogą się na coś takiego zdecydować, aby nas zdyscyplinować, jeżeli nie będziemy tańczyć tak, jak oni nam zagrają. Tego typu próby były już czynione w przypadku Ukrainy. Co więcej, na Kremlu, a zapewne w Centrali na Łubiance, powstał plan pozbycia się Łukaszenki ze względu na jego zbyt wielką samodzielność i megalomanię. Oczywiście, będzie polegał on na zakręceniu kurka, a wtedy inny kandydat wyznaczony przez Moskwę zacznie rządzić w Mińsku. Powinniśmy zdawać sobie sprawę z możliwości energetycznego szantażu. Co więcej, Gazprom oraz inne firmy rosyjskie zajmujące się wydobyciem gazu i ropy planują stworzyć kartel razem z wydobywczymi korporacjami z tej branży z krajów arabskich, ażeby w razie czego móc całej Europie podkręcić kurek. Co to oznacza? Teoretycznie Rosja jest w stanie uzależnić od siebie całą Europę, jakby się jej tak zachciało i sterować zza pleców polityką każdego jednego państwa znajdującego się na terenie Europy kontynentalnej (może z wyjątkiem Norwegii, która ma swoje złoża). A co to dla nas oznacza? Mianowicie, jeżeli jakaś władza u nas Rosji się nie spodoba, to będzie można zakręcić nam kurek, a przez to doprowadzić do znacznych niepokojów społecznych, które doprowadzą do jej kompromitacji, a w efekcie zniknięcia ze sceny politycznej. I to nie leży tylko i wyłącznie w sferze teoretycznych rozważań.

Jakkolwiek jestem śmiertelnym wrogiem etatyzmu, w takiej sytuacji muszę poczynić pewne ustępstwa. Polska nie jest takim krajem jak Singapur, w którym nic nie ma. A niestety, świat nie jest taki dziecinnie prosty, jak się niektórym może wydawać. Mogę sobie być wrogiem przymusu szkolnego, państwowej służby zdrowia, konieczności ubezpieczania się, przerostu fiskalizmu et cetera, bo tego być nie powinno - z punktu widzenia państwa są ważniejsze rzeczy - ale trzeba również patrzeć na kwestie niezależności i niepodległości Polski. Można twierdzić, podobnie jak Janusz Korwin-Mikke, że pieniądz nie ma narodowości. Lecz czy w takim razie pozwoli, abyśmy się de novo stali rosyjskim satelitą i to takim sensu stricto? To już przerabialiśmy w okresie istnienia komunizmu w Polsce. Oczywiście takiemu Wielomskiemu tego typu wariant bardzo by się podobał, sam nawet kiedyś tego typu sojusz wilka z owcą proponował. A tak będzie, jeśli nie zadbamy należycie o swoje bezpieczeństwo energetyczne.

Na czym to ma polegać? Istnieją pewne przedsiębiorstwa strategiczne, których nie powinno się prywatyzować. Chodzi tutaj o branżę wydobywczą, energetyczną i zbrojeniową. Wszystkie inne gałęzie przemysłu spokojnie można sprywatyzować, tak samo jak wiele sektorów gospodarki. Państwowe powinny być armia, policja, po części sądownictwo (można wprowadzić prywatne sądy arbitrażowe), część więzień, ochrona środowiska, no i te strategiczne przedsiębiorstwa, jakie wyżej wymieniłem. Cała reszta niech sobie będzie prywatna. A z jakich przyczyn proponuję właśnie taki układ?

Po pierwsze sami mamy u siebie na Podkarpaciu takie złoża ropy naftowej i gazu ziemnego, jakie by nam wystarczyły na ponad sto lat. Tak więc teoretycznie już w tym momencie jesteśmy niezależni od Rosji czy innych dostawców ciekłych kopalin na stosunkowo długi okres czasu. Z punktu widzenia zagranicznej polityki to bardzo dużo daje, ponieważ Rosja traci w sumie najważniejszy argument w dyskusji. W tym momencie, jeżeli rozpoczęlibyśmy eksploatację tych złóż, to oni kurek mogą sobie zakręcać Białorusi, Ukrainie, krajom bałtyckim czy Niemcom, ale nie nam. Stalibyśmy się od nich praktycznie niezależni.

