Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawne buble. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawne buble. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lipca 2009

Otchłań, matury i polskie szkolnictwo

Do dzisiejszego dnia pamiętam fragment Grobu Agamemnona "papugą byłaś i pawiem narodów". Mowa, rzecz oczywista, o Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Okazuje się, że ciągle popełniamy jeden podstawowy błąd. Mamy jakiś dziwny kompleks niższości wobec nacji zamieszkujących zachodnią Europę - to, że jest całkowicie nieuzasadniony, stanowi temat na inny tekst. Staramy się wobec tego we wszystkim małpować Zachód, nie patrząc na to, czy to jest dobre, czy złe.

Jedną z takich dziedzin jest szkolnictwo. Osobiście uważam, że państwo nie powinno się tym zajmować. Jedyną rzeczą, do której powinno się ograniczyć, to weryfikacja dyplomów ukończenia poszczególnych etapów edukacji. Mamy jednak ten siermiężny socjalizm, który żeby obalić, należałoby dokonać puczu. W warunkach demokratycznych nie jesteśmy w stanie wiele w tej dziedzinie zrobić. Sprywatyzowanie jakiejś fabryki to jest nic w porównaniu ze zrobieniem tego samego w przypadku szkoły albo uczelni. Tyle wstępu. Różni dziwni ludzie próbowali polską szkołę upodabniać na siłę do zachodniej. Mam tutaj na myśli niesławnych Wittbrodta, Handkego czy Łybacką. Po przejściu wyżej wymienionych przez szkolnictwo został krajobraz nędzy i rozpaczy. To wszystko powoli zmierza ku otchłani...

Przenieśli na przykład na polski grunt gimnazjum, nie patrząc w ogóle na rozwiązania w innych państwach. W Niemczech jest na przykład kilka kategorii, z czego tylko po jednej z nich - Realgymnasium - można uzyskać maturę, a po innych idzie się normalnie do zawodu. Na naszym rodzimym gruncie skutki były opłakane. Stłoczono mianowicie młodzież w najbardziej kłopotliwym wieku na jednym etapie kształcenia. Wzrosła ilość problemów pedagogicznych oraz wręcz o charakterze kryminalnym. Obniżono znacząco poziom edukacji, usuwając w ogóle z programu szereg treści zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Jednym słowem, gimnazjum okazało się być niewypałem. Normalnie prawne buble powinno się eliminować. W Polsce mamy jednak taką władzę, która stara się je pogłębiać. Ostatnio usłyszałem na przykład, że wzory skróconego mnożenia zostały przeniesione do liceum.

Innym nieciekawym wynalazkiem są centralne egzaminy. Sama idea nie jest zła, gorzej jest z jej realizacją. Przecież egzaminy w tej formie preferują najbardziej przeciętnych! Mamy tutaj do czynienia z klasyczną formą doboru stabilizującego. Tutaj nie poradzi sobie zarówno osoba grubo poniżej przeciętnej, jak również problemy będzie miał osobnik o ponadprzeciętnej wiedzy i inteligencji. Przecież ten ostatni dostrzeże na przykład nieścisłości w szeregu pytań, będą mu pasowały dwie odpowiedzi, nie daj Boże sobie na maturze z fizyki coś scałkuje (był taki przypadek, że rozwiązanie preferowane przez klucz było błędne i żeby uzyskać dobry wynik, należało właśnie całkę policzyć). No i co zrobi egzaminator. Ten zajrzy do klucza, no i ponieważ człek mądrzejszy niż ustawa przewiduje, to należy go puścić w skarpetkach, jakby był skończonym matołem. Później ów delikwent idzie na rozdanie świadectw maturalnych zadowolony, że wszystko jest w porządku. Wychowawca wręcza mu ten papierek, a jemu następnie mięknie dziób. Zaskoczony jest, iż poszło tak słabo. Co to wszystko oznacza? Te wszystkie testowe egzaminy są odmóżdżające, nie rozwijają żadnego twórczego myślenia, tylko nakazują wszędzie dopasowywać się do schematów. Potem na wyższych uczelniach jest utyskiwanie, że kogo to oni przyjęli w swoje progi. Słyszałem kiedyś o pewnym przypadku studenta, który napisał na kolokwium z zoologii, że owady dzielą się na "latale, fruwale i pełzale", zamiast na Apterygogenea (pierwotnie bezskrzydłe) i Pterygogenea (pierwotnie uskrzydlone). Taki przypadek to jest jeszcze nic. Wykładowcy czy prowadzący ćwiczenia twierdzą wręcz, że około 70% studentów to są funkcjonalni analfabeci. I nic dziwnego, że coraz więcej jest głosów, że na studia przywrócić należy egzaminy wstępne.

W tym roku matury nie zdało 21% populacji. Jakiś urzędnik z CKE twierdził, że to rzecz normalna, że jedna piąta maturzystów nie nadaje się na studia wyższe. Moim zdaniem to trend liniowy - przecież co rok zdawalność tego egzaminu była coraz mniejsza. Jeszcze jak w przyszłym roku zrobią obowiązkową maturę z matematyki to będzie jak we Francji. Tam matury nie zdaje 50% do niej podchodzących.

W dodatku całe szkolnictwo nastawiło się na robienie tego, co jest na "testach". Wówczas treści programowe rzadko się trafiające na nich są traktowane po macoszemu. Prowadzi to następnie do ich usunięcia z programów nauczania. W dodatku poziom centralnych egzaminów jest coraz niższy. Organy odpowiedzialne za ich przygotowanie powinny raczej asymptotycznie zwiększać ich trudność. Nie ukrywam, że również zmienić się powinno formułę tychże centralnych egzaminów. Nie ma bowiem, jak ustna odpowiedź przed komisją. Tylko z języków należałoby zachować egzaminy pisemne - ale nie jakieś tam czytanie ze zrozumieniem. Powinno się dostać do napisania jakiś duży esej wymagający pewnej wiedzy. W przypadku języka obcego w przypadku rozumienia ze słuchu należałoby zastosować szereg pytań otwartych. No i problem rozwiązany. Te egzaminy centralne powinno się uprościć. W obecnej sytuacji wystarczyłaby matematyka, język polski oraz jeden przedmiot do wyboru. Wówczas egzaminy trwałyby dużo krócej, również zmniejszyłby się czas ich sprawdzania. Więcej, powinny one tylko kończyć dany etap edukacji. Na studia na przykład - jak dawniej - powinny być egzaminy wstępne.

