Często dochodzę do wniosku, że zbliżają się jakieś nowe Wieki Ciemne. Nie chodzi już tutaj tylko o naukę, technikę, tylko o całokształt rozwoju kulturalno-cywilizacyjnego rodzaju ludzkiego. Nie wiem z czego to może wynikać, może z tego, że taką chałę mamy obecnie za władzę... po prostu obecnie ludzi całkowicie pozbawiło ikry; nie są w stanie nic nowego wymyśleć.
Dzieje się tak nawet w muzyce. Oczywiście, nie cierpię tego jakże obecnie popularnego techno. Zauważyłem jednak, że tam to są kompletnie wtórni. Po prostu remiksują stare przeboje w wielu przypadkach. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Chociażby Poison Alice Coopera czy Every time we touch zostały przerobione na marny dyskotekowy łomot. Dodam, że te przeróbki zostały wykonane przez wątpliwej jakości artystów, jacy goszczą u nas na imprezach typu "Hity na czasie". No i czy ci ludzie są w stanie coś nowego stworzyć? Okazuje się, że nie. Muszą bazować na tym wszystkim, co ktoś już wymyślił, inaczej nie potrafią.
W muzyce rozrywkowej mamy odgrzewane kawałki. Jeżeli przyjrzymy się głównym intelektualnym formacjom politycznym, to w przypadku lewicy okazuje się też nie jest ona w stanie nic nowego wymyśleć. To, co oni proponują, już kiedyś było przezeń realizowane. Można tutaj zwrócić uwagę na dwa aspekty. Pierwszy to sam mechanizm działania lewicy, który polega na szczuciu jednych ludzi przeciw drugim i żonglowaniem takimi ludzkimi zbiorowościami. A to byli arystokracja i kler kontra cała reszta społeczeństwa, potem biedni contra bogaci, a teraz mamy całą gamę cudaków w postaci różnych zboczeńców z zaburzeniami psychoseksualnymi. Tu się nic nie zmieniło. Druga rzecz jest jakby ważniejsza, dlatego się nią tutaj zajmiemy. Ten cały liberalizm obyczajowo-światopoglądowy nie jest żadną wielką nowością. To nie jest żaden skutek wydarzeń ostatnich kilkudziesięciu lat, co różni rzekomo pokrzywdzeni domagają się uznania swoich praw. W rzeczywistości obyczajowy antykonserwatyzm to element lewicy od zarania jej istnienia w 1789 roku. Na początku to się przejawiało tylko i wyłącznie antyklerykalizmem, ale potem doszły inne elementy. Przecież z gruntu antykonserwatywny jest komunizm w wersji marksistowskiej. Tamci postulowali, że nawet żony mają być wspólne w utopii socjalistycznej. Wynika z tego, iż uważali oni, że człowiekowi wszystko wolno, a moralność to pustosłowie. No i czy to nie jest postawa współczesnej lewicy? Ci panowie nic się nie zmienili.
Przy tej okazji zwrócić jeszcze trzeba na jeden aspekt. Otóż w ZSRR do 1927 roku wolno było po prostu wszystko. Aborcja i eutanazja były dostępne bez ograniczeń. Nawet odbywały się ożenki homoseksualistów i poliamorystów. Nie było problemów z posiadaniem pornografii ani narkotyków. Dopiero potem bolszewicy wszystkich praktycznie elementów liberalnych obyczajowo zakazali. A teraz zadajmy pytanie: czym tak naprawdę różnią się obecni lewicowcy od tych starej daty? W przeciwieństwie do współczesnych, komuniści posiadali resztki piątej klepki, ponieważ zauważyli, że ten cały liberalizm obyczajowo-światopoglądowy do niczego nie prowadzi, no i większa część libertynizmu (no, z wyjątkiem aborcji) była potem penalizowana. Bolszewia starego typu - ta od nacjonalizacji środków produkcji - przynajmniej miała jeszcze trochę zdrowego rozsądku. A obecni lewacy są po prostu skończonymi idiotami, którzy niszczą swoje społeczeństwa, myśląc, że tworzą jakąś nową jakość i nową kulturę.
Zdrowo uśmiałem się, kiedy parę miesięcy temu Quasi i Nameste próbowali udowodnić, iż to konserwatyści mają więcej wspólnego z komunizmem niźli współczesna lewica. Powiem szczerze, wcześniej to rzadko zdarzało mi się głupstwa na podobnym poziomie słyszeć. W dodatku podpierane ankietką w postaci Political Compass, w której ludzie o mało wyrazistych poglądach uzyskują tam nierzetelne wyniki. Ci panowie po prostu wykazują kompletną nieznajomość historii swojej formacji, skoro publicznie tak ostro bajdurzą. Może lepiej, iż takich rzeczy nie wiedzą. Życie w nieświadomości jest dla nich łatwiejsze; mogą heglowsko odwracać kota ogonem. Czy mogliby sobie rankiem podczas golenia spojrzeć sobie w lustro, gdyby wiedzieli, że to wszystko, co głoszą, było już wcześniej i samo lewactwo uznało, iż to do banii? Moim zdaniem mieliby problem, gdyby wiedzieli o swojej wtórności porównywalnej z tą u twórców muzyki techno.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZSRR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZSRR. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 sierpnia 2008
sobota, 2 sierpnia 2008
Obrazoburstwo na warszawskiej starówce
Lipiec zeszłego roku. Z taką jedną koleżanką spacerowałem sobie po Starym Mieście w Warszawie. Tak pół żartem, pół serio licytowaliśmy się, co gdzie jest wyrabiane. Powiedziałem, że w Radomiu w Łuczniku, kiedyś robiono najlepsze kałasznikowy, wszystkie mafie na świecie chciały je mieć. Wspomniałem, że w filmie Leon Zawodowiec upada AK74 i jest przybliżenie, na którym widać gdzie został zrobiony i w jakiej fabryce. Zaraz potem, usłyszałem od niej, że Stare Miasto zostało odbudowane po wojnie z cegieł wyprodukowanych w Hipolicie Cegielskim w Poznaniu. Fakt ten był mi wcześniej, rzecz jasna, znany. Pomyślałem sobie jeszcze: "Olka, droga kobieto, wiem, że ciebie już wielokrotnie szokowałem swoim ultrakonserwatyzmem, zoologicznym jaskiniowo antykomunizmem. Pewnie mnie odbierasz jako faszystę, ale mniejsza. Teraz chodzi mi po głowie coś mocniejszego niż to, co zdołałaś usłyszeć". Przez jakiś czas nie mogłem zebrać myśli, jak to powiedzieć zdecydowanie bardziej dyplomatycznie. Niestety, może to się nie zgadza z przyjętymi regułami savoir vivre, ale mam zwyczaj głośnego mówienia to, co myślę. Wielokrotnie miewałem przez to problemy, ale jakoś to mnie nigdy nie odstręczało do wyrażania opinii. W tym wypadku musiałem rzecz jednak przemyśleć. Przecież wygłoszę kontrowersyjny pogląd do osoby myślącej sloganami i pewnymi schematami. A tej dziewczynie nikt poza mną nie dał niebieskiej pigułki w postaci solidnej dawki prawicowych poglądów...
- Olka - mówiłem do niej - komuniści to umieją wszystko zwalić. Tym ludziom dałby najprostszą zabawkę, a oni zepsuliby ją.
- A o co ci chodzi? - usłyszałem.
- Przecież przedwojenna Warszawa była zupełnie inna - uświadomiłem - A oni niby się opierali na obrazach Canaletta, a i tak po swojemu odbudowali.