Z drugiej strony z węgla można wyrabiać benzynę syntetyczną. Prace nad upłynnianiem węgla rozpoczęto w latach dwudziestych zeszłego wieku, ponieważ ów kraj został odcięty po pierwszej wojnie światowej od źródeł ropy naftowej. Pierwszy proces upłynniania został wynaleziony przez Fischera i Tropscha z Kaiser-Wilhelm-Institut. Składa się on z trzech etapów - wytwarzania i przygotowywania gazu syntezowego, konwersji gazu syntezowego do węglowodorów alifatycznych i wody oraz przygotowania i obróbki (krakingu, izomeryzacji) do porządanych produktów. Wykorzystuje się katalizatory oparte na tlenkach kobaltu oraz żelaza. Inny sposób to metoda Bergiusa. Proces ten pozwala węgiel zawarty w surowcu przeprowadzić w 97% w benzynę syntetyczną. A teraz, a gdyby otrzymywać paliwo z węgla, to można ograniczyć wydobycie ropy naftowej, a przez to złoża wystarczą na jeszcze dłużej. Wówczas niezależność energetyczną mamy jak w banku.

Teraz dochodzą jeszcze kwestię energetyki. Proponuję postawić na elektrownie geotermalne i atomowe. Wówczas węgiel można by w znacznej części przeznaczać na produkcję paliwa. Atom ma jeszcze jedną zaletę, ponieważ można by wyposażyć się w arsenał nuklearny. Wtedy to już inaczej z nami cały świat będzie rozmawiał, ponieważ zostaną zmuszeni do uznania nas za regionalne mocarstwo. A nadwyżki energii elektrycznej produkowane przez nas można by za grube miliardy sprzedawać za granicę.

Niestety, do tej pory żadna władza w Polsce nie zastanawiała się nad tego typu możliwościami. A takie my posiadamy! W Polsce rządzą niestety albo skończeni idioci, albo sługusy obcych wywiadów. Prawda zazwyczaj leży po środku, tak więc mamy zapewne pierwszych, jak i drugich. Nic nie wskazuje na to, żeby w naszym kraju ktoś zaczął myśleć na poważne o energetycznym zabezpieczeniu. Chyba w Polsce naprawdę potrzebna jest jakaś forma prawicowego autorytaryzmu, ale nie taka która doprowadzi do uzależnienia nas od neokomunistycznej Rosji. Wielomski czy Korwin-Mikke zatem odpodają, ponieważ ich wizje są nazbyt uproszczone, a przez to naiwne, a oni sami nie zdają sobie sprawy, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat mogliby wciągnąć nas w ciężkie tarapaty. Pytanie o normalną władzę w Priwislanskim Kraju pozostaje zatem bez odpowiedzi.

środa, 16 lipca 2008

Hipokryzja i kult zdrajców

Wszyscy wiemy, co się stało w zeszłą niedzielę. Zabił się jeden z animatorów posttrockistowskiej Unii Demo-Wolności, Berele Lewartow, znany znacznie szerzej pod artystycznym pseudonimem Bronisław Geremek. Dodam, że jego partia podobnie jak pokrewny Kongres Liberalno-Demokratyczny, miała zapędy socjoinżynieryjne, tylko przedstawiała się jako neoliberalna ekonomicznie. No i oczywiście wszystkie marks-media podniosły larum, jakaż to wielka postać zginęła. Mówiono, że to patriota, a przy tym mnie się na śmiech zbierało. Ciekawe jest to rozumienie pojęcia patriotyzmu, jeżeli sprowadza się na robienie za podnóżek reszcie świata. Tak samo, jaki to wielki intelektualista... Jakoś przemilczane zupełnie zostało, iż mając nie całe 18 lat, zapisał się w 1950 roku do PZPR. Chwalił wówczas Józefa Wissarionowicza. W tamtym okresie mógł również wyjeżdżać na Zachód, w jego przypadku głównie do Francji; dodam, że normalny obywatel nie bedący członkiem kompartii nie mógł nosa wystawić poza teren Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Geremek - podobnie jak reszta trockistów współtworzących później ROAD i Unię Demo-Wolności - wyleciał z partii w 1968 roku. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych za rządów koalicji AWS-UW był ministrem spraw zagranicznych prowadzącym politykę godną jedynie Widkuna Quislinga. I to jest ten rzekomy patriotyzm... Śmiech... Dodam, że dzień po śmierci posttrockisty przemalowanego na demoliberała, logo Gazety Wybiórczej było czarne. Ależ to musiał być dla nich wszystkich cios! Z padołu łez zszedł jeden z samozwańczych autorytetów, jacy mieli nas uczyć, jak mamy być tolerancyjni, demokratyczni i europejscy. Na tym pojedynczym przykładzie widać pewną rzecz: jakie to odwrócenie postrzegania nastąpiło w obecnych czasach. To jest najnormalniejsza w świecie hipokryzja; nie wiem, ile to może mieć wspólnego z socjaldemokratyczno-demoliberalnym uwiądem jajec. Schorzenie to odbija się na wszystkich obszarach ludzkiej działalności, na nauce, sztuce et consortes. Tu mamy jego dziwny przejaw. A jest to kult zdrajców!!! Tacy ludzie są świeckimi świętymi.

