Swojego czasu jedna moja lewicująca koleżanka - ta znana z mojego starszego tekstu Obrazoburstwo na warszawskiej starówce - leczyła się u dentysty Ukraińca. W ogóle nie narzekała na jakość wykonywanych usług, nie było również żadnych problemów zdrowotnych. Pewnego pięknego razu tą działalnością zainteresowała się policja. Co się wówczas okazało? Ów dentysta był nielegalny, nie posiadał ani wykształcenia w tym zakresie, ani nie miał żadnych dokumentów typu LEP, które uprawniałyby go do wykonywania zawodu. A jakoś nikt z korzystających nigdy się nie skarżył...
Ten przypadek nie jest wcale wielce odosobniony. Podobnych zdarzało się więcej i to w różnych profesjach. Czego to wszystko dowodzi? W obecnym socjalistycznym świecie na wszystko trzeba mieć przysłowiowy papier. Przyjrzyjmy się zatem temu procederowi...
Powołałem się w pierwszym akapicie na przykład nielegalnego dentysty. Tutaj trzeba zadać sobie podstawowe pytanie? Czy osoba chcąca leczyć ludzi musi koniecznie mieć dyplom ukończenia studiów medycznych oraz zdany egzamin państwowy? Przykład powyższy wskazuje, że niekoniecznie. Moim zdaniem ludzie mogą się leczyć u kogo chcą - czy to będzie lekarz, znachor, cudotwórca czy ewentualnie inna persona w tym typie. Poza tym właściciel szpitala raczej nie zatrudniłby osoby, która nie skończyła studiów medycznych na przyzwoitej uczelni ze strachu przed utratą klientów.
Od czasu do czasu słychać przypadki nauczycieli, którzy sfałszowali swoje dyplomy np. na Stadionie Dziesięciolecia, a potem pracowali kilkanaście lat w szkolnictwie. Więcej, uchodzili za dobrych. Nagle ktoś się zainteresował, że delikwent nie skończył studiów i poszli oni siedzieć jako oszuści. Należy sobie postawić pytanie: czy aby nauczać w szkole trzeba mieć dyplom wyższej uczelni? Jeszcze nie tak dawno temu wystarczało tylko liceum pedagogiczne, po którym można było pójść do zawodu. Osobiście tego wymogu nie rozumiem. Często, jak się słyszy, co się wyrabia w szkołach, to co zdolniejsi uczniowie zaginają swoich nauczycieli bez większych problemów. Tu można się zastanawiać nad dwoma problemami. Po pierwsze po co maszynowo produkować magistrów? Ważniejsza jest tutaj kwestia druga; czy nauczyciel musi mieć dyplom. Gdybyśmy mieli szkolnictwo całkowicie w rękach prywatnych, to właściciel szkoły decydowałby, kogo zatrudnia na swoim terenie. Tego typu problemy, czy ktoś ma dyplom, czy nie ma, przestałyby w takiej sytuacji w ogóle istnieć. Człowiek musiałby się wykazać wiedzą i umiejętnościami z przedmiotu, którego chciałby nauczać. Śmieszy mnie również pomniejszy przypadek, kiedy to nauczyciel z kilkudziesięcioletnim stażem nauczania nie może pojechać z uczniami na wycieczkę szkolną. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nie odbył jakiegoś tam kursu. Osoba natomiast bezpośrednio po studiach, z dyplomem oraz takim kursem, może pojechać bez większych problemów, mimo braku doświadczenia w pracy z młodzieżą. Tutaj również widać następny paradoks, jaki powoduje dyktat papierków. Teoretycznie osoba bez żadnej wiedzy, jak co, gdzie i jak wygląda, może wykonywać dany zawód, tylko dlatego, że posiada pliczek różnych dokumentów.
Wiele mówi się korporacjach prawników. Dlaczego nikt nie chce w tej profesji wprowadzić wolności wykonywania zawodu tak, żeby teoretycznie każdy mógł go wykonywać? Wówczas problem prawniczych korporacji w ogóle przestałby istnieć. Niech każdy będzie mógł założyć kancelarię adwokacką na przykład! A co prokuratorów, sędziów czy adwokatów z urzędu - traktować jak zwykłych urzędników państwowych. Wprowadzenie Korpusu Służby Cywilnej rozwiązałoby problem prawników zatrudnianych przez państwo, podobnie jak w przypadku całej reszty pracowników sektora publicznego.
A prowadzenie badań naukowych? W obecnych czasach, jak się nie ma żadnych literek przed nazwiskiem to o tym w ogóle nie ma mowy. To ja się w takim razie pytam. Czy najwybitniejszy filozof epoki antycznej, Arystoteles ze Stagiry, miał jakikolwiek tytuł naukowy? Czy Michael Faraday posiadał stopień chociażby magistra czy licencjata? Czy powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych uczonych wszystkich epok Albert Einstein na początku swojej kariery, przed annus mirabilis, był zatrudniony w jakimkolwiek ośrodku naukowym? Na wszystkie można udzielić odpowiedzi przeczącej. Nie można na pewno poddać w wątpliwość osiągnięć wszystkich wymienionych osób. Więcej, wielu na przykład wybitnych biologów molekularnych zaczynało od zupełnie innych problemów - James D. Watson od badania wędrówek ptaków, a Francis Crick od udoskonalania radaru w czasie drugiej wojny światowej. Obydwaj są powszechnie znani ze względu na podwójną helisę. Czy obecnie taka zmiana profesji byłaby możliwa? Wszystko to świadczy to o tym, że w nauce cała "papierologia" jest szkodliwa dla rozwoju nauki! W obecnych czasach ani Arystoteles, ani Faraday, ani Einstein mogliby w ogóle nie zaistnieć.
Również w innych zawodach generuje się szereg papierów. Żeby być na przykład geologiem terenowym, trzeba poza dyplomem posiadać papier na daną specjalność - kartografię, hydrogeologię, złoża, grunty. A teraz można się zastanowić? Czy to oby na pewno konieczne. Żeby na przykład poszukiwać ropę naftową wystarczy opanować tzw. analizę basenów sedymentacyjnych, czyli sedymentologię, tektonikę, elementy geofizyki, geochemii i mikropaleontologii. A czy tego nie jest w stanie zrobić człowiek, który geologii nigdy nie studiował czy trzeba z góry zakładać, że poszukiwacz złóż paliw kopalnych ma posiadać papier terenowego geologa? Moim zdaniem to powinna być bolączka danej firmy zajmującej się poszukiwaniem i wydobywaniem złóż, kogo zatrudnia na takim etacie. Państwo powinno zaprzestać licencjonowania zawodu geologa.
Zajmowałem się wyżej bardzo szczegółowymi wskazaniami na poszczególne papiery. Mało kto poddaje jednak w wątpliwość posiadanie tak oczywistego dokumentu jak prawo jazdy. A czy to jest konieczne? Albo ktoś umie jeździć samochodem, albo nie. Podnieść natomiast należy kary za spowodowanie wypadku czy stwarzanie niebezpiecznej sytuacji na drodze. Od razu pewne rzeczy skończyłyby się.
Kiedyś w tekście Mea culpa zaznaczyłem, że państwo powinno wydawać tylko jeden dokument, a mianowicie paszport w momencie, kiedy rodzice uznają dziecko za dorosłe. (Tak, od tego powinna być podstawowa komórka społeczna), do tego weryfikować jeszcze ukończenie poszczególnych etapów edukacji. Tyle by w zupełności wystarczyło (poza pewnymi bardzo nielicznymi wyjątkami). Ale cóż, żyjemy w coraz bardziej socjalistycznej rzeczywistości ze wszystkimi problemami przezeń generowanymi...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 czerwca 2009
poniedziałek, 15 września 2008
Życie poza Ziemią?
Od jakichś dwustu pięćdziesięciu lat trwa zmasowana krucjata pewnych środowisk przeciw kultom religijnym. Są to zazwyczaj wolnomyśliciele i lewicowcy. Stosują oni najróżniejsze chwyty erystyczne, aby udowodnić, że Boga nie ma. Ostatnimi czasy ukazał się wręcz zbiór tego typu zagrywek w postaci książki Richarda Dawkinsa Bóg urojony. Autor na różne sposoby zmagał się z ideą Boga, pogubił się jednak, a samą lekturę można uznać za konwulsyjne wicie się i projekcję nienawiści do wszelkich form kultu. Przecież na lewicującym francuskim kanale Planete był kiedyś program, w którym Dawkins zwiedzał miejsca ważne dla różnych religii, a mówiąc o nich, zachowywał się tak, jakby chciał je zniszczyć. Argumenty stosowane przez niego nie są wyrachowane. To takie lewackie odgrzebywanie przypadków przypominające uzasadnienie wykonywanie aborcji przez dziewięć miesięcy zaburzeniami rozwoju płodu zdarzającymi się raz na milion ciąż. Widać, że powinien wrócić do zajmowania się zoologią i ewolucjonizmem, a zrezygnować natomiast z filozofii. O tej bowiem nie ma zielonego pojęcia. Przy okazji wypada zaznaczyć, że z jego głównej dziedziny tzn. zoologii, nie jest żadnym liczącym się na świecie badaczem, tylko mocnym średniakiem. Zasłynął dzięki serii książek popularnonaukowych takich jak Samolubny gen, Fenotyp rozszerzony, Ślepy zegarmistrz czy Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa. To nie jest taka klasa, jak na przykład wybitny amerykański paleontolog, zmarły w 2002 roku, Stephen Jay Gould. Ów również opublikował wiele książek popularnonaukowych, dzięki którym zdobył rozgłos na całym świecie. W przeciwieństwie do Dawkinsa liczył się w swoim środowisku jako autor tysiąca publikacji i twórca teorii punktualizmu (razem z Nilesem Eldredgem). Również miał zdecydowanie normalniejsze podejście do religii wyrażone jako zasada NOMA (Non-Overlapping Magisterias). Tyle dygresji.
W każdym razie wiadomo, że część ateistów (nazwijmy ich antyteistami) próbuje zwalczać religię. Stosują przy tej okazji mniej lub bardziej wyszukane argumenty. Jednym z nich jest poszukiwania życia pozaziemskiego. Uważają, że jeżeli znajdą chociażby bakterię, która nie powstała na Ziemi, to już będzie wystarczający dowód, że żadnego Boga nie ma. W sumie nie jest to wyszukany argument, ale tą kwestię trzeba rozwinąć. Argumentacja w ten sposób może przemawiać do wielu ludzi niezbyt obeznanych zarówno z naukami przyrodniczymi jak i filozofią. Takich jednakże jest niestety zdecydowana większość. Tak więc w sumie niezbyt wyrachowany argument może mieć wielkie znaczenie, jeśli chodzi o samą demagogię. Istnieje zatem możliwość, że z równą łatwością zostanie on podchwycony przez jakąś grupę ludzi i uznany za prawdziwy.
Zanim przejdziemy do samej egzobiologii (nauki zajmującej się poszukiwaniem życia poza Ziemią), należy rozwiązać podproblem, który znajduje się niejako u podstaw. Odpowiedzieć musimy sobie na pytanie: czym jest życie i jaki układ uznamy wobec tego za żywy? A mianowicie, będzie to taki system, który pobiera materię i energię z otoczenia i który jest w stanie się reprodukować. Wiązać się to będzie z pewnymi istotnymi właściwościami takiego układu. Otóż będzie on musiał być w pewien sposób sterowany, gdzieś będzie musiała być zawarta cała informacja o budowie i fizjologii organizmu. W przypadku ziemskich form życia tą funkcję pełni DNA, chociaż niektóre wirusy wykorzystują RNA. Ta informacja musi być w pewien sposób odczytywana, a następnie tłumaczona. U ziemskich organizmów mamy szlak DNA-RNA-białko, co jest związane z procesami kolejno transkrypcji i translacji. Zależność ta została nazwana równolegle przez Francisa Cricka i George'a Gamowa "centralnym dogmatem biologii molekularnej". No i tak naprawdę, te cechy decydują, czy można uznać jakiś układ za żywy czy martwy. Obiektów o takich właściwościach należy zatem poszukiwać. Nie muszą być one wcale oparte na białkach i/lub kwasach nukleinowych. Mogą być one oparte zupełnie na innych biopolimerach wykazujących tego typu wartości. Nie należy wykluczać również innych możliwości. Życie mogłoby być również oparte nawet na plazmie wykazującej odpowiednie właściwości i wobec tego może występować nawet w gwiazdach czy we wnętrzu Ziemi pod naszymi stopami (sic!). Wydaje się nam nieprawdopodobne, ale zawsze istnieje prawdopodobieństwo...
Mamy zatem definicję obiektu żywego. Nie koniecznie musi być to forma istnienia białka. (Swojego czasu, zwłaszcza w kontekście odkrycia przez Thomasa Cecha rybozymów - konkretnie autokatalitycznego splicingu u pierwotniaka Tetrahynema pyriformis, dyskutowane były tezy o świecie RNA, który istniał przed pojawieniem się DNA i protein). Obiektów o wyżej wymienionych właściwościach należy zatem poszukiwać. Z jednej strony może to przypominać poszukiwania igły w stogu siana, a z drugiej mamy tutaj całkiem wiele możliwości.
Do tej pory, co udało nam się znaleźć? Okazało się, że w wyniku badań spektralnych znaleziono w przestrzeni kosmicznej kilkaset związków organicznych. Wszechświat to nie tylko fizyka. Prężnie ostatnimi czasy rozwija się kosmochemia, czyli dyscyplina zajmująca się badaniem przestrzeni kosmicznej pod względem składu chemicznego. Wracając do związków organicznych, niektóre z nich występują w żywych organizmach na Ziemi - jak zasady azotowe czy aminokwasy (choćby glicyna czy alanina wykryte w Obłoku Magellana). To może już być przesłanka do tego, że życie może powstać gdzie indziej we Wszechświecie.
Inna sprawa to istnienie ekstremofili. Rozwijają się one w warunkach, w których inne organizmy nie mogą przeżyć ze względu na wysoką temperaturę, zasolenie czy też promieniotwórczość, jak to się dzieje w przypadku Deinococcus radiodurans. Są to jednokomórkowce (bakterie i nieliczne pierwotniaki), większość jednak wywodzi się z taksonu archeobakterii. Wykazują one wiele interesujących właściwości, jak na przykład występowanie w błonach komórkowych wiązań eterowych, zamiast estrowych. Istnienie tego typu organizmów pokazuje, że możemy się spodziewać występowania żywych form życia tam, gdzie wcześniej nawet nie pomyślelibyśmy, iż cokolwiek jest w stanie przeżyć. Ekstremofile znajdowane są często głęboko pod ziemią, w złożach różnych kopalin. Dla niektórych, jak na przykład Thomasa Golda, jest to sygnał, iż powinniśmy zrewidować nasze poglądy na temat powstania i pochodzenia życia na Ziemi.
Przy okazji warto wspomnieć o siedliskach związanych z kominami hydrotermalnymi. Praktycznie nie dociera tam światło, a mimo to rozwija się tam wiele form życia. Dodam, że dzieje się to nie w przypadku bakterii czy pierwotniaków, ale wręcz zwierząt wielokomórkowych jak rurkoczułkowce (organizmy o niejasnej pozycji systematycznej, prawdopodobnie zbliżone pierścienic) oraz niektóre małże. Pozwala to twierdzić, że życie może wiele form, w tym złożonych (w porównaniu z bakterią przykładowy rurkoczułkowiec jak Riphtia pachyptila jest bardzo skomplikowany) nawet w skrajnie nie przyjaznych warunkach. Dlatego zwracają się oczy przynajmniej części egzobiologów na księżyc Europa, który otoczony jest przez skuty lodem ocean. Niektórzy uważają, iż tam na dnie może występować tego typu ekosystem.
Istnieje jeszcze inna możliwość. W wielu miejscach życie mogło zaniknąć, ale nie wykluczone, że występowało tam w przeszłości. Część badaczy zatem uważa, iż należy przeszukiwać wszystkie meteoryty pod względem występowania tam jakiś śladów materii organicznej czy mikroskamieniałości. Problem tutaj jest dwojaki. Często w wyniku metamorfizacji skał z materii organicznej zostają tak zwane PAH, czyli polipierścieniowe węglowodory aromatyczne. Mogą się one jednak dostać do badanego obiektu, ponieważ często są to różne przemysłowe zanieczyszczenia. Inna rzecz to mikroskamieniałości. Skąd my mamy wiedzieć, czy nie są to mineralne wykwity? Podać tutaj trzeba przykład z badań paleontologicznych warstw prekambryjskich. Taki Yunnanozoon został znaleziony dawno temu, a dopiero niedawno udało się stwierdzić, że to prymitywny strunowiec taki jak znana z pokładów z Burgess Pikaya. Po prostu to, co z niego zostało, uległo spłaszczeniu. Takie problemy są w przypadku badania dużych organizmów. Swojego czasu niemiecki paleontolog Adolf Seilacher zanegował przynależność zwierząt znalezionych w pokładzie Ediacara w Australii do tego taksonu, sugerując, iż były to kolonie jednokomórkowych glonów. Tu mamy do czynienia z dużymi formami życia i już są wielkie dyskusje. A w przypadku mikroskamieniałości, to jest jeszcze gorzej. Żeby odróżnić je od ewentualnych mineralnych wykwitów, należy wykonać badania geochemiczne skały macierzystej. A w jakim celu? Skład izotopowy może nam powiedzieć, czy tam w ogóle coś kiedyś żyło. Tak było na przykład w przypadku pokładów z arktycznej wyspy Issua mających 3,8 miliarda lat. To teraz wyobraźmy sobie w przypadku meteorytu. Kawałek skały zostaje odpryśnięty w wyniku uderzenia innego obiektu i ulega metamorfizacji. Mamy tutaj zatem podobne dylematy jak w przypadku badania skał prekambryjskich.
Te problemy egzobiologii, o których mówiłem do tej pory, wywołują w 90% przypadków jedynie spory czysto akademickie. Bardzo rzadko przenika coś do świadomości ogółu z nich. Głośna była sprawa meteorytu ALH84001, w którym nie znaleziono żadnych śladów życia, jak się później okazało. Pewna problematyka podnieca jednak większe grupy ludzi. Chodzi tutaj o istnienie cywilizacji pozaziemskich. Wywołują one znacznie większe emocje niźli poszukiwania jakiegokolwiek życia. Związane są one z "latającymi spodkami" czy też projektem SETI. W sumie to one wywołują największe emocje, bo związane również z religią, teologią czy filozofią.
Jaka jest podstawa poszukiwania tych ostatnich? Mamy tam tak zwane równanie Drake, od astronoma, który zaproponował w ogóle całą tą zabawę. Jego wynikiem jest ilość możliwych istniejących cywilizacji. Bierze pod uwagę takie zmienne jak szybkość powstawania gwiazd w galaktyce, odsetek gwiazd mających planety, ilość planet znajdujących się w ekosferze (w odpowiedniej odległości od gwiazdy), odsetek tych planet, na których wystąpić może życie, odsetek planet, na których rozwiną się inteligentne formy życia, odsetek cywilizacji chcących się komunikować z ludzkością i średni czas trwania takich cywilizacji. W zależności od doboru wartości współczynników można uzyskać liczby od wielu milionów do jedności. Na razie ilość cywilizacji technicznych w naszej galaktyce wynosi 1, czyli jesteśmy nią my.
