Pamiętam, że jeszcze w szkole średniej kierowałem się pewnym idealistycznym mitem. Myślałem mianowicie, że na pewne kierunki idą pasjonaci. Nie miałem tutaj na myśli prawa czy medycyny, bo tam chyba mało kto idzie z powodów zainteresowań. Chodzi mi natomiast o nauki przyrodnicze. Znalazłem się w między czasie na Wydziale Biologii UW. Życie bardzo ciężko zweryfikowało moje wcześniejsze wyobrażenia. Okazało się, że na dwie setki ludzi, z którymi zacząłem studiować, pasjonatów trzeba szukać ze świeczką. Większa część ludzi poszła na zasadzie, żeby gdzieś się znaleźć albo nie dostali się gdzie indziej. Mit zatem upadł, później inne wyobrażenia też zostały brutalnie zweryfikowane.
Na przykład pewne dziedziny w ogóle na wydziale nie istnieją. Na przykład taka duża dziedzina biologii, jaką jest zoologia. Kiedyś była protozoologia, ornitologia, teriologia, entomologia, nawet kręcili się pojedynczy herpetolodzy. Teraz z tamtego, dawnego zróżnicowania nie zostało nic. Są dwa zakłady atomistycznej ekologii, gdzie zwierzaki traktowane są jak drożdże lub bakteriofagi, oraz paleontologia z różnymi dziwnymi poglądami tam wyznawanymi. Ponieważ jest ustawowy wymóg, żeby biolog miał zrealizowany przedmiot o nazwie "zoologia", to ktoś musi go prowadzić. No i co? Koordynatorem ćwiczeń jest fizjolog zwierząt, który bynajmniej nie jest zainteresowany zagadnieniami adaptacyjnymi; gdyby to był jakiś polski Schmidt-Nielsen nie śmiałbym się przyczepiać. Wykłady natomiast są prowadzone przez paleontologa, który ma własne poglądy, bardzo często wsteczności i anachronizmy przedstawiane jako antymainstream.
Dziwne specjalności... kiedyś były na Biologii UW cztery specjalności - Zoologia, Botanika, Mikrobiologia, Biochemia. W latach dziewięćdziesiątych wymyślili dwa molochy, w które próbuje się upchnąć wszystkie nauki biologiczne reprezentowane na wydziale - Biologia Środowiskowa oraz Biologia Komórki i Organizmu. W moim mniemaniu są to biurokratyczne twory, których pomysłodawcy zatrzymali się chyba mentalnie w czasach realnego socjalizmu. Żadnego przełożenia na praktykę bowiem. Dodam, że całkowicie sztuczne. Poprzedni układ nie był idealny, ale obecny jest jeszcze gorszy.
Odnoszę również wrażenie, że studia są niepraktyczne, a wszystkiego, co człowiek potrzebuje, musi się tak naprawdę nauczyć samemu. Do tego ogranicza się dydaktykę. Przytaczałem wyżej przykład zoologii. Kiedyś był rok. Na innych uczelniach jest rozdzielona na zoologię bezkręgowców i kręgowców, które trwają kolejno po pół roku. Na UW... pół roku. Tak samo z botaniką, fizjologią roślin, fizjologią zwierząt, biochemią, biologią komórki. Poza tym panuje powszechnie zgoda odnośnie opisywania życia w kategoriach fizykochemicznych, zakłada się, że żywy organizm to taka bardzo złożona maszyna. Gdybyśmy mieli na przykład baniak z reagującym związkami, to uznalibyśmy, że do jego zrozumienia potrzebna jest znajomość matematyki, fizyki i chemii. To dlaczego nikt nie zakłada, że skoro najprostszy organizm typu Mycoplasma gentilis jest układem wielokrotnie bardziej złożonym niż taki system, to dlaczego tak mało na studiach biologicznych matematyki, fizyki, przyczepić można by się również chemii. Dodam, że słaba znajomość nauk ścisłych bardzo często skutkuje słabością metodologiczną.
Podejrzewam, że studenci bądź absolwenci dowolnego kierunku mogliby wskazać tego typu mankamenty. Zastanowić się tutaj należy nad przyczynami tego stanu rzeczy. Będę pisał tutaj na przykładzie mojego kierunku, ponieważ tutaj jako tako orientuję się w realiach.
Moim zdaniem po prostu nikt nie patrzy na rynek pracy, a jeżeli już, to udaje, że patrzy. Jaki powinien być na przykład biolog po studiach, żeby znaleźć pracę w innym miejscu niż szkoła? Czy ktoś się nad tym zastanawia, czy po prostu zakładają, że przeznaczeniem magistra nauk biologicznych jest garowanie w jakiejś szkółce, ewentualnie praca w innym zawodzie niż wyuczony? Tutaj potrzebnych jest kilka podstaw. Primo: dobry warsztat matematyczno-fizyczno-chemiczny. Człowiek, który orientuje się w tej triadzie, będzie dobry pod względem metodologicznym, co sprawi, że zwiększą się zdecydowanie jego horyzonty. Będzie w stanie na przykład wymyśleć albo zaproponować jakąś nową metodę badań. Secondo. Wbrew pozorom klasyczna biologia, czyli zoologia, botanika, ekologia. Jest pewne zaopatrzenie na inwentaryzacje fauny i flory z punktu widzenia ochrony środowiska; w końcu trzeba unikać takich burd jak w Rospudzie czy na Górze Św. Anny. Problemem są również zanieczyszczenia przemysłowe, w przypadku których należy potrafić określić ich wpływ na organizmy, populacje oraz na całe ekosystemy. Tertio: biochemia, genetyka, biologia molekularna, mikrobiologia. Będzie rosło zapotrzebowanie na specjalistów, którzy znają techniki molekularne. Żeby takie rzeczy dostrzec, jak wyżej, nie trzeba być wcale żadnym geniuszem w dziedzinie biologii. Pytanie tylko, dlaczego ludzie kształcący przyszłych biologów tego nie chcą widzieć albo udają, że nie widzą?
Co należy zrobić, żeby znormalizować pewne stosunki? Moim zdaniem studia powinny być płatne. Nie ma czegoś takiego jak darmowe obiady. Przyjąłbym tutaj zasadę, że jedną trzecią uczelnia dostaje od państwa, a dwie trzecie z czesnego studentów. Wówczas szereg indywiduów poszukujących na studiach dolce vita po prostu by tam nie trafiło. Poza tym uczelnia zmuszona zostałaby do zwiększenia wysiłków dydaktycznych, ponieważ absolwent, który zapłacił kilkadziesiąt tysięcy złotych, a nie znalazł zatrudnienia, mógłby wystąpić o odszkodowanie. Wreszcie szereg pracowników naukowych traktujących dydaktykę jak piąte koło u wozu musiałoby się wziąć do roboty. Kiedyś w rozmowie z jedną z koleżanek porównałem uniwersytet do szewca: jeżeli chce zrobić brzydkie buty, to się go zmienia, tak samo z uczelnią. Wspomniałem również, że na UW mnie się nie podoba, bo nie ma interesującej mnie specjalności. Ona prędzej myślała, że my tu wszyscy jesteśmy łaskawie tolerowani przez kadrę. W momencie, gdyby przynajmniej częściowo wprowadzić normalne stosunki kapitalistyczne, to musiałoby się to zmienić.
Kiedyś były studia magisterskie jednolite. Obecnie wprowadzili licencjat. Moim zdaniem byłoby to rozwiązanie dobre wtedy, gdy trwałoby cztery lata jak w Wielkiej Brytanii czy USA. Wówczas człowiek z tym tytułem, wychodząc z uczelni, coś by potrafił, zakładając wprowadzenie takich zmian jak wyżej proponowane. W ciągu trzech lat nie da się wyhodować biologa, próbuje się wszystko upychać, skracać, w efekcie wychodzi człowiek o bardzo ogólnej wiedzy będącej w istocie pomieszaniem z poplątaniem. Cztery lata pozwoliłyby już spokojnie. Później powinno być dwa lata studiów magisterskich. Dodam, że obrony prac licencjackich, magisterskich, podobnie jak w przypadku doktorskich, powinny być publiczne. Pewien kolega mi opowiadał, że na obronie jego licencjatu były trzy (sic!) osoby, no i tylko jedna mogąca prowadzić dyskusję na temat tego opracowania (promotor). Poza tym powinna być możliwość wysłania pytań via mail, jeżeli jeden z dyskutantów nie może się tam stawić. Mamy zatem następne sprzężenie zwrotne, które doprowadziłoby do tego, że uczelnia musiałaby zacząć kształcić. Jeżeli ktoś nie obroniłby się, też teoretycznie mógłby zażądać od niej odszkodowania.
Takie rozwiązanie rozwiązałoby również problem wyrastających jak grzyby po deszczu uczelni prywatnych. Jeżeli jej absolwenci nie byliby w stanie publicznie się obronić, to po pewnym czasie taka "szkoła wyższa" omijana byłaby szerokim łukiem. Nic więcej tutaj nie potrzeba. A jeżeli trzy osoby, w sumie sąd kapturowy za zamkniętymi drzwiami, to w sumie, nic dziwnego, że produkują przyszłych bezrobotnych i/lub emigrantów.
Wymusiłoby to również powołanie jakichś normalnych specjalności, a nie takich wszechogarniających molochów jak obecnie, do których przy minimalnym wysiłku umysłowym dałoby się przyporządkować dowolną albo większą część dyscyplin danej nauki. Wydział nie dający możliwości wyspecjalizowania się w dużych dziedzinach, w którym dochodzi do różnych dziwnych paradoksów, że ludzie prowadzący dany przedmiot nie mają z nim zbyt dużo wspólnego, nie powinien być pozytywnie weryfikowany. A co to za problem zrobić konkurs na adiunkta czy kierownika zakładu? Wówczas powinna następować fuzja. Pozwoliłoby to ograniczyć koszty administracyjne.
Tyle że oczywiście takich zmian w Polsce nikt nie wprowadzi. Abstrahuję już od tego, że akademiki wyniosły obecnie rządzącą partię do władzy. To jest jednak mały pikuś w porównaniu z panami profesorami, doktorami habilitowanymi, docentami. To oni się na takie zmiany nigdy nie zgodzą, ponieważ zostaliby zmuszeni do pracy. Lepszy dla nich stan obecny. Założę się, że byłby jakiś List w Obronie Nauki Polskiej (chyba Fatalnego Stanu Nauki Polskiej), pod którym podpisałoby się kilka tysięcy pracowników naukowych, zaczęłaby się wrzawa medialna. Człowiek, który natomiast śmiałby coś takiego forsować zostałby automatycznie "troglodytą" w oczach panów w gronostajach.
To i tak jest propozycja drobnych zmian, które dałoby się obecnie wprowadzić. Najlepiej byłoby przeprowadzić prywatyzację. Ale w przeżartym etatyzmem i socjalizmem dyskursie publicznym, nawet forsowanie takiego wariantu urosłoby do rangi czynu heroicznego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zoologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zoologia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 października 2010
sobota, 2 stycznia 2010
Przestępstwo zoofobii i Front Wyzwolenia Minerałów
Swego czasu przeczytałem opowiadanie Kurta Vonneguta Harrison Bergeron. Mowa tam była o USA w dalekiej przyszłości, kiedy za podstawową zasadę ustroju przyjęto, iż wszyscy mają być równi. Cel: zapobiec wyścigowi szczurów typowemu dla poprzednich epok. Tak więc spiker w telewizji się jąkał, piękna baletnica miała podwieszone ciężarki i maskę brzyduli. Człowiek inteligentniejszy od przeciętnej miał w uchu nadajnik emitujący nieznośne dźwięki, co miało uniemożliwiać myślenie. Wszyscy byli równi. Widać tutaj pewną aluzję do współczesnych czasów. Przecież obecnie homoseksualista ma mieć tak samo jak heteroseksualista. Już semantycznym nadużyciem jest stwierdzenie małżeństwo osób tej samej płci, jednak do takich rzeczy dochodzi. Tak samo do oddawania dzieci do rozpustnych zabaw takich osobników. Sam socjalizm nie jest niczym innym jak wyrównywanie: a przecież ci mniej zaradni umrą z głodu na starość, nie poślą dzieci do szkoły et cetera. Co więc trzeba zrobić? A państwowy system redystrybucji. W lewicowej ideologii nikt nie może poczuć się gorszy, słabszy, głupszy, więc wszyscy mają mieć wszystkiego po równo.
Peter Singer swojego czasu dyskutował międzygatunkowe małżeństwa. Przy odbywającym się obecnie reductio ad absurdum lewicowej, egalitarnej ideologii, to jest bardzo prawdopodobne. Obecnie mamy homoseksualistów. Jutro będą zapewne pedofile: wyciągnie się jakieś urojone pozytywy tego zjawiska. Zamówi się również odpowiednie badania tzw. psychologów czy inny substytut kryptozoologii tudzież ufologii, no i wykombinuje się, że na przykład zmuszanie dziecka do pracy w domu jest dlań bardziej dotkliwe niż stosunek seksualny z nim. To dlatego, ponieważ lewica zawsze broniła naukowości swego ruchu. Swego czasu nawet popierała biologiczny rasizm i eugenikę, ponieważ takie poglądy przewijały się w nurcie oficjalnej nauki... Wracając jednak ad rem, przecież pedofil musi mieć tak samo jak i cała reszta, czyli prawo do małżeństwa itd. Lewicowa ideologia się zatem na to zgodzi. Później wykombinują sobie. Przecież są ludzie, którzy czują pociąg na przykład do bydła domowego (na przykład bohater pewnego opowiadania Williama Faulknera). Co więc będzie trzeba zrobić? Jak zwykle, powiedziane zostanie, że zoofilia to taka alternatywna normalność, no i nie ma nic w tym złego, że ktoś lubi ze zwierzętami. Wprowadzi się zatem międzygatunkowe małżeństwa. Będzie można przyprowadzić krowę lub konia do urzędu stanu cywilnego, no i wziąć ślub. Zapomniałem jeszcze o prawie adopcji dla takich małżeństw...