Ceterum censeo, gimnazjum należy oczywiście znieść. Szkołę podstawową proponowałbym przywrócić jako siedmiolatkę. Szkoła średnia trwać winna 4 lata. Pozwoli to również skrócić okres edukacji z dwunastu do jedenastu lat. Do tego program powinien być wzmocniony.

Tylko, że czy ktoś to będzie w stanie w naszym kraju przeprowadzić. W warunkach demokratycznych dałoby się to przeprowadzić spokojnie, choć przy znacznym oporze materii - różnych związków zawodowych pokroju ZNP czy zawodowym piewcom modernizacji. Niestety, obecne ekipy polityczne są zbyt zapatrzone na wzorce zachodnie. Pozostaje pytanie: czy to jest świadome działanie zmierzające w stronę przemysłowej hodowli orwellowskich proletów? Wszystko zmierza bowiem ku otchłani.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Dyktat papierków

Swojego czasu jedna moja lewicująca koleżanka - ta znana z mojego starszego tekstu Obrazoburstwo na warszawskiej starówce - leczyła się u dentysty Ukraińca. W ogóle nie narzekała na jakość wykonywanych usług, nie było również żadnych problemów zdrowotnych. Pewnego pięknego razu tą działalnością zainteresowała się policja. Co się wówczas okazało? Ów dentysta był nielegalny, nie posiadał ani wykształcenia w tym zakresie, ani nie miał żadnych dokumentów typu LEP, które uprawniałyby go do wykonywania zawodu. A jakoś nikt z korzystających nigdy się nie skarżył...

Ten przypadek nie jest wcale wielce odosobniony. Podobnych zdarzało się więcej i to w różnych profesjach. Czego to wszystko dowodzi? W obecnym socjalistycznym świecie na wszystko trzeba mieć przysłowiowy papier. Przyjrzyjmy się zatem temu procederowi...

Powołałem się w pierwszym akapicie na przykład nielegalnego dentysty. Tutaj trzeba zadać sobie podstawowe pytanie? Czy osoba chcąca leczyć ludzi musi koniecznie mieć dyplom ukończenia studiów medycznych oraz zdany egzamin państwowy? Przykład powyższy wskazuje, że niekoniecznie. Moim zdaniem ludzie mogą się leczyć u kogo chcą - czy to będzie lekarz, znachor, cudotwórca czy ewentualnie inna persona w tym typie. Poza tym właściciel szpitala raczej nie zatrudniłby osoby, która nie skończyła studiów medycznych na przyzwoitej uczelni ze strachu przed utratą klientów.

Od czasu do czasu słychać przypadki nauczycieli, którzy sfałszowali swoje dyplomy np. na Stadionie Dziesięciolecia, a potem pracowali kilkanaście lat w szkolnictwie. Więcej, uchodzili za dobrych. Nagle ktoś się zainteresował, że delikwent nie skończył studiów i poszli oni siedzieć jako oszuści. Należy sobie postawić pytanie: czy aby nauczać w szkole trzeba mieć dyplom wyższej uczelni? Jeszcze nie tak dawno temu wystarczało tylko liceum pedagogiczne, po którym można było pójść do zawodu. Osobiście tego wymogu nie rozumiem. Często, jak się słyszy, co się wyrabia w szkołach, to co zdolniejsi uczniowie zaginają swoich nauczycieli bez większych problemów. Tu można się zastanawiać nad dwoma problemami. Po pierwsze po co maszynowo produkować magistrów? Ważniejsza jest tutaj kwestia druga; czy nauczyciel musi mieć dyplom. Gdybyśmy mieli szkolnictwo całkowicie w rękach prywatnych, to właściciel szkoły decydowałby, kogo zatrudnia na swoim terenie. Tego typu problemy, czy ktoś ma dyplom, czy nie ma, przestałyby w takiej sytuacji w ogóle istnieć. Człowiek musiałby się wykazać wiedzą i umiejętnościami z przedmiotu, którego chciałby nauczać. Śmieszy mnie również pomniejszy przypadek, kiedy to nauczyciel z kilkudziesięcioletnim stażem nauczania nie może pojechać z uczniami na wycieczkę szkolną. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nie odbył jakiegoś tam kursu. Osoba natomiast bezpośrednio po studiach, z dyplomem oraz takim kursem, może pojechać bez większych problemów, mimo braku doświadczenia w pracy z młodzieżą. Tutaj również widać następny paradoks, jaki powoduje dyktat papierków. Teoretycznie osoba bez żadnej wiedzy, jak co, gdzie i jak wygląda, może wykonywać dany zawód, tylko dlatego, że posiada pliczek różnych dokumentów.

Wiele mówi się korporacjach prawników. Dlaczego nikt nie chce w tej profesji wprowadzić wolności wykonywania zawodu tak, żeby teoretycznie każdy mógł go wykonywać? Wówczas problem prawniczych korporacji w ogóle przestałby istnieć. Niech każdy będzie mógł założyć kancelarię adwokacką na przykład! A co prokuratorów, sędziów czy adwokatów z urzędu - traktować jak zwykłych urzędników państwowych. Wprowadzenie Korpusu Służby Cywilnej rozwiązałoby problem prawników zatrudnianych przez państwo, podobnie jak w przypadku całej reszty pracowników sektora publicznego.