To dopiero początek. Po tym wszystkim przeszedłem do sedna.
- Nie wiem, próbuję tą kwestię analizować na wiele sposobów - kontynuowałem dyskusję - ale moim zdaniem Powstanie Warszawskie zostało rozpętane przez sowieckich agentów celem odgłowienia Armii Krajowej.
Zaraz po wygłoszeniu tego krótkiego zdania zobaczyłem spojrzenie, w którym się łączyło zdziwienie i przerażenie. Jak można wygłaszać w ogóle takie sądy?! - pewnie to sobie pomyślała. Pewnie usłyszała coś takiego pierwszy raz w życiu.
- Przecież to nie może być prawda! - odrzekła.
- Nie neguję bohaterstwa tych ludzi w walce z o wiele liczniejszym przeciwnikiem - próbowałem wyjaśnić - ale gdyby NKWD sprowokowało powstanie, to czy by nie skorzystało na tym? Przecież patrz. Całe dowództwo AK idzie do niewoli lub ginie w dłuższym okresie czasu. Sowieci w tym czasie sobie stają, czekają aż Niemcy zrobią za nich całą brudną robotę, a potem wchodzą. W tym czasie siły antykomunistyczne mogące im odebrać władzę są już zbyt słabe, aby móc ich na dłuższy okres związać.
- Za dużo naczytałeś się o tych siatkach szpiegowskich, tajnych spiskach itp. - odpowiedziała mi.
- Wcale nie. Po prostu to, co zrobili Sowieci, to był przejaw najzwyklejszego pragmatyzmu. Na wojnie nie ma sentymentów, a jeżeli można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, to się tak robi.
- Co pod tym pojęciem rozumiesz?
- Po pierwsze Niemcy robią całą robotę, tłumią powstanie, a Sowieci sobie czekają, a potem wkraczają i idą już pod Berlin. Na miejscu instaluje się władzę, która będzie Rosji posłuszna, ale trzeba zadbać jeszcze o to, żeby samemu nie mieć problemów. Duża partyzantka może wiązać znaczne siły - i to zarówno Armi Czerwonej jak i NKWD. A jak myślisz, jeżeli jest ona efektywnie dowodzona, bo dowódcy nie dostali się do niewoli i pod komendą służy zdecydowanie więcej żołnierzy, to łatwo jest z czymś takim wygrać?
- No chyba nie.
- To weź pod uwagę, że w Powstaniu Anty-Sowieckim brało udział nawet dwieście tysięcy ludzi, a wyobraź sobie gdyby uczestniczyło w nim pół miliona albo nawet i więcej. Przecież to trzeba od razu większe siły mobilizować. A tak by było, gdyby w Warszawie nie wybuchło powstanie.
- A i tak dałoby się coś zrobić.
- Inaczej to się robi na surowym korzeniu, a inaczej jak masz już wcześniej struktury. Więcej wysiłku trzeba, aby je rozbić, a poza tym, to co mówiłem wyżej - więcej armii potrzeba. Z tego powodu opłacało wyindukować całą akcję NKWD. - wróciłem w ten sposób do punktu wyjścia.
Oczywiście, widziałem święte oburzenie na twarzy mojej koleżanki. Ta projekcja tego infantylnego tupania nóżką po udowodnieniu braku racji... Tak to jest jednak, jeżeli nie podchodzi się do wielu rzeczy krytycznie. Ja postrzegałem zawsze myślenie za czynność tak naturalną jak oddychanie, z tego powodu może nie dałem się zwieść czerwonym marks-mediom. W efekcie stałem się konserwatystą. Ale cóż... mówi się, że kobiety są bardziej konformistyczne, chętniej przyjmują poglądy, mniej się nad nimi zastanawiają. Trochę w tym racji było.
Zauważyłem również, że niebieska pigułka polegająca na zmuszeniu do samodzielnego myślenia nie podziałała. Od dłuższego czasu raczyłem przyjaciółkę innymi niż mainstreamowe wyjaśnienia. Wyjaśnienia jednak nic się nie zdały. W październiku zostałem zrugany za to, że nie poparłem Parady Oszustów, a głos oddałem na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej. Jednak kobiety łatwiej dotyka impregnacja na rzeczywistość...
A na zakończenie. No i kto tutaj kpi sobie z bohaterstwa tych ludzi, którzy zginęli w Warszawie w 1944 roku? Któż to dopuścił się aktu najniższego lotu nekrofilii?
- Olka - mówiłem do niej - komuniści to umieją wszystko zwalić. Tym ludziom dałby najprostszą zabawkę, a oni zepsuliby ją.
- A o co ci chodzi? - usłyszałem.
- Przecież przedwojenna Warszawa była zupełnie inna - uświadomiłem - A oni niby się opierali na obrazach Canaletta, a i tak po swojemu odbudowali.
To dopiero początek. Po tym wszystkim przeszedłem do sedna.
- Nie wiem, próbuję tą kwestię analizować na wiele sposobów - kontynuowałem dyskusję - ale moim zdaniem Powstanie Warszawskie zostało rozpętane przez sowieckich agentów celem odgłowienia Armii Krajowej.
Zaraz po wygłoszeniu tego krótkiego zdania zobaczyłem spojrzenie, w którym się łączyło zdziwienie i przerażenie. Jak można wygłaszać w ogóle takie sądy?! - pewnie to sobie pomyślała. Pewnie usłyszała coś takiego pierwszy raz w życiu.
- Przecież to nie może być prawda! - odrzekła.
- Nie neguję bohaterstwa tych ludzi w walce z o wiele liczniejszym przeciwnikiem - próbowałem wyjaśnić - ale gdyby NKWD sprowokowało powstanie, to czy by nie skorzystało na tym? Przecież patrz. Całe dowództwo AK idzie do niewoli lub ginie w dłuższym okresie czasu. Sowieci w tym czasie sobie stają, czekają aż Niemcy zrobią za nich całą brudną robotę, a potem wchodzą. W tym czasie siły antykomunistyczne mogące im odebrać władzę są już zbyt słabe, aby móc ich na dłuższy okres związać.
- Za dużo naczytałeś się o tych siatkach szpiegowskich, tajnych spiskach itp. - odpowiedziała mi.
- Wcale nie. Po prostu to, co zrobili Sowieci, to był przejaw najzwyklejszego pragmatyzmu. Na wojnie nie ma sentymentów, a jeżeli można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, to się tak robi.
- Co pod tym pojęciem rozumiesz?
- Po pierwsze Niemcy robią całą robotę, tłumią powstanie, a Sowieci sobie czekają, a potem wkraczają i idą już pod Berlin. Na miejscu instaluje się władzę, która będzie Rosji posłuszna, ale trzeba zadbać jeszcze o to, żeby samemu nie mieć problemów. Duża partyzantka może wiązać znaczne siły - i to zarówno Armi Czerwonej jak i NKWD. A jak myślisz, jeżeli jest ona efektywnie dowodzona, bo dowódcy nie dostali się do niewoli i pod komendą służy zdecydowanie więcej żołnierzy, to łatwo jest z czymś takim wygrać?
- No chyba nie.
- To weź pod uwagę, że w Powstaniu Anty-Sowieckim brało udział nawet dwieście tysięcy ludzi, a wyobraź sobie gdyby uczestniczyło w nim pół miliona albo nawet i więcej. Przecież to trzeba od razu większe siły mobilizować. A tak by było, gdyby w Warszawie nie wybuchło powstanie.
- A i tak dałoby się coś zrobić.