W jaki sposób ma to podważać obecność Boga? Otóż, rzekomo miał on stworzyć jedynie ludzi, a tu nagle pojawiają się inne rasy. Tak więc powstała większa ilość istot inteligentnych. Tu jednak popełniany jest błąd. Średniowieczni teolodzy na przykład uważali, że Adamów i Ew mogło być więcej i że oni wobec tego funkcjonowali w innych światach zbliżonych do naszego. To jedna sprawa. Problem można postawić inaczej, czy tylko my jesteśmy w stanie dostrzegać, że ponad nami jest coś więcej? Jeżeli inne cywilizacje we Wszechświecie też uważają, że istnieje Bóg, to co to wtedy? Czy ateiści operujący argumentem innych zaawansowanych cywilizacji, być może ze skali Kardaszewa (dotyczącej wykorzystania energii) taki wariant w swoich rozważaniach przewidzieli?
Przy okazji można wykonać taki eksperyment myślowy. W triasie zaczął pękać superkontynent Pangei i praktycznie niewielki przesmyk łączył ze sobą powstałe z niej kontynenty Laurazji (ten na północy) i Gondwany (na południu). Na tym pierwszym żyły głównie tekodonty, a na tym drugim rozwijały się gady ssakokształtne. No i wyobraźmy sobie w tym momencie, że ten przesmyk zanika. Na północy zostają tekodonty - w zasadzie powinno się mówić prymitywne archozauromorfy, takiego taksonu już nie ma w nomenklaturze zoologicznej i paleontologicznej. Na południu natomiast rozwijają się gady ssakokształtne. Przypomnieć należy tutaj, jak to wyglądało w rzeczywistości. Cały świat został zdominowany przez archozaury, potem powstały dinozaury, które panowały na Ziemi do końca kredy, 65 milionów lat temu. Co się działo natomiast ze ssakami? Praktycznie w tym okresie rozwijały się ich niewielkie formy takie jak trójguzkowce, wieloguzkowce, później dopiero powstały torbacze, łożyskowce, w między czasie występowały jeszcze formy pośrednie między nimi jak Zalambdestes. Dopiero w trzeciorzędzie rozwinęły się większe formy, w tym cała megafauna. A teraz należy się zastanowić, co byłoby gdyby na północy rozwijały się dinozaury, a na południu ssaki. Być może doszłoby do ewolucji równoległej. Przyjmijmy taki wariant. Tak więc na kontynencie Gondwany mógł powstać człowiek, jaki znamy obecnie, a na północy mogłaby wyewoluować inna inteligentna forma życia - swojego czasu postulowano nawet możliwość powstania takiego dinozauroida. Byśmy mieli zatem na jednym globie dwie cywilizacje. No i co wtedy? Mamy tutaj taki sam paradoks, jak w przypadku, gdy cywilizacje rozproszone są po całej galaktyce lub w całym Wszechświecie. Czy to w jakiś sposób przeczy istnieniu Boga? Sami możemy sobie odpowiedzieć na pytanie, że nie.
Tak więc można powiedzieć ateistom chcącym w ten sposób udowodnić nieistnienie Boga, że argumentacja w postaci poszukiwania różnych form życia pozaziemskiego nie sprawdza się w tym przypadku. Co więcej, mogą oni wyjść jak Zabłocki na mydle na tych swoich twierdzeniach. Współczesny guru ateistów Richard Dawkins w swojej książce Ślepy zegarmistrz stwierdził, iż darwinizm jest regułą powszechną w kosmosie; jeżeli gdzieś powstały żywe organizmy, to właśnie w ten sposób? A jaką on ma pewność, że gdzieś we Wszechświecie ewolucja nie zachodzi na przykład w sposób lamarkowski? Wszystko zależy od chemicznych podstaw zaistniałego tam życia. Model ewolucji aprobowany przez wolnomyślicieli (moim zdaniem idiotycznie) do zwalczania religii nie musi być zatem wszędzie słuszny. Na to również w jednym ze swoich popularnonaukowych esejów zwrócił uwagę Stephen Jay Gould.
Pointa tego wszystkiego jest następująca. Nawet jak zostanie odkryte życie pozaziemskie w dowolnej formie, to nie jest żaden dowód na nieistnienie Boga. Przy okazji ateiści powinni sobie odpowiedzieć na pytanie: a jak to jest, że istnieje coś, a nie jedna wielka Nicość.
W każdym razie wiadomo, że część ateistów (nazwijmy ich antyteistami) próbuje zwalczać religię. Stosują przy tej okazji mniej lub bardziej wyszukane argumenty. Jednym z nich jest poszukiwania życia pozaziemskiego. Uważają, że jeżeli znajdą chociażby bakterię, która nie powstała na Ziemi, to już będzie wystarczający dowód, że żadnego Boga nie ma. W sumie nie jest to wyszukany argument, ale tą kwestię trzeba rozwinąć. Argumentacja w ten sposób może przemawiać do wielu ludzi niezbyt obeznanych zarówno z naukami przyrodniczymi jak i filozofią. Takich jednakże jest niestety zdecydowana większość. Tak więc w sumie niezbyt wyrachowany argument może mieć wielkie znaczenie, jeśli chodzi o samą demagogię. Istnieje zatem możliwość, że z równą łatwością zostanie on podchwycony przez jakąś grupę ludzi i uznany za prawdziwy.
Zanim przejdziemy do samej egzobiologii (nauki zajmującej się poszukiwaniem życia poza Ziemią), należy rozwiązać podproblem, który znajduje się niejako u podstaw. Odpowiedzieć musimy sobie na pytanie: czym jest życie i jaki układ uznamy wobec tego za żywy? A mianowicie, będzie to taki system, który pobiera materię i energię z otoczenia i który jest w stanie się reprodukować. Wiązać się to będzie z pewnymi istotnymi właściwościami takiego układu. Otóż będzie on musiał być w pewien sposób sterowany, gdzieś będzie musiała być zawarta cała informacja o budowie i fizjologii organizmu. W przypadku ziemskich form życia tą funkcję pełni DNA, chociaż niektóre wirusy wykorzystują RNA. Ta informacja musi być w pewien sposób odczytywana, a następnie tłumaczona. U ziemskich organizmów mamy szlak DNA-RNA-białko, co jest związane z procesami kolejno transkrypcji i translacji. Zależność ta została nazwana równolegle przez Francisa Cricka i George'a Gamowa "centralnym dogmatem biologii molekularnej". No i tak naprawdę, te cechy decydują, czy można uznać jakiś układ za żywy czy martwy. Obiektów o takich właściwościach należy zatem poszukiwać. Nie muszą być one wcale oparte na białkach i/lub kwasach nukleinowych. Mogą być one oparte zupełnie na innych biopolimerach wykazujących tego typu wartości. Nie należy wykluczać również innych możliwości. Życie mogłoby być również oparte nawet na plazmie wykazującej odpowiednie właściwości i wobec tego może występować nawet w gwiazdach czy we wnętrzu Ziemi pod naszymi stopami (sic!). Wydaje się nam nieprawdopodobne, ale zawsze istnieje prawdopodobieństwo...
Mamy zatem definicję obiektu żywego. Nie koniecznie musi być to forma istnienia białka. (Swojego czasu, zwłaszcza w kontekście odkrycia przez Thomasa Cecha rybozymów - konkretnie autokatalitycznego splicingu u pierwotniaka Tetrahynema pyriformis, dyskutowane były tezy o świecie RNA, który istniał przed pojawieniem się DNA i protein). Obiektów o wyżej wymienionych właściwościach należy zatem poszukiwać. Z jednej strony może to przypominać poszukiwania igły w stogu siana, a z drugiej mamy tutaj całkiem wiele możliwości.
Do tej pory, co udało nam się znaleźć? Okazało się, że w wyniku badań spektralnych znaleziono w przestrzeni kosmicznej kilkaset związków organicznych. Wszechświat to nie tylko fizyka. Prężnie ostatnimi czasy rozwija się kosmochemia, czyli dyscyplina zajmująca się badaniem przestrzeni kosmicznej pod względem składu chemicznego. Wracając do związków organicznych, niektóre z nich występują w żywych organizmach na Ziemi - jak zasady azotowe czy aminokwasy (choćby glicyna czy alanina wykryte w Obłoku Magellana). To może już być przesłanka do tego, że życie może powstać gdzie indziej we Wszechświecie.
Inna sprawa to istnienie ekstremofili. Rozwijają się one w warunkach, w których inne organizmy nie mogą przeżyć ze względu na wysoką temperaturę, zasolenie czy też promieniotwórczość, jak to się dzieje w przypadku Deinococcus radiodurans. Są to jednokomórkowce (bakterie i nieliczne pierwotniaki), większość jednak wywodzi się z taksonu archeobakterii. Wykazują one wiele interesujących właściwości, jak na przykład występowanie w błonach komórkowych wiązań eterowych, zamiast estrowych. Istnienie tego typu organizmów pokazuje, że możemy się spodziewać występowania żywych form życia tam, gdzie wcześniej nawet nie pomyślelibyśmy, iż cokolwiek jest w stanie przeżyć. Ekstremofile znajdowane są często głęboko pod ziemią, w złożach różnych kopalin. Dla niektórych, jak na przykład Thomasa Golda, jest to sygnał, iż powinniśmy zrewidować nasze poglądy na temat powstania i pochodzenia życia na Ziemi.
Przy okazji warto wspomnieć o siedliskach związanych z kominami hydrotermalnymi. Praktycznie nie dociera tam światło, a mimo to rozwija się tam wiele form życia. Dodam, że dzieje się to nie w przypadku bakterii czy pierwotniaków, ale wręcz zwierząt wielokomórkowych jak rurkoczułkowce (organizmy o niejasnej pozycji systematycznej, prawdopodobnie zbliżone pierścienic) oraz niektóre małże. Pozwala to twierdzić, że życie może wiele form, w tym złożonych (w porównaniu z bakterią przykładowy rurkoczułkowiec jak Riphtia pachyptila jest bardzo skomplikowany) nawet w skrajnie nie przyjaznych warunkach. Dlatego zwracają się oczy przynajmniej części egzobiologów na księżyc Europa, który otoczony jest przez skuty lodem ocean. Niektórzy uważają, iż tam na dnie może występować tego typu ekosystem.
Istnieje jeszcze inna możliwość. W wielu miejscach życie mogło zaniknąć, ale nie wykluczone, że występowało tam w przeszłości. Część badaczy zatem uważa, iż należy przeszukiwać wszystkie meteoryty pod względem występowania tam jakiś śladów materii organicznej czy mikroskamieniałości. Problem tutaj jest dwojaki. Często w wyniku metamorfizacji skał z materii organicznej zostają tak zwane PAH, czyli polipierścieniowe węglowodory aromatyczne. Mogą się one jednak dostać do badanego obiektu, ponieważ często są to różne przemysłowe zanieczyszczenia. Inna rzecz to mikroskamieniałości. Skąd my mamy wiedzieć, czy nie są to mineralne wykwity? Podać tutaj trzeba przykład z badań paleontologicznych warstw prekambryjskich. Taki Yunnanozoon został znaleziony dawno temu, a dopiero niedawno udało się stwierdzić, że to prymitywny strunowiec taki jak znana z pokładów z Burgess Pikaya. Po prostu to, co z niego zostało, uległo spłaszczeniu. Takie problemy są w przypadku badania dużych organizmów. Swojego czasu niemiecki paleontolog Adolf Seilacher zanegował przynależność zwierząt znalezionych w pokładzie Ediacara w Australii do tego taksonu, sugerując, iż były to kolonie jednokomórkowych glonów. Tu mamy do czynienia z dużymi formami życia i już są wielkie dyskusje. A w przypadku mikroskamieniałości, to jest jeszcze gorzej. Żeby odróżnić je od ewentualnych mineralnych wykwitów, należy wykonać badania geochemiczne skały macierzystej. A w jakim celu? Skład izotopowy może nam powiedzieć, czy tam w ogóle coś kiedyś żyło. Tak było na przykład w przypadku pokładów z arktycznej wyspy Issua mających 3,8 miliarda lat. To teraz wyobraźmy sobie w przypadku meteorytu. Kawałek skały zostaje odpryśnięty w wyniku uderzenia innego obiektu i ulega metamorfizacji. Mamy tutaj zatem podobne dylematy jak w przypadku badania skał prekambryjskich.
Te problemy egzobiologii, o których mówiłem do tej pory, wywołują w 90% przypadków jedynie spory czysto akademickie. Bardzo rzadko przenika coś do świadomości ogółu z nich. Głośna była sprawa meteorytu ALH84001, w którym nie znaleziono żadnych śladów życia, jak się później okazało. Pewna problematyka podnieca jednak większe grupy ludzi. Chodzi tutaj o istnienie cywilizacji pozaziemskich. Wywołują one znacznie większe emocje niźli poszukiwania jakiegokolwiek życia. Związane są one z "latającymi spodkami" czy też projektem SETI. W sumie to one wywołują największe emocje, bo związane również z religią, teologią czy filozofią.
Jaka jest podstawa poszukiwania tych ostatnich? Mamy tam tak zwane równanie Drake, od astronoma, który zaproponował w ogóle całą tą zabawę. Jego wynikiem jest ilość możliwych istniejących cywilizacji. Bierze pod uwagę takie zmienne jak szybkość powstawania gwiazd w galaktyce, odsetek gwiazd mających planety, ilość planet znajdujących się w ekosferze (w odpowiedniej odległości od gwiazdy), odsetek tych planet, na których wystąpić może życie, odsetek planet, na których rozwiną się inteligentne formy życia, odsetek cywilizacji chcących się komunikować z ludzkością i średni czas trwania takich cywilizacji. W zależności od doboru wartości współczynników można uzyskać liczby od wielu milionów do jedności. Na razie ilość cywilizacji technicznych w naszej galaktyce wynosi 1, czyli jesteśmy nią my.
W jaki sposób ma to podważać obecność Boga? Otóż, rzekomo miał on stworzyć jedynie ludzi, a tu nagle pojawiają się inne rasy. Tak więc powstała większa ilość istot inteligentnych. Tu jednak popełniany jest błąd. Średniowieczni teolodzy na przykład uważali, że Adamów i Ew mogło być więcej i że oni wobec tego funkcjonowali w innych światach zbliżonych do naszego. To jedna sprawa. Problem można postawić inaczej, czy tylko my jesteśmy w stanie dostrzegać, że ponad nami jest coś więcej? Jeżeli inne cywilizacje we Wszechświecie też uważają, że istnieje Bóg, to co to wtedy? Czy ateiści operujący argumentem innych zaawansowanych cywilizacji, być może ze skali Kardaszewa (dotyczącej wykorzystania energii) taki wariant w swoich rozważaniach przewidzieli?
Przy okazji można wykonać taki eksperyment myślowy. W triasie zaczął pękać superkontynent Pangei i praktycznie niewielki przesmyk łączył ze sobą powstałe z niej kontynenty Laurazji (ten na północy) i Gondwany (na południu). Na tym pierwszym żyły głównie tekodonty, a na tym drugim rozwijały się gady ssakokształtne. No i wyobraźmy sobie w tym momencie, że ten przesmyk zanika. Na północy zostają tekodonty - w zasadzie powinno się mówić prymitywne archozauromorfy, takiego taksonu już nie ma w nomenklaturze zoologicznej i paleontologicznej. Na południu natomiast rozwijają się gady ssakokształtne. Przypomnieć należy tutaj, jak to wyglądało w rzeczywistości. Cały świat został zdominowany przez archozaury, potem powstały dinozaury, które panowały na Ziemi do końca kredy, 65 milionów lat temu. Co się działo natomiast ze ssakami? Praktycznie w tym okresie rozwijały się ich niewielkie formy takie jak trójguzkowce, wieloguzkowce, później dopiero powstały torbacze, łożyskowce, w między czasie występowały jeszcze formy pośrednie między nimi jak Zalambdestes. Dopiero w trzeciorzędzie rozwinęły się większe formy, w tym cała megafauna. A teraz należy się zastanowić, co byłoby gdyby na północy rozwijały się dinozaury, a na południu ssaki. Być może doszłoby do ewolucji równoległej. Przyjmijmy taki wariant. Tak więc na kontynencie Gondwany mógł powstać człowiek, jaki znamy obecnie, a na północy mogłaby wyewoluować inna inteligentna forma życia - swojego czasu postulowano nawet możliwość powstania takiego dinozauroida. Byśmy mieli zatem na jednym globie dwie cywilizacje. No i co wtedy? Mamy tutaj taki sam paradoks, jak w przypadku, gdy cywilizacje rozproszone są po całej galaktyce lub w całym Wszechświecie. Czy to w jakiś sposób przeczy istnieniu Boga? Sami możemy sobie odpowiedzieć na pytanie, że nie.
Tak więc można powiedzieć ateistom chcącym w ten sposób udowodnić nieistnienie Boga, że argumentacja w postaci poszukiwania różnych form życia pozaziemskiego nie sprawdza się w tym przypadku. Co więcej, mogą oni wyjść jak Zabłocki na mydle na tych swoich twierdzeniach. Współczesny guru ateistów Richard Dawkins w swojej książce Ślepy zegarmistrz stwierdził, iż darwinizm jest regułą powszechną w kosmosie; jeżeli gdzieś powstały żywe organizmy, to właśnie w ten sposób? A jaką on ma pewność, że gdzieś we Wszechświecie ewolucja nie zachodzi na przykład w sposób lamarkowski? Wszystko zależy od chemicznych podstaw zaistniałego tam życia. Model ewolucji aprobowany przez wolnomyślicieli (moim zdaniem idiotycznie) do zwalczania religii nie musi być zatem wszędzie słuszny. Na to również w jednym ze swoich popularnonaukowych esejów zwrócił uwagę Stephen Jay Gould.
Pointa tego wszystkiego jest następująca. Nawet jak zostanie odkryte życie pozaziemskie w dowolnej formie, to nie jest żaden dowód na nieistnienie Boga. Przy okazji ateiści powinni sobie odpowiedzieć na pytanie: a jak to jest, że istnieje coś, a nie jedna wielka Nicość.
Etykiety:
ateizm,
biologia ewolucyjna,
Bóg,
egzobiologia,
ekstremofile,
filozofia,
kosmochemia,
nauka,
NOMA,
paleontologia,
Richard Dawkins,
Stephen Jay Gould
środa, 9 lipca 2008
Czym jest nowy socjalistyczny świat?
Używałem tego terminu nie jeden raz, ale zapomniałem zdefiniować, co on ma konkretnie oznaczać. Dla wielu osób po prawej stronie (jak i po lewej) jego znaczenie może być różne. Raczej lewicowcy odbierają to różnie - albo jakiś narodowy syndykalizm, z korporacjami pracowniczymi i dużym socjalem, jak to postuluje chociażby NOP, albo świat całkowicie zlaicyzowany zsekularyzowany, gdzie nie ma religii, rasizmu, homofobii i wszelkich form społecznego ucisku, jakie ich zdaniem mają wynikać z tradycji. Dodam, że ten drugi jest przez nich traktowany jako raj na Ziemi. Ale jak to naprawdę będzie wyglądać. Jako konserwatysta mam zdanie zgoła odmienne.
Analizując do czego dąży współczesna lewizna, można dojść do wniosku, że ten nowy socjalistyczny świat będzie koszmarem. Po prostu to ostateczny totalitaryzm, w którym człowiek zostanie zredukowany do biologicznego elementu społecznej maszyny. ZSRR Stalina, Trzecia Rzesza Hitlera czy Chiny to będzie przy tym nic, nie wiem, czy dobrym określeniem na nazwanie tego stanu rzeczy byłoby nawet określenie pikuś. Oni nie dysponowali takimi środkami technicznymi, jakie zostały wynalezione po drugiej wojnie światowej. Nawet nie mogli marzyć o nich, to przekraczało granice wyobraźni tych ludzi.