Powstanie również osobna kategoria przestępstw. Ponieważ wszyscy mają mieć wsio rawno, to nie można nikomu deptać po odciskach (wyjątek stanowią ci podli "katole", "ciemnogród" i inni "wrogowie ludu"). Teraz mamy homofobię. Jeśli ktoś się źle wyraża na temat coraz bardziej bezczelnych homosiów, to grozi mu nawet 15 tysięcy złotych kary. Jeżeli będzie można wejść w związek ze zwierzęciem, to wprowadzona zostanie zoofobia. Będzie się zatem tropić wszędzie zoofobów, nawet na poziomie cząstek elementarnych. Nic nie będzie mogło być zoofobiczne. Właściciel fabryki, który zwolni zoofila, będzie musiał się liczyć z zapłatą bardzo wysokiej grzywny. Za gustującym w zwierzaczkach wstawią się wszystkie gwiazdy... tak jak niedawno za znanym pedofilem Raymondem Lieblingiem. A co będzie się dziać z zoofobami? Nie będzie się ich dopuszczać do wysokich stanowisk, czy to w państwowych urzędach, czy to na uniwersytetach. Dominować będzie jedna "prawdziwa" wersja. Piętno zoofoba oznaczać będzie społeczny ostracyzm jak w obecnych czasach antysemity, rasisty bądź homofoba.
Na tym się jednak nie zatrzyma walec przemian. Przecież zwierzęta to nie tylko krowy, konie, słonie, wieloryby, gołębie. Cóż to za dziwny "kręgowcowy" szowinizm! Przecież zdecydowana większość świata zwierząt to stawonogi, obleńce, mięczaki. Pamiętać również trzeba o tak prymitywnych organizmach jak Trichoplax adhaerens! One też potrzebują praw! Ba, określenie "prymitywny" jest w tym momencie nie na miejscu, należy powiedzieć organizm "wcześnie wyodrębniony w ewolucji świata zwierząt"; przecież nie ma czegoś takiego jak korona stworzenia! Tak więc trzeba będzie dać zwierzętom prawa wyborcze, bierne i czynne. W parlamencie będzie musiał być przedstawiciel każdego typu zwierzęcego, żeby nikt nie powiedział, że któryś jest dyskryminowany. Parytet musi być! Jeżeli takson tak wysokiej rangi zostanie odkryty, przysłać będzie trzeba jego żywy egzemplarz, żeby mógł zajmować takie miejsce i wyciągnąć go nawet z czułków homara czy oceanicznych głębin.
A co powie się ludziom? Pewnie to, że Kaligula nie był takim idiotą i psychopatą. Uczynił w końcu konia Incinatusa senatorem. Ów cesarz rzymski pewnie w państwowych programach edukacji zostanie uznany za proroka równości ludzi i zwierząt. Pretorianie, którzy go zamordowali, zostaną okrzyknięci prawicowym elementem reakcyjnym, jaki z pewnością nie rozumiał światłych idei wybitnego męża stanu. Istnieje jeszcze jedna możliwość uprawiania taniej propagandy. Lewica, żeby utrzymać się przy korycie, jest bowiem zdolna do wszystkiego... Czy nie mogliby na przykład wyciągnąć czegoś na kształt elan vital Bergsona?
Kto wie, czy nie zacznie być lansowana jakaś forma spirytystycznej duchowości. Gilbert Chesterton zwykł mawiać, że jak się nie wierzy w Boga, to uwierzy się we wszystko. Teraz mamy plagę różnych New Age, sekt, wróżek, przesądów, w duchy w starych domostwach, w horoskopy. Wyciągnięte mogą zostać zatem jakieś koncepcje panpsychizmu. Ktoś dojdzie do wniosku, że nawet minerały reprezentują sobą pewną formę świadomości. Powołany zostanie zatem Front Wyzwolenia Minerałów. Przecież one też potrzebują pewnych praw! Nikt nie może tak bezczelnie obchodzić się z kalcytem czy dolomitem! Oczywiście walec lewicowej ideologii i tego również posłucha. Skoro zwierzętom nadano tyle praw, to dlaczego nie mają ich otrzymać minerały, jeśli nawet one wykazują pewne cechy psychiczne? Zostanie to wysłuchane, no i w parlamencie postawić będzie trzeba próbki poszczególnych minerałów.
Oczywiście, za każdym razem będą towarzyszyć lewackim demagogom współcześni odpowiednicy Trofima Denisowicza Łysenki. Będą oni swoim autorytetem podpierać, to co lewicowe mózgi stworzyły w pocie czoła, aby ludzkość wynieść na wyższy poziom rozwoju. Przecież światopogląd lewicy już wielokrotnie był przedstawiany jako naukowy - czy to był nazizm, czy komunizm, czy też współczesna politycznie poprawna mutacja socjalizmu. Oczywiście to, że poprzednie "naukowo udowodnione" systemy doprowadziły do śmierci kilkuset milionów ludzi, lewicy nie przeraża. Przecież to ludzie nie dorośli albo indywidua wyjątkowo niemoralne zabrały się za budowę raju na Ziemi. Trzeba więc próbować dalej, może się za tym razem uda, a jak nie, to za następnym...
Ponieważ obecnie cały świat skręca na lewo, możemy dożyć absurdów jeszcze większych niż wyżej opisane. Ale czego przeciwna strona barykady nie zrobi, aby wszyscy mieli po równo?
Peter Singer swojego czasu dyskutował międzygatunkowe małżeństwa. Przy odbywającym się obecnie reductio ad absurdum lewicowej, egalitarnej ideologii, to jest bardzo prawdopodobne. Obecnie mamy homoseksualistów. Jutro będą zapewne pedofile: wyciągnie się jakieś urojone pozytywy tego zjawiska. Zamówi się również odpowiednie badania tzw. psychologów czy inny substytut kryptozoologii tudzież ufologii, no i wykombinuje się, że na przykład zmuszanie dziecka do pracy w domu jest dlań bardziej dotkliwe niż stosunek seksualny z nim. To dlatego, ponieważ lewica zawsze broniła naukowości swego ruchu. Swego czasu nawet popierała biologiczny rasizm i eugenikę, ponieważ takie poglądy przewijały się w nurcie oficjalnej nauki... Wracając jednak ad rem, przecież pedofil musi mieć tak samo jak i cała reszta, czyli prawo do małżeństwa itd. Lewicowa ideologia się zatem na to zgodzi. Później wykombinują sobie. Przecież są ludzie, którzy czują pociąg na przykład do bydła domowego (na przykład bohater pewnego opowiadania Williama Faulknera). Co więc będzie trzeba zrobić? Jak zwykle, powiedziane zostanie, że zoofilia to taka alternatywna normalność, no i nie ma nic w tym złego, że ktoś lubi ze zwierzętami. Wprowadzi się zatem międzygatunkowe małżeństwa. Będzie można przyprowadzić krowę lub konia do urzędu stanu cywilnego, no i wziąć ślub. Zapomniałem jeszcze o prawie adopcji dla takich małżeństw...
Powstanie również osobna kategoria przestępstw. Ponieważ wszyscy mają mieć wsio rawno, to nie można nikomu deptać po odciskach (wyjątek stanowią ci podli "katole", "ciemnogród" i inni "wrogowie ludu"). Teraz mamy homofobię. Jeśli ktoś się źle wyraża na temat coraz bardziej bezczelnych homosiów, to grozi mu nawet 15 tysięcy złotych kary. Jeżeli będzie można wejść w związek ze zwierzęciem, to wprowadzona zostanie zoofobia. Będzie się zatem tropić wszędzie zoofobów, nawet na poziomie cząstek elementarnych. Nic nie będzie mogło być zoofobiczne. Właściciel fabryki, który zwolni zoofila, będzie musiał się liczyć z zapłatą bardzo wysokiej grzywny. Za gustującym w zwierzaczkach wstawią się wszystkie gwiazdy... tak jak niedawno za znanym pedofilem Raymondem Lieblingiem. A co będzie się dziać z zoofobami? Nie będzie się ich dopuszczać do wysokich stanowisk, czy to w państwowych urzędach, czy to na uniwersytetach. Dominować będzie jedna "prawdziwa" wersja. Piętno zoofoba oznaczać będzie społeczny ostracyzm jak w obecnych czasach antysemity, rasisty bądź homofoba.
Na tym się jednak nie zatrzyma walec przemian. Przecież zwierzęta to nie tylko krowy, konie, słonie, wieloryby, gołębie. Cóż to za dziwny "kręgowcowy" szowinizm! Przecież zdecydowana większość świata zwierząt to stawonogi, obleńce, mięczaki. Pamiętać również trzeba o tak prymitywnych organizmach jak Trichoplax adhaerens! One też potrzebują praw! Ba, określenie "prymitywny" jest w tym momencie nie na miejscu, należy powiedzieć organizm "wcześnie wyodrębniony w ewolucji świata zwierząt"; przecież nie ma czegoś takiego jak korona stworzenia! Tak więc trzeba będzie dać zwierzętom prawa wyborcze, bierne i czynne. W parlamencie będzie musiał być przedstawiciel każdego typu zwierzęcego, żeby nikt nie powiedział, że któryś jest dyskryminowany. Parytet musi być! Jeżeli takson tak wysokiej rangi zostanie odkryty, przysłać będzie trzeba jego żywy egzemplarz, żeby mógł zajmować takie miejsce i wyciągnąć go nawet z czułków homara czy oceanicznych głębin.
A co powie się ludziom? Pewnie to, że Kaligula nie był takim idiotą i psychopatą. Uczynił w końcu konia Incinatusa senatorem. Ów cesarz rzymski pewnie w państwowych programach edukacji zostanie uznany za proroka równości ludzi i zwierząt. Pretorianie, którzy go zamordowali, zostaną okrzyknięci prawicowym elementem reakcyjnym, jaki z pewnością nie rozumiał światłych idei wybitnego męża stanu. Istnieje jeszcze jedna możliwość uprawiania taniej propagandy. Lewica, żeby utrzymać się przy korycie, jest bowiem zdolna do wszystkiego... Czy nie mogliby na przykład wyciągnąć czegoś na kształt elan vital Bergsona?
Kto wie, czy nie zacznie być lansowana jakaś forma spirytystycznej duchowości. Gilbert Chesterton zwykł mawiać, że jak się nie wierzy w Boga, to uwierzy się we wszystko. Teraz mamy plagę różnych New Age, sekt, wróżek, przesądów, w duchy w starych domostwach, w horoskopy. Wyciągnięte mogą zostać zatem jakieś koncepcje panpsychizmu. Ktoś dojdzie do wniosku, że nawet minerały reprezentują sobą pewną formę świadomości. Powołany zostanie zatem Front Wyzwolenia Minerałów. Przecież one też potrzebują pewnych praw! Nikt nie może tak bezczelnie obchodzić się z kalcytem czy dolomitem! Oczywiście walec lewicowej ideologii i tego również posłucha. Skoro zwierzętom nadano tyle praw, to dlaczego nie mają ich otrzymać minerały, jeśli nawet one wykazują pewne cechy psychiczne? Zostanie to wysłuchane, no i w parlamencie postawić będzie trzeba próbki poszczególnych minerałów.
Oczywiście, za każdym razem będą towarzyszyć lewackim demagogom współcześni odpowiednicy Trofima Denisowicza Łysenki. Będą oni swoim autorytetem podpierać, to co lewicowe mózgi stworzyły w pocie czoła, aby ludzkość wynieść na wyższy poziom rozwoju. Przecież światopogląd lewicy już wielokrotnie był przedstawiany jako naukowy - czy to był nazizm, czy komunizm, czy też współczesna politycznie poprawna mutacja socjalizmu. Oczywiście to, że poprzednie "naukowo udowodnione" systemy doprowadziły do śmierci kilkuset milionów ludzi, lewicy nie przeraża. Przecież to ludzie nie dorośli albo indywidua wyjątkowo niemoralne zabrały się za budowę raju na Ziemi. Trzeba więc próbować dalej, może się za tym razem uda, a jak nie, to za następnym...
Ponieważ obecnie cały świat skręca na lewo, możemy dożyć absurdów jeszcze większych niż wyżej opisane. Ale czego przeciwna strona barykady nie zrobi, aby wszyscy mieli po równo?
wtorek, 17 czerwca 2008
Lewicowe pseudonauki (3): Normalność homoseksualizmu
O homoseksualizmie
Chyba nie trzeba chyba tłumaczyć, co to jest. W 1991 roku został skreślony z listy chorób psychicznych. Od tamtej pory mówi się również o takim fenomenie, jakim są orientacje seksualne. Wcześniej nikomu nie przyszłoby do głowy, iż coś takiego może w ogóle istnieć. Mainstream uważa, że homoseksualizm jest czymś normalnym w porównywalnym stopniu jak heteroseksualizm. Co więcej, ostatnio mnożą się hipotezy odnośnie wrodzonego charakteru orientacji seksualnej. Niektórzy porównują wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób przez WHO do poczynienia tego samego ze zbyt częstą masturbacją (tak, jakby robienie czegoś w nadmiarze nie było szkodliwe). Akceptacja homoseksualizmu jako rzeczy normalnej przez ludzi o heteroseksualnej orientacji (że pozwolę sobie użyć tego określenia) jest uważana za przejaw postępu. Z czego to może wynikać?