- Inaczej to się robi na surowym korzeniu, a inaczej jak masz już wcześniej struktury. Więcej wysiłku trzeba, aby je rozbić, a poza tym, to co mówiłem wyżej - więcej armii potrzeba. Z tego powodu opłacało wyindukować całą akcję NKWD. - wróciłem w ten sposób do punktu wyjścia.
Oczywiście, widziałem święte oburzenie na twarzy mojej koleżanki. Ta projekcja tego infantylnego tupania nóżką po udowodnieniu braku racji... Tak to jest jednak, jeżeli nie podchodzi się do wielu rzeczy krytycznie. Ja postrzegałem zawsze myślenie za czynność tak naturalną jak oddychanie, z tego powodu może nie dałem się zwieść czerwonym marks-mediom. W efekcie stałem się konserwatystą. Ale cóż... mówi się, że kobiety są bardziej konformistyczne, chętniej przyjmują poglądy, mniej się nad nimi zastanawiają. Trochę w tym racji było.
Zauważyłem również, że niebieska pigułka polegająca na zmuszeniu do samodzielnego myślenia nie podziałała. Od dłuższego czasu raczyłem przyjaciółkę innymi niż mainstreamowe wyjaśnienia. Wyjaśnienia jednak nic się nie zdały. W październiku zostałem zrugany za to, że nie poparłem Parady Oszustów, a głos oddałem na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej. Jednak kobiety łatwiej dotyka impregnacja na rzeczywistość...
A na zakończenie. No i kto tutaj kpi sobie z bohaterstwa tych ludzi, którzy zginęli w Warszawie w 1944 roku? Któż to dopuścił się aktu najniższego lotu nekrofilii?
Etykiety:
kobiety,
konformizm,
niebieska pigułka,
NKWD,
Polska,
Powstanie Warszawskie,
psychologia,
ZSRR
niedziela, 6 lipca 2008
Postawcie pomnik Hitlerowi!
Wiemy już, że to Euro-ZSRR będzie się niestety rozwijać. Można postulować, kto chce jednego państwa od Gibraltaru po Bug i od Nordkapu po Sycylię, komu na tym zależy, ale nie ważne. Zostawmy na moment ten jakże ciekawy wątek. Trzeba bowiem zwrócić uwagę na rzecz zgoła odmienną. Otóż, Mumia Jewropejska potrzebować będzie jakiś bohaterów. ZSRR paleontologiczny - ten zbudowany na terenie dawnej carskiej Rosji - miał Marksa, Engelsa, Lenina, Dzierżyńskiego, Stalina, którym wszędzie wystawiano pomniki, wieszano ich portrety, nazywano ulice i obiekty użytku publicznego ich nazwiskami. Rozumując per analogiam należy stwierdzić, iż również ten Związek Socjalistycznych Republik Europejskich potrzebować będzie podobnych postaci, swoistych wizytówek nowego socjalistycznego świata, jaki nam gotują. Oczywiście, przychodzą mi na myśl tutaj ludzie, jakim się marzyła ponadpaństwowa integracja europejska. Rzecz jasna graf von Coudenhouve-Kalergi, któremu marzyło się wspólne państwo euroazjatyckie z nową rasą powstałą z wymieszania się narodów europejskich i azjatyckich. Robert Schumann - tak, ten ojciec założyciel tego całego przybytku. Barroso, ten maoistowski terrorysta z czasów dyktatury Salazara... można by tutaj te przypadki mnożyć, no i może doczekamy czasów, kiedy będziemy mieszkać na ulicach ich imienia, uczyć się na uniwersytetach odeń nazwanych et cetera. Mnie jednak przychodzi jeszcze do głowy myśl zdecydowanie bardziej przewrotna, czyj to pomnik miałby stanąć w Brukseli...
Z miłą chęcią o tym powiedziałbym tym lewakom, dla których marchewka to owoc (czyżby ci ludzie na biologii spali, że nie odróżniają organów roślin?), a wódka wymaga dla nich prawnej definicji, komu to powinni wystawić pomnik. Wiem, że tym doprowadziłbym ich do białej gorączki. A rzekłbym: Postawcie pomnik Hitlerowi!
Już w myślach słyszę, że przecież to faszysta, zresztą pewnie jako ideowy prawicowiec, ergo czarna hołota, jestem nim, ich zdaniem. Nie będę się tutaj rozwodzić, nad tym, że lewactwu tak naprawdę bliżej do faszyzmu niż mnie. Lewacy powinni jednak pomyśleć nad wystawieniem pomnika swojego wyklinanemu tak pocno druhowi. A dlaczego?
Otóż atakiem na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku rozpoczynającym operację Barbarossa zmienił dzieje kontynentu europejskiego. ZSRR planował uderzyć dwa tygodnie później, z tego powodu zdemontował wszystkie linie umocnień, jakie zostały wcześniej wybudowane. Wyszkolił również milion spadochroniarzy, kilkadziesiąt razy więcej niż wszystkie inne kraje świata wówczas razem wzięte, którzy mieli zostać zrzuceni w region Karpat celem odcięcia Trzeciej Rzeszy od rumuńskiej ropy. Rafineria w Ploeszti zostałaby wówczas opanowana, a Niemcy nie mieliby wówczas paliwa do czołgów czy samolotów. Spadochroniarze wspomagani mieli być oni przez dywizje specjalnych strzelców górskich wyszkolonych, aby walczyć w ciężkim terenie. Do tego miała ruszyć zwykła armia wraz ze zmilitaryzowanymi oddziałami NKWD. Gdyby to się Sowietom powiodło, to mielibyśmy prawdopodobnie ZSRR od Gibraltaru po Władywostok. Ale Hitler im to wszystko umożliwił. Armia Czerwona została rozbita w perzynę...
Ci lewacy, którzy grzeją teraz tyłki w Parlamencie Europejskim, w młodości niejednokrotnie marzyli o takim Związku Radzieckim, który obejmowałby również Europę Zachodnią. Pewnie gdy Wiktor Suworow wydał swoją książkę pt. Lodołamacz, oni w wyobraźni żałowali, że dlaczego tak się nie mogło stać. A teraz wyobraźmy sobie, co by było gdyby ZSRR opanował mimo wszystko w 1941 roku całą Europę. Ci wszyscy panowie typu Cohn-Bendita czy Barroso jedliby teraz korę z drzew na Kołymie. Mogłoby się stać jeszcze inaczej - znaleźliby się w dole z wapnem po uprzednim strzale w potylicę. Tam wylądowaliby przy wszystkich swoich poglądach. Z tego powodu Hitlerowi powinni wystawić pomnik. Właśnie dlatego, że teraz mogą zasiadać, tam gdzie to robią. Bez Führera by tego wszystkiego nie było.
Lewica powinna skończyć z hipokryzją i włączyć Hitlera do swojego panteonu sław. Jak widać, powinni mu wystawić nawet pomnik, gdyby byli konsekwentni. Ale oni tego nie zrobią...
...nawet gdyby ich obecnym symbolem miałaby być tęczowa swastyka.
Z miłą chęcią o tym powiedziałbym tym lewakom, dla których marchewka to owoc (czyżby ci ludzie na biologii spali, że nie odróżniają organów roślin?), a wódka wymaga dla nich prawnej definicji, komu to powinni wystawić pomnik. Wiem, że tym doprowadziłbym ich do białej gorączki. A rzekłbym: Postawcie pomnik Hitlerowi!