Ale przeanalizujmy ewolucję tego obecnego systemu socjaldemokratycznego w stronę totalitaryzmu, jaki nastąpi w przyszłości. Niestety, niewiele można tutaj wskórać, aby tak się nie stało. Zacznijmy od tego, co powszechnie jest postrzegane jako dobrodziejstwo. Państwowa służba zdrowia oraz wiążące się z nią obowiązkowe ubezpieczenie. Wielu z nas powie, a to takie dobre jest, bo idzie się do szpitala i nikt z nas kasy nie ściąga. Po pierwsze mitem jest jej bezpłatność. Przecież płaci się składkę zdrowotną do NFZ. To jest państwowy monopolista, który może sobie wysokość dowolnie ustalać, jak mu się podoba. Mitem jest zatem ta bezpłatność. Ale co powoduje istnienie państwowej służby zdrowia? Pojawia się tutaj automatycznie zagadnienie, jak minimalizować koszty leczenia. Tak więc, zabrania się ludziom robienia pewnych rzeczy. Nie można jeździć bez zapiętych pasów samochodem, bo wzrosną niebezpiecznie koszty leczenia. Państwo ma również ciągoty w kierunku zabrania jedzenia ludziom potraw zawierających tłuszcze trans. Na naszym rodzimym podwórku pojawiały się również projekty, aby zakazać sprzedaży alkoholu przed godziną trzynastą. Walczy się również z nikotyną. Wszystko to wynika z istnienia państwowej służby zdrowia. Z niczego innego.
Przy okazji warto poruszyć wątek narkotyków. Dlaczego teraz tak miło socjaldemokracja patrzy na ich dekryminalizację? W tej rzeczywistości można ludzi starać się ogłupiać, oszczędzając na początku na inwigilacji. Ludzie ogłupieni przez narkotyki będą zdecydowanie mniej szkodliwi i nie będą występowali przeciwko władzy. Dadzą się też łatwiej urabiać narzędziom propagandy, będą siłą rzeczy mniej sceptyczni wobec zabiegów stworzenia nowej kultury oraz społecznej inżynierii.
Ale spójrzmy dalej. Generalnie koszty leczenia ludzi w podeszłym wieku są wysokie. Pojawiają się zatem pomysły, aby za leczenie powyżej 65 roku samemu płacić, mimo posiadania państwowego ubezpieczenia w tym zakresie. Lecz to jest jeszcze nic. Z socjalistycznego punktu widzenia najlepiej takich ludzi nie leczyć. Pojawia się tutaj zatem następne rozwiązanie, zaakceptowane póki co w Holandii, Belgii oraz kanadyjskiej prowincji Kolumbii Brytyjskiej. Jest to nic innego, tylko eutanazja. Prowadzi to do zdecydowanego obniżenia wydatków w służbie zdrowia. To jest, mimo, nie koniec. Eutanazja bowiem płynnie przechodzi w eugenikę. Przecież, jeżeli będzie można skrócić cierpienia osobom starszym cierpiącym na przykład na nowotwory z wieloma przerzutami, to teoretycznie można zacząć uśmiercać dzieci z zespołem Downa lub chociażby z zajęczą wargą, o ile wcześniej nie zostaną wyskrobane. To jedna rzecz. Druga to państwo może kalkulować przyszłe wydatki. Następnym wnioskiem jest zatem sterylizacja osobników, które przez władzę zostaną uznane za niezdatne do rozmnażania. Co się z tym wiąże. Oczywiście w części przypadków przymus aborcyjny. Przyjdą odpowiedni panowie ze smutnymi twarzami, złapią kobietę - no i w zależności od zaawansowania ciąży - będzie albo aborcja farmakologiczna albo mechaniczna. A jak mimo wszystko dziecko się urodzi, to zostanie zabite rzutem o ścianę - tak to robili na przykład Niemcy podczas drugiej wojny światowej.
Widzimy jak państwowa służba zdrowia otwiera drogę do inżynierii społecznej. Obecnie jest ona znacznie ułatwiona. Hitler czy szwedzcy socjaldemokraci w okresie do 1975 roku nie mieli jednak takich środków, jakimi obecnie się dysponuje. Oni mogli się co najwyżej opierać na jakiejś pseudoantropologii. A wyobraźmy sobie, co będzie w przyszłości. Wezwą na badanie i pobiorą krew. A następnie zwirują i poszczególne frakcje wrzucą na jakiś lab in chip. Nie tylko będą wiedzieli, jaki dany człowiek ma genom, ale również będą wiedzieli jak on ulega ekspresji. Są już obecnie mikromacierze DNA, których wyniki analizuje się z użyciem maszynowych algorytmów przeszukiwania. Prawo Moore'a oraz wykorzystanie nowych materiałów do budowy elementów półprzewodnikowych pewnie to wszystko jeszcze przyśpieszy. Dodajmy jeszcze, że do tej pory zapewne lepiej zostaną poznane zależności między układem immunologicznym a nerwowym; ekspresja genów w komórkach odpornościowych będzie mogła powiedzieć co nieco na temat stanu umysłowego i emocjonalnego danego człowieka. Na tej postawie określą, jaką dany człowiek ma potencjalną wartość i czy wolno mu pozwolić się rozmnażać. Dawny morfologiczny lombrosianizm odejdzie w przeszłość, o ile już się tak nie stało. To wnioskowanie zejdzie z poziomu anatomii do genetyki i biologii molekularnej (jak to ładnie ongiś określano protoplazmy).
Eugenika otwiera drogę do następnego szczebla zniewolenia. Państwo już przejęło po części kontrolę nad rozrodem. Teraz tylko rozszerzy sferę swojej ingerencji w celach wyhodowania rasy niewolników, którzy nawet nie będą zdawali sobie sprawy ze swego statusu. Będzie miało ku temu możliwości w postaci klonowania reprodukcyjnego i inżynierii genetycznej. Pierwsze zostało przedstawione jako wielka nowość w latach dziewięćdziesiątych w związku z owieczką Dolly. Jednak to nie jest prawda. Poza tym klonowanie reprodukcyjne może być dokonywane też przez podział zarodków. A sam nuclear transfer został wymyślony już w 1940 roku przez niemieckiego embriologa, laureata nagrody Nobla, Hansa Speemana. Tego typu eksperymenty robione były w latach sześćdziesiątych na traszkach i rybach. O ssakach zaczęto myśleć dopiero po roku 1980. W sumie, jakby się temu przyjrzeć, cały postęp w klonowaniu, wynikał z rozwoju techniki oraz lepszego zrozumienia wczesnego rozwoju ssaków. Teoretycznie można by doprowadzić do tego, że sklonowanie człowieka okazałoby się opłacalne (jeżeli znaleziono by sposób jak poradzić sobie z genetycznym imprintingiem polegającym na metylacji sekwencji oraz acetylacji histonów na przykład). A inżynieria genetyczna. Póki co najbardziej opłacalne techniki wymagają tworzenia chimerycznych zarodków i dlatego gros badań z zakresu neurobiologii czy immunologii robi się na myszach ze względu na szybki rozród tych gryzoni (chodzi tutaj o wykorzystanie osobników z wyłączonymi pewnymi genami albo wykazującymi ich nadekspresję). Można sobie wyobrazić jednak taki rozwój techniki, który umożliwi ominąć w ogóle uzyskiwanie zarodków chimerycznych. A teraz dokonajmy syntezy obydwu. Teoretycznie można uzyskać osobnika transgenicznego, a następnie go powielić za pomocą klonowania. Można by sobie wyobrazić rozród człowieka w fabrykach jak w powieści Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya. Chodzi tutaj o ektogenetykę, czyli możliwość przeprowadzenia całej ciąży poza organizmem matki. Wymyślił to skrajny socjalista J.B.S. Haldane i opisał w futurystycznej książce Deadalus i uważał, że to będzie wielkie dobrodziejstwo. Jak to ultralewica, w zniewoleniu i totalnej kontroli jak z Oczu Heisenberga nie widział nic zdrożnego. Posthumanizm, niestety, stać się może rzeczywistością...
Obok tego będą się rozwijały elektroniczne metody inwigilacji. Na razie w Szwecji dąży się do tego, aby dbać o to mityczne bezpieczeństwo obywateli, ale to dopiero jest marny początek tego typu praktyk. Postępować to będzie wraz z miniaturyzacją poszczególnych elementów wynikającą z jednej strony z prawa Moore'a, a z drugiej z wykorzystaniu nowych materiałów (bardziej nawet jestem przekonany o większym prawdopodobieństwie drugiego wspomnianego przypadku). W obecnych czasach, kiedy na centymetrze kwadratowym mieści się kilka miliardów tranzystorów, podsłuch nie jest żadnym problemem. To mamy na moment obecny. A wyobraźmy sobie, co będzie, jeśli tranzystor osiągnie szerokość helisy DNA? Do tego mamy postęp w budowaniu układów mikroelektromechanicznych (MEMS). One też znacznie ułatwią kontrolowanie ludności. I nie będzie to tylko lab in chip, ale cała gama szpiegowskich instrumentów. W pewnym momencie władza będzie mogła wpływać nawet na to, co myślimy. Wszczepi się po prostu odpowiedni element wewnątrz czaszki, no i mamy kompletną kontrolę człowieka. Wiemy doskonale, co się z nim dzieje i możemy go totalnie kontrolować. A on nie jest nam w stanie w żaden sposób zaszkodzić. Przestanie istnieć coś takiego jak opór wobec władzy. Hiszpański neurofizjolog Jose Delgado potrafił z użyciem znacznie bardziej prymitywnych instrumentów zapanować nad zachowaniem wielu zwierząt już w latach sześćdziesiątych. A obecnie są jeszcze większe możliwości. Teoretycznie można zapanować już nad ludźmi, ale na razie cicho decydenci o tym siedzą. I nie powinniśmy liczyć na to, że socjalistyczna władza nie skorzysta kiedyś z nich.
To jest nowy socjalistyczny świat. Oparty on zostanie o technokratyczną dyktaturę naukową, jaka zastąpi w tym momencie religię. Przecież pisał o tym kolejny lewicowy prorok obok Marksa, Keynesa i Gramsciego, znany jako Richard Dawkins. W God Delusion jasno jest zaznaczone, że tak ma się stać. Pewnie do tego będą architekci tego nowego socjalistycznego świata dążyć. Będzie to totalitarny koszmar, przy którym teokratyczny Iran jest wręcz oazą wolności. To wszystko nam zgotują ci ludzie, którzy tak głośno o niej mówią. W rzeczywistości w większości to są pachołki większych decydentów, o których istnieniu nawet nie wiedzą.
Szkoda, że również nie zostali wtajemniczeni w to, że jak ten nowy socjalistyczny świat powstanie, to oni pierwsi zostaną wyrzuceni na śmietnik.
Analizując do czego dąży współczesna lewizna, można dojść do wniosku, że ten nowy socjalistyczny świat będzie koszmarem. Po prostu to ostateczny totalitaryzm, w którym człowiek zostanie zredukowany do biologicznego elementu społecznej maszyny. ZSRR Stalina, Trzecia Rzesza Hitlera czy Chiny to będzie przy tym nic, nie wiem, czy dobrym określeniem na nazwanie tego stanu rzeczy byłoby nawet określenie pikuś. Oni nie dysponowali takimi środkami technicznymi, jakie zostały wynalezione po drugiej wojnie światowej. Nawet nie mogli marzyć o nich, to przekraczało granice wyobraźni tych ludzi.
Ale przeanalizujmy ewolucję tego obecnego systemu socjaldemokratycznego w stronę totalitaryzmu, jaki nastąpi w przyszłości. Niestety, niewiele można tutaj wskórać, aby tak się nie stało. Zacznijmy od tego, co powszechnie jest postrzegane jako dobrodziejstwo. Państwowa służba zdrowia oraz wiążące się z nią obowiązkowe ubezpieczenie. Wielu z nas powie, a to takie dobre jest, bo idzie się do szpitala i nikt z nas kasy nie ściąga. Po pierwsze mitem jest jej bezpłatność. Przecież płaci się składkę zdrowotną do NFZ. To jest państwowy monopolista, który może sobie wysokość dowolnie ustalać, jak mu się podoba. Mitem jest zatem ta bezpłatność. Ale co powoduje istnienie państwowej służby zdrowia? Pojawia się tutaj automatycznie zagadnienie, jak minimalizować koszty leczenia. Tak więc, zabrania się ludziom robienia pewnych rzeczy. Nie można jeździć bez zapiętych pasów samochodem, bo wzrosną niebezpiecznie koszty leczenia. Państwo ma również ciągoty w kierunku zabrania jedzenia ludziom potraw zawierających tłuszcze trans. Na naszym rodzimym podwórku pojawiały się również projekty, aby zakazać sprzedaży alkoholu przed godziną trzynastą. Walczy się również z nikotyną. Wszystko to wynika z istnienia państwowej służby zdrowia. Z niczego innego.
Przy okazji warto poruszyć wątek narkotyków. Dlaczego teraz tak miło socjaldemokracja patrzy na ich dekryminalizację? W tej rzeczywistości można ludzi starać się ogłupiać, oszczędzając na początku na inwigilacji. Ludzie ogłupieni przez narkotyki będą zdecydowanie mniej szkodliwi i nie będą występowali przeciwko władzy. Dadzą się też łatwiej urabiać narzędziom propagandy, będą siłą rzeczy mniej sceptyczni wobec zabiegów stworzenia nowej kultury oraz społecznej inżynierii.
Ale spójrzmy dalej. Generalnie koszty leczenia ludzi w podeszłym wieku są wysokie. Pojawiają się zatem pomysły, aby za leczenie powyżej 65 roku samemu płacić, mimo posiadania państwowego ubezpieczenia w tym zakresie. Lecz to jest jeszcze nic. Z socjalistycznego punktu widzenia najlepiej takich ludzi nie leczyć. Pojawia się tutaj zatem następne rozwiązanie, zaakceptowane póki co w Holandii, Belgii oraz kanadyjskiej prowincji Kolumbii Brytyjskiej. Jest to nic innego, tylko eutanazja. Prowadzi to do zdecydowanego obniżenia wydatków w służbie zdrowia. To jest, mimo, nie koniec. Eutanazja bowiem płynnie przechodzi w eugenikę. Przecież, jeżeli będzie można skrócić cierpienia osobom starszym cierpiącym na przykład na nowotwory z wieloma przerzutami, to teoretycznie można zacząć uśmiercać dzieci z zespołem Downa lub chociażby z zajęczą wargą, o ile wcześniej nie zostaną wyskrobane. To jedna rzecz. Druga to państwo może kalkulować przyszłe wydatki. Następnym wnioskiem jest zatem sterylizacja osobników, które przez władzę zostaną uznane za niezdatne do rozmnażania. Co się z tym wiąże. Oczywiście w części przypadków przymus aborcyjny. Przyjdą odpowiedni panowie ze smutnymi twarzami, złapią kobietę - no i w zależności od zaawansowania ciąży - będzie albo aborcja farmakologiczna albo mechaniczna. A jak mimo wszystko dziecko się urodzi, to zostanie zabite rzutem o ścianę - tak to robili na przykład Niemcy podczas drugiej wojny światowej.
Widzimy jak państwowa służba zdrowia otwiera drogę do inżynierii społecznej. Obecnie jest ona znacznie ułatwiona. Hitler czy szwedzcy socjaldemokraci w okresie do 1975 roku nie mieli jednak takich środków, jakimi obecnie się dysponuje. Oni mogli się co najwyżej opierać na jakiejś pseudoantropologii. A wyobraźmy sobie, co będzie w przyszłości. Wezwą na badanie i pobiorą krew. A następnie zwirują i poszczególne frakcje wrzucą na jakiś lab in chip. Nie tylko będą wiedzieli, jaki dany człowiek ma genom, ale również będą wiedzieli jak on ulega ekspresji. Są już obecnie mikromacierze DNA, których wyniki analizuje się z użyciem maszynowych algorytmów przeszukiwania. Prawo Moore'a oraz wykorzystanie nowych materiałów do budowy elementów półprzewodnikowych pewnie to wszystko jeszcze przyśpieszy. Dodajmy jeszcze, że do tej pory zapewne lepiej zostaną poznane zależności między układem immunologicznym a nerwowym; ekspresja genów w komórkach odpornościowych będzie mogła powiedzieć co nieco na temat stanu umysłowego i emocjonalnego danego człowieka. Na tej postawie określą, jaką dany człowiek ma potencjalną wartość i czy wolno mu pozwolić się rozmnażać. Dawny morfologiczny lombrosianizm odejdzie w przeszłość, o ile już się tak nie stało. To wnioskowanie zejdzie z poziomu anatomii do genetyki i biologii molekularnej (jak to ładnie ongiś określano protoplazmy).
Eugenika otwiera drogę do następnego szczebla zniewolenia. Państwo już przejęło po części kontrolę nad rozrodem. Teraz tylko rozszerzy sferę swojej ingerencji w celach wyhodowania rasy niewolników, którzy nawet nie będą zdawali sobie sprawy ze swego statusu. Będzie miało ku temu możliwości w postaci klonowania reprodukcyjnego i inżynierii genetycznej. Pierwsze zostało przedstawione jako wielka nowość w latach dziewięćdziesiątych w związku z owieczką Dolly. Jednak to nie jest prawda. Poza tym klonowanie reprodukcyjne może być dokonywane też przez podział zarodków. A sam nuclear transfer został wymyślony już w 1940 roku przez niemieckiego embriologa, laureata nagrody Nobla, Hansa Speemana. Tego typu eksperymenty robione były w latach sześćdziesiątych na traszkach i rybach. O ssakach zaczęto myśleć dopiero po roku 1980. W sumie, jakby się temu przyjrzeć, cały postęp w klonowaniu, wynikał z rozwoju techniki oraz lepszego zrozumienia wczesnego rozwoju ssaków. Teoretycznie można by doprowadzić do tego, że sklonowanie człowieka okazałoby się opłacalne (jeżeli znaleziono by sposób jak poradzić sobie z genetycznym imprintingiem polegającym na metylacji sekwencji oraz acetylacji histonów na przykład). A inżynieria genetyczna. Póki co najbardziej opłacalne techniki wymagają tworzenia chimerycznych zarodków i dlatego gros badań z zakresu neurobiologii czy immunologii robi się na myszach ze względu na szybki rozród tych gryzoni (chodzi tutaj o wykorzystanie osobników z wyłączonymi pewnymi genami albo wykazującymi ich nadekspresję). Można sobie wyobrazić jednak taki rozwój techniki, który umożliwi ominąć w ogóle uzyskiwanie zarodków chimerycznych. A teraz dokonajmy syntezy obydwu. Teoretycznie można uzyskać osobnika transgenicznego, a następnie go powielić za pomocą klonowania. Można by sobie wyobrazić rozród człowieka w fabrykach jak w powieści Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya. Chodzi tutaj o ektogenetykę, czyli możliwość przeprowadzenia całej ciąży poza organizmem matki. Wymyślił to skrajny socjalista J.B.S. Haldane i opisał w futurystycznej książce Deadalus i uważał, że to będzie wielkie dobrodziejstwo. Jak to ultralewica, w zniewoleniu i totalnej kontroli jak z Oczu Heisenberga nie widział nic zdrożnego. Posthumanizm, niestety, stać się może rzeczywistością...
