Do dzisiejszego dnia pamiętam fragment Grobu Agamemnona "papugą byłaś i pawiem narodów". Mowa, rzecz oczywista, o Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Okazuje się, że ciągle popełniamy jeden podstawowy błąd. Mamy jakiś dziwny kompleks niższości wobec nacji zamieszkujących zachodnią Europę - to, że jest całkowicie nieuzasadniony, stanowi temat na inny tekst. Staramy się wobec tego we wszystkim małpować Zachód, nie patrząc na to, czy to jest dobre, czy złe.
Jedną z takich dziedzin jest szkolnictwo. Osobiście uważam, że państwo nie powinno się tym zajmować. Jedyną rzeczą, do której powinno się ograniczyć, to weryfikacja dyplomów ukończenia poszczególnych etapów edukacji. Mamy jednak ten siermiężny socjalizm, który żeby obalić, należałoby dokonać puczu. W warunkach demokratycznych nie jesteśmy w stanie wiele w tej dziedzinie zrobić. Sprywatyzowanie jakiejś fabryki to jest nic w porównaniu ze zrobieniem tego samego w przypadku szkoły albo uczelni. Tyle wstępu. Różni dziwni ludzie próbowali polską szkołę upodabniać na siłę do zachodniej. Mam tutaj na myśli niesławnych Wittbrodta, Handkego czy Łybacką. Po przejściu wyżej wymienionych przez szkolnictwo został krajobraz nędzy i rozpaczy. To wszystko powoli zmierza ku otchłani...
Przenieśli na przykład na polski grunt gimnazjum, nie patrząc w ogóle na rozwiązania w innych państwach. W Niemczech jest na przykład kilka kategorii, z czego tylko po jednej z nich - Realgymnasium - można uzyskać maturę, a po innych idzie się normalnie do zawodu. Na naszym rodzimym gruncie skutki były opłakane. Stłoczono mianowicie młodzież w najbardziej kłopotliwym wieku na jednym etapie kształcenia. Wzrosła ilość problemów pedagogicznych oraz wręcz o charakterze kryminalnym. Obniżono znacząco poziom edukacji, usuwając w ogóle z programu szereg treści zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Jednym słowem, gimnazjum okazało się być niewypałem. Normalnie prawne buble powinno się eliminować. W Polsce mamy jednak taką władzę, która stara się je pogłębiać. Ostatnio usłyszałem na przykład, że wzory skróconego mnożenia zostały przeniesione do liceum.
Innym nieciekawym wynalazkiem są centralne egzaminy. Sama idea nie jest zła, gorzej jest z jej realizacją. Przecież egzaminy w tej formie preferują najbardziej przeciętnych! Mamy tutaj do czynienia z klasyczną formą doboru stabilizującego. Tutaj nie poradzi sobie zarówno osoba grubo poniżej przeciętnej, jak również problemy będzie miał osobnik o ponadprzeciętnej wiedzy i inteligencji. Przecież ten ostatni dostrzeże na przykład nieścisłości w szeregu pytań, będą mu pasowały dwie odpowiedzi, nie daj Boże sobie na maturze z fizyki coś scałkuje (był taki przypadek, że rozwiązanie preferowane przez klucz było błędne i żeby uzyskać dobry wynik, należało właśnie całkę policzyć). No i co zrobi egzaminator. Ten zajrzy do klucza, no i ponieważ człek mądrzejszy niż ustawa przewiduje, to należy go puścić w skarpetkach, jakby był skończonym matołem. Później ów delikwent idzie na rozdanie świadectw maturalnych zadowolony, że wszystko jest w porządku. Wychowawca wręcza mu ten papierek, a jemu następnie mięknie dziób. Zaskoczony jest, iż poszło tak słabo. Co to wszystko oznacza? Te wszystkie testowe egzaminy są odmóżdżające, nie rozwijają żadnego twórczego myślenia, tylko nakazują wszędzie dopasowywać się do schematów. Potem na wyższych uczelniach jest utyskiwanie, że kogo to oni przyjęli w swoje progi. Słyszałem kiedyś o pewnym przypadku studenta, który napisał na kolokwium z zoologii, że owady dzielą się na "latale, fruwale i pełzale", zamiast na Apterygogenea (pierwotnie bezskrzydłe) i Pterygogenea (pierwotnie uskrzydlone). Taki przypadek to jest jeszcze nic. Wykładowcy czy prowadzący ćwiczenia twierdzą wręcz, że około 70% studentów to są funkcjonalni analfabeci. I nic dziwnego, że coraz więcej jest głosów, że na studia przywrócić należy egzaminy wstępne.
W tym roku matury nie zdało 21% populacji. Jakiś urzędnik z CKE twierdził, że to rzecz normalna, że jedna piąta maturzystów nie nadaje się na studia wyższe. Moim zdaniem to trend liniowy - przecież co rok zdawalność tego egzaminu była coraz mniejsza. Jeszcze jak w przyszłym roku zrobią obowiązkową maturę z matematyki to będzie jak we Francji. Tam matury nie zdaje 50% do niej podchodzących.
W dodatku całe szkolnictwo nastawiło się na robienie tego, co jest na "testach". Wówczas treści programowe rzadko się trafiające na nich są traktowane po macoszemu. Prowadzi to następnie do ich usunięcia z programów nauczania. W dodatku poziom centralnych egzaminów jest coraz niższy. Organy odpowiedzialne za ich przygotowanie powinny raczej asymptotycznie zwiększać ich trudność. Nie ukrywam, że również zmienić się powinno formułę tychże centralnych egzaminów. Nie ma bowiem, jak ustna odpowiedź przed komisją. Tylko z języków należałoby zachować egzaminy pisemne - ale nie jakieś tam czytanie ze zrozumieniem. Powinno się dostać do napisania jakiś duży esej wymagający pewnej wiedzy. W przypadku języka obcego w przypadku rozumienia ze słuchu należałoby zastosować szereg pytań otwartych. No i problem rozwiązany. Te egzaminy centralne powinno się uprościć. W obecnej sytuacji wystarczyłaby matematyka, język polski oraz jeden przedmiot do wyboru. Wówczas egzaminy trwałyby dużo krócej, również zmniejszyłby się czas ich sprawdzania. Więcej, powinny one tylko kończyć dany etap edukacji. Na studia na przykład - jak dawniej - powinny być egzaminy wstępne.
Ceterum censeo, gimnazjum należy oczywiście znieść. Szkołę podstawową proponowałbym przywrócić jako siedmiolatkę. Szkoła średnia trwać winna 4 lata. Pozwoli to również skrócić okres edukacji z dwunastu do jedenastu lat. Do tego program powinien być wzmocniony.
Tylko, że czy ktoś to będzie w stanie w naszym kraju przeprowadzić. W warunkach demokratycznych dałoby się to przeprowadzić spokojnie, choć przy znacznym oporze materii - różnych związków zawodowych pokroju ZNP czy zawodowym piewcom modernizacji. Niestety, obecne ekipy polityczne są zbyt zapatrzone na wzorce zachodnie. Pozostaje pytanie: czy to jest świadome działanie zmierzające w stronę przemysłowej hodowli orwellowskich proletów? Wszystko zmierza bowiem ku otchłani.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oświata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oświata. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 lipca 2009
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Dyktat papierków
Swojego czasu jedna moja lewicująca koleżanka - ta znana z mojego starszego tekstu Obrazoburstwo na warszawskiej starówce - leczyła się u dentysty Ukraińca. W ogóle nie narzekała na jakość wykonywanych usług, nie było również żadnych problemów zdrowotnych. Pewnego pięknego razu tą działalnością zainteresowała się policja. Co się wówczas okazało? Ów dentysta był nielegalny, nie posiadał ani wykształcenia w tym zakresie, ani nie miał żadnych dokumentów typu LEP, które uprawniałyby go do wykonywania zawodu. A jakoś nikt z korzystających nigdy się nie skarżył...
Ten przypadek nie jest wcale wielce odosobniony. Podobnych zdarzało się więcej i to w różnych profesjach. Czego to wszystko dowodzi? W obecnym socjalistycznym świecie na wszystko trzeba mieć przysłowiowy papier. Przyjrzyjmy się zatem temu procederowi...
Powołałem się w pierwszym akapicie na przykład nielegalnego dentysty. Tutaj trzeba zadać sobie podstawowe pytanie? Czy osoba chcąca leczyć ludzi musi koniecznie mieć dyplom ukończenia studiów medycznych oraz zdany egzamin państwowy? Przykład powyższy wskazuje, że niekoniecznie. Moim zdaniem ludzie mogą się leczyć u kogo chcą - czy to będzie lekarz, znachor, cudotwórca czy ewentualnie inna persona w tym typie. Poza tym właściciel szpitala raczej nie zatrudniłby osoby, która nie skończyła studiów medycznych na przyzwoitej uczelni ze strachu przed utratą klientów.