A prowadzenie badań naukowych? W obecnych czasach, jak się nie ma żadnych literek przed nazwiskiem to o tym w ogóle nie ma mowy. To ja się w takim razie pytam. Czy najwybitniejszy filozof epoki antycznej, Arystoteles ze Stagiry, miał jakikolwiek tytuł naukowy? Czy Michael Faraday posiadał stopień chociażby magistra czy licencjata? Czy powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych uczonych wszystkich epok Albert Einstein na początku swojej kariery, przed annus mirabilis, był zatrudniony w jakimkolwiek ośrodku naukowym? Na wszystkie można udzielić odpowiedzi przeczącej. Nie można na pewno poddać w wątpliwość osiągnięć wszystkich wymienionych osób. Więcej, wielu na przykład wybitnych biologów molekularnych zaczynało od zupełnie innych problemów - James D. Watson od badania wędrówek ptaków, a Francis Crick od udoskonalania radaru w czasie drugiej wojny światowej. Obydwaj są powszechnie znani ze względu na podwójną helisę. Czy obecnie taka zmiana profesji byłaby możliwa? Wszystko to świadczy to o tym, że w nauce cała "papierologia" jest szkodliwa dla rozwoju nauki! W obecnych czasach ani Arystoteles, ani Faraday, ani Einstein mogliby w ogóle nie zaistnieć.

Również w innych zawodach generuje się szereg papierów. Żeby być na przykład geologiem terenowym, trzeba poza dyplomem posiadać papier na daną specjalność - kartografię, hydrogeologię, złoża, grunty. A teraz można się zastanowić? Czy to oby na pewno konieczne. Żeby na przykład poszukiwać ropę naftową wystarczy opanować tzw. analizę basenów sedymentacyjnych, czyli sedymentologię, tektonikę, elementy geofizyki, geochemii i mikropaleontologii. A czy tego nie jest w stanie zrobić człowiek, który geologii nigdy nie studiował czy trzeba z góry zakładać, że poszukiwacz złóż paliw kopalnych ma posiadać papier terenowego geologa? Moim zdaniem to powinna być bolączka danej firmy zajmującej się poszukiwaniem i wydobywaniem złóż, kogo zatrudnia na takim etacie. Państwo powinno zaprzestać licencjonowania zawodu geologa.

Zajmowałem się wyżej bardzo szczegółowymi wskazaniami na poszczególne papiery. Mało kto poddaje jednak w wątpliwość posiadanie tak oczywistego dokumentu jak prawo jazdy. A czy to jest konieczne? Albo ktoś umie jeździć samochodem, albo nie. Podnieść natomiast należy kary za spowodowanie wypadku czy stwarzanie niebezpiecznej sytuacji na drodze. Od razu pewne rzeczy skończyłyby się.

Kiedyś w tekście Mea culpa zaznaczyłem, że państwo powinno wydawać tylko jeden dokument, a mianowicie paszport w momencie, kiedy rodzice uznają dziecko za dorosłe. (Tak, od tego powinna być podstawowa komórka społeczna), do tego weryfikować jeszcze ukończenie poszczególnych etapów edukacji. Tyle by w zupełności wystarczyło (poza pewnymi bardzo nielicznymi wyjątkami). Ale cóż, żyjemy w coraz bardziej socjalistycznej rzeczywistości ze wszystkimi problemami przezeń generowanymi...

piątek, 17 kwietnia 2009

Totalitaryzm lewicy

Częstym zarzutem lewicy wobec konserwatystów jest rzekomy totalitaryzm tych drugich. Ma się on przejawiać w klerykalizmie, sprzeciwie wobec obyczajowego rozbestwienia, ochronie normalnej rodziny. A dla lewicy to nie do pomyślenia, bo musi być państwo neutralne światopoglądowo (czyt. państwowy ateizm), musi być edukacja seksualna w szkołach i ukrzyżowane genitalia wystawiane w miejscu publicznym, różni dewianci muszą mieć zapewnione odpowiednie prawa (czyt. lewa). A teraz przyjrzyjmy się, ilu procent populacji to ustawodawstwo lewicowe dotyczy. Okazuje się, że góra 10%, bo cała reszta społeczeństwa nie ma znaczących odchyłów. Inni niż szereg wyodrębnionych podzbiorów ulegają tylko demoralizacji i łatwiej dają się przepędzać jak bydło z jednego pastwiska na drugie. Temu fenomenowi poświęciłem już szereg tekstów. Warto się jednak odnieść do głównego zarzutu lewicy wobec prawdziwej prawicy - przecież pobożną lewicą typu PiS, LPR czy NOP nie będziemy się tutaj zajmować. Przeanalizujmy pomysły po kolei szereg lewicowych pomysłów.

Dlaczego to na przykład ta lewica popiera przymus ubezpieczeń? Dlaczego w ogóle takie molochy, jak ZUS czy NFZ, istnieją? Wychodzą z założenia, że ludzie sobie nie poradzą, no i potem na starość umierać będą pod płotem. Tak samo zakładają w przypadku ubezpieczenia zdrowotnego, że pewne osoby się nie wypłacą. To w takim razie, jak to się dzieje, że ludzie żyli zanim wynaleziono socjalizm i mieli się całkiem dobrze? W dawnych czasach po prostu starano się porządnie wychować swoje dzieci tak, aby na starość nie biedować. Tak samo, potrafili odłożyć pieniądze w razie, jakby się coś złego miało wydarzyć. Przymus ubezpieczeń zabija to perspektywiczne myślenie, w efekcie czego ludzie zdani są na łaskę bądź niełaskę państwa. A to pomysł z jakiego kuferka?