Obok tego będą się rozwijały elektroniczne metody inwigilacji. Na razie w Szwecji dąży się do tego, aby dbać o to mityczne bezpieczeństwo obywateli, ale to dopiero jest marny początek tego typu praktyk. Postępować to będzie wraz z miniaturyzacją poszczególnych elementów wynikającą z jednej strony z prawa Moore'a, a z drugiej z wykorzystaniu nowych materiałów (bardziej nawet jestem przekonany o większym prawdopodobieństwie drugiego wspomnianego przypadku). W obecnych czasach, kiedy na centymetrze kwadratowym mieści się kilka miliardów tranzystorów, podsłuch nie jest żadnym problemem. To mamy na moment obecny. A wyobraźmy sobie, co będzie, jeśli tranzystor osiągnie szerokość helisy DNA? Do tego mamy postęp w budowaniu układów mikroelektromechanicznych (MEMS). One też znacznie ułatwią kontrolowanie ludności. I nie będzie to tylko lab in chip, ale cała gama szpiegowskich instrumentów. W pewnym momencie władza będzie mogła wpływać nawet na to, co myślimy. Wszczepi się po prostu odpowiedni element wewnątrz czaszki, no i mamy kompletną kontrolę człowieka. Wiemy doskonale, co się z nim dzieje i możemy go totalnie kontrolować. A on nie jest nam w stanie w żaden sposób zaszkodzić. Przestanie istnieć coś takiego jak opór wobec władzy. Hiszpański neurofizjolog Jose Delgado potrafił z użyciem znacznie bardziej prymitywnych instrumentów zapanować nad zachowaniem wielu zwierząt już w latach sześćdziesiątych. A obecnie są jeszcze większe możliwości. Teoretycznie można zapanować już nad ludźmi, ale na razie cicho decydenci o tym siedzą. I nie powinniśmy liczyć na to, że socjalistyczna władza nie skorzysta kiedyś z nich.
To jest nowy socjalistyczny świat. Oparty on zostanie o technokratyczną dyktaturę naukową, jaka zastąpi w tym momencie religię. Przecież pisał o tym kolejny lewicowy prorok obok Marksa, Keynesa i Gramsciego, znany jako Richard Dawkins. W God Delusion jasno jest zaznaczone, że tak ma się stać. Pewnie do tego będą architekci tego nowego socjalistycznego świata dążyć. Będzie to totalitarny koszmar, przy którym teokratyczny Iran jest wręcz oazą wolności. To wszystko nam zgotują ci ludzie, którzy tak głośno o niej mówią. W rzeczywistości w większości to są pachołki większych decydentów, o których istnieniu nawet nie wiedzą.
Szkoda, że również nie zostali wtajemniczeni w to, że jak ten nowy socjalistyczny świat powstanie, to oni pierwsi zostaną wyrzuceni na śmietnik.
Etykiety:
aborcja,
biologia molekularna,
elektronika,
eugenika,
eutanazja,
genetyka,
lewactwo,
MEMS,
nauka,
nowy socjalistyczny świat,
totalitaryzm
poniedziałek, 7 lipca 2008
Oświeceni Arabowie - poprawiania historii ciąg dalszy.
Totalitarna władza mająca na celu remodelowanie społeczeństwa od podstaw siłą rzeczy musi się zajmować poprawianiem nauki. W przypadku przyrodoznawstwa jest to zadanie stosunkowo ciężkie, choć mimo wszystko wykonalne. Świadczy o tym dobitnie casus globalnego ocieplenia, zakazu używania freonów czy ukazywanie normalności homoseksualizmu. Natomiast nauki społeczne i humanistyczne (na Zachodzie nazywa się to arts) są jeszcze lepszym polem do działania dla wszelkich propagandzistów chcących dokonać machinacji. Wynika to po prostu z ich natury, ponieważ opierają się w dużej mierze na interpretacji; a to jest już bardzo dużo, jeżeli chce się pewne rzeczy poprawić tak, aby zleceniodawca był zachwycony. Dochodzimy tutaj do pewnego punktu. A mianowicie lepienie nowego człowieka nie może się odbyć bez pisania de novo jego przeszłości...
Historię próbowało poprawiać już wielu. W nazistowskich Niemczech część historyków i archeologów służalczych w stosunku do tego reżimu szukała dowodów na istnienie w dalekiej przeszłości jednego wielkiego aryjskiego państwa obejmującego znaczne połacie Eurazji, które to miało być odpowiedzialne za rozwój wszystkich cywilizacji kiedykolwiek istniejących, zaczynając na prekolumbijskich, a kończąc na staroegipskiej. Wszędzie też mówione jest, jaki to Pinochet był straszny, a zapomina się przy okazji, że zgładził głównie morderców i złodziei, którym taki koniec się po prostu należał. Nie mówi się, że Salomon Morel odpowiada za śmierć większej ludzi niż El Presidente. W identycznym świetle jak Pinochet stawiany jest Franco - jakoś nie mówi się, że bez niego kontynent mógł ulec sowietyzacji. Ale za to wyłaniają się kolejni wielcy humaniści. Che Guevarra - z mordercy, gwałciciela, pedofila i zwykłego kryminalisty staje się bojownikiem o wolność. Włodzimierz Lenin odpowiedzialny za rozpętanie całego bolszewickiego piekła też ukazywany jako wybitny, światły intelektualista. Nie zapomina się również o Józefie Wissarionowiczu. Okazuje się, że lubił czytać Dostojewskiego, był miłośnikiem kina, a to, że stał się tyranem, to dlatego, że ojciec bił go w dzieciństwie. W magiczny sposób zmniejsza się też ilość ludzi, do których śmierci się przyczynił. Ale to jest jeszcze nic.
Od dłuższego czasu pokazuje się nam, że w średniowieczu to Arabowie byli tymi oświeconymi, którzy stali od nas o kilka poziomów wyżej. My w tym czasie byliśmy ciemni jak ziemia, toczyliśmy wojny, nie rozwijaliśmy żadnej nauki, a do tego nasze fanatyczne chrześcijaństwo. Arabowie wtedy mieli oświecony islam, który jakimś dziwnym trafem w XV wieku kompletnie zdegenerował. Tłumaczy się to tym, że główny wpływ na islam zdobyły wtedy nurty skrajne, jak chociażby wahabityzm i to one doprowadziły do chorobliwego zastoju. Mówi się, że dopiero wówczas cywilizacja Zachodu była w stanie ruszyć na podbój świata.
To jest kolejny politycznie poprawny mit, jaki się nam wciska. Dodatkowo zgodny z zaleceniami o multi-kulti. Pokazuje, że islam jest całkiem dobry, a przynajmniej taki był, natomiast chrześcijaństwo prowadzi do degeneracji i braku jakiegokolwiek rozwoju naukowo-technicznego. Czego tu się można zatem doszukać? Mimo wszystko mamy ukryty tutaj atak na chrześcijaństwo, a przede wszystkim na rzymski katolicyzm. A dlaczego to jest mit? Islam zawsze był taki jak jest dzisiaj. Nic się nigdy nie zmieniło. Brak podmiotowości jednostki i stawianie na masę ludzką tak mocno podkreślane w islamie do jakiegokolwiek postępu przyczyniać się przecież nie może. Tak więc to całe gadanie o islamie oświeconym nadaje się jedynie na śmietnik.
Weźmy chociażby podstawowe fakty historyczne. Dlaczego kalifat arabski rozciągał się między Atlantykiem a Chinami? Po pierwsze kraje, które ucierpiały na podbojach arabskich miały w tym czasie znaczne kłopoty wewnętrzne. Przecież w Bizancjum mieszkańcy Syrii i Afryki Północnej musieli płacić chorobliwie wysokie podatki. Zostało to wyniesione jeszcze z Imperium Rzymskiego przed podziałem, ponieważ w okresie Dioklecjana doszło do znacznych zmian w prawie dotyczącym obciążeń fiskalnych. Opodatkowana została wszelka własność oraz usługi. Mieszkańcy Bizancjum mieli zatem tego po prostu dosyć i woleli zmienić państwo. Persja Sasanidów wówczas miała kłopoty wewnętrzne, ponieważ doszło w niej do wojny domowej. Podobnie rzecz miała się z państwem Wizygotów na terenie obecnej Hiszpanii. Gdyby Cesarstwo Bizantyńskie miało normalny system taksów, a Wizygoci czy Persowie nie byliby wciągnięci w konflikty wewnętrzne, to Arabowie by się nie ruszyli na centymetr z Półwyspu Arabskiego. Wziąć jeszcze trzeba pod uwagę, że w epoce przedmuzułmańskiej mieli oni wielkie kłopoty z poszczególnymi władcami Etiopii (wówczas państwa Aksum), którym czasowo zdarzało się opanować część obecnego Jemenu. Reasumując, powstanie kalifatu o tak wielkiej powierzchni było jedynie dziełem bardzo szczęśliwego zbiegu okoliczności.
Mówi się też dużo, że Arabowie górowali nam mieszkańcami ówczesnej Europy pod każdym względem. Wykonajmy tutaj taki eksperyment myślowy. Jeżeli jeden przeciwnik miałby dwupłatowce wyposażone w karabiny maszynowe, a drugi średniowiecznych rycerzy, to który powinien wygrać. Oczywiście, że pierwszy. To w takim razie, dlaczego ci oświeceni Arabowie nie podbili całej Europy? Co więcej, majordom Karol Młot zatrzymał ich ekspansję pod Poutiers w 712 roku. Kilkadziesiąt lat po tym zwycięstwie Karol Wielki wyparł ich z Pirenejów oraz części współczesnej Katalonii. No i gdzie tu ta wielka przewaga techniczna, militarna i intelektualna? Gdzież się ona schowała, jeżeli ciemny, zacofany, głupi i brudny mieszkaniec ówczesnej Europy był w stanie wyrzucić ze swojego terytorium wielce oświeconego Araba? Jak to jest po prostu? Widać już na tym przykładzie, że ten politycznie poprawny mit genialnego Araba i odurnionego przez chrześcijaństwo Europejczyka kompletnie nie trzyma się kupy.
Wiele też mówi się o tym, że Arabowie wpłynęli pozytywnie na rozwój nauki i techniki. Czy na pewno? Przecież cyfry nazywane arabskimi są tak naprawdę hinduskie i to z VII wieku. Papier to wynalazek chiński, a destylację alkoholową prawdopodobnie przeprowadzali już wcześniej Persowie i inne ludy zamieszkujące tamte ziemie. Odnośnie nauki i techniki arabskiej, należy się w tym momencie dłuższy wstęp. Jak wiemy Aleksander Wielki opanował znaczne ziemie Bliskiego Wschodu, w tym również Baktrię. Po najeździe Partów na Seleucydów, powstało na jej terenie państwo greko-baktryjskie, które rozszerzyło szybko swoje ziemie. Zniszczył je najazd Saków w 130 r. p.n.e. Ostały się jednak resztki w zachodnich Indiach, które przetrwały do pierwszego wieku naszej ery, po czym zostały opanowane przez państwo Kuszanów. To w III w. popadło w zależność od Persji Sasanidów i w krótkim czasie upadło. Widać, że ta hellenistyczna tradycja wędrowała pomiędzy poszczególnymi kulturami obszarów Azji Środkowej. Persowie odziedziczyli wiele osiągnięć naukowo-technicznych właśnie za ich pośrednictwem. A Arabowie nawet tego nie poczynili! Do budowy dróg, zamków, obiektów militarnych wykorzystywani byli perscy inżynierowie. Tak powstała między innymi słynna Alhambra. Arabowie najzwyczajniej w świecie nie byli w stanie tego zrobić. A my w tej rzekomo zapyziałej Europie w tym czasie wznoszono wielkie fortyfikacje, a w niedługim czasie zaczęto budować gotyckie katedry. I to wszystko samodzielnie. My nie potrzebowaliśmy zatrudniać nikogo, aby za nas zaprojektował i wybudował. A ci genialni rzekomo Arabowie musieli mieć do postawienia jakiejkolwiej fortyfikacji całego sztabu perskich najemników...
Widać, gdzie się nadają te politycznie poprawnie mity mające ukryty cel gloryfikację społeczeństwa multikulturalnego oraz atak na chrześcijaństwo. To kolejny sprzeczny z historyczną wiedzą wykwit propagandy, który - jeżeli ma się krytyczne podejście - zdemaskować trudno nie jest. Ale niestety, wielu ludzi jest tegoż pozbawiona i dlatego dają się sobą wodzić jak marionetkami.
Historię próbowało poprawiać już wielu. W nazistowskich Niemczech część historyków i archeologów służalczych w stosunku do tego reżimu szukała dowodów na istnienie w dalekiej przeszłości jednego wielkiego aryjskiego państwa obejmującego znaczne połacie Eurazji, które to miało być odpowiedzialne za rozwój wszystkich cywilizacji kiedykolwiek istniejących, zaczynając na prekolumbijskich, a kończąc na staroegipskiej. Wszędzie też mówione jest, jaki to Pinochet był straszny, a zapomina się przy okazji, że zgładził głównie morderców i złodziei, którym taki koniec się po prostu należał. Nie mówi się, że Salomon Morel odpowiada za śmierć większej ludzi niż El Presidente. W identycznym świetle jak Pinochet stawiany jest Franco - jakoś nie mówi się, że bez niego kontynent mógł ulec sowietyzacji. Ale za to wyłaniają się kolejni wielcy humaniści. Che Guevarra - z mordercy, gwałciciela, pedofila i zwykłego kryminalisty staje się bojownikiem o wolność. Włodzimierz Lenin odpowiedzialny za rozpętanie całego bolszewickiego piekła też ukazywany jako wybitny, światły intelektualista. Nie zapomina się również o Józefie Wissarionowiczu. Okazuje się, że lubił czytać Dostojewskiego, był miłośnikiem kina, a to, że stał się tyranem, to dlatego, że ojciec bił go w dzieciństwie. W magiczny sposób zmniejsza się też ilość ludzi, do których śmierci się przyczynił. Ale to jest jeszcze nic.
Od dłuższego czasu pokazuje się nam, że w średniowieczu to Arabowie byli tymi oświeconymi, którzy stali od nas o kilka poziomów wyżej. My w tym czasie byliśmy ciemni jak ziemia, toczyliśmy wojny, nie rozwijaliśmy żadnej nauki, a do tego nasze fanatyczne chrześcijaństwo. Arabowie wtedy mieli oświecony islam, który jakimś dziwnym trafem w XV wieku kompletnie zdegenerował. Tłumaczy się to tym, że główny wpływ na islam zdobyły wtedy nurty skrajne, jak chociażby wahabityzm i to one doprowadziły do chorobliwego zastoju. Mówi się, że dopiero wówczas cywilizacja Zachodu była w stanie ruszyć na podbój świata.
To jest kolejny politycznie poprawny mit, jaki się nam wciska. Dodatkowo zgodny z zaleceniami o multi-kulti. Pokazuje, że islam jest całkiem dobry, a przynajmniej taki był, natomiast chrześcijaństwo prowadzi do degeneracji i braku jakiegokolwiek rozwoju naukowo-technicznego. Czego tu się można zatem doszukać? Mimo wszystko mamy ukryty tutaj atak na chrześcijaństwo, a przede wszystkim na rzymski katolicyzm. A dlaczego to jest mit? Islam zawsze był taki jak jest dzisiaj. Nic się nigdy nie zmieniło. Brak podmiotowości jednostki i stawianie na masę ludzką tak mocno podkreślane w islamie do jakiegokolwiek postępu przyczyniać się przecież nie może. Tak więc to całe gadanie o islamie oświeconym nadaje się jedynie na śmietnik.
Weźmy chociażby podstawowe fakty historyczne. Dlaczego kalifat arabski rozciągał się między Atlantykiem a Chinami? Po pierwsze kraje, które ucierpiały na podbojach arabskich miały w tym czasie znaczne kłopoty wewnętrzne. Przecież w Bizancjum mieszkańcy Syrii i Afryki Północnej musieli płacić chorobliwie wysokie podatki. Zostało to wyniesione jeszcze z Imperium Rzymskiego przed podziałem, ponieważ w okresie Dioklecjana doszło do znacznych zmian w prawie dotyczącym obciążeń fiskalnych. Opodatkowana została wszelka własność oraz usługi. Mieszkańcy Bizancjum mieli zatem tego po prostu dosyć i woleli zmienić państwo. Persja Sasanidów wówczas miała kłopoty wewnętrzne, ponieważ doszło w niej do wojny domowej. Podobnie rzecz miała się z państwem Wizygotów na terenie obecnej Hiszpanii. Gdyby Cesarstwo Bizantyńskie miało normalny system taksów, a Wizygoci czy Persowie nie byliby wciągnięci w konflikty wewnętrzne, to Arabowie by się nie ruszyli na centymetr z Półwyspu Arabskiego. Wziąć jeszcze trzeba pod uwagę, że w epoce przedmuzułmańskiej mieli oni wielkie kłopoty z poszczególnymi władcami Etiopii (wówczas państwa Aksum), którym czasowo zdarzało się opanować część obecnego Jemenu. Reasumując, powstanie kalifatu o tak wielkiej powierzchni było jedynie dziełem bardzo szczęśliwego zbiegu okoliczności.
Mówi się też dużo, że Arabowie górowali nam mieszkańcami ówczesnej Europy pod każdym względem. Wykonajmy tutaj taki eksperyment myślowy. Jeżeli jeden przeciwnik miałby dwupłatowce wyposażone w karabiny maszynowe, a drugi średniowiecznych rycerzy, to który powinien wygrać. Oczywiście, że pierwszy. To w takim razie, dlaczego ci oświeceni Arabowie nie podbili całej Europy? Co więcej, majordom Karol Młot zatrzymał ich ekspansję pod Poutiers w 712 roku. Kilkadziesiąt lat po tym zwycięstwie Karol Wielki wyparł ich z Pirenejów oraz części współczesnej Katalonii. No i gdzie tu ta wielka przewaga techniczna, militarna i intelektualna? Gdzież się ona schowała, jeżeli ciemny, zacofany, głupi i brudny mieszkaniec ówczesnej Europy był w stanie wyrzucić ze swojego terytorium wielce oświeconego Araba? Jak to jest po prostu? Widać już na tym przykładzie, że ten politycznie poprawny mit genialnego Araba i odurnionego przez chrześcijaństwo Europejczyka kompletnie nie trzyma się kupy.
Wiele też mówi się o tym, że Arabowie wpłynęli pozytywnie na rozwój nauki i techniki. Czy na pewno? Przecież cyfry nazywane arabskimi są tak naprawdę hinduskie i to z VII wieku. Papier to wynalazek chiński, a destylację alkoholową prawdopodobnie przeprowadzali już wcześniej Persowie i inne ludy zamieszkujące tamte ziemie. Odnośnie nauki i techniki arabskiej, należy się w tym momencie dłuższy wstęp. Jak wiemy Aleksander Wielki opanował znaczne ziemie Bliskiego Wschodu, w tym również Baktrię. Po najeździe Partów na Seleucydów, powstało na jej terenie państwo greko-baktryjskie, które rozszerzyło szybko swoje ziemie. Zniszczył je najazd Saków w 130 r. p.n.e. Ostały się jednak resztki w zachodnich Indiach, które przetrwały do pierwszego wieku naszej ery, po czym zostały opanowane przez państwo Kuszanów. To w III w. popadło w zależność od Persji Sasanidów i w krótkim czasie upadło. Widać, że ta hellenistyczna tradycja wędrowała pomiędzy poszczególnymi kulturami obszarów Azji Środkowej. Persowie odziedziczyli wiele osiągnięć naukowo-technicznych właśnie za ich pośrednictwem. A Arabowie nawet tego nie poczynili! Do budowy dróg, zamków, obiektów militarnych wykorzystywani byli perscy inżynierowie. Tak powstała między innymi słynna Alhambra. Arabowie najzwyczajniej w świecie nie byli w stanie tego zrobić. A my w tej rzekomo zapyziałej Europie w tym czasie wznoszono wielkie fortyfikacje, a w niedługim czasie zaczęto budować gotyckie katedry. I to wszystko samodzielnie. My nie potrzebowaliśmy zatrudniać nikogo, aby za nas zaprojektował i wybudował. A ci genialni rzekomo Arabowie musieli mieć do postawienia jakiejkolwiej fortyfikacji całego sztabu perskich najemników...
