Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura analna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura analna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 czerwca 2008

Lewicowe pseudonauki (4): SSSM

SSSM

SSSM (Standard Social Sciences Model) jest jak sama nazwa wskazuje standardowy model nauk społecznych. Zakłada on nieskończoną plastyczność ludzkiego mózgu, a jednocześnie umysłu, która teoretycznie ma pozwolić na jego kształtowanie się w dowolnym kierunku. Wychodząc z takiego aksjomatu, można przyjąć, iż jeżeli można wyrzeźbić w dowolnym kierunku jednostkę, to identycznie można postąpić z całym społeczeństwem. Wniosek jest z tego taki, że teoretycznie można zbudować społeczeństwo pozbawione religii, komunistyczne, faszystowskie lub skrajnie kolektywistyczne. SSSM jest zatem bardzo wygodny z punktu widzenia lewicy, która - jak jej coś nie wyjdzie - może się ciągle nań powoływać, mówiąc, że się da coś zrobić. Możemy tutaj wyobrazić sobie pewną analogię, że nie bacząc na fizjologię naszego gatunku, ktoś odgórnie nakazywałby się nam żywić ogórkami i sterno. Tak samo jest w przypadku lewicowych intelektualistów. Oni są skazani na mówienie o nieskończonej plastyczności ludzkiego umysłu. Przy tej okazji wychodzi również, że lewicowa filozofia jest wewnętrznie sprzeczna. Niby odrzuca determinizm, a widzi w nim źródło normalności homoseksualizmu. To jak to jest w końcu... Czy można zatem wyrzeźbić człowieka, jak w powieści B. F. Skinnera Walden II, czy też nie?

Rys historyczny

Zaczęło się to pod koniec dziewiętnastego wieku. Wówczas Durkeim napisał w Zasadach socjologii, że ludzki umysł jest nieskończenie plastyczny, a wszelki determinizm nie ma tutaj nic do gadania. Zasugerował jednocześnie, że można zbudować społeczeństwo oparte na dowolnych zasadach. Równocześnie w USA Franz Boas budował podstawy antropologii kulturowej. Przy okazji toczył walkę z darwinizmem społecznym. Stwierdził więc, że wskazane będzie całkowite odcięcie się od biologii oraz przyjęcie całkowitej plastyczności ludzkiego umysłu. Później ten aksjomat zrealizowały jego uczennice - Ruth Benedict oraz Margaret Mead. Tej drugiej wypada się przyjrzeć bliżej, ponieważ wyniki jej prac - podobnie jak w przypadku Kinseya - dzięki lewicy obiegły cały świat.

31 sierpnia 1925 roku ta wówczas dwudziestotrzyletnia Amerykanka wylądowała w porcie Pago Pago na wyspie Tutuila w Samoa Amerykańskich. Wyniki tej wyprawy ożywiły ruch na rzecz relatywizmu kulturowego, ale - na pohybel jego animatorom - okazały się przy tym całkowicie błędne.

Przedstawiła społeczeństwo Samoańczyków jako całkowicie pierwotne i wolne, zapominając jakby, że zostali oni w większości schrystianizowani około osiemdziesięciu lat przed jej przybyciem przez protestanckich misjonarzy, a od 1898 roku wyspy były zamorskim terytorium Stanów Zjednoczonych. Mead wspominała później, że mieszkając wśród Samoańczyków w ich domostwach, mówiąc ich językiem i siedząc boso ze skrzyżowanymi nogami dążyła do niwelacji różnicy między nią a autochtonami. Dziwne, bo po 10 dniach mieszkania w tradycyjnym samoańskim domostwie stwierdziła, iż woli zachodni tryb życia. Nawet napisała do swojego mentora, że nie lubi siedzieć z półtuzina ludzi w jednym pomieszczeniu oraz sypiać razem ze zwierzętami. Nie znała również w momencie przyjazdu tamtejszego języka. Uczyła się go zatem godzinę dziennie. Mimo niezbyt dobrej znajomości pod koniec października zdecydowała się na badania terenowe. Wybrała bardziej odosobnioną wyspę Tau. Znajdowało się tam tylko jedne zachodnie domostwo będące własnością farmaceuty, Edwarda Holta.

