Straszeni jesteśmy różnymi rzeczami. Jedni nam mówią, że powodujemy globalne ocieplenie, a woda z topniejących lodowców zaleje pół globu. Jeszcze inni przedstawiają bardziej katastroficzne wizje oraz proponują rozwiązania jakich nie powstydziliby się hitlerowcy. Mowa tu o różnych szczepach ekologistów. Pewne groźby są jednak jak najbardziej realne. Z różną częstotliwością dochodzą bowiem pohukiwania z Kremla, że mogą nam zakręcić kurek z gazem. No i to jest groźba jak najbardziej realna. Gazprom to firma państwowa. Jak zostanie zakręcony kurek, to zapłacą rosyjscy podatnicy. Prywatnej firmie takie zabiegi zwyczajnie nie opłacałyby się, ponieważ nie chciałaby sobie ona ograniczać zysków.
A jakich się szuka sposobów na uniknięcie wyżej wymienionych sytuacji. Rzecz jasna, skoro mamy jeden rurociąg, to kombinuje się, jak dywersyfikować. Mieliśmy swego czasu projekt gazociągu z Norwegii, został on utopiony przez ekipę Millera. Więcej, to była pierwsza rzecz, którą postkomunistyczny gabinet w 2001 roku zrobił. Na czym to polega? Wprowadza się system różnych koncesji, żeby państwo miało wpływ na to, kto gdzie buduje rurociąg oraz kto handluje gazem i ropą na naszym terenie. Nam się mówi, że chodzi tutaj o bezpieczeństwo energetyczne. Inne sposoby jego zapewnienia też się wiążą z działalnością państwa w gospodarce. Tak usprawiedliwiane jest na przykład utrzymywanie państwowej własności kopalń węgla kamiennego czy też elektrowni. Czasami przebąkuje się również o jakimś projekcie związanym z wykorzystaniem złóż geotermalnych. Jak wszyscy wiemy, powoła się do życia monopolistycznego molocha, który będzie ciągle potrzebował dotacji z budżetu państwa. Mówi się nam, że pewne problemy to nie jest wyłącznie kwestia ekonomii, ale że urastają one do rangi strategiczno-politycznych. Innymi słowy, jeżeli kopalnie i elektrownie zostałyby zakupione przez Niemców, to doświadczalibyśmy z ich strony różnych forteli, no i przez to zdegradowalibyśmy zostali do roli państwa satelickiego. Tak samo w przypadku Rosji...
Nie muszę już tutaj mówić, że mamy tutaj klasyczny błąd pomieszania etatyzmu z patriotyzmem. Wywodzi się on z komunizmu, a był skutecznie utrwalany w społecznej świadomości przez populistyczne (niby-prawicowe) i socjalistyczne (postkomuniści i udecy) rządy w ostatnim dwudziestoleciu. Te wszystkie gadki o bezpieczeństwie energetycznym służą tak naprawdę utrzymaniu państwowej własności części przedsiębiorstw, po to żeby związki zawodowe się nie burzyły oraz żeby partyjni koledzy mieli zagwarantowane wysokie pensje i odprawy na takowych stolcach. A w tej demokracji mamy tak, że otumanionemu ludowi trzeba rzucić coś na żer. No i tak się robi. Wyciąga się zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego państwa, które ma być rzekomo chronione przez szereg spółek Skarbu Państwa oraz koncesjonowanie pewnych działów gospodarki. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.
Pierwszym prawem uchwalonym przez Kongres Liberalno-Demokratyczny (praszczura obecnej Parady Oszustów) było koncesjonowanie przesyłania paliw oraz ich przetwórstwa. Przez to musimy bawić się w negocjacje, żeby ktoś nam raczył wybudować rurociąg. Koncesjonowanie miało zapobiec takim sytuacjom, że Putin, Miedwiediew czy inny kacyk rezydujący na Kremlu może nam zakręcić dopływ gazu. Stało się jednak na odwrót. Doszło do tego, że Gazprom jest w tym zakresie monopolistą. Wychodzi zatem na to, że nadmierny etatyzm zagraża bezpieczeństwu energetycznemu naszego państwa. Gdyby bowiem nie koncesjonowano rurociągów czy też innej formy dystrybucji paliw kopalnych (gazo- i naftoporty), to fabryki czy gazownie mogłyby wybierać, jaki gaz chcą użytkować, czy rosyjski, irański, norweski czy też pochodzący ze złóż znajdujących się na terenie naszego kraju. Wówczas taki problem by nie istniał. Mielibyśmy kilka rurociągów z różnych stron oraz kilka nafto- i gazoportów, no i żaden przywódca polityczny, czy to Niemiec, Rosji czy innego państwa nie mógłby uprawiać politycznego kapitalizmu. Skończyłoby się to raz na zawsze. Więcej, rozmieszczenie rurociągów dostosowane byłoby do rozmieszczenia przemysłu i ludności, a nie do widzimisię elit politycznych aktualnie sprawujących władzę. Czytałem kiedyś artykuł w Gazecie Polskiej, że państwa powinny dokładać się bądź realizować pewne projekty energetyczne. Jak widać na powyższym przykładzie, to nie jest wcale konieczne. Można w ogóle zaniechać koncesjonowania rurociągów, no i nikt nam nie będzie mógł zagrozić. Przecież w takiej sytuacji jakiś rosyjski czy niemiecki agent nie będzie mógł kupić urzędnika w Ministerstwie Gospodarki bądź Ministerstwie Infrastruktury, który takimi rzeczami się zajmuje. Zapomina się, że koncesjonowanie tysiąca i jednego sektorów gospodarki prowadzi do nasilenia się zjawisk korupcyjnych. Działa to również w drugą stronę. Koncesje czy licencje dostają zaprzyjaźnieni biznesmeni elit politycznych. W przypadku zaniechania reglamentacji przez państwo takie zjawiska automatycznie przestaną istnieć.
Wspomniałem wyżej o projektach energetycznych. Również w przypadku tego rodzaju działalności gospodarczej wszelkie koncesje powinny zostać zniesione. Mówi się tyle o rozwoju geotermii. Ale tego się nie robi, ponieważ z jednej strony prawo energetyczne, a z drugiej strony geologiczne i górnicze są skomplikowane i uniemożliwiają wszelkie prace. A gdyby je tak znieść razem ze wszystkimi koncesjami w tym zakresie? Wówczas powstałoby mnóstwo odwiertów; złoża geotermalne zostałyby wykorzystane do ogrzewania mieszkań oraz produkcji prądu elektrycznego na niewielką skalę. Po zniesieniu tych różnych etatystycznych ograniczeń możliwe, że wybudowano by w Polsce w końcu siłownię atomową. Moim zdaniem byłoby bardzo dobrze, jednakże o typie wykorzystywanej energetyki powinien decydować rynek. Na potrzeby mieszkańców wystarczy spokojnie mała energetyka. Natomiast jeżeli chodzi o przemysł, tutaj konieczne są już wielkie elektrownie jak hydroelektrownie czy też wspomniane wyżej siłownie jądrowe. Państwo w żadnym wypadku nie powinno się dokładać. (Warto również rozdzielić wojskowy program atomowy od cywilnego. Tym drugim niech się zajmują prywatne konsorcja).
Dodam, że czasem dochodzę do wniosku, że za tą bizantyńską biurokrację odpowiadają pewne czynniki zewnętrzne. Obcej agentury mamy w kraju sporo, więc odkręcenie pewnych rzeczy w obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe. Więcej, znaczna część ludzi uważa, że ten socjal-etatyzm to dla dobra Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dlatego skłonna jest popierać siły polityczne proponujące rozwiązania mieszczące się w takim ujęciu jak obecnie. No i nic dziwnego, że gazowa pętla na szyi będzie się nam coraz mocniej zaciskać.
Na tych przypadkach widać, że państwo ingerując w gospodarkę bardziej przeszkadza niż pomaga. Problem bezpieczeństwa energetycznego jako taki praktycznie nie zaprzątałby nikomu głowy, gdyby nie nadmierna ingerencja państwa w gospodarkę. Pozostaje przytoczyć świętej pamięci Kisiela, że "socjalizm zwalcza problemy nie istniejące w innych ustrojach". Wspomniany wyżej przypadek nie jest zatem odosobniony.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energetyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energetyka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 listopada 2009
piątek, 4 września 2009
Klejnoty w koronie
Oglądając filmy, zwykłem zwracać uwagę na różne rzeczy. To są drobiazgi, które przeciętny widz praktycznie całkowicie omija. Wiąże się to z moim większym lub mniejszym zdziwieniem. Swojego czasu obejrzałem film przygodowy Alan Quatermain i zaginione Miasto Złota. Co mnie tam zaskoczyło? Otóż, jak bez żadnych większych oględzin skał można określić z jakiej odległości zostały one przetransportowane?! Istnieje nawet specjalna gałąź nauki, petroarcheologia, która się takimi sprawami zajmuje... No i zdziwienie.
Nie trudno mi być zdziwionym w innych sytuacjach. Czasem słyszy się wypowiedzi polityków pretendujących do miana prawicowych, które wręcz zaprzeczają ideowym założeniom prawicy. Nie muszą to być partie w zachodniej Europie, które tylko zasiadają po prawej stronie w parlamencie. Tam wiadomo, że od kilkudziesięciu lat w kwestiach obyczajowych i ekonomicznych dominującą siłą jest lewica. Przechodząc ad rem, spotkałem się z bardzo ciekawą definicją klejnotów w koronie. Dzisiaj prezydent Lech Kaczyński na spotkaniu z górnikami na Śląsku powiedział, że sprzeciwia się prywatyzacji górnictwa węgla kamiennego oraz energetyki. Te sektory zostały określone mianem klejnotów w koronie. Zaiste ciekawym przypadkiem jest definiowanie tych jako państwowej własności. A ten tryk był zwyczajnie populistyczny. Trzeba bowiem postraszyć ludzi prywatyzacją i dzikim kapitalizmem, jaki rzekomo panuje w Polsce od dwudziestu lat...