Etyczny relatywizm
Rzecz jasna, lewica, która wszędzie wpycha swoje brudne ręce, doprowadziła do tego, że homoseksualizm został skreślony z listy chorób. Nie trzeba też tutaj tłumaczyć, że doszło do tego na drodze demokratycznego głosowania; tak więc wszystko wydaje się jasne. Postrzeganie homoseksualizmu jako normalnego wiąże się z postawą bardzo często przyjmowaną przez współczesną lewicę laicką. Chodzi tutaj o etyczny relatywizm. Jak można go najprościej wytłumaczyć? Wykonajmy sobie przy tym taki prosty eksperyment myślowy.
Mamy trzecią zasadę termodynamiki tzw. postulat Nernsta. Mówi ona, że w momencie kiedy osiągnięta zostanie temperatura zera absolutnego, wszelki ruch cząstek ustaje, a energia wewnętrzna układu wynosi zero. No i teraz wyjdźmy na ulicę bądź dzwońmy do ludzi na telefon. Pytajmy się o treść tego właśnie postulatu Nernsta. Uzyskamy znaczny rozrzut odpowiedzi. Oczywiście jakaś część ludzi odpowie prawidłowo, a reszta będzie gadać różne bzdury, jeszcze ileś tam osób powie, iż nigdy o czymś takim w życiu nie słyszało. Brać jeszcze trzeba pod uwagę takie odpowiedzi typu k... mać. Relatywista uzna wszystkie odpowiedzi za tak samo prawdziwe, nie ważne, czy ktoś powiedział prawdziwą treść trzeciej zasady termodynamiki, czy zaklął, czy udał Greka et cetera. Absolutysta natomiast oddzieli błędne odpowiedzi i nie na temat od prawdziwych.
Tak samo jest zresztą na gruncie etyki. Identycznie jak w przypadku postulatu Nernsta, relatywiści traktują wszystkie dziwactwa na równi z normalnością. Z tego powodu homoseksualizm, a w niedalekiej przyszłości pedofilia, będą przez nich traktowane jako coś najnormalniejszego w świecie. Wystarczy rzucić okiem do chociażby Traktatu ateologicznego Onfraya, a tam znajdzie się ustęp o tym, że seks z nieletnimi jest normalny i że nie można karać człowieka za takie skłonności, skoro to u niego naturalne. Poza tym powyższy przykład pokazuje absurdalność etycznego relatywizmu. Tak więc same już podstawy traktowania homoseksualizmu jako rzeczy normalnej w takim samym stopniu, jak heteroseksualizm, wydają się być pozbawione sensu.
Argument wrodzoności homoseksualizmu
Ostatnimi czasy, w związku z postępami genetyki molekularnej, neurobiologii, psychiatrii, uważa się, że homoseksualizm może mieć podłoże genetyczne. Wbrew pozorom jest to pewien argument w dyskusji. Dlaczego? Genetycznie na przykład determinowane jest to, że mamy pięć palców u rąk i nóg; to wszystko zależy od ekspresji odpowiednich genów HOX. Płeć jest determinowana chromosomalnie, w zależności od tego czy osobnik posiada dwa chromosomy X czy jeden X i jeden Y. Dla pewnych środowisk wieść o możliwości genetycznej determinacji homoseksualizmu jest przesłanką, aby ich skłonności potraktować jako coś całkowicie naturalnego i niezmiennego (chyba, że za pomocą inżynierii genetycznej linii płciowej). Tak więc należy się zastanowić, czy homoseksualizm może być wrodzony?
Gdy robiono pośmiertne badania anatomiczne na mózgach heteroseksualistów i homoseksualistów nie stwierdzono praktycznie żadnych różnic. To już pozwala podejrzewać, że homoseksualizm nie jest determinowany genetycznie z pewnym prawdopodobieństwem.
Poza tym nie robiono żadnych badań na myszach czy innych zwierzętach laboratoryjnych pozwalających stwierdzić, czy homoseksualizm jest wrodzony czy determinowany środowiskowo. Najlepsze byłyby w tym wypadku badania na myszach będących knock-outami lub mającymi nadekspresję jakiegoś genu regulatorowego ewentualnie kombinacja (kilka znokautowanych genów, kilka nadekspresji) lub knock-down (wyłączenie ekspresji z użyciem interferencji RNA). Ewentualnie można by zastosować osobniki, którym wprowadzono oligonukleotydy antysensowne lub dokonano miejscowej transgenizacji pewnych okolic mózgu z użyciem AAV lub lentiwirusów. U takich osobników należałoby badać preferencje seksualne (pod warunkiem oczywiście istnienia takowych) - oczywiście obserwując, ewentualnie nagrywając. Jeszcze wcześniej przydałoby się złapać jakąś myszkę wykazującą pewne zachowania nas interesujące, uśmiercić, zrobić z mózgu homogenat, który następnie poddano by badaniom transkryptomu (całości RNA), ewentualnie proteomu (wszystkich białek - takie propozycje badania procesów zachodzących w układzie nerwowym były już zgłaszane), a wówczas można by z użyciem RNAi (interferencji RNA) określić, co się po kolei, dzieje. Jak do tej pory tego typu eksperyment nie został zrobiony, tylko póki co dyskutowane są tego typu możliwości techniczne. Badania na knock-outach, osobnikach wykazujących nadekspresję pewnych genów et consortes wykonywane są obecnie w przypadku zdecydowanie prostszych procesów behawioralnych, takich jak uczenie się czy zapamiętywanie. Póki co za bardziej skomplikowane procesy behawioralne mało kto się na razie zabiera, poza zespołami badawczymi zajmującymi się socjogenomiką. Ale oni generalnie zajmują się badaniem molekularnych podstaw zachowania się pszczół miodnych (Apis mellifera), a za organizmy wyższe, mogących interesować tychże badaczy (jak gryzonie) na razie się nie zabierają.
O genetycznej determinacji homoseksualizmu można sobie póki co pogadać (chyba że rację ma Roger Penrose i procesy behawioralne należy tłumaczyć na poziomie submolekularnym, traktując proteom jako swoisty ośrodek). Na razie badane są procesy behawioralne o wiele prostsze niż złożone zachowania związane z rozrodem. Przy najmniej na poziomie biomolekularnym, bo badania z zakresu ekologii behawioralnej czy etologii mają się świetnie.
Homoseksualizm jest w zdecydowanej części determinowany środowiskowo. U chłopców w pewnym okresie rozwoju mogą występować pewne skłonności w tym zakresie, ale nie muszą się one pogłębiać, a jeżeli tak się dzieje, to jest to patologiczne. Generalnie wielu homoseksualistów stało się takimi na skutek burzliwych przeżyć jak chociażby zawodów miłosnych itp. Można zacząć wykazywać takie skłonności nawet w wieku dojrzałym. Sam mogę podać przykład pewnego chałturnika z Łodzi (niejakiego Cwynela), który został zdradzony przez żonę, a następnie w ciągu pół roku stał się gejem. A jeżeli można się wtórnie zostać homoseksualistą, to raczej możliwa jest również droga w drugą stronę, a zatem wyleczenie się z homoseksualizmu.
Teraz powstaje pytanie, nawet jeżeli homoseksualizm jest determinowany genetycznie, to co ten gen mógł robić u naszych przodków. Jakoś u szympansów (Pan troglodytes) zachowania homoseksualne nie występują, są spotykane za to u bonobo (Pan paniscus) - ten jest od nas bardziej oddalony niż szympans, biorąc pod uwagę drzewo filogenetyczne małp wąskonosych. Pojawiały się różne hipotezy - że homoseksualiści mogli pełnić taką rolę w społeczeństwach jak sterylne robotnice u owadów społecznych (próba wytłumaczenia jego istnienia za pomocą doboru krewniaczego). Nadal mimo wszystko ciężko sobie wyobrazić, jak homoseksualizm mógłby wyewoluować. Czy ewoluował jak upośledzenia? Raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę model Zahaviego czy hipotezę Hamiltona-Zuk. Tam pewne upośledzenia mają związek z tym, że samce na przykład bardziej jaskrawe, mające większe rogi, dłuższe ogony będą bardziej preferowane przez samice. (Z drugiej strony na skutek większego wydzielania testosteronu będą miały upośledzone działanie systemu odpornościowego, więc również powinno występować u nich więcej czynników chorobotwórczych i pasożytów). Ale homoseksualizm jako taki nic do rozrodczości nie wnosi i model ten nie wyjaśnia, jak to jest, że pojawił się również u kobiet.
Dochodzimy tutaj przy okazji do następnego punktu, który może się stać istotny z punktu widzenia homopropagandy i jest logicznym następstwem traktowania homoseksualizmu jako czegoś wrodzonego i niejako ewolucyjnego spadku po przodkach. A mianowicie: homoseksualizmu w świecie zwierząt.
Homoseksualizm w świecie zwierząt
W zeszłym roku opublikowałem na swoim (niestety) skasowanym blogu tekst pt. Intelektualny totalitaryzm lewicy: homoseksualizm w świecie zwierząt. Wypadałoby przy okazji głębszej analizy homopropagandy o tym wspomnieć. W zeszłym roku odbyła się w Oslo wystawa, na której mówiono o homoseksualizmie wśród wielu zwierząt. O dziwo, wielu zoologów (sic!) potraktowało to normalnie i z dużą dozą rezerwy. Powiedzmy sobie szczerze; jak na razie za stwierdzenie homoseksualnej nekrofilii u kaczki krzyżówki (Anas platyrhynchos) przez pewnego badacza z Muzeum Historii Naturalnej w Lejdzie przyznano IgNobla. Tak więc widać, ile tego typu badania są warte; tyle mniej więcej co pływanie w basenie wypełnionym kisielem. Widać jednak na pierwszy rzut oka, że badania świata zwierząt mogą zostać wykorzystane w celach ideowo-propagandowych. Tak więc wypadałoby uprzedzić ruch lewicowych ideologów domagających się równości i tolerancji.
Czy stosunki w ramach jednej płci w świecie zwierząt w ogóle występują? U bezkręgowców są one czasem spotykane. U kolcogłowów Moniliformis dubius następuje kopulacja samców, w wyniku czego jedne cementują narządy drugim, uniemożliwiając im akt płciowy. Również u pluskwiaków Xylocoris maculipennis występują kopulacje w obrębie tej samej płci. Samiec wstrzykuje plemniki do jamy ciała drugiemu, a one wędrują do jąder tego. Jednakże tego typu zachowania nie mają z typowym homoseksualizmem nic wspólnego. Chodzi tutaj o zwiększenie dyspersji własnych genów w przyrodzie, a temu zachowania homoseksualne klasycznie rozumiane raczej nie sprzyjają.
Innym przypadkiem zachowań powszechnie postrzeganych jako homoseksualizm to behawior bonobo (Pan paniscus). Jeżeli się to dobrze przeanalizuje, to jest to raczej poliamoryzm niźli typowe zachowania homoseksualne. Nawet jeżeli i u tego gatunku to normalne, to dlaczego nie występuje to na przykład u szympansów (Pan troglodytes). U ludzi też nie jest to nagminne, wbrew temu, co próbuje nam wmówić lewicowa propaganda. Po prostu bonobo należy traktować jako odosobniony przypadek. Podobne zachowania bowiem w ogóle u innych naczelnych (i to nie tylko tych określanych mianem małp, bo również u małpiatek) nie występują.
Za homoseksualne mogą być również brani pomocnicy pierwszego i drugiego rzędu u niektórych zimorodków występujących w Afryce subsaharyjskiej (krainie afrotropikalnej) z rodzajów Halcyon czy Ceryle. W rzeczywistości jest to pewna strategia, aby móc się rozmnożyć. U ptaków bardzo częste są tzw. EPF (extra pair fertilization) lub EPC (extra pair copulation). Wykazano to, robiąc badania sekwencji mikrosatelitarnych. Stwierdzono, że występuje to u wszystkich taksonów od rurkonosych aż po ptaki śpiewające z różną częstością u poszczególnych gatunków. Poza tym pomocnicy mogą odpędzić samca dominującego, gdy nadaży się ku temu okazja i któryś z nich może przejąć inicjatywę. Tych zachowań nie należy wiązać w żaden sposób z homoseksualizmem.
Tak więc, homoseksualizm w świecie zwierząt jest kolejnym mitem nie mającym potwierdzenia w rzeczywistości, wynikającym z propagandowego, istrumentalnego traktowania nauki przez lewicę, w tym wypadku rzecz dotyczy zoologii.