Zaczęła ona swoją pracę badawczą, prowadząc wywiady terenowe. Poddała szczegółowym badaniom pięćdziesiąt dziewcząt i młodych kobiet. Dzwadzieścia pięć z nich między czternastym a dwudziestym rokiem życia stanowiło główną grupę badawczą. Wywiady i testy trwały od listopada do połowy marca z przerwą wywołaną przez huragan. Mead wypowiedziała później wiele generalizujących stwierdzeń na temat kultury samoańskiej, między innymi, że jest tak prosta, iż można ją zrozumieć w 9 miesięcy. Wykonajmy przy okazji taki eksperyment myślowy. Czy Papuas albo Buszmen byłby w stanie zrozumieć kulturę europejską, gdyby został wzięty z buszu w tak krótkim czasie? To już się wydaje co najmniej podejrzane. Mead poza tym nie miała możliwości obserwacji wielu samoańskich obyczajów. Nie wiedziała na przykład, że wszystkie decyzje były podejmowane przez rady męskie. Musiała opierać się na tym, co powiedziały jej badane przez nią dziewczęta.

Mead opuściła Tau w maju 1926 roku. Wróciła do Nowego Jorku, gdzie niedługo otrzymała etat asystenta kustosza w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej. W 1927 roku zakończyła maszynopis swojej książki. Ukazała się ona w 1928 roku pt. Dojrzewanie na Samoa. Psychologiczne studium młodzieży w społeczeństwie pierwotnym napisane na użytek cywilizacji zachodniej. Przedstawione tam zostało społeczeństwo, w którym nie było rodzicielskich, represji i panowała pełna wolność seksualna. Mead odnotowała, że nawet tam gwałty były rzadkością, sugerując, że wynikają one z kontaktu z cywilizacją białego człowieka. Zaznaczała przy tej okazji, że istnieją szczególne nadużycia dokonywane przez moetotolo, czyli zakradającego się we śnie, polegające na cudzołóstwie. W zachodnim społeczeństwie zostałoby to potraktowane jako gwałt. Jednakże Mead uważała, że dodaje to tylko pikanterii właściwemu związkowi. Badaczka miała również dostrzec, że w samoańskim panteonie nie było złych, gniewnych bóstw. Społeczeństwa te też miały nie toczyć żadnych wojen. Książka oczywiście stała się swoistym hitem, którego przez szereg lat nikt się nie dotykał. Został on oczywiście wykorzystany przez lewicę podobnie jak prace Kinseya. Uznali oni, iż społeczeństwo, w którym panuje wolność obyczajów, da się zbudować.

Ale jakoś relacje wielu kupców, jacy docierali na Samoa od 1772 roku stoją w całkowitej sprzeczności z tym, co napisała Mead, podobnie jak obserwacje innych antropologów. Australijski badacz Derek Freeman prowadził badania na tym archipelagu w latach 1940-1978. W 1983 roku opublikował książkę Margaret Mead and Samoa: The Making and Unmaking of Anthropological Myth. Została ona zresztą uznana - słusznie - za frontalny atak. Freeman zwraca uwagę, że Mead nie badała młodzieży w tym wieku w USA; badania zostały wykonane zatem bez grupy kontrolnej, wnioski wzięły się zatem znikąd. Uczennica Franza Boasa nie badała również młodych mężczyzn i chłopców, a po 1930 roku wypowiadała się również na ich temat. Dwanaście na dwadzieścia pięć badanych dziewcząt było dziewicami, a trzy z całej grupy poddanej badaniom zostały zaklasyfikowane jako dewiantki, a jeszcze trzy jako przestępczynie. Fakt ten został jakimś cudem przeoczony. Mead zaznaczała również, że okres dojrzewania był tam czasem największej swobody, pozbawiony lęków i stresów. W rzeczywistości wystarczy zauważyć, że wskaźniki przestępczości wśród młodocianych nie odbiegają tam od innych krajów. Występuje również stosunek mężczyzn do kobiet popełniających pierwszy raz przestępstwo - pięć do jeden, również nie odbiegający od normy.