Od czasu do czasu słychać przypadki nauczycieli, którzy sfałszowali swoje dyplomy np. na Stadionie Dziesięciolecia, a potem pracowali kilkanaście lat w szkolnictwie. Więcej, uchodzili za dobrych. Nagle ktoś się zainteresował, że delikwent nie skończył studiów i poszli oni siedzieć jako oszuści. Należy sobie postawić pytanie: czy aby nauczać w szkole trzeba mieć dyplom wyższej uczelni? Jeszcze nie tak dawno temu wystarczało tylko liceum pedagogiczne, po którym można było pójść do zawodu. Osobiście tego wymogu nie rozumiem. Często, jak się słyszy, co się wyrabia w szkołach, to co zdolniejsi uczniowie zaginają swoich nauczycieli bez większych problemów. Tu można się zastanawiać nad dwoma problemami. Po pierwsze po co maszynowo produkować magistrów? Ważniejsza jest tutaj kwestia druga; czy nauczyciel musi mieć dyplom. Gdybyśmy mieli szkolnictwo całkowicie w rękach prywatnych, to właściciel szkoły decydowałby, kogo zatrudnia na swoim terenie. Tego typu problemy, czy ktoś ma dyplom, czy nie ma, przestałyby w takiej sytuacji w ogóle istnieć. Człowiek musiałby się wykazać wiedzą i umiejętnościami z przedmiotu, którego chciałby nauczać. Śmieszy mnie również pomniejszy przypadek, kiedy to nauczyciel z kilkudziesięcioletnim stażem nauczania nie może pojechać z uczniami na wycieczkę szkolną. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nie odbył jakiegoś tam kursu. Osoba natomiast bezpośrednio po studiach, z dyplomem oraz takim kursem, może pojechać bez większych problemów, mimo braku doświadczenia w pracy z młodzieżą. Tutaj również widać następny paradoks, jaki powoduje dyktat papierków. Teoretycznie osoba bez żadnej wiedzy, jak co, gdzie i jak wygląda, może wykonywać dany zawód, tylko dlatego, że posiada pliczek różnych dokumentów.
Wiele mówi się korporacjach prawników. Dlaczego nikt nie chce w tej profesji wprowadzić wolności wykonywania zawodu tak, żeby teoretycznie każdy mógł go wykonywać? Wówczas problem prawniczych korporacji w ogóle przestałby istnieć. Niech każdy będzie mógł założyć kancelarię adwokacką na przykład! A co prokuratorów, sędziów czy adwokatów z urzędu - traktować jak zwykłych urzędników państwowych. Wprowadzenie Korpusu Służby Cywilnej rozwiązałoby problem prawników zatrudnianych przez państwo, podobnie jak w przypadku całej reszty pracowników sektora publicznego.
A prowadzenie badań naukowych? W obecnych czasach, jak się nie ma żadnych literek przed nazwiskiem to o tym w ogóle nie ma mowy. To ja się w takim razie pytam. Czy najwybitniejszy filozof epoki antycznej, Arystoteles ze Stagiry, miał jakikolwiek tytuł naukowy? Czy Michael Faraday posiadał stopień chociażby magistra czy licencjata? Czy powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych uczonych wszystkich epok Albert Einstein na początku swojej kariery, przed annus mirabilis, był zatrudniony w jakimkolwiek ośrodku naukowym? Na wszystkie można udzielić odpowiedzi przeczącej. Nie można na pewno poddać w wątpliwość osiągnięć wszystkich wymienionych osób. Więcej, wielu na przykład wybitnych biologów molekularnych zaczynało od zupełnie innych problemów - James D. Watson od badania wędrówek ptaków, a Francis Crick od udoskonalania radaru w czasie drugiej wojny światowej. Obydwaj są powszechnie znani ze względu na podwójną helisę. Czy obecnie taka zmiana profesji byłaby możliwa? Wszystko to świadczy to o tym, że w nauce cała "papierologia" jest szkodliwa dla rozwoju nauki! W obecnych czasach ani Arystoteles, ani Faraday, ani Einstein mogliby w ogóle nie zaistnieć.
Również w innych zawodach generuje się szereg papierów. Żeby być na przykład geologiem terenowym, trzeba poza dyplomem posiadać papier na daną specjalność - kartografię, hydrogeologię, złoża, grunty. A teraz można się zastanowić? Czy to oby na pewno konieczne. Żeby na przykład poszukiwać ropę naftową wystarczy opanować tzw. analizę basenów sedymentacyjnych, czyli sedymentologię, tektonikę, elementy geofizyki, geochemii i mikropaleontologii. A czy tego nie jest w stanie zrobić człowiek, który geologii nigdy nie studiował czy trzeba z góry zakładać, że poszukiwacz złóż paliw kopalnych ma posiadać papier terenowego geologa? Moim zdaniem to powinna być bolączka danej firmy zajmującej się poszukiwaniem i wydobywaniem złóż, kogo zatrudnia na takim etacie. Państwo powinno zaprzestać licencjonowania zawodu geologa.
Zajmowałem się wyżej bardzo szczegółowymi wskazaniami na poszczególne papiery. Mało kto poddaje jednak w wątpliwość posiadanie tak oczywistego dokumentu jak prawo jazdy. A czy to jest konieczne? Albo ktoś umie jeździć samochodem, albo nie. Podnieść natomiast należy kary za spowodowanie wypadku czy stwarzanie niebezpiecznej sytuacji na drodze. Od razu pewne rzeczy skończyłyby się.
Kiedyś w tekście Mea culpa zaznaczyłem, że państwo powinno wydawać tylko jeden dokument, a mianowicie paszport w momencie, kiedy rodzice uznają dziecko za dorosłe. (Tak, od tego powinna być podstawowa komórka społeczna), do tego weryfikować jeszcze ukończenie poszczególnych etapów edukacji. Tyle by w zupełności wystarczyło (poza pewnymi bardzo nielicznymi wyjątkami). Ale cóż, żyjemy w coraz bardziej socjalistycznej rzeczywistości ze wszystkimi problemami przezeń generowanymi...
Ten przypadek nie jest wcale wielce odosobniony. Podobnych zdarzało się więcej i to w różnych profesjach. Czego to wszystko dowodzi? W obecnym socjalistycznym świecie na wszystko trzeba mieć przysłowiowy papier. Przyjrzyjmy się zatem temu procederowi...
Powołałem się w pierwszym akapicie na przykład nielegalnego dentysty. Tutaj trzeba zadać sobie podstawowe pytanie? Czy osoba chcąca leczyć ludzi musi koniecznie mieć dyplom ukończenia studiów medycznych oraz zdany egzamin państwowy? Przykład powyższy wskazuje, że niekoniecznie. Moim zdaniem ludzie mogą się leczyć u kogo chcą - czy to będzie lekarz, znachor, cudotwórca czy ewentualnie inna persona w tym typie. Poza tym właściciel szpitala raczej nie zatrudniłby osoby, która nie skończyła studiów medycznych na przyzwoitej uczelni ze strachu przed utratą klientów.
Od czasu do czasu słychać przypadki nauczycieli, którzy sfałszowali swoje dyplomy np. na Stadionie Dziesięciolecia, a potem pracowali kilkanaście lat w szkolnictwie. Więcej, uchodzili za dobrych. Nagle ktoś się zainteresował, że delikwent nie skończył studiów i poszli oni siedzieć jako oszuści. Należy sobie postawić pytanie: czy aby nauczać w szkole trzeba mieć dyplom wyższej uczelni? Jeszcze nie tak dawno temu wystarczało tylko liceum pedagogiczne, po którym można było pójść do zawodu. Osobiście tego wymogu nie rozumiem. Często, jak się słyszy, co się wyrabia w szkołach, to co zdolniejsi uczniowie zaginają swoich nauczycieli bez większych problemów. Tu można się zastanawiać nad dwoma problemami. Po pierwsze po co maszynowo produkować magistrów? Ważniejsza jest tutaj kwestia druga; czy nauczyciel musi mieć dyplom. Gdybyśmy mieli szkolnictwo całkowicie w rękach prywatnych, to właściciel szkoły decydowałby, kogo zatrudnia na swoim terenie. Tego typu problemy, czy ktoś ma dyplom, czy nie ma, przestałyby w takiej sytuacji w ogóle istnieć. Człowiek musiałby się wykazać wiedzą i umiejętnościami z przedmiotu, którego chciałby nauczać. Śmieszy mnie również pomniejszy przypadek, kiedy to nauczyciel z kilkudziesięcioletnim stażem nauczania nie może pojechać z uczniami na wycieczkę szkolną. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nie odbył jakiegoś tam kursu. Osoba natomiast bezpośrednio po studiach, z dyplomem oraz takim kursem, może pojechać bez większych problemów, mimo braku doświadczenia w pracy z młodzieżą. Tutaj również widać następny paradoks, jaki powoduje dyktat papierków. Teoretycznie osoba bez żadnej wiedzy, jak co, gdzie i jak wygląda, może wykonywać dany zawód, tylko dlatego, że posiada pliczek różnych dokumentów.
Wiele mówi się korporacjach prawników. Dlaczego nikt nie chce w tej profesji wprowadzić wolności wykonywania zawodu tak, żeby teoretycznie każdy mógł go wykonywać? Wówczas problem prawniczych korporacji w ogóle przestałby istnieć. Niech każdy będzie mógł założyć kancelarię adwokacką na przykład! A co prokuratorów, sędziów czy adwokatów z urzędu - traktować jak zwykłych urzędników państwowych. Wprowadzenie Korpusu Służby Cywilnej rozwiązałoby problem prawników zatrudnianych przez państwo, podobnie jak w przypadku całej reszty pracowników sektora publicznego.