Źródła homopropagandy
Należy się zastanowić, jak to się stało, że w ogóle homoseksualizm zaczął być traktowany jako rzecz normalna i w ogóle mogło zaistnieć coś tak obelżywego jak homopropaganda? Cała rzecz zaczęła się od badań przeprowadzonych przez Alfreda Kinseya. W 1948 roku opublikował on książkę pt. Sexual Behaviour of Human Male. Oczywiście, lewicowe media uznały ją za rewelację i rychło się dowiedział o tym cały świat. Książka niedoszłego zoologa sprzedała się w kilku milionach egzemplarzy. W 1952 roku wydał następną pt. Sexual Behaviour of Human Female. Również odniosła ona sukces wydawczy. Autor stwierdził, że większość ludzi jest w jakimś stopniu heteroseksualna lub homoseksualna. Stworzył skalę od 0 do 6, gdzie 0 oznacza krańcowego heteroseksualistę, a 6 krańcowego homoseksualistę, a numery pomiędzy nimi, to różne stadia pośrednie. Przez jakieś 50 lat nikt się nie zastanawiał nad źródłami tych rewelacji. Dopiero nie tak dawno temu Judith Reisman, badaczka związana z izraelskim uniwersytetem w Hajfie i Case Western Western Reserve University w Ohio, przeanalizowała zbiory Kensey Institute przy University of Indiana. Praca była dodatkowo utrudniona, ponieważ to kolekcja częściowa zamknięta i zaistniała konieczność uzyskania pozwolenia wglądu w materiały prywatne. Przejrzała masę dokumentów, filmów oraz przeprowadziła wywiady ze świadkami. Reisman odkryła, że Kinsey prowadził badania w sposób mocno nietypowy. Na potrzeby pierwszej książki grupą kontrolną byli mężczyźni osadzeni w zakładach karnych, a wśród nich siłą rzeczy zachowania homoseksualne są bardziej rozpowszechnione niż w społeczeństwie wolnym. W przypadku drugiej badania prowadzone były między innymi na prostytutkach. Łącznie jedna trzecia z badanych kobiet karana była za przestępstwa seksualne. Pytania w ankietach sporządzanych przez Kinseya i współpracowników były formułowane w tak szokujący sposób, że normalni ludzie nie chcieli na nie odpowiadać. Dopuszczono się również innych manipulacji, między innymi każda osoba, jaka kiedykolwiek uczęszczała na jakikolwiek kurs uniwersytecki, była traktowana jako posiadająca wyższe wykształcenie. Dzięki temu można było stwierdzić, iż badania Kinseya dotyczą przeciętnego Amerykanina z wyższym wykształceniem. Odmówił on również przyjęcia do zespołu profesjonalnego statystyka. Fundacja Rockefellera finansująca badania była bardzo zaskoczona z tego powodu. Z kolei danymi żonglował znajomy amator. Niektórzy ankieterzy byli zboczeńcami seksualnymi. Znalazł się wśród nich między innymi Rex King, który miał zgwałcić 800 dzieci.
Również współpracownicy Kinseya byli mocno nie typowi. Fritz von Balluseck molestował seksualnie wiele dzieci, został w końcu skazany za zamordowanie 10-letniej dziewczynki. Badania Raisman wykazały również, że ankieterzy gwałcili dzieci, a potem pytali się je o doznania. Niektóre eksperymenty polegały na seksualnej stymulacji niemowlaków i przedszkolaków. Sam Kinsey był natomiast biseksualistą i masochistą o pedofilskich i koprofilskich skłonnościach. Uprawiał seks ze współpracownikami, lubił kąpać się z nimi nago i załatwiać razem z nimi potrzeby fizjologiczne. Gdy był harcerzem, zmuszał zuchów do oglądania świerszczyków oraz zabawiał się z nimi.
Badania Kinseya okazały się jedną wielką machinacją, a wnioski z nich - bujdą na resorach, która - niestety - wywarła wielki wpływ na myślenie następnych pokoleń. Zapłodniła również szereg lewicowych intelektualistów, między innymi pokolenie roku 1968.
Na zakończenie
Homoseksualizm nie jest normalny; jest wręcz chorobliwy. Wiele badań wskazuje na jego związek z pedofilią, masochizmem czy koprofilią, statystycznie częściej homoseksualiści są również seryjnymi mordercami. Postrzeganie go jako coś takiego jak pięć palców u rąk to jest efekt propagandowej manipulacji, która trwała od jakichś pięćdziesięciu lat, a przybrała na sile dopiero po 1968 roku ze wskazaniem na ostatni okres.
Niestety pewni ludzie muszą manipulować i włazić wszędzie z brudnymi butami tak, aby udowodnić, że racja jest po ich stronie. Tak samo jest w przypadku rzekomej normalności homoseksualizmu. Mamy tu do czynienia de facto z czymś takim samym jak grzbietem Łomonosowa, zapadniętym fragmentem Syberii i rosyjskością bieguna północnego czy aryjskim euroazjatyckim państwem. Sytuacje te niewiele się od siebie różnią.
Chyba nie trzeba chyba tłumaczyć, co to jest. W 1991 roku został skreślony z listy chorób psychicznych. Od tamtej pory mówi się również o takim fenomenie, jakim są orientacje seksualne. Wcześniej nikomu nie przyszłoby do głowy, iż coś takiego może w ogóle istnieć. Mainstream uważa, że homoseksualizm jest czymś normalnym w porównywalnym stopniu jak heteroseksualizm. Co więcej, ostatnio mnożą się hipotezy odnośnie wrodzonego charakteru orientacji seksualnej. Niektórzy porównują wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób przez WHO do poczynienia tego samego ze zbyt częstą masturbacją (tak, jakby robienie czegoś w nadmiarze nie było szkodliwe). Akceptacja homoseksualizmu jako rzeczy normalnej przez ludzi o heteroseksualnej orientacji (że pozwolę sobie użyć tego określenia) jest uważana za przejaw postępu. Z czego to może wynikać?
Etyczny relatywizm
Rzecz jasna, lewica, która wszędzie wpycha swoje brudne ręce, doprowadziła do tego, że homoseksualizm został skreślony z listy chorób. Nie trzeba też tutaj tłumaczyć, że doszło do tego na drodze demokratycznego głosowania; tak więc wszystko wydaje się jasne. Postrzeganie homoseksualizmu jako normalnego wiąże się z postawą bardzo często przyjmowaną przez współczesną lewicę laicką. Chodzi tutaj o etyczny relatywizm. Jak można go najprościej wytłumaczyć? Wykonajmy sobie przy tym taki prosty eksperyment myślowy.
Mamy trzecią zasadę termodynamiki tzw. postulat Nernsta. Mówi ona, że w momencie kiedy osiągnięta zostanie temperatura zera absolutnego, wszelki ruch cząstek ustaje, a energia wewnętrzna układu wynosi zero. No i teraz wyjdźmy na ulicę bądź dzwońmy do ludzi na telefon. Pytajmy się o treść tego właśnie postulatu Nernsta. Uzyskamy znaczny rozrzut odpowiedzi. Oczywiście jakaś część ludzi odpowie prawidłowo, a reszta będzie gadać różne bzdury, jeszcze ileś tam osób powie, iż nigdy o czymś takim w życiu nie słyszało. Brać jeszcze trzeba pod uwagę takie odpowiedzi typu k... mać. Relatywista uzna wszystkie odpowiedzi za tak samo prawdziwe, nie ważne, czy ktoś powiedział prawdziwą treść trzeciej zasady termodynamiki, czy zaklął, czy udał Greka et cetera. Absolutysta natomiast oddzieli błędne odpowiedzi i nie na temat od prawdziwych.
Tak samo jest zresztą na gruncie etyki. Identycznie jak w przypadku postulatu Nernsta, relatywiści traktują wszystkie dziwactwa na równi z normalnością. Z tego powodu homoseksualizm, a w niedalekiej przyszłości pedofilia, będą przez nich traktowane jako coś najnormalniejszego w świecie. Wystarczy rzucić okiem do chociażby Traktatu ateologicznego Onfraya, a tam znajdzie się ustęp o tym, że seks z nieletnimi jest normalny i że nie można karać człowieka za takie skłonności, skoro to u niego naturalne. Poza tym powyższy przykład pokazuje absurdalność etycznego relatywizmu. Tak więc same już podstawy traktowania homoseksualizmu jako rzeczy normalnej w takim samym stopniu, jak heteroseksualizm, wydają się być pozbawione sensu.
Argument wrodzoności homoseksualizmu
Ostatnimi czasy, w związku z postępami genetyki molekularnej, neurobiologii, psychiatrii, uważa się, że homoseksualizm może mieć podłoże genetyczne. Wbrew pozorom jest to pewien argument w dyskusji. Dlaczego? Genetycznie na przykład determinowane jest to, że mamy pięć palców u rąk i nóg; to wszystko zależy od ekspresji odpowiednich genów HOX. Płeć jest determinowana chromosomalnie, w zależności od tego czy osobnik posiada dwa chromosomy X czy jeden X i jeden Y. Dla pewnych środowisk wieść o możliwości genetycznej determinacji homoseksualizmu jest przesłanką, aby ich skłonności potraktować jako coś całkowicie naturalnego i niezmiennego (chyba, że za pomocą inżynierii genetycznej linii płciowej). Tak więc należy się zastanowić, czy homoseksualizm może być wrodzony?
Gdy robiono pośmiertne badania anatomiczne na mózgach heteroseksualistów i homoseksualistów nie stwierdzono praktycznie żadnych różnic. To już pozwala podejrzewać, że homoseksualizm nie jest determinowany genetycznie z pewnym prawdopodobieństwem.
Poza tym nie robiono żadnych badań na myszach czy innych zwierzętach laboratoryjnych pozwalających stwierdzić, czy homoseksualizm jest wrodzony czy determinowany środowiskowo. Najlepsze byłyby w tym wypadku badania na myszach będących knock-outami lub mającymi nadekspresję jakiegoś genu regulatorowego ewentualnie kombinacja (kilka znokautowanych genów, kilka nadekspresji) lub knock-down (wyłączenie ekspresji z użyciem interferencji RNA). Ewentualnie można by zastosować osobniki, którym wprowadzono oligonukleotydy antysensowne lub dokonano miejscowej transgenizacji pewnych okolic mózgu z użyciem AAV lub lentiwirusów. U takich osobników należałoby badać preferencje seksualne (pod warunkiem oczywiście istnienia takowych) - oczywiście obserwując, ewentualnie nagrywając. Jeszcze wcześniej przydałoby się złapać jakąś myszkę wykazującą pewne zachowania nas interesujące, uśmiercić, zrobić z mózgu homogenat, który następnie poddano by badaniom transkryptomu (całości RNA), ewentualnie proteomu (wszystkich białek - takie propozycje badania procesów zachodzących w układzie nerwowym były już zgłaszane), a wówczas można by z użyciem RNAi (interferencji RNA) określić, co się po kolei, dzieje. Jak do tej pory tego typu eksperyment nie został zrobiony, tylko póki co dyskutowane są tego typu możliwości techniczne. Badania na knock-outach, osobnikach wykazujących nadekspresję pewnych genów et consortes wykonywane są obecnie w przypadku zdecydowanie prostszych procesów behawioralnych, takich jak uczenie się czy zapamiętywanie. Póki co za bardziej skomplikowane procesy behawioralne mało kto się na razie zabiera, poza zespołami badawczymi zajmującymi się socjogenomiką. Ale oni generalnie zajmują się badaniem molekularnych podstaw zachowania się pszczół miodnych (Apis mellifera), a za organizmy wyższe, mogących interesować tychże badaczy (jak gryzonie) na razie się nie zabierają.
O genetycznej determinacji homoseksualizmu można sobie póki co pogadać (chyba że rację ma Roger Penrose i procesy behawioralne należy tłumaczyć na poziomie submolekularnym, traktując proteom jako swoisty ośrodek). Na razie badane są procesy behawioralne o wiele prostsze niż złożone zachowania związane z rozrodem. Przy najmniej na poziomie biomolekularnym, bo badania z zakresu ekologii behawioralnej czy etologii mają się świetnie.
Homoseksualizm jest w zdecydowanej części determinowany środowiskowo. U chłopców w pewnym okresie rozwoju mogą występować pewne skłonności w tym zakresie, ale nie muszą się one pogłębiać, a jeżeli tak się dzieje, to jest to patologiczne. Generalnie wielu homoseksualistów stało się takimi na skutek burzliwych przeżyć jak chociażby zawodów miłosnych itp. Można zacząć wykazywać takie skłonności nawet w wieku dojrzałym. Sam mogę podać przykład pewnego chałturnika z Łodzi (niejakiego Cwynela), który został zdradzony przez żonę, a następnie w ciągu pół roku stał się gejem. A jeżeli można się wtórnie zostać homoseksualistą, to raczej możliwa jest również droga w drugą stronę, a zatem wyleczenie się z homoseksualizmu.
Teraz powstaje pytanie, nawet jeżeli homoseksualizm jest determinowany genetycznie, to co ten gen mógł robić u naszych przodków. Jakoś u szympansów (Pan troglodytes) zachowania homoseksualne nie występują, są spotykane za to u bonobo (Pan paniscus) - ten jest od nas bardziej oddalony niż szympans, biorąc pod uwagę drzewo filogenetyczne małp wąskonosych. Pojawiały się różne hipotezy - że homoseksualiści mogli pełnić taką rolę w społeczeństwach jak sterylne robotnice u owadów społecznych (próba wytłumaczenia jego istnienia za pomocą doboru krewniaczego). Nadal mimo wszystko ciężko sobie wyobrazić, jak homoseksualizm mógłby wyewoluować. Czy ewoluował jak upośledzenia? Raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę model Zahaviego czy hipotezę Hamiltona-Zuk. Tam pewne upośledzenia mają związek z tym, że samce na przykład bardziej jaskrawe, mające większe rogi, dłuższe ogony będą bardziej preferowane przez samice. (Z drugiej strony na skutek większego wydzielania testosteronu będą miały upośledzone działanie systemu odpornościowego, więc również powinno występować u nich więcej czynników chorobotwórczych i pasożytów). Ale homoseksualizm jako taki nic do rozrodczości nie wnosi i model ten nie wyjaśnia, jak to jest, że pojawił się również u kobiet.
Dochodzimy tutaj przy okazji do następnego punktu, który może się stać istotny z punktu widzenia homopropagandy i jest logicznym następstwem traktowania homoseksualizmu jako czegoś wrodzonego i niejako ewolucyjnego spadku po przodkach. A mianowicie: homoseksualizmu w świecie zwierząt.
