Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imigranci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imigranci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2009

Dura lex, sed lex!

Pewne obrazki są nam bardzo dobrze znane. Kiedy jakiś gabinet nawet przebąkuje o zmniejszeniu przywilejów jakiejś grupy zawodowej, to zaraz przyjeżdżają do stolicy członkowie różnych związków zawodowych. No i co oni tam robią? Palą opony, rzucają kamieniami i petardami w policjantów. Tak samo dzieje się, gdy jakaś grupa pracująca w sektorze publicznym uważa, że mało zarabia... Abstrahuję już od tego, że państwo nie jest na przykład od służby zdrowia czy górnictwa węgla kamiennego. To powinno zostać sprywatyzowane. Mamy tutaj do czynienia z innym zjawiskiem.

Czy to jest dopuszczalne, żeby rzucano kamieniami czy petardami w policjantów? Przecież to grozi utratą zdrowia, a nawet życia funkcjonariusza porządku publicznego! Co zatem powinno się zrobić? Jest jeden bardzo prosty sposób. Wystarczyłoby, żeby kilku stróżów prawa przyjechało z AK47, a następnie oddało strzały w powietrze. Ze znacznym prawdopodobieństwem można określić, że wówczas taka demonstracja momentalnie rozbiegłaby się. Jeżeli by to nie pomogło, a wywołało tylko jeszcze większą wściekłość zgromadzonego tłumu, należałoby po prostu pociągnąć serią po tłumie. Jeżeli ktoś zginie, to mówi się trudno. Trzeba było nie rzucać kamieniami, petardami czy też płonącymi oponami w przysłowiową "glinę". Nie po to płacimy podatki na ostrą amunicję, żeby ona zalegała w magazynach na komisariatach. W skrajnych przypadkach trzeba ją użyć. Nie może być bowiem tak, że gdy chce się sprywatyzować jakąś fabrykę bądź kopalnię, to przyjeżdżają sobie jej pracownicy wraz z przedstawicielami związków zawodowych oraz rzucają sobie petardami.

Tak samo głośno było swojego czasu o tym, że rolnicy swojego czasu rozstawiali barykady. Tamowanie ruchu drogowego jest niedopuszczalne. Przecież taka swoista zapora nie powinna się utrzymać pięć minut. Przyjechać powinna policja i takie coś zdemontować, a rolników rozpędzić. Niestety, władze w Priwislanskim Kraju są notorycznie pozbawione cojones, więc ze strachu przed elektoratem takich rzeczy nie robiła. Więcej, ponieważ tych barykad wraz z obecnymi na nich rolnikami nie pozbywano się z drogi, świadczy to o nieudolności takiej władzy.

Przy tej okazji warto rozważyć również jeszcze inny przypadek, który może wydawać się całkowicie odmienny od wyżej wymienionych. Tamte są bowiem w pewien sposób motywowane względami ekonomicznymi. Związki zawodowe śmiertelnie obawiają się bowiem prywatyzacji. Prywatny właściciel może odmówić finansowania biura albo - o zgrozo! - zakazać działalności takich oto organizacji na terenie swojego zakładu. Z tego to powodu organizują burdy w stolicy. Omawiany teraz przypadek należy do tej samej kategorii, choć przyczyny jego zaistnienia nie mają ze zmniejszaniem rozmiarów państwa do rozsądnych rozmiarów wiele wspólnego.

Częstą plagą są bowiem pseudokibice. Co się dzieje niejednokrotnie po meczu, nieważne w tym momencie, czy wygranym, czy przegranym przez daną drużynę. Ze stadionu wylewa się na ulice ciżba, która niszczy wszystko na swojej drodze. Często nawet przed meczem "kibole" umawiają się na urządzenie sobie bitwy, zabierają również ze sobą odpowiedni sprzęt, czyli kije do baseballa, siekiery, noże itp. Jakie jest zatem wyjście z takiej sytuacji? Nie widze innego rozwiązania niż zwyczajnie do rozszalałego tłumu strzelać. Przyjechać powinna policja z karabinami i automatami oraz taką watahę, zanim zdąży wyrządzić poważniejsze szkody, zwyczajnie ostrzelać. Wówczas byłby święty spokój. Opisana sytuacja, jak wyżej, wydarzyłaby się może dwa albo trzy razy. Potem już po wszystkich meczach piłki nożnej w kraju byłby niespotykany spokój. Panowałby bowiem strach, co może się wydarzyć w razie jakiejś burdy na stadionie, która przeniosłaby się na ulice. Tylko dlaczego nikt czegoś takiego nie zrobi? Ponieważ bałby się oskarżeń o "faszyzm". Różne lewicowe pseudoautorytety, dla których przestępca musi mieszkać w hotelu trzygwiazdkowym omyłkowo nazwanym więzieniem, właśnie takim "argumentem" posłużyłyby się. Ale to są ostatnie osoby, które można by posądzać o zainteresowanie jakimkolwiek ładem i porządkiem w państwie.

Z tego też powodu nie dziwi mnie miękkość władzy w tym zakresie w zachodniej Europie zdominowanej przez progresywną lewicę laicką. We Francji swojego czasu różne śniade przybłędy z Afryki i Bliskiego Wschodu urządzały burdy, paląc samochody, niszcząc sklepy itd. A co zrobiła policja? Takich, co dali się złapać, to chwytano. Nikomu nie przyszedł do głowy stary sprawdzony sposób, a mianowicie zwyczajnie ciżbę ostrzelać. Ze dwa razy by tak zrobiono, no i zamieszki momentalnie ustałyby.