A prowadzenie badań naukowych? W obecnych czasach, jak się nie ma żadnych literek przed nazwiskiem to o tym w ogóle nie ma mowy. To ja się w takim razie pytam. Czy najwybitniejszy filozof epoki antycznej, Arystoteles ze Stagiry, miał jakikolwiek tytuł naukowy? Czy Michael Faraday posiadał stopień chociażby magistra czy licencjata? Czy powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych uczonych wszystkich epok Albert Einstein na początku swojej kariery, przed annus mirabilis, był zatrudniony w jakimkolwiek ośrodku naukowym? Na wszystkie można udzielić odpowiedzi przeczącej. Nie można na pewno poddać w wątpliwość osiągnięć wszystkich wymienionych osób. Więcej, wielu na przykład wybitnych biologów molekularnych zaczynało od zupełnie innych problemów - James D. Watson od badania wędrówek ptaków, a Francis Crick od udoskonalania radaru w czasie drugiej wojny światowej. Obydwaj są powszechnie znani ze względu na podwójną helisę. Czy obecnie taka zmiana profesji byłaby możliwa? Wszystko to świadczy to o tym, że w nauce cała "papierologia" jest szkodliwa dla rozwoju nauki! W obecnych czasach ani Arystoteles, ani Faraday, ani Einstein mogliby w ogóle nie zaistnieć.
Również w innych zawodach generuje się szereg papierów. Żeby być na przykład geologiem terenowym, trzeba poza dyplomem posiadać papier na daną specjalność - kartografię, hydrogeologię, złoża, grunty. A teraz można się zastanowić? Czy to oby na pewno konieczne. Żeby na przykład poszukiwać ropę naftową wystarczy opanować tzw. analizę basenów sedymentacyjnych, czyli sedymentologię, tektonikę, elementy geofizyki, geochemii i mikropaleontologii. A czy tego nie jest w stanie zrobić człowiek, który geologii nigdy nie studiował czy trzeba z góry zakładać, że poszukiwacz złóż paliw kopalnych ma posiadać papier terenowego geologa? Moim zdaniem to powinna być bolączka danej firmy zajmującej się poszukiwaniem i wydobywaniem złóż, kogo zatrudnia na takim etacie. Państwo powinno zaprzestać licencjonowania zawodu geologa.
Zajmowałem się wyżej bardzo szczegółowymi wskazaniami na poszczególne papiery. Mało kto poddaje jednak w wątpliwość posiadanie tak oczywistego dokumentu jak prawo jazdy. A czy to jest konieczne? Albo ktoś umie jeździć samochodem, albo nie. Podnieść natomiast należy kary za spowodowanie wypadku czy stwarzanie niebezpiecznej sytuacji na drodze. Od razu pewne rzeczy skończyłyby się.
Kiedyś w tekście Mea culpa zaznaczyłem, że państwo powinno wydawać tylko jeden dokument, a mianowicie paszport w momencie, kiedy rodzice uznają dziecko za dorosłe. (Tak, od tego powinna być podstawowa komórka społeczna), do tego weryfikować jeszcze ukończenie poszczególnych etapów edukacji. Tyle by w zupełności wystarczyło (poza pewnymi bardzo nielicznymi wyjątkami). Ale cóż, żyjemy w coraz bardziej socjalistycznej rzeczywistości ze wszystkimi problemami przezeń generowanymi...
Etykiety:
geologia,
lecznictwo,
nauka,
oświata,
papiery,
prawne buble,
socjalizm
piątek, 24 kwietnia 2009
Organizacja szkolnictwa
Każdy gabinet po 1989 roku starał się w jakiś sposób reformować system edukacji. Jedynie Giertych i Legutko chcieli zrobić coś na lepsze, jednak ich pomysły wobec oporu licznych środowisk spaliły na panewce. Inne ekipy zajmowały się głównie powiększaniem bałagan, jaki tam zapanował. Doszło do tego, że teraz szkoła to takie ludzkie zoo, do którego aż strach posłać swoje dziecko. Żadna ekipa nie myślała też o podstawowym problemie, jaki należałoby zlikwidować w tej materii. Chodzi tutaj - rzecz jasna - o socjalizm. Co zatem powinno się zrobić?
Pierwsza rzecz to należy zlikwidować ze wszech miar szkodliwy, bolszewicki przymus szkolny. Tu się zaraz pojawią głosy różnych indywiduów wrażliwych społecznie, że część dzieci nie trafi do szkół i będzie analfabetami. Ale co z tego? Przecież analfabetyzm jako taki był, jest i będzie. Obecnie mamy do czynienia z jego wtórną odmianą. Co z tego, że ludzie potrafią litery rozpoznawać, jak nie rozumieją czytanego tekstu? Tak samo wagary i korzystanie z tzw. "dopalaczy". Po prostu pewna część młodzieży się tam nudzi i nie wytrzymuje psychicznie. Inna rzecz, że dziecko z patologicznej rodziny potrafi sterroryzować całą placówkę edukacyjną. Dodam, że ani ono, ani jego rodzice nie są zainteresowani edukacją, więc posyłanie go do szkoły to strata czasu i atłasu. Na zakończenie wypada dodać jeszcze jedną rzecz. To rodzice powinni decydować, czy wysyłają dzieci do szkoły, czy do fabryki i czy w ogóle wysyłają gdziekolwiek.
Po drugie szkolnictwo wszystkich szczebli powinno ulec całkowitej prywatyzacji. Przy okazji należy zlikwidować MEN, kuratoria, komisje akredytacyjne. Szkoły i uczelnie same powinny sobie układać programy. Założę się, że politycy lewicowi zaraz podnieśliby larum, gdyby ktokolwiek chciał to przegłosować. Pojawiłyby się argumenty, że przecież szkoły takie kreacjonizmu, płaskiej Ziemi, kłamstwa oświęcimskiego będą uczyć. W rzeczywistości chodzi tym cwaniakom, o co innego. Nie będa mogli wmawiać ludziom różnych, dziwnych rzeczy, którymi to nawet swoich dzieci nie raczą. Po to jest lewicy państwowa szkoła z odgórnie ustalanym programem.
Znowu odezwą się różni ludzie społecznie wrażliwi, że jak w ogóle tak można (!). A przecież ta ich państwowa edukacja jest jednym wielkim bublem. Dlaczego to bowiem, jak są matury czy inne egzaminy, to wszyscy gnają na korepetycje? Okazuje się, że w państwowa szkółka zafundowała ochłapy edukacji. Płaci się przy okazji dwa razy - po pierwsze idą na szkołę pieniądze z wszelkich podatków przez nas uiszczanych, po drugie - właśnie te korepetycje. Gdyby przeliczyć, ile idzie na edukację per capita, do tego dodać pieniądze z tzw. korków, to po zsumowaniu i podzieleniu przez 12 miesięcy okaże się, że większą część ludzi stać byłoby opłacać czesne w prywatnym szkolnictwie.
Przy okazji szkoła powinna sama decydować, czy ma mundurki, czy dziewczęta mogą pokazywać swoje wdzięki, czy stosuje kary cielesne, czy też nie itd, tak samo czy praktykuje powtarzanie klasy, czy przepuszcza danego delikwenta na siłę. Oczywiście o jakichś tam Kartach Nauczyciela, ZNP i innych cudach niewidach nie ma mowy! Rodzice mogliby w takim systemie decydować, do jakiej szkoły ma chodzić ich dziecko.
Czy państwo powinno w jakiś sposób ingerować w rynek usług edukacyjnych w takim razie? Ustalić się powinno pewne reguły gry, że szkoła podstawowa trwa np. 7 lat, a liceum 4. Poszczególne etapy kształcenia powinny kończyć się państwowym egzaminem. Nie powinno wyglądać to jak nowa matura czy inne tego typu badziewie preferujące najbardziej przeciętnych. Te egzaminy powinny mieć wysoki poziom trudności oraz próg na zaliczenie wynosić powinien 60%, do tego stosownie do wyższych progów procentowych dopasować oceny. No i z czego powinny być one przeprowadzane? Na koniec podstawówki egzamin kończący - z matematyki i języka ojczystego. Matura również z tych dwóch przedmiotów, do tego jeden do wyboru. Dodam, że egzamin po podstawówce czy matura nie powinny mieć wpływu na rekrutację na wyższe szczeble edukacji. To dokumenty, które świadczą o tym, że osoba ukończyła dany szczebel edukacji. Licea oraz uczelnie wyższe powinny przeprowadzać rekrutację wewnętrzną poprzez przeprowadzanie egzaminów wstępnych. Nie powinno być również zasady "drabinki", że najpierw trzeba ukończyć podstawówkę, a dopiero potem liceum. Moim zdaniem jak ktoś chce, to może od razu pisać maturę albo egzamin licencjacki. Takie egzaminy umożliwiłyby porównywanie poziomu poszczególnych prywatnych szkół. Wiadomo, że lepszą szkołą jest taka, gdzie zalicza 85% egzamin, niż taka, gdzie czyni to niespełna 30%.
Takie coś nie ma wariantu jednak przejść. Partie muszą swoimi kolegami i koleżankami różne urzędy obsadzać - kuratoria, komisje akredytacyjne i nie tylko. Nikt się nie zgodzi w warunkach demokratycznych na likwidację koryta i związanych z nim synekur. O tym można sobie jedynie pomarzyć.
Wyobraźmy sobie jeszcze, jakie byłoby zamieszanie, gdyby to restauracje były państwowe. Pewnie deliberowano by wówczas w Sejmie nad tym, ile pieprzu sypać do zupy. Czy taka sytuacja nie jest absurdalna? A teraz odnieśmy to do szkolnictwa. To dlaczego tak chętnie oddajemy swoje dzieci w ręce biurokratów?