Homoseksualizm w świecie zwierząt
W zeszłym roku opublikowałem na swoim (niestety) skasowanym blogu tekst pt. Intelektualny totalitaryzm lewicy: homoseksualizm w świecie zwierząt. Wypadałoby przy okazji głębszej analizy homopropagandy o tym wspomnieć. W zeszłym roku odbyła się w Oslo wystawa, na której mówiono o homoseksualizmie wśród wielu zwierząt. O dziwo, wielu zoologów (sic!) potraktowało to normalnie i z dużą dozą rezerwy. Powiedzmy sobie szczerze; jak na razie za stwierdzenie homoseksualnej nekrofilii u kaczki krzyżówki (Anas platyrhynchos) przez pewnego badacza z Muzeum Historii Naturalnej w Lejdzie przyznano IgNobla. Tak więc widać, ile tego typu badania są warte; tyle mniej więcej co pływanie w basenie wypełnionym kisielem. Widać jednak na pierwszy rzut oka, że badania świata zwierząt mogą zostać wykorzystane w celach ideowo-propagandowych. Tak więc wypadałoby uprzedzić ruch lewicowych ideologów domagających się równości i tolerancji.
Czy stosunki w ramach jednej płci w świecie zwierząt w ogóle występują? U bezkręgowców są one czasem spotykane. U kolcogłowów Moniliformis dubius następuje kopulacja samców, w wyniku czego jedne cementują narządy drugim, uniemożliwiając im akt płciowy. Również u pluskwiaków Xylocoris maculipennis występują kopulacje w obrębie tej samej płci. Samiec wstrzykuje plemniki do jamy ciała drugiemu, a one wędrują do jąder tego. Jednakże tego typu zachowania nie mają z typowym homoseksualizmem nic wspólnego. Chodzi tutaj o zwiększenie dyspersji własnych genów w przyrodzie, a temu zachowania homoseksualne klasycznie rozumiane raczej nie sprzyjają.
Innym przypadkiem zachowań powszechnie postrzeganych jako homoseksualizm to behawior bonobo (Pan paniscus). Jeżeli się to dobrze przeanalizuje, to jest to raczej poliamoryzm niźli typowe zachowania homoseksualne. Nawet jeżeli i u tego gatunku to normalne, to dlaczego nie występuje to na przykład u szympansów (Pan troglodytes). U ludzi też nie jest to nagminne, wbrew temu, co próbuje nam wmówić lewicowa propaganda. Po prostu bonobo należy traktować jako odosobniony przypadek. Podobne zachowania bowiem w ogóle u innych naczelnych (i to nie tylko tych określanych mianem małp, bo również u małpiatek) nie występują.
Za homoseksualne mogą być również brani pomocnicy pierwszego i drugiego rzędu u niektórych zimorodków występujących w Afryce subsaharyjskiej (krainie afrotropikalnej) z rodzajów Halcyon czy Ceryle. W rzeczywistości jest to pewna strategia, aby móc się rozmnożyć. U ptaków bardzo częste są tzw. EPF (extra pair fertilization) lub EPC (extra pair copulation). Wykazano to, robiąc badania sekwencji mikrosatelitarnych. Stwierdzono, że występuje to u wszystkich taksonów od rurkonosych aż po ptaki śpiewające z różną częstością u poszczególnych gatunków. Poza tym pomocnicy mogą odpędzić samca dominującego, gdy nadaży się ku temu okazja i któryś z nich może przejąć inicjatywę. Tych zachowań nie należy wiązać w żaden sposób z homoseksualizmem.
Tak więc, homoseksualizm w świecie zwierząt jest kolejnym mitem nie mającym potwierdzenia w rzeczywistości, wynikającym z propagandowego, istrumentalnego traktowania nauki przez lewicę, w tym wypadku rzecz dotyczy zoologii.
Źródła homopropagandy
Należy się zastanowić, jak to się stało, że w ogóle homoseksualizm zaczął być traktowany jako rzecz normalna i w ogóle mogło zaistnieć coś tak obelżywego jak homopropaganda? Cała rzecz zaczęła się od badań przeprowadzonych przez Alfreda Kinseya. W 1948 roku opublikował on książkę pt. Sexual Behaviour of Human Male. Oczywiście, lewicowe media uznały ją za rewelację i rychło się dowiedział o tym cały świat. Książka niedoszłego zoologa sprzedała się w kilku milionach egzemplarzy. W 1952 roku wydał następną pt. Sexual Behaviour of Human Female. Również odniosła ona sukces wydawczy. Autor stwierdził, że większość ludzi jest w jakimś stopniu heteroseksualna lub homoseksualna. Stworzył skalę od 0 do 6, gdzie 0 oznacza krańcowego heteroseksualistę, a 6 krańcowego homoseksualistę, a numery pomiędzy nimi, to różne stadia pośrednie. Przez jakieś 50 lat nikt się nie zastanawiał nad źródłami tych rewelacji. Dopiero nie tak dawno temu Judith Reisman, badaczka związana z izraelskim uniwersytetem w Hajfie i Case Western Western Reserve University w Ohio, przeanalizowała zbiory Kensey Institute przy University of Indiana. Praca była dodatkowo utrudniona, ponieważ to kolekcja częściowa zamknięta i zaistniała konieczność uzyskania pozwolenia wglądu w materiały prywatne. Przejrzała masę dokumentów, filmów oraz przeprowadziła wywiady ze świadkami. Reisman odkryła, że Kinsey prowadził badania w sposób mocno nietypowy. Na potrzeby pierwszej książki grupą kontrolną byli mężczyźni osadzeni w zakładach karnych, a wśród nich siłą rzeczy zachowania homoseksualne są bardziej rozpowszechnione niż w społeczeństwie wolnym. W przypadku drugiej badania prowadzone były między innymi na prostytutkach. Łącznie jedna trzecia z badanych kobiet karana była za przestępstwa seksualne. Pytania w ankietach sporządzanych przez Kinseya i współpracowników były formułowane w tak szokujący sposób, że normalni ludzie nie chcieli na nie odpowiadać. Dopuszczono się również innych manipulacji, między innymi każda osoba, jaka kiedykolwiek uczęszczała na jakikolwiek kurs uniwersytecki, była traktowana jako posiadająca wyższe wykształcenie. Dzięki temu można było stwierdzić, iż badania Kinseya dotyczą przeciętnego Amerykanina z wyższym wykształceniem. Odmówił on również przyjęcia do zespołu profesjonalnego statystyka. Fundacja Rockefellera finansująca badania była bardzo zaskoczona z tego powodu. Z kolei danymi żonglował znajomy amator. Niektórzy ankieterzy byli zboczeńcami seksualnymi. Znalazł się wśród nich między innymi Rex King, który miał zgwałcić 800 dzieci.
Również współpracownicy Kinseya byli mocno nie typowi. Fritz von Balluseck molestował seksualnie wiele dzieci, został w końcu skazany za zamordowanie 10-letniej dziewczynki. Badania Raisman wykazały również, że ankieterzy gwałcili dzieci, a potem pytali się je o doznania. Niektóre eksperymenty polegały na seksualnej stymulacji niemowlaków i przedszkolaków. Sam Kinsey był natomiast biseksualistą i masochistą o pedofilskich i koprofilskich skłonnościach. Uprawiał seks ze współpracownikami, lubił kąpać się z nimi nago i załatwiać razem z nimi potrzeby fizjologiczne. Gdy był harcerzem, zmuszał zuchów do oglądania świerszczyków oraz zabawiał się z nimi.
Badania Kinseya okazały się jedną wielką machinacją, a wnioski z nich - bujdą na resorach, która - niestety - wywarła wielki wpływ na myślenie następnych pokoleń. Zapłodniła również szereg lewicowych intelektualistów, między innymi pokolenie roku 1968.
Na zakończenie
Homoseksualizm nie jest normalny; jest wręcz chorobliwy. Wiele badań wskazuje na jego związek z pedofilią, masochizmem czy koprofilią, statystycznie częściej homoseksualiści są również seryjnymi mordercami. Postrzeganie go jako coś takiego jak pięć palców u rąk to jest efekt propagandowej manipulacji, która trwała od jakichś pięćdziesięciu lat, a przybrała na sile dopiero po 1968 roku ze wskazaniem na ostatni okres.
Niestety pewni ludzie muszą manipulować i włazić wszędzie z brudnymi butami tak, aby udowodnić, że racja jest po ich stronie. Tak samo jest w przypadku rzekomej normalności homoseksualizmu. Mamy tu do czynienia de facto z czymś takim samym jak grzbietem Łomonosowa, zapadniętym fragmentem Syberii i rosyjskością bieguna północnego czy aryjskim euroazjatyckim państwem. Sytuacje te niewiele się od siebie różnią.
niedziela, 15 czerwca 2008
Lewicowe pseudonauki(2): Inne tezy ekologistów.
Czym jest ekologizm?
W poprzednim tekście zająłem się problemem globalnego ocieplenia. Wnioski są jednoznaczne, jest to propagandowa bujda. Istnieją jednak inne tezy ekologistów, które wymagają oddzielnej dyskusji. Z tego powodu postanowiłem oddzielić od siebie problem globalnego ocieplenia oraz inne tezy ruchu określającego się mianem ekologistów lub zielonych. Te tematy generalnie leżą blisko siebie, jednakże antropogeniczne pochodzenie globalnego ocieplenia dyskutuje się zwykle w oddzieleniu od innych tez środowisk związanych z left-environmentalism. Ale jak zdefiniować tego typu środowiska i skąd się one wywodzą?
Wbrew pozorom jest to bardzo proste. Zieloni są ruchem politycznym, który stawia sobie za główny priorytet ochronę środowiska. Mają oni zabarwienie lewicowe, ich postulaty nie różnią się specjalnie od założeń partii socjaldemokratycznych czy liberalno-demokratycznych. W rzeczywistości stanowią oni zwykły szczep socjalistów. Popierają interwencjonizm gospodarczy we wszystkich postaciach - domagają się między innymi wprowadzenia nowych podatków. Ich myślenie o zagadnieniach gospodarczych zamyka się na keynesizmie i neomarksizmie. Są również radykalnymi społecznymi liberałami. Popierają aborcję na życzenie, eutanazję, homozwiązki, część nie waha się przed wprowadzaniem bardziej radykalnych metod inżynierii społecznej, jak chociażby eugeniki.
Skąd się oni wywodzą? Otóż, cały ruch ma nastawienie bardzo internacjonalistyczne, nastawione na to, aby pewne rozwiązania wprowadzać w wielu krajach na raz. W poprzednim tekście pisałem, że oni nic nie widzą w formach globalnych podatków, jak chociażby carbon tax. Pod tym względem najbliżej jest im do trockizmu. Tu należy upatrywać części ideologicznych podstaw. Reszta z nich znajduje się w nazizmie. Po wojnie pojęcia typu czystość rasy zostały zastąpione przez depopulację. Stała się ona jednym z głównych priorytetów całego ruchu zielonych. Z tego powodu popierają oni aborcję, antykoncepcję, eutanazję oraz związki osób tej samej płci, ponieważ uważają, że doprowadzą one do spadku liczebności populacji na danym obszarze, a przez to dojdzie do mniejszej degradacji środowiska.
Ekologiści podpierają się wieloma paranaukowymi tezami, sami wykazują się niejednokrotnie najzwyklejszym w świecie faryzeizmem. W tym tekście zajmę się innymi niż globalne ocieplenia poglądami ekologistów, niejednokrotnie uważanymi przez nich za naukę.
Hipoteza Gai
Lewaccy environmentaliści postrzegają całą biosferę jako jeden cały żyjący organizm. Porównują go do starogreckiej bogini Gai i niejednokrotnie tak określają. Wywodzi się to z książki brytyjskiego chemika Jamesa Lovelocka pod tym samym tytułem. Zakłada on, że biosfera ma pewne cechy ziemskiego organizmu, między innymi możliwość powstania stanów homeostatycznych. Lovelock jednak się myli. Biosfera nie jest żadnym elementem, jaki można traktować jako pojedynczy organizm. Czy to, że ona doprowadziła do takiej homeostazy, wynika z tego, że z czymś konkuruje? Oczywiście, że nie. Teoretycznie równanie Drake'a daje możliwość istnienia innych cywilizacji we Wszechświecie, a w związku z tym innych biosfer (przecież musiały one skądś wyewoluować), ale jakoś my żadnej planety, na której mogło zaistnieć życie w znanej nam postaci nie znaleźliśmy do tej pory. (Chociaż tutaj zależy jak definiować życie, jeżeli przyjmiemy, że może być oparte na przykład na plazmie, a nie związkach węgla, teoretycznie może istnieć w gwiazdach lub we wnętrzu Ziemi nawet - tego obecnie nie jesteśmy w stanie stwierdzić). Tak więc porównywanie biosfery do organizmu jest błędem merytorycznym.
W rozumowaniu Lovelocka udziela się myślenie w kategoriach doboru grupowego. Doktryna ta została obalona w 1962 roku, kiedy to szkocki ornitolog V. C. Wynne-Edwards wyłożył wszystkie jej założenia tak ściśle, że stwierdzono, iż nie jest to mechanizm odpowiedzialny za ewolucję. Obecnie uważa się, że następuje bardzo rzadko i sam efekt ma bardzo marginalne znaczenie. Wynne-Edwards zastosował do dla jednogatunkowych populacji; zresztą same one są tworami stosunkowo zmiennymi, przecież następuje wymiana osobników między nimi, nie można więc o nich mówić w kategoriach jednostkowej całości. Co już dopiero mówić o biocenozach czy - jak to się określa w literaturze zachodniej - ekosystemach. Przecież tam możemy mieć wiele tysięcy gatunków - biorąc pod uwagę te najbogatsze, jak estuaria, lasy tropikalne, rafy koralowe. Oczywiście będą one tam ze sobą w różnych zależnościach między sobą, ale żaden gatunek nie będzie działał dla dobra innego. Weźmy pod uwagę taki przypadek. No dobra, jakiś NN został zarażony przez robaki (ładnie to się nazywa makropasożyty, ale mniejsza z tym). Czy NN ma jakieś korzyści z występowania w jego organizmie helmintów? Oczywiście, że nie. Można dyskutować tutaj nad immunomodulacją, bo jeżeli był wcześniej uczulony na pyłki czy na sierść, to owa alergia po prostu zniknie... ale i tak to z punktu widzenia pasożyta jest korzystne, bo im dłużej pożyje żywiciel, tym więcej jaj zdoła wyprodukować i tym większe prawdopodobieństwo zamknięcia się cyklu życiowego. Żaden gatunek nie istnieje dla dobra drugiego gatunku. Poszczególne organizmy kierują się swoim egoistycznym interesem. Taka jest prawda.
Pisze również Lovelock o homeostazie ziemskiego ekosystemu. Pytanie teraz: a skąd on to wziął? Jest przy tym wtórny, ponieważ amerykański ekolog Eugene Odum uznał całą planetę za jeden wielki ekosystem wcześniej niźli Gaja została napisana. Już w 1885 brytyjski geolog Edward Suess ukuł termin biosfera... tak więc jednostkowe traktowanie sfery działania organizmów żywych nie jest wcale nowe. Zresztą Odum wyszedł z zupełnie innych przesłanek niż Lovelock. Autor Gai uważa, że samo zaistnienie stanów równowagowych można porównywać do organizmów oraz do regulacji wewnątrz tego. Myli się tutaj. Otóż w ekosystemach mamy do czynienia z tak zwanym klimaksem, czyli stanem równowagi. Jakby się temu przyjrzeć to za to odpowiada bardzo wiele czynników, jak również skład gatunkowy drapieżników (czy zdaniem niektórych ekologów - również pasożytów). Robiono eksperymenty polegające na wybiciu wszystkich ryb w jeziorze, no i bioróżnorodność mierzona poprzez entropię informacji szybko spadała. Tak samo mogą obok siebie w Teksasie współwystępować dwa gatunki mrówek o podobnych wymaganiach ekologicznych dzięki temu, że jedna jest chwilowo atakowana przez bleskotki. No i co to ma wspólnego z osiąganiem homeostazy wewnątrz organizmu? Otóż nic.
Tak więc cała teoria Gai opiera się na mitach wywiedzionych z rozumowania w kategoriach dobra gatunku i przeniesionego na całe ekosystemy, a nawet na całą biosferę. Jest to ewidentna manipulacja. Głównie chodzi tutaj o traktowanie człowieka jako pasożyta na tym zmitologizowanym ciele biosfery, którego liczebność należy ograniczyć wszystkimi możliwymi sposobami, żeby nie zniszczyć tejże biosfery. Dlatego też ekologiści popierają obyczajową rozpustę. Również się tutaj zaznacza trend w kierunku jakiejś nowej antyreligii (nie wiadomo, czy przypadkiem, czy nie światowej) polegającej na kulcie natury, czyli w rzeczywistości cofnięcia do czasów pogańskich. Może to zabrzmi jak oksymoron, ale to będzie swoisty ateistyczno-materialistyczny animizm.
Zanikanie gatunków
Wielokrotnie możemy przeczytać, że zwiększa się tempo wymierania gatunków wszystkich organizmów i że wiele z nich nie zostanie opisanych dla nauki. Powiedzmy sobie szczerze, ta argumentacja jest nielogiczna. Z jakich powodów? Po pierwsze my nowe gatunki opisujemy masowo de facto od czasów Linneusza, czyli drugiej połowy XVIII stulecia. Co więcej, byli już wtedy tacy, którzy twierdzili, że nic więcej opisać się nie da, jak chociażby George Cuvier, który wieścił koniec opisywania zwierząt recentnych, ponieważ niedługo wszystkie zostaną opisane. Był wtedy rok 1812. A teraz minęło w sumie dwieście lat i wielu naukowców twierdzi, że niedługo nastąpi kres działalności biologów systematycznych, ponieważ wszystko wyginie. Edward O. Wilson napisał nawet w ostatnim rozdziale Konsiliencji, że w połowie XXI dożyjemy następnej ery w dziejach Ziemi i będzie to eremozoik - era samotności...
Po pierwsze jak tu dyskutować o tempie zanikania gatunków. Przecież one zanikały również w przeszłości i nie wiemy, w jakim tempie to zachodziło. Teoretycznie można by robić badania palinologiczne czy archeozoologiczne i stwierdzać, ile to gatunków występowało kiedyś na danych obszarach, ale tutaj mamy te same problemy, co w przypadku materiału kopalnego, a mianowicie, że nie wszystko się musiało ostać, a w zasadzie tak się stało z mniejszością szczątek roślinnych czy zwierzęcych. Nie jesteśmy w stanie tego określić, to jak możemy dyskutować o zmianach w tempie zanikania gatunków. Ba, jak można w ogóle mówić o zmienności w tym wypadku, jeżeli nie mamy odpowiedniego materiału porównawczego?
Całe to gadanie o zanikaniu gatunków opiera się na czystej probabilistyce, ile to jeszcze gatunków zostało do opisania, i ile może zatem zniknąć, jak się wytnie kawałek lasu. A tutaj jest miejsce do całkowicie oderwanych od rzeczywistości dywagacji. Czytałem na przykład, że w zasadzie 97% świata zwierząt czeka w ogóle na odkrycie. Na razie nie jesteśmy w stanie ani temu zaprzeczyć, ani tego potwierdzić, to jest po prostu spekulacja. Możemy się mylić w tym momencie podobnie jak w 1812 roku George Cuvier.
Szacowanie, ile gatunków ginie w ciągu minuty, godziny, dnia, nie ma zatem sensu. Jest to czysta spekulacja. Służy to temu, aby nas postraszyć i przekonać do akceptacji pewnych rozwiązań.
Walka z atomistyką
Ekologiści nie cierpią energetyki jądrowej od jej zarania. W kwietniu 1986 roku doszło do wybuchu reaktora w Czarnobylu. Oni nagłośnili ten przypadek i w efekcie atomistyka uchodzi wręcz za niebezpieczną. Przez to wielu ludziom na całym świecie atomistyka kojarzy się, eufemistycznie mówiąc, źle. Zapominają, że reaktor w Czarnobylu był przestarzały i w niedługim okresie czasu miał zostać w ogóle wyłączony. Tylko, że zapominają, że właśnie energetyka jądrowa prowadzi do obniżenia zanieczyszczenia środowiska. Atakując atomistykę, zieloni wykazują się krańcową niekonsekwencją.
Greenpeace (według nieoficjalnych danych powiązany z klubem Bilderberg) próbował wywrzeć na rządach wielu państw naciski, aby okręty z napędem atomowym nie mogły przekroczyć ich morskich granic. Widać, jak daleko posunięta jest ich psychoza na punkcie atomistyki. W rzeczywistości ekologiści działają na korzyść trustu wydobywczo-energetycznego, który nie chce stracić monopolu. Podobnie jak inni socjaliści są mniej lub bardziej świadomymi sługusami korporacji i karteli.
Niekonsekwencja ekologistów
Gdy czytałem o różnych poglądach zielonych, to w oczy rzecz jasna rzuciło mi się wspieranie przez nich aborcji, eutanazji, antykoncepcji i związków osób tej samej płci. Co bardziej odważni dodają jeszcze do tego eugenikę. Zresztą swojego czasu taki piękny wykaz znalazł się na stronie Zielonych2004. Ekologiści rzecz jasna wspierają je jako sposób na ograniczenie liczebności populacji ludzkiej oraz doprowadzenie do depopulacji, przyszłego ograniczenia degradacji środowiska itd. Są oni jednak niekonsekwentni.
Z jakiego powodu?
Otóż, piszą oni, że wspierają antykoncepcję (w tym hormonalną). A czy zdają oni sobie sprawę, że w ten sposób przyczyniają się do większego zanieczyszczenia środowiska. W końcu wydostają się do niego ksenoestrogeny powodujące feminizację u samców wielu kręgowców. Interseksy pojawiły się u bardzo wielu gatunków, między innymi u aligatorów. Ksenoestrogeny mogą wywierać wpływ na organizmy zaliczane ostatnio do grupy Ecdysozoa - czyli między innymi stawonogi, nicienie i kilka mniejszych grup systematycznych. U nich za procesy związane z linką odpowiada ekdyzon, hormon będący steroidem. A zatem, ksenoestrogeny przynajmniej teoretycznie mogą wywierać na nie wpływ.
Tak więc ekologiści są niekonsekwentni w swoich poczynaniach i charakteryzuje ich najnormalniejszy w świecie faryzeizm.
Wnioski
Zieloni grają rolę przydzieloną im rolę pożytecznych idiotów, nie zdając sobie sprawy ze sprzeczności głoszonych przez siebie poglądów oraz swojej własnej niekonsekwencji. Pokazują to chociaż przykłady hormonalnej antykoncepcji czy energetyki jądrowej. Brak im również ciężko wywalczonej wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych, żeby mogli ocenić samodzielnie nonsensowność głoszonych przez siebie poglądów. W rzeczywistości to oni nawet nie wiedzą komu służą i komu się wysługują. Podobnie zresztą jak 90% lewicy.
W poprzednim tekście zająłem się problemem globalnego ocieplenia. Wnioski są jednoznaczne, jest to propagandowa bujda. Istnieją jednak inne tezy ekologistów, które wymagają oddzielnej dyskusji. Z tego powodu postanowiłem oddzielić od siebie problem globalnego ocieplenia oraz inne tezy ruchu określającego się mianem ekologistów lub zielonych. Te tematy generalnie leżą blisko siebie, jednakże antropogeniczne pochodzenie globalnego ocieplenia dyskutuje się zwykle w oddzieleniu od innych tez środowisk związanych z left-environmentalism. Ale jak zdefiniować tego typu środowiska i skąd się one wywodzą?
Wbrew pozorom jest to bardzo proste. Zieloni są ruchem politycznym, który stawia sobie za główny priorytet ochronę środowiska. Mają oni zabarwienie lewicowe, ich postulaty nie różnią się specjalnie od założeń partii socjaldemokratycznych czy liberalno-demokratycznych. W rzeczywistości stanowią oni zwykły szczep socjalistów. Popierają interwencjonizm gospodarczy we wszystkich postaciach - domagają się między innymi wprowadzenia nowych podatków. Ich myślenie o zagadnieniach gospodarczych zamyka się na keynesizmie i neomarksizmie. Są również radykalnymi społecznymi liberałami. Popierają aborcję na życzenie, eutanazję, homozwiązki, część nie waha się przed wprowadzaniem bardziej radykalnych metod inżynierii społecznej, jak chociażby eugeniki.
Skąd się oni wywodzą? Otóż, cały ruch ma nastawienie bardzo internacjonalistyczne, nastawione na to, aby pewne rozwiązania wprowadzać w wielu krajach na raz. W poprzednim tekście pisałem, że oni nic nie widzą w formach globalnych podatków, jak chociażby carbon tax. Pod tym względem najbliżej jest im do trockizmu. Tu należy upatrywać części ideologicznych podstaw. Reszta z nich znajduje się w nazizmie. Po wojnie pojęcia typu czystość rasy zostały zastąpione przez depopulację. Stała się ona jednym z głównych priorytetów całego ruchu zielonych. Z tego powodu popierają oni aborcję, antykoncepcję, eutanazję oraz związki osób tej samej płci, ponieważ uważają, że doprowadzą one do spadku liczebności populacji na danym obszarze, a przez to dojdzie do mniejszej degradacji środowiska.
Ekologiści podpierają się wieloma paranaukowymi tezami, sami wykazują się niejednokrotnie najzwyklejszym w świecie faryzeizmem. W tym tekście zajmę się innymi niż globalne ocieplenia poglądami ekologistów, niejednokrotnie uważanymi przez nich za naukę.
Hipoteza Gai
Lewaccy environmentaliści postrzegają całą biosferę jako jeden cały żyjący organizm. Porównują go do starogreckiej bogini Gai i niejednokrotnie tak określają. Wywodzi się to z książki brytyjskiego chemika Jamesa Lovelocka pod tym samym tytułem. Zakłada on, że biosfera ma pewne cechy ziemskiego organizmu, między innymi możliwość powstania stanów homeostatycznych. Lovelock jednak się myli. Biosfera nie jest żadnym elementem, jaki można traktować jako pojedynczy organizm. Czy to, że ona doprowadziła do takiej homeostazy, wynika z tego, że z czymś konkuruje? Oczywiście, że nie. Teoretycznie równanie Drake'a daje możliwość istnienia innych cywilizacji we Wszechświecie, a w związku z tym innych biosfer (przecież musiały one skądś wyewoluować), ale jakoś my żadnej planety, na której mogło zaistnieć życie w znanej nam postaci nie znaleźliśmy do tej pory. (Chociaż tutaj zależy jak definiować życie, jeżeli przyjmiemy, że może być oparte na przykład na plazmie, a nie związkach węgla, teoretycznie może istnieć w gwiazdach lub we wnętrzu Ziemi nawet - tego obecnie nie jesteśmy w stanie stwierdzić). Tak więc porównywanie biosfery do organizmu jest błędem merytorycznym.