Widać, gdzie się nadają te politycznie poprawnie mity mające ukryty cel gloryfikację społeczeństwa multikulturalnego oraz atak na chrześcijaństwo. To kolejny sprzeczny z historyczną wiedzą wykwit propagandy, który - jeżeli ma się krytyczne podejście - zdemaskować trudno nie jest. Ale niestety, wielu ludzi jest tegoż pozbawiona i dlatego dają się sobą wodzić jak marionetkami.
środa, 2 lipca 2008
O feromonach władzy
Jakiś czas temu Artur M. Nicpoń opublikował tekst pt. Feromony władzy. W momencie ukazania się nie miałem okazji go przeczytać. Zetknąłem się z nim de facto dzięki wypocinom Quasiego na temat katoagresji rzekomo związanej z poglądami prawicowo-konserwatywnymi. Zainspirował mnie on do przemyśleń, czy rzeczywiście powinniśmy my tutaj w Polsce pewne rzeczy robić, czy nas w ogóle na to stać. Okazuje się, że tak. Tylko niestety rządzili nami po 1989 roku idioci, którzy nie zdawali sobie sprawy z geopolitycznego umiejscowienia naszego kraju i wynikających z tego zagrożeń. Świadczy o tym chociażby uprawianie dyplomacji wzorem Quislinga polegającej na przymilaniu się do wszystkich wokół. Polska była wręcz określana jako brzydka panna bez posagu. No i nic dziwnego, że ci ludzie, którzy nami rządzili, nie dostrzegali, że znajdujemy się między dwoma silnymi żywiołami - niemieckim i rosyjskim, a wobec tego jesteśmy w ciągłym stanie zagrożenia. Przecież od zarania dziejów państwa polskiego wiadomo było, że Niemcy parli na wschód, opanowując Wieletów, Obodrzyców, Łużyczan oraz wiele innych nacji występujących w średniowieczu między Odrą a Łabą, z czasem zajmując fragmenty Polski geograficznej, czyli Pomorze Zachodnie, Śląsk, Lubuszczyznę. A z kolei Ruś od zawsze miała apetyt na te ziemie, już u zarania swojej państwowości toczyliśmy z nią wojny o pewne obszary. W XVI w. panowie na Kremlu jasno zdefiniowali, gdzie ma się znajdować przyszła granica państwa rosyjskiego - na Wiśle. A niektórzy z carów, jak Iwan Groźny, uważali się za władców całej Europy. Caryca Katarzyna uznała za dalekosiężny imperialny cel Rosji opanowanie całej Polski oraz cieśnin tureckich. Taki krótki wgląd w nasze dzieje dobitnie pokazuje naszą sytuację, która nie jest wcale inna niż za czasów Bolesława Chrobrego czy Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nic się nie zmieniło w tym zakresie. Dalej znajdujemy się na Niżu Środkowoeuropejskim i od Niemiec czy Rosji (w zasadzie te postsowieckie republiki to są satelity, więc można mówić tutaj o jednolitej polityce jednego państwa) nie odgradzają nas żadne naturalne bariery typu łańcuchy górskie. To już by nam bardzo dużo dawało. Ale niestety. Po prostu rządzeni byliśmy przez ludzi, którzy nie potrafią wyciągnąć najprostszych wniosków z dziejów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej czy jej położenia geograficznego. Gdybyśmy byli rządzeni przez właściwych ludzi - już nie mówię, że ten kraj wyglądałby zupełnie inaczej, bo tak by pewnie było - ale zainwestowalibyśmy we właściwe rzeczy. Rozwijalibyśmy energetykę atomową (przy okazji wyposażylibyśmy się w kilka głowic) oraz mielibyśmy odpowiednie zasoby broni chemicznej i biologicznej tak, aby w razie czego spustoszyć Niemcy i Rosję.
Pojawia się teraz pytanie: a jak mielibyśmy to zrobić?
Armia w pewien sposób zajmuje się w Polsce badaniami naukowymi vide chociażby WAT czy nie istniejący już WAM. Ale to jest zdecydowanie za mało, ażebyśmy mogli pewne programy związane ze zbrojeniem zrealizować. Powinny powstać większe ośrodki o charakterze instytutów naukowo-badawczych będące własnością armii. Doszedłem do wniosku, że powinny się one zajmować dyscyplinami przyrodniczymi i technicznymi. A teraz jaki one powinny mieć zakres działania?
Pierwszy to rzecz jasna fizyka, chemia, elektronika, informatyka, automatyka, inżynieria chemiczna i procesowa, nanotechnologia, technologia jądrowa et consortes. Ustalmy tutaj jedną rzecz: miałyby one jawny zakres działania oraz ściśle tajny. W pierwszym przypadku to oczywiście zajmowano by się: fizyką półprzewodników, optyką kwantową, chemią kwantową, fizyką i chemią jądrową, elektrochemią, oczywiście chemią organiczną, również supramolekularną, metodami otrzymywania różnych związków na skalę przemysłową. W zakres ściśle tajny wchodziłyby między innymi badaniami nad zimną fuzją termojądrową. Wbrew pozorom może to nie być wcale humbug. Fleichman i Pontz musieli otrzymać sowitą zapłatę od przedstawicieli trustu wydobywczo-energetycznego, aby przyznać się do popełnienia fałszerstwa. Znalazłem informacje, że jedno z laboratoriów związane z US Navy prowadzi badania nad elektrolizą na porowatych elektrodach palladowych w deuterze, czyli z wykorzystaniem klasycznej już metody przedstawionej w 1998 roku przez wymienionych wyżej badaczy. Poza tym są jeszcze inne metody rozważane, jak kawitujące pęcherzyki pary wodnej. Gdyby to była fuszeria od początku do końca, to nikt by się tym nie zajmował; wszyscy daliby sobie spokój już z tym. Tak więc być może procesy zachodzące normalnie w gwiazdach przeprowadzić można w niższej temperaturze... Inną gałęzią, jaką należałoby rozwijać to kryptografia kwantowa. Z użyciem odpowiednich laserów można szyfrować wiadomości oraz przekazywać je praktycznie błyskawicznie pomiędzy nawet oddalonymi od siebie jednostkami. Jawną częścią tego typu military research byłaby optyka i informatyka kwantowa. Obok tego powinno się jeszcze rozwijać nanotechnologię, w tym układy mikroelektromechaniczne. Byłaby to synteza kilku działów fizyki, chemii oraz inżynierii. Tutaj również można oczekiwać potencjalnych zastosowań militarnych. Jeszcze inne badania z gatunku top secret, jakie powinny być tam prowadzone, to broń chemiczna. Powinny one obejmować metody syntezy odpowiednich związków jak również ich projektowanie na zasadach zbliżonych do drug desinging; w oparciu o strukturę odpowiednich białek. Wykorzystywane tutaj winny być również metody chemii kwantowej, aby odpowiednio wyliczyć dany związek. Pion - bo tak to można określić - zajmujący się bronią chemiczną powinien również zajmować się syntezą analogów substancji neurotoksycznych występujących w organizmach żywych, aby móc je wykorzystać później na polu walki. Poza tymi stricte naukowymi aspektami, należy prowadzić również prace nad otrzymywaniem substancji chemicznych mogących zostać wykorzystanych jako broń w skali przemysłowej. Należałoby zaprojektować odpowiednie procesy technologiczne, w jakich można by te związki produkować. Nie sztuka posiadać jakiś związek w bardzo małych ilościach. Trzeba jeszcze go móc otrzymywać w ilościach, jakie pozwalają go zastosować jako broń masowego rażenia.
Druga placówka badawcza powinna się zajmować zagadnieniami biologii molekularnej i eksperymentalnej. W jej zainteresowania powinny wchodzić: biochemia, biofizyka (w tym biologia strukturalna), genetyka molekularna, oczywiście genomika, transkryptomika, proteomika, biologia systemów, biologia rozwoju, onkologia, immunologia, neurobiologia, neurofizjologia, chronobiologia, wirusologia, mikrobiologia, parazytologia molekularna z immunoparazytologią. Część badań prowadzonych powinna być jawnie tak, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Natomiast - tak jak w powyższym przykładzie - inne powinny mieć klauzulę top secret. Należałoby tu wymienić część badań związanych z inżynierią genetyczną związanych bezpośrednio z otrzymywaniem broni biologicznej. Dotyczyć to powinno wirusów, bakterii, grzybów, pierwotniaków oraz robaków pasożytniczych. Te ostatnie - wbrew pozorom - też można wykorzystać jako broń biologiczną. Uzyskiwać powinno się odpowiednie organizmy transgeniczne będące bardziej zjadliwe niż ich naturalne odpowiedniki. Testować powinno się je między innymi na myszach. Instytut powinien również w tym samym okresie, w którym wytworzy organizm mogący zostać użyty jako broń, odpowiednią szczepionkę. Tutaj nie planuję robić ograniczeń - mogłyby zostać użyte klasyczne już atenuowane drobnoustroje, jak i szczepionki DNA czy przeciwciała antyidiotypowe. W przypadku broni biologicznej powinny być prowadzone badania na myszach różnych inbredów (jak również knock-outach lub osobników mających nadekspresję danego genu, również klonach uzyskanych metodą nuclear transfer - takich możliwości nie można wykluczać) jak również na zwierzętach gospodarskich. Prowadzone powinny być również prace nad drobnoustrojami bądź pasożytami atakującymi wyłącznie wybrane grupy etniczne. Testowana winna być również broń chemiczna wszelkiego typu - od neurotoksycznych gazów bojowych typu VX po broń psychochemiczną. W tym wypadku badania można wykonywać nie tylko na kręgowcach, ale również na muszkach owocówkach (Drosophila melanogaster) czy nicieniach Caenorhabditis elegans. Co więcej, można podążyć tutaj drogą, jaką obecnie testuje się wiele leków: wychodzi się od modeli drożdżowych, potem robi się doświadczenia na liniach komórkowych, a dopiero potem przechodzi się do całych organizmów. Taki schemat byłby wielce optymalny. Badane powinny być wszystkie reakcje od poziomu genów aż po obserwowalne zmiany w zachowaniu czy odpowiedzi immunologicznej. Wracając jeszcze do broni biologicznej, nie należy wykluczać jeszcze takich ewentualności jak inżynieria białek. Można by poprzez zamianę kilku nukleotydów na drodze zlokalizowanej mutagenezy uzyskać bardziej toksyczną formę omega-konotoksyny. Później można odpowiedzialny za to gen (oczywiście odpowiednio zmodyfikowany) wprowadzić do jakiegoś patogenu, w ten sposób znacznie zwiększając jego zjadliwość.
Trzeci instytut powinien zajmować się naukami o środowisku. Skupić się tam należy na aspektach dotyczących nauk o Ziemi - geomorfologia, hydrologia, meteorologia, glacjologia, geofizyka, geologia, jak również części nauk biologicznych - zoologia, botanika, ekologia. Można tutaj zadać pytanie, a po co czymś takim ma się zajmować armia. Wbrew pozorom tego typu wiedza może być bardzo przydatna. Wyjaśnijmy czym by się tego typu placówka zajmowała. W przypadku nauk o Ziemi to oczywiście wszelkie badania podłoża skalnego, składu atmosfery, składu gleby et consortes. Jeżeli chodzi o badania biologiczne - to biologia systematyczna, anatomia, etologia, ekologia, fizjologia środowiskowa, ekotoksykologia. To pion jawny. A czym w takim razie powinien zajmować się ten ściśle tajny. W przypadku geologii czy geofizyki to wykrywanie na podstawie rozchodzenia się fal mechanicznych w skalnym podłożu bunkrów i innych podziemnych obiektów militarnych wroga. W tym wypadku istnieje również możliwość rozpoczęcia prac nad bronią sejsmiczną. Można też dyskutować o umiejscowieniu poszczególnych swoich twierdz tak, aby ciężko było je zdobyć z użyciem sił konwencjonalnych. W przypadku innych badań, to określać trzeba by skalę skażeń w razie użycia broni chemicznej lub atomowej. Ergo: prowadzone powinny być zatem odpowiednie prace z zakresu ekotoksykologii. Tutaj dogodnym modelem wydają się zwykłe rozwielitki oraz w ogóle ekosystemy wodne, jeżeli rozumujemy w tej skali; wynika to, rzecz jasna, z większej stabilności warunków wewnątrz nich. Powinny być prowadzone prace - zarówno w pionie jawnym, jak i tajnym - dotyczące analizy kondycji ekosystemów - zarówno lądowych jak i wodnych - z użyciem odpowiednich organizmów stosowanych w tym wypadku jako wskaźniki. Proponowałbym tutaj badania zooplanktonu, owadów, ptaków i ssaków drapieżnych oraz pasożytów wywodzących się z pierwotniaków i zwierząt wielokomórkowych (dodam, że bardzo dużo da tutaj sam pomiar poziomu stresu fizjologicznego). Inny zakres prac powinien dotyczyć pewnego rodzaju inżynierii ekosystemów. Wały będące umocnieniami można obsadzić przecież odpowiednimi roślinami, w wyniku czego będą bardziej wytrzymałe. Powinny być również prowadzone prace na temat sztucznego zabagniania terenów przyległych do fortyfikacji; wówczas po prostu ciężej je zdobyć. Dużo trudniej przeprawić się przez taki teren zwykłym siłom konwencjonalnym. Redefinicji wymaga również samo określenie broń biologiczna. Pojmujemy ją zazwyczaj w związku z masowym rażeniem siły ludzkiej. A to niekoniecznie... Na tyłach wroga można prowadzić szeroko zakrojoną dywersję, przez co można zniszczyć praktycznie rolnictwo i przemysł drzewny, a nawet części rybołówstwa śródlądowego, doprowadzając w ten sposób do klęski nieurodzaju i głodu. Teoretycznie wprowadzając stosunkowo niewielkie zmiany w ekosystemach można doprowadzić do ich destabilizacji. Z tego powodu warto prowadzić badania w zakresie klasycznej zoologii i botaniki. Można znaleźć organizm, który bez wrogów naturalnych będzie potrafił siać ogromny chaos w biocenozach. My będziemy znali jego wrogów naturalnych (jakieś czynniki chorobotwórcze, pasożyty lub drapieżniki) i w razie czego będziemy potrafili ograniczyć jego liczebność. Problem będą mieli ci, u których dane zwierzę lub roślina zostanie uwolnione.
Poszczególne instytuty powinny również ze sobą współpracować. Techniki modelowania wypracowane na pierwszym mogłyby zostać z powodzeniem zastosowane w przypadku analizy ekspresji wielu tysięcy genów oraz procesów zachodzących na szczeblu ekosystemalnych. Inżynieria białek i bioinformatyka wymagają obliczeń ab initio, zatem teoretycznie pojawia się możliwość zastosowania tutaj chemii kwantowej. Również enzymy pochodzące z odpowiednich organizmów mogą zostać zastosowane w procesach produkcji pewnych interesujących związków. Być może również można zaprzęc do tego celu organizmy takie jak transgeniczne drożdże Saccharomyces cerevisiae, które otrzymałyby w zasadzie za nas odpowiednie substancje. Co więcej, uzyskiwanie pewnych związków na drodze syntezy chemicznej może okazać się zbyt drogie, więc możliwe jest, że z pewnych roślin czy zwierząt dane substancje będzie trzeba zwyczajnie pozyskiwać.
Kto jeszcze powinien być tam zatrudniony? Oczywiście absolwenci uczelni wojskowych. Można by również brać naukowców z przysłowiowego cywila, po paromiesięcznym militarnym przeszkoleniu. Można by ustalić też, że równocześnie realizuje się jeden plan jawny, a drugi top secret.
Taki plan ma w Polsce niewielkie szanse na spełnienie. Do tego celu musiałby powstać prawdziwy prawicowy, konserwatywny, autorytarny rząd, który utrzymałby się przez dłuższy czas. Jak wyżej, w pierwszym akapicie, zaznaczyłem, rządzą nami niestety idioci, przez których jesteśmy w zasadzie bezbronni. W razie konfrontacji nawet z malutką Litwą nie mamy żadnych szans. Teoretycznie to może nas bez większych problemów opanować Łukaszenka. My nie mamy nawet możliwości na kontratak, ani na prowadzenie szeroko zakrojonej dywersji na tyłach wroga. Obok siebie mamy też państwa o planach ewidentnie imperialistycznych, jak Niemcy czy Rosja. A wiadomo na imperializm najlepiej reagować tym samym. Niestety, tego rządy po 1989 roku nie rozumiały. Ich zdaniem należało prowadzić politykę Widkuna Quislinga, nie budować żadnych siłowni atomowych ani nie zbroić się. Postawiliśmy niestety na socjaldemokratyczny pacyfizm, który jest debilizmem do sześcianu.
Ludzkość pchał na przód militaryzm. Indukował on postęp całej nauki i techniki. A teraz jak dominować na świecie zaczyna lewactwo, to zaczynają się nowe Wieki Ciemne. Oni są zwolennikami demilitaryzacji tak, aby nie było niczego, parafrazując Kononowicza. Historii oni po prostu nie znają, co już mówić o subdyscyplinach jak historia wojskowości, techniki, nauki... nie wiedzą, co pcha ten cały grajdoł, jakim jest ludzkość, do przodu - od strony rzecz jasna czysto pragmatycznej. (Od strony idealistycznej, bowiem, mówi się o ciekawości...)
Czyżby więc od Najjaśniejszej Rzeczypospolitej miały się zacząć Wieki Ciemne?
Pojawia się teraz pytanie: a jak mielibyśmy to zrobić?
Armia w pewien sposób zajmuje się w Polsce badaniami naukowymi vide chociażby WAT czy nie istniejący już WAM. Ale to jest zdecydowanie za mało, ażebyśmy mogli pewne programy związane ze zbrojeniem zrealizować. Powinny powstać większe ośrodki o charakterze instytutów naukowo-badawczych będące własnością armii. Doszedłem do wniosku, że powinny się one zajmować dyscyplinami przyrodniczymi i technicznymi. A teraz jaki one powinny mieć zakres działania?