Pierwsza rzecz to należy zlikwidować ze wszech miar szkodliwy, bolszewicki przymus szkolny. Tu się zaraz pojawią głosy różnych indywiduów wrażliwych społecznie, że część dzieci nie trafi do szkół i będzie analfabetami. Ale co z tego? Przecież analfabetyzm jako taki był, jest i będzie. Obecnie mamy do czynienia z jego wtórną odmianą. Co z tego, że ludzie potrafią litery rozpoznawać, jak nie rozumieją czytanego tekstu? Tak samo wagary i korzystanie z tzw. "dopalaczy". Po prostu pewna część młodzieży się tam nudzi i nie wytrzymuje psychicznie. Inna rzecz, że dziecko z patologicznej rodziny potrafi sterroryzować całą placówkę edukacyjną. Dodam, że ani ono, ani jego rodzice nie są zainteresowani edukacją, więc posyłanie go do szkoły to strata czasu i atłasu. Na zakończenie wypada dodać jeszcze jedną rzecz. To rodzice powinni decydować, czy wysyłają dzieci do szkoły, czy do fabryki i czy w ogóle wysyłają gdziekolwiek.
Po drugie szkolnictwo wszystkich szczebli powinno ulec całkowitej prywatyzacji. Przy okazji należy zlikwidować MEN, kuratoria, komisje akredytacyjne. Szkoły i uczelnie same powinny sobie układać programy. Założę się, że politycy lewicowi zaraz podnieśliby larum, gdyby ktokolwiek chciał to przegłosować. Pojawiłyby się argumenty, że przecież szkoły takie kreacjonizmu, płaskiej Ziemi, kłamstwa oświęcimskiego będą uczyć. W rzeczywistości chodzi tym cwaniakom, o co innego. Nie będa mogli wmawiać ludziom różnych, dziwnych rzeczy, którymi to nawet swoich dzieci nie raczą. Po to jest lewicy państwowa szkoła z odgórnie ustalanym programem.
Znowu odezwą się różni ludzie społecznie wrażliwi, że jak w ogóle tak można (!). A przecież ta ich państwowa edukacja jest jednym wielkim bublem. Dlaczego to bowiem, jak są matury czy inne egzaminy, to wszyscy gnają na korepetycje? Okazuje się, że w państwowa szkółka zafundowała ochłapy edukacji. Płaci się przy okazji dwa razy - po pierwsze idą na szkołę pieniądze z wszelkich podatków przez nas uiszczanych, po drugie - właśnie te korepetycje. Gdyby przeliczyć, ile idzie na edukację per capita, do tego dodać pieniądze z tzw. korków, to po zsumowaniu i podzieleniu przez 12 miesięcy okaże się, że większą część ludzi stać byłoby opłacać czesne w prywatnym szkolnictwie.
Przy okazji szkoła powinna sama decydować, czy ma mundurki, czy dziewczęta mogą pokazywać swoje wdzięki, czy stosuje kary cielesne, czy też nie itd, tak samo czy praktykuje powtarzanie klasy, czy przepuszcza danego delikwenta na siłę. Oczywiście o jakichś tam Kartach Nauczyciela, ZNP i innych cudach niewidach nie ma mowy! Rodzice mogliby w takim systemie decydować, do jakiej szkoły ma chodzić ich dziecko.
Czy państwo powinno w jakiś sposób ingerować w rynek usług edukacyjnych w takim razie? Ustalić się powinno pewne reguły gry, że szkoła podstawowa trwa np. 7 lat, a liceum 4. Poszczególne etapy kształcenia powinny kończyć się państwowym egzaminem. Nie powinno wyglądać to jak nowa matura czy inne tego typu badziewie preferujące najbardziej przeciętnych. Te egzaminy powinny mieć wysoki poziom trudności oraz próg na zaliczenie wynosić powinien 60%, do tego stosownie do wyższych progów procentowych dopasować oceny. No i z czego powinny być one przeprowadzane? Na koniec podstawówki egzamin kończący - z matematyki i języka ojczystego. Matura również z tych dwóch przedmiotów, do tego jeden do wyboru. Dodam, że egzamin po podstawówce czy matura nie powinny mieć wpływu na rekrutację na wyższe szczeble edukacji. To dokumenty, które świadczą o tym, że osoba ukończyła dany szczebel edukacji. Licea oraz uczelnie wyższe powinny przeprowadzać rekrutację wewnętrzną poprzez przeprowadzanie egzaminów wstępnych. Nie powinno być również zasady "drabinki", że najpierw trzeba ukończyć podstawówkę, a dopiero potem liceum. Moim zdaniem jak ktoś chce, to może od razu pisać maturę albo egzamin licencjacki. Takie egzaminy umożliwiłyby porównywanie poziomu poszczególnych prywatnych szkół. Wiadomo, że lepszą szkołą jest taka, gdzie zalicza 85% egzamin, niż taka, gdzie czyni to niespełna 30%.
Takie coś nie ma wariantu jednak przejść. Partie muszą swoimi kolegami i koleżankami różne urzędy obsadzać - kuratoria, komisje akredytacyjne i nie tylko. Nikt się nie zgodzi w warunkach demokratycznych na likwidację koryta i związanych z nim synekur. O tym można sobie jedynie pomarzyć.
Wyobraźmy sobie jeszcze, jakie byłoby zamieszanie, gdyby to restauracje były państwowe. Pewnie deliberowano by wówczas w Sejmie nad tym, ile pieprzu sypać do zupy. Czy taka sytuacja nie jest absurdalna? A teraz odnieśmy to do szkolnictwa. To dlaczego tak chętnie oddajemy swoje dzieci w ręce biurokratów?
środa, 18 marca 2009
Kwestia edukacji
Ostatnimi czasy Ministerstwo Edukacji ma mnóstwo modernistycznych pomysłów. Jednym z nich były lekcje o pseudonauce np. bioenergoterapii. Zwykłem uważać, że głupoty się nie nobilituje. To jest jednak istna wisienka na torcie obok szeregu innych poczynań MEN-u jak na przykład obniżanie poziomu. Minister Hall oferuje po prostu dzieciom intelektualną lobotomię, no i aż strach do takiej szkoły pociechę posłać. Wszystkie zmiany idą po prostu na gorsze tak, że szkoła obecnie hoduje stada orwellowskich proli. No i co należałoby zrobić, żeby tak nie było?
Moim skromnym zdaniem to rodzice powinni odpowiadać za edukację dzieci, czy posyłają do jakiejkolwiek szkoły, czy wynajmują guwernerów itd. Jeżeli by nie zadbali należycie, to klepaliby na starość biedę. Tak więc, jeżeli część ludzi prawicy obawia się, że niektórzy uczyliby swoje dzieci np. ekologizmie, feminizmie et cetera, to mylą się. Lewactwo jakoś swoich idei własnym dzieciom nie chce serwować, tylko posyła je do katolickich prywatnych szkół. Ci sami ludzie opowiadają się za istnieniem ministerstwa edukacji, kuratoriów, monopolem państwa na edukację oraz przymusem szkolnym, co więcej, są tychże najmocniejszymi adwokatami. Mówią, że bez tego to ludzie uczyliby swoje dzieci kreacjonizmu, płaskiej Ziemi czy żydowsko-masońskich rządów nad światem. To jednak tryk słowny, ponieważ lewactwo doskonale wie, że światopogląd konserwatywny jako bardziej "życiowy" i zdroworozsądkowy okazałby się zwycięzcą.
Jednakże prywatyzacja szkolnictwa i zmuszenie ludzi do odpowiedzialności za edukację swoich dzieci nie jest w stanie obecnie przejść. Partia, która chociażby częściowo sprywatyzowałaby szkolnictwo, prawdopodobnie straciłaby większą część poparcia społecznego. Demokracja to niestety podły system sprzyjający populistyczny, zagrywkom w postaci obiecywaniu gruszek na wierzbie. Pewne rzeczy dałyby się przeprowadzić jedynie w autorytaryzmie. Poza tym, ile nas jest, co chcemy, aby rodzice byli w pełni odpowiedzialni za edukację swoich dzieci bądź jej brak. Raczej niewielu. Jesteśmy więc zbyt maluczcy, żeby cokolwiek ruszyć. Co pozostaje zatem? Ponieważ się wszyscy składamy na tą państwową centralnie sterowaną szkółkę, to można by domagać się posprzątania tej stajni Augiasza, jaką ona jest. Co należy przy tej okazji popierać?
Jeżeli już szkoła ma być państwowa, to niech będzie porządna. To ma nie być ogród zoologiczny, w którym uczniowie onanizują się na lekcjach. Tak samo niech nie będą to ochłapy edukacji. Niżej opiszę w kilku punktach, co przydałoby się zrobić.
Podniesienie poziomu nauczania
Podnieść należy poziom zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Nie może być tak, że procenty się robi dopiero w gimnazjum. Tak samo dawniej były całki, pochodne, liczby zespolone i macierze w szkole, teraz takie rzeczy robi się dopiero na pierwszym roku studiów przyrodniczych i technicznych. A takie rzeczy to powinny wrócić do szkolnych programów. Przywrócić również należy maturę z matematyki. Tak samo - zrewidować należy listę lektur. Za dawnych czasów np. cała Trylogia była omawiana w szkole. Dlaczego tak nie może być teraz? Również nie widziałbym nic złego, żeby w szkole był taki przedmiot, jak filozofia.
Z logistycznego punktu widzenia to jest do wykonania. Gimnazjum stanowi obecnie powtórkę podstawówki. Czas spędzany w nim jest zatem bezproduktywnie. Część materiału z liceum można zatem spokojnie przerzucić do gimnazjum.