Promiskuityzm również okazał się bujdą na resorach. Samoańczycy wśród społeczeństw polinezyjskich wręcz wyróżniają się troską o dziewictwo. Wiąże się to u nich ze zwyczajem taupou - rytualnej dziewicy. Poczynania dorastającej dziewczyny są uważnie obserwowane przez jej braci, którzy, jeśli spotkają ją w towarzystwie potencjalnego kochanka, mogą ją zwymyślać, a nawet sprawić jej lanie, a przy okazji mocno poturbować potencjalnego chłopaka. Mead opisywała również zazdrość jako rzadkie uczucie wśród mieszkańców archipelagu Samoa. Przeczą jednak poraz kolejny temu fakty. Typową karą za cudzołóstwo była tam śmierć. Oszukany mąż miał prawo szukać zemsty na kimkolwiek z rodziny kochanki. Cudzołożnice też były niejednokrotnie fizycznie okaleczanie poprzez ucinanie nosa, ucha lub łamanie kości.

Pisała ona również, że na Samoa w ogóle nie dochodziło do gwałtów. To jakim cudem, był on - co do liczby - aż trzecim popełnianym przestępstwem na początku dwudziestego wieku, a w latach pięćdziesiątych piątym. A wypadki gwałtu jako opisy przemocy opisywane były już w 1845 roku.

Również mówienie o pacyfizmie Samoańczyków zdało się na nic. Z ponad siedemdziesięciu bogów z tamtejszego panteonu połowa odpowiada za wojnę. Według wszystkich przekazów batalie w okresie przed chrystianizacją były częste i krwawe. John Williams, misjonarz i badacz, który przebywał na wyspach około 1830 roku, opisał trwającą osiem miesięcy między dwoma regionami Samoa. Zwycięzcy w tej wojnie wyrywali serca przegranym wojownikom, a kobiety i dzieci palili żywcem. W 1832 roku Williams dotarł również na wyspę Tau, gdzie dowiedział się, że poważna wojna między wyspą Olosega toczona była cztery miesiące wcześniej, a w jej wyniku trzydziestu pięciu mężczyzn, czyli ponad jedna dziesiąta męskiej populacji wówczas, straciła życie. Była ona tak zaciekła, że sporadyczne napady zdarzały się jeszcze po opuszczeniu przez Mead wysp Samoa.

Mead napisała, że Samoańczycy są praktycznie nie zdolni do przemocy. Nie potwierdzają tego statystyki policyjne. W okresie 1964-1966 było tam pięć razy więcej pospolitych napadów niż na terenie USA. Wskaźnik morderstw w roku 1977 - o połowę wyższy, a Samoa Amerykańskiego aż pięć i pół raza wyższy.

Praca Mead okazała się jednym wielkim humbugiem, który - niestety - wywarł sposób na myślenie wielu intelektualistów, a w związku z tym całego pokolenia powojennego.

Wnioski

Natura ludzka nie jest żadną tabula rasa, jak dobrze jest w wielu przypadkach (nie w tych, kiedy chodzi o normalizację dewiacji) przyjąć lewicy. Po prostu pewne rzeczy są zdeterminowane i nie można ich zmienić. Już nie mówię tutaj o socjobiologii - to jest z kolei przegięcie w drugą stronę. Wiadomo, że zjawiska biologiczne, redukują się do fizykochemicznych, a psychiczno-kulturowe do biologicznych, ale bez przesady. Istnieje w końcu coś takiego jak chaos deterministyczny. Z praw oddziaływania cząsteczek - mechaniki statystycznej, fizyki kwantowej, elektromagnetyzmu - nikt nie dojdzie do wszystkich funkcji i właściwości organizmu nawet tak prostego organizmu jak Mycoplasma gentilis. Tak samo ze zjawisk biologicznych nie dojdzie się do wszystkich własności społeczeństwa, do czego próbowali nas przekonać główni doktrynerzy socjobiologii. Człowieka nikt nie zmusi do jedzenia trawy, ponieważ nie ma czterokomorowego żołądka jak przeżuwacze. Tak samo nie zmusi go do pewnych rodzajów zachowań. Chyba, że władzunia sięgnie po inżynierię genetyczną i embrionalną (to są dwie różne rzeczy wbrew pozorom) i zechce nas poprawić...