Abstrahuję w tym momencie od tego, że takie zjawisko jak ultrakapitalizm w Priwislanskim Kraju zwyczajnie nie występuje. Czy polityk konserwatywny powinien chwalić istnienie państwowej własności w gospodarce? Prawica powinna przecież dążyć do usunięcia państwa z gospodarki, ergo prywatyzacji wszystkich państwowych przedsiębiorstw. To różne szczepy etatystycznej lewicy, czy to narodowej, czy internacjonalistycznej, dążą do tego, żeby państwowa własnośc w sektorach produkcyjnych istniała. Więcej, domagają się oni tego, żeby było jej jak najwięcej. Dla nich państwo nie będące właścicielem kopalni, stoczni, hut, kopalni, elektrowni, rafinerii, wytwórni broni na swoim obszarze jest bananową republiką. Swoją drogą dziwne, czy do takiego grona zaliczyliby na przykład USA, gdzie nawet zakłady zbrojeniowe są w rękach prywatnych. Nikt jakoś w tym jedynym współcześnie istniejącym supermocarstwie z tego tytułu nie rozpacza. Polityk prawicowy powinien dążyć do tego, aby wszystkie środki produkcji znalazły się w rękach prywatnych. Lech Kaczyński pozujący na konserwatystę czerpie zatem z typowo lewicowej, socjalistycznej mitologii. Czy nasz prezydent nie potrafi sobie wyobrazić, co byłoby gdyby te wszystkie przedsiębiorstwa były prywatne?
Więcej, popiera tutaj działania szkodliwe. Górnictwo węgla kamiennego przecież w obecnym kształcie jest bankrutem. Wszyscy dołożyliśmy do niego kilkanaście miliardów złotych. Sama Kompania Węglowa wygenerowała w zeszłym roku ćwierć miliarda złotych strat. Ponieważ nasza energetyka oparta jest na węglu, to musieliśmy sprowadzać ten surowiec z RPA, ponieważ nie opłacało się z tutejszych kopalni. Sprawdza się przy tej okazji stare przysłowie, że gdyby na Saharze panował komunizm, to musieliby sprowadzać tam piasek. Utrzymywanie państwowych kopalni poza tym kosztuje nie tylko nas wszystkich jako podatników. Pośrednio obniża konkurencyjność przedsiębiorstw działających na terenie Polski na rynkach światowych. A dlaczego? Przecież jak drogi jest węgiel, to jaki ma być prąd elektryczny? To jest bardzo prosta zależność.
Z drugiej strony energetyka. Obecnie mamy w zasadzie energetyczny monopol. Skutkuje to wyższymi cenami za prąd elektryczny. Gdyby natomiast sprywatyzować ten sektor, te spadłyby, ponieważ na rynku pojawiłaby się konkurencja. Mniejsze ceny za prąd elektryczny spowodowałyby intensywny rozwój wielu gałęzi gospodarki. Na teren Polski opłacałoby się wynosić produkcję. Do tego należałoby znieść koncesje na drobną energetykę - zarówno wytwórczą, jak i przesyłową. Koncesjonowaniu powinny podlegać dopiero wielkie elektrownie - jak hydroelektrownie na rzekach czy siłownie jądrowe. Wówczas rozwiązany zostałby problem bezpieczeństwa energetycznego, na który wszelkiej maści etatyści tak bardzo lubią się powoływać.
Pamiętać jeszcze należy o ogólnych zależnościach dotyczących państwowych przedsiębiorstw. Są one z reguły dwa razy droższe niż firmy prywatne. Tak samo przynoszą często straty, więc państwo zmuszone jest do nich dopłacać czy też je regularnie oddłużać. Jeżeli przynosi ono zyski, to wynika to z monopolistycznej pozycji na rynku. Tak to już jest. Prywatyzacja zatem stanowi konieczność. Im szybciej zostanie ona przeprowadzona, to tym lepiej tak naprawdę dla nas wszystkich.
Wypowiedź prezydenta RP należy zatem potraktować jak faux pas, podobnie jak w przypadku aborcji u trzynastolatki. (Podobną wpadkę ponad dwa lata temu zaliczyła jego żona). Czy zatem należy Kaczyńskich w ogóle rozpatrywać jako polityków prawicowych, narodowych konserwatystów - jak są postrzegani przez zachodnich komentatorów. To umiejscowienie Kaczyńskich na scenie politycznej wynika jednak z punktu siedzenia. Ponieważ owi komentatorzy znajdują się na lewo od nich, to będą postrzegali ich jako prawicowych. Rafał Aleksander Ziemkiewicz w Czasie wrzeszczących staruszków napisał, że reprezentują oni tak naprawdę lewicę laicką. Musieli tylko sobie wyszukać inny elektorat, co spowodowało stosowanie takiej narodowo-konserwatywnej maski. Można było w ten sposób zagospodarować powstałą niszę ekologiczną i jakoś trzymać się na tym politycznym Olimpie. W kontekście tego, co wyżej pisałem, należy się zastanowić, czy projekt Polski solidarnej jest prawicowy. W każdym razie na gruncie ekonomicznym tego nie można o nim powiedzieć.
W tym momencie ktoś mi może zarzucić, że popieram złodziejską prywatyzację w stylu KL-D i piekłoszczki Unii Demo-Wolności. Nie ważne jak, ważne żeby stało się prywatne. Uważam jednak inaczej. Prywatyzacja powinna odbywać się na międzynarodowych przetargach, na których przedsiębiorstwa byłyby sprzedawane za maksymalną możliwą cenę, jaką można za nie uzyskać. Osobiście nie chciałbym zatem, żeby się zajmowała obecna ekipa. Przypadek prywatyzacji stoczni w Gdynii i Szczecinie jest tutaj wystarczająco dobitny. Powołany powinien zostać specjalny urząd, który by się zajmował tego typu sprawami. Do tego określić należy okres jego działania, po którym wszystkie państwowe przedsiębiorstwa znajdą się w rękach prywatnych. Jak powinno się prywatyzować wielkie monopolistyczne molochy? W przypadku górnictwa należy rozbić obecne holdingi takie jak Kompania Węglowa czy Jastrzębski Koncern Węglowy, a następnie prywatyzować każdą kopalnię jako osobną spółkę. Podobnie należy poczynić w przypadku energetyki. PGE, Tauron, Energę, Eneę podzielić również należy na mniejsze. Pozwoli to zarobić więcej na ich prywatyzacji.
Prawica powinna dążyć do tego, aby państwo nie prowadziło działalności gospodarczej ani nie zajmowało się tak zwanymi funkcjami socjalnymi. Nazywanie klejnotami w koronie państwowych przedsiębiorstw zakrawa zatem na śmieszność.
Nie trudno mi być zdziwionym w innych sytuacjach. Czasem słyszy się wypowiedzi polityków pretendujących do miana prawicowych, które wręcz zaprzeczają ideowym założeniom prawicy. Nie muszą to być partie w zachodniej Europie, które tylko zasiadają po prawej stronie w parlamencie. Tam wiadomo, że od kilkudziesięciu lat w kwestiach obyczajowych i ekonomicznych dominującą siłą jest lewica. Przechodząc ad rem, spotkałem się z bardzo ciekawą definicją klejnotów w koronie. Dzisiaj prezydent Lech Kaczyński na spotkaniu z górnikami na Śląsku powiedział, że sprzeciwia się prywatyzacji górnictwa węgla kamiennego oraz energetyki. Te sektory zostały określone mianem klejnotów w koronie. Zaiste ciekawym przypadkiem jest definiowanie tych jako państwowej własności. A ten tryk był zwyczajnie populistyczny. Trzeba bowiem postraszyć ludzi prywatyzacją i dzikim kapitalizmem, jaki rzekomo panuje w Polsce od dwudziestu lat...
Abstrahuję w tym momencie od tego, że takie zjawisko jak ultrakapitalizm w Priwislanskim Kraju zwyczajnie nie występuje. Czy polityk konserwatywny powinien chwalić istnienie państwowej własności w gospodarce? Prawica powinna przecież dążyć do usunięcia państwa z gospodarki, ergo prywatyzacji wszystkich państwowych przedsiębiorstw. To różne szczepy etatystycznej lewicy, czy to narodowej, czy internacjonalistycznej, dążą do tego, żeby państwowa własnośc w sektorach produkcyjnych istniała. Więcej, domagają się oni tego, żeby było jej jak najwięcej. Dla nich państwo nie będące właścicielem kopalni, stoczni, hut, kopalni, elektrowni, rafinerii, wytwórni broni na swoim obszarze jest bananową republiką. Swoją drogą dziwne, czy do takiego grona zaliczyliby na przykład USA, gdzie nawet zakłady zbrojeniowe są w rękach prywatnych. Nikt jakoś w tym jedynym współcześnie istniejącym supermocarstwie z tego tytułu nie rozpacza. Polityk prawicowy powinien dążyć do tego, aby wszystkie środki produkcji znalazły się w rękach prywatnych. Lech Kaczyński pozujący na konserwatystę czerpie zatem z typowo lewicowej, socjalistycznej mitologii. Czy nasz prezydent nie potrafi sobie wyobrazić, co byłoby gdyby te wszystkie przedsiębiorstwa były prywatne?
Więcej, popiera tutaj działania szkodliwe. Górnictwo węgla kamiennego przecież w obecnym kształcie jest bankrutem. Wszyscy dołożyliśmy do niego kilkanaście miliardów złotych. Sama Kompania Węglowa wygenerowała w zeszłym roku ćwierć miliarda złotych strat. Ponieważ nasza energetyka oparta jest na węglu, to musieliśmy sprowadzać ten surowiec z RPA, ponieważ nie opłacało się z tutejszych kopalni. Sprawdza się przy tej okazji stare przysłowie, że gdyby na Saharze panował komunizm, to musieliby sprowadzać tam piasek. Utrzymywanie państwowych kopalni poza tym kosztuje nie tylko nas wszystkich jako podatników. Pośrednio obniża konkurencyjność przedsiębiorstw działających na terenie Polski na rynkach światowych. A dlaczego? Przecież jak drogi jest węgiel, to jaki ma być prąd elektryczny? To jest bardzo prosta zależność.
Z drugiej strony energetyka. Obecnie mamy w zasadzie energetyczny monopol. Skutkuje to wyższymi cenami za prąd elektryczny. Gdyby natomiast sprywatyzować ten sektor, te spadłyby, ponieważ na rynku pojawiłaby się konkurencja. Mniejsze ceny za prąd elektryczny spowodowałyby intensywny rozwój wielu gałęzi gospodarki. Na teren Polski opłacałoby się wynosić produkcję. Do tego należałoby znieść koncesje na drobną energetykę - zarówno wytwórczą, jak i przesyłową. Koncesjonowaniu powinny podlegać dopiero wielkie elektrownie - jak hydroelektrownie na rzekach czy siłownie jądrowe. Wówczas rozwiązany zostałby problem bezpieczeństwa energetycznego, na który wszelkiej maści etatyści tak bardzo lubią się powoływać.