Skończyć powinno się z takimi "zapchajdziurami" jak podstawy przedsiębiorczości czy wychowanie seksualne. Pierwsze dublują treści przekazywane na wiedzy o społeczeństwie. Od rozmów o sprawach damsko-męskich jest dom rodzinny.
Likwidacja centralnego egzaminowania
Na siłę próbując dopasować się do zachodnich standardów, wprowadziliśmy centralne egzaminowanie. Moim zdaniem jest to głupota. Powoduje bowiem spłaszczania się i obniżanie poziomu edukacji. Wszyscy bowiem robią ten materiał, który najczęściej pojawia się na egzaminach. Tak więc poziom wszystkich rodzajów szkół się niejako wyrównuje, a także ulega obniżeniu. Mamy tutaj później do czynienia z pętlą dodatniego sprzężenia zwrotnego, co skutkuje spadkiem poziomu egzaminów. Inna sprawa, że centralne egzaminowanie preferuje najbardziej przeciętnych. Nie ma co się dziwić później pracownikom wyższych uczelni na narzekanie na narybek. Przy okazji rozpędzić można niepotrzebną biurokrację w postaci CKE i OKE, a budynek na ulicy Grzybowskiej zlicytować.
Wprowadzenie szkół dysedukacyjnych
System szkolnictwa ma kierować się pewną efektywnością. Jak popatrzymy na Zachód, to tam najlepsze szkoły prywatne są właśnie dysedukacyjne. Dlaczego nie mielibyśmy takiego rozwiązania wprowadzić zatem u siebie? Robiono zresztą eksperymenty, w których klasy dysedukacyjne osiągały wyższe wyniki niż koedukacyjne. Wielu psychologów i pedagogów popiera takie rozwiązanie. A poza tym czy mężczyzna ma nie być męski, a kobieta kobieca?
Obowiązkowa uniformizacja wszystkich rodzajów szkół
Jeżeli spojrzymy na najlepsze zachodnie elitarne szkoły, to tam uczniowie chodzą w mundurkach. Przywrócenie tego rozwiązania byłoby bardzo dobre. Szkoła nie jest rewią mody, żeby popisywać się tym, kto ma jakie "ciuchy".
Przywrócenie kar cielesnych oraz zniesienie kodeksu praw ucznia
Powinno się przywrócić również kary cielesne. Gdyby nastoletni wątpliwej jakości bohater dostał za swoje przy całej klasie, to raczej wątpliwe, żeby powtórzył swój wyczyn. W szkole powinien panować ład i porządek. Przywracając kary cielesne, również odbudowany zostałby autorytet nauczyciela. Szkoła również powinna móc zostawić ucznia w kozie i ukarać pracą fizyczną.
Zniesiony powinien być również kodeks praw ucznia. Szkoła powinna być traktowana jako miejsce pracy, a nie spotkań z kolegami. Skończyć trzeba z tymi limitami sprawdzianów, kartkówek itd. Uczeń powinien być przygotowany na każdą lekcję. Przywrócić się również powinno powtarzanie klasy na wszystkich etapach edukacji - obecnie graniczy to z cudem, i to nie tylko za słabe wyniki, ale również dyscyplinarne.
Zniesienie Karty Nauczyciela i ograniczenie kompetencji związków zawodowych
Obecnie marnego nauczyciela nie można usunąć ze szkoły, ponieważ chroni go Karta Nauczyciela. Tak samo belfer, który flirtował z uczennicami, jest praktycznie nietykalny, bo też może powołać się na pewne zapisy. Z takich powodów ów świstek powinien zostać anulowany.
Ograniczyć powinno się kompetencje związków zawodowych, bo inaczej żadnych zmian w szkolnictwie nie da się przeprowadzić. Zostaną one bowiem oprotestowane i zablokowane przez ZNP. Giertych i Legutko chcieli dobrze, zaczęli jednak od niewłaściwej strony, najpierw bowiem należało ograniczyć związki zawodowe. Nie może tak być, że jakaś stalinówka z ZNP domaga się wycofania Lalki czy Nie-Boskiej Komedii, bo to rzekomo lektury antysemickie.
Taki wariant w oparciu o kilka wymienionych wyżej punktów jest do przeprowadzenia w obecnych warunkach państwowej centralnie sterowanej szkółki. Pojawia się tylko pytanie: kto zechce to wszystko przeprowadzić? Od biedy można by też wystąpić z obywatelskim projektem ustawy; wymagane 100 tysięcy podpisów dałoby się spokojnie zebrać. Obecnemu gabinetowi zależy jednak na przemysłowej hodowli orwellowskich proletów. A kto przyjdzie po tym tragicznym (nie)rządzie, to tego nie wiemy...
Moim skromnym zdaniem to rodzice powinni odpowiadać za edukację dzieci, czy posyłają do jakiejkolwiek szkoły, czy wynajmują guwernerów itd. Jeżeli by nie zadbali należycie, to klepaliby na starość biedę. Tak więc, jeżeli część ludzi prawicy obawia się, że niektórzy uczyliby swoje dzieci np. ekologizmie, feminizmie et cetera, to mylą się. Lewactwo jakoś swoich idei własnym dzieciom nie chce serwować, tylko posyła je do katolickich prywatnych szkół. Ci sami ludzie opowiadają się za istnieniem ministerstwa edukacji, kuratoriów, monopolem państwa na edukację oraz przymusem szkolnym, co więcej, są tychże najmocniejszymi adwokatami. Mówią, że bez tego to ludzie uczyliby swoje dzieci kreacjonizmu, płaskiej Ziemi czy żydowsko-masońskich rządów nad światem. To jednak tryk słowny, ponieważ lewactwo doskonale wie, że światopogląd konserwatywny jako bardziej "życiowy" i zdroworozsądkowy okazałby się zwycięzcą.
Jednakże prywatyzacja szkolnictwa i zmuszenie ludzi do odpowiedzialności za edukację swoich dzieci nie jest w stanie obecnie przejść. Partia, która chociażby częściowo sprywatyzowałaby szkolnictwo, prawdopodobnie straciłaby większą część poparcia społecznego. Demokracja to niestety podły system sprzyjający populistyczny, zagrywkom w postaci obiecywaniu gruszek na wierzbie. Pewne rzeczy dałyby się przeprowadzić jedynie w autorytaryzmie. Poza tym, ile nas jest, co chcemy, aby rodzice byli w pełni odpowiedzialni za edukację swoich dzieci bądź jej brak. Raczej niewielu. Jesteśmy więc zbyt maluczcy, żeby cokolwiek ruszyć. Co pozostaje zatem? Ponieważ się wszyscy składamy na tą państwową centralnie sterowaną szkółkę, to można by domagać się posprzątania tej stajni Augiasza, jaką ona jest. Co należy przy tej okazji popierać?
Jeżeli już szkoła ma być państwowa, to niech będzie porządna. To ma nie być ogród zoologiczny, w którym uczniowie onanizują się na lekcjach. Tak samo niech nie będą to ochłapy edukacji. Niżej opiszę w kilku punktach, co przydałoby się zrobić.
Podniesienie poziomu nauczania
Podnieść należy poziom zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Nie może być tak, że procenty się robi dopiero w gimnazjum. Tak samo dawniej były całki, pochodne, liczby zespolone i macierze w szkole, teraz takie rzeczy robi się dopiero na pierwszym roku studiów przyrodniczych i technicznych. A takie rzeczy to powinny wrócić do szkolnych programów. Przywrócić również należy maturę z matematyki. Tak samo - zrewidować należy listę lektur. Za dawnych czasów np. cała Trylogia była omawiana w szkole. Dlaczego tak nie może być teraz? Również nie widziałbym nic złego, żeby w szkole był taki przedmiot, jak filozofia.
Z logistycznego punktu widzenia to jest do wykonania. Gimnazjum stanowi obecnie powtórkę podstawówki. Czas spędzany w nim jest zatem bezproduktywnie. Część materiału z liceum można zatem spokojnie przerzucić do gimnazjum.
Skończyć powinno się z takimi "zapchajdziurami" jak podstawy przedsiębiorczości czy wychowanie seksualne. Pierwsze dublują treści przekazywane na wiedzy o społeczeństwie. Od rozmów o sprawach damsko-męskich jest dom rodzinny.
Likwidacja centralnego egzaminowania
Na siłę próbując dopasować się do zachodnich standardów, wprowadziliśmy centralne egzaminowanie. Moim zdaniem jest to głupota. Powoduje bowiem spłaszczania się i obniżanie poziomu edukacji. Wszyscy bowiem robią ten materiał, który najczęściej pojawia się na egzaminach. Tak więc poziom wszystkich rodzajów szkół się niejako wyrównuje, a także ulega obniżeniu. Mamy tutaj później do czynienia z pętlą dodatniego sprzężenia zwrotnego, co skutkuje spadkiem poziomu egzaminów. Inna sprawa, że centralne egzaminowanie preferuje najbardziej przeciętnych. Nie ma co się dziwić później pracownikom wyższych uczelni na narzekanie na narybek. Przy okazji rozpędzić można niepotrzebną biurokrację w postaci CKE i OKE, a budynek na ulicy Grzybowskiej zlicytować.
Wprowadzenie szkół dysedukacyjnych
System szkolnictwa ma kierować się pewną efektywnością. Jak popatrzymy na Zachód, to tam najlepsze szkoły prywatne są właśnie dysedukacyjne. Dlaczego nie mielibyśmy takiego rozwiązania wprowadzić zatem u siebie? Robiono zresztą eksperymenty, w których klasy dysedukacyjne osiągały wyższe wyniki niż koedukacyjne. Wielu psychologów i pedagogów popiera takie rozwiązanie. A poza tym czy mężczyzna ma nie być męski, a kobieta kobieca?