sobota, 10 maja 2008

Pasożytnictwo lewicowej cywilizacji

Zoologia nas uczy, że pasożytem jest organizm zwierzęcy lub pierwotniak, jaki nie może przeżyć bez drugiego organizmu (tzw. żywiciela) i jest nastawiony na jego długotrwałą eksploatację. Związek jest oczywiście jednostronny, bo to pasożyt zgarnia całą pulę. Czasami żywiciel odnosi chwilowe korzyści na przykład ze zwiększonej pobudliwości (larwy muszki owocówki zarażone przez niektóre bleskotki są bardziej agresywne), jednak to zawsze będzie leżało w interesie pasożyta.

Teraz przyjrzyjmy się tej cywilizacji zachodniej. Można stwierdzić, że w 1789 roku wygenerowała się wewnątrz niej cywilizacja pasożytnicza dążąca do zbudowania Państwa Bożego na Ziemi. Wiadomo być powinno, o czym jest teraz mowa. O lewicy!

Często się słyszy, że podział na prawicę i lewicę jest przestarzały i stosowany tylko i wyłącznie przez media. Ponoć profesjonaliści używają dwuosiowych politycznych spektrum - jedna oś poglądy obyczajowo-społeczne, a druga ekonomiczne. A ja powiem tak. Podział na prawicę i lewicę jest nadal żywy. Ta druga to stugłowa hydra, całkowicie moralnie indyferentna. Dlatego jest taka różnorodna. Z tego powodu zarówno ateistyczny liberalizm jak i faszyzm będą lewicą. Ona ma tylko jeden cel, dorwać się do koryta i rzeźbić społeczeństwo według własnego upodobania. Stworzyć nowego człowieka, jakiegoś Homo sovieticus albo - jak określiłem to w jednym ze swoich tekstów na Shalom24 - Homo communismus. Podział na prawicę i lewicę jest żywy. Z jednej strony są ludzie broniący wartości i wolności, a z drugiej kontrabanda, która ma je za nic albo traktuje instrumentalnie, oszalała tłuszcza z pianą w pyskach chcąca nas przemodelować.

Dlaczego lewica jest pasożytem? Organizm pasożytniczy samodzielnie nie jest w stanie przeżyć. Motylica wątrobowa czy zarodziec malaryczny - bez krowy czy błotniarki stawowowej w pierwszym przypadku czy bez człowieka i komara w drugim - nie przeżyją. Czy lewactwo było w stanie coś od zera wybudować na surowym korzeniu? Też nie. Ono musiało zawsze na czymś żerować. Antywartości nie mogą się wziąć z kosmosu, muszą być zawsze wycelowane przeciwko jakimś uprzednim wartościom. Lewactwo w swojej istocie opiera się na antywartościach. Bez uprzednio istniejących systemów moralnych nie byłoby w stanie ich wygenerować. Bo jak można zrobić coś z próżni. Nie można. Bez uprzednio istniejących konserwatyzmu i wolnego rynku, nie dałoby się wydumać libertynizmu oraz socjalizmu. Te z kolei umożliwiają stawianie jednych ludzi przeciw drugim - biedni kontra bogaci, homoseksualiści konstra heterycy, mniejszości etniczne kontra autochtoni et cetera.