Pierwszy to rzecz jasna fizyka, chemia, elektronika, informatyka, automatyka, inżynieria chemiczna i procesowa, nanotechnologia, technologia jądrowa et consortes. Ustalmy tutaj jedną rzecz: miałyby one jawny zakres działania oraz ściśle tajny. W pierwszym przypadku to oczywiście zajmowano by się: fizyką półprzewodników, optyką kwantową, chemią kwantową, fizyką i chemią jądrową, elektrochemią, oczywiście chemią organiczną, również supramolekularną, metodami otrzymywania różnych związków na skalę przemysłową. W zakres ściśle tajny wchodziłyby między innymi badaniami nad zimną fuzją termojądrową. Wbrew pozorom może to nie być wcale humbug. Fleichman i Pontz musieli otrzymać sowitą zapłatę od przedstawicieli trustu wydobywczo-energetycznego, aby przyznać się do popełnienia fałszerstwa. Znalazłem informacje, że jedno z laboratoriów związane z US Navy prowadzi badania nad elektrolizą na porowatych elektrodach palladowych w deuterze, czyli z wykorzystaniem klasycznej już metody przedstawionej w 1998 roku przez wymienionych wyżej badaczy. Poza tym są jeszcze inne metody rozważane, jak kawitujące pęcherzyki pary wodnej. Gdyby to była fuszeria od początku do końca, to nikt by się tym nie zajmował; wszyscy daliby sobie spokój już z tym. Tak więc być może procesy zachodzące normalnie w gwiazdach przeprowadzić można w niższej temperaturze... Inną gałęzią, jaką należałoby rozwijać to kryptografia kwantowa. Z użyciem odpowiednich laserów można szyfrować wiadomości oraz przekazywać je praktycznie błyskawicznie pomiędzy nawet oddalonymi od siebie jednostkami. Jawną częścią tego typu military research byłaby optyka i informatyka kwantowa. Obok tego powinno się jeszcze rozwijać nanotechnologię, w tym układy mikroelektromechaniczne. Byłaby to synteza kilku działów fizyki, chemii oraz inżynierii. Tutaj również można oczekiwać potencjalnych zastosowań militarnych. Jeszcze inne badania z gatunku top secret, jakie powinny być tam prowadzone, to broń chemiczna. Powinny one obejmować metody syntezy odpowiednich związków jak również ich projektowanie na zasadach zbliżonych do drug desinging; w oparciu o strukturę odpowiednich białek. Wykorzystywane tutaj winny być również metody chemii kwantowej, aby odpowiednio wyliczyć dany związek. Pion - bo tak to można określić - zajmujący się bronią chemiczną powinien również zajmować się syntezą analogów substancji neurotoksycznych występujących w organizmach żywych, aby móc je wykorzystać później na polu walki. Poza tymi stricte naukowymi aspektami, należy prowadzić również prace nad otrzymywaniem substancji chemicznych mogących zostać wykorzystanych jako broń w skali przemysłowej. Należałoby zaprojektować odpowiednie procesy technologiczne, w jakich można by te związki produkować. Nie sztuka posiadać jakiś związek w bardzo małych ilościach. Trzeba jeszcze go móc otrzymywać w ilościach, jakie pozwalają go zastosować jako broń masowego rażenia.
Druga placówka badawcza powinna się zajmować zagadnieniami biologii molekularnej i eksperymentalnej. W jej zainteresowania powinny wchodzić: biochemia, biofizyka (w tym biologia strukturalna), genetyka molekularna, oczywiście genomika, transkryptomika, proteomika, biologia systemów, biologia rozwoju, onkologia, immunologia, neurobiologia, neurofizjologia, chronobiologia, wirusologia, mikrobiologia, parazytologia molekularna z immunoparazytologią. Część badań prowadzonych powinna być jawnie tak, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Natomiast - tak jak w powyższym przykładzie - inne powinny mieć klauzulę top secret. Należałoby tu wymienić część badań związanych z inżynierią genetyczną związanych bezpośrednio z otrzymywaniem broni biologicznej. Dotyczyć to powinno wirusów, bakterii, grzybów, pierwotniaków oraz robaków pasożytniczych. Te ostatnie - wbrew pozorom - też można wykorzystać jako broń biologiczną. Uzyskiwać powinno się odpowiednie organizmy transgeniczne będące bardziej zjadliwe niż ich naturalne odpowiedniki. Testować powinno się je między innymi na myszach. Instytut powinien również w tym samym okresie, w którym wytworzy organizm mogący zostać użyty jako broń, odpowiednią szczepionkę. Tutaj nie planuję robić ograniczeń - mogłyby zostać użyte klasyczne już atenuowane drobnoustroje, jak i szczepionki DNA czy przeciwciała antyidiotypowe. W przypadku broni biologicznej powinny być prowadzone badania na myszach różnych inbredów (jak również knock-outach lub osobników mających nadekspresję danego genu, również klonach uzyskanych metodą nuclear transfer - takich możliwości nie można wykluczać) jak również na zwierzętach gospodarskich. Prowadzone powinny być również prace nad drobnoustrojami bądź pasożytami atakującymi wyłącznie wybrane grupy etniczne. Testowana winna być również broń chemiczna wszelkiego typu - od neurotoksycznych gazów bojowych typu VX po broń psychochemiczną. W tym wypadku badania można wykonywać nie tylko na kręgowcach, ale również na muszkach owocówkach (Drosophila melanogaster) czy nicieniach Caenorhabditis elegans. Co więcej, można podążyć tutaj drogą, jaką obecnie testuje się wiele leków: wychodzi się od modeli drożdżowych, potem robi się doświadczenia na liniach komórkowych, a dopiero potem przechodzi się do całych organizmów. Taki schemat byłby wielce optymalny. Badane powinny być wszystkie reakcje od poziomu genów aż po obserwowalne zmiany w zachowaniu czy odpowiedzi immunologicznej. Wracając jeszcze do broni biologicznej, nie należy wykluczać jeszcze takich ewentualności jak inżynieria białek. Można by poprzez zamianę kilku nukleotydów na drodze zlokalizowanej mutagenezy uzyskać bardziej toksyczną formę omega-konotoksyny. Później można odpowiedzialny za to gen (oczywiście odpowiednio zmodyfikowany) wprowadzić do jakiegoś patogenu, w ten sposób znacznie zwiększając jego zjadliwość.
Trzeci instytut powinien zajmować się naukami o środowisku. Skupić się tam należy na aspektach dotyczących nauk o Ziemi - geomorfologia, hydrologia, meteorologia, glacjologia, geofizyka, geologia, jak również części nauk biologicznych - zoologia, botanika, ekologia. Można tutaj zadać pytanie, a po co czymś takim ma się zajmować armia. Wbrew pozorom tego typu wiedza może być bardzo przydatna. Wyjaśnijmy czym by się tego typu placówka zajmowała. W przypadku nauk o Ziemi to oczywiście wszelkie badania podłoża skalnego, składu atmosfery, składu gleby et consortes. Jeżeli chodzi o badania biologiczne - to biologia systematyczna, anatomia, etologia, ekologia, fizjologia środowiskowa, ekotoksykologia. To pion jawny. A czym w takim razie powinien zajmować się ten ściśle tajny. W przypadku geologii czy geofizyki to wykrywanie na podstawie rozchodzenia się fal mechanicznych w skalnym podłożu bunkrów i innych podziemnych obiektów militarnych wroga. W tym wypadku istnieje również możliwość rozpoczęcia prac nad bronią sejsmiczną. Można też dyskutować o umiejscowieniu poszczególnych swoich twierdz tak, aby ciężko było je zdobyć z użyciem sił konwencjonalnych. W przypadku innych badań, to określać trzeba by skalę skażeń w razie użycia broni chemicznej lub atomowej. Ergo: prowadzone powinny być zatem odpowiednie prace z zakresu ekotoksykologii. Tutaj dogodnym modelem wydają się zwykłe rozwielitki oraz w ogóle ekosystemy wodne, jeżeli rozumujemy w tej skali; wynika to, rzecz jasna, z większej stabilności warunków wewnątrz nich. Powinny być prowadzone prace - zarówno w pionie jawnym, jak i tajnym - dotyczące analizy kondycji ekosystemów - zarówno lądowych jak i wodnych - z użyciem odpowiednich organizmów stosowanych w tym wypadku jako wskaźniki. Proponowałbym tutaj badania zooplanktonu, owadów, ptaków i ssaków drapieżnych oraz pasożytów wywodzących się z pierwotniaków i zwierząt wielokomórkowych (dodam, że bardzo dużo da tutaj sam pomiar poziomu stresu fizjologicznego). Inny zakres prac powinien dotyczyć pewnego rodzaju inżynierii ekosystemów. Wały będące umocnieniami można obsadzić przecież odpowiednimi roślinami, w wyniku czego będą bardziej wytrzymałe. Powinny być również prowadzone prace na temat sztucznego zabagniania terenów przyległych do fortyfikacji; wówczas po prostu ciężej je zdobyć. Dużo trudniej przeprawić się przez taki teren zwykłym siłom konwencjonalnym. Redefinicji wymaga również samo określenie broń biologiczna. Pojmujemy ją zazwyczaj w związku z masowym rażeniem siły ludzkiej. A to niekoniecznie... Na tyłach wroga można prowadzić szeroko zakrojoną dywersję, przez co można zniszczyć praktycznie rolnictwo i przemysł drzewny, a nawet części rybołówstwa śródlądowego, doprowadzając w ten sposób do klęski nieurodzaju i głodu. Teoretycznie wprowadzając stosunkowo niewielkie zmiany w ekosystemach można doprowadzić do ich destabilizacji. Z tego powodu warto prowadzić badania w zakresie klasycznej zoologii i botaniki. Można znaleźć organizm, który bez wrogów naturalnych będzie potrafił siać ogromny chaos w biocenozach. My będziemy znali jego wrogów naturalnych (jakieś czynniki chorobotwórcze, pasożyty lub drapieżniki) i w razie czego będziemy potrafili ograniczyć jego liczebność. Problem będą mieli ci, u których dane zwierzę lub roślina zostanie uwolnione.
Poszczególne instytuty powinny również ze sobą współpracować. Techniki modelowania wypracowane na pierwszym mogłyby zostać z powodzeniem zastosowane w przypadku analizy ekspresji wielu tysięcy genów oraz procesów zachodzących na szczeblu ekosystemalnych. Inżynieria białek i bioinformatyka wymagają obliczeń ab initio, zatem teoretycznie pojawia się możliwość zastosowania tutaj chemii kwantowej. Również enzymy pochodzące z odpowiednich organizmów mogą zostać zastosowane w procesach produkcji pewnych interesujących związków. Być może również można zaprzęc do tego celu organizmy takie jak transgeniczne drożdże Saccharomyces cerevisiae, które otrzymałyby w zasadzie za nas odpowiednie substancje. Co więcej, uzyskiwanie pewnych związków na drodze syntezy chemicznej może okazać się zbyt drogie, więc możliwe jest, że z pewnych roślin czy zwierząt dane substancje będzie trzeba zwyczajnie pozyskiwać.
Kto jeszcze powinien być tam zatrudniony? Oczywiście absolwenci uczelni wojskowych. Można by również brać naukowców z przysłowiowego cywila, po paromiesięcznym militarnym przeszkoleniu. Można by ustalić też, że równocześnie realizuje się jeden plan jawny, a drugi top secret.
Taki plan ma w Polsce niewielkie szanse na spełnienie. Do tego celu musiałby powstać prawdziwy prawicowy, konserwatywny, autorytarny rząd, który utrzymałby się przez dłuższy czas. Jak wyżej, w pierwszym akapicie, zaznaczyłem, rządzą nami niestety idioci, przez których jesteśmy w zasadzie bezbronni. W razie konfrontacji nawet z malutką Litwą nie mamy żadnych szans. Teoretycznie to może nas bez większych problemów opanować Łukaszenka. My nie mamy nawet możliwości na kontratak, ani na prowadzenie szeroko zakrojonej dywersji na tyłach wroga. Obok siebie mamy też państwa o planach ewidentnie imperialistycznych, jak Niemcy czy Rosja. A wiadomo na imperializm najlepiej reagować tym samym. Niestety, tego rządy po 1989 roku nie rozumiały. Ich zdaniem należało prowadzić politykę Widkuna Quislinga, nie budować żadnych siłowni atomowych ani nie zbroić się. Postawiliśmy niestety na socjaldemokratyczny pacyfizm, który jest debilizmem do sześcianu.
Ludzkość pchał na przód militaryzm. Indukował on postęp całej nauki i techniki. A teraz jak dominować na świecie zaczyna lewactwo, to zaczynają się nowe Wieki Ciemne. Oni są zwolennikami demilitaryzacji tak, aby nie było niczego, parafrazując Kononowicza. Historii oni po prostu nie znają, co już mówić o subdyscyplinach jak historia wojskowości, techniki, nauki... nie wiedzą, co pcha ten cały grajdoł, jakim jest ludzkość, do przodu - od strony rzecz jasna czysto pragmatycznej. (Od strony idealistycznej, bowiem, mówi się o ciekawości...)
Czyżby więc od Najjaśniejszej Rzeczypospolitej miały się zacząć Wieki Ciemne?
Etykiety:
armia,
imperializm,
militaryzm,
nauka,
Polska,
prawica,
technika
sobota, 21 czerwca 2008
O zdrowiu psychicznym prawicy
Znany dysydent Władimir Bukowski w ZSRR spędził gros czasu w zakładach psychiatrycznych. Przyczyną tego była niechęć do raju na Ziemi, w jakim miał się znajdować. Była to choroba porównywana do schizofrenii paranoidalnej. Oznaczało to, że jak się komuś nie podobało w lewicowym Państwie Bożym na tym padole łez, to ma nierówno pod sufitem. Ostatnio można obserwować ciekawe zjawisko. Niby historia magistrae vitae est, ale wraca stare.
Otóż, jak się komuś nie podoba nowy socjalistyczny, lewicowy świat, to też ma coś z głową. Tak przynajmniej wynika z pewnych rzeczy, jakie mogłem ostatnio przeczytać. Teraz wychodzi na to, że jak się ma prawicowe poglądy - zarówno społeczne, jak i gospodarcze - to jest się jakimś amokantem, którego rodzice w dzieciństwie więzili w szafie za przewinienia, również ma się podniesiony ponad normę poziom agresji, ma się skłonności narcystyczne et cetera. Teraz wychodzi na to, że jak ktoś nie lubi ponad osiemdziesięcioprocentowych podatków i marszów ludzi z zaburzeniami psychoseksualnymi, to należy go zwinąć w kaftan i odesłać do jakiś Tworek, Gostynia czy innego zakładu dla obłąkanych. Ale cóż, lewactwo zawsze nienawidziło odstępstw od swoich przekonań... Należy również spostrzec, iż wydziały nauk społecznych i humanistycznych są istną wylęgarnią lewactwa; tak samo te nauki zostały zdominowane przez lewicowych intelektualistów. Tak więc nie dziwmy się. Nauka nie pierwszy raz w historii stała się źródłem ideologicznej manipulacji...
Dowiedziałem się na przykład, że istnieje coś takiego jak syndrom RWA. Akronim oznacza right-wing authoritarianism oznaczający konserwatyzm. Ma on dotyczyć osób wychowywanych w tradycjonalistycznych rodzinach, cechować się niechęcią do inności, szufladkowaniem ludzi na różne kategorie. Osobnicy będący RWA dostrzegają również hierarchiczność społeczeństwa. Często mają również niższy iloraz inteligencji. Doprawdy, jeżeli miałbym sobie wyobrazić ideologiczny atak na przeciwnika, to nie wiem, czy byłbym w stanie wymyśleć porównywalną chorobę psychiczną.
Zacznijmy niejako od końca. Iloraz inteligencji mierzy tylko tzw. inteligencję abstrakcyjną. Można osiągać świetne wyniki w tych testach IQ, a nie być w stanie rozwiązać bardziej twórczego problemu. Poza tym można nauczyć się je rozwiązywać. Ergo: nie jest to zatem żaden miernik, czy człowiek jest w stanie coś wykombinować, czy też nie. Sharon Stone ma iloraz inteligencji wyższy niż Einstein i jakoś teorii wszystkiego nie wymyśliła. Tutaj wypada zaznaczyć, iż ten ostatni próbował w 1950 roku dokonać tego - opublikował wtedy artykuł, który miał integrować fizykę kwantową, elektrodynamikę oraz ogólną teorię względności. Wnioski okazały się błędne. Jeżeli faktycznie inteligencja abstrakcyjna byłaby dodatnio skorelowana (ergo z dużym prawdopodobieństwem związana) z kreatywnością, to Sharon Stone powinna być w stanie wymyśleć zestaw równań, z których można by wyprowadzić zarówno ogólną teorię względności, prawa Maxwella i równanie Schrödingera. Ale nie jest. Przechodzimy tutaj przy tej okazji do następnej kwestii związanej z tematem. Istnieją jeszcze trzy rodzaje inteligencji: twórcza, emocjonalna i społeczna. Jakoś na to nikt prowadzący te badania uwagi na to nie zwrócił.
Powołam się również na swoistą folk science wynikającą z moich własnych obserwacji. Otóż, ludzie, którzy zazwyczaj mają lewicowe przekonania myślą zazwyczaj stadnie, są bardzo kolektywni. Znani mi prawicowcy samodzielnie kształtują swój światopogląd, szukając i czytając różne rzeczy. Lewicowcom wystarcza kolektyw, w którym wymieniają się plotkami. Poza tym nienawidzą oni wszelkiej inności i są towarzystwem bardzo zamkniętym. Ideologicznych odszczepieńców z automatu wykluczają i ścigają z zaciekłością czekistów. I kto tutaj mówi o zamknięciu się konserwatystów? Po prostu - po mojemu - ci akademicy z psychologii społecznej czy mikrosocjologii są jak średniowieczni uczeni studiujący Fizykę Arystotelesa. O otaczającym świecie po prostu pojęcie mają oni żadne. Ci socjolodzy i psycholodzy dobierają sobie pod tezę odpowiednich ludzi, a potem budują swoje fałszywe modele, które z rzeczywistością mają tyle wspólnego, co płaska ziemia i geocentryczny model Klaudiusza Ptolemeusza. Gdyby się oni przyjrzeli, jak tak naprawdę wyglądają normalni ludzie, to by zauważyli, iż oni sami są w błędzie. Nie powstałaby taka cudaczna książka jak Psychopatologia obłędu. Lepsze dzieło nie zostałoby napisane na zamówienie NSDAP albo KPZR.
Dostrzeganie hierarchii społecznej... a przecież ludzie są różni, i to wymaga z uwarunkowań zarówno biologicznych, jak i kulturalnych. Przez to jedni będą mądrzejsi, a inni głupsi, jedni będą biedni, a drudzy bogaci. Hierarchia społeczna po prostu jest faktem, a jej nie dostrzeganie, to jakby nie widzieć działania sił grawitacyjnych czy oddziaływań elektrostatycznych.
Wypada jeszcze wspomnieć o agresji. Dodam, że pewien poziom jest pożyteczny. Człowiek nie powinien pozwalać sobie dmuchać w kaszkę. Mówienie o jakiejś nieagresji, zwalczanie jej, to tak naprawdę hodowanie społeczeństwa niewolników, które nie odwarknie, jak się będzie ich grabić i mordować. Czy to nie jest marzenie naczelnych architektów nowego socjalistycznego świata - tych uświadomionych w lewicowych watahach? Jakoś nikt nie widzi, jaką stadną agresję wykazuje lewica. Przecież są standardowe przykłady łamania ludziom kariery za twierdzenia na temat grzeszności homoseksualizmu połączone z powszechnym wykpiewaniem danego człowieka. Lewactwo ma jeszcze coś takiego, że nigdy nie odpuszcza. Jak Stalin uparł się na Trockiego, to w końcu on zginął, co prawda od czekana Ramona Mercadera, ale dopiął swego. Tak samo w budowie nowego socjalistycznego świata nie cofną się oni przed niczym. Pokazali to wielokrotnie. Jeżeli konserwatyści wykazują agresję, to lewicowcy cechują się hiperagresją.
Zarzucenie choroby psychicznej jest poza tym najniższym z możliwych argumentów. Pozwolę sobie zacytować piękny kawałek napisany przez człowieka o poglądach skrajnie lewicowych:
Psychiatryk24 to mimo wszystko dosc cywilizowany "dom bez klamek", w ktorym wiekszosc pacjentow ma umiarkowane problemy ze zdrowiem. Za to blog.media to psychiatryczny loch dla przypadkow najciezszych - jak w "Milczeniu owiec" - pschopatow, agresywnych maniakow, terminalnych stadiow delirium itp., gdzie w uzyciu musza byc lobotomia, przykuwanie pasami do lozek, prymitywne elektrowstrzasy i haloperidol...