Lewica również optuje za przymusem szkolnym. Ten śmiem nawet nazwać bolszewickim. Lenin bowiem opowiadał się za przymusową skolaryzacją. Uważał, że piśmiennych jest łatwiej indoktrynować. Dlaczego zatem ludzie mają się godzić na posyłanie dzieci do państwowej centralnie sterowanej szkoły? Przecież to oni odpowiadają za wychowanie swoich dzieci. Gdyby szkoły były prywatne i nie byłoby przymusu posłania tam dziecka, rodzice staraliby się tak zagwarantować edukację, żeby nie mieć w przyszłości problemów. Tak było przez pięć tysięcy lat istnienia cywilizacji. Oczywiście, lewica nigdy do czegoś takiego nie dopuści ze strachu przed nauczaniem kreacjonizmu, żydowsko-masońskich rządów nad światem, płaskiej Ziemi et cetera. Ich zdaniem urzędnicy lepiej wiedzą, co jest dobre dla dzieci niż ich rodzice. Lewica dlatego może ładować do głowy swoje chore idee oraz raczyć edukacją seksualną od najmłodszych lat. Dodam, że lewicowcy to zwykli hipokryci; swoje dzieci posyłają do katolickich szkół, za to cudzym pianę z mózgu robią bardzo chętnie. Nic dziwnego, że śmiertelnie się boją możliwości decydowania przez rodziców o tym, czego mają się uczyć ich dzieci. Zdają sobie doskonale sprawę, jaki światopogląd okazałby się zwycięski jako bardziej życiowy i zdroworozsądkowy.

Generalnie lewicowcy bardzo niechętnie patrzą, jak ludzie po swojemu wychowują dzieci. Próbują się wtrącać na różne sposoby. A to walczą z agresją w rodzinie i zakazują bicia dzieci. Ale przecież, kto jest za dziecko odpowiedzialny? Czy należy mówić ludziom, jakie metody wychowawcze mają stosować? Dodam, że zajmują się tworzeniem różnych Jugendammtów, które potem mają rodzicom dzieci odbierać za to, że rzekomo są krzywdzone.

Inne lewicowe wymysły to jakaś dziwna dbałość o zdrowie publiczne. Jakoś narkotyki ani wolny seks, im nie przeszkadzają - a to główne przyczyny roznoszenia się AIDS i innych chorób wenerycznych. Za to zwalczają palenie papierosów. W niektórych krajach nie można zapalić cygara w prywatnym lokalu. Przecież to właściciel powinien decydować, czy u niego wolno palić, czy też nie. Inny przykład stanowi przymus szczepień. Decyzję o szczepieniu winni podejmować rodzice, a nie jacyś tam urzędnicy. Dodam, że niejednokrotnie zalecane szczepionki okazywały się bublami wywołującymi szereg powikłań, więc jeżeli rodzice sobie nie życzą, to mają prawo nie szczepić.

Jeżeli jesteśmy przy prywatnej własności, to lewica, jak zwykle, ma tą mocno w poważaniu. Zdaniem naszych ideologicznych przeciwników nie można usunąć z pracy homoseksualisty, nawet jeżeli ten sabotowałby pracę całej fabryki lub był szpiegiem przemysłowym najętym przez konkurencję. Tak samo w przypadku mniejszości etnicznych, bo pracodawcy zarzucono by rasizm, ksenofobię i inne śmiertelne grzechy według progresywnej lewicowej (anty)religii. Nie rozumiem też tego przymusowego dostosowywania budynków do potrzeb niepełnosprawnych; czasami śmieję się, kiedy to zobaczę prawo jazdy z pismem Broglie'a, bo przecież niemożność uzyskania prawa jazdy przez osobę niewidomą to "dyskryminacja"! O takich rzeczach to powinien decydować właściciel budynku, czy dostosuje, czy też nie. Była kiedyś dyskusja o restauracjach, że zrobienie restauracji np. tylko dla białych, to akt "rasizmu". A przecież to właściciel decyduje, kogo wpuszcza na swój teren. Jeżeli restaurator odmówi wejścia na teren swego szynku pijakowi, od którego czuć zapach borygo, to nikt zdrowo myślący tego nie uzna za dyskryminację.

Dodać tutaj należy w ogóle jakiekolwiek regulowanie stosunków pracy, jak BHP, kodeks pracy, płaca minimalna chociażby. Dodam, że lewica nawet wynalazła cały aparat biurokratyczny. Jego celem jest nawiedzanie pracodawców, aby sprawdzać, czy pracownicy w godziwych warunkach pracują i czy nie są oby czasem dojeni. Zupełnie tak, jakby zatrudnieni w danej firmie nie mogli złożyć zbiorowego wymówienia i pójść do pracy gdzie indziej.

Inna rzecz to prawo budowlane. Czy ktoś buduje dom na uskoku, na bagnie, czy też z kiepskich materiałów, to jest jego sprawa, czy mu się zawali na głowę, czy też nie. Z innych kwiatków: piwo musi być robione z wód podziemnych, bo inaczej łamie normy sanitarne. Ale specjalnością lewicy jest generowanie tak skomplikowanego prawa, że nawet prawnicy się w nim nie łapią, czemu to mamy się więc dziwić.

Swojego czasu to właśnie lewica wymyśliła, że nie można ubić prosiaka, a potem go spożyć. Mięso bowiem nie przeszło przez trychinoskopię. Wprowadzane są horrendalne normy sanitarne, które służą tylko największym wytwórcom żywności. Drobni rolnicy czy małe zakłady przetwórcze są bowiem gnębione przez różne Sanepidy i tym podobne, które prowadzą niejednokrotnie do ich bankructwa. Tak samo wprowadza się również przepisy dotyczące przechowywania odchodów zwierząt czy wypalania traw - dodam - na swojej ziemi. Jeżeli ktoś chce mieć ziemię, na której nic się nie da uprawiać i zbankrutować, to niech robi sobie na wiosnę ognisko. Nie rozumiem również, po co ustawowo ustalać wielkość jabłka czy krzywiznę ogórka, jak również recepturę oscypka. Za przeproszeniem, ale nawet Hitler czy Stalin tego nie regulowali.