Lewactwo niszczy społeczeństwa, w których się zalęgnie. W ZSRR kolektywizacja rolnictwa i nacjonalizacja środków produkcji doprowadziły do niesamowitego głodu, to włącznie z systemem terroru daje przerażający bilans ponad 110 milionów ofiar śmiertelnych. W Europie Zachodniej po roku 1968 zalegalizowano aborcję. Doprowadziło to do depopulacji autochtonów i stopniowego zastępowania ich przez przybyszy z Afryki i Azji. Proces ten przyśpieszy; legalne stały się eutanazja, promuje się homozwiązki. Depopulacja zatem będzie postępować, aż dojdzie do tego, że pewnego pięknego dnia obudzimy się w Eurabii. Będą rządzić nami islamscy fundamentaliści. Socjalistom oczywiście spodoba się nacjonalizacja przedsiębiorstw oraz kolektywizacja rolnictwa - to robili chociażby Naser, Hussajn czy Sukarno, ale oczywiście wkurzyłaby ich kara śmierci czy wypędzenie dla tych wszystkich dziwadeł, jakie tak siermiężnie wspierali - Żydów, homoseksualistów, aborterów i feministki.

I jak tu nie mówić o pasożytnictwie lewactwa, jeżeli czyni takie spustoszenia... Pozostaje czasem kwestia, czy to pasożytnictwo to nie jest czasem parazytoidyzm.

czwartek, 8 maja 2008

Gunter Stent, "Schujowacenie mózgowia" i lewicowość

W 1969 roku amerykański biolog molekularny Gunter S. Stent opublikował książkę Coming to the Golden Age. Uznał on, że zbliża się nieuchronnie złota epoka w dziejach ludzkości, kiedy rozwój nauki zostanie zatrzymany [1], a każdy dzięki dobrodziejstwom cywilizacji będzie mógł się oddawać wszelkim przyjemnościom. Wizja - trzeba przyznać - ultrahedonistyczna. Autor przewidywał wszczepianie nawet elektrod do mózgu i drażnienie odpowiednich ośrodków celem indukowania przyjemności. Uznał, że cały przyszły rozwój ludzkości to będzie jeden niekończący się happening. Ludzie porzucą rozważania na temat natury świata, będą tylko jeść i kopulować, a jak to nie wystarczy, to stymulować się narkotykami albo właśnie za pośrednictwem wewnątrzczaszkowych elektrod[2].

Jak dla mnie, wizja takiego społeczeństwa jest przerażająca. Tym bardziej odczuwa się niepokój, że właśnie do czegoś takiego dąży rządzące nami lewactwo. Już Marksowi i Kropotkinowi marzyła się kolektywna chlewnia, gdzie nawet żony będą wspólne, nie będzie własności, wszystko znacjonalizowane i skolektywizowane; tak według tych ludzi miał wyglądać raj na Ziemi. Nie zapomnijmy jeszcze, że jak w Imagine Johna Lennona - and no religion too. Jak się spełniała taka wizja, to wiele krajów na świecie, w tym my przez jakieś 45 lat, mogliśmy zobaczyć. Teraz mamy z tego repetę w Euro-ZSRR... Ba, oni twierdzą, że socjalizmu czy komunizmu nigdy nie było, ale ciągle wpychają nas w to łajno. A ich decyzje przynoszą więcej szkód niż pożytku - jak to zwykle na lewicy - a to kolektywizacja rolnictwa, a to wybijanie wróbli w Chinach , a to wprowadzenie edukacji seksualnej polegającej na wzajemnym brandzlowaniu odpowiednich narządów...

Na jakim świecie zależy lewicy laickiej [3]? Właśnie na takim, nad którym tak zachwycał się Stent w swojej książce, w którym życie ludzkie sprowadza się tylko do żarcia i kopulacji. A wszystko inne najlepiej żeby nie istniało, bo zagraża wiecznemu szczęściu i zaspokajania najprostszych przyjemności. Religia, nauka, filozofia... to zdaniem socjalistów wywalić można (a nawet należy) na śmietnik, a jeżeli już to wykorzystywać instrumentalnie do udowadniania różnych dziwactw. Kiedyś był łysenkizm i biologia miczurinowska. A teraz wychodzi na to, że konserwatyści są głupsi, że mamy globalne ocieplenie (to całe bredzenie o dwutlenku węgla, regulacje odnośnie jego emisji, to tylko ułatwiają monopolizację rynku wielkim korporacjom), że wszyscy ludzie są tacy sami et cetera. Bo dla tych ludzi liczy się tylko to co poniżej wysokości pasa. Sprowadzają życie człowieka do biologii, no i jako byt biologiczny go traktują zezwalając na aborcję, eutanazję, czy nawet metody eugeniczne. Co więcej, współcześni trockiści określający się mianem zielonych doszli do wniosku, że wyżej wymienione zabiegi prowadzą do tego, że ludzie się mniej rozmnażają, a w efekcie w przyszłości będzie mniejsza dewastacja środowiska.