W rozumowaniu Lovelocka udziela się myślenie w kategoriach doboru grupowego. Doktryna ta została obalona w 1962 roku, kiedy to szkocki ornitolog V. C. Wynne-Edwards wyłożył wszystkie jej założenia tak ściśle, że stwierdzono, iż nie jest to mechanizm odpowiedzialny za ewolucję. Obecnie uważa się, że następuje bardzo rzadko i sam efekt ma bardzo marginalne znaczenie. Wynne-Edwards zastosował do dla jednogatunkowych populacji; zresztą same one są tworami stosunkowo zmiennymi, przecież następuje wymiana osobników między nimi, nie można więc o nich mówić w kategoriach jednostkowej całości. Co już dopiero mówić o biocenozach czy - jak to się określa w literaturze zachodniej - ekosystemach. Przecież tam możemy mieć wiele tysięcy gatunków - biorąc pod uwagę te najbogatsze, jak estuaria, lasy tropikalne, rafy koralowe. Oczywiście będą one tam ze sobą w różnych zależnościach między sobą, ale żaden gatunek nie będzie działał dla dobra innego. Weźmy pod uwagę taki przypadek. No dobra, jakiś NN został zarażony przez robaki (ładnie to się nazywa makropasożyty, ale mniejsza z tym). Czy NN ma jakieś korzyści z występowania w jego organizmie helmintów? Oczywiście, że nie. Można dyskutować tutaj nad immunomodulacją, bo jeżeli był wcześniej uczulony na pyłki czy na sierść, to owa alergia po prostu zniknie... ale i tak to z punktu widzenia pasożyta jest korzystne, bo im dłużej pożyje żywiciel, tym więcej jaj zdoła wyprodukować i tym większe prawdopodobieństwo zamknięcia się cyklu życiowego. Żaden gatunek nie istnieje dla dobra drugiego gatunku. Poszczególne organizmy kierują się swoim egoistycznym interesem. Taka jest prawda.
Pisze również Lovelock o homeostazie ziemskiego ekosystemu. Pytanie teraz: a skąd on to wziął? Jest przy tym wtórny, ponieważ amerykański ekolog Eugene Odum uznał całą planetę za jeden wielki ekosystem wcześniej niźli Gaja została napisana. Już w 1885 brytyjski geolog Edward Suess ukuł termin biosfera... tak więc jednostkowe traktowanie sfery działania organizmów żywych nie jest wcale nowe. Zresztą Odum wyszedł z zupełnie innych przesłanek niż Lovelock. Autor Gai uważa, że samo zaistnienie stanów równowagowych można porównywać do organizmów oraz do regulacji wewnątrz tego. Myli się tutaj. Otóż w ekosystemach mamy do czynienia z tak zwanym klimaksem, czyli stanem równowagi. Jakby się temu przyjrzeć to za to odpowiada bardzo wiele czynników, jak również skład gatunkowy drapieżników (czy zdaniem niektórych ekologów - również pasożytów). Robiono eksperymenty polegające na wybiciu wszystkich ryb w jeziorze, no i bioróżnorodność mierzona poprzez entropię informacji szybko spadała. Tak samo mogą obok siebie w Teksasie współwystępować dwa gatunki mrówek o podobnych wymaganiach ekologicznych dzięki temu, że jedna jest chwilowo atakowana przez bleskotki. No i co to ma wspólnego z osiąganiem homeostazy wewnątrz organizmu? Otóż nic.
Tak więc cała teoria Gai opiera się na mitach wywiedzionych z rozumowania w kategoriach dobra gatunku i przeniesionego na całe ekosystemy, a nawet na całą biosferę. Jest to ewidentna manipulacja. Głównie chodzi tutaj o traktowanie człowieka jako pasożyta na tym zmitologizowanym ciele biosfery, którego liczebność należy ograniczyć wszystkimi możliwymi sposobami, żeby nie zniszczyć tejże biosfery. Dlatego też ekologiści popierają obyczajową rozpustę. Również się tutaj zaznacza trend w kierunku jakiejś nowej antyreligii (nie wiadomo, czy przypadkiem, czy nie światowej) polegającej na kulcie natury, czyli w rzeczywistości cofnięcia do czasów pogańskich. Może to zabrzmi jak oksymoron, ale to będzie swoisty ateistyczno-materialistyczny animizm.
Zanikanie gatunków
Wielokrotnie możemy przeczytać, że zwiększa się tempo wymierania gatunków wszystkich organizmów i że wiele z nich nie zostanie opisanych dla nauki. Powiedzmy sobie szczerze, ta argumentacja jest nielogiczna. Z jakich powodów? Po pierwsze my nowe gatunki opisujemy masowo de facto od czasów Linneusza, czyli drugiej połowy XVIII stulecia. Co więcej, byli już wtedy tacy, którzy twierdzili, że nic więcej opisać się nie da, jak chociażby George Cuvier, który wieścił koniec opisywania zwierząt recentnych, ponieważ niedługo wszystkie zostaną opisane. Był wtedy rok 1812. A teraz minęło w sumie dwieście lat i wielu naukowców twierdzi, że niedługo nastąpi kres działalności biologów systematycznych, ponieważ wszystko wyginie. Edward O. Wilson napisał nawet w ostatnim rozdziale Konsiliencji, że w połowie XXI dożyjemy następnej ery w dziejach Ziemi i będzie to eremozoik - era samotności...
Po pierwsze jak tu dyskutować o tempie zanikania gatunków. Przecież one zanikały również w przeszłości i nie wiemy, w jakim tempie to zachodziło. Teoretycznie można by robić badania palinologiczne czy archeozoologiczne i stwierdzać, ile to gatunków występowało kiedyś na danych obszarach, ale tutaj mamy te same problemy, co w przypadku materiału kopalnego, a mianowicie, że nie wszystko się musiało ostać, a w zasadzie tak się stało z mniejszością szczątek roślinnych czy zwierzęcych. Nie jesteśmy w stanie tego określić, to jak możemy dyskutować o zmianach w tempie zanikania gatunków. Ba, jak można w ogóle mówić o zmienności w tym wypadku, jeżeli nie mamy odpowiedniego materiału porównawczego?
Całe to gadanie o zanikaniu gatunków opiera się na czystej probabilistyce, ile to jeszcze gatunków zostało do opisania, i ile może zatem zniknąć, jak się wytnie kawałek lasu. A tutaj jest miejsce do całkowicie oderwanych od rzeczywistości dywagacji. Czytałem na przykład, że w zasadzie 97% świata zwierząt czeka w ogóle na odkrycie. Na razie nie jesteśmy w stanie ani temu zaprzeczyć, ani tego potwierdzić, to jest po prostu spekulacja. Możemy się mylić w tym momencie podobnie jak w 1812 roku George Cuvier.
Szacowanie, ile gatunków ginie w ciągu minuty, godziny, dnia, nie ma zatem sensu. Jest to czysta spekulacja. Służy to temu, aby nas postraszyć i przekonać do akceptacji pewnych rozwiązań.
Walka z atomistyką
Ekologiści nie cierpią energetyki jądrowej od jej zarania. W kwietniu 1986 roku doszło do wybuchu reaktora w Czarnobylu. Oni nagłośnili ten przypadek i w efekcie atomistyka uchodzi wręcz za niebezpieczną. Przez to wielu ludziom na całym świecie atomistyka kojarzy się, eufemistycznie mówiąc, źle. Zapominają, że reaktor w Czarnobylu był przestarzały i w niedługim okresie czasu miał zostać w ogóle wyłączony. Tylko, że zapominają, że właśnie energetyka jądrowa prowadzi do obniżenia zanieczyszczenia środowiska. Atakując atomistykę, zieloni wykazują się krańcową niekonsekwencją.
Greenpeace (według nieoficjalnych danych powiązany z klubem Bilderberg) próbował wywrzeć na rządach wielu państw naciski, aby okręty z napędem atomowym nie mogły przekroczyć ich morskich granic. Widać, jak daleko posunięta jest ich psychoza na punkcie atomistyki. W rzeczywistości ekologiści działają na korzyść trustu wydobywczo-energetycznego, który nie chce stracić monopolu. Podobnie jak inni socjaliści są mniej lub bardziej świadomymi sługusami korporacji i karteli.
Niekonsekwencja ekologistów
Gdy czytałem o różnych poglądach zielonych, to w oczy rzecz jasna rzuciło mi się wspieranie przez nich aborcji, eutanazji, antykoncepcji i związków osób tej samej płci. Co bardziej odważni dodają jeszcze do tego eugenikę. Zresztą swojego czasu taki piękny wykaz znalazł się na stronie Zielonych2004. Ekologiści rzecz jasna wspierają je jako sposób na ograniczenie liczebności populacji ludzkiej oraz doprowadzenie do depopulacji, przyszłego ograniczenia degradacji środowiska itd. Są oni jednak niekonsekwentni.
Z jakiego powodu?
Otóż, piszą oni, że wspierają antykoncepcję (w tym hormonalną). A czy zdają oni sobie sprawę, że w ten sposób przyczyniają się do większego zanieczyszczenia środowiska. W końcu wydostają się do niego ksenoestrogeny powodujące feminizację u samców wielu kręgowców. Interseksy pojawiły się u bardzo wielu gatunków, między innymi u aligatorów. Ksenoestrogeny mogą wywierać wpływ na organizmy zaliczane ostatnio do grupy Ecdysozoa - czyli między innymi stawonogi, nicienie i kilka mniejszych grup systematycznych. U nich za procesy związane z linką odpowiada ekdyzon, hormon będący steroidem. A zatem, ksenoestrogeny przynajmniej teoretycznie mogą wywierać na nie wpływ.
Tak więc ekologiści są niekonsekwentni w swoich poczynaniach i charakteryzuje ich najnormalniejszy w świecie faryzeizm.
Wnioski
Zieloni grają rolę przydzieloną im rolę pożytecznych idiotów, nie zdając sobie sprawy ze sprzeczności głoszonych przez siebie poglądów oraz swojej własnej niekonsekwencji. Pokazują to chociaż przykłady hormonalnej antykoncepcji czy energetyki jądrowej. Brak im również ciężko wywalczonej wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych, żeby mogli ocenić samodzielnie nonsensowność głoszonych przez siebie poglądów. W rzeczywistości to oni nawet nie wiedzą komu służą i komu się wysługują. Podobnie zresztą jak 90% lewicy.
Etykiety:
ekologia,
ekologizm,
Gaja,
lewicowe pseudonauki,
zoologia,
zooologiczna prawicowość
sobota, 10 maja 2008
Jak to jest z tą ewolucją... polemika z Pawłem Paliwodą.
Pana Paliwodę lubię czytać i się praktycznie z 99% jego tekstów zgadzam. Dzisiaj jednakże powstał tekst, który wymaga mojej dyskusji, ponieważ dotyczy drażliwego tematu, przynajmniej w pewnych środowiskach.
Chodzi tutaj o teorię ewolucji. Oczywiście ta w wersji darwinowskiej została przez rzeczonego publicystę zmieszana z błotem. Uważa, że lewicowo-liberalnym środowisku darwinizm się opłaca, ponieważ redukuje człowieka do jakiegoś gatunku zwierzęcia, któremu można odebrać stopniowo prawa. Dla mnie tutaj widoczna jest oczywista sprzeczność. Lewicowo-liberalne środowiska zwykły uważać, że człowiek to tabula rasa całkowicie oderwana od środowiska przyrodniczego. Wyznają oni przy tym SSSM (Standard Social Sciences Model - standardowy model nauk społecznych). Człowiek jest ich zdaniem całkowicie od tej biologii oderwany, dlatego można w nim rzeźbić i dowolnie kształtować. Jeżeli można ukształtować dowolnie jednostkę, to samo da się poczynić z całym społeczeństwem. I tu się zawiera całe clou lewactwa. Poza tym traktuje ono darwinizm - podobnie jak całą resztę nauki - instrumentalnie. Dla lewactwa równie dobrze mogłoby jej nie być, co powinniśmy wiedzieć. Z tegoż darwinizmu właśnie wynika socjobiologia. Nauka ta została stworzona przez Edwarda O. Wilsona jako synteza etologii, ekologii, genetyki i ewolucjonizmu. Jej tezy zostały zawarte w książce Sociobiology. New Synthesis wydanej w 1975 roku. Z miejsca ona ściągnęła na siebie atak środowisk lewicowych. Zakładała biologiczny determinizm zachowań. Jeżeli zatem behawior jest zdeterminowany genetycznie w znacznym procencie, nie można dowolnie kształtować osobnika. Tak więc lewicowe poglądy społeczne zakładające - co niekoniecznie powiedziane jest wprost - inżynierię społeczną nadają się jedynie na śmietnik. Lewica uwaliła teorię, która w całości wynikała z darwinizmu, ponieważ socjobiologia zagroziła jej żywotnym interesom.
W tekście Pawła Paliwody widoczny jest również strach przed darwinizmem społecznym. Pogląd ten utożsamiany jest obecnie z ruchami neonazistowskimi, eugenicznymi oraz - niesłusznie - ze środowiskami skrajnej prawicy. Autor uważa, że teoria ta przyczyniła się do powstania zbrodniczych ideologii. Ten zarzut był dyskutowany przed paleontologa Stephena J. Goulda, na którego się powołuje w książce Skały wieków. Nie ma on większego sensu. Autorzy teorii stricte naukowych nie są w żaden sposób odpowiedzialni za to, co potem zostanie z nimi zrobione lub do jakich celów zostaną wykorzystane. Św. Mateusz ewangelista w żaden sposób nie jest odpowiedzialny za to, że potem Kuba Rozpruwacz zabijał prostytutki (ponoć opierał się na Ewangelii św. Mateusza).
Mutacjonizm... problem w tym, że przemiany mikroewolucyjne można obserwować. Uodparnianie się bakterii, pierwotniaków czy helmintów na leki to oczywisty przykład. Swojego czasu wykonano również eksperyment na muszkach owocówkach, gdzie były hodowane w różnych temperaturach. Po pewnym okresie osobniki oddzielnie hodowane nie chciały się ze sobą krzyżować.
Makroewolucja. Tutaj jest dyskusja między gradualistami - zakładają oni powolne tempo zmian - oraz punktualistami - oni zakładają, że w pewnych okresach ewolucja ulega przyśpieszeniu, wówczas powstają nowe taxa. W tekście pana Paliwody wykorzystany został spór między ewolucjonistami do podparcia kreacjonizmu. Stary tryk erystyczny. Na tej samej zasadzie jak lewactwo wykorzystuje spory wewnątrz obozu prawicy.
Dziwię się też wymienieniu Darwina obok Kinseya i Mead. Paradoksalnie właśnie prace psychologów ewolucyjnych i antropologów biologicznych pozwoliły wysłać je na Księżyc.
Tyle polemiki.
Chodzi tutaj o teorię ewolucji. Oczywiście ta w wersji darwinowskiej została przez rzeczonego publicystę zmieszana z błotem. Uważa, że lewicowo-liberalnym środowisku darwinizm się opłaca, ponieważ redukuje człowieka do jakiegoś gatunku zwierzęcia, któremu można odebrać stopniowo prawa. Dla mnie tutaj widoczna jest oczywista sprzeczność. Lewicowo-liberalne środowiska zwykły uważać, że człowiek to tabula rasa całkowicie oderwana od środowiska przyrodniczego. Wyznają oni przy tym SSSM (Standard Social Sciences Model - standardowy model nauk społecznych). Człowiek jest ich zdaniem całkowicie od tej biologii oderwany, dlatego można w nim rzeźbić i dowolnie kształtować. Jeżeli można ukształtować dowolnie jednostkę, to samo da się poczynić z całym społeczeństwem. I tu się zawiera całe clou lewactwa. Poza tym traktuje ono darwinizm - podobnie jak całą resztę nauki - instrumentalnie. Dla lewactwa równie dobrze mogłoby jej nie być, co powinniśmy wiedzieć. Z tegoż darwinizmu właśnie wynika socjobiologia. Nauka ta została stworzona przez Edwarda O. Wilsona jako synteza etologii, ekologii, genetyki i ewolucjonizmu. Jej tezy zostały zawarte w książce Sociobiology. New Synthesis wydanej w 1975 roku. Z miejsca ona ściągnęła na siebie atak środowisk lewicowych. Zakładała biologiczny determinizm zachowań. Jeżeli zatem behawior jest zdeterminowany genetycznie w znacznym procencie, nie można dowolnie kształtować osobnika. Tak więc lewicowe poglądy społeczne zakładające - co niekoniecznie powiedziane jest wprost - inżynierię społeczną nadają się jedynie na śmietnik. Lewica uwaliła teorię, która w całości wynikała z darwinizmu, ponieważ socjobiologia zagroziła jej żywotnym interesom.
W tekście Pawła Paliwody widoczny jest również strach przed darwinizmem społecznym. Pogląd ten utożsamiany jest obecnie z ruchami neonazistowskimi, eugenicznymi oraz - niesłusznie - ze środowiskami skrajnej prawicy. Autor uważa, że teoria ta przyczyniła się do powstania zbrodniczych ideologii. Ten zarzut był dyskutowany przed paleontologa Stephena J. Goulda, na którego się powołuje w książce Skały wieków. Nie ma on większego sensu. Autorzy teorii stricte naukowych nie są w żaden sposób odpowiedzialni za to, co potem zostanie z nimi zrobione lub do jakich celów zostaną wykorzystane. Św. Mateusz ewangelista w żaden sposób nie jest odpowiedzialny za to, że potem Kuba Rozpruwacz zabijał prostytutki (ponoć opierał się na Ewangelii św. Mateusza).
Mutacjonizm... problem w tym, że przemiany mikroewolucyjne można obserwować. Uodparnianie się bakterii, pierwotniaków czy helmintów na leki to oczywisty przykład. Swojego czasu wykonano również eksperyment na muszkach owocówkach, gdzie były hodowane w różnych temperaturach. Po pewnym okresie osobniki oddzielnie hodowane nie chciały się ze sobą krzyżować.
Makroewolucja. Tutaj jest dyskusja między gradualistami - zakładają oni powolne tempo zmian - oraz punktualistami - oni zakładają, że w pewnych okresach ewolucja ulega przyśpieszeniu, wówczas powstają nowe taxa. W tekście pana Paliwody wykorzystany został spór między ewolucjonistami do podparcia kreacjonizmu. Stary tryk erystyczny. Na tej samej zasadzie jak lewactwo wykorzystuje spory wewnątrz obozu prawicy.
Dziwię się też wymienieniu Darwina obok Kinseya i Mead. Paradoksalnie właśnie prace psychologów ewolucyjnych i antropologów biologicznych pozwoliły wysłać je na Księżyc.
Tyle polemiki.
Etykiety:
konserwatyzm,
nauka,
prawica,
socjobiologia,
zoologia
Pasożytnictwo lewicowej cywilizacji
Zoologia nas uczy, że pasożytem jest organizm zwierzęcy lub pierwotniak, jaki nie może przeżyć bez drugiego organizmu (tzw. żywiciela) i jest nastawiony na jego długotrwałą eksploatację. Związek jest oczywiście jednostronny, bo to pasożyt zgarnia całą pulę. Czasami żywiciel odnosi chwilowe korzyści na przykład ze zwiększonej pobudliwości (larwy muszki owocówki zarażone przez niektóre bleskotki są bardziej agresywne), jednak to zawsze będzie leżało w interesie pasożyta.
Teraz przyjrzyjmy się tej cywilizacji zachodniej. Można stwierdzić, że w 1789 roku wygenerowała się wewnątrz niej cywilizacja pasożytnicza dążąca do zbudowania Państwa Bożego na Ziemi. Wiadomo być powinno, o czym jest teraz mowa. O lewicy!
Często się słyszy, że podział na prawicę i lewicę jest przestarzały i stosowany tylko i wyłącznie przez media. Ponoć profesjonaliści używają dwuosiowych politycznych spektrum - jedna oś poglądy obyczajowo-społeczne, a druga ekonomiczne. A ja powiem tak. Podział na prawicę i lewicę jest nadal żywy. Ta druga to stugłowa hydra, całkowicie moralnie indyferentna. Dlatego jest taka różnorodna. Z tego powodu zarówno ateistyczny liberalizm jak i faszyzm będą lewicą. Ona ma tylko jeden cel, dorwać się do koryta i rzeźbić społeczeństwo według własnego upodobania. Stworzyć nowego człowieka, jakiegoś Homo sovieticus albo - jak określiłem to w jednym ze swoich tekstów na Shalom24 - Homo communismus. Podział na prawicę i lewicę jest żywy. Z jednej strony są ludzie broniący wartości i wolności, a z drugiej kontrabanda, która ma je za nic albo traktuje instrumentalnie, oszalała tłuszcza z pianą w pyskach chcąca nas przemodelować.
Dlaczego lewica jest pasożytem? Organizm pasożytniczy samodzielnie nie jest w stanie przeżyć. Motylica wątrobowa czy zarodziec malaryczny - bez krowy czy błotniarki stawowowej w pierwszym przypadku czy bez człowieka i komara w drugim - nie przeżyją. Czy lewactwo było w stanie coś od zera wybudować na surowym korzeniu? Też nie. Ono musiało zawsze na czymś żerować. Antywartości nie mogą się wziąć z kosmosu, muszą być zawsze wycelowane przeciwko jakimś uprzednim wartościom. Lewactwo w swojej istocie opiera się na antywartościach. Bez uprzednio istniejących systemów moralnych nie byłoby w stanie ich wygenerować. Bo jak można zrobić coś z próżni. Nie można. Bez uprzednio istniejących konserwatyzmu i wolnego rynku, nie dałoby się wydumać libertynizmu oraz socjalizmu. Te z kolei umożliwiają stawianie jednych ludzi przeciw drugim - biedni kontra bogaci, homoseksualiści konstra heterycy, mniejszości etniczne kontra autochtoni et cetera.
Lewactwo niszczy społeczeństwa, w których się zalęgnie. W ZSRR kolektywizacja rolnictwa i nacjonalizacja środków produkcji doprowadziły do niesamowitego głodu, to włącznie z systemem terroru daje przerażający bilans ponad 110 milionów ofiar śmiertelnych. W Europie Zachodniej po roku 1968 zalegalizowano aborcję. Doprowadziło to do depopulacji autochtonów i stopniowego zastępowania ich przez przybyszy z Afryki i Azji. Proces ten przyśpieszy; legalne stały się eutanazja, promuje się homozwiązki. Depopulacja zatem będzie postępować, aż dojdzie do tego, że pewnego pięknego dnia obudzimy się w Eurabii. Będą rządzić nami islamscy fundamentaliści. Socjalistom oczywiście spodoba się nacjonalizacja przedsiębiorstw oraz kolektywizacja rolnictwa - to robili chociażby Naser, Hussajn czy Sukarno, ale oczywiście wkurzyłaby ich kara śmierci czy wypędzenie dla tych wszystkich dziwadeł, jakie tak siermiężnie wspierali - Żydów, homoseksualistów, aborterów i feministki.
I jak tu nie mówić o pasożytnictwie lewactwa, jeżeli czyni takie spustoszenia... Pozostaje czasem kwestia, czy to pasożytnictwo to nie jest czasem parazytoidyzm.
Teraz przyjrzyjmy się tej cywilizacji zachodniej. Można stwierdzić, że w 1789 roku wygenerowała się wewnątrz niej cywilizacja pasożytnicza dążąca do zbudowania Państwa Bożego na Ziemi. Wiadomo być powinno, o czym jest teraz mowa. O lewicy!
Często się słyszy, że podział na prawicę i lewicę jest przestarzały i stosowany tylko i wyłącznie przez media. Ponoć profesjonaliści używają dwuosiowych politycznych spektrum - jedna oś poglądy obyczajowo-społeczne, a druga ekonomiczne. A ja powiem tak. Podział na prawicę i lewicę jest nadal żywy. Ta druga to stugłowa hydra, całkowicie moralnie indyferentna. Dlatego jest taka różnorodna. Z tego powodu zarówno ateistyczny liberalizm jak i faszyzm będą lewicą. Ona ma tylko jeden cel, dorwać się do koryta i rzeźbić społeczeństwo według własnego upodobania. Stworzyć nowego człowieka, jakiegoś Homo sovieticus albo - jak określiłem to w jednym ze swoich tekstów na Shalom24 - Homo communismus. Podział na prawicę i lewicę jest żywy. Z jednej strony są ludzie broniący wartości i wolności, a z drugiej kontrabanda, która ma je za nic albo traktuje instrumentalnie, oszalała tłuszcza z pianą w pyskach chcąca nas przemodelować.
Dlaczego lewica jest pasożytem? Organizm pasożytniczy samodzielnie nie jest w stanie przeżyć. Motylica wątrobowa czy zarodziec malaryczny - bez krowy czy błotniarki stawowowej w pierwszym przypadku czy bez człowieka i komara w drugim - nie przeżyją. Czy lewactwo było w stanie coś od zera wybudować na surowym korzeniu? Też nie. Ono musiało zawsze na czymś żerować. Antywartości nie mogą się wziąć z kosmosu, muszą być zawsze wycelowane przeciwko jakimś uprzednim wartościom. Lewactwo w swojej istocie opiera się na antywartościach. Bez uprzednio istniejących systemów moralnych nie byłoby w stanie ich wygenerować. Bo jak można zrobić coś z próżni. Nie można. Bez uprzednio istniejących konserwatyzmu i wolnego rynku, nie dałoby się wydumać libertynizmu oraz socjalizmu. Te z kolei umożliwiają stawianie jednych ludzi przeciw drugim - biedni kontra bogaci, homoseksualiści konstra heterycy, mniejszości etniczne kontra autochtoni et cetera.
Lewactwo niszczy społeczeństwa, w których się zalęgnie. W ZSRR kolektywizacja rolnictwa i nacjonalizacja środków produkcji doprowadziły do niesamowitego głodu, to włącznie z systemem terroru daje przerażający bilans ponad 110 milionów ofiar śmiertelnych. W Europie Zachodniej po roku 1968 zalegalizowano aborcję. Doprowadziło to do depopulacji autochtonów i stopniowego zastępowania ich przez przybyszy z Afryki i Azji. Proces ten przyśpieszy; legalne stały się eutanazja, promuje się homozwiązki. Depopulacja zatem będzie postępować, aż dojdzie do tego, że pewnego pięknego dnia obudzimy się w Eurabii. Będą rządzić nami islamscy fundamentaliści. Socjalistom oczywiście spodoba się nacjonalizacja przedsiębiorstw oraz kolektywizacja rolnictwa - to robili chociażby Naser, Hussajn czy Sukarno, ale oczywiście wkurzyłaby ich kara śmierci czy wypędzenie dla tych wszystkich dziwadeł, jakie tak siermiężnie wspierali - Żydów, homoseksualistów, aborterów i feministki.
I jak tu nie mówić o pasożytnictwie lewactwa, jeżeli czyni takie spustoszenia... Pozostaje czasem kwestia, czy to pasożytnictwo to nie jest czasem parazytoidyzm.
Etykiety:
aborcja,
kultura analna,
lewactwo,
zboczenia,
zoologia
Subskrybuj:
Posty (Atom)