Zachowana została tutaj pisownia taka jak w oryginale. Dodam, że jest to dzieło osoby chorej psychicznie, cierpiącej bowiem na zespół Aspergera. Czy jednemu psychicznemu wypada się wypowiadać o innych? Cierpiących w dodatku na urojone, znane tylko lewactwu schorzenia polegające na wyznawaniu niewłaściwej ideologii? Lewactwo gotowe jest na wszystko celem zniszczenia cywilizacji. Nie posuną się oni przed żadną podłą insynuacją, żeby dopiąc swojego celu (a tak naprawdę celu loż masońskich). Oni już potrafili kilkaset milionów ludzi zamordować, czym więc jest dla nich ideologizacja nauki? Przykładem jest ten syndrom RWA.
Zarzucana jest jeszcze prawicy w związku z RWA skrajna zachowawczość. A przecież, gdyby urządzić świat całkowicie po prawicowemu, to byłaby to dopiero rewolucja. Konserwatyzm nie polega na zachowywaniu bieżącego stanu rzeczy idealnie tak, jak jest. Polega na stwierdzeniu, że są pewne sprawdzone zasady, których należy się trzymać, bo się na nich dobrze wyszło. To jak są pewne reguły prowadzenia pracy badawczej, że stawia się hipotezę, robi się doświadczenia, uzyskuje wyniki i na tej podstawie potwierdza się bądź obala hipotezę, tak samo mamy do czynienia z pewnymi regułami rządzącymi społeczeństwem. Jeżeli się je narusza, to dochodzi do kataklizmów - takich jak aborcyjna depopulacja społeczeństw zachodnioeuropejskich po 1968 roku czy wielki głód na Ukrainie wywołany kolektywizacją rolnictwa. Inaczej mówiąc, świat z natury jest prawicowy, a z tym lewica nigdy nie zdoła się pogodzić.
A czy prawica jest zdrowa psychicznie? Owszem. To są normalni ludzie ceniący sobie wartości, tradycję oraz własność. Za to lewica jest jakaś chora. Chce zbudować Państwo Boże na trzeciej planecie od słońca, a przy okazji kompletnie remodelować człowieka i społeczeństwo. A czy to jest normalne? Czy za takie można uważać totalne (i totalitarne) zamiary?
Prawica jakoś nie zajmuje się tego typu uderzeniami poniżej pasa jak lewica, jak imaginowanie schorzeń psychicznych. Jakoś nie interesuje nas dopasowanie nauki pod ideologię. Nie dopuszczamy tylko części badań na zarodkach ludzkich oraz na ludziach bez ich zgody; tak w ogóle dla nas można by naukę sprywatyzować (przynajmniej jak dla mnie)...
...za to nie byłoby takich głupot jak katoagresja czy ów syndrom RWA.
Otóż, jak się komuś nie podoba nowy socjalistyczny, lewicowy świat, to też ma coś z głową. Tak przynajmniej wynika z pewnych rzeczy, jakie mogłem ostatnio przeczytać. Teraz wychodzi na to, że jak się ma prawicowe poglądy - zarówno społeczne, jak i gospodarcze - to jest się jakimś amokantem, którego rodzice w dzieciństwie więzili w szafie za przewinienia, również ma się podniesiony ponad normę poziom agresji, ma się skłonności narcystyczne et cetera. Teraz wychodzi na to, że jak ktoś nie lubi ponad osiemdziesięcioprocentowych podatków i marszów ludzi z zaburzeniami psychoseksualnymi, to należy go zwinąć w kaftan i odesłać do jakiś Tworek, Gostynia czy innego zakładu dla obłąkanych. Ale cóż, lewactwo zawsze nienawidziło odstępstw od swoich przekonań... Należy również spostrzec, iż wydziały nauk społecznych i humanistycznych są istną wylęgarnią lewactwa; tak samo te nauki zostały zdominowane przez lewicowych intelektualistów. Tak więc nie dziwmy się. Nauka nie pierwszy raz w historii stała się źródłem ideologicznej manipulacji...
Dowiedziałem się na przykład, że istnieje coś takiego jak syndrom RWA. Akronim oznacza right-wing authoritarianism oznaczający konserwatyzm. Ma on dotyczyć osób wychowywanych w tradycjonalistycznych rodzinach, cechować się niechęcią do inności, szufladkowaniem ludzi na różne kategorie. Osobnicy będący RWA dostrzegają również hierarchiczność społeczeństwa. Często mają również niższy iloraz inteligencji. Doprawdy, jeżeli miałbym sobie wyobrazić ideologiczny atak na przeciwnika, to nie wiem, czy byłbym w stanie wymyśleć porównywalną chorobę psychiczną.
Zacznijmy niejako od końca. Iloraz inteligencji mierzy tylko tzw. inteligencję abstrakcyjną. Można osiągać świetne wyniki w tych testach IQ, a nie być w stanie rozwiązać bardziej twórczego problemu. Poza tym można nauczyć się je rozwiązywać. Ergo: nie jest to zatem żaden miernik, czy człowiek jest w stanie coś wykombinować, czy też nie. Sharon Stone ma iloraz inteligencji wyższy niż Einstein i jakoś teorii wszystkiego nie wymyśliła. Tutaj wypada zaznaczyć, iż ten ostatni próbował w 1950 roku dokonać tego - opublikował wtedy artykuł, który miał integrować fizykę kwantową, elektrodynamikę oraz ogólną teorię względności. Wnioski okazały się błędne. Jeżeli faktycznie inteligencja abstrakcyjna byłaby dodatnio skorelowana (ergo z dużym prawdopodobieństwem związana) z kreatywnością, to Sharon Stone powinna być w stanie wymyśleć zestaw równań, z których można by wyprowadzić zarówno ogólną teorię względności, prawa Maxwella i równanie Schrödingera. Ale nie jest. Przechodzimy tutaj przy tej okazji do następnej kwestii związanej z tematem. Istnieją jeszcze trzy rodzaje inteligencji: twórcza, emocjonalna i społeczna. Jakoś na to nikt prowadzący te badania uwagi na to nie zwrócił.
Powołam się również na swoistą folk science wynikającą z moich własnych obserwacji. Otóż, ludzie, którzy zazwyczaj mają lewicowe przekonania myślą zazwyczaj stadnie, są bardzo kolektywni. Znani mi prawicowcy samodzielnie kształtują swój światopogląd, szukając i czytając różne rzeczy. Lewicowcom wystarcza kolektyw, w którym wymieniają się plotkami. Poza tym nienawidzą oni wszelkiej inności i są towarzystwem bardzo zamkniętym. Ideologicznych odszczepieńców z automatu wykluczają i ścigają z zaciekłością czekistów. I kto tutaj mówi o zamknięciu się konserwatystów? Po prostu - po mojemu - ci akademicy z psychologii społecznej czy mikrosocjologii są jak średniowieczni uczeni studiujący Fizykę Arystotelesa. O otaczającym świecie po prostu pojęcie mają oni żadne. Ci socjolodzy i psycholodzy dobierają sobie pod tezę odpowiednich ludzi, a potem budują swoje fałszywe modele, które z rzeczywistością mają tyle wspólnego, co płaska ziemia i geocentryczny model Klaudiusza Ptolemeusza. Gdyby się oni przyjrzeli, jak tak naprawdę wyglądają normalni ludzie, to by zauważyli, iż oni sami są w błędzie. Nie powstałaby taka cudaczna książka jak Psychopatologia obłędu. Lepsze dzieło nie zostałoby napisane na zamówienie NSDAP albo KPZR.
Dostrzeganie hierarchii społecznej... a przecież ludzie są różni, i to wymaga z uwarunkowań zarówno biologicznych, jak i kulturalnych. Przez to jedni będą mądrzejsi, a inni głupsi, jedni będą biedni, a drudzy bogaci. Hierarchia społeczna po prostu jest faktem, a jej nie dostrzeganie, to jakby nie widzieć działania sił grawitacyjnych czy oddziaływań elektrostatycznych.
Wypada jeszcze wspomnieć o agresji. Dodam, że pewien poziom jest pożyteczny. Człowiek nie powinien pozwalać sobie dmuchać w kaszkę. Mówienie o jakiejś nieagresji, zwalczanie jej, to tak naprawdę hodowanie społeczeństwa niewolników, które nie odwarknie, jak się będzie ich grabić i mordować. Czy to nie jest marzenie naczelnych architektów nowego socjalistycznego świata - tych uświadomionych w lewicowych watahach? Jakoś nikt nie widzi, jaką stadną agresję wykazuje lewica. Przecież są standardowe przykłady łamania ludziom kariery za twierdzenia na temat grzeszności homoseksualizmu połączone z powszechnym wykpiewaniem danego człowieka. Lewactwo ma jeszcze coś takiego, że nigdy nie odpuszcza. Jak Stalin uparł się na Trockiego, to w końcu on zginął, co prawda od czekana Ramona Mercadera, ale dopiął swego. Tak samo w budowie nowego socjalistycznego świata nie cofną się oni przed niczym. Pokazali to wielokrotnie. Jeżeli konserwatyści wykazują agresję, to lewicowcy cechują się hiperagresją.
Zarzucenie choroby psychicznej jest poza tym najniższym z możliwych argumentów. Pozwolę sobie zacytować piękny kawałek napisany przez człowieka o poglądach skrajnie lewicowych:
Psychiatryk24 to mimo wszystko dosc cywilizowany "dom bez klamek", w ktorym wiekszosc pacjentow ma umiarkowane problemy ze zdrowiem. Za to blog.media to psychiatryczny loch dla przypadkow najciezszych - jak w "Milczeniu owiec" - pschopatow, agresywnych maniakow, terminalnych stadiow delirium itp., gdzie w uzyciu musza byc lobotomia, przykuwanie pasami do lozek, prymitywne elektrowstrzasy i haloperidol...
Zachowana została tutaj pisownia taka jak w oryginale. Dodam, że jest to dzieło osoby chorej psychicznie, cierpiącej bowiem na zespół Aspergera. Czy jednemu psychicznemu wypada się wypowiadać o innych? Cierpiących w dodatku na urojone, znane tylko lewactwu schorzenia polegające na wyznawaniu niewłaściwej ideologii? Lewactwo gotowe jest na wszystko celem zniszczenia cywilizacji. Nie posuną się oni przed żadną podłą insynuacją, żeby dopiąc swojego celu (a tak naprawdę celu loż masońskich). Oni już potrafili kilkaset milionów ludzi zamordować, czym więc jest dla nich ideologizacja nauki? Przykładem jest ten syndrom RWA.
Zarzucana jest jeszcze prawicy w związku z RWA skrajna zachowawczość. A przecież, gdyby urządzić świat całkowicie po prawicowemu, to byłaby to dopiero rewolucja. Konserwatyzm nie polega na zachowywaniu bieżącego stanu rzeczy idealnie tak, jak jest. Polega na stwierdzeniu, że są pewne sprawdzone zasady, których należy się trzymać, bo się na nich dobrze wyszło. To jak są pewne reguły prowadzenia pracy badawczej, że stawia się hipotezę, robi się doświadczenia, uzyskuje wyniki i na tej podstawie potwierdza się bądź obala hipotezę, tak samo mamy do czynienia z pewnymi regułami rządzącymi społeczeństwem. Jeżeli się je narusza, to dochodzi do kataklizmów - takich jak aborcyjna depopulacja społeczeństw zachodnioeuropejskich po 1968 roku czy wielki głód na Ukrainie wywołany kolektywizacją rolnictwa. Inaczej mówiąc, świat z natury jest prawicowy, a z tym lewica nigdy nie zdoła się pogodzić.
A czy prawica jest zdrowa psychicznie? Owszem. To są normalni ludzie ceniący sobie wartości, tradycję oraz własność. Za to lewica jest jakaś chora. Chce zbudować Państwo Boże na trzeciej planecie od słońca, a przy okazji kompletnie remodelować człowieka i społeczeństwo. A czy to jest normalne? Czy za takie można uważać totalne (i totalitarne) zamiary?
Prawica jakoś nie zajmuje się tego typu uderzeniami poniżej pasa jak lewica, jak imaginowanie schorzeń psychicznych. Jakoś nie interesuje nas dopasowanie nauki pod ideologię. Nie dopuszczamy tylko części badań na zarodkach ludzkich oraz na ludziach bez ich zgody; tak w ogóle dla nas można by naukę sprywatyzować (przynajmniej jak dla mnie)...
...za to nie byłoby takich głupot jak katoagresja czy ów syndrom RWA.
środa, 14 maja 2008
Gen nienawiści
Jednym z założeń Nowej Lewicy jest to, że wszystko tak naprawdę jest ideologią. Wynika to z relatywizmu będącego również podstawą dekonstruktywizmu. Nie ma zatem przeszkód, żeby lewica poprawiała dorobek wszystkiego, co człowiek zdołał wymyśleć. W rzeczywistości jest to strategia ekspansji, jaka służy próbie udowodnienia poszczególnych założeń lewicy tak, żeby ludziom wydawało się, iż to słuszny, niepodważalny dogmat. Tak więc, nie powinniśmy dziwić się, że niedługo Stalin będzie wstrętnym prawicowym potworem, bo nie lubił Żydów i chciał rządzić światem. Lewactwo nawet wtyka swój nos do nauk medycznych i przyrodniczych. Homoseksualizm od lat siedemdziesiątych nie jest uznawany za schorzenie; głównie dzięki szeregu fałszerstw dokonanych w 1948 roku przez Alfreda Kinseya. Globalne ocieplenie jest skutkiem industrializacji. Po prostu powinniśmy się zastanowić, co jeszcze nas czeka...
Można tutaj dokonać pewnego eksperymentu myślowego.
Obecnie mainstreamem, jeżeli chodzi o nauki biologiczne, są badania na poziomie molekularnym. Klonowanie genów, badanie struktury białek, szlaki transdukcji, jak procesy na tym poziomie determinują wygląd i zachowanie osobników... ot, takie rzeczy.
Lewica zajmuje się tępieniem nienawiści do mniejszości etnicznych i seksualnych. Ich zdaniem ludzie mają sobie być braćmi i nikt nie może nikogo nie lubieć. Lubią oni również zwalczać wszystkie problemy u podstaw. Żeby nie daj Boże ludzie nie pomarli z głodu i chorób, to się ich na siłę ubezpiecza, państwowa jest służba zdrowia. Większość odłamów lewicy popiera również aborcję, i to z tego powodu, że jak się w jakiejś rodzinie dziewiąte dziecko urodzi, to już się nie wyżywi.
Skupmy się jednak na problemie nienawiści. Lewicowcy wszelkiej maści chętnie wyłożą pieniądze na walkę z rasizmem i homofobią. Różne stowarzyszenia typu Lambda czy Nigdy Więcej mogą liczyć na przypływ kasy z budżetu państwa. Oni również zakazują głoszenia pewnych poglądów. Wróćmy do zwalczania problemów u podstaw. Obecnie nawet szuka się przyczyn pewnych rzeczy na poziomie biologii. Swojego czasu w Nature Neuroscience ukazał się artykuł, że rzekomo prawica jest głupsza od lewicy. Kiedyś łysenkizm i biologia miczurinowska, a teraz coś takiego. Powinniśmy się spodziewać jeszcze czegoś innego.
Otóż zostanie wykryty gen nienawiści w jednym za laboratoriów zajmujących się genetyką behawioralną człowieka. Najpierw porówna się pod względem sekwencji poszczególnych genów biorących udział w rozwoju układu nerwowego u ludzi nienawistnych i tolerancyjnych. Następnie sprawdzi się ekspresję jego ortologu w zarodkach myszy z użyciem jakiegoś genu reporterowego. Będzie on odpowiadał za iście zoologiczną nienawiść w stosunku do mniejszości etnicznych i seksualnych, tak jak fru u wywilżny karłówki (Drosophila melanogaster) cały rozrodczy rytuał samca. Wiadomość o odkryciu ozdobi okładkę czasopisma Nature. Będzie odpowiadał on za część procesów rozwojowych układu nerwowego oraz behawioralnych. (Na razie nie mam jeszcze kandydata, co to może być, ale pewnie jakiś receptor albo czynnik transkrypcyjny).
Jakie będą konsekwencje? Oczywiście lewactwo uznaje aborcję. Sprawę genu nienawiści nagłośni się w mediach. Matki będą wykonywały badania prenatalne, czy przypadkiem ich dziecko nie jest nosicielem takowego. A jak jest - to najpewniej dojdzie do skrobanki. Po pewnym czasie rządy narzucą przymusową aborcję płodów mających tenże gen nienawiści. W przypadku całej reszty prawdopodobnie będzie dochodziło do sterylizacji osobników będących jego nosiecielami.
Może brzmi to jak scenariusz z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya czy Ludzi niczym bogów Herberta George'a Wellsa, ale jest całkiem prawdopodobny. W Szwecji - sztandarowym kraju rządzonym przez lewicę - przez 40 lat odbywał się socjoinżynieryjny eksperyment, który był pochwalany przez stwórców tamtejszego państwa opiekuńczego, późniejszych noblistów - małżeństwo Myldarów. Tak więc, skąd wiemy, co strzeli lewactwu do głów... Przecie kocha ono wszelkie machinacje - odkrycie genu nienawiści jest całkiem możliwe. Skoro już homoseksualizm nie jest uznawany za chorobę... Dlatego też powinniśmy się mieć na baczności. Tym bardziej, że eurokomuna coraz bardziej zaczyna przypominać ZSRR czy Trzecią Rzeszę. A w takich reżimach, co pokazała historia, pseudonauka pozująca na naukę rozkwita.
Można tutaj dokonać pewnego eksperymentu myślowego.
Obecnie mainstreamem, jeżeli chodzi o nauki biologiczne, są badania na poziomie molekularnym. Klonowanie genów, badanie struktury białek, szlaki transdukcji, jak procesy na tym poziomie determinują wygląd i zachowanie osobników... ot, takie rzeczy.
Lewica zajmuje się tępieniem nienawiści do mniejszości etnicznych i seksualnych. Ich zdaniem ludzie mają sobie być braćmi i nikt nie może nikogo nie lubieć. Lubią oni również zwalczać wszystkie problemy u podstaw. Żeby nie daj Boże ludzie nie pomarli z głodu i chorób, to się ich na siłę ubezpiecza, państwowa jest służba zdrowia. Większość odłamów lewicy popiera również aborcję, i to z tego powodu, że jak się w jakiejś rodzinie dziewiąte dziecko urodzi, to już się nie wyżywi.
Skupmy się jednak na problemie nienawiści. Lewicowcy wszelkiej maści chętnie wyłożą pieniądze na walkę z rasizmem i homofobią. Różne stowarzyszenia typu Lambda czy Nigdy Więcej mogą liczyć na przypływ kasy z budżetu państwa. Oni również zakazują głoszenia pewnych poglądów. Wróćmy do zwalczania problemów u podstaw. Obecnie nawet szuka się przyczyn pewnych rzeczy na poziomie biologii. Swojego czasu w Nature Neuroscience ukazał się artykuł, że rzekomo prawica jest głupsza od lewicy. Kiedyś łysenkizm i biologia miczurinowska, a teraz coś takiego. Powinniśmy się spodziewać jeszcze czegoś innego.
Otóż zostanie wykryty gen nienawiści w jednym za laboratoriów zajmujących się genetyką behawioralną człowieka. Najpierw porówna się pod względem sekwencji poszczególnych genów biorących udział w rozwoju układu nerwowego u ludzi nienawistnych i tolerancyjnych. Następnie sprawdzi się ekspresję jego ortologu w zarodkach myszy z użyciem jakiegoś genu reporterowego. Będzie on odpowiadał za iście zoologiczną nienawiść w stosunku do mniejszości etnicznych i seksualnych, tak jak fru u wywilżny karłówki (Drosophila melanogaster) cały rozrodczy rytuał samca. Wiadomość o odkryciu ozdobi okładkę czasopisma Nature. Będzie odpowiadał on za część procesów rozwojowych układu nerwowego oraz behawioralnych. (Na razie nie mam jeszcze kandydata, co to może być, ale pewnie jakiś receptor albo czynnik transkrypcyjny).