Widziałem kiedyś taką grafikę Witkacego. Nazywała się Schujowacenie mózgowia. Z głowy wychodził tam wielki penis. Jeżeli ktoś przeczytał chociażby Szewców powinien wiedzieć, że ten człowiek bardzo miłował się w skatologii wszelkiego typu. Należy się również zastanowić, czy tytuł grafiki nie jest odpowiednim określeniem na lewicowe inne stany świadomości.

Nazwa tej grafiki bardzo dobrze oddaje sposób laicko-lewicowego zaburzenia myślenia. Po prostu cały świat koncentruje się dla nich, na tym co można zrobić z penisem, pochwą i odbytem. Witkacy wymyślił świetną nazwę schorzenia dla nich, tytułując jedną ze swoich grafik. Po prostu, lewica laicka cierpi na schujowacenie mózgowia. Nie można tego inaczej nazwać, jak właśnie tak. A to dawanie praw różnym mniejszościom seksualnym to czym właśnie jest, jak nie przejawem takiego myślenia? Teraz homoseksualiści, a potem kto przyjdzie? Po drodze są już pedofile, w Danii czy w Holandii działają już całe ugrupowania, ba, nawet partie ludzi o takich skłonnościach, które chcą zalegalizowania tego procederu. Cóż, jak dla tych lewaków można się rżnąć nawet na ławce w parku, a ludzie przechodzący mogą się gapić; w Holandii ostatnio powstały strefy, gdzie można publicznie uprawiać seks. Ludzie normalnie nie chcą, żeby państwo właziło z brudnymi butami do ich łóżek. A jeżeli godzą się na coś takiego, to co to oznacza? Lewackie schujowacenie mózgowia prowadzi do połączenia się sfery publicznej i prywatnej. Na dłuższą metę oznacza to po prostu totalitaryzm, bo państwo wie, co z kim i gdzie człowiek robi. Tak więc stalinizm redividus. Państwo zwalczające aktywnie tradycyjną obyczajowość, a do tego dążące, żeby wiedzieć wszystko o swoich obywatelach. I to dosłownie wszystko.

Pozostaje się zastanowić, jak daleko pójdzie to skupienie się części lewactwa tylko i wyłącznie na sprawach rozmnażania się. Może niedługo dojdzie do tego, że socjaliści zalegalizują klonowania reprodukcyjne ludzi; zresztą nawet gdzieś czytałem, że tak mogłyby się homosie rozmnażać (sic!). Niektórzy autorzy zapewne cierpiący na omawiane wyżej schorzenie uważają, że tego typu rozwiązania przyniosą więcej szkody niż pożytku. Chociażby taki Lee Silver z Princeton University.

Ci, którym mózgownica schujowaciała do reszty, nie cierpią rzecz jasna tych, którzy zachowali zdrowy rozsądek. Próbują ich tępić, cenzurować i reedukować. Kiedyś to odbywało się na Kołymie albo Wyspach Sołowieckich, teraz za stwierdzenie, że homoseksualizm to grzech, można pożegnać się z intratną posadą. No i gdzie się podziała wolność słowa? Ale jak widać dla tych typów, ważniejsza jest publiczne wymachiwanie penisem niż możliwość swobodnego wyrażania opinii, bo dopuszczalne są te, które podobają się członkom klasy próżniaczej. Ci o mózgach schujowaciałych dopuszczają się wszelkich form intelektualnego totalitaryzmu! Bo kto widział, żeby szukać homoseksualizmu nawet w świecie zwierząt!