Powiedzmy sobie szczerze: w dawnych czasach, jeszcze przed drugą wojną światową, nikt by na człowieka o mentalności Drogiego Bronisława nawet nie napluł. Tak mocno pogardzano by nim. A jeszcze wcześniej, w czasach I Rzeczypospolitej zostałby stracony, a następnie spalony. Potem nabito by jego prochami armatę i wystrzelono by, najpewniej w kierunku południowym. W końcu - jak mawiał Konstanty Gebert alias Dawid Warszawski - syjonizm zawsze prowadzi w takim kierunku. A obecnie mamy ten - nie wiem, chyba to wynika, że żyjemy w pedalskich, lewackich czasach - kult zdrajców. Najprawdopodobniej Jan Paweł II przewrócił się w swoim grobie w krypcie watykańskiej, gdy został zestawiony ze zwykłym quislingowcem i międzynarodowym socjalistą, dla którego ojczyzną był cały świat, jeżeli nie kosmos.

Kult zdrajców dotyczy jeszcze innych spraw. W lewicowych środowiskach bohaterem jest generał Wojciech Jaruzelski. Rzekomo uratował Polskę przed zalewem sowieckich wojsk. Co rok w rocznicę stanu wojennego wychodzą pod jego domem komunistyczne i socjaldemokratyczne bojówki, krzyczące sierpem i młotem zarżnę czarną hołotę!. A powiedzmy sobie szczerze: towarzysze na Kremlu byli bardzo zadowoleni, że nie musieli realizować u nas wariantu węgierskiego z 1956 roku czy czechosłowackiego z 1968 roku. Skakali wręcz z radości, iż armia dokonała puczu. Poza tym ten rzekomy bohater to rzekomy zdrajca. Zwalczał poakowską partyzantkę, był nawet agentem Informacji Wojskowej. Wysługiwał się komunie przez całą swoją karierę. No i co powinno się stać z tym rzekomym bohaterem? Teraz sobie siedzi na świeczniku, praktycznie nietykalny i się śmieje w oczu wielu konserwatystom czy narodowcom. Ten zdrajca jest obiektem czci. Nawet na prawicy zdarzają się wyskoki mówiące o tym, że Jaruzel dobrze zrobił. Swojego czasu Korwin-Mikke napisał, że jedyną wadą stanu wojennego było to, iż nie został zaprowadzony leseferyzm ekonomiczny taki jak w Chile za Pinocheta. Czy to nie jest uleganie lewackiemu postrzeganiu świata? Należy się też zastanowić, czy takie opinie nie dyskwalifikują danego człowieka jako prawicowca i automatycznie nie przerzucają go do grona sług Ciemności...

Przykłady zdrajców wyniesionych do rangi świeckich świętych można by mnożyć. Mamy teraz Geremka. Po cichu ta wrzawa milknie, ale pewnie jeszcze będzie mówiono, jaki to wielki Polak (w jakim rozumieniu, to jak się na lotnisku w Warszawie małżeństwu z Suazi dziecko urodzi, to też jest Polakiem?) z niego był i ile dobrego zrobił dla sprawy polskiej oraz dla integracji europejskiego. Marks-media jeszcze nie będą mogły tego wszystkiego przeżyć, że straciły czołową ikonę. To płacz taki sam, jak co poniektórych po śmierci Stalina.

Ciekaw jestem, jaka będzie wrzawa po śmierci Jaruzela. Mógłbym powtórzyć to, co napisałem o metodzie postępowania ze zwłokami zdrajców praktykowanej ongiś w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Ale po co... Już sobie wyobrażam Kwaśniewskiego-Stolzmanna, jak mu ciekną łzy, jego żoneczkę (córkę pułkownika bezpieki o nazwisku Konty-Kohn) oraz całe to postkomunistyczne bagno. Na tym świecie to oni sprawiedliwości nie doczekają...

...ale kto wie. Może wszystkich w końcu pochłoną piekielne czeluści...