Jednym z zarzutów, może być okrucieństwo czy nieprzestrzeganie jakiś tam wyimaginowanych "praw człowieka". Nikt nie każe się tym ludziom robić burdy na ulicach. Dokonali takiego wyboru, no i ponieśli jasno określone konsekwencje. Dura lex, sed lex!

To, że lewica pozbawiona jest piątej klepki, nie trzeba tłumaczyć. Gdyby bowiem takową posiadała, nie nazywałaby się "lewicą". Oni jeszcze nie mają cojones. To zwykła banda eunuchów. Z tego to powodu różne bandy związkowe będą mogły bezkarnie obrzucać policjantów petardami oraz kamieniami. Również pseudokibicom przyzwolą na sianie spustoszenia oraz burdy na ulicach. Teoretycznie również nielegalni imigranci będa mogli palić samochody i niszczyć każdą napotkaną rzecz na swojej drodze. Ich to jednak nie obchodzi. Ład i porządek w państwie to dla nich rzeczy drugorzędne w porównaniu z "postępem", "wyrównywaniem szans" i innymi hasełkami.

wtorek, 9 czerwca 2009

Imigranci, asymilacja, mniejszości

Rządząca lewica ma zwyczaju generowanie problemów. Czasami zrobią tak, że wszystko jest państwowe: wtedy nawet po taki towar jak papier toaletowy stać trzeba w kilometrowych kolejkach. Obecnie nie wycofali się z tendencji nacjonalizowania. Barack Obama upaństwowił przecież General Motors. Lewicowość gospodarcza obecnie jednak nie rzuca się tak mocno w oczy jak wszelkie wspieranie różnych dziwnych mniejszości, które stały się wręcz nowym proletariatem. Klasyk lewicy Gramsci stwierdził, że jeżeli można wywrócić gospodarkę, to samo da się uczynić z obyczajowością. Tak samo uważali członkowie szkoły frankfurckiej jak Adorno, Marcuse czy Horkheimer. Nazwane to zostało - i to przez samą lewicę - kulturowym marksizmem.

Zaczęto zatem wyzwalać kobiety, homoseksualistów, dzieci, zwierzęta, a także różnych imigrantów. Pojawiła się polityczna poprawność, która zakazuje pewnych rzeczy nazywać po imieniu. Więcej imigranci czy różne mniejszości mające całkowicie w poważaniu kraj, w którym przyszło im zamieszkać, stały się istnymi świętymi krowami z Kalkuty. Nie można o nich nic złego powiedzieć, żeby nie narazić się na ostracyzm i przypięcie łatki - czy to "rasisty", "antysemity", "faszysty" itd.

Powiedzmy sobie szczerze. W wielu miejscach imigranci bardzo się rozochocili. Abstrahuję już od tego, że w ogóle nie pracują i ciągle żyją na zasiłki. Nie wykazują żadnej chęci asymilacji. Izolują się od całej reszty społeczeństwa. Dochodzi wręcz do mordów na tle religijnym. W samym Monachium to kilkanaście przypadków. Imigranci wywołują również wszelakie burdy - w 2006 roku we Francji doszło do zamieszek. Poza tym jeżeli w tym kraju w nocy spłonie mniej niż 100 samochodów, to należy uznać ją za spokojną. Co więc należy w takiej sytuacji począć?

Odpowiedź jest prosta. Jeżeli chcą się izolować, to powinni tak zostać potraktowani. Te getta, w których mieszkają odgrodzić się powinno wysokim murem od autochtonów. Wówczas skończyłaby się zabawa. Tylko, że w "politycznie poprawnej" Europie taki pomysł zostanie sklasyfikowany jako kuferek faszyzmu. Nawet nie będzie dyskusji, tylko od razu przypięcie łatki. Pomysł z izolacją ma kilka zalet. Po pierwsze spadnie ilość rozbojów, podpaleń czy morderstw na tle religijnym, które są chlebem powszednim w krajach ze dużą napływową mniejszością muzułmańską. Secondo: imigranci zauważą, że nie są mile w danym państwie widziani; może tak być, że izolacja zacznie im się mocno dawać we znaki. Wówczas mamy problem w zasadzie rozwiązany. Jeszcze jakby zlikwidować do tego socjalizm...

Niektórzy uważają, że imigrantów należy odsyłać do krajów ich pochodzenia. To swojego czasu sugerował Jean Marie Le Pen, kiedy stwierdził, iż należy całe rodziny tak traktować. Ja uważam, że wystarczy tylko pewien ostracyzm - właśnie w formie takiej izolacji. Wówczas istnieje prawdopodobieństwo, że nikt ich nie będzie zmuszał do wyjazdu. Po prostu wrócą tam, skąd przyszli.

Teraz pojawia się następne pytanie, czy ten problem nie jest ogólniejszy? Generalnie nie tylko muzułmańscy imigranci są taką kłopotliwą grupą, z którą polityczna poprawność nakazuje obchodzić się jak ze zgniłym jajkiem. Są jeszcze inne grupy etniczne, które sprawiają kłopoty. Przykładem są Cyganie. Normalną rzeczą jest, że w sąsiedztwie Romów dochodzi do kradzieży. Czy zatem nie wypadałoby się od nich zwyczajnie odgrodzić, stawiając mur. Tak zrobiono na przykład w Pradze i od razu wybuchły protesty lewaków, że jak tak w ogóle można. W takiej sytuacji nie ma miejsca na żadne dywagacje. Skoro Cyganie sprawiają kłopoty, to tak należy po prostu robić.

Lewica ma skłonność do wprowadzania prawnych bubli i debilizmów; ten fakt jest wręcz truizmem. Przykład obchodzenia się z imigrantami tego aż zbytnio dowodzi. Oby nie skończyło się to re-rekonkwistą...