Jakie będą konsekwencje? Oczywiście lewactwo uznaje aborcję. Sprawę genu nienawiści nagłośni się w mediach. Matki będą wykonywały badania prenatalne, czy przypadkiem ich dziecko nie jest nosicielem takowego. A jak jest - to najpewniej dojdzie do skrobanki. Po pewnym czasie rządy narzucą przymusową aborcję płodów mających tenże gen nienawiści. W przypadku całej reszty prawdopodobnie będzie dochodziło do sterylizacji osobników będących jego nosiecielami.
Może brzmi to jak scenariusz z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya czy Ludzi niczym bogów Herberta George'a Wellsa, ale jest całkiem prawdopodobny. W Szwecji - sztandarowym kraju rządzonym przez lewicę - przez 40 lat odbywał się socjoinżynieryjny eksperyment, który był pochwalany przez stwórców tamtejszego państwa opiekuńczego, późniejszych noblistów - małżeństwo Myldarów. Tak więc, skąd wiemy, co strzeli lewactwu do głów... Przecie kocha ono wszelkie machinacje - odkrycie genu nienawiści jest całkiem możliwe. Skoro już homoseksualizm nie jest uznawany za chorobę... Dlatego też powinniśmy się mieć na baczności. Tym bardziej, że eurokomuna coraz bardziej zaczyna przypominać ZSRR czy Trzecią Rzeszę. A w takich reżimach, co pokazała historia, pseudonauka pozująca na naukę rozkwita.
Etykiety:
aborcja,
genetyka,
konserwatyzm,
lewackie durnoctwa,
lewactwo,
machinacje,
nauka
wtorek, 13 maja 2008
Umysł znacjonalizowany
W 1926 roku brytyjski fizykochemik Jean Bernal (również fanatyczny marksista) napisał książkę Świat, ciało i diabeł. W jednym z rozdziałów pojawia się tam wizja przyszłości, kiedy człowiek będzie mógł przenosić zawartość swojego mózgu na elementy wykonane z minerałów. Tam komunikacja miałaby zachodzić za pośrednictwem promieniowania. Podobną wizję przedstawił swojego czasu Hans Moravec. Przyjął on podobne założenia jak Bernal, że człowiek będzie mógł przenieść zawartość swojego mózgu na elementy wykonane z półprzewodników. Doszedł też do wniosku, że ewolucja cybernetyczna to następny etap po biologicznej; DNA zostanie ostatecznie wyparte. Moravec dodał jeszcze jedno: w końcu powstanie jeden umysł zbiorowy.
Rozglądając się po Priwislanskim Kraju można dojść do pewnego ciekawego wniosku. Otóż mamy swoisty umysł zbiorowy. Do jego powstania nie potrzebne były ani postępy w sztucznej inteligencji ani ewolucja cybernetyczna. Ba, raczej mamy tutaj do czynienia z pewnymi memami, na które podatni są pewni ludzie. Oni tworzą ten zbiorowy umysł.
Można się pytać: a któż to taki?
Odpowiedzi nie trzeba daleko szukać. Niektórzy codziennie rano patrząc się w lustro, widzą właśnie jeden element takiego zbiorowego kolektywnego, aż chce się powiedzieć znacjonalizowanego, umysłu. Futurystyczna wizja Hansa Moravca się spełniła tutaj na poziomie - no jeszcze - ewolucji biologicznej. Ale najciekawsze, że tym elementom tego zbiorowego umysłu wydaje się, że są wielkimi indywidualistami i wolnymi ludźmi. A gdzież tu ich wolność i indywidualizm, jak szczytem elokwencji jest dla nich Szkło kontaktowe! I to dla wszystkich. Przecież to jest istna sowietyzacja!
I jak tu nie mówić o lemingach, jak im się wszystkim to samo podoba. Jak ich ideałem jest bolszewicka urawniłówka. Jak się spojrzy na młodzież, to 90% słucha tego samego szajsu. Exemplum koncerty z cyklu Hity na czasie: przecież o tych chałturnikach, co tam występują nikt w krajach ich pochodzenia nie słyszał. Jakaś szwedzka wokalistka... bodajże September... gadałem kiedyś z człowiekiem ze Szwecji, no i nie kojarzył kogoś takiego. Przy preferencjach muzycznych ujawnia się kolektywizm i nacjonalizacja mózgów. Jak ktoś tego szajsu nie słucha, to jest najgorszym śmieciem. I najciekawsze, że ta masa uważa się za wolne jednostki. A w zasadzie mogłaby krocząc ulicą jak zombie recytować fragment Obłoku w spodniach Majakowskiego:
Jednostka niczym, jednostka bzdurą (...)
choćby największą była figurą
Tak to już z tymi lemingami jest.
Ostatnio też pojawił się news odnośnie tego, że Guru Wszystkich Lemingów Tego Świata znany jako Donaldus Tuskus zażywał w 1983 roku miękkie narkotyki - a konkretnie marijuanę. Osobiście to ja w to nie wierzę i uważam to za zwykłą ściemę. Na lemingach, czyli umyśle znacjonalizowanym, zrobiło to jednak olbrzymie wrażenie. Bo ich guru robił to, co oni, czyli palił trawę. Ponieważ ustrojem panującym w Priwislanskim od anno Domini 2007 jest alkoholowa pajdokracja, mówić takie rzeczy się po prostu opłaca. To jest czysty populizm - Tuskus nie jest tutaj wcale gorszy od Endriu Lepieja. Bo co sobie takie lemingi pomyślą: No patrzcie, bez kitu, premier to swój człowiek! Potem oddadzą na niego głos, no i tak w kółko.
Zbiorowy znacjonalizowany umysł nienawidzi odwołań do przeszłości. Widzi on tylko swoją przyszłość. To też mu wmówiono, aby w myślach powtarzał jak mantrę. Kolektywny umysł stwierdza na przykład, że Katyń zrobili Niemcy. Przecież to ewidentny sukces bolszewizmu. Ten również nakazywał patrzeć się w przyszłość, aby móc manipulować dowolnie przeszłością - to wszystko w celu stworzenia nowego człowieka. Wtedy można wmówić wszystko. Zbiorowy umysł lemingów nie przejmuje się historią. No i nic dziwnego, że tak popiera budowę Euro-ZSRR, nie zdając sobie sprawy z ideologicznych konotacji. Im się wydaje, że to wszystko jest cool. Wszystko to efekt nacjonalizacji mózgów dokonywanej przez szkołę - podręczniki historii pisane przez wychowanków stalinowskich propagandystów typu Żanny Kormanowej czy Krystyny Kersten - oraz usłużne agorowe media.
Patrząc na lemingi można wynieść bardzo smutną refleksję. Kiedyś jednak i umysł znacjonalizowany obudzi się z ręką w nocniku.
Rozglądając się po Priwislanskim Kraju można dojść do pewnego ciekawego wniosku. Otóż mamy swoisty umysł zbiorowy. Do jego powstania nie potrzebne były ani postępy w sztucznej inteligencji ani ewolucja cybernetyczna. Ba, raczej mamy tutaj do czynienia z pewnymi memami, na które podatni są pewni ludzie. Oni tworzą ten zbiorowy umysł.
Można się pytać: a któż to taki?
Odpowiedzi nie trzeba daleko szukać. Niektórzy codziennie rano patrząc się w lustro, widzą właśnie jeden element takiego zbiorowego kolektywnego, aż chce się powiedzieć znacjonalizowanego, umysłu. Futurystyczna wizja Hansa Moravca się spełniła tutaj na poziomie - no jeszcze - ewolucji biologicznej. Ale najciekawsze, że tym elementom tego zbiorowego umysłu wydaje się, że są wielkimi indywidualistami i wolnymi ludźmi. A gdzież tu ich wolność i indywidualizm, jak szczytem elokwencji jest dla nich Szkło kontaktowe! I to dla wszystkich. Przecież to jest istna sowietyzacja!
I jak tu nie mówić o lemingach, jak im się wszystkim to samo podoba. Jak ich ideałem jest bolszewicka urawniłówka. Jak się spojrzy na młodzież, to 90% słucha tego samego szajsu. Exemplum koncerty z cyklu Hity na czasie: przecież o tych chałturnikach, co tam występują nikt w krajach ich pochodzenia nie słyszał. Jakaś szwedzka wokalistka... bodajże September... gadałem kiedyś z człowiekiem ze Szwecji, no i nie kojarzył kogoś takiego. Przy preferencjach muzycznych ujawnia się kolektywizm i nacjonalizacja mózgów. Jak ktoś tego szajsu nie słucha, to jest najgorszym śmieciem. I najciekawsze, że ta masa uważa się za wolne jednostki. A w zasadzie mogłaby krocząc ulicą jak zombie recytować fragment Obłoku w spodniach Majakowskiego:
Jednostka niczym, jednostka bzdurą (...)
choćby największą była figurą
Tak to już z tymi lemingami jest.
Ostatnio też pojawił się news odnośnie tego, że Guru Wszystkich Lemingów Tego Świata znany jako Donaldus Tuskus zażywał w 1983 roku miękkie narkotyki - a konkretnie marijuanę. Osobiście to ja w to nie wierzę i uważam to za zwykłą ściemę. Na lemingach, czyli umyśle znacjonalizowanym, zrobiło to jednak olbrzymie wrażenie. Bo ich guru robił to, co oni, czyli palił trawę. Ponieważ ustrojem panującym w Priwislanskim od anno Domini 2007 jest alkoholowa pajdokracja, mówić takie rzeczy się po prostu opłaca. To jest czysty populizm - Tuskus nie jest tutaj wcale gorszy od Endriu Lepieja. Bo co sobie takie lemingi pomyślą: No patrzcie, bez kitu, premier to swój człowiek! Potem oddadzą na niego głos, no i tak w kółko.
Zbiorowy znacjonalizowany umysł nienawidzi odwołań do przeszłości. Widzi on tylko swoją przyszłość. To też mu wmówiono, aby w myślach powtarzał jak mantrę. Kolektywny umysł stwierdza na przykład, że Katyń zrobili Niemcy. Przecież to ewidentny sukces bolszewizmu. Ten również nakazywał patrzeć się w przyszłość, aby móc manipulować dowolnie przeszłością - to wszystko w celu stworzenia nowego człowieka. Wtedy można wmówić wszystko. Zbiorowy umysł lemingów nie przejmuje się historią. No i nic dziwnego, że tak popiera budowę Euro-ZSRR, nie zdając sobie sprawy z ideologicznych konotacji. Im się wydaje, że to wszystko jest cool. Wszystko to efekt nacjonalizacji mózgów dokonywanej przez szkołę - podręczniki historii pisane przez wychowanków stalinowskich propagandystów typu Żanny Kormanowej czy Krystyny Kersten - oraz usłużne agorowe media.
Patrząc na lemingi można wynieść bardzo smutną refleksję. Kiedyś jednak i umysł znacjonalizowany obudzi się z ręką w nocniku.
Etykiety:
konserwatyzm,
lemingi,
nacjonalizacja mózgu,
narkotyki,
nauka,
szajs
sobota, 10 maja 2008
Jak to jest z tą ewolucją... polemika z Pawłem Paliwodą.
Pana Paliwodę lubię czytać i się praktycznie z 99% jego tekstów zgadzam. Dzisiaj jednakże powstał tekst, który wymaga mojej dyskusji, ponieważ dotyczy drażliwego tematu, przynajmniej w pewnych środowiskach.
Chodzi tutaj o teorię ewolucji. Oczywiście ta w wersji darwinowskiej została przez rzeczonego publicystę zmieszana z błotem. Uważa, że lewicowo-liberalnym środowisku darwinizm się opłaca, ponieważ redukuje człowieka do jakiegoś gatunku zwierzęcia, któremu można odebrać stopniowo prawa. Dla mnie tutaj widoczna jest oczywista sprzeczność. Lewicowo-liberalne środowiska zwykły uważać, że człowiek to tabula rasa całkowicie oderwana od środowiska przyrodniczego. Wyznają oni przy tym SSSM (Standard Social Sciences Model - standardowy model nauk społecznych). Człowiek jest ich zdaniem całkowicie od tej biologii oderwany, dlatego można w nim rzeźbić i dowolnie kształtować. Jeżeli można ukształtować dowolnie jednostkę, to samo da się poczynić z całym społeczeństwem. I tu się zawiera całe clou lewactwa. Poza tym traktuje ono darwinizm - podobnie jak całą resztę nauki - instrumentalnie. Dla lewactwa równie dobrze mogłoby jej nie być, co powinniśmy wiedzieć. Z tegoż darwinizmu właśnie wynika socjobiologia. Nauka ta została stworzona przez Edwarda O. Wilsona jako synteza etologii, ekologii, genetyki i ewolucjonizmu. Jej tezy zostały zawarte w książce Sociobiology. New Synthesis wydanej w 1975 roku. Z miejsca ona ściągnęła na siebie atak środowisk lewicowych. Zakładała biologiczny determinizm zachowań. Jeżeli zatem behawior jest zdeterminowany genetycznie w znacznym procencie, nie można dowolnie kształtować osobnika. Tak więc lewicowe poglądy społeczne zakładające - co niekoniecznie powiedziane jest wprost - inżynierię społeczną nadają się jedynie na śmietnik. Lewica uwaliła teorię, która w całości wynikała z darwinizmu, ponieważ socjobiologia zagroziła jej żywotnym interesom.
W tekście Pawła Paliwody widoczny jest również strach przed darwinizmem społecznym. Pogląd ten utożsamiany jest obecnie z ruchami neonazistowskimi, eugenicznymi oraz - niesłusznie - ze środowiskami skrajnej prawicy. Autor uważa, że teoria ta przyczyniła się do powstania zbrodniczych ideologii. Ten zarzut był dyskutowany przed paleontologa Stephena J. Goulda, na którego się powołuje w książce Skały wieków. Nie ma on większego sensu. Autorzy teorii stricte naukowych nie są w żaden sposób odpowiedzialni za to, co potem zostanie z nimi zrobione lub do jakich celów zostaną wykorzystane. Św. Mateusz ewangelista w żaden sposób nie jest odpowiedzialny za to, że potem Kuba Rozpruwacz zabijał prostytutki (ponoć opierał się na Ewangelii św. Mateusza).
Mutacjonizm... problem w tym, że przemiany mikroewolucyjne można obserwować. Uodparnianie się bakterii, pierwotniaków czy helmintów na leki to oczywisty przykład. Swojego czasu wykonano również eksperyment na muszkach owocówkach, gdzie były hodowane w różnych temperaturach. Po pewnym okresie osobniki oddzielnie hodowane nie chciały się ze sobą krzyżować.
Makroewolucja. Tutaj jest dyskusja między gradualistami - zakładają oni powolne tempo zmian - oraz punktualistami - oni zakładają, że w pewnych okresach ewolucja ulega przyśpieszeniu, wówczas powstają nowe taxa. W tekście pana Paliwody wykorzystany został spór między ewolucjonistami do podparcia kreacjonizmu. Stary tryk erystyczny. Na tej samej zasadzie jak lewactwo wykorzystuje spory wewnątrz obozu prawicy.
Dziwię się też wymienieniu Darwina obok Kinseya i Mead. Paradoksalnie właśnie prace psychologów ewolucyjnych i antropologów biologicznych pozwoliły wysłać je na Księżyc.
Tyle polemiki.
Chodzi tutaj o teorię ewolucji. Oczywiście ta w wersji darwinowskiej została przez rzeczonego publicystę zmieszana z błotem. Uważa, że lewicowo-liberalnym środowisku darwinizm się opłaca, ponieważ redukuje człowieka do jakiegoś gatunku zwierzęcia, któremu można odebrać stopniowo prawa. Dla mnie tutaj widoczna jest oczywista sprzeczność. Lewicowo-liberalne środowiska zwykły uważać, że człowiek to tabula rasa całkowicie oderwana od środowiska przyrodniczego. Wyznają oni przy tym SSSM (Standard Social Sciences Model - standardowy model nauk społecznych). Człowiek jest ich zdaniem całkowicie od tej biologii oderwany, dlatego można w nim rzeźbić i dowolnie kształtować. Jeżeli można ukształtować dowolnie jednostkę, to samo da się poczynić z całym społeczeństwem. I tu się zawiera całe clou lewactwa. Poza tym traktuje ono darwinizm - podobnie jak całą resztę nauki - instrumentalnie. Dla lewactwa równie dobrze mogłoby jej nie być, co powinniśmy wiedzieć. Z tegoż darwinizmu właśnie wynika socjobiologia. Nauka ta została stworzona przez Edwarda O. Wilsona jako synteza etologii, ekologii, genetyki i ewolucjonizmu. Jej tezy zostały zawarte w książce Sociobiology. New Synthesis wydanej w 1975 roku. Z miejsca ona ściągnęła na siebie atak środowisk lewicowych. Zakładała biologiczny determinizm zachowań. Jeżeli zatem behawior jest zdeterminowany genetycznie w znacznym procencie, nie można dowolnie kształtować osobnika. Tak więc lewicowe poglądy społeczne zakładające - co niekoniecznie powiedziane jest wprost - inżynierię społeczną nadają się jedynie na śmietnik. Lewica uwaliła teorię, która w całości wynikała z darwinizmu, ponieważ socjobiologia zagroziła jej żywotnym interesom.
W tekście Pawła Paliwody widoczny jest również strach przed darwinizmem społecznym. Pogląd ten utożsamiany jest obecnie z ruchami neonazistowskimi, eugenicznymi oraz - niesłusznie - ze środowiskami skrajnej prawicy. Autor uważa, że teoria ta przyczyniła się do powstania zbrodniczych ideologii. Ten zarzut był dyskutowany przed paleontologa Stephena J. Goulda, na którego się powołuje w książce Skały wieków. Nie ma on większego sensu. Autorzy teorii stricte naukowych nie są w żaden sposób odpowiedzialni za to, co potem zostanie z nimi zrobione lub do jakich celów zostaną wykorzystane. Św. Mateusz ewangelista w żaden sposób nie jest odpowiedzialny za to, że potem Kuba Rozpruwacz zabijał prostytutki (ponoć opierał się na Ewangelii św. Mateusza).
Mutacjonizm... problem w tym, że przemiany mikroewolucyjne można obserwować. Uodparnianie się bakterii, pierwotniaków czy helmintów na leki to oczywisty przykład. Swojego czasu wykonano również eksperyment na muszkach owocówkach, gdzie były hodowane w różnych temperaturach. Po pewnym okresie osobniki oddzielnie hodowane nie chciały się ze sobą krzyżować.
Makroewolucja. Tutaj jest dyskusja między gradualistami - zakładają oni powolne tempo zmian - oraz punktualistami - oni zakładają, że w pewnych okresach ewolucja ulega przyśpieszeniu, wówczas powstają nowe taxa. W tekście pana Paliwody wykorzystany został spór między ewolucjonistami do podparcia kreacjonizmu. Stary tryk erystyczny. Na tej samej zasadzie jak lewactwo wykorzystuje spory wewnątrz obozu prawicy.
Dziwię się też wymienieniu Darwina obok Kinseya i Mead. Paradoksalnie właśnie prace psychologów ewolucyjnych i antropologów biologicznych pozwoliły wysłać je na Księżyc.
Tyle polemiki.
Etykiety:
konserwatyzm,
nauka,
prawica,
socjobiologia,
zoologia
Subskrybuj:
Posty (Atom)