Już w myślach słyszę, że przecież to faszysta, zresztą pewnie jako ideowy prawicowiec, ergo czarna hołota, jestem nim, ich zdaniem. Nie będę się tutaj rozwodzić, nad tym, że lewactwu tak naprawdę bliżej do faszyzmu niż mnie. Lewacy powinni jednak pomyśleć nad wystawieniem pomnika swojego wyklinanemu tak pocno druhowi. A dlaczego?
Otóż atakiem na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku rozpoczynającym operację Barbarossa zmienił dzieje kontynentu europejskiego. ZSRR planował uderzyć dwa tygodnie później, z tego powodu zdemontował wszystkie linie umocnień, jakie zostały wcześniej wybudowane. Wyszkolił również milion spadochroniarzy, kilkadziesiąt razy więcej niż wszystkie inne kraje świata wówczas razem wzięte, którzy mieli zostać zrzuceni w region Karpat celem odcięcia Trzeciej Rzeszy od rumuńskiej ropy. Rafineria w Ploeszti zostałaby wówczas opanowana, a Niemcy nie mieliby wówczas paliwa do czołgów czy samolotów. Spadochroniarze wspomagani mieli być oni przez dywizje specjalnych strzelców górskich wyszkolonych, aby walczyć w ciężkim terenie. Do tego miała ruszyć zwykła armia wraz ze zmilitaryzowanymi oddziałami NKWD. Gdyby to się Sowietom powiodło, to mielibyśmy prawdopodobnie ZSRR od Gibraltaru po Władywostok. Ale Hitler im to wszystko umożliwił. Armia Czerwona została rozbita w perzynę...
Ci lewacy, którzy grzeją teraz tyłki w Parlamencie Europejskim, w młodości niejednokrotnie marzyli o takim Związku Radzieckim, który obejmowałby również Europę Zachodnią. Pewnie gdy Wiktor Suworow wydał swoją książkę pt. Lodołamacz, oni w wyobraźni żałowali, że dlaczego tak się nie mogło stać. A teraz wyobraźmy sobie, co by było gdyby ZSRR opanował mimo wszystko w 1941 roku całą Europę. Ci wszyscy panowie typu Cohn-Bendita czy Barroso jedliby teraz korę z drzew na Kołymie. Mogłoby się stać jeszcze inaczej - znaleźliby się w dole z wapnem po uprzednim strzale w potylicę. Tam wylądowaliby przy wszystkich swoich poglądach. Z tego powodu Hitlerowi powinni wystawić pomnik. Właśnie dlatego, że teraz mogą zasiadać, tam gdzie to robią. Bez Führera by tego wszystkiego nie było.
Lewica powinna skończyć z hipokryzją i włączyć Hitlera do swojego panteonu sław. Jak widać, powinni mu wystawić nawet pomnik, gdyby byli konsekwentni. Ale oni tego nie zrobią...
...nawet gdyby ich obecnym symbolem miałaby być tęczowa swastyka.
Etykiety:
Euro-ZSRR,
hipokryzja,
historia alternatywna,
Hitler,
lewica,
nazizm,
Trzecia Rzesza,
ZSRR
piątek, 4 lipca 2008
Architekci nowego socjalistycznego świata
Podczas swojego przeszło siedmioipółmiesięcznego pobytu na Salonie24 miałem okazję wdawać się w dyskusję z przedstawicielami różnych opcji politycznych. Szczególnie zwróciła moją uwagę ta jakże postępowa współczesna lewica. Wstydzi się ona swoich korzeni, no i nic dziwnego; inaczej oszaleliby jak Lady Makbet. Zarzucali mi oni przy tej okazji, gdy im przypominam, czym tak naprawdę jest nazizm, że samozwańczo redefiniuję pojęcia. Część lewicowych blogerów zarzucała mi, że prawicę redukuję do bliżej nieokreślonego ultrakonserwatywnego libertarianizmu, a wobec tego 99.999% ludzkości, jaka żyje i kiedykolwiek żyła, była lewicowa. Natomiast to lewactwo miałem - w ich mniemaniu - traktować jako swoisty monolit. Nic bardziej mylnego. Lewica też jest na swój sposób różnorodna. Pierwsza rzecz to na ile sposobów można rzeźbić jednostkę, a przy okazji całe społeczeństwo, wmuszając w nie rzeczy dla niego nienaturalne. To jest jedna sprawa. A druga polega na tym, że wśród tej intelektualnej formacji istnieje pewna hierarchia społeczna. Może się to wydawać zwyczajnie mówiąc dziwne... a bo lewica taka zawsze egalitarna i (z wyjątkiem faszyzmu) traktuje ją jako bluźnierstwo... Po prostu, tak jak wielu ludzi nie zdaje sobie istnienia z praw biologii, chemii i fizyki, jakim podlegają, tak samo jest i w tym przypadku. Omówmy zatem, jak to się przedstawia.
Najlepiej przedstawił to dobrze znany Włodzimierz Iljicz Lenin. Wyróżnił on mianowicie w obrębie komunistów dwie klasy - uświadomionych i pożytecznych idiotów. Pierwsza, wie doskonale, po co to robi, jest przy tym do bólu cyniczna. Druga z kolei myśli, że walczy o wolność dla ciemiężonych i nie zdaje sobie sprawy, po co to wszystko robi. To wszystko można przenieść na całość lewactwa, bo stosuje się to nie tylko w stosunku do komunistów. Większość lewicowców, z którymi się rozmawia, to są właśnie pożyteczni idioci. Bezwolne kukły w czyichś rękach... Istnieje jednak stosunkowo nieliczna grupa, która jest uświadomiona i wie doskonale, po co to wszystko jest robiona. Część prawdopodobnie widzi w głoszeniu idei lewicowych jedynie sposób na robienie pieniędzy. Przecież ile to zespołów rockowych deklarowało przywiązanie do anarchosocjalizmu i trockizmu, a robiło przy tym pieniądze, o których elektorat konserwatystów w postaci klasy średniej mógł niejednokrotnie pomarzyć. Jeszcze część prawdopodobnie widzi się już w roli poganiaczy niewolników. Istnieje jednak trzecia grupa, która jest najważniejsza. Bez niej bowiem ten domek z kart budowany od epoki Oświecenia dawno zawaliłby się.
Są to architekci nowego socjalistycznego świata.
Oni doskonale wiedzą po co to wszystko robią. To są inżynierowie społeczni, których marzeniem jest zbudowanie nowego totalitaryzmu, tym razem w barwach tęczowych, mimo że mającego bardzo dużo wspólnego z czerwonym i brunatnym. Ich największym sukcesem jest wsadzenie nas do klatki i powiedzenie, że mamy więcej wolności. Zupełnie jak z jakimś karasiem złocistym albo skalarem. Czy taka ryba jest świadoma obecności akwarium? Nie - na tej samej zasadzie ludzie zaczynają traktować pewne rzeczy jako normalne. To jest ich największy sukces. Sterowanie omamionymi masami, które gnają przed siebie na śmierć jak lemingi, nie jest już potem specjalnie trudne. Teraz będą mogli zbudować ten nowy socjalistyczny świat. Będzie on prawdziwym piekłem, którego symbolem mogłaby być tęczowa swastyka. Starcy i niepełnosprawni będą poddawani eutanazji. Część ludzi zostanie wysterylizowana, możliwe jeszcze, że wprowadzi się chińskie rozwiązanie dotyczące jednego dziecka. Za myślozbrodnię jak naśmiewanie się z homoseksualistów, zapewne jakiś Oświęcim albo Kołyma. Do tego wysokie podatki i powszechna inwigilacja, a jak przyjdzie co do czego, to nawet kontrolowanie tego, co myślą ludzie tak, aby społeczna maszyna chodziła, jak architekci sobie życzą. Dodam, że ten ostatni wariant nie jest aż tak mocno nieprawdopodobny. Przecież elektronika poczyniła gigantyczne postępy, tak samo o mózgu wiemy zdecydowanie więcej niż w czasach pierwszych totalitaryzmów.
Kim są ci architekci?
To też jest dosyć złożona grupa. Nie są oni monolitem. Składają się z kilku mniejszych grupek, które - powiedzmy - dysponują tą samą wspólnotą interesów w postaci budowy nowego socjalistycznego świata w skali kontynentalnej, jeżeli nie światowej. Poniżej postaram się je omówić.
Do projektantów nowego socjalistycznego świata zalicza się masoneria. Od XVIII w. marzy ona o budowie oświeconego państwa, w którym triumfować będą prawa rozumu, przynajmniej w założeniu. Z tego powodu szerzy ona internacjonalizm. Od dwóch stuleci opowiada się za budową Stanów Zjednoczonych Europy, a od jakiegoś czasu nawet globalnej republiki. Postulatem masonerii jest też emancypacja kobiet. Ostatnimi czasy do szeroko pojętego, modnego w kręgach współczesnych intelektualistów, wolnomyślicielstwa dołączono pojęcie sprawiedliwości społecznej. Wiedząc, jak masoneria broniła tegoż wolnomyślicielstwa (w rzeczywistości będącego przykładem skrajnego konformizmu), należy się spodziewać, iż zapowiadane przez nich globalne państwo będzie repetą z ZSRR paleontologicznego (tzn. wybudowanego na terenie dawnej carskiej Rosji). Dlaczego masonerię wiązać należy z lewactwem? To ona je stworzyła i pozwoliła siać zniszczenie; jest z nim w pewien sposób sprzężona. Bezpośrednio czuwała nad wieloma przedsięwzięciami lewicy, jak rewolucją francuską czy październikową. Animatorzy obydwu byli masonami bardzo wysokich stopni wtajemniczenia. Dla przykładu Lenin miał trzydziesty, a Trocki był nawet wyżej od niego - posiadał trzydziesty trzeci. Widać na tym przykładzie, jak bardzo masoneria chce zniszczyć tradycyjne społeczeństwo, a ludzi sprowadzić do poziomu niewolników. Siłą rzeczy musi być związana z formacją polityczną, jaka te postulaty spełnia. Masoni zapewne funkcjonują w lewicowych partiach, doskonale wiedząc, po co to wszystko jest czynione. Pełnią funkcję zbliżoną do królowych u owadów społecznych, które wydzielają feromony i sterują - obok innych rodzajów architektów - całym przedsięwzięciem.
Lewica jest generalnie internacjonalistyczna, przynajmniej tak przedstawia się większa część jej odłamów. Ale do architektów nowego socjalistycznego świata można zaliczyć przedstawicieli pewnej grupy nacyjnej. No właśnie, a jakiej? Rzecz jasna chodzi tu o - jak to określił Coudenhouve-Kalergi - duchowy naród panów, czyli Żydów. Można się tutaj zastanawiać, a z jakiego to niby powodu? Szowinizm żydowski jako jedyny da się pogodzić z różnymi internacjonalistycznymi poglądami typu socjalizm czy komunizm. Wynika to z tego, że po powstaniu Bar Kochby, które zakończyło się fiaskiem w 135 r. n. e. Żydzi zostali rozproszeni po całym Imperium Rzymskim i swojego państwa nie mieli. Zmuszeni byli funkcjonować jako diaspora. W efekcie nie wytworzyły się u nich normalne uczucia patriotyczne, ergo: wszelkie ruchy o charakterze rewolucyjnym bardzo przyciągały nich. Przecież nawet część jakobinów była Żydami. Ilu komunistów przecież miała takie pochodzenie. Nie lepiej jest we współczesnych lewicowych partiach. Pewnie paru sterników ma pochodzenie bardzo odpowiednie. Dodam, że z punktu widzenia żydowskiego szowinizmu lewicowe myślenie w kategoriach społeczno-gospodarczych jest bardzo korzystne. Aborcja, eutanazja, homozwiązki, a później również eugenika, prowadzą rzecz jasna do depopulacji. Szeroko pojęty socjal przyczynia się do zepsucia społeczeństwa oraz jego postępującej degeneracji, w wyniku czego pewne projekty kulturowe można realizować, w wyniku czego niszczyć autochtonów, a samemu przejmować władzę. Istnieje również łącznik między Żydami a masonami w postaci loży B'nai-B'rith, który również może wykazywać znaczne wpływy.
Mało kto wiąże międzynarodowe korporacje z internacjonalistycznym socjalizmem. Co więcej, takie połączenie wydaje się sprzeczne. A jednak. Najpotężniejszy kapitał wyciąga największe zyski z wszelkich regulacji - od płacy minimalnej począwszy, a skończywszy na koncesjach. Uniemożliwia to bardzo skutecznie rozwój wszystkich, którzy są od nich mniejsi. Międzynarodowe korporacje mogą mieć również pewien cel w ustanawianiu prawa dotyczącego kwestii obyczajowo-społecznych. Bardzo wygodna może być z ich punktu widzenia legalizacja aborcji, ponieważ to pozwoli przetrzebić na dłuższą metę klasę średnią. Dodam, że wiele partii lewicowych jest po cichu finansowanych przez wielkie korporacje, więc muszą tańczyć tak, jak im tamci zagrają.
Ostatnia klasa architektów nowego socjalistycznego świata zapewne ma swoją siedzibę w Moskwie na Łubiance. Są to wysoko postawieni funkcjonariusze służb wywiadowczych. Wspominali o tym dysydenci. Na przykład Władimir Bukowski twierdził, iż w 1986 roku socjaliści zachodnioeuropejscy spotkali się sowieckimi komunistami w sprawie budowy zjednoczonej Europy oraz dalszej współpracy pomiędzy nimi. Wspomniany przeze mnie dysydent nigdy nie wykluczał, że w konstrukcji Stanów Zjednoczonych Europy bierze udział radziecki wywiad. Poza tym w wielu partiach lewicowych zarówno przed jak i po wojnie działali radzieccy agenci, którzy mieli wpływ na ich politykę, obsadę kadr et cetera. Pod tym względem zapewne niewiele się zmieniło.
Widać, architektów nowego socjalistycznego świata, tej lewicowej elity, jest kilka klas. Co więcej, one się wzajemnie ze sobą przenikają, mimo wszystko nie tworzą monolitu. Łączy ich wszystkich jeden wspólny cel, a mianowicie budowa antyutopii, jaką będzie nowy socjalistyczny świat, coś w rodzaju ogólnoświatowego (na początek obejmującego tylko znaczne połacie Eurazji) ZSRR neontologicznego.
Jak im się to uda można tylko zapytać, chyba zdając sobie sprawę o drodze w Nicość: quo vadis homine?
Najlepiej przedstawił to dobrze znany Włodzimierz Iljicz Lenin. Wyróżnił on mianowicie w obrębie komunistów dwie klasy - uświadomionych i pożytecznych idiotów. Pierwsza, wie doskonale, po co to robi, jest przy tym do bólu cyniczna. Druga z kolei myśli, że walczy o wolność dla ciemiężonych i nie zdaje sobie sprawy, po co to wszystko robi. To wszystko można przenieść na całość lewactwa, bo stosuje się to nie tylko w stosunku do komunistów. Większość lewicowców, z którymi się rozmawia, to są właśnie pożyteczni idioci. Bezwolne kukły w czyichś rękach... Istnieje jednak stosunkowo nieliczna grupa, która jest uświadomiona i wie doskonale, po co to wszystko jest robiona. Część prawdopodobnie widzi w głoszeniu idei lewicowych jedynie sposób na robienie pieniędzy. Przecież ile to zespołów rockowych deklarowało przywiązanie do anarchosocjalizmu i trockizmu, a robiło przy tym pieniądze, o których elektorat konserwatystów w postaci klasy średniej mógł niejednokrotnie pomarzyć. Jeszcze część prawdopodobnie widzi się już w roli poganiaczy niewolników. Istnieje jednak trzecia grupa, która jest najważniejsza. Bez niej bowiem ten domek z kart budowany od epoki Oświecenia dawno zawaliłby się.
Są to architekci nowego socjalistycznego świata.
Oni doskonale wiedzą po co to wszystko robią. To są inżynierowie społeczni, których marzeniem jest zbudowanie nowego totalitaryzmu, tym razem w barwach tęczowych, mimo że mającego bardzo dużo wspólnego z czerwonym i brunatnym. Ich największym sukcesem jest wsadzenie nas do klatki i powiedzenie, że mamy więcej wolności. Zupełnie jak z jakimś karasiem złocistym albo skalarem. Czy taka ryba jest świadoma obecności akwarium? Nie - na tej samej zasadzie ludzie zaczynają traktować pewne rzeczy jako normalne. To jest ich największy sukces. Sterowanie omamionymi masami, które gnają przed siebie na śmierć jak lemingi, nie jest już potem specjalnie trudne. Teraz będą mogli zbudować ten nowy socjalistyczny świat. Będzie on prawdziwym piekłem, którego symbolem mogłaby być tęczowa swastyka. Starcy i niepełnosprawni będą poddawani eutanazji. Część ludzi zostanie wysterylizowana, możliwe jeszcze, że wprowadzi się chińskie rozwiązanie dotyczące jednego dziecka. Za myślozbrodnię jak naśmiewanie się z homoseksualistów, zapewne jakiś Oświęcim albo Kołyma. Do tego wysokie podatki i powszechna inwigilacja, a jak przyjdzie co do czego, to nawet kontrolowanie tego, co myślą ludzie tak, aby społeczna maszyna chodziła, jak architekci sobie życzą. Dodam, że ten ostatni wariant nie jest aż tak mocno nieprawdopodobny. Przecież elektronika poczyniła gigantyczne postępy, tak samo o mózgu wiemy zdecydowanie więcej niż w czasach pierwszych totalitaryzmów.
Kim są ci architekci?
To też jest dosyć złożona grupa. Nie są oni monolitem. Składają się z kilku mniejszych grupek, które - powiedzmy - dysponują tą samą wspólnotą interesów w postaci budowy nowego socjalistycznego świata w skali kontynentalnej, jeżeli nie światowej. Poniżej postaram się je omówić.
Do projektantów nowego socjalistycznego świata zalicza się masoneria. Od XVIII w. marzy ona o budowie oświeconego państwa, w którym triumfować będą prawa rozumu, przynajmniej w założeniu. Z tego powodu szerzy ona internacjonalizm. Od dwóch stuleci opowiada się za budową Stanów Zjednoczonych Europy, a od jakiegoś czasu nawet globalnej republiki. Postulatem masonerii jest też emancypacja kobiet. Ostatnimi czasy do szeroko pojętego, modnego w kręgach współczesnych intelektualistów, wolnomyślicielstwa dołączono pojęcie sprawiedliwości społecznej. Wiedząc, jak masoneria broniła tegoż wolnomyślicielstwa (w rzeczywistości będącego przykładem skrajnego konformizmu), należy się spodziewać, iż zapowiadane przez nich globalne państwo będzie repetą z ZSRR paleontologicznego (tzn. wybudowanego na terenie dawnej carskiej Rosji). Dlaczego masonerię wiązać należy z lewactwem? To ona je stworzyła i pozwoliła siać zniszczenie; jest z nim w pewien sposób sprzężona. Bezpośrednio czuwała nad wieloma przedsięwzięciami lewicy, jak rewolucją francuską czy październikową. Animatorzy obydwu byli masonami bardzo wysokich stopni wtajemniczenia. Dla przykładu Lenin miał trzydziesty, a Trocki był nawet wyżej od niego - posiadał trzydziesty trzeci. Widać na tym przykładzie, jak bardzo masoneria chce zniszczyć tradycyjne społeczeństwo, a ludzi sprowadzić do poziomu niewolników. Siłą rzeczy musi być związana z formacją polityczną, jaka te postulaty spełnia. Masoni zapewne funkcjonują w lewicowych partiach, doskonale wiedząc, po co to wszystko jest czynione. Pełnią funkcję zbliżoną do królowych u owadów społecznych, które wydzielają feromony i sterują - obok innych rodzajów architektów - całym przedsięwzięciem.
Lewica jest generalnie internacjonalistyczna, przynajmniej tak przedstawia się większa część jej odłamów. Ale do architektów nowego socjalistycznego świata można zaliczyć przedstawicieli pewnej grupy nacyjnej. No właśnie, a jakiej? Rzecz jasna chodzi tu o - jak to określił Coudenhouve-Kalergi - duchowy naród panów, czyli Żydów. Można się tutaj zastanawiać, a z jakiego to niby powodu? Szowinizm żydowski jako jedyny da się pogodzić z różnymi internacjonalistycznymi poglądami typu socjalizm czy komunizm. Wynika to z tego, że po powstaniu Bar Kochby, które zakończyło się fiaskiem w 135 r. n. e. Żydzi zostali rozproszeni po całym Imperium Rzymskim i swojego państwa nie mieli. Zmuszeni byli funkcjonować jako diaspora. W efekcie nie wytworzyły się u nich normalne uczucia patriotyczne, ergo: wszelkie ruchy o charakterze rewolucyjnym bardzo przyciągały nich. Przecież nawet część jakobinów była Żydami. Ilu komunistów przecież miała takie pochodzenie. Nie lepiej jest we współczesnych lewicowych partiach. Pewnie paru sterników ma pochodzenie bardzo odpowiednie. Dodam, że z punktu widzenia żydowskiego szowinizmu lewicowe myślenie w kategoriach społeczno-gospodarczych jest bardzo korzystne. Aborcja, eutanazja, homozwiązki, a później również eugenika, prowadzą rzecz jasna do depopulacji. Szeroko pojęty socjal przyczynia się do zepsucia społeczeństwa oraz jego postępującej degeneracji, w wyniku czego pewne projekty kulturowe można realizować, w wyniku czego niszczyć autochtonów, a samemu przejmować władzę. Istnieje również łącznik między Żydami a masonami w postaci loży B'nai-B'rith, który również może wykazywać znaczne wpływy.
Mało kto wiąże międzynarodowe korporacje z internacjonalistycznym socjalizmem. Co więcej, takie połączenie wydaje się sprzeczne. A jednak. Najpotężniejszy kapitał wyciąga największe zyski z wszelkich regulacji - od płacy minimalnej począwszy, a skończywszy na koncesjach. Uniemożliwia to bardzo skutecznie rozwój wszystkich, którzy są od nich mniejsi. Międzynarodowe korporacje mogą mieć również pewien cel w ustanawianiu prawa dotyczącego kwestii obyczajowo-społecznych. Bardzo wygodna może być z ich punktu widzenia legalizacja aborcji, ponieważ to pozwoli przetrzebić na dłuższą metę klasę średnią. Dodam, że wiele partii lewicowych jest po cichu finansowanych przez wielkie korporacje, więc muszą tańczyć tak, jak im tamci zagrają.
Ostatnia klasa architektów nowego socjalistycznego świata zapewne ma swoją siedzibę w Moskwie na Łubiance. Są to wysoko postawieni funkcjonariusze służb wywiadowczych. Wspominali o tym dysydenci. Na przykład Władimir Bukowski twierdził, iż w 1986 roku socjaliści zachodnioeuropejscy spotkali się sowieckimi komunistami w sprawie budowy zjednoczonej Europy oraz dalszej współpracy pomiędzy nimi. Wspomniany przeze mnie dysydent nigdy nie wykluczał, że w konstrukcji Stanów Zjednoczonych Europy bierze udział radziecki wywiad. Poza tym w wielu partiach lewicowych zarówno przed jak i po wojnie działali radzieccy agenci, którzy mieli wpływ na ich politykę, obsadę kadr et cetera. Pod tym względem zapewne niewiele się zmieniło.
Widać, architektów nowego socjalistycznego świata, tej lewicowej elity, jest kilka klas. Co więcej, one się wzajemnie ze sobą przenikają, mimo wszystko nie tworzą monolitu. Łączy ich wszystkich jeden wspólny cel, a mianowicie budowa antyutopii, jaką będzie nowy socjalistyczny świat, coś w rodzaju ogólnoświatowego (na początek obejmującego tylko znaczne połacie Eurazji) ZSRR neontologicznego.
Jak im się to uda można tylko zapytać, chyba zdając sobie sprawę o drodze w Nicość: quo vadis homine?
czwartek, 3 lipca 2008
Stracone możliwości
Kiedyś zastanawiałem się nad tym, co powinniśmy byli zrobić przed drugą wojną światową, aby nie doprowadzić do zbrojnego starcia. Doszedłem wówczas do wniosku, że powinniśmy dogadać się z Niemcami i wstąpić do paktu antykominternowskiego. Wówczas w razie wojny ze Związkiem Radzieckim Trzecia Rzesza opanowałaby państwa bałtyckie, a Polska zajęłaby obszary Białorusi i Ukrainy uzyskując przy tym dostęp do Morza Czarnego. Kto wie, czy wówczas wschodnia granica nie rozciągałaby się jeszcze dalej na wschodzie niż w XVII w. i czy nie byłaby zbliżona raczej do wschodniej rubieży Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sam pomysł takiego sojuszu byłby niezły, ponieważ ZSRR zostałby prawdopodobnie pokonany, a Trzecia Rzesza wykrwawiłaby się na zachodzie w walce z demoliberalizmem; pewnie Stany Zjednoczone zostałaby jakoś do tej wojny wkręcona, w końcu koncepcje izolacjonistyczne w latach dwudziestych praktycznie tam upadły. Ostatnimi czasy przemyślałem sobie całą sprawę na nowo, no i doszedłem do wniosku, że istniała jeszcze lepsza możliwość niż wchodzenie w pakt z diabłem, czyli z Trzecią Rzeszą. A mianowicie, o co mi tutaj chodzi.
Przecież spokojnie moglibyśmy dogadać się z Japonią pod koniec lat dwudziestych. Nie należało kombinować z Międzymorzem, ta koncepcja ministra Becka skazana była na porażkę. Poszczególne państwa wytworzone z upadku imperiów - kaiserowskich Niemiec, carskiej Rosji i Austro-Węgier, były ze sobą skłócone i skonfliktowane. Weźmy pod uwagę chociażby nasz kraj. Mieliśmy konflikt z Litwą od czasów buntu Żeligowskiego o ziemie Wileńszczyzny. Również z Czechosłowacją stosunki były napięte ze względu na Zaolzie i nie tylko. Punktem spornym była również Spisz. Biorąc pod uwagę inne państwa, to na przykład Węgry straciły Siedmiogród, wyrażały pretensje w stosunku do części Słowacji i Austrii. Tego typu sytuacje można mnożyć. Międzymorze będące przeciwwagą zarówno dla imperializmu niemieckiego jak sowieckiego było utopią. Mogliśmy zatem podpisać pakt z Krajem Kwitnącej Wiśni o współpracy militarnej. Co by z tego wynikało?
Pierwsza rzecz, to należy spojrzeć, z jakim państwem my wtedy mieliśmy około 1500 kilometrów wschodniej granicy. Był to Związek Radziecki, który nie ukrywał, że miał chrapkę na nasze ziemie, a nawet na rządzenie całym światem. Japonia również graniczyła z nim, mając na Sachalinie granicę lądową oraz między Kurylami i Kamczatką granicę morską. Poza tym Kraj Kwitnącej Wiśni chciał się stać dominującym imperium w regionie i dążył do podbicia ziem, na których znajdowało się mnóstwo zasobów. A przecież wiemy ile na rosyjskim Dalekim Wschodzie wydobywa się surowców. A teraz dokonajmy takiej symulacji. Co by się stało, gdyby nas zaatakował Związek Radziecki. My oczywiście dajemy mu odpór. Równocześnie dochodzi do ataku armii japońskiej na obiekty znajdujące się na wschodniej Syberii. Opanowana zostaje Kamczatka, Sachalin, Kraj Ussuryjski oraz znaczna część wybrzeża. W kilku miejscach przedziera się głębiej, nawet do Czyty jak podczas rewolucji październikowej. ZSRR zostaje zmuszony wycofać wojska z terenów Polski i przerzucić je na Daleki Wschód. Zwróćmy uwagę w jakiej sytuacji była wówczas Japonia. Dążyła do pozyskania ziem, na których znajdowały się poszczególne surowce, więc raczej nie byłoby łatwo wyrzucić Japończyków z tych ziem. Wojna na Pacyfiku to byłoby nic, przy tym co działoby się na wschodniej Syberii i przy znajomości bojowej gorliwości japońskich żołnierzy. Tak samo w razie napaści na japońskie tereny, my powinniśmy opanować resztę Białorusi, znaczne tereny Ukrainy, a nawet pójść na Moskwę... Jaki jest zatem z tego wniosek. ZSRR znalazłby się w szachu i nie mógłby nic zrobić. Byłby wyłączony z ewentualnego konfliktu. Nie sprawdziłoby się w tym wypadku twierdzenie wybitnego geopolityka Studnickiego-Gizberta, że w razie napaści Niemiec, automatycznie dojdzie do ataku sowieckiego. W tym wypadku ZSRR nie mógłby uderzyć, a bez tego Niemcy tak łatwo nie daliby nam rady. Blitzkrieg bardzo by się przedłużył, a my teoretycznie moglibyśmy jeszcze armię niemiecką odeprzeć.
Dochodzimy tutaj do drugiego aspektu. Współpraca militarna nie zawiera się tylko na zapewnieniach o wzajemnej pomocy między państwami. Teoretycznie moglibyśmy Japończykom sprzedać trochę swojej broni ręcznej, którą oni mieli akurat słabą, a od nich kupić samoloty i okręty podwodne - te akurat bardzo dobre, aby uzupełnić braki w sprzęcie we własnej armii. Przecież pieniądze wykorzystane na budowę COP można by spokojnie wydać na wojska lądowe i marynarkę wojenną. Jeżeli nie bylibyśmy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości Łosi i Karasi moglibyśmy zakupić samoloty marki Mitsubishi. Założę się, że wówczas wrzesień roku 1939 wyglądałby zupełnie inaczej. Przyjmijmy jeszcze, że obok tego mielibyśmy odpowiednie ilości broni przeciwlotniczej (jak karabin maszynowy Szczeniak) i przeciwpancernej (chociażby sławetny Ur), to tym bardziej. Wtedy to my zdobylibyśmy Berlin, a nie Niemcy Warszawę.
Wiadomo, że polityka socjaldemokratycznych mięczaków Bluma i Chamberlaina określana mianem appeasment doprowadziłaby do skierowania ekspansji Trzeciej Rzeszy na wschód. Tylko że w razie mocniejszego sojuszu z Japonią, Niemcy dostałyby bardzo mocne lanie. Inna byłaby teraz pozycja Polski na świecie i w Europie. Bylibyśmy krajem o powierzchni zbliżonym do Francji, ponieważ od Niemiec należałoby wysępić ziemie Polski piastowskiej jak również część tych, które były zajmowane w czasach pierwszych Piastów przez plemiona słowiańskie. Tak więc na zachodzie sięgalibyśmy dalej niż obecnie.
Niestety, tego typu szanse po prostu zaprzepaściliśmy. Nie można odmówić sanacyjnemu rządowi, że nie chciał dla Polski dobrze. Nie dostrzegał jednak wielu istotnych rzeczy, w efekcie straciliśmy bardzo wiele możliwości. A teraz nam się to będzie odbijać czkawką aż do końca naszej historii...
Przecież spokojnie moglibyśmy dogadać się z Japonią pod koniec lat dwudziestych. Nie należało kombinować z Międzymorzem, ta koncepcja ministra Becka skazana była na porażkę. Poszczególne państwa wytworzone z upadku imperiów - kaiserowskich Niemiec, carskiej Rosji i Austro-Węgier, były ze sobą skłócone i skonfliktowane. Weźmy pod uwagę chociażby nasz kraj. Mieliśmy konflikt z Litwą od czasów buntu Żeligowskiego o ziemie Wileńszczyzny. Również z Czechosłowacją stosunki były napięte ze względu na Zaolzie i nie tylko. Punktem spornym była również Spisz. Biorąc pod uwagę inne państwa, to na przykład Węgry straciły Siedmiogród, wyrażały pretensje w stosunku do części Słowacji i Austrii. Tego typu sytuacje można mnożyć. Międzymorze będące przeciwwagą zarówno dla imperializmu niemieckiego jak sowieckiego było utopią. Mogliśmy zatem podpisać pakt z Krajem Kwitnącej Wiśni o współpracy militarnej. Co by z tego wynikało?
Pierwsza rzecz, to należy spojrzeć, z jakim państwem my wtedy mieliśmy około 1500 kilometrów wschodniej granicy. Był to Związek Radziecki, który nie ukrywał, że miał chrapkę na nasze ziemie, a nawet na rządzenie całym światem. Japonia również graniczyła z nim, mając na Sachalinie granicę lądową oraz między Kurylami i Kamczatką granicę morską. Poza tym Kraj Kwitnącej Wiśni chciał się stać dominującym imperium w regionie i dążył do podbicia ziem, na których znajdowało się mnóstwo zasobów. A przecież wiemy ile na rosyjskim Dalekim Wschodzie wydobywa się surowców. A teraz dokonajmy takiej symulacji. Co by się stało, gdyby nas zaatakował Związek Radziecki. My oczywiście dajemy mu odpór. Równocześnie dochodzi do ataku armii japońskiej na obiekty znajdujące się na wschodniej Syberii. Opanowana zostaje Kamczatka, Sachalin, Kraj Ussuryjski oraz znaczna część wybrzeża. W kilku miejscach przedziera się głębiej, nawet do Czyty jak podczas rewolucji październikowej. ZSRR zostaje zmuszony wycofać wojska z terenów Polski i przerzucić je na Daleki Wschód. Zwróćmy uwagę w jakiej sytuacji była wówczas Japonia. Dążyła do pozyskania ziem, na których znajdowały się poszczególne surowce, więc raczej nie byłoby łatwo wyrzucić Japończyków z tych ziem. Wojna na Pacyfiku to byłoby nic, przy tym co działoby się na wschodniej Syberii i przy znajomości bojowej gorliwości japońskich żołnierzy. Tak samo w razie napaści na japońskie tereny, my powinniśmy opanować resztę Białorusi, znaczne tereny Ukrainy, a nawet pójść na Moskwę... Jaki jest zatem z tego wniosek. ZSRR znalazłby się w szachu i nie mógłby nic zrobić. Byłby wyłączony z ewentualnego konfliktu. Nie sprawdziłoby się w tym wypadku twierdzenie wybitnego geopolityka Studnickiego-Gizberta, że w razie napaści Niemiec, automatycznie dojdzie do ataku sowieckiego. W tym wypadku ZSRR nie mógłby uderzyć, a bez tego Niemcy tak łatwo nie daliby nam rady. Blitzkrieg bardzo by się przedłużył, a my teoretycznie moglibyśmy jeszcze armię niemiecką odeprzeć.
Dochodzimy tutaj do drugiego aspektu. Współpraca militarna nie zawiera się tylko na zapewnieniach o wzajemnej pomocy między państwami. Teoretycznie moglibyśmy Japończykom sprzedać trochę swojej broni ręcznej, którą oni mieli akurat słabą, a od nich kupić samoloty i okręty podwodne - te akurat bardzo dobre, aby uzupełnić braki w sprzęcie we własnej armii. Przecież pieniądze wykorzystane na budowę COP można by spokojnie wydać na wojska lądowe i marynarkę wojenną. Jeżeli nie bylibyśmy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości Łosi i Karasi moglibyśmy zakupić samoloty marki Mitsubishi. Założę się, że wówczas wrzesień roku 1939 wyglądałby zupełnie inaczej. Przyjmijmy jeszcze, że obok tego mielibyśmy odpowiednie ilości broni przeciwlotniczej (jak karabin maszynowy Szczeniak) i przeciwpancernej (chociażby sławetny Ur), to tym bardziej. Wtedy to my zdobylibyśmy Berlin, a nie Niemcy Warszawę.
Wiadomo, że polityka socjaldemokratycznych mięczaków Bluma i Chamberlaina określana mianem appeasment doprowadziłaby do skierowania ekspansji Trzeciej Rzeszy na wschód. Tylko że w razie mocniejszego sojuszu z Japonią, Niemcy dostałyby bardzo mocne lanie. Inna byłaby teraz pozycja Polski na świecie i w Europie. Bylibyśmy krajem o powierzchni zbliżonym do Francji, ponieważ od Niemiec należałoby wysępić ziemie Polski piastowskiej jak również część tych, które były zajmowane w czasach pierwszych Piastów przez plemiona słowiańskie. Tak więc na zachodzie sięgalibyśmy dalej niż obecnie.
Niestety, tego typu szanse po prostu zaprzepaściliśmy. Nie można odmówić sanacyjnemu rządowi, że nie chciał dla Polski dobrze. Nie dostrzegał jednak wielu istotnych rzeczy, w efekcie straciliśmy bardzo wiele możliwości. A teraz nam się to będzie odbijać czkawką aż do końca naszej historii...
Etykiety:
geopolityka,
historia,
historia alternatywna,
Japonia,
komunizm,
nazizm,
Niemcy,
Polska,
ZSRR
Subskrybuj:
Posty (Atom)