Istnieją również inne śmieszne przepisy. Psa czy kota należy koniecznie szczepić i odrobaczać. Wprowadzono ograniczenia dotyczące tzw. groźnych zwierząt. Na posiadanie pewnych ras psów trzeba mieć pozwolenie. A przecież to niezrozumiałe! Dlaczego nie można trzymać na przykład niedźwiedzia na terenie swojej posesji? Dodam, że lewizna z PO próbowała wprowadzić obostrzenia dotyczące nawet ptaszników czy skorpionów! Aż strach się bać, co jeszcze w tej materii przyjdzie im do głowy.

Wprowadzono swojego czasu szereg dziwnych przepisów drogowych. Dlaczego to na przykład człowiek ma jeździć w zapiętych pasach - przecież ile ofiar wypadków spłonęło w samochodach lub utopiło się? Nie zrozumiałe, po co tyle znaków, tak samo jak konieczność posiadania prawa (czyt. lewa) jazdy. Śmieszne są również przepisy, kto ma jak siedzieć w samochodzie. O tym powinien decydować kierowca. Poza tym, dlaczego nie można w samochodzie jeść, pić, palić papierosów, a ostatnio próbuje się zakazać słuchania muzyki. Tak samo zamiast należycie karać za rozjechanie kogoś w stanie nietrzeźwym lub zniszczenie cudzego mienia, to wymyśla się graniczne liczby promili w wydychanym powietrzu.

Lewica zabrania człowiekowi posiadania broni. Nie ważne, jaka by ta broń była, czy palna, czy biała. Kpią przy tym po raz enty z własności prywatnej oraz obrony koniecznej. W efekcie tego nie można na przykład zabezpieczyć samochodu przed złodziejem - umieszczając na przykład elektrycznie odpalany nabój myśliwski lub odpowiednio umieszczony kołek w fotelu. Wiele kolekcji broni jest po prostu zwijanych. Ale czego się spodziewać po ludziach, którzy więzienia zamieniają w hotele, a bandyta znaczy dla nich więcej niż uczciwy obywatel?

Właśnie lewica wyzywa prawdziwą prawicę od totalistów itp. Nie dość, że lewica cierpi na amnezję, bo do historii nie chce się przyznać, to stanowi istną zgraję hipokrytów. Czy ci ludzie mają na tyle krztyny honoru, aby przejrzeć się w lustrze?

wtorek, 9 września 2008

No i po co to wszystko?

Powinniśmy się już przyzwyczaić, że żyjemy w kraju jaj. Istnieją jeszcze struktury, które powodują, że paradoksy naszej rzeczywistości będą się jeszcze bardziej pogłębiać. Od czasu do czasu dostajemy połajankę z Brukseli, że postępy w zaprowadzaniu jedynego prawdziwego ustroju socjalistycznego są niesatysfakcjonujące. Wszystko musi spełniać teraz standardy i normy ustalane przez centralę. Nie dość, że już wcześniej wprowadzono całą masę głupich przepisów, to teraz ten cały absurd na kółkach będzie jeszcze większy. Można się retorycznie spytać: no i po co to wszystko?

Nie tak dawno temu strajkowali sadownicy, ponieważ ceny skupu owoców ustalone przez zakłady zajmujące się ich przetwórstwem okazały się niskie. Co więc, powinien zrobić właściciel sadu, aby nie być stratnym w wyniku swojej działalności? Oczywiście znaleźć inną furtkę, żeby to sprzedać - na przykład na jakimś targu albo jarmarku. Ale oczywiście są utrudnienia w tym kierunku. Nie można się rozstawić na ulicy i zacząć sprzedawać swoje plony, ponieważ zaraz byłaby wizyta Sanepidu odnośnie warunków przechowywania i sprzedawania. No i po co takie surowe normy sanitarne? Przecież to tylko utrudnia ludziom życie. Istnieje jeszcze jedna furtka w przypadku owoców, a mianowicie przerobienie ich na alkohol, a następnie sprzedanie swoich wyrobów. To też jest nielegalne, ale o tym za moment.

Surowe normy sanitarne zabraniają również sprzedaży mięsa zwierząt po uboju bez żadnych badań między innymi trychinoskopii. Tak samo nie można praktycznie handlować nim na targowiskach. No i po co to wszystko? Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie kupi zgniłego, cuchnącego mięsa. A poza tym jaki ma interes sprzedawca, wciskając klientowi trefny towar? Przecież jeżeli się to powtórzy kilka razy, to już nikt do kogoś takiego nie przyjdzie nic kupić.

Z mięsem mamy jeszcze inne ceregiele. Otóż, nie można już na własny użytek dokonać uboju świnii. A przecież czyja jest trzoda chlewna? Jest własnością rolnika czy państwa? Odpowiedzieć możemy sobie na to pytanie sami. Przecież brak możliwości uboju świnii na własny użytek to taki sam absurd, jakby nie móc wyciąć drzewa na swojej posesji, a potem uzyskanym drewnem napalić w piecu.

Wróćmy jednak do nieszczęsnych sadowników. Owoce, których nie udało się sprzedać, przecież można by spokojnie przerobić na alkohol. Ze sprzedaży tego można by mieć większe zyski, niż gdyby sprzedawać jabłka, gruszki, śliwki et consortes. Tylko państwo tego zabrania. Na wyrób produktów alkoholowych trzeba mieć koncesję. No i co mamy się potem dziwić, że owoce gniją potem na drzewach, jak nie można z nimi praktycznie nic zrobić? Nie jest to wina wolnego rynku, jak to niektórzy mówią, tylko głupich przepisów.