Obowiązkowa uniformizacja wszystkich rodzajów szkół
Jeżeli spojrzymy na najlepsze zachodnie elitarne szkoły, to tam uczniowie chodzą w mundurkach. Przywrócenie tego rozwiązania byłoby bardzo dobre. Szkoła nie jest rewią mody, żeby popisywać się tym, kto ma jakie "ciuchy".
Przywrócenie kar cielesnych oraz zniesienie kodeksu praw ucznia
Powinno się przywrócić również kary cielesne. Gdyby nastoletni wątpliwej jakości bohater dostał za swoje przy całej klasie, to raczej wątpliwe, żeby powtórzył swój wyczyn. W szkole powinien panować ład i porządek. Przywracając kary cielesne, również odbudowany zostałby autorytet nauczyciela. Szkoła również powinna móc zostawić ucznia w kozie i ukarać pracą fizyczną.
Zniesiony powinien być również kodeks praw ucznia. Szkoła powinna być traktowana jako miejsce pracy, a nie spotkań z kolegami. Skończyć trzeba z tymi limitami sprawdzianów, kartkówek itd. Uczeń powinien być przygotowany na każdą lekcję. Przywrócić się również powinno powtarzanie klasy na wszystkich etapach edukacji - obecnie graniczy to z cudem, i to nie tylko za słabe wyniki, ale również dyscyplinarne.
Zniesienie Karty Nauczyciela i ograniczenie kompetencji związków zawodowych
Obecnie marnego nauczyciela nie można usunąć ze szkoły, ponieważ chroni go Karta Nauczyciela. Tak samo belfer, który flirtował z uczennicami, jest praktycznie nietykalny, bo też może powołać się na pewne zapisy. Z takich powodów ów świstek powinien zostać anulowany.
Ograniczyć powinno się kompetencje związków zawodowych, bo inaczej żadnych zmian w szkolnictwie nie da się przeprowadzić. Zostaną one bowiem oprotestowane i zablokowane przez ZNP. Giertych i Legutko chcieli dobrze, zaczęli jednak od niewłaściwej strony, najpierw bowiem należało ograniczyć związki zawodowe. Nie może tak być, że jakaś stalinówka z ZNP domaga się wycofania Lalki czy Nie-Boskiej Komedii, bo to rzekomo lektury antysemickie.
Taki wariant w oparciu o kilka wymienionych wyżej punktów jest do przeprowadzenia w obecnych warunkach państwowej centralnie sterowanej szkółki. Pojawia się tylko pytanie: kto zechce to wszystko przeprowadzić? Od biedy można by też wystąpić z obywatelskim projektem ustawy; wymagane 100 tysięcy podpisów dałoby się spokojnie zebrać. Obecnemu gabinetowi zależy jednak na przemysłowej hodowli orwellowskich proletów. A kto przyjdzie po tym tragicznym (nie)rządzie, to tego nie wiemy...
Etykiety:
edukacja,
konserwatyzm,
orwellowscy proleci,
oświata,
PO,
prawica,
szkolnictwo
sobota, 7 marca 2009
Gdzie jesteś, polska prawico?
Niejednokrotnie można usłyszeć w środkach masowego przekazu, że w Polsce dominującą formacją ideologiczną jest prawica. Lewica natomiast według nich została zmarginalizowana do nieznacznych synekur typu LiD czy PD. Takie stwierdzenie jest jednakże absurdem, jeżeli weźmiemy pod uwagę definicję prawicy podawaną nawet w podręcznikach do WOS-u dla gimnazjum. Okazuje się, że jest to formacja konserwatywna światopoglądowo i liberalna ekonomicznie. Czy zatem w Polsce mamy do czynienia z prawicą? Okazuje się, że nie. Mamy na dobrą sprawę lewicę pobożną lub taką udającą oraz lewicę ateistyczną. Tak wygląda polityczny mainstream. Czy prawicą jest bowiem PiS łączący umiarkowany konserwatyzm z socjalizmem? Czy można tym mianem okreslić PO, które jest zbieraniną bezideowych koniunkturalistów? Skądże znowu. Wystarczy się przyjrzeć, co w PO robią Palikot z Kutzem, czy przypomnieć sobie, jak PiS uziemił zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych, żeby wiedzieć, do jakiej formacji ideologicznej te partie należy zaliczyć.
Ktoś może powiedzieć jeszcze, że prawica to UPR czy KZ-M. Ja uważam, że to klin włożony przez rosyjski wywiad, żeby skanalizować zjednoczenie się prawicy oraz wolnorynkową emancypację osób światopoglądowo konserwatywnych. KZ-M pokazał to bardzo wyraźnie w czasie wojny z Gruzją, kiedy na swojej stronie zamieszczał artykuły mogące być przedrukami z Trybuny Ludu. Środowiska te są w sumie mikroskopijne, media sobie o nich przypominają, kiedy Korwin zje publicznie PIT-a albo obrzuci błotem marszałka Piłsudskiego, jednak robią świetną krecią robotę.
Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie, jaka powinna być prawica w Polsce. Wiadomo, że spełniać powinna warunki ex definitione. Wiadomo, że funkcjonujemy w warunkach demokratycznych. Poglądy mam jeszcze bardziej na prawo niż przedstawione niżej postulaty, ale partia masowa nie może być takim liczącym kilkaset osób klubem dyskusyjnym jak to UPR.
Konserwatyzm światopoglądowy
Wyżej zaznaczyłem, że prawica powinna być konserwatywna. Co to będzie oznaczało? Jakie tu należy przeprowadzić zmiany?
Jakie powinno być państwo? Odrzucić należy pomysły państwa neutralnego światopoglądowo, a takie się na prawicy zdarzają (vide Tomasz Cukiernik, Janusz Korwin-Mikke). Zapis o państwowej religii katolickiej powinien znaleźć się w konstytucji.
Zaostrzyć powinno się przepisy antyaborcyjne, ponieważ nikt dzieci do łona matki nie wkłada na siłę. Inna sprawa to eutanazja. Jest to rozwiązanie popierane przez lewicę po to tylko, żeby państwo zarabiało na przymusowym ubezpieczeniu emerytalnym. Aborcja i eutanazja poza tym prowadzą do depopulacji i zastępowania miejscowej ludności imigrantami głównie z krajów islamskich (casus zachodniej Europy). Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, dlaczego powinno być to zabronione, bo to temat na tekst o większych rozmiarach niż ten. W każdym razie zakaz aborcji i eutanazji winien zostać wpisany do konstytucji. Zwalczany powinien być również proceder matek zastępczych oraz zdelegalizowane zapłodnienie in vitro. Ograniczyć należy również dostęp do antykoncepcji.
Inna sprawa to pornografia. Jeżeli już takie rzeczy mają być legalne i dopuszczalne, to niech będą sprzedawane za czerwoną kotarą osobom pełnoletnim po okazaniu dokumentów. Wprowadzić należałoby kary za sprzedawanie wiadomych pisemek nieletnim zarówno sprzedającym jak i wobec nabywców. Idę tutaj na kompromis, ponieważ moim zdaniem najlepiej całkowicie zdelegalizować obrót materiałami pornograficznymi.
Odnośnie nieletnich, to powinno wprowadzić się drakońskie kary za sprzedaż papierosów, alkoholu lub za wpuszczenie do kina na film, który jest od 18 lat.
Zwiększyć należy uprawnienia rodziców. Przede wszystkim zlikwidować winno się różne Jugendammty typu "centra przeciwko zwalczaniu przemocy w rodzinie". Nie można ludziom mówić, jak mają stosować metody wychowawcze.
Od czasu do czasu mówi się o paradach gejów. Ulica nie jest od tego, żeby grupa osobników o zaburzeniach psychoseksualnych, mogła tam paradować z nagimi glutei maximae. Takie marsze to policja powinna rozpędzać. Zwalczać przy tym należy homopropagadnę. Nie widziałbym również nic zdrożnego w zezwoleniu na działanie ośrodków zajmujących się reedukacją gejów i lesbijek. Wobec tego typu zjawisk jak homoseksualizm wskazany jest społeczny ostracyzm.
Bardzo dobrym rozwiązaniem byłoby przywrócenie kary chłosty - tą można by stosować wobec graficiarzy lub osób nieobyczajnie zachowujących się w miejscach publicznych.
W przypadku rozwodów nie powinno być żadnej dyskusji. Małżeństwo to forma umowy, która jest zawierana przez mężczyznę i kobietę do śmierci. Ludzie powinni się odpowiedzialnie dobierać, a nie potem próbować to wszystko odkręcić za pomocą kilku papierków i podpisów na nich.
Przywrócić należy karę śmierci za najcięższe przestępstwa - morderstwo z premedytacją, zlecenie zabójstwa, gwałt ze szczególnym okrucieństwem, zdrada stanu (np. współpraca z obcym wywiadem, działanie na rzecz likwidacji Polski np. poprzez akcesję do UE), umyślne wywołanie katastrofy (np. wysadzenie tamy, mostu lub wywołanie lawiny), pedofilię.
Zaostrzyć powinno się również warunki odbywania kary w więzieniach. Tu należałoby wprowadzić pracę tak jak to jest w USA. Częściowo więziennictwo należałoby sprywatyzować tak, aby najgorsi zwyrodnialcy pracowali np. w kamieniołomach.