Pamiętać jeszcze należy o ogólnych zależnościach dotyczących państwowych przedsiębiorstw. Są one z reguły dwa razy droższe niż firmy prywatne. Tak samo przynoszą często straty, więc państwo zmuszone jest do nich dopłacać czy też je regularnie oddłużać. Jeżeli przynosi ono zyski, to wynika to z monopolistycznej pozycji na rynku. Tak to już jest. Prywatyzacja zatem stanowi konieczność. Im szybciej zostanie ona przeprowadzona, to tym lepiej tak naprawdę dla nas wszystkich.
Wypowiedź prezydenta RP należy zatem potraktować jak faux pas, podobnie jak w przypadku aborcji u trzynastolatki. (Podobną wpadkę ponad dwa lata temu zaliczyła jego żona). Czy zatem należy Kaczyńskich w ogóle rozpatrywać jako polityków prawicowych, narodowych konserwatystów - jak są postrzegani przez zachodnich komentatorów. To umiejscowienie Kaczyńskich na scenie politycznej wynika jednak z punktu siedzenia. Ponieważ owi komentatorzy znajdują się na lewo od nich, to będą postrzegali ich jako prawicowych. Rafał Aleksander Ziemkiewicz w Czasie wrzeszczących staruszków napisał, że reprezentują oni tak naprawdę lewicę laicką. Musieli tylko sobie wyszukać inny elektorat, co spowodowało stosowanie takiej narodowo-konserwatywnej maski. Można było w ten sposób zagospodarować powstałą niszę ekologiczną i jakoś trzymać się na tym politycznym Olimpie. W kontekście tego, co wyżej pisałem, należy się zastanowić, czy projekt Polski solidarnej jest prawicowy. W każdym razie na gruncie ekonomicznym tego nie można o nim powiedzieć.
W tym momencie ktoś mi może zarzucić, że popieram złodziejską prywatyzację w stylu KL-D i piekłoszczki Unii Demo-Wolności. Nie ważne jak, ważne żeby stało się prywatne. Uważam jednak inaczej. Prywatyzacja powinna odbywać się na międzynarodowych przetargach, na których przedsiębiorstwa byłyby sprzedawane za maksymalną możliwą cenę, jaką można za nie uzyskać. Osobiście nie chciałbym zatem, żeby się zajmowała obecna ekipa. Przypadek prywatyzacji stoczni w Gdynii i Szczecinie jest tutaj wystarczająco dobitny. Powołany powinien zostać specjalny urząd, który by się zajmował tego typu sprawami. Do tego określić należy okres jego działania, po którym wszystkie państwowe przedsiębiorstwa znajdą się w rękach prywatnych. Jak powinno się prywatyzować wielkie monopolistyczne molochy? W przypadku górnictwa należy rozbić obecne holdingi takie jak Kompania Węglowa czy Jastrzębski Koncern Węglowy, a następnie prywatyzować każdą kopalnię jako osobną spółkę. Podobnie należy poczynić w przypadku energetyki. PGE, Tauron, Energę, Eneę podzielić również należy na mniejsze. Pozwoli to zarobić więcej na ich prywatyzacji.
Prawica powinna dążyć do tego, aby państwo nie prowadziło działalności gospodarczej ani nie zajmowało się tak zwanymi funkcjami socjalnymi. Nazywanie klejnotami w koronie państwowych przedsiębiorstw zakrawa zatem na śmieszność.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Strategiczność, czyli jak się usprawiedliwia etatyzm
Jesteśmy przyzwyczajeni do stanu, kiedy państwo stało się molochem. Ten nas edukuje, leczy, ubezpiecza, zajmuje się opieką społeczną, istnieje szereg państwowych przedsiębiorstw. Ten stan rzeczy próbuje się na różne sposoby usprawiedliwiać. Mówi się, że gdyby państwo nie pełniło swoich socjalnych funkcji, to strach byłoby wysunąć nos poza próg swojego domu - taka bowiem miałaby być przestępczość. Czasem pojawiają się wizje nawet swoistych socjalistycznych rewolt, kiedy ludzie wręcz domagaliby się, aby państwo im pewne rzeczy zapewniło. To jest co najmniej dziwne. Jakoś w USA nie ma państwowych ubezpieczeń i nikt z tego powodu nie wychodzi na ulicy. Więcej, Amerykanie są niezadowoleni z tego, że Obama chce ich uraczyć bytem w typie NFZ. Istnieją jeszcze inne bardziej prozaiczne usprawiedliwienia rozbudowanych struktur państwa.
W dawnych czasach wyróżnikiem socjalizmu był stosunek do własności środków produkcji. Na początku dwudziestego stulecia w końcu socjalistą zostawało indywiduum, które twierdziło, iż państwo ma przejąć cały przemysł, bankowość et cetera. Tak też został socjalizm zdefiniowany w Interwencjonizmie von Misesa. Obecnie do wyrózników doszły państwowa szkoła, służba zdrowia, ubezpieczenia, opieka społeczna, regulacja stosunków pracy itd. Socjaliści śmiertelnie obawiają się nie tylko prywatyzacji tak zwanych funkcji socjalnych państwa, czyli szkolnictwa, lecznictwa, ubezpieczeń, ale również - co jest bardziej typowe - szeregu przedsiębiorstw. Abstrahuję już od tego, że oni chcieliby prawdopodobnie, żeby każdy jeden zakład produkcyjny był państwowy. Bawią się przy tej okazji w poszukiwanie różnych wytrychów, aby nie doprowadzić do prywatyzacji szeregu przedsiębiorstw. No i je odnajdują przy posłuchu znacznej części społeczeństwa. Chodzi tutaj o często podkreślaną strategiczność całych gałęzi gospodarki. Wymieniane są tutaj energetyka, górnictwo oraz - przynajmniej częściowo - przetwórstwo surowców, sektor obronny, bankowość, koleje, w naszych warunkach również głośno było o takim charakterze okrętownictwa. A nie jest to nic innego niż właśnie usprawiedliwianie etatyzmu i socjalizmu. Dlaczego?
Po pierwsze, jak mamy definiować, czym jest strategiczność i na jakiej zasadzie. Wykonać tutaj możemy taki eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że na jakiejś niewielkim państwie-wyspie znajduje się fabryka zabawek, która daje zatrudnienie znacznemu procentowi tamtejszych mieszkańców. Państwo ma w niej dominujące udziały. Czy mieszkańcy nie uznaliby takiego zakładu za strategiczny, ponieważ jest kołem zamachowym tamtejszej gospodarki? Pewnie tak. Więcej, zapewne tamtejsze elity polityczne nie chciałyby jej za bardzo prywatyzować, a pewne słowo na "p" nie mogło by przejść przez gardła tamtejszych związków zawodowych... Wracając jednak ad rem, możemy dojśc do wniosku, że za strategiczne może zostać uznane przedsiębiorstwo o znacznej wielkości dające zatrudnienie dużej rzeszy ludzi niezależnie od branży. Teoretycznie zatem mogłaby być to i fabryka zabawek, jak w powyższym eksperymencie myślowym. Prawdopodobnie był to również powód traktowania jako strategicznego przemysłu stoczniowego. Okrętownictwo dawało bowiem zatrudnienie ponad 100 tysiącom ludzi. Niektórzy dalej je traktują jako strategiczne. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko bowiem śmieciarzy chciało upaństwowić, ale również znacjonalizować stocznie. Strategiczność może również zależeć od widzi mi się władzy. Za rządów PiS Liga Polskich Rodzin chciała przeforsować ustawę, która pozwoliłaby znacjonalizować przedsiębiorstwo uznane przez rząd za strategiczne...
Z czego może wynikać również w niektórych przypadkach tropienie strategiczności? Pojawia się tutaj błąd powiązania etatyzmu z patriotyzmem. Te przedsiębiorstwa mają być "nasze", "polskie", więc dlaczego mamy je prywatyzować; przecież to dobro wspólne. O ile można u nacjonalistów dostrzec tutaj pewną konsekwencję, to dziwi coś takiego u progresywnych socjalistów, którzy Polskę jako taką mają głęboko w poważaniu i widzieliby ją jako fragment jakiegoś ponadnarodowego molocha. Ponieważ cały polityczny Olimp w Priwislanskim Kraju to socjaliści pobożni, bezbożni albo zupełnie bezideowi, to błąd powiązania etatyzmu z patriotyzmem jest bardzo szeroko rozpowszechniony w naszym społeczeństwie. W dodatku został on powielony przez ugrupowania określane w naszym kraju jako prawicowe, czyli między innymi PiS i LPR. Korzenie takiego błędnego rozumowania wywodzą się zresztą z PRL-u, kiedy to wielkość produkcji utożsamiano z patriotyzmem, straszono wielkim kapitałem, któremu miano na przykład nie oddawać kopalni (powołać się tutaj można na jeden z propagandowych plakatów z początków komunizmu w Polsce).
A teraz jak to jest ze strategicznością poszczególnych sektorów najczęściej za takie uznawane?
Na początek weźmy pod lupę energetykę. Tutaj mówi się na przykład o narodowym projekcie dotyczącym geotermii, żeby państwo postawiło ileś tam takich elektrowni i ciepłowni. Podstawowe pytanie: dlaczego ma to robić państwo? Czy tego lepiej i taniej nie zrobią podmioty prywatne. One przecież wybudują to w kilka lat, a państwo nie zrobi tego za kilkadziesiąt. Poza tym czy nie lepiej jest znieść koncesje na jakąś drobną energetykę, a koncesjonować dopiero molochy pokroju hydroelektrowni na rzekach? Oczywiście, że tak. Wówczas spadną ceny prądu. Obecnie w energetyce mamy de facto państwowy monopol, który może sobie je dowolnie podbijać. Gdyby elektrownie i ciepłownie były w rękach prywatnych, siłą rzeczy wymuszona zostałaby między nimi konkurencja. Ceny ciepła i prądu elektrycznego wówczas spadłyby. Należy tutaj również dodać, że wzrosłaby konkurencyjnośc przedsiębiorstw działających na terenie Polski na światowych rynkach.
Za inny strategiczny sektor uznawany jest zbrojeniowy. Mówi się, że armia czy policja musi mieć skądś broń. Tutaj wystarczy powołać się na historię. W drugiej połowie dziewiętnastego stulecia okazało się, że prywatne zakłady zbrojeniowe są tak wydajne, że zdecydowano się sprywatyzować państwowe manufaktury zajmujące się tego rodzaju działalnością. Więcej, te firmy potrafiły uzbroić armie, które potrafiły zwyciężać i dokonywać kolonialnych podbojów. Czy nie mogłoby być tak dzisiaj? Skończyć należy z anachronicznym przepisem z 1923 roku, że pierwszeństwo w uzbrajaniu armii mają przedsiębiorstwa państwowe. Dopuścić należy na rynek prywatnych wytwórców broni strzeleckiej czy sprzętu wojskowego, a wytwórcy, których właścicielem jest rząd, pójdą w niedługim czasie do prywatyzacji.
Przykład innego strategicznego sektora to górnictwo oraz część gałęzi przetwórczych z nim związana (hutnictwo, petrochemia, przemysł mineralny). Na przykładzie kopalni węgla kamiennego widać, jak to wszystko działa. Przyniosło to, póki co, gigantyczne długi. Swojego czasu sprowadzaliśmy węgiel z RPA, żeby mieć czym palić w elektrowniach. Sprawdza się tutaj stare przysłowie, że gdyby na Saharze panował komunizm, to musieliby importować piasek. Tak samo mówi się o wydobyciu ropy naftowej i gazu ziemnego z fliszu karpackiego, no i płacze się przy tym, dlaczego na przykład PGNiG tego nie robi. A przecież wystarczyłoby dokonać liberalizacji prawa geologicznego i górniczego, wówczas automatycznie znaleźliby się prywatni inwestorzy, którzy rozpoczęliby eksploatację. Znowu sprawdza się tutaj prawidłowość jak powyżej. Przy tej okazji wypada jeszcze wspomnieć o paliwach. Przecież tutaj wystarczy znieść koncesję na ich wyrób, no i to rozwiąże problem.
Bankowość... często się mówi tutaj o tym, że banki z innych krajów nie będą chciały dawać kredytów naszym przedsiębiorcom. A to jest oczywista nieprawda. Przeciez nikt przy zdrowych zmysłach nie podcina gałęzi, na której siedzi. Jaki jest interes w pozbawianiu siebie dodatkowych zysków. Inna sprawa, że przecież można by ułatwić zakładanie banków tak, aby każdy dysponujący jakimś określonym kapitałem początkowym po rejestracji przez NBP mógł taką działalność prowadzić. Dodam, że można by z tego obowiązku wyłączyć tak zwane SKOK-i, które bankami sensu stricte nie są.
Kolej też jest uważana za strategiczną. A przecież wystarczyłoby, żeby tylko tory jako element infrastruktury były własnością państwa, a cały tabor można by spokojnie sprywatyzować. Prywatni przewoźnicy płaciliby wówczas za użytkowanie torów. Cały system zacząłby wówczas działać lepiej i skuteczniej.
Powyżej dokonałem przeglądu branży uważanych za strategiczne. Okazuje się, że zniesienie części koncesji, licencji pozwoleń oraz liberalizacja części przepisów rozwiązałyby tego sprawy. Pojawia się tutaj jeszcze jeden problem. Jeżeli mamy pewną ilość państwowych przedsiębiorstw w wielu branżach, to ich ilośc ma tendencję do wzrostu. Następuje tutaj efekt kaskadowy i stopniowe staczanie się w coraz większą ingerencję państwa w gospodarkę. Poszczególne ekipy mogłyby coraz to nowe sektory uznawać za strategiczne aż w końcu całość przemysłowej produkcji oraz część gałęzi usługowych, które uprzednio były prywatne, mogłyby znaleźć się w rękach państwa. Strategicznośc to poza tym wymówka dla elit policznych, które chcą ustawiać swoich partyjnych kolegów w zarządach spółek Skarbu Państwa. W tym celu należy zatem postraszyć ludzi trochę bezpaństwowymi korporacjami. Mamy zatem do czynienia z typowym przykładem słomianego luda.
W dawnych czasach wyróżnikiem socjalizmu był stosunek do własności środków produkcji. Na początku dwudziestego stulecia w końcu socjalistą zostawało indywiduum, które twierdziło, iż państwo ma przejąć cały przemysł, bankowość et cetera. Tak też został socjalizm zdefiniowany w Interwencjonizmie von Misesa. Obecnie do wyrózników doszły państwowa szkoła, służba zdrowia, ubezpieczenia, opieka społeczna, regulacja stosunków pracy itd. Socjaliści śmiertelnie obawiają się nie tylko prywatyzacji tak zwanych funkcji socjalnych państwa, czyli szkolnictwa, lecznictwa, ubezpieczeń, ale również - co jest bardziej typowe - szeregu przedsiębiorstw. Abstrahuję już od tego, że oni chcieliby prawdopodobnie, żeby każdy jeden zakład produkcyjny był państwowy. Bawią się przy tej okazji w poszukiwanie różnych wytrychów, aby nie doprowadzić do prywatyzacji szeregu przedsiębiorstw. No i je odnajdują przy posłuchu znacznej części społeczeństwa. Chodzi tutaj o często podkreślaną strategiczność całych gałęzi gospodarki. Wymieniane są tutaj energetyka, górnictwo oraz - przynajmniej częściowo - przetwórstwo surowców, sektor obronny, bankowość, koleje, w naszych warunkach również głośno było o takim charakterze okrętownictwa. A nie jest to nic innego niż właśnie usprawiedliwianie etatyzmu i socjalizmu. Dlaczego?
Po pierwsze, jak mamy definiować, czym jest strategiczność i na jakiej zasadzie. Wykonać tutaj możemy taki eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że na jakiejś niewielkim państwie-wyspie znajduje się fabryka zabawek, która daje zatrudnienie znacznemu procentowi tamtejszych mieszkańców. Państwo ma w niej dominujące udziały. Czy mieszkańcy nie uznaliby takiego zakładu za strategiczny, ponieważ jest kołem zamachowym tamtejszej gospodarki? Pewnie tak. Więcej, zapewne tamtejsze elity polityczne nie chciałyby jej za bardzo prywatyzować, a pewne słowo na "p" nie mogło by przejść przez gardła tamtejszych związków zawodowych... Wracając jednak ad rem, możemy dojśc do wniosku, że za strategiczne może zostać uznane przedsiębiorstwo o znacznej wielkości dające zatrudnienie dużej rzeszy ludzi niezależnie od branży. Teoretycznie zatem mogłaby być to i fabryka zabawek, jak w powyższym eksperymencie myślowym. Prawdopodobnie był to również powód traktowania jako strategicznego przemysłu stoczniowego. Okrętownictwo dawało bowiem zatrudnienie ponad 100 tysiącom ludzi. Niektórzy dalej je traktują jako strategiczne. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko bowiem śmieciarzy chciało upaństwowić, ale również znacjonalizować stocznie. Strategiczność może również zależeć od widzi mi się władzy. Za rządów PiS Liga Polskich Rodzin chciała przeforsować ustawę, która pozwoliłaby znacjonalizować przedsiębiorstwo uznane przez rząd za strategiczne...
Z czego może wynikać również w niektórych przypadkach tropienie strategiczności? Pojawia się tutaj błąd powiązania etatyzmu z patriotyzmem. Te przedsiębiorstwa mają być "nasze", "polskie", więc dlaczego mamy je prywatyzować; przecież to dobro wspólne. O ile można u nacjonalistów dostrzec tutaj pewną konsekwencję, to dziwi coś takiego u progresywnych socjalistów, którzy Polskę jako taką mają głęboko w poważaniu i widzieliby ją jako fragment jakiegoś ponadnarodowego molocha. Ponieważ cały polityczny Olimp w Priwislanskim Kraju to socjaliści pobożni, bezbożni albo zupełnie bezideowi, to błąd powiązania etatyzmu z patriotyzmem jest bardzo szeroko rozpowszechniony w naszym społeczeństwie. W dodatku został on powielony przez ugrupowania określane w naszym kraju jako prawicowe, czyli między innymi PiS i LPR. Korzenie takiego błędnego rozumowania wywodzą się zresztą z PRL-u, kiedy to wielkość produkcji utożsamiano z patriotyzmem, straszono wielkim kapitałem, któremu miano na przykład nie oddawać kopalni (powołać się tutaj można na jeden z propagandowych plakatów z początków komunizmu w Polsce).
A teraz jak to jest ze strategicznością poszczególnych sektorów najczęściej za takie uznawane?
Na początek weźmy pod lupę energetykę. Tutaj mówi się na przykład o narodowym projekcie dotyczącym geotermii, żeby państwo postawiło ileś tam takich elektrowni i ciepłowni. Podstawowe pytanie: dlaczego ma to robić państwo? Czy tego lepiej i taniej nie zrobią podmioty prywatne. One przecież wybudują to w kilka lat, a państwo nie zrobi tego za kilkadziesiąt. Poza tym czy nie lepiej jest znieść koncesje na jakąś drobną energetykę, a koncesjonować dopiero molochy pokroju hydroelektrowni na rzekach? Oczywiście, że tak. Wówczas spadną ceny prądu. Obecnie w energetyce mamy de facto państwowy monopol, który może sobie je dowolnie podbijać. Gdyby elektrownie i ciepłownie były w rękach prywatnych, siłą rzeczy wymuszona zostałaby między nimi konkurencja. Ceny ciepła i prądu elektrycznego wówczas spadłyby. Należy tutaj również dodać, że wzrosłaby konkurencyjnośc przedsiębiorstw działających na terenie Polski na światowych rynkach.
Za inny strategiczny sektor uznawany jest zbrojeniowy. Mówi się, że armia czy policja musi mieć skądś broń. Tutaj wystarczy powołać się na historię. W drugiej połowie dziewiętnastego stulecia okazało się, że prywatne zakłady zbrojeniowe są tak wydajne, że zdecydowano się sprywatyzować państwowe manufaktury zajmujące się tego rodzaju działalnością. Więcej, te firmy potrafiły uzbroić armie, które potrafiły zwyciężać i dokonywać kolonialnych podbojów. Czy nie mogłoby być tak dzisiaj? Skończyć należy z anachronicznym przepisem z 1923 roku, że pierwszeństwo w uzbrajaniu armii mają przedsiębiorstwa państwowe. Dopuścić należy na rynek prywatnych wytwórców broni strzeleckiej czy sprzętu wojskowego, a wytwórcy, których właścicielem jest rząd, pójdą w niedługim czasie do prywatyzacji.
Przykład innego strategicznego sektora to górnictwo oraz część gałęzi przetwórczych z nim związana (hutnictwo, petrochemia, przemysł mineralny). Na przykładzie kopalni węgla kamiennego widać, jak to wszystko działa. Przyniosło to, póki co, gigantyczne długi. Swojego czasu sprowadzaliśmy węgiel z RPA, żeby mieć czym palić w elektrowniach. Sprawdza się tutaj stare przysłowie, że gdyby na Saharze panował komunizm, to musieliby importować piasek. Tak samo mówi się o wydobyciu ropy naftowej i gazu ziemnego z fliszu karpackiego, no i płacze się przy tym, dlaczego na przykład PGNiG tego nie robi. A przecież wystarczyłoby dokonać liberalizacji prawa geologicznego i górniczego, wówczas automatycznie znaleźliby się prywatni inwestorzy, którzy rozpoczęliby eksploatację. Znowu sprawdza się tutaj prawidłowość jak powyżej. Przy tej okazji wypada jeszcze wspomnieć o paliwach. Przecież tutaj wystarczy znieść koncesję na ich wyrób, no i to rozwiąże problem.
Bankowość... często się mówi tutaj o tym, że banki z innych krajów nie będą chciały dawać kredytów naszym przedsiębiorcom. A to jest oczywista nieprawda. Przeciez nikt przy zdrowych zmysłach nie podcina gałęzi, na której siedzi. Jaki jest interes w pozbawianiu siebie dodatkowych zysków. Inna sprawa, że przecież można by ułatwić zakładanie banków tak, aby każdy dysponujący jakimś określonym kapitałem początkowym po rejestracji przez NBP mógł taką działalność prowadzić. Dodam, że można by z tego obowiązku wyłączyć tak zwane SKOK-i, które bankami sensu stricte nie są.
Kolej też jest uważana za strategiczną. A przecież wystarczyłoby, żeby tylko tory jako element infrastruktury były własnością państwa, a cały tabor można by spokojnie sprywatyzować. Prywatni przewoźnicy płaciliby wówczas za użytkowanie torów. Cały system zacząłby wówczas działać lepiej i skuteczniej.
Powyżej dokonałem przeglądu branży uważanych za strategiczne. Okazuje się, że zniesienie części koncesji, licencji pozwoleń oraz liberalizacja części przepisów rozwiązałyby tego sprawy. Pojawia się tutaj jeszcze jeden problem. Jeżeli mamy pewną ilość państwowych przedsiębiorstw w wielu branżach, to ich ilośc ma tendencję do wzrostu. Następuje tutaj efekt kaskadowy i stopniowe staczanie się w coraz większą ingerencję państwa w gospodarkę. Poszczególne ekipy mogłyby coraz to nowe sektory uznawać za strategiczne aż w końcu całość przemysłowej produkcji oraz część gałęzi usługowych, które uprzednio były prywatne, mogłyby znaleźć się w rękach państwa. Strategicznośc to poza tym wymówka dla elit policznych, które chcą ustawiać swoich partyjnych kolegów w zarządach spółek Skarbu Państwa. W tym celu należy zatem postraszyć ludzi trochę bezpaństwowymi korporacjami. Mamy zatem do czynienia z typowym przykładem słomianego luda.
środa, 15 lipca 2009
"Limes inferior", bezpieczeństwo energetyczne i koncesje
Kiedy się patrzy na pewne rzeczy w naszym kraju, to przypomina się finał Limes inferior Janusza Zajdla. Tam okazało się, że cały bizantyński biurokratyzm na Ziemi to dzieło innej cywilizacji. Tak samo jest w Polsce. Obecne elity polityczne nie jest trudno posądzać o zwykłą głupotę. W wielu przypadkach nie trudno jednak dostrzec tutaj działalność obcych służb wywiadowczych. Przecież Rosja ma nadal tutaj wiele wtyczek i wiele rzeczy nie decyduje się w Warszawie, tylko na Kremlu i w Jaseniewie. My jesteśmy natomiast raczeni kukiełkowym teatrzykiem. Widać to na przykład dobrze na obszarze energetyki.
Mówi się dużo o bezpieczeństwie energetycznym naszego kraju. Na zachód od strefy Teysserye-Tornquista (TTZ) przebiegającej na ukos przez Polskę mamy bardzo potężne złoża wód geotermalnych. Pytanie jest: dlaczego nikt tego nie eksploatuje? Przecież można by bez większego problemu ogrzewać mieszkania czy też otrzymywać energię elektryczną? Więcej, zadbano już o to, żeby geotermia kojarzyła się z przedsięwzięciem o. Tadeusza Rydzyka, a zatem miała negatywne konotacje w oczach części naszego społeczeństwa.
Tutaj można udzielić odpowiedzi dwojakiej. Po pierwsze wielu myśli, że takimi rzeczami powinno się zająć państwo w ramach jakiegoś projektu strategicznego. Zatwardziali etatyści stwierdziliby jeszcze, że państwowe przedsiębiorstwo tego typu powinno mieć monopol na tego typu usługi. Po drugie mamy tak skonstruowane prawo - z jednej strony górnicze i geologiczne, a z drugiej energetyczne - że uzyskanie koncesji to walka ze wspomnianą wyżej bizantyńską biurokracją.
Jeśli jesteśmy przy tworzeniu państwowych przedsiębiorstw, musimy pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze, są one z reguły kilka razy mniej dochodowe niż firmy prywatne. Najczęściej zresztą przynoszą straty - popatrzmy tylko na górnictwo węgla kamiennego. Sektor gospodarki, który byłby kwitnący, gdyby znajdował się w rękach prywatnych, przynosi miliardowe straty. Tutaj mogłoby być podobnie. Powołany zostałby monopolistyczny moloch, który zadłużałby państwo na miliardy złotych i który musiałby być ciągle oddłużany. Ze względu na pozycję na rynku podbijałby również ceny energii - czy to elektrycznej, czy to cieplnej. Na etatyzmie nigdy się dobrze nie wychodzi, taki pomysł należy zatem odrzucić. Istnieje zdecydowanie prostsza metoda, która nie wymaga tworzenia kolejnej spółki Skarbu Państwa oraz użycia pieniędzy podatników.
W przypadku prawa geologicznego i górniczego oraz energetycznego należałoby dokonać ich liberalizacji. Więcej, należy znieść w ogóle koncesjonowanie energetyki w drobnej skali. To powinno dotyczyć "kolosów" typu na przykład hydroelektrownie czy inne olbrzymie obiekty. Obecnie mamy do czynienia z absurdami tego typu, że chłop stawia sobie na polu wiatrak, no i musi przesyłać wyprodukowany przez siebie prąd do elektrowni. Gdyby znieść koncesjonowanie energetyki małoskalowej, takie rzeczy przestałyby w ogóle mieć miejsce. Wówczas w wielu miejscach powstałyby drobne elektrownie geotermalne, które zaopatrywałyby w energię cieplną i elektryczną okolicznych mieszkańców. Zmalałyby wówczas również koszty przesyłania energii elektrycznej. Przy tej okazji należałoby sprywatyzować również sieci elektroenergetyczne oraz infrastrukturę ciepłowniczą; tutaj również koncesjonować dopiero od znacznych rozmiarów. Konkurencja zarówno na rynku wytwórców jak i dystrybutorów prądu elektrycznego doprowadziłaby do spadku jego ceny. Jaka byłaby następna konsekwencja tego zjawiska? Wzrosłaby konkurencyjność naszych przedsiębiorstw na światowych rynkach.
Jednym z pierwszych praw uchwalonych przez "aferałów" z KL-D i Unii Demo-Wolności było koncesjonowanie wytwarzania paliw. Od lat dwudziestych znany jest na przykład proces Fischera-Tropscha. A przecież teoretycznie kopalnia węgla kamiennego mogłaby obok siebie uruchomić taką instalację, no i uzyskiwać benzynę z czarnego złota. Wybudować się u nas mogłyby takie firmy jak południowoafrykański koncern petrochemiczny Sasol, który się taką działalnością zajmuje. Więcej wspomniana przeze mnie spółka nawet chciała w Polsce postawić fabrykę. Inna rzecz, są obecnie rozwijane techniki otrzymywania paliwa z atmosferycznego dwutlenku węgla. Wobec tego w ogóle paliwowa koncesja jest zbędna.
W tych przypadkach mamy do czynienia z bizantyńską biurokracją, która uniemożliwia szereg posunięć. Przecież gdyby nie ona, to i benzyna byłaby tańsza, także prąd i ciepło. Działałoby mnóstwo niewielkich elektrowni geotermalnych. Nie musielibyśmy się przejmować aż tak mocno Matuszką Rassiją. Czy zatem nie jest tak jak w powieści Zajdla? Nie tylko ze względu na brak sprawnie działających służb wywiadowczych oraz brak przeprowadzonej dekomunizacji można dojść do takich wniosków...
Mówi się dużo o bezpieczeństwie energetycznym naszego kraju. Na zachód od strefy Teysserye-Tornquista (TTZ) przebiegającej na ukos przez Polskę mamy bardzo potężne złoża wód geotermalnych. Pytanie jest: dlaczego nikt tego nie eksploatuje? Przecież można by bez większego problemu ogrzewać mieszkania czy też otrzymywać energię elektryczną? Więcej, zadbano już o to, żeby geotermia kojarzyła się z przedsięwzięciem o. Tadeusza Rydzyka, a zatem miała negatywne konotacje w oczach części naszego społeczeństwa.
Tutaj można udzielić odpowiedzi dwojakiej. Po pierwsze wielu myśli, że takimi rzeczami powinno się zająć państwo w ramach jakiegoś projektu strategicznego. Zatwardziali etatyści stwierdziliby jeszcze, że państwowe przedsiębiorstwo tego typu powinno mieć monopol na tego typu usługi. Po drugie mamy tak skonstruowane prawo - z jednej strony górnicze i geologiczne, a z drugiej energetyczne - że uzyskanie koncesji to walka ze wspomnianą wyżej bizantyńską biurokracją.
Jeśli jesteśmy przy tworzeniu państwowych przedsiębiorstw, musimy pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze, są one z reguły kilka razy mniej dochodowe niż firmy prywatne. Najczęściej zresztą przynoszą straty - popatrzmy tylko na górnictwo węgla kamiennego. Sektor gospodarki, który byłby kwitnący, gdyby znajdował się w rękach prywatnych, przynosi miliardowe straty. Tutaj mogłoby być podobnie. Powołany zostałby monopolistyczny moloch, który zadłużałby państwo na miliardy złotych i który musiałby być ciągle oddłużany. Ze względu na pozycję na rynku podbijałby również ceny energii - czy to elektrycznej, czy to cieplnej. Na etatyzmie nigdy się dobrze nie wychodzi, taki pomysł należy zatem odrzucić. Istnieje zdecydowanie prostsza metoda, która nie wymaga tworzenia kolejnej spółki Skarbu Państwa oraz użycia pieniędzy podatników.
W przypadku prawa geologicznego i górniczego oraz energetycznego należałoby dokonać ich liberalizacji. Więcej, należy znieść w ogóle koncesjonowanie energetyki w drobnej skali. To powinno dotyczyć "kolosów" typu na przykład hydroelektrownie czy inne olbrzymie obiekty. Obecnie mamy do czynienia z absurdami tego typu, że chłop stawia sobie na polu wiatrak, no i musi przesyłać wyprodukowany przez siebie prąd do elektrowni. Gdyby znieść koncesjonowanie energetyki małoskalowej, takie rzeczy przestałyby w ogóle mieć miejsce. Wówczas w wielu miejscach powstałyby drobne elektrownie geotermalne, które zaopatrywałyby w energię cieplną i elektryczną okolicznych mieszkańców. Zmalałyby wówczas również koszty przesyłania energii elektrycznej. Przy tej okazji należałoby sprywatyzować również sieci elektroenergetyczne oraz infrastrukturę ciepłowniczą; tutaj również koncesjonować dopiero od znacznych rozmiarów. Konkurencja zarówno na rynku wytwórców jak i dystrybutorów prądu elektrycznego doprowadziłaby do spadku jego ceny. Jaka byłaby następna konsekwencja tego zjawiska? Wzrosłaby konkurencyjność naszych przedsiębiorstw na światowych rynkach.
Jednym z pierwszych praw uchwalonych przez "aferałów" z KL-D i Unii Demo-Wolności było koncesjonowanie wytwarzania paliw. Od lat dwudziestych znany jest na przykład proces Fischera-Tropscha. A przecież teoretycznie kopalnia węgla kamiennego mogłaby obok siebie uruchomić taką instalację, no i uzyskiwać benzynę z czarnego złota. Wybudować się u nas mogłyby takie firmy jak południowoafrykański koncern petrochemiczny Sasol, który się taką działalnością zajmuje. Więcej wspomniana przeze mnie spółka nawet chciała w Polsce postawić fabrykę. Inna rzecz, są obecnie rozwijane techniki otrzymywania paliwa z atmosferycznego dwutlenku węgla. Wobec tego w ogóle paliwowa koncesja jest zbędna.
W tych przypadkach mamy do czynienia z bizantyńską biurokracją, która uniemożliwia szereg posunięć. Przecież gdyby nie ona, to i benzyna byłaby tańsza, także prąd i ciepło. Działałoby mnóstwo niewielkich elektrowni geotermalnych. Nie musielibyśmy się przejmować aż tak mocno Matuszką Rassiją. Czy zatem nie jest tak jak w powieści Zajdla? Nie tylko ze względu na brak sprawnie działających służb wywiadowczych oraz brak przeprowadzonej dekomunizacji można dojść do takich wniosków...
Etykiety:
bezpieczeństwo energetyczne,
biurokracja,
energetyka,
geotermia,
koncesje,
wolny rynek
środa, 1 lipca 2009
Potrzeba decentralizacji
Benjamin Disraeli miał kiedyś powiedzieć, iż centralizacja to zaraza. To jest również cecha wielu lewicowych rządów. Szereg rzeczy lepiej i skuteczniej zrealizują samorządy, które lepiej potrafią rozpoznać swoje potrzeby niż centralny rząd. Czy zmartwieniem władzy krajowej powinna być na przykład dziura w drodze w Pcimiu Dolnym? Czy to ona powinna decydować o rozstawianiu wszędzie fotoradarów?
Należy się tutaj zastanowić nad tym, jaki ma być zakres centralnego rządu. Wcześniej stworzyłem wizję minimalną, teraz postanowiłem pójść krok do przodu. Ministerstw powinno być cztery - Finansów, Spraw Zagranicznych, Obrony Narodowej, Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Administracji. Państwo powinno również ustalić szereg przepisów, które działać będą na terenie całego kraju, na przykład pewne zakazy natury obyczajowej, ustalić warunki funkcjonowania samorządów - jakie podatki na przykład mogą nakładać.
Przeprowadzić należałoby również rozsądną reformę samorządową. Moim zdaniem powiaty nie są potrzebne, doprowadziły one zresztą tylko do nadmiernego rozmnożenia się biurokracji. Powinny istnieć trzy jednostki samorządu terytorialnego - gminy, województwa i prowincje. Warszawa, Łódź i Trójmiasto powinny mieć status dystryktów. Utrzymywać je należy z podatku pogłównego o ustalanej co rok wysokości oraz niewielkich podatków obrotowych w wysokości 1-2% nakładanych na niektóre towary. (Rząd centralny powinien być utrzymywany tylko z jednego podatku 5-6% od każdej transakcji). Mamy kwestię prowincji - tutaj należałoby wyróżnić Małopolskę, Śląsk, Wielkopolskę, Mazowsze, Pomorze, Warmia i Mazury oraz Podlasie, czyli włącznie 7 dużych prowincji. Jakie powinny być natomiast kompetencje samorządów?
Samorządy powinny przejąć inicjatywę jeżeli chodzi o budowę infrastruktury - drogowej, kolejowej, kanałów żeglugowych. Rząd krajowy miałby się zajmować jedynie połączeniami między stolicami poszczególnych prowincji oraz dystryktami. Samorząd w tej dziedzinie potrafi lepiej rozpoznać potrzeby, gdzie potrzebuje jaką drogę wybudować. Zmartwieniem władzy centralnej nie powinna być wspomniana wyżej dziura w drodze w Pcimiu Dolnym, tylko o to powinna się troszczyć gmina. W przypadku większej arterii zajmować się tym winno województwo. Drogi szybkiego ruchu et consortes - to byłoby zadanie największej jednostki samorządu terytorialnego, czyli prowincji.
Innym zadaniem, które przeniósłbym na samorządy, to ochrona środowiska. Tutaj o normach środowiskowych decydować powinny największe jednostki, czyli prowincje. Do nich również należeć powinna decyzja o ustalaniu limitów połowów danych gatunków, rozmiarów ryb, gatunków chronionych czy o introdukcji tudzież reintrodukcji innych gatunków. Mam tu na myśli projekty od zarybiania jezior i rzek począwszy, a skończywszy na przykład na reintrodukcji niedźwiedzia brunatnego w Białowieży. Odpowiednie organy przy tych jednostkach samorządu terytorialnego wydawać również powinny licencje łowieckie. Czy takimi rzeczami powinny zajmować się centralne urzędy typu ministerstwa? Zdecentralizować należałoby również wydawanie koncesji geologicznych. Obecnie zajmuje się tym Departament Koncesji Geologicznych przy Ministerstwie Ochrony Środowiska. Jeżeli ktoś chce wybudować kopalnię, nie powinien iść do centralnego urzędu, tylko należałoby to załatwić na poziomie województwa. Tak samo rozwiązana powinna być kwestia budowli hydrotechnicznych.
Poza tym decentralizacji powinny ulec służby - geologiczna, hydrologiczna i meteorologiczna. Organy na poziomie samorządów zdecydowanie wydajniej wykonywałyby na przykład mapy geologiczne danych obszarów, poszukiwałyby złóż surowców mineralnych czy wód podziemnych (na potrzeby wodociągów miejskich czy energetyki). Tak samo o wiele lepiej działałby organ analizujący stany wód na rzece koordynowany przez władzę lokalną niż centralną.
Po tych zmianach takie resorty jak ochrony środowiska czy infrastruktury można by rozwiązać, pozostawiając niewielki departament w Ministerstwie Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Administracji. Ewentualnie wystarczyłoby tutaj jeszcze kilka normatywnych ustaw.
Naszym zmartwieniem są przepisy ruchu drogowego. Czy one też powinny być ustalane centralnie? Moim zdaniem od decydowania o granicznej prędkości w danym mieście są jego władze. To zależeć powinno od siatki ulic. Pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, które jest obecnie jest centralnie zarządzone, w dużych metropoliach w ogóle się nie sprawdza, prowadząc do notorycznego zakorkowania. Tyle to może sobie ustalić jakaś niewielka spokojna mieścina, a nie miasto takie jak Warszawa czy Kraków. O rozstawianiu fotoradarów powinny decydować również władze samorządowe, podobnie jak w przypadku ograniczeń prędkości. Mamy teraz inną drażliwą kwestię - czyli graniczna ilość alkoholu w wydychanym powietrzu. Tutaj też powinny decydować organy, ale na poziomie największych istniejących jednostek samorządu terytorialnego - również, czy stosują promile, czy inne kryteria, jak na przykład przejście prosto dziesięciu metrów czy dotknięcie palcem wskazującym nosa.
Co jeszcze można by zdecentralizować? Pisałem wyżej o reglamentowaniu działalności gospodarczej. Centralne organy powinny czynić to tylko w przypadku dwóch rodzajów działalności - energetyka atomowa oraz wielkoskalowa produkcja zbrojeniowa. Na elektroenergetykę wytwórczą innego typu niż atomistyka oraz sieci elektroenergetyczne zezwolenie wydawać powinien urząd przy prowincji. Na ciepłownie czy elektrociepłownie spokojnie może wydawać województwo. Nie wspominam już o takich sytuacjach, co rolnik na polu stawia sobie wiatrak i w ten sposób uzyskuje energię na swój użytek - to moim zdaniem w ogóle nie wymaga żadnej reglamentacji. Wszystko zatem zależałoby od skali danego przedsięwzięcia. Na poziomie województwa również powinna być przeprowadzana reglamentacja produkcji leków psychotropowych i/lub narkotycznych (jak już wcześniej zaznaczałem produkcja np. witaminy C czy jakiś preparatów ziołowych typu Alveo nie powinna w ogóle być reglamentowana). Kiedyś tam pisałem, że jedynym dokumentem, jakie państwo powinno wydawać, to paszport uzyskany w momencie uzyskania dorosłości. Tutaj wszystko zostałoby załatwione na poziomie gminy.
Czy centralna władza ma decydować, jak długi ma być tydzień pracy, czy pięć czy sześć dni. Moim zdaniem spokojnie można by to rozwiązać na poziomie prowincji. Tak samo należałoby rozwiązać kwestie wakacji - bo czy w całym kraju rok szkolny ma się zaczynać i kończyć w tym samym czasie?
Osobiście pewne rzeczy zdecentralizowałbym aż do poziomu podstawowej komórki społecznej - mam tu na myśli edukację, szczepienia, ustalanie dorosłości oraz zdatności do pożycia płciowego. Wyjaśniałem to w szeregu swoich wcześniejszych tekstów. Gdyby połączyć decentralizację taką jak wyżej z prywatyzacją znacznej części sektora publicznego, to rząd centralny wieloma rzeczami nie musiałby w ogóle się zajmować. Obecnie jednak mało prawdopodobne, żeby jakakolwiek władza w Priwislanskim Kraju czegoś takiego dokonała.
Należy się tutaj zastanowić nad tym, jaki ma być zakres centralnego rządu. Wcześniej stworzyłem wizję minimalną, teraz postanowiłem pójść krok do przodu. Ministerstw powinno być cztery - Finansów, Spraw Zagranicznych, Obrony Narodowej, Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Administracji. Państwo powinno również ustalić szereg przepisów, które działać będą na terenie całego kraju, na przykład pewne zakazy natury obyczajowej, ustalić warunki funkcjonowania samorządów - jakie podatki na przykład mogą nakładać.
Przeprowadzić należałoby również rozsądną reformę samorządową. Moim zdaniem powiaty nie są potrzebne, doprowadziły one zresztą tylko do nadmiernego rozmnożenia się biurokracji. Powinny istnieć trzy jednostki samorządu terytorialnego - gminy, województwa i prowincje. Warszawa, Łódź i Trójmiasto powinny mieć status dystryktów. Utrzymywać je należy z podatku pogłównego o ustalanej co rok wysokości oraz niewielkich podatków obrotowych w wysokości 1-2% nakładanych na niektóre towary. (Rząd centralny powinien być utrzymywany tylko z jednego podatku 5-6% od każdej transakcji). Mamy kwestię prowincji - tutaj należałoby wyróżnić Małopolskę, Śląsk, Wielkopolskę, Mazowsze, Pomorze, Warmia i Mazury oraz Podlasie, czyli włącznie 7 dużych prowincji. Jakie powinny być natomiast kompetencje samorządów?
Samorządy powinny przejąć inicjatywę jeżeli chodzi o budowę infrastruktury - drogowej, kolejowej, kanałów żeglugowych. Rząd krajowy miałby się zajmować jedynie połączeniami między stolicami poszczególnych prowincji oraz dystryktami. Samorząd w tej dziedzinie potrafi lepiej rozpoznać potrzeby, gdzie potrzebuje jaką drogę wybudować. Zmartwieniem władzy centralnej nie powinna być wspomniana wyżej dziura w drodze w Pcimiu Dolnym, tylko o to powinna się troszczyć gmina. W przypadku większej arterii zajmować się tym winno województwo. Drogi szybkiego ruchu et consortes - to byłoby zadanie największej jednostki samorządu terytorialnego, czyli prowincji.
Innym zadaniem, które przeniósłbym na samorządy, to ochrona środowiska. Tutaj o normach środowiskowych decydować powinny największe jednostki, czyli prowincje. Do nich również należeć powinna decyzja o ustalaniu limitów połowów danych gatunków, rozmiarów ryb, gatunków chronionych czy o introdukcji tudzież reintrodukcji innych gatunków. Mam tu na myśli projekty od zarybiania jezior i rzek począwszy, a skończywszy na przykład na reintrodukcji niedźwiedzia brunatnego w Białowieży. Odpowiednie organy przy tych jednostkach samorządu terytorialnego wydawać również powinny licencje łowieckie. Czy takimi rzeczami powinny zajmować się centralne urzędy typu ministerstwa? Zdecentralizować należałoby również wydawanie koncesji geologicznych. Obecnie zajmuje się tym Departament Koncesji Geologicznych przy Ministerstwie Ochrony Środowiska. Jeżeli ktoś chce wybudować kopalnię, nie powinien iść do centralnego urzędu, tylko należałoby to załatwić na poziomie województwa. Tak samo rozwiązana powinna być kwestia budowli hydrotechnicznych.
Poza tym decentralizacji powinny ulec służby - geologiczna, hydrologiczna i meteorologiczna. Organy na poziomie samorządów zdecydowanie wydajniej wykonywałyby na przykład mapy geologiczne danych obszarów, poszukiwałyby złóż surowców mineralnych czy wód podziemnych (na potrzeby wodociągów miejskich czy energetyki). Tak samo o wiele lepiej działałby organ analizujący stany wód na rzece koordynowany przez władzę lokalną niż centralną.
Po tych zmianach takie resorty jak ochrony środowiska czy infrastruktury można by rozwiązać, pozostawiając niewielki departament w Ministerstwie Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Administracji. Ewentualnie wystarczyłoby tutaj jeszcze kilka normatywnych ustaw.
Naszym zmartwieniem są przepisy ruchu drogowego. Czy one też powinny być ustalane centralnie? Moim zdaniem od decydowania o granicznej prędkości w danym mieście są jego władze. To zależeć powinno od siatki ulic. Pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, które jest obecnie jest centralnie zarządzone, w dużych metropoliach w ogóle się nie sprawdza, prowadząc do notorycznego zakorkowania. Tyle to może sobie ustalić jakaś niewielka spokojna mieścina, a nie miasto takie jak Warszawa czy Kraków. O rozstawianiu fotoradarów powinny decydować również władze samorządowe, podobnie jak w przypadku ograniczeń prędkości. Mamy teraz inną drażliwą kwestię - czyli graniczna ilość alkoholu w wydychanym powietrzu. Tutaj też powinny decydować organy, ale na poziomie największych istniejących jednostek samorządu terytorialnego - również, czy stosują promile, czy inne kryteria, jak na przykład przejście prosto dziesięciu metrów czy dotknięcie palcem wskazującym nosa.
Co jeszcze można by zdecentralizować? Pisałem wyżej o reglamentowaniu działalności gospodarczej. Centralne organy powinny czynić to tylko w przypadku dwóch rodzajów działalności - energetyka atomowa oraz wielkoskalowa produkcja zbrojeniowa. Na elektroenergetykę wytwórczą innego typu niż atomistyka oraz sieci elektroenergetyczne zezwolenie wydawać powinien urząd przy prowincji. Na ciepłownie czy elektrociepłownie spokojnie może wydawać województwo. Nie wspominam już o takich sytuacjach, co rolnik na polu stawia sobie wiatrak i w ten sposób uzyskuje energię na swój użytek - to moim zdaniem w ogóle nie wymaga żadnej reglamentacji. Wszystko zatem zależałoby od skali danego przedsięwzięcia. Na poziomie województwa również powinna być przeprowadzana reglamentacja produkcji leków psychotropowych i/lub narkotycznych (jak już wcześniej zaznaczałem produkcja np. witaminy C czy jakiś preparatów ziołowych typu Alveo nie powinna w ogóle być reglamentowana). Kiedyś tam pisałem, że jedynym dokumentem, jakie państwo powinno wydawać, to paszport uzyskany w momencie uzyskania dorosłości. Tutaj wszystko zostałoby załatwione na poziomie gminy.
Czy centralna władza ma decydować, jak długi ma być tydzień pracy, czy pięć czy sześć dni. Moim zdaniem spokojnie można by to rozwiązać na poziomie prowincji. Tak samo należałoby rozwiązać kwestie wakacji - bo czy w całym kraju rok szkolny ma się zaczynać i kończyć w tym samym czasie?
Osobiście pewne rzeczy zdecentralizowałbym aż do poziomu podstawowej komórki społecznej - mam tu na myśli edukację, szczepienia, ustalanie dorosłości oraz zdatności do pożycia płciowego. Wyjaśniałem to w szeregu swoich wcześniejszych tekstów. Gdyby połączyć decentralizację taką jak wyżej z prywatyzacją znacznej części sektora publicznego, to rząd centralny wieloma rzeczami nie musiałby w ogóle się zajmować. Obecnie jednak mało prawdopodobne, żeby jakakolwiek władza w Priwislanskim Kraju czegoś takiego dokonała.
poniedziałek, 28 lipca 2008
Kwestia bezpieczeństwa energetycznego
Wiele mówi się o tym, że jesteśmy energetycznie uzależnieni od Rosji. W zasadzie od widzimisię zarządu Gazpromu, a ponieważ jest to firma państwowa, to również zarządców Kremla, zależy, czy nam zakręcą kurek, czy też nie. A w razie czego, to oni mogą się na coś takiego zdecydować, aby nas zdyscyplinować, jeżeli nie będziemy tańczyć tak, jak oni nam zagrają. Tego typu próby były już czynione w przypadku Ukrainy. Co więcej, na Kremlu, a zapewne w Centrali na Łubiance, powstał plan pozbycia się Łukaszenki ze względu na jego zbyt wielką samodzielność i megalomanię. Oczywiście, będzie polegał on na zakręceniu kurka, a wtedy inny kandydat wyznaczony przez Moskwę zacznie rządzić w Mińsku. Powinniśmy zdawać sobie sprawę z możliwości energetycznego szantażu. Co więcej, Gazprom oraz inne firmy rosyjskie zajmujące się wydobyciem gazu i ropy planują stworzyć kartel razem z wydobywczymi korporacjami z tej branży z krajów arabskich, ażeby w razie czego móc całej Europie podkręcić kurek. Co to oznacza? Teoretycznie Rosja jest w stanie uzależnić od siebie całą Europę, jakby się jej tak zachciało i sterować zza pleców polityką każdego jednego państwa znajdującego się na terenie Europy kontynentalnej (może z wyjątkiem Norwegii, która ma swoje złoża). A co to dla nas oznacza? Mianowicie, jeżeli jakaś władza u nas Rosji się nie spodoba, to będzie można zakręcić nam kurek, a przez to doprowadzić do znacznych niepokojów społecznych, które doprowadzą do jej kompromitacji, a w efekcie zniknięcia ze sceny politycznej. I to nie leży tylko i wyłącznie w sferze teoretycznych rozważań.
Jakkolwiek jestem śmiertelnym wrogiem etatyzmu, w takiej sytuacji muszę poczynić pewne ustępstwa. Polska nie jest takim krajem jak Singapur, w którym nic nie ma. A niestety, świat nie jest taki dziecinnie prosty, jak się niektórym może wydawać. Mogę sobie być wrogiem przymusu szkolnego, państwowej służby zdrowia, konieczności ubezpieczania się, przerostu fiskalizmu et cetera, bo tego być nie powinno - z punktu widzenia państwa są ważniejsze rzeczy - ale trzeba również patrzeć na kwestie niezależności i niepodległości Polski. Można twierdzić, podobnie jak Janusz Korwin-Mikke, że pieniądz nie ma narodowości. Lecz czy w takim razie pozwoli, abyśmy się de novo stali rosyjskim satelitą i to takim sensu stricto? To już przerabialiśmy w okresie istnienia komunizmu w Polsce. Oczywiście takiemu Wielomskiemu tego typu wariant bardzo by się podobał, sam nawet kiedyś tego typu sojusz wilka z owcą proponował. A tak będzie, jeśli nie zadbamy należycie o swoje bezpieczeństwo energetyczne.
Na czym to ma polegać? Istnieją pewne przedsiębiorstwa strategiczne, których nie powinno się prywatyzować. Chodzi tutaj o branżę wydobywczą, energetyczną i zbrojeniową. Wszystkie inne gałęzie przemysłu spokojnie można sprywatyzować, tak samo jak wiele sektorów gospodarki. Państwowe powinny być armia, policja, po części sądownictwo (można wprowadzić prywatne sądy arbitrażowe), część więzień, ochrona środowiska, no i te strategiczne przedsiębiorstwa, jakie wyżej wymieniłem. Cała reszta niech sobie będzie prywatna. A z jakich przyczyn proponuję właśnie taki układ?
Po pierwsze sami mamy u siebie na Podkarpaciu takie złoża ropy naftowej i gazu ziemnego, jakie by nam wystarczyły na ponad sto lat. Tak więc teoretycznie już w tym momencie jesteśmy niezależni od Rosji czy innych dostawców ciekłych kopalin na stosunkowo długi okres czasu. Z punktu widzenia zagranicznej polityki to bardzo dużo daje, ponieważ Rosja traci w sumie najważniejszy argument w dyskusji. W tym momencie, jeżeli rozpoczęlibyśmy eksploatację tych złóż, to oni kurek mogą sobie zakręcać Białorusi, Ukrainie, krajom bałtyckim czy Niemcom, ale nie nam. Stalibyśmy się od nich praktycznie niezależni.
Z drugiej strony z węgla można wyrabiać benzynę syntetyczną. Prace nad upłynnianiem węgla rozpoczęto w latach dwudziestych zeszłego wieku, ponieważ ów kraj został odcięty po pierwszej wojnie światowej od źródeł ropy naftowej. Pierwszy proces upłynniania został wynaleziony przez Fischera i Tropscha z Kaiser-Wilhelm-Institut. Składa się on z trzech etapów - wytwarzania i przygotowywania gazu syntezowego, konwersji gazu syntezowego do węglowodorów alifatycznych i wody oraz przygotowania i obróbki (krakingu, izomeryzacji) do porządanych produktów. Wykorzystuje się katalizatory oparte na tlenkach kobaltu oraz żelaza. Inny sposób to metoda Bergiusa. Proces ten pozwala węgiel zawarty w surowcu przeprowadzić w 97% w benzynę syntetyczną. A teraz, a gdyby otrzymywać paliwo z węgla, to można ograniczyć wydobycie ropy naftowej, a przez to złoża wystarczą na jeszcze dłużej. Wówczas niezależność energetyczną mamy jak w banku.
Teraz dochodzą jeszcze kwestię energetyki. Proponuję postawić na elektrownie geotermalne i atomowe. Wówczas węgiel można by w znacznej części przeznaczać na produkcję paliwa. Atom ma jeszcze jedną zaletę, ponieważ można by wyposażyć się w arsenał nuklearny. Wtedy to już inaczej z nami cały świat będzie rozmawiał, ponieważ zostaną zmuszeni do uznania nas za regionalne mocarstwo. A nadwyżki energii elektrycznej produkowane przez nas można by za grube miliardy sprzedawać za granicę.
Niestety, do tej pory żadna władza w Polsce nie zastanawiała się nad tego typu możliwościami. A takie my posiadamy! W Polsce rządzą niestety albo skończeni idioci, albo sługusy obcych wywiadów. Prawda zazwyczaj leży po środku, tak więc mamy zapewne pierwszych, jak i drugich. Nic nie wskazuje na to, żeby w naszym kraju ktoś zaczął myśleć na poważne o energetycznym zabezpieczeniu. Chyba w Polsce naprawdę potrzebna jest jakaś forma prawicowego autorytaryzmu, ale nie taka która doprowadzi do uzależnienia nas od neokomunistycznej Rosji. Wielomski czy Korwin-Mikke zatem odpodają, ponieważ ich wizje są nazbyt uproszczone, a przez to naiwne, a oni sami nie zdają sobie sprawy, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat mogliby wciągnąć nas w ciężkie tarapaty. Pytanie o normalną władzę w Priwislanskim Kraju pozostaje zatem bez odpowiedzi.
Jakkolwiek jestem śmiertelnym wrogiem etatyzmu, w takiej sytuacji muszę poczynić pewne ustępstwa. Polska nie jest takim krajem jak Singapur, w którym nic nie ma. A niestety, świat nie jest taki dziecinnie prosty, jak się niektórym może wydawać. Mogę sobie być wrogiem przymusu szkolnego, państwowej służby zdrowia, konieczności ubezpieczania się, przerostu fiskalizmu et cetera, bo tego być nie powinno - z punktu widzenia państwa są ważniejsze rzeczy - ale trzeba również patrzeć na kwestie niezależności i niepodległości Polski. Można twierdzić, podobnie jak Janusz Korwin-Mikke, że pieniądz nie ma narodowości. Lecz czy w takim razie pozwoli, abyśmy się de novo stali rosyjskim satelitą i to takim sensu stricto? To już przerabialiśmy w okresie istnienia komunizmu w Polsce. Oczywiście takiemu Wielomskiemu tego typu wariant bardzo by się podobał, sam nawet kiedyś tego typu sojusz wilka z owcą proponował. A tak będzie, jeśli nie zadbamy należycie o swoje bezpieczeństwo energetyczne.
Na czym to ma polegać? Istnieją pewne przedsiębiorstwa strategiczne, których nie powinno się prywatyzować. Chodzi tutaj o branżę wydobywczą, energetyczną i zbrojeniową. Wszystkie inne gałęzie przemysłu spokojnie można sprywatyzować, tak samo jak wiele sektorów gospodarki. Państwowe powinny być armia, policja, po części sądownictwo (można wprowadzić prywatne sądy arbitrażowe), część więzień, ochrona środowiska, no i te strategiczne przedsiębiorstwa, jakie wyżej wymieniłem. Cała reszta niech sobie będzie prywatna. A z jakich przyczyn proponuję właśnie taki układ?
Po pierwsze sami mamy u siebie na Podkarpaciu takie złoża ropy naftowej i gazu ziemnego, jakie by nam wystarczyły na ponad sto lat. Tak więc teoretycznie już w tym momencie jesteśmy niezależni od Rosji czy innych dostawców ciekłych kopalin na stosunkowo długi okres czasu. Z punktu widzenia zagranicznej polityki to bardzo dużo daje, ponieważ Rosja traci w sumie najważniejszy argument w dyskusji. W tym momencie, jeżeli rozpoczęlibyśmy eksploatację tych złóż, to oni kurek mogą sobie zakręcać Białorusi, Ukrainie, krajom bałtyckim czy Niemcom, ale nie nam. Stalibyśmy się od nich praktycznie niezależni.
Z drugiej strony z węgla można wyrabiać benzynę syntetyczną. Prace nad upłynnianiem węgla rozpoczęto w latach dwudziestych zeszłego wieku, ponieważ ów kraj został odcięty po pierwszej wojnie światowej od źródeł ropy naftowej. Pierwszy proces upłynniania został wynaleziony przez Fischera i Tropscha z Kaiser-Wilhelm-Institut. Składa się on z trzech etapów - wytwarzania i przygotowywania gazu syntezowego, konwersji gazu syntezowego do węglowodorów alifatycznych i wody oraz przygotowania i obróbki (krakingu, izomeryzacji) do porządanych produktów. Wykorzystuje się katalizatory oparte na tlenkach kobaltu oraz żelaza. Inny sposób to metoda Bergiusa. Proces ten pozwala węgiel zawarty w surowcu przeprowadzić w 97% w benzynę syntetyczną. A teraz, a gdyby otrzymywać paliwo z węgla, to można ograniczyć wydobycie ropy naftowej, a przez to złoża wystarczą na jeszcze dłużej. Wówczas niezależność energetyczną mamy jak w banku.
Teraz dochodzą jeszcze kwestię energetyki. Proponuję postawić na elektrownie geotermalne i atomowe. Wówczas węgiel można by w znacznej części przeznaczać na produkcję paliwa. Atom ma jeszcze jedną zaletę, ponieważ można by wyposażyć się w arsenał nuklearny. Wtedy to już inaczej z nami cały świat będzie rozmawiał, ponieważ zostaną zmuszeni do uznania nas za regionalne mocarstwo. A nadwyżki energii elektrycznej produkowane przez nas można by za grube miliardy sprzedawać za granicę.
Niestety, do tej pory żadna władza w Polsce nie zastanawiała się nad tego typu możliwościami. A takie my posiadamy! W Polsce rządzą niestety albo skończeni idioci, albo sługusy obcych wywiadów. Prawda zazwyczaj leży po środku, tak więc mamy zapewne pierwszych, jak i drugich. Nic nie wskazuje na to, żeby w naszym kraju ktoś zaczął myśleć na poważne o energetycznym zabezpieczeniu. Chyba w Polsce naprawdę potrzebna jest jakaś forma prawicowego autorytaryzmu, ale nie taka która doprowadzi do uzależnienia nas od neokomunistycznej Rosji. Wielomski czy Korwin-Mikke zatem odpodają, ponieważ ich wizje są nazbyt uproszczone, a przez to naiwne, a oni sami nie zdają sobie sprawy, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat mogliby wciągnąć nas w ciężkie tarapaty. Pytanie o normalną władzę w Priwislanskim Kraju pozostaje zatem bez odpowiedzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)