Często się słyszy jeszcze o pędzeniu bimbru. A przecież dlaczego nie można zrobić w domu wódki, a potem sprzedać niej? Przecież wówczas duże gorzelnie typu Polmos miałyby konkurencję w postaci wielu drobnych wytwórców. Dlaczego zatem państwo ma strzec oligopolu? To jest przecież pozbawione sensu zupełnie jak koncesjonowanie wyrobu papierosów. Już kiedyś pisałem, że gdyby każdy mógł wytwarzać w domu papierosy, a następnie sprzedawać je na wolnym rynku giganci typu Phillipa Morrisa zmuszeni zostaliby do obrony swojej pozycji. Tak samo byłoby i w przypadku napojów wyskokowych.

Ale niestety, żyjemy w krainie pogłębiających się dziwów i absurdu. Musimy się przyzwyczaić, że raczej w najbliższej przyszłośc będzie jeszcze bardziej dziwnie i nonsensownie niż obecnie dzięki zarządcom Priwislanskiego Kraju i Euro-ZSRR. Odwrotu tego trendu na razie nie widać. Zaczynam wątpić, czy w ogóle nastąpi.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Prawnych bubli ciąg dalszy: ruch drogowy

Ostatnimi czasy rząd Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wpadł na nowy "genialny" pomysł. Chcą oni zwiększyć ilość fotoradarów tak, aby ograniczyć ilość wypadków drogowych. Jak znam życie, skutek będzie odwrotny od oczekiwanego. Przecież w Anglii są takie hrabstwa, w których w ogóle nie ma fotoradarów, a wypadków drogowych stwierdza się tam mniej niż w tych, gdzie utrapienia kierowców stoją za każdym zakrętem. Od kiedy konieczne jest jeżdżenie na światłach mijania, cały rok ilość kraks wzrosła, żeby było jeszcze ciekawiej. Można sobie zadać w tym wypadku proste pytanie: no i po co? Ale cóż, u nas ta władzuchna, zamiast wydać pieniądze na coś pożytecznego, woli żywić całą machinę biurokratyczną w większości stanowiącą kulę u nogi. Tak samo jest w przypadku przepisów dotyczących ruchu drogowego. Przecież jak to się analizuje, to wychodzi, że mamy najnormalniejszy w świecie cyrk na kółkach. Ażeby dojść do takich wniosków, wystarczy chłodna kalkulacja.

Nie będę już rozważać przypadków stawiania wszędzie, gdzie tylko można, fotoradarów czy włączonych świateł mijania przez cały rok, ponieważ tym zająłem się wyżej. Jest tutaj wiele innych prawnych bubli wymyślonych rzekomo z troski o nasze bezpieczeństwo. Za nieprzestrzeganie tych nakazów bądź zakazów grozi mandat. Jakoś nikt nie myśli, jak ograniczyć ich ilość. Rzekomo mamy liberalny rząd, pracuje komisja "Przyjazne państwo", a tu nie widać światełka w tunelu. A jeżeli taka propozycja powstałaby, to ugrzęzłaby zapewne, podobnie jak nowelizacja ustawy o posiadaniu broni palnej. Prawne buble tak jak były, są nadal.

Jednym z nich jest konieczność jeżdżenia w zapiętych pasach. Tak, jak wyżej, służy to bezpieczeństwu, aby w razie kraksy nikt nie wyleciał przez przednią szybę. Zwiększa również szanse na przeżycie w razie wypadku. Była nawet kiedyś taka reklamówka Ostatni taki wyskok bez pasów. Mnie oczywiście bierze śmiech. W takim razie skoro nie można jeździć bez zapiętych pasków w swoim samochodzie, to dlaczego wolno bujać się na krześle. Przecież też można stracić równowagę, wywrócić się, a przy okazji porządnie potłuc, a w skrajnym przypadku również zabić. Dlaczego jeszcze nie nakazuje wykładania się schodów jakimiś materiałami higroskopijnymi... przecież można się poślizgnąć i też nieźle połamać. Przecież widać, że całe to zapinanie pasków to jest jeden wielki absurd. Ale to nie koniec.

Następny, to wydawanie prawa jazdy. Ustawodawcy podnoszą coraz bardziej barierę wieku, żeby zapobiegać wypadkom drogowym. Mają one wynikać z brawury młodocianych. Ale czy takie prawo ma jakikolwiek sens? Przecież ilość kraks wcale nie spada z tego powodu. A poza tym co to za twierdzenie, że na przykład 15-latek będzie jeździł bardziej brawurowo niż chociażby trzydziestoletni mężczyzna. To jest niezrozumiałe. Równie dobrze mogłoby coś strzelić do głowy osiemdziesięcioparoletniemu dziadkowi, który jechałby po polnej drodze sto pięćdziesiąt na godzinę. No i co? To w takim razie skoro nie dajemy prawa jazdy dzieciakom, to może odbierać je własnie staruszkom, którym zaczyna już lekko odwalać? Na to jeszcze nasza władzunia nie wpadła, ale chyba jeszcze wszystko przed nami. Tak więc w przypadku prawa jazdy wszelkie wiekowe kryteria powinny zostać zniesione. Jeżeli jakiś rodzic chce nauczyć jeździć swojego dziesięcioletniego syna jeździć samochodem, ma do tego prawo i państwo nie powinno tutaj robić żadnych administracyjnych przeszkód.

Z drugiej strony sama konieczność posiadania prawa jazdy wydaje się dziwna. Ten obowiązek dotyczy samochodów, motocykli et consortes, ale na przykład właściciel konnego wozu nie musi już takowego dokumentu posiadać. A teraz wykonajmy sobie prosty eksperyment myślowy. A gdyby do dorożki dostawić silnik, to czy byłby to dalej powóz czy już samochód, no i czy jego właściciel musiałby posiadać prawo jazdy? To już pokazuje, że sam obowiązek posiadania prawa jazdy jest z lekka absurdalny. Proponuję zatem tutaj dwa rozwiązania: albo w ogóle zrezygnować z tego dokumentu, albo - tak jak wyżej - znieść ograniczenia wiekowe związane z możliwością ubiegania się o przysłowiowe "prawko".

Mówi się dużo o pladze pijanych kierowców. I jakie się podejmuje środki zaradcze? Zamiast za wjechanie komuś w tylec, karać jak za kradzież, kiedy nie jest się w stanie wypłacić, to władza podejmuje zabawę ile można mieć alkoholu w wydychanym powietrzu. Ustala arbitralnie różne progi (w Polsce mamy 0,1 promila). Ale przecież nie ma to nic do rzeczy. Każdy człowiek jest w innym stopniu odporny na alkohol, co wymaga z przyczyn genetycznych i środowiskowych. Jednego powali jedno piwo, a drugiego nie zetnie pół litra absyntu. Z tego powodu nie można stosować w tym wypadku kryteriów, takich jakich stosuje się obecnie. Należy po prostu znieść tą graniczną ilość alkoholu w wydychanym powietrzu. Tak samo nie pojęte są jeszcze inne przepisy. Dlaczego nie można, siedząc za kierownicą jeść, pić, a ostatnio kombinują nawet, jak to zabronić słuchać muzyki? Przecież to wszystko... to jest jeden wielki absurd na kółkach. A za przeproszeniem, a kiedy ustalą jaka ma być grubość pancerza, bo wymyślą, iż samochód ma chronić kierowcę przed wszelkimi urazami? Przecież to jest taka sama logika chronienia ludzi przed skutkami ich głupoty.

Inna rzecz, to po co tyle znaków drogowych? Przecież przez to rośnie tylko ilość wypadków samochodowych. W niemieckim mieście Bloehmen zdemontowano 60% znaków, i ilość wypadków drogowych spadła ponad dwa razy. Co więcej, pewne rzeczy są po prostu niezrozumiałe. Mamy na przykład prostą drogę o długości sto kilometrów, a tak bez przerwy ograniczenia prędkości. Czy to nie jest po prostu głupota? Przecież można by pozwolić jechać tak szybko, na ile pozwoliłaby moc silnika i nikt z tego tytułu nie płakałby. A ograniczenia prędkości - jeżeli już miałyby być - to w ciężkim terenie, jak na przykład na drogach położonych wysoko w górach.

Dochodzimy tutaj jeszcze do jednej rzeczy, a mianowicie określenie, z której strony jechać. To mogłoby zostać na większych drogach typu międzymiastowe arterie. A na małych lub całkowicie mizernych, to już niech sobie jeżdżą, po której stronie chcą. Przecież i tak w tym drugim przypadku jest to martwy przepis. Nikt przecież nie egzekwuje, po której stronie jechał kombajn, wracając z pola w Psiej Wólce. To więc nie ma sensu takich rzeczy regulować.

Rządzi nami, rządziła i pewnie jeszcze będzie długo rządzić lewica. Dziwimy się, że z takimi prawnymi bublami mamy do czynienia i jeszcze niejednokrotnie będziemy się dziwić. Lecz powinniśmy wiedzieć, iż lewicowa władzuchna w tym właśnie się specjalizuje.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Czy Żydzi są nadludźmi?

W obecnych czasach, kiedy multikulturalizm i relatywizm stały się panującymi kultami, zwykło się wszystkie kręgi cywilizacyjne traktować jako równe i tak samo ważne. Wielka w tym wątpliwa zasługa pionierów antropologii kulturowej takich jak Franz Boas czy Margaret Mead. Pozornie wszyscy są równi, ale tak się dzieje tylko na papierze. W rzeczywistości nasza chrześcijańska cywilizacja Zachodu otrzymuje bardzo mocne cięgi. Mówi się o oświeconych Arabach, o potrzebie ratowania ginących kultur oraz o wielu innych tego typu rzeczach. Jednakże jakoś przy tym wszystkim zapomina się o swojej kulturze traktowanej jako coś gorszego i mniej wartościowego od jedzenia mózgów zmarłych przez plemię Fore - ot, taki skromny przykład. Wychodzi na to, że biali Europejczycy i Amerykanie to są najgorsi ludzie na świecie, a wszystko ktoś wymyślił przed nami. Tu piszą, że już starożytni Babilończycy budowali ogniwa galwaniczne, jeszcze gdzie indziej o chińskich szybkostrzelnych kuszach i rakietach. Jakby się temu przyjrzeć, to kto tak naprawdę rozwinął elektrochemię, a kto wysłał człowieka w kosmos czy zbudował broń maszynową. Cała ta propaganda jest robiona po to, abyśmy się czuli się gorsze. Wynika to z niewytłumaczalnego uwielbienia dla wszystkiego, co obce, typowego dla współczesnej laickiej lewicy. Obok tego pojawia się jeszcze inny bardzo ciekawy wątek, a mianowicie święte krowy, o których złego słowa nie można powiedzieć. Automatycznie bowiem rozpoczyna się ślepy atak różnych dziwnych stowarzyszeń typu "Nigdy więcej".

Jedną z takich świętych krów w społeczeństwie są Żydzi. Każde negatywne wyrażanie się na ich temat jest traktowane jako antysemityzm. Nawet szkolne lektury, w których doskonale opisano mentalność tej nacji, jak Lalka czy Nie-Boska Komedia traktowane są jako antysemickie, przynajmniej od czasu, kiedy zaczęła rządzić Partia Obietnic. Obecnie niechęć do Żydów tropi się chyba nawet na poziomie cząstek elementarnych. To jest po prostu niebywałe.