Odnośnie narkotyków, czasem słyszy się, że lepiej byłoby je zalegalizować. Wszędzie, gdzie doszło do legalizacji ilość narkomanów wzrosła (np. w Holandii czy Kalifornii). Kary trzeba zaostrzyć. Podobnie postąpić należy w przypadku prostytucji. Tutaj bowiem rośnie przestępczość wszelkiego typu, czego doświadczyła Holandia.
Tematem bardzo często poruszanym jest szkolnictwo. O obowiązkowości edukacji i zakresie jej prywatyzacji będzie w następnym punkcie. Co do kwestii porządkowych, podnieść winno się poziom i zlikwidować centralne egzaminowanie. Szkoły powinny być poza tym zuniformizowane i dysedukacyjne. Przywrócić trzeba kary cielesne, jak bicie po rękach czy klęczenie na grochu.
Zwiększyć również należy dostęp cywilnych obywateli do broni palnej oraz rozszerzyć zakres obrony koniecznej. Nie może być tak, że bandyta wkraczający na czyjąś posesję ma przewagę nad jej właścicielem.
Ważnym punktem jest również antykomunizm polityczny. Moim zdaniem funkcjonariuszom komunistycznego aparatu opresji należałoby w ogóle zabrać emerytury i mam w sumie gdzieś czy umrą z głodu i chorób, czy też nie. Jednakże pójdę na kompromis z prawicowcami widzącymi w tych zwierzętach resztki człowieczeństwa. Emerytury zmniejszyć powinno się do poziomu obecnej płacy minimalnej. Inna sprawa, należy przeprowadzić wszechstronną dekomunizację - sądów, policji, armii itd. Osobom związanym z dawnym reżimem zabroniłbym również w ogóle dotykać się polityki. Na przyszłość wprowadzić trzeba przepis na wzór Wielkiej Brytanii, Izraela i Japonii, który zdrajcom ojczyzny oraz ich potomkom zabraniałby dotykać się do polityki na szczeblu samorządowym i parlamentarnym.
Przy okazji punktu o konserwatyzmie światopoglądowym warto wypowiedzieć się również nad tym, jak powinno wyglądać państwo. Dobrze byłoby, gdyby to była republika prezydencka. Prezydent miałby odpowiadać przez Bogiem i historią oraz miałby bardzo szerokie uprawnienia jak wprowadzenie stanu wyjątkowego czy rozpędzenie szkodliwego gabinetu.
Trzeba również poprzeć zbrojenia. Polska powinna wyposażyć się w broń masowego rażenia i mieć armię o liczebności pół miliona. Wtedy też będziemy mogli prowadzić efektywną politykę międzynarodową. Bez tego nikt z nami nie będzie chciał w ogóle poważnie o czymkolwiek rozmawiać, nieważne czy to NegroGierek, czy Adolfina. Armia jest tak naprawdę fundamentem polityki międzynarodowej.
Ekonomiczny liberalizm
W rankingu Heritage Foundation Polska znalazła się w 2009 roku na 82. miejscu jako kraj w zasadzie bez wolnej gospodarki (cytuję oryginalne brzmienie). Formacja prawicowa powinna dążyć do uwolnienia gospodarki w maksymalnym stopniu takim, że nie będzie zagrażało to interesom państwa jako takiego. Co więc należałoby zrobić?
Wyeliminować trzeba podatek dochodowy. Budżet państwa na zeszły rok to było ponad 370 miliardów złotych, z czego income tax to zaledwie nieco ponad 30 miliardów, czyli tyle co nic. Do tego proponuję zlikwidowanie akcyzy na papierosy i alkohol, obniżenie paliwowej, do tego wprowadzenie jednolitej stawki VAT w wysokości 10%. Wówczas wpływy do budżetu jeszcze wzrosną, ponieważ ludzie będą w stanie więcej kupić.
95% koncesji należy wyrzucić. Przecież to zakrawa na absurd, że nawet na salon masażu czy gabinet dentystyczny trzeba mieć tego typu papier. Przy okazji zlikwidować powinno się KRRiT.
Eliminować się powinno szereg regulacji. Płacę minimalną trzeba w ogóle znieść, tak samo prawo pracy i BHP. Jak ktoś się zatrudnia w miejscu, w którym wszystko może spłonąć, świadczy o tym, że jest albo umysłowo nierozgarnięty, albo samobójcą. Wobec tego zlikwidować można PIP. Związki zawodowe powinny istnieć tylko za zgodą właściciela przedsiębiorstwa.
Jaki powinien być zakres prywatyzacji? Pod młotek powinny pójść: sektor finansowy, linie i porty lotnicze, porty morskie, porty rzeczne, Lasy Państwowe, Poczta Polska oraz PKP. Państwo winno utrzymywać jedynie infrastrukturę kolejową i drogową między największymi miastami oraz być większościowym właścicielem akcji w strategicznych przedsiębiorstwach i Narodowym Banku Polskim. Przy tym zlikwidować należy szkodliwe monopole - na przykład na produkcję spirytusu.
ZUS trzeba rozbić na kilka mniejszych firm, a następnie sprywatyzować. Nie może być tak, że człowiek wpłaca często ponad milion złotych w ciągu całego swojego życia, a potem na starość dostaje ochłapy. Tak samo jak w przypadku ZUS -u należy postąpić z NFZ. Przy okazji sprywatyzowane winny zostać szpitale. Stan państwowych jest przecież fatalny i wiemy to nie od wczoraj...
Co do szkolnictwa, to pójdźmy na kompromis. Niech szkoła podstawowa będzie państwowa. Cała reszta wyżej powinna być prywatna. Skrócić trzeba wiek odbywania obowiązku szkolnego z 7-18 lat na 7-13 lat. Ułatwić również trzeba procedurę home schooling oraz tworzenia szkół społecznych - jak chcą ludzie kreacjonizmu czy Żydów i masonów rządzących światem to proszę bardzo. (Zaznaczam, że idę tutaj na kompromis z oświeceniowym wynalazkiem państwowej centralnie zarządzanej szkółki).
Odnośnie opieki społecznej. Tutaj należy zaproponować likwidację urzędów alimentacyjnych, urzędów pracy oraz zasiłków dla bezrobotnych. Dawanie ludziom pieniędzy od tak jest demoralizujące.
Co więcej, odpolitycznione powinny zostać urzędy. Wprowadzić trzeba Korpus Służby Cywilnej, aby pewnymi sprawami nie zajmowali się ludzie z partyjnego nadania, tylko naprawdę znający się na rzeczy.
Przeprowadzić należałoby decentralizację (nie mówię tutaj o landyzacji). Kto bowiem lepiej wie, gdzie w drodzę łatać dziurę w drodze, centrala czy samorząd?
Ograniczyć należy aparat władzy. Senat niech pójdzie do likwidacji, w Sejmie 100 posłów, zmniejszyć się powinno również gabinet. Po co nam ponad 20 ministrów. Przecież to dzielenie włosa na czworo i generowanie nie potrzebnej biurokracji. Powinny zatem istnieć następujące ministerstwa: Obrony Narodowej, Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnętrznych i Administracji, Sprawiedliwości,Finansów, Ochrony Środowiska i Gospodarowania Terenem. No bo po co więcej?
Co więcej, pewnie z 82 miejsca w wyżej przytoczonym rankingu wskoczylibyśmy do pierwszej piątki.
Na zakończenie
Zaznaczam, że ten program jest i tak kompromisowy. Odnośnie antykoncepcji, pornografii, homoseksualizmu i innych zaburzeń psychoseksualnych czy prywatyzacji szkolnictwa prezentuję bardziej skrajne przekonania. Nie pisałem nic również o ustawodawstwie antymonopolowym - osobiście uważam za zbędne, jednak nawet niektórzy monetaryści uważają je za konieczne. Nie mniej jednak zapraszam do dyskusji, czy taki kształt prawicy odpowiada.
Ktoś może powiedzieć jeszcze, że prawica to UPR czy KZ-M. Ja uważam, że to klin włożony przez rosyjski wywiad, żeby skanalizować zjednoczenie się prawicy oraz wolnorynkową emancypację osób światopoglądowo konserwatywnych. KZ-M pokazał to bardzo wyraźnie w czasie wojny z Gruzją, kiedy na swojej stronie zamieszczał artykuły mogące być przedrukami z Trybuny Ludu. Środowiska te są w sumie mikroskopijne, media sobie o nich przypominają, kiedy Korwin zje publicznie PIT-a albo obrzuci błotem marszałka Piłsudskiego, jednak robią świetną krecią robotę.
Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie, jaka powinna być prawica w Polsce. Wiadomo, że spełniać powinna warunki ex definitione. Wiadomo, że funkcjonujemy w warunkach demokratycznych. Poglądy mam jeszcze bardziej na prawo niż przedstawione niżej postulaty, ale partia masowa nie może być takim liczącym kilkaset osób klubem dyskusyjnym jak to UPR.
Konserwatyzm światopoglądowy
Wyżej zaznaczyłem, że prawica powinna być konserwatywna. Co to będzie oznaczało? Jakie tu należy przeprowadzić zmiany?
Jakie powinno być państwo? Odrzucić należy pomysły państwa neutralnego światopoglądowo, a takie się na prawicy zdarzają (vide Tomasz Cukiernik, Janusz Korwin-Mikke). Zapis o państwowej religii katolickiej powinien znaleźć się w konstytucji.
Zaostrzyć powinno się przepisy antyaborcyjne, ponieważ nikt dzieci do łona matki nie wkłada na siłę. Inna sprawa to eutanazja. Jest to rozwiązanie popierane przez lewicę po to tylko, żeby państwo zarabiało na przymusowym ubezpieczeniu emerytalnym. Aborcja i eutanazja poza tym prowadzą do depopulacji i zastępowania miejscowej ludności imigrantami głównie z krajów islamskich (casus zachodniej Europy). Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, dlaczego powinno być to zabronione, bo to temat na tekst o większych rozmiarach niż ten. W każdym razie zakaz aborcji i eutanazji winien zostać wpisany do konstytucji. Zwalczany powinien być również proceder matek zastępczych oraz zdelegalizowane zapłodnienie in vitro. Ograniczyć należy również dostęp do antykoncepcji.
Inna sprawa to pornografia. Jeżeli już takie rzeczy mają być legalne i dopuszczalne, to niech będą sprzedawane za czerwoną kotarą osobom pełnoletnim po okazaniu dokumentów. Wprowadzić należałoby kary za sprzedawanie wiadomych pisemek nieletnim zarówno sprzedającym jak i wobec nabywców. Idę tutaj na kompromis, ponieważ moim zdaniem najlepiej całkowicie zdelegalizować obrót materiałami pornograficznymi.
Odnośnie nieletnich, to powinno wprowadzić się drakońskie kary za sprzedaż papierosów, alkoholu lub za wpuszczenie do kina na film, który jest od 18 lat.
Zwiększyć należy uprawnienia rodziców. Przede wszystkim zlikwidować winno się różne Jugendammty typu "centra przeciwko zwalczaniu przemocy w rodzinie". Nie można ludziom mówić, jak mają stosować metody wychowawcze.
Od czasu do czasu mówi się o paradach gejów. Ulica nie jest od tego, żeby grupa osobników o zaburzeniach psychoseksualnych, mogła tam paradować z nagimi glutei maximae. Takie marsze to policja powinna rozpędzać. Zwalczać przy tym należy homopropagadnę. Nie widziałbym również nic zdrożnego w zezwoleniu na działanie ośrodków zajmujących się reedukacją gejów i lesbijek. Wobec tego typu zjawisk jak homoseksualizm wskazany jest społeczny ostracyzm.
Bardzo dobrym rozwiązaniem byłoby przywrócenie kary chłosty - tą można by stosować wobec graficiarzy lub osób nieobyczajnie zachowujących się w miejscach publicznych.
W przypadku rozwodów nie powinno być żadnej dyskusji. Małżeństwo to forma umowy, która jest zawierana przez mężczyznę i kobietę do śmierci. Ludzie powinni się odpowiedzialnie dobierać, a nie potem próbować to wszystko odkręcić za pomocą kilku papierków i podpisów na nich.
Przywrócić należy karę śmierci za najcięższe przestępstwa - morderstwo z premedytacją, zlecenie zabójstwa, gwałt ze szczególnym okrucieństwem, zdrada stanu (np. współpraca z obcym wywiadem, działanie na rzecz likwidacji Polski np. poprzez akcesję do UE), umyślne wywołanie katastrofy (np. wysadzenie tamy, mostu lub wywołanie lawiny), pedofilię.
Zaostrzyć powinno się również warunki odbywania kary w więzieniach. Tu należałoby wprowadzić pracę tak jak to jest w USA. Częściowo więziennictwo należałoby sprywatyzować tak, aby najgorsi zwyrodnialcy pracowali np. w kamieniołomach.
Odnośnie narkotyków, czasem słyszy się, że lepiej byłoby je zalegalizować. Wszędzie, gdzie doszło do legalizacji ilość narkomanów wzrosła (np. w Holandii czy Kalifornii). Kary trzeba zaostrzyć. Podobnie postąpić należy w przypadku prostytucji. Tutaj bowiem rośnie przestępczość wszelkiego typu, czego doświadczyła Holandia.
Tematem bardzo często poruszanym jest szkolnictwo. O obowiązkowości edukacji i zakresie jej prywatyzacji będzie w następnym punkcie. Co do kwestii porządkowych, podnieść winno się poziom i zlikwidować centralne egzaminowanie. Szkoły powinny być poza tym zuniformizowane i dysedukacyjne. Przywrócić trzeba kary cielesne, jak bicie po rękach czy klęczenie na grochu.
Zwiększyć również należy dostęp cywilnych obywateli do broni palnej oraz rozszerzyć zakres obrony koniecznej. Nie może być tak, że bandyta wkraczający na czyjąś posesję ma przewagę nad jej właścicielem.
Ważnym punktem jest również antykomunizm polityczny. Moim zdaniem funkcjonariuszom komunistycznego aparatu opresji należałoby w ogóle zabrać emerytury i mam w sumie gdzieś czy umrą z głodu i chorób, czy też nie. Jednakże pójdę na kompromis z prawicowcami widzącymi w tych zwierzętach resztki człowieczeństwa. Emerytury zmniejszyć powinno się do poziomu obecnej płacy minimalnej. Inna sprawa, należy przeprowadzić wszechstronną dekomunizację - sądów, policji, armii itd. Osobom związanym z dawnym reżimem zabroniłbym również w ogóle dotykać się polityki. Na przyszłość wprowadzić trzeba przepis na wzór Wielkiej Brytanii, Izraela i Japonii, który zdrajcom ojczyzny oraz ich potomkom zabraniałby dotykać się do polityki na szczeblu samorządowym i parlamentarnym.
Przy okazji punktu o konserwatyzmie światopoglądowym warto wypowiedzieć się również nad tym, jak powinno wyglądać państwo. Dobrze byłoby, gdyby to była republika prezydencka. Prezydent miałby odpowiadać przez Bogiem i historią oraz miałby bardzo szerokie uprawnienia jak wprowadzenie stanu wyjątkowego czy rozpędzenie szkodliwego gabinetu.
Trzeba również poprzeć zbrojenia. Polska powinna wyposażyć się w broń masowego rażenia i mieć armię o liczebności pół miliona. Wtedy też będziemy mogli prowadzić efektywną politykę międzynarodową. Bez tego nikt z nami nie będzie chciał w ogóle poważnie o czymkolwiek rozmawiać, nieważne czy to NegroGierek, czy Adolfina. Armia jest tak naprawdę fundamentem polityki międzynarodowej.
Ekonomiczny liberalizm
W rankingu Heritage Foundation Polska znalazła się w 2009 roku na 82. miejscu jako kraj w zasadzie bez wolnej gospodarki (cytuję oryginalne brzmienie). Formacja prawicowa powinna dążyć do uwolnienia gospodarki w maksymalnym stopniu takim, że nie będzie zagrażało to interesom państwa jako takiego. Co więc należałoby zrobić?
Wyeliminować trzeba podatek dochodowy. Budżet państwa na zeszły rok to było ponad 370 miliardów złotych, z czego income tax to zaledwie nieco ponad 30 miliardów, czyli tyle co nic. Do tego proponuję zlikwidowanie akcyzy na papierosy i alkohol, obniżenie paliwowej, do tego wprowadzenie jednolitej stawki VAT w wysokości 10%. Wówczas wpływy do budżetu jeszcze wzrosną, ponieważ ludzie będą w stanie więcej kupić.
95% koncesji należy wyrzucić. Przecież to zakrawa na absurd, że nawet na salon masażu czy gabinet dentystyczny trzeba mieć tego typu papier. Przy okazji zlikwidować powinno się KRRiT.
Eliminować się powinno szereg regulacji. Płacę minimalną trzeba w ogóle znieść, tak samo prawo pracy i BHP. Jak ktoś się zatrudnia w miejscu, w którym wszystko może spłonąć, świadczy o tym, że jest albo umysłowo nierozgarnięty, albo samobójcą. Wobec tego zlikwidować można PIP. Związki zawodowe powinny istnieć tylko za zgodą właściciela przedsiębiorstwa.
Jaki powinien być zakres prywatyzacji? Pod młotek powinny pójść: sektor finansowy, linie i porty lotnicze, porty morskie, porty rzeczne, Lasy Państwowe, Poczta Polska oraz PKP. Państwo winno utrzymywać jedynie infrastrukturę kolejową i drogową między największymi miastami oraz być większościowym właścicielem akcji w strategicznych przedsiębiorstwach i Narodowym Banku Polskim. Przy tym zlikwidować należy szkodliwe monopole - na przykład na produkcję spirytusu.
ZUS trzeba rozbić na kilka mniejszych firm, a następnie sprywatyzować. Nie może być tak, że człowiek wpłaca często ponad milion złotych w ciągu całego swojego życia, a potem na starość dostaje ochłapy. Tak samo jak w przypadku ZUS -u należy postąpić z NFZ. Przy okazji sprywatyzowane winny zostać szpitale. Stan państwowych jest przecież fatalny i wiemy to nie od wczoraj...
Co do szkolnictwa, to pójdźmy na kompromis. Niech szkoła podstawowa będzie państwowa. Cała reszta wyżej powinna być prywatna. Skrócić trzeba wiek odbywania obowiązku szkolnego z 7-18 lat na 7-13 lat. Ułatwić również trzeba procedurę home schooling oraz tworzenia szkół społecznych - jak chcą ludzie kreacjonizmu czy Żydów i masonów rządzących światem to proszę bardzo. (Zaznaczam, że idę tutaj na kompromis z oświeceniowym wynalazkiem państwowej centralnie zarządzanej szkółki).
Odnośnