Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lewicowe pseudonauki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lewicowe pseudonauki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 czerwca 2008

Lewicowe pseudonauki (4): SSSM

SSSM

SSSM (Standard Social Sciences Model) jest jak sama nazwa wskazuje standardowy model nauk społecznych. Zakłada on nieskończoną plastyczność ludzkiego mózgu, a jednocześnie umysłu, która teoretycznie ma pozwolić na jego kształtowanie się w dowolnym kierunku. Wychodząc z takiego aksjomatu, można przyjąć, iż jeżeli można wyrzeźbić w dowolnym kierunku jednostkę, to identycznie można postąpić z całym społeczeństwem. Wniosek jest z tego taki, że teoretycznie można zbudować społeczeństwo pozbawione religii, komunistyczne, faszystowskie lub skrajnie kolektywistyczne. SSSM jest zatem bardzo wygodny z punktu widzenia lewicy, która - jak jej coś nie wyjdzie - może się ciągle nań powoływać, mówiąc, że się da coś zrobić. Możemy tutaj wyobrazić sobie pewną analogię, że nie bacząc na fizjologię naszego gatunku, ktoś odgórnie nakazywałby się nam żywić ogórkami i sterno. Tak samo jest w przypadku lewicowych intelektualistów. Oni są skazani na mówienie o nieskończonej plastyczności ludzkiego umysłu. Przy tej okazji wychodzi również, że lewicowa filozofia jest wewnętrznie sprzeczna. Niby odrzuca determinizm, a widzi w nim źródło normalności homoseksualizmu. To jak to jest w końcu... Czy można zatem wyrzeźbić człowieka, jak w powieści B. F. Skinnera Walden II, czy też nie?

Rys historyczny

Zaczęło się to pod koniec dziewiętnastego wieku. Wówczas Durkeim napisał w Zasadach socjologii, że ludzki umysł jest nieskończenie plastyczny, a wszelki determinizm nie ma tutaj nic do gadania. Zasugerował jednocześnie, że można zbudować społeczeństwo oparte na dowolnych zasadach. Równocześnie w USA Franz Boas budował podstawy antropologii kulturowej. Przy okazji toczył walkę z darwinizmem społecznym. Stwierdził więc, że wskazane będzie całkowite odcięcie się od biologii oraz przyjęcie całkowitej plastyczności ludzkiego umysłu. Później ten aksjomat zrealizowały jego uczennice - Ruth Benedict oraz Margaret Mead. Tej drugiej wypada się przyjrzeć bliżej, ponieważ wyniki jej prac - podobnie jak w przypadku Kinseya - dzięki lewicy obiegły cały świat.

31 sierpnia 1925 roku ta wówczas dwudziestotrzyletnia Amerykanka wylądowała w porcie Pago Pago na wyspie Tutuila w Samoa Amerykańskich. Wyniki tej wyprawy ożywiły ruch na rzecz relatywizmu kulturowego, ale - na pohybel jego animatorom - okazały się przy tym całkowicie błędne.

Przedstawiła społeczeństwo Samoańczyków jako całkowicie pierwotne i wolne, zapominając jakby, że zostali oni w większości schrystianizowani około osiemdziesięciu lat przed jej przybyciem przez protestanckich misjonarzy, a od 1898 roku wyspy były zamorskim terytorium Stanów Zjednoczonych. Mead wspominała później, że mieszkając wśród Samoańczyków w ich domostwach, mówiąc ich językiem i siedząc boso ze skrzyżowanymi nogami dążyła do niwelacji różnicy między nią a autochtonami. Dziwne, bo po 10 dniach mieszkania w tradycyjnym samoańskim domostwie stwierdziła, iż woli zachodni tryb życia. Nawet napisała do swojego mentora, że nie lubi siedzieć z półtuzina ludzi w jednym pomieszczeniu oraz sypiać razem ze zwierzętami. Nie znała również w momencie przyjazdu tamtejszego języka. Uczyła się go zatem godzinę dziennie. Mimo niezbyt dobrej znajomości pod koniec października zdecydowała się na badania terenowe. Wybrała bardziej odosobnioną wyspę Tau. Znajdowało się tam tylko jedne zachodnie domostwo będące własnością farmaceuty, Edwarda Holta.

Zaczęła ona swoją pracę badawczą, prowadząc wywiady terenowe. Poddała szczegółowym badaniom pięćdziesiąt dziewcząt i młodych kobiet. Dzwadzieścia pięć z nich między czternastym a dwudziestym rokiem życia stanowiło główną grupę badawczą. Wywiady i testy trwały od listopada do połowy marca z przerwą wywołaną przez huragan. Mead wypowiedziała później wiele generalizujących stwierdzeń na temat kultury samoańskiej, między innymi, że jest tak prosta, iż można ją zrozumieć w 9 miesięcy. Wykonajmy przy okazji taki eksperyment myślowy. Czy Papuas albo Buszmen byłby w stanie zrozumieć kulturę europejską, gdyby został wzięty z buszu w tak krótkim czasie? To już się wydaje co najmniej podejrzane. Mead poza tym nie miała możliwości obserwacji wielu samoańskich obyczajów. Nie wiedziała na przykład, że wszystkie decyzje były podejmowane przez rady męskie. Musiała opierać się na tym, co powiedziały jej badane przez nią dziewczęta.

Mead opuściła Tau w maju 1926 roku. Wróciła do Nowego Jorku, gdzie niedługo otrzymała etat asystenta kustosza w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej. W 1927 roku zakończyła maszynopis swojej książki. Ukazała się ona w 1928 roku pt. Dojrzewanie na Samoa. Psychologiczne studium młodzieży w społeczeństwie pierwotnym napisane na użytek cywilizacji zachodniej. Przedstawione tam zostało społeczeństwo, w którym nie było rodzicielskich, represji i panowała pełna wolność seksualna. Mead odnotowała, że nawet tam gwałty były rzadkością, sugerując, że wynikają one z kontaktu z cywilizacją białego człowieka. Zaznaczała przy tej okazji, że istnieją szczególne nadużycia dokonywane przez moetotolo, czyli zakradającego się we śnie, polegające na cudzołóstwie. W zachodnim społeczeństwie zostałoby to potraktowane jako gwałt. Jednakże Mead uważała, że dodaje to tylko pikanterii właściwemu związkowi. Badaczka miała również dostrzec, że w samoańskim panteonie nie było złych, gniewnych bóstw. Społeczeństwa te też miały nie toczyć żadnych wojen. Książka oczywiście stała się swoistym hitem, którego przez szereg lat nikt się nie dotykał. Został on oczywiście wykorzystany przez lewicę podobnie jak prace Kinseya. Uznali oni, iż społeczeństwo, w którym panuje wolność obyczajów, da się zbudować.

Ale jakoś relacje wielu kupców, jacy docierali na Samoa od 1772 roku stoją w całkowitej sprzeczności z tym, co napisała Mead, podobnie jak obserwacje innych antropologów. Australijski badacz Derek Freeman prowadził badania na tym archipelagu w latach 1940-1978. W 1983 roku opublikował książkę Margaret Mead and Samoa: The Making and Unmaking of Anthropological Myth. Została ona zresztą uznana - słusznie - za frontalny atak. Freeman zwraca uwagę, że Mead nie badała młodzieży w tym wieku w USA; badania zostały wykonane zatem bez grupy kontrolnej, wnioski wzięły się zatem znikąd. Uczennica Franza Boasa nie badała również młodych mężczyzn i chłopców, a po 1930 roku wypowiadała się również na ich temat. Dwanaście na dwadzieścia pięć badanych dziewcząt było dziewicami, a trzy z całej grupy poddanej badaniom zostały zaklasyfikowane jako dewiantki, a jeszcze trzy jako przestępczynie. Fakt ten został jakimś cudem przeoczony. Mead zaznaczała również, że okres dojrzewania był tam czasem największej swobody, pozbawiony lęków i stresów. W rzeczywistości wystarczy zauważyć, że wskaźniki przestępczości wśród młodocianych nie odbiegają tam od innych krajów. Występuje również stosunek mężczyzn do kobiet popełniających pierwszy raz przestępstwo - pięć do jeden, również nie odbiegający od normy.

Promiskuityzm również okazał się bujdą na resorach. Samoańczycy wśród społeczeństw polinezyjskich wręcz wyróżniają się troską o dziewictwo. Wiąże się to u nich ze zwyczajem taupou - rytualnej dziewicy. Poczynania dorastającej dziewczyny są uważnie obserwowane przez jej braci, którzy, jeśli spotkają ją w towarzystwie potencjalnego kochanka, mogą ją zwymyślać, a nawet sprawić jej lanie, a przy okazji mocno poturbować potencjalnego chłopaka. Mead opisywała również zazdrość jako rzadkie uczucie wśród mieszkańców archipelagu Samoa. Przeczą jednak poraz kolejny temu fakty. Typową karą za cudzołóstwo była tam śmierć. Oszukany mąż miał prawo szukać zemsty na kimkolwiek z rodziny kochanki. Cudzołożnice też były niejednokrotnie fizycznie okaleczanie poprzez ucinanie nosa, ucha lub łamanie kości.

Pisała ona również, że na Samoa w ogóle nie dochodziło do gwałtów. To jakim cudem, był on - co do liczby - aż trzecim popełnianym przestępstwem na początku dwudziestego wieku, a w latach pięćdziesiątych piątym. A wypadki gwałtu jako opisy przemocy opisywane były już w 1845 roku.

Również mówienie o pacyfizmie Samoańczyków zdało się na nic. Z ponad siedemdziesięciu bogów z tamtejszego panteonu połowa odpowiada za wojnę. Według wszystkich przekazów batalie w okresie przed chrystianizacją były częste i krwawe. John Williams, misjonarz i badacz, który przebywał na wyspach około 1830 roku, opisał trwającą osiem miesięcy między dwoma regionami Samoa. Zwycięzcy w tej wojnie wyrywali serca przegranym wojownikom, a kobiety i dzieci palili żywcem. W 1832 roku Williams dotarł również na wyspę Tau, gdzie dowiedział się, że poważna wojna między wyspą Olosega toczona była cztery miesiące wcześniej, a w jej wyniku trzydziestu pięciu mężczyzn, czyli ponad jedna dziesiąta męskiej populacji wówczas, straciła życie. Była ona tak zaciekła, że sporadyczne napady zdarzały się jeszcze po opuszczeniu przez Mead wysp Samoa.

Mead napisała, że Samoańczycy są praktycznie nie zdolni do przemocy. Nie potwierdzają tego statystyki policyjne. W okresie 1964-1966 było tam pięć razy więcej pospolitych napadów niż na terenie USA. Wskaźnik morderstw w roku 1977 - o połowę wyższy, a Samoa Amerykańskiego aż pięć i pół raza wyższy.

Praca Mead okazała się jednym wielkim humbugiem, który - niestety - wywarł sposób na myślenie wielu intelektualistów, a w związku z tym całego pokolenia powojennego.

Wnioski

Natura ludzka nie jest żadną tabula rasa, jak dobrze jest w wielu przypadkach (nie w tych, kiedy chodzi o normalizację dewiacji) przyjąć lewicy. Po prostu pewne rzeczy są zdeterminowane i nie można ich zmienić. Już nie mówię tutaj o socjobiologii - to jest z kolei przegięcie w drugą stronę. Wiadomo, że zjawiska biologiczne, redukują się do fizykochemicznych, a psychiczno-kulturowe do biologicznych, ale bez przesady. Istnieje w końcu coś takiego jak chaos deterministyczny. Z praw oddziaływania cząsteczek - mechaniki statystycznej, fizyki kwantowej, elektromagnetyzmu - nikt nie dojdzie do wszystkich funkcji i właściwości organizmu nawet tak prostego organizmu jak Mycoplasma gentilis. Tak samo ze zjawisk biologicznych nie dojdzie się do wszystkich własności społeczeństwa, do czego próbowali nas przekonać główni doktrynerzy socjobiologii. Człowieka nikt nie zmusi do jedzenia trawy, ponieważ nie ma czterokomorowego żołądka jak przeżuwacze. Tak samo nie zmusi go do pewnych rodzajów zachowań. Chyba, że władzunia sięgnie po inżynierię genetyczną i embrionalną (to są dwie różne rzeczy wbrew pozorom) i zechce nas poprawić...

wtorek, 17 czerwca 2008

Lewicowe pseudonauki (3): Normalność homoseksualizmu

O homoseksualizmie

Chyba nie trzeba chyba tłumaczyć, co to jest. W 1991 roku został skreślony z listy chorób psychicznych. Od tamtej pory mówi się również o takim fenomenie, jakim są orientacje seksualne. Wcześniej nikomu nie przyszłoby do głowy, iż coś takiego może w ogóle istnieć. Mainstream uważa, że homoseksualizm jest czymś normalnym w porównywalnym stopniu jak heteroseksualizm. Co więcej, ostatnio mnożą się hipotezy odnośnie wrodzonego charakteru orientacji seksualnej. Niektórzy porównują wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób przez WHO do poczynienia tego samego ze zbyt częstą masturbacją (tak, jakby robienie czegoś w nadmiarze nie było szkodliwe). Akceptacja homoseksualizmu jako rzeczy normalnej przez ludzi o heteroseksualnej orientacji (że pozwolę sobie użyć tego określenia) jest uważana za przejaw postępu. Z czego to może wynikać?

Etyczny relatywizm

Rzecz jasna, lewica, która wszędzie wpycha swoje brudne ręce, doprowadziła do tego, że homoseksualizm został skreślony z listy chorób. Nie trzeba też tutaj tłumaczyć, że doszło do tego na drodze demokratycznego głosowania; tak więc wszystko wydaje się jasne. Postrzeganie homoseksualizmu jako normalnego wiąże się z postawą bardzo często przyjmowaną przez współczesną lewicę laicką. Chodzi tutaj o etyczny relatywizm. Jak można go najprościej wytłumaczyć? Wykonajmy sobie przy tym taki prosty eksperyment myślowy.

Mamy trzecią zasadę termodynamiki tzw. postulat Nernsta. Mówi ona, że w momencie kiedy osiągnięta zostanie temperatura zera absolutnego, wszelki ruch cząstek ustaje, a energia wewnętrzna układu wynosi zero. No i teraz wyjdźmy na ulicę bądź dzwońmy do ludzi na telefon. Pytajmy się o treść tego właśnie postulatu Nernsta. Uzyskamy znaczny rozrzut odpowiedzi. Oczywiście jakaś część ludzi odpowie prawidłowo, a reszta będzie gadać różne bzdury, jeszcze ileś tam osób powie, iż nigdy o czymś takim w życiu nie słyszało. Brać jeszcze trzeba pod uwagę takie odpowiedzi typu k... mać. Relatywista uzna wszystkie odpowiedzi za tak samo prawdziwe, nie ważne, czy ktoś powiedział prawdziwą treść trzeciej zasady termodynamiki, czy zaklął, czy udał Greka et cetera. Absolutysta natomiast oddzieli błędne odpowiedzi i nie na temat od prawdziwych.

Tak samo jest zresztą na gruncie etyki. Identycznie jak w przypadku postulatu Nernsta, relatywiści traktują wszystkie dziwactwa na równi z normalnością. Z tego powodu homoseksualizm, a w niedalekiej przyszłości pedofilia, będą przez nich traktowane jako coś najnormalniejszego w świecie. Wystarczy rzucić okiem do chociażby Traktatu ateologicznego Onfraya, a tam znajdzie się ustęp o tym, że seks z nieletnimi jest normalny i że nie można karać człowieka za takie skłonności, skoro to u niego naturalne. Poza tym powyższy przykład pokazuje absurdalność etycznego relatywizmu. Tak więc same już podstawy traktowania homoseksualizmu jako rzeczy normalnej w takim samym stopniu, jak heteroseksualizm, wydają się być pozbawione sensu.

Argument wrodzoności homoseksualizmu

Ostatnimi czasy, w związku z postępami genetyki molekularnej, neurobiologii, psychiatrii, uważa się, że homoseksualizm może mieć podłoże genetyczne. Wbrew pozorom jest to pewien argument w dyskusji. Dlaczego? Genetycznie na przykład determinowane jest to, że mamy pięć palców u rąk i nóg; to wszystko zależy od ekspresji odpowiednich genów HOX. Płeć jest determinowana chromosomalnie, w zależności od tego czy osobnik posiada dwa chromosomy X czy jeden X i jeden Y. Dla pewnych środowisk wieść o możliwości genetycznej determinacji homoseksualizmu jest przesłanką, aby ich skłonności potraktować jako coś całkowicie naturalnego i niezmiennego (chyba, że za pomocą inżynierii genetycznej linii płciowej). Tak więc należy się zastanowić, czy homoseksualizm może być wrodzony?

Gdy robiono pośmiertne badania anatomiczne na mózgach heteroseksualistów i homoseksualistów nie stwierdzono praktycznie żadnych różnic. To już pozwala podejrzewać, że homoseksualizm nie jest determinowany genetycznie z pewnym prawdopodobieństwem.

Poza tym nie robiono żadnych badań na myszach czy innych zwierzętach laboratoryjnych pozwalających stwierdzić, czy homoseksualizm jest wrodzony czy determinowany środowiskowo. Najlepsze byłyby w tym wypadku badania na myszach będących knock-outami lub mającymi nadekspresję jakiegoś genu regulatorowego ewentualnie kombinacja (kilka znokautowanych genów, kilka nadekspresji) lub knock-down (wyłączenie ekspresji z użyciem interferencji RNA). Ewentualnie można by zastosować osobniki, którym wprowadzono oligonukleotydy antysensowne lub dokonano miejscowej transgenizacji pewnych okolic mózgu z użyciem AAV lub lentiwirusów. U takich osobników należałoby badać preferencje seksualne (pod warunkiem oczywiście istnienia takowych) - oczywiście obserwując, ewentualnie nagrywając. Jeszcze wcześniej przydałoby się złapać jakąś myszkę wykazującą pewne zachowania nas interesujące, uśmiercić, zrobić z mózgu homogenat, który następnie poddano by badaniom transkryptomu (całości RNA), ewentualnie proteomu (wszystkich białek - takie propozycje badania procesów zachodzących w układzie nerwowym były już zgłaszane), a wówczas można by z użyciem RNAi (interferencji RNA) określić, co się po kolei, dzieje. Jak do tej pory tego typu eksperyment nie został zrobiony, tylko póki co dyskutowane są tego typu możliwości techniczne. Badania na knock-outach, osobnikach wykazujących nadekspresję pewnych genów et consortes wykonywane są obecnie w przypadku zdecydowanie prostszych procesów behawioralnych, takich jak uczenie się czy zapamiętywanie. Póki co za bardziej skomplikowane procesy behawioralne mało kto się na razie zabiera, poza zespołami badawczymi zajmującymi się socjogenomiką. Ale oni generalnie zajmują się badaniem molekularnych podstaw zachowania się pszczół miodnych (Apis mellifera), a za organizmy wyższe, mogących interesować tychże badaczy (jak gryzonie) na razie się nie zabierają.

O genetycznej determinacji homoseksualizmu można sobie póki co pogadać (chyba że rację ma Roger Penrose i procesy behawioralne należy tłumaczyć na poziomie submolekularnym, traktując proteom jako swoisty ośrodek). Na razie badane są procesy behawioralne o wiele prostsze niż złożone zachowania związane z rozrodem. Przy najmniej na poziomie biomolekularnym, bo badania z zakresu ekologii behawioralnej czy etologii mają się świetnie.

Homoseksualizm jest w zdecydowanej części determinowany środowiskowo. U chłopców w pewnym okresie rozwoju mogą występować pewne skłonności w tym zakresie, ale nie muszą się one pogłębiać, a jeżeli tak się dzieje, to jest to patologiczne. Generalnie wielu homoseksualistów stało się takimi na skutek burzliwych przeżyć jak chociażby zawodów miłosnych itp. Można zacząć wykazywać takie skłonności nawet w wieku dojrzałym. Sam mogę podać przykład pewnego chałturnika z Łodzi (niejakiego Cwynela), który został zdradzony przez żonę, a następnie w ciągu pół roku stał się gejem. A jeżeli można się wtórnie zostać homoseksualistą, to raczej możliwa jest również droga w drugą stronę, a zatem wyleczenie się z homoseksualizmu.

Teraz powstaje pytanie, nawet jeżeli homoseksualizm jest determinowany genetycznie, to co ten gen mógł robić u naszych przodków. Jakoś u szympansów (Pan troglodytes) zachowania homoseksualne nie występują, są spotykane za to u bonobo (Pan paniscus) - ten jest od nas bardziej oddalony niż szympans, biorąc pod uwagę drzewo filogenetyczne małp wąskonosych. Pojawiały się różne hipotezy - że homoseksualiści mogli pełnić taką rolę w społeczeństwach jak sterylne robotnice u owadów społecznych (próba wytłumaczenia jego istnienia za pomocą doboru krewniaczego). Nadal mimo wszystko ciężko sobie wyobrazić, jak homoseksualizm mógłby wyewoluować. Czy ewoluował jak upośledzenia? Raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę model Zahaviego czy hipotezę Hamiltona-Zuk. Tam pewne upośledzenia mają związek z tym, że samce na przykład bardziej jaskrawe, mające większe rogi, dłuższe ogony będą bardziej preferowane przez samice. (Z drugiej strony na skutek większego wydzielania testosteronu będą miały upośledzone działanie systemu odpornościowego, więc również powinno występować u nich więcej czynników chorobotwórczych i pasożytów). Ale homoseksualizm jako taki nic do rozrodczości nie wnosi i model ten nie wyjaśnia, jak to jest, że pojawił się również u kobiet.

Dochodzimy tutaj przy okazji do następnego punktu, który może się stać istotny z punktu widzenia homopropagandy i jest logicznym następstwem traktowania homoseksualizmu jako czegoś wrodzonego i niejako ewolucyjnego spadku po przodkach. A mianowicie: homoseksualizmu w świecie zwierząt.

Homoseksualizm w świecie zwierząt

W zeszłym roku opublikowałem na swoim (niestety) skasowanym blogu tekst pt. Intelektualny totalitaryzm lewicy: homoseksualizm w świecie zwierząt. Wypadałoby przy okazji głębszej analizy homopropagandy o tym wspomnieć. W zeszłym roku odbyła się w Oslo wystawa, na której mówiono o homoseksualizmie wśród wielu zwierząt. O dziwo, wielu zoologów (sic!) potraktowało to normalnie i z dużą dozą rezerwy. Powiedzmy sobie szczerze; jak na razie za stwierdzenie homoseksualnej nekrofilii u kaczki krzyżówki (Anas platyrhynchos) przez pewnego badacza z Muzeum Historii Naturalnej w Lejdzie przyznano IgNobla. Tak więc widać, ile tego typu badania są warte; tyle mniej więcej co pływanie w basenie wypełnionym kisielem. Widać jednak na pierwszy rzut oka, że badania świata zwierząt mogą zostać wykorzystane w celach ideowo-propagandowych. Tak więc wypadałoby uprzedzić ruch lewicowych ideologów domagających się równości i tolerancji.

Czy stosunki w ramach jednej płci w świecie zwierząt w ogóle występują? U bezkręgowców są one czasem spotykane. U kolcogłowów Moniliformis dubius następuje kopulacja samców, w wyniku czego jedne cementują narządy drugim, uniemożliwiając im akt płciowy. Również u pluskwiaków Xylocoris maculipennis występują kopulacje w obrębie tej samej płci. Samiec wstrzykuje plemniki do jamy ciała drugiemu, a one wędrują do jąder tego. Jednakże tego typu zachowania nie mają z typowym homoseksualizmem nic wspólnego. Chodzi tutaj o zwiększenie dyspersji własnych genów w przyrodzie, a temu zachowania homoseksualne klasycznie rozumiane raczej nie sprzyjają.

Innym przypadkiem zachowań powszechnie postrzeganych jako homoseksualizm to behawior bonobo (Pan paniscus). Jeżeli się to dobrze przeanalizuje, to jest to raczej poliamoryzm niźli typowe zachowania homoseksualne. Nawet jeżeli i u tego gatunku to normalne, to dlaczego nie występuje to na przykład u szympansów (Pan troglodytes). U ludzi też nie jest to nagminne, wbrew temu, co próbuje nam wmówić lewicowa propaganda. Po prostu bonobo należy traktować jako odosobniony przypadek. Podobne zachowania bowiem w ogóle u innych naczelnych (i to nie tylko tych określanych mianem małp, bo również u małpiatek) nie występują.

Za homoseksualne mogą być również brani pomocnicy pierwszego i drugiego rzędu u niektórych zimorodków występujących w Afryce subsaharyjskiej (krainie afrotropikalnej) z rodzajów Halcyon czy Ceryle. W rzeczywistości jest to pewna strategia, aby móc się rozmnożyć. U ptaków bardzo częste są tzw. EPF (extra pair fertilization) lub EPC (extra pair copulation). Wykazano to, robiąc badania sekwencji mikrosatelitarnych. Stwierdzono, że występuje to u wszystkich taksonów od rurkonosych aż po ptaki śpiewające z różną częstością u poszczególnych gatunków. Poza tym pomocnicy mogą odpędzić samca dominującego, gdy nadaży się ku temu okazja i któryś z nich może przejąć inicjatywę. Tych zachowań nie należy wiązać w żaden sposób z homoseksualizmem.

Tak więc, homoseksualizm w świecie zwierząt jest kolejnym mitem nie mającym potwierdzenia w rzeczywistości, wynikającym z propagandowego, istrumentalnego traktowania nauki przez lewicę, w tym wypadku rzecz dotyczy zoologii.

Źródła homopropagandy

Należy się zastanowić, jak to się stało, że w ogóle homoseksualizm zaczął być traktowany jako rzecz normalna i w ogóle mogło zaistnieć coś tak obelżywego jak homopropaganda? Cała rzecz zaczęła się od badań przeprowadzonych przez Alfreda Kinseya. W 1948 roku opublikował on książkę pt. Sexual Behaviour of Human Male. Oczywiście, lewicowe media uznały ją za rewelację i rychło się dowiedział o tym cały świat. Książka niedoszłego zoologa sprzedała się w kilku milionach egzemplarzy. W 1952 roku wydał następną pt. Sexual Behaviour of Human Female. Również odniosła ona sukces wydawczy. Autor stwierdził, że większość ludzi jest w jakimś stopniu heteroseksualna lub homoseksualna. Stworzył skalę od 0 do 6, gdzie 0 oznacza krańcowego heteroseksualistę, a 6 krańcowego homoseksualistę, a numery pomiędzy nimi, to różne stadia pośrednie. Przez jakieś 50 lat nikt się nie zastanawiał nad źródłami tych rewelacji. Dopiero nie tak dawno temu Judith Reisman, badaczka związana z izraelskim uniwersytetem w Hajfie i Case Western Western Reserve University w Ohio, przeanalizowała zbiory Kensey Institute przy University of Indiana. Praca była dodatkowo utrudniona, ponieważ to kolekcja częściowa zamknięta i zaistniała konieczność uzyskania pozwolenia wglądu w materiały prywatne. Przejrzała masę dokumentów, filmów oraz przeprowadziła wywiady ze świadkami. Reisman odkryła, że Kinsey prowadził badania w sposób mocno nietypowy. Na potrzeby pierwszej książki grupą kontrolną byli mężczyźni osadzeni w zakładach karnych, a wśród nich siłą rzeczy zachowania homoseksualne są bardziej rozpowszechnione niż w społeczeństwie wolnym. W przypadku drugiej badania prowadzone były między innymi na prostytutkach. Łącznie jedna trzecia z badanych kobiet karana była za przestępstwa seksualne. Pytania w ankietach sporządzanych przez Kinseya i współpracowników były formułowane w tak szokujący sposób, że normalni ludzie nie chcieli na nie odpowiadać. Dopuszczono się również innych manipulacji, między innymi każda osoba, jaka kiedykolwiek uczęszczała na jakikolwiek kurs uniwersytecki, była traktowana jako posiadająca wyższe wykształcenie. Dzięki temu można było stwierdzić, iż badania Kinseya dotyczą przeciętnego Amerykanina z wyższym wykształceniem. Odmówił on również przyjęcia do zespołu profesjonalnego statystyka. Fundacja Rockefellera finansująca badania była bardzo zaskoczona z tego powodu. Z kolei danymi żonglował znajomy amator. Niektórzy ankieterzy byli zboczeńcami seksualnymi. Znalazł się wśród nich między innymi Rex King, który miał zgwałcić 800 dzieci.

Również współpracownicy Kinseya byli mocno nie typowi. Fritz von Balluseck molestował seksualnie wiele dzieci, został w końcu skazany za zamordowanie 10-letniej dziewczynki. Badania Raisman wykazały również, że ankieterzy gwałcili dzieci, a potem pytali się je o doznania. Niektóre eksperymenty polegały na seksualnej stymulacji niemowlaków i przedszkolaków. Sam Kinsey był natomiast biseksualistą i masochistą o pedofilskich i koprofilskich skłonnościach. Uprawiał seks ze współpracownikami, lubił kąpać się z nimi nago i załatwiać razem z nimi potrzeby fizjologiczne. Gdy był harcerzem, zmuszał zuchów do oglądania świerszczyków oraz zabawiał się z nimi.

Badania Kinseya okazały się jedną wielką machinacją, a wnioski z nich - bujdą na resorach, która - niestety - wywarła wielki wpływ na myślenie następnych pokoleń. Zapłodniła również szereg lewicowych intelektualistów, między innymi pokolenie roku 1968.

Na zakończenie

Homoseksualizm nie jest normalny; jest wręcz chorobliwy. Wiele badań wskazuje na jego związek z pedofilią, masochizmem czy koprofilią, statystycznie częściej homoseksualiści są również seryjnymi mordercami. Postrzeganie go jako coś takiego jak pięć palców u rąk to jest efekt propagandowej manipulacji, która trwała od jakichś pięćdziesięciu lat, a przybrała na sile dopiero po 1968 roku ze wskazaniem na ostatni okres.

Niestety pewni ludzie muszą manipulować i włazić wszędzie z brudnymi butami tak, aby udowodnić, że racja jest po ich stronie. Tak samo jest w przypadku rzekomej normalności homoseksualizmu. Mamy tu do czynienia de facto z czymś takim samym jak grzbietem Łomonosowa, zapadniętym fragmentem Syberii i rosyjskością bieguna północnego czy aryjskim euroazjatyckim państwem. Sytuacje te niewiele się od siebie różnią.

niedziela, 15 czerwca 2008

Lewicowe pseudonauki(2): Inne tezy ekologistów.

Czym jest ekologizm?

W poprzednim tekście zająłem się problemem globalnego ocieplenia. Wnioski są jednoznaczne, jest to propagandowa bujda. Istnieją jednak inne tezy ekologistów, które wymagają oddzielnej dyskusji. Z tego powodu postanowiłem oddzielić od siebie problem globalnego ocieplenia oraz inne tezy ruchu określającego się mianem ekologistów lub zielonych. Te tematy generalnie leżą blisko siebie, jednakże antropogeniczne pochodzenie globalnego ocieplenia dyskutuje się zwykle w oddzieleniu od innych tez środowisk związanych z left-environmentalism. Ale jak zdefiniować tego typu środowiska i skąd się one wywodzą?

Wbrew pozorom jest to bardzo proste. Zieloni są ruchem politycznym, który stawia sobie za główny priorytet ochronę środowiska. Mają oni zabarwienie lewicowe, ich postulaty nie różnią się specjalnie od założeń partii socjaldemokratycznych czy liberalno-demokratycznych. W rzeczywistości stanowią oni zwykły szczep socjalistów. Popierają interwencjonizm gospodarczy we wszystkich postaciach - domagają się między innymi wprowadzenia nowych podatków. Ich myślenie o zagadnieniach gospodarczych zamyka się na keynesizmie i neomarksizmie. Są również radykalnymi społecznymi liberałami. Popierają aborcję na życzenie, eutanazję, homozwiązki, część nie waha się przed wprowadzaniem bardziej radykalnych metod inżynierii społecznej, jak chociażby eugeniki.

Skąd się oni wywodzą? Otóż, cały ruch ma nastawienie bardzo internacjonalistyczne, nastawione na to, aby pewne rozwiązania wprowadzać w wielu krajach na raz. W poprzednim tekście pisałem, że oni nic nie widzą w formach globalnych podatków, jak chociażby carbon tax. Pod tym względem najbliżej jest im do trockizmu. Tu należy upatrywać części ideologicznych podstaw. Reszta z nich znajduje się w nazizmie. Po wojnie pojęcia typu czystość rasy zostały zastąpione przez depopulację. Stała się ona jednym z głównych priorytetów całego ruchu zielonych. Z tego powodu popierają oni aborcję, antykoncepcję, eutanazję oraz związki osób tej samej płci, ponieważ uważają, że doprowadzą one do spadku liczebności populacji na danym obszarze, a przez to dojdzie do mniejszej degradacji środowiska.

Ekologiści podpierają się wieloma paranaukowymi tezami, sami wykazują się niejednokrotnie najzwyklejszym w świecie faryzeizmem. W tym tekście zajmę się innymi niż globalne ocieplenia poglądami ekologistów, niejednokrotnie uważanymi przez nich za naukę.

Hipoteza Gai

Lewaccy environmentaliści postrzegają całą biosferę jako jeden cały żyjący organizm. Porównują go do starogreckiej bogini Gai i niejednokrotnie tak określają. Wywodzi się to z książki brytyjskiego chemika Jamesa Lovelocka pod tym samym tytułem. Zakłada on, że biosfera ma pewne cechy ziemskiego organizmu, między innymi możliwość powstania stanów homeostatycznych. Lovelock jednak się myli. Biosfera nie jest żadnym elementem, jaki można traktować jako pojedynczy organizm. Czy to, że ona doprowadziła do takiej homeostazy, wynika z tego, że z czymś konkuruje? Oczywiście, że nie. Teoretycznie równanie Drake'a daje możliwość istnienia innych cywilizacji we Wszechświecie, a w związku z tym innych biosfer (przecież musiały one skądś wyewoluować), ale jakoś my żadnej planety, na której mogło zaistnieć życie w znanej nam postaci nie znaleźliśmy do tej pory. (Chociaż tutaj zależy jak definiować życie, jeżeli przyjmiemy, że może być oparte na przykład na plazmie, a nie związkach węgla, teoretycznie może istnieć w gwiazdach lub we wnętrzu Ziemi nawet - tego obecnie nie jesteśmy w stanie stwierdzić). Tak więc porównywanie biosfery do organizmu jest błędem merytorycznym.

W rozumowaniu Lovelocka udziela się myślenie w kategoriach doboru grupowego. Doktryna ta została obalona w 1962 roku, kiedy to szkocki ornitolog V. C. Wynne-Edwards wyłożył wszystkie jej założenia tak ściśle, że stwierdzono, iż nie jest to mechanizm odpowiedzialny za ewolucję. Obecnie uważa się, że następuje bardzo rzadko i sam efekt ma bardzo marginalne znaczenie. Wynne-Edwards zastosował do dla jednogatunkowych populacji; zresztą same one są tworami stosunkowo zmiennymi, przecież następuje wymiana osobników między nimi, nie można więc o nich mówić w kategoriach jednostkowej całości. Co już dopiero mówić o biocenozach czy - jak to się określa w literaturze zachodniej - ekosystemach. Przecież tam możemy mieć wiele tysięcy gatunków - biorąc pod uwagę te najbogatsze, jak estuaria, lasy tropikalne, rafy koralowe. Oczywiście będą one tam ze sobą w różnych zależnościach między sobą, ale żaden gatunek nie będzie działał dla dobra innego. Weźmy pod uwagę taki przypadek. No dobra, jakiś NN został zarażony przez robaki (ładnie to się nazywa makropasożyty, ale mniejsza z tym). Czy NN ma jakieś korzyści z występowania w jego organizmie helmintów? Oczywiście, że nie. Można dyskutować tutaj nad immunomodulacją, bo jeżeli był wcześniej uczulony na pyłki czy na sierść, to owa alergia po prostu zniknie... ale i tak to z punktu widzenia pasożyta jest korzystne, bo im dłużej pożyje żywiciel, tym więcej jaj zdoła wyprodukować i tym większe prawdopodobieństwo zamknięcia się cyklu życiowego. Żaden gatunek nie istnieje dla dobra drugiego gatunku. Poszczególne organizmy kierują się swoim egoistycznym interesem. Taka jest prawda.

Pisze również Lovelock o homeostazie ziemskiego ekosystemu. Pytanie teraz: a skąd on to wziął? Jest przy tym wtórny, ponieważ amerykański ekolog Eugene Odum uznał całą planetę za jeden wielki ekosystem wcześniej niźli Gaja została napisana. Już w 1885 brytyjski geolog Edward Suess ukuł termin biosfera... tak więc jednostkowe traktowanie sfery działania organizmów żywych nie jest wcale nowe. Zresztą Odum wyszedł z zupełnie innych przesłanek niż Lovelock. Autor Gai uważa, że samo zaistnienie stanów równowagowych można porównywać do organizmów oraz do regulacji wewnątrz tego. Myli się tutaj. Otóż w ekosystemach mamy do czynienia z tak zwanym klimaksem, czyli stanem równowagi. Jakby się temu przyjrzeć to za to odpowiada bardzo wiele czynników, jak również skład gatunkowy drapieżników (czy zdaniem niektórych ekologów - również pasożytów). Robiono eksperymenty polegające na wybiciu wszystkich ryb w jeziorze, no i bioróżnorodność mierzona poprzez entropię informacji szybko spadała. Tak samo mogą obok siebie w Teksasie współwystępować dwa gatunki mrówek o podobnych wymaganiach ekologicznych dzięki temu, że jedna jest chwilowo atakowana przez bleskotki. No i co to ma wspólnego z osiąganiem homeostazy wewnątrz organizmu? Otóż nic.

Tak więc cała teoria Gai opiera się na mitach wywiedzionych z rozumowania w kategoriach dobra gatunku i przeniesionego na całe ekosystemy, a nawet na całą biosferę. Jest to ewidentna manipulacja. Głównie chodzi tutaj o traktowanie człowieka jako pasożyta na tym zmitologizowanym ciele biosfery, którego liczebność należy ograniczyć wszystkimi możliwymi sposobami, żeby nie zniszczyć tejże biosfery. Dlatego też ekologiści popierają obyczajową rozpustę. Również się tutaj zaznacza trend w kierunku jakiejś nowej antyreligii (nie wiadomo, czy przypadkiem, czy nie światowej) polegającej na kulcie natury, czyli w rzeczywistości cofnięcia do czasów pogańskich. Może to zabrzmi jak oksymoron, ale to będzie swoisty ateistyczno-materialistyczny animizm.

Zanikanie gatunków

Wielokrotnie możemy przeczytać, że zwiększa się tempo wymierania gatunków wszystkich organizmów i że wiele z nich nie zostanie opisanych dla nauki. Powiedzmy sobie szczerze, ta argumentacja jest nielogiczna. Z jakich powodów? Po pierwsze my nowe gatunki opisujemy masowo de facto od czasów Linneusza, czyli drugiej połowy XVIII stulecia. Co więcej, byli już wtedy tacy, którzy twierdzili, że nic więcej opisać się nie da, jak chociażby George Cuvier, który wieścił koniec opisywania zwierząt recentnych, ponieważ niedługo wszystkie zostaną opisane. Był wtedy rok 1812. A teraz minęło w sumie dwieście lat i wielu naukowców twierdzi, że niedługo nastąpi kres działalności biologów systematycznych, ponieważ wszystko wyginie. Edward O. Wilson napisał nawet w ostatnim rozdziale Konsiliencji, że w połowie XXI dożyjemy następnej ery w dziejach Ziemi i będzie to eremozoik - era samotności...

Po pierwsze jak tu dyskutować o tempie zanikania gatunków. Przecież one zanikały również w przeszłości i nie wiemy, w jakim tempie to zachodziło. Teoretycznie można by robić badania palinologiczne czy archeozoologiczne i stwierdzać, ile to gatunków występowało kiedyś na danych obszarach, ale tutaj mamy te same problemy, co w przypadku materiału kopalnego, a mianowicie, że nie wszystko się musiało ostać, a w zasadzie tak się stało z mniejszością szczątek roślinnych czy zwierzęcych. Nie jesteśmy w stanie tego określić, to jak możemy dyskutować o zmianach w tempie zanikania gatunków. Ba, jak można w ogóle mówić o zmienności w tym wypadku, jeżeli nie mamy odpowiedniego materiału porównawczego?

Całe to gadanie o zanikaniu gatunków opiera się na czystej probabilistyce, ile to jeszcze gatunków zostało do opisania, i ile może zatem zniknąć, jak się wytnie kawałek lasu. A tutaj jest miejsce do całkowicie oderwanych od rzeczywistości dywagacji. Czytałem na przykład, że w zasadzie 97% świata zwierząt czeka w ogóle na odkrycie. Na razie nie jesteśmy w stanie ani temu zaprzeczyć, ani tego potwierdzić, to jest po prostu spekulacja. Możemy się mylić w tym momencie podobnie jak w 1812 roku George Cuvier.

Szacowanie, ile gatunków ginie w ciągu minuty, godziny, dnia, nie ma zatem sensu. Jest to czysta spekulacja. Służy to temu, aby nas postraszyć i przekonać do akceptacji pewnych rozwiązań.

Walka z atomistyką

Ekologiści nie cierpią energetyki jądrowej od jej zarania. W kwietniu 1986 roku doszło do wybuchu reaktora w Czarnobylu. Oni nagłośnili ten przypadek i w efekcie atomistyka uchodzi wręcz za niebezpieczną. Przez to wielu ludziom na całym świecie atomistyka kojarzy się, eufemistycznie mówiąc, źle. Zapominają, że reaktor w Czarnobylu był przestarzały i w niedługim okresie czasu miał zostać w ogóle wyłączony. Tylko, że zapominają, że właśnie energetyka jądrowa prowadzi do obniżenia zanieczyszczenia środowiska. Atakując atomistykę, zieloni wykazują się krańcową niekonsekwencją.

Greenpeace (według nieoficjalnych danych powiązany z klubem Bilderberg) próbował wywrzeć na rządach wielu państw naciski, aby okręty z napędem atomowym nie mogły przekroczyć ich morskich granic. Widać, jak daleko posunięta jest ich psychoza na punkcie atomistyki. W rzeczywistości ekologiści działają na korzyść trustu wydobywczo-energetycznego, który nie chce stracić monopolu. Podobnie jak inni socjaliści są mniej lub bardziej świadomymi sługusami korporacji i karteli.

Niekonsekwencja ekologistów

Gdy czytałem o różnych poglądach zielonych, to w oczy rzecz jasna rzuciło mi się wspieranie przez nich aborcji, eutanazji, antykoncepcji i związków osób tej samej płci. Co bardziej odważni dodają jeszcze do tego eugenikę. Zresztą swojego czasu taki piękny wykaz znalazł się na stronie Zielonych2004. Ekologiści rzecz jasna wspierają je jako sposób na ograniczenie liczebności populacji ludzkiej oraz doprowadzenie do depopulacji, przyszłego ograniczenia degradacji środowiska itd. Są oni jednak niekonsekwentni.

Z jakiego powodu?

Otóż, piszą oni, że wspierają antykoncepcję (w tym hormonalną). A czy zdają oni sobie sprawę, że w ten sposób przyczyniają się do większego zanieczyszczenia środowiska. W końcu wydostają się do niego ksenoestrogeny powodujące feminizację u samców wielu kręgowców. Interseksy pojawiły się u bardzo wielu gatunków, między innymi u aligatorów. Ksenoestrogeny mogą wywierać wpływ na organizmy zaliczane ostatnio do grupy Ecdysozoa - czyli między innymi stawonogi, nicienie i kilka mniejszych grup systematycznych. U nich za procesy związane z linką odpowiada ekdyzon, hormon będący steroidem. A zatem, ksenoestrogeny przynajmniej teoretycznie mogą wywierać na nie wpływ.

Tak więc ekologiści są niekonsekwentni w swoich poczynaniach i charakteryzuje ich najnormalniejszy w świecie faryzeizm.

Wnioski

Zieloni grają rolę przydzieloną im rolę pożytecznych idiotów, nie zdając sobie sprawy ze sprzeczności głoszonych przez siebie poglądów oraz swojej własnej niekonsekwencji. Pokazują to chociaż przykłady hormonalnej antykoncepcji czy energetyki jądrowej. Brak im również ciężko wywalczonej wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych, żeby mogli ocenić samodzielnie nonsensowność głoszonych przez siebie poglądów. W rzeczywistości to oni nawet nie wiedzą komu służą i komu się wysługują. Podobnie zresztą jak 90% lewicy.

czwartek, 12 czerwca 2008

Lewicowe pseudonauki (1): Globalne ocieplenie

Wstęp

Wszyscy zdajemy sobie obecnie sprawę, a przynajmniej powinniśmy, że nauka jest bardzo potężnym instrumentarium pozwalającym analizować rzeczywistość w stopniu, o jakim nasi przodkowie jednak mogli pomarzyć. Wielu ludzi traktuje ją stuprocentowo obiektywnie, dogmatycznie, zapominując o kilku sprawach. Pierwsza to dynamika rozwoju. To, że coś zostało opublikowane w Nature czy Science, nie oznacza wcale, że to jest jest prawda. Za parę lat ktoś może zrobić eksperyment i się okaże, iż wnioski z poprzedniego to bujdy na resorach. Tak więc nie ma wcale korelacji między impact factor a prawdziwością wyników. Na przykład była niedawno historia z tym, że stwierdzono, co jest kairomonem odpowiedzialnym za pionowe migracje zooplanktonu. Artykuł się ukazał, rzecz jasna w Nature. Po jakimś czasie wykazano, prowadząc badania na kompleksie Daphnia longispina, że ten związek w żadnym razie tym nie jest, no i badacze napisali do redakcji tegoż Nature sprostowanie. Nauka nie stoi w miejscu, tak więc nie można traktować wyników oraz wniosków jako prawdy objawionej.

Druga rzecz - i to ważniejsza z punktu widzenia tego tekstu - to naciski polityczne. Tak do końca XIX w. nauka miała mecenat prywatny. Istniało bardzo niewiele państwowych laboratoriów jak chociażby Royal Laboratories, gdzie pracował chociażby Humphrey Davy. Później pałeczkę, jeżeli chodzi o badania naukowe przejęły placówki państwowe z bardzo nielicznymi wyjątkami. Pojawiła się wraz z tym możliwość nacisków na badania naukowe ze strony władzy. Nauka czysta mogła zacząć być traktowana jako narzędzie propagandy. Tak też się działo. W Trzeciej Rzeszy na przykład wykorzystywano badania antropologiczne jako dowód wyższości aryjskiej rasy nad wszystkimi innymi. Naziści wymyślili również, że kiedyś istniało państwo obejmujące znaczne połacie Starego Świata, w którym żyli ci Aryjczycy, a potem się rozpierzchli po świecie. Rasie aryjskiej przypisowano wzniesienie wszystkich antycznych zabytków, między innymi egipskich piramid. Sugerowano nawet, iż jej przedstawiciele dotarli do Ameryki Południowej i mieli wpływ na rozwój cywilizacji prekolumbijskich. W ZSRR uznano z kolei, że mendelizm i darwinizm są złe, zatem faworyzowano łysenkizm i biologię miczurinowską po 1948 roku.

Pewnie wielu ludzi myśli, że naciski polityczne na naukę skończyły się wraz z upadkiem nazistowskich Niemiec i Związku Radzieckiego. Są przy tym zbytnimi optymistami. Z tym mamy do czynienia nadal. W tym cyklu kilku tekstów postaram się omówić najważniejsze pseudonauki wynoszone do poziomu nauki. Dzieje się tak, jak w przypadku rasy aryjskiej czy łysenkizmu, za sprawą lewicy. To tejże formacji intelektualnej zależy, aby ludzie w pewne rzeczy wierzyli, aby ludzi było łatwiej manipulować i robić pianę z mózgu. W tym odcinku - globalne ocieplenie.

Czym jest globalne ocieplenie?

Od jakiegoś dłuższego czasu mówi się nam, że działalność przemysłowa człowieka odpowiada za podnoszenie się średniej temperatury na Ziemi, głównie poprzez emisję dwutlenku węgla. Wypadałoby się jednak na początek przyjrzeć kilku podstawowym faktom. Temu efektowi cieplarnianemu, o którym oni tak trąbią, to oni zawdzięczają swoje istnienie. Gdyby bowiem w atmosferze nie było tych gazów cieplarnianych, to średnia temperatura na Ziemi wynosiłaby -18 stopni Celsjusza. Te gazy cieplarniane utrzymują temperaturę na Ziemi.

Samo globalne ocieplenie jest efektem obserwowanych od czasów rewolucji przemysłowej wzrostu temperatury w skali globalnej. Ma to wskazywać jednoznacznie na antropogeniczne pochodzenie tego zjawiska. Wobec tego próbuje się temu za wszelką cenę ograniczyć jego emisję za pośrednictwem porozumień międzynarodowych vide protokół z Kioto oraz próbując przeforsować globalny carbon tax. W przypadku tego ostatniego nic innego jak nowa forma podatku.

Fakty przeczące antropogenicznemu pochodzeniu globalnego ocieplenia

Jakoś ci, którzy tak głośno krzyczą o globalnym ociepleniu, że to skutek industrializacji, jaka się dokonała w ostatnich dwustu latach, zapominają o kilku ważnych sprawach. Po pierwsze, w przeszłości Ziemi zachodziły zmiany klimatu o wiele większe i jakoś nikt ich nie tłumaczy działalnością kosmitów. No cóż, bywało tak, że cała Błękitna Planeta była skuta lodem albo przynajmniej znaczne jej obszary. Dyskutowana jest obecnie hipoteza kuli śnieżnej, no i czy coś takiego mogło mieć miejsce. Kilka razy do czegoś takiego doszło w prekambrze. Pierwsze zlodowacenie miało miejsce niedługo po rozprzestrzenieniu się organizmów przeprowadzających fotosyntezę; świadczą o tym badania geochemiczne i geologicznej pokładów z tamtego okresu. Były również okresy, kiedy temperatura na Ziemi była dużo wyższa niż obecnie. Chociażby taki okres w permie jak czerwony spągowiec. Parowały wtedy moża epikontynentalne, znajduje się niejednokrotnie z tamtego okresu znaczne pokłady soli. Nazwa tego okresu również nie wzięła się znikąd. Okazuje się, że panowały wtedy na całym świecie susze. Nawet zmieniła się roślinność, bo dominujące w przeciwieństwie do widłaków oraz paproci stały się nagonasienne - głównie Voltzia i formy zbliżone. Zmiany dotknęły oczywiście faunę, płazy były stopniowe wypierane przez różne grupy gadów, głównie terapsydy jak na przykład gorgonopsy. Jakoś w jurze nastąpiła transgresja mórz, no i praktycznie cały świat został pokryty przez lasy. Na początku trzeciorzędu palmy występowały nawet na Grenlandii. Owszem rozmieszczenie lądów było inne niż teraz, ale i tak Grendlandia znajdowała się wówczas - jak to można określić - na Dalekiej Północy.

Oczywiście klimat można tłumaczyć tutaj zmianami w precesji osi ziemskiej, innym rozmieszczeniem kontynentów, mórz et cetera. Ale musiały następować zmiany w składzie atmosfery. Siłą rzeczy w karbonie musiała być na przykład większa zawartość tlenu w niej, skoro owady mogły mieć nawet kilkadziesiąt centymetrów wielkości. Taka ważka Meganeura miała 75 cm rozpiętości skrzydeł. A jakie rozmiary mają współczesne. Taki Każdy, kto choć trochę zna się na zoologii, powinien wiedzieć, że owady oddychają za pomocą układu tchawek i opiera się to u nich na procesie dyfuzji. Inaczej mówiąc, gdyby była mniejsza zawartość tlenu, to szereg gigantycznych owadów i nie tylko - również wijów - nie mógłby żyć, po prostu zginęłyby. Jaki jest z tego wniosek. Zmiany w ilości gazów w atmosferze następowały w dawnych epokach geologicznych, temu nawet nie zaprzeczają najwięksi orędownicy global warming. I jakoś odpowiadał za nie ziemski ekosystem, a nie stworzony przez nikogo albo nic przemysł. Gdyby być tutaj konsekwentnym, należałoby uznać, że za zmiany klimatyczne w dawnych epokach geologicznych odpowiedzialne były obce cywilizacje, które tutaj budowały wielkie kompleksy przemysłowe oraz toczyły wojny nuklearne. Przyjąć trzeba było za prawdziwe twierdzenia Ericha von Dänikena. Ewentualnie można by dyskutować z twierdzeniami Michaela Cremo związanymi z Zakazaną archeologią, że cywilizacja istnieje od kilkuset milionów lat. Ale cóż, każdy geolog, geochemik, paleoklimatolog, a nawet zoolog czy botanik naraziłby się na śmieszność twierdzeniem o zmianach zawartości gazów w atmosferze związanym z obcymi cywilizacjami.

Weźmy pod uwagę jeszcze zmiany w okresie, który geologicznie jest najmłodszy, czyli czwartorzędzie. Według nowego podziału epok w dziejach Ziemi jest to część neogeny, ale zostańmy tutaj przy starym. W ciągu czwartorzędu mieliśmy cztery epoki lodowcowe - Günz, Mindel, Riss i Würm, biorąc pod uwagę doliny alpejskie. Między nimi mieliśmy interglacjały, podczas których klimat był dużo cieplejszy niż obecnie. Na przykład w interglacjale Riss-Würm na ziemiach polskich występowało wiele ciepłolubnych roślin, jakich próżno szukać w obecnych czasach. Okazuje się, że te epoki lodowcowe też były poprzedzielane na mniejsze okresy, potwierdzają to badania raf koralowych, otwornic z osadów morskich czy stalaktytów. No i czym to tłumaczyć? Można by znowu użyć argumentu z obecnością cywilizacji pozaziemskich oraz tym, co oni tutaj mieliby robić; orędownicy globalnego ocieplenia, gdyby byli konsekwentni, to z takim argumentem powinni zaraz wyskoczyć - to jedna wewnętrzna sprzeczność ich rozumowania. Wyjaśnienie jest tutaj zgoła inne. Chodzi o zmiany w precesji osi ziemskiej.

Zbliżamy się również do okresu stosunkowo najnowszego, a mianowicie holocenu. Wewnątrz niego wyróżniono następujące okresy, w których klimat był chłodniejszy (borealne), kiedy to formacje roślinne Europy zbliżone były do tajgi oraz atlantyckie, kiedy klimat Starego Kontynentu mógł być dużo cieplejszy niż obecnie. No i tak było. Jakieś 6000 lat przed naszą erą nastąpiło optimum holoceńskie, podczas którego Sahara była pokryta lasami i sawanną, żyło tam mnóstwo gatunków zwierząt związanych obecnie raczej z Afryką subsaharyjską, na terenie północno-zachodniej Afryki istniały gigantyczne jeziora. Podobnie rzecz się miała w Australii, tam istniało na przykład jezioro Mungo, zbiornik wodny bez porównania większy niż Erye. Również w pierwszych wiekach naszej ery klimat był cieplejszy niż jest obecny. Sahara wówczas służyła jako spichlerz Imperium Rzymskiego, a w Afryce Północnej kwitł handel. Później klimat się ochłodził, nastąpiła epoka rena. Przy okazji Hunowie zostali zmuszeni do migracji, co przyczyniło się następnie do upadku Imperium Romanum. Następnie znowu nastąpiło ocieplenie. Tak... za czasów Mieszka I klimat na ziemiach polskich był dużo cieplejszy niż obecny. Potwierdzają to chociażby znaleziska archeozoologiczne. Występowały wówczas na ziemiach polskich sęp płowy (Gyps fulvus), sęp kasztanowaty (Aegypius monachus), ścierwnik biały (Neophron percnopterus). Obecnie te trzy gatunki ptaków drapieżnych zamieszkują głównie Europę Południową oraz Bliski Wschód. W Tatrach gniazdował również jerzyk alpejski (Apus [=Tachymartpis] melba). Obecnie najbliższe stanowiska tego gatunku znajdują się we włoskim Tyrolu. Grenlandia była określana przez Wikingów mianem Vinland, co oznacza w dosłownym tłumaczeniu zielona ziemia. Od końca X wieku oni się tam osiedlali, a część wraz z Leifem Eriksonem dotarła najprawdopodobniej do Nowej Funlandii. Dawało się tam hodować owce. Tak około XIII w. klimat Europy zaczął się ochładzać. Zresztą widoczne jest to na ówczesnych freskach, mieszkańcy są pokazywani jako grubo odziani. Porty na Grenlandii zaczęły zamarzać. Do końca XIV w. Wikingowie zostali zmuszeni do opuszczenia tego lądu. Nastąpiła mała epoka lodowcowa. Zdarzało się wówczas, że Bałtyk na zimę zamarzał i na jego środku stawiano karczmy, a między jednym wybrzeżem, a drugim poruszano się za pomocą zaprzęgów. No i dochodzimy do końca. Jakoś tak na przełomie XVIII i XIX w. mała epoka lodowcowa się zakończyła. Od tego momentu ekologiści od global warming upatrują antropogenicznego globalnego ocieplenia.

Weźmy jeszcze pod uwagę kilka faktów. Przecież wulkany emitują znacznie więcej ditlenku węgla (pozwolę sobie użyć nazwy zalecanej przez IUPAC) niż cały przemysł stworzony przez człowieka. Sam Krakatau w 1884 roku wyemitował podczas wybuchu znacznie więcej tego gazu niż cała cywilizacja. To co uwalnia człowiek to jest mniej niż 1% światowej emisji.

Istnieje jeszcze jeden mocny argument za tym, że globalne ocieplenie nie jest wywoływane przez człowieka. Jak to się dzieje, że czapy lodowe na Marsie się cofają rocznie o kilka kilometrów? Wiele księżyców Jowisza i Saturna zwyczajnie się topi, powstają tam ciekłe oceany. Jak to wyjaśnić? Można to tłumaczyć zwiększeniem emisji promieniowania przez naszą centralną gwiazdę. Jeżeli istnieją zmiany odbywające się w cyklach kilkunastoletnich vide chociażby związane z plamami na Słońcu, to czy nie mogą istnieć inne odbywające się w dłuższych okresach czasu? Zwłaszcza, że my o procesach zachodzących wewnątrz gwiazd jeszcze stosunkowo niewiele wiemy. Od czasów pierwszych badań spektralnych widm dokonanych przez Frauhouffera czy teorii kontrakcji Helmholtza minęło jakieś 150 lat. Tak więc nie możemy wyrokować.

Adwokaci global warming twierdzą jeszcze, iż znacząco wzrośnie poziom mórz po roztopieniu się lodowców. Radziłbym wykonać im taki prosty eksperyment, a mianowcie wrzucić kostkę lodu, do szklanki z wodą w temperaturze pokojowej, sprawdzić poziom słupa wody przed jak i po, a następnie określić jak się zmieni.

Konkluzje

Nie można zaprzeczać, że globalnego ocieplenia nie ma. Są owszem zmiany klimatyczne, jakie wywołują zmiany w składzie flory i fauny, chociaż w tym wypadku nie do końca. Wiele gatunków, które epoki lodowcowe zepchęły do refugiów powraca teraz na obszary, które prawdopodobnie były dawniej przez nie zajmowane, jak chociażby sierpówka (Streptoptelia decaocto) czy dzięcioł syryjski (Dendrocopos syriacus). W każdym razie globalne ocieplenie nie jest wywołane w żadnym razie działalnością człowieka. Wszystko to, co nam mówią, to są kłamstwa nie mające potwierdzenia w rzeczywistości. Po prostu - mówiąc kolokwialnie - nie trzyma się to wszystko kupy. Najgorsze jest w tym wszystkim, że główni adwokaci antropogenicznego pochodzenia globalnego ocieplenia dostają szereg nagród. Al Gore otrzymał z rąk Amerykańskiej Akademii Filmowej Oscara; ot, taki casus pierwszy lepszy z brzegu.

Tak naprawdę celem tej całej awantury z globalnym ociepleniem jest nałożenie podatku węglowego, co będzie ułatwiało monopolizację rynku największym korporacjom. Przy okazji jest to stopniowe wprowadzanie międzynarodowego socjalizmu, czyli ustroju, jaki lewica (w tym ekologiści) sobie szczególnie upodobali. Obok nich ten system - jak widać - upodobały sobie najpotężniejsze korporacje.

Jak widać, wskazywanie na antropogeniczne pochodzenie globalnego ocieplenia nie ma nic wspólnego z troską o stan środowiska naturalnego. Śmiało można zatem mówić również o globalnym ocipieniu.