Wykonajmy sobie przy tej okazji taki bardzo prosty eksperyment myślowy:

Ja nie mogę, jak ci Eskimosi w ogóle mogą żyć. Te kościane harpuny, igloo, w których jest zimno jak diabli. Do tego ten ich język jest nie do nauczenia się dla normalnego człowieka. Jak śnieg można określać aż dwustoma wyrazami, dla mnie to po prostu jest śnieg. Jeszcze co oni jedzą... to mięso fok i padłych wielorybów. Przecież normalny człowiek porządnie polałby to keczupem, zanim wziąłby do ust. Ohyda! Co więcej, brytyjscy, amerykańscy, rosyjscy i duńscy wielorybnicy ich w XVIII i XIX w. trochę zabili. Nie mogli ich aż tak mocno przetrzebić. Poza tym, biorąc pod uwagę historię całego tamtego okresu, morderstwa dokonane na Eskimosach przez załogi statków wielorybników są tylko pojedynczym epizodem...

Mamy taką przykładową wypowiedź. Czy zostałaby ona po publikacji w jakimś czasopiśmie uznana za bliżej nieokreślony antyinnuityzm (Eskimosów poprawnie winno się określać Innuitami, spopularyzowana i często stosowana nazwa jest dla nich obraźliwa)? A skądże znowu. Powiedziano by, że to jest obiektywna relacja człowieka wychowanego w dobrych warunkach w Europie albo Ameryce Północnej. Przecież taki człowiek nigdy nie jadł mięsa foki albo walenia, więc wydawałoby mu się to obrzydliwe. Podobnie uznałby taką eskimoską społeczność za szczyt egzotyki. Gdyby dowiedział się o tym, że wielorybnicy ich mordowali, stwierdziłby, iż to niewiele znaczyło w świetle na przykład podbojów kolonialnych dokonywanych w Azji i Afryce.

A teraz, gdyby ktoś napisał taki tekst o Żydach w podobnym tonie, to co by się stało. Oczywiście, zaatakowano by jego autora, że jest faszystą, antysemitą oraz potraktowano by go garścią niewybrednych epitetów. Policja politycznej poprawności byłaby czujna. Przy okazji wyszłaby cała absurdalność kryminalizacji kłamstwa oświęcimskiego? Jeżeli ktoś stwierdza, że nie mordowano Eskimosów w ogóle albo że ofiar tychże mordów było znacznie mniej niż się powszechnie podaje, przeszłoby to bez większego echa. Jeśli natomiast ktoś zechciałby zanegować Holocaust lub stwierdzić, iż w jego wyniku zginęło znacznie mniej Żydów, to zostałby zaraz postawiony pod sąd. Czy to nie jest jakiś absurd? Wychodzi na to, że Żydzi są ludźmi o kilka rzędów wielkości lepszymi od każdej innej nacji, więc morderstwo dokonane na osobie o pochodzeniu żydowskim jest czymś gorszym niż gdyby zostało popełnione na przedstawicielu innej grupy etnicznej.

Można tutaj stosować argument, że mordy dokonywane na Eskimosach nie były planowane na tak wielką skalę jak Holocaust i wynikały tylko z widzimisię załóg statków wielorybniczych. Ale to też pada. Dawniej w historii też dokonywano planowego ludobójstwa. W XIII w. Czyngis-chan wymordował starożytny lud Tocharów. Jakoś jak ktoś zaprzeczy temu, że tak się stało, nikt nie oskarży go o kłamstwo tocharskie. Tak samo w V w.n.e. spacyfikowany został lud Gepidów. Per analogiam nikt, kto jest przy zdrowych zmysłach, nie będzie mówić o kłamstwie gepidzkim, jeśli ktoś podda w wątpliwość dokonanie takiego ludobójstwa. Rzymianie po trzeciej wojnie punickiej zaorali Kartaginę, część mieszkańców wymordowali, a resztę sprzedali na targach niewolników, jakie funkcjonowały wówczas na Sycylii. No i co? Nie ma czegoś takiego jak kłamstwo kartagińskie. Tak więc kryminalizacja Holocaust revisionism jest po prostu prawnym bublem. To najzwyklejszy w świecie absurd. Wychodzi na to, że Żydzi są lepsi od całej reszty, co zawsze i wszędzie starają się podkreślać. Dodam, że można bez problemu zaniżać ilość Polaków pomordowanych przez OUN-UPA w 1943 roku i żaden sąd nie wyda wyroku w tej sprawie. Z kolei w przypadku Holocaustu będzie tak jak w powiedzeniu - uderz w stół, a nożyce się odezwą.

Widziałem swojego czasu taką książkę Wiek żydostwa. Napisana została z pozycji skrajnie syjonistycznych, a przesłanie jej było bardzo jasne. Wynikało z niej, że bez Żydów nie mielibyśmy nawet na co pójść do kina! A ja sobie wyobrażam już, co by było, gdyby książkę w podobnym tonie opublikował przedstawiciel środowisk konserwatywnych albo narodowych. Zaraz podniosłaby się wrzawa, iż jest to właśnie ten mitologiczny antysemityzm. Wychodzi na to też, że Żydzi o sobie rozliczne prawdy mogą ujawniać, patrząc się na resztę ludzkości, jak na przymulonych tłumoków. Z kolei, jeśli jakiś konserwatysta albo narodowiec opisałby to wszystko, stałby się z miejsca wrogiem publicznym numer jeden, któremu poświęcać należy godziny nienawiści.

Powinniśmy zatem skończyć z tym dziwnym prawodawstwem łechtającym Żydów. W państwie nie może być tak, że jakakolwiek mniejszość etniczna jest uprzywilejowana. Z tym kłamstwem oświęcimskim to jest tak, jakbyśmy dawali Żydom fory w przyjmowaniu ich na uczelnie w postaci dodatkowych punktów lub korzystnych przeliczników. Identyczna sytuacja. Dlatego takie prawo powinno zostać zniesione. Tak samo nie powinno blokować się publikacji uznawanych za antysemickie - jak na przykład Mein Kampf, ewentualnie nie sprzedawać ich osobom nieletnim. Skoro Żydzi mogą to o sobie pisać, to dlaczego my nie możemy o nich? Ale, niestety, polityczna poprawność, internacjonalizm i multikulturalizm chyba wyżarły ustawodawcom resztki rozumu.