Pozostaje mieć na dzieję, że na terenie kontynentalnej Europy nie uda się wybudować kolektywnej chlewni, będącej ideowym połączeniem ZSRR paleontologicznego oraz współczesnej Holandii. Ludzie może wreszcie się opamiętają i przegonią maniaków typu Zapatero tam, gdzie pieprz rośnie. Pewien poziom takich indywiduów, co chciały urządzać lepiej świat, niż jest urządzony, zawsze był, jest i będzie. Ale trzeba zrobić wszystko, żeby oni jakichś swoich hedonistyczno-ulitarianistycznych aksjologii państwa nie realizowali. Wtedy zafundują nam takie widowisko, jakiego świat jeszcze nie widział przy wszystkich okropnościach dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Problem w tym, że może właśnie żyjemy w odradzającym się jak feniks z popiołów komunizmie. Wiele na to wskazuje.

Powiedzmy sobie szczerze: jeżeli będą rządzić nami tacy ludzie, jak właśnie lewica laicka, cywilizacja Zachodu na zawsze pogrąży się w szambie. Kiedyś wiodła ona prym na globie, a teraz jest zżerana powoli, acz skutecznie, przez węwnętrznego lewackiego pasożyta.

______________________________
Przypisy:

[1] Stent był pionierem rozważań nad początkiem końca nauki. Żeby było śmieszniej Coming to the Golden Age powstało w okresie wielkich sukcesów nauk biologicznych i fizycznych, ale ów biolog molekularny (w późniejszym okresie również neurobiolog) - jak sam twierdzi - zaczynał coś węszyć. Uznał, że koniec nauki nastąpi właśnie w chwili, kiedy ludzie uznają, iż jest właśnie bardzo potężna. Do tej pory uważa, że jesteśmy blisko tego momentu albo już go żeśmy przekroczyli. Jego książka to była główna oś rozważań amerykańskiego dziennikarza Johna Horgana, które zawarł w Końcu nauki. Przyjął tam, że największe problemy zostały już rozwiązane, a nas czeka dopisywanie następnych miejsc po przecinku w stałych fizycznych (tak rozwój dwudziestowiecznej fizyki wyobrażał sobie Lord Kelvin chociażby). Stent zresztą uważa, że będzie całkiem podobnie. Skrytykował na przykład E. O. Wilsona za pomysły szukania nowych gatunków organizmów, mówiąc, że to gra szklanych paciorków. W Końcu nauki jest jego cytat zamieszczony: Biologia ewolucyjna skończyła się w 1859 roku. Nie pozostaje nic innego stwierdzić, jak fakt nihilizmu tych dwóch facetów (Stenta i Horgana).

[2] Pomysł z umieszczaniem elektrod wewnątrz czaszki pojawił się w literaturze poraz pierwszy w powieści Aldousa Huxleya Nowy wspaniały świat. Tam przyjęto, że ludzi uszczęśliwi się na siłę. Niższe klasy, jak Delty czy Epsilony, były właśnie takie, ponieważ zostały zdeterminowane do bycia idiotami. Alfy miały rządzić, a do zaspokajania przyjemności miały wykorzystywać seks, narkotyki, no i właśnie wprowadzane do czaszki elektrody. Pomysł Stenta jest raczej wtórny, choć w jego wypadku inspirowany raczej badaniami neurofizjologicznymi prowadzonymi przez Delgado.

[3] Wyżej operowałem pojęciem lewica laicka. Dlaczego? Bo ktoś mi może zarzucić, że uważam nazizm czy faszyzm za prawicę, ponieważ nie są one laickie. Cóż, z lewactwem to jest tak, że ma one podgrupy. Socjaliści, demoliberałowie, komuniści to jest lewica laicka. Obok tego jest lewactwo brunatne, czyli faszyści i naziści, realizujące klasyczne ideały tegoż tylko trochę na innym gruncie - podlane sosem narodowo-konserwatywnym. Ale mimo tego lewactwo.

__________________________________________________________________________________________

Tekst został opublikowany na Shalomie24 dnia 23 kwietnia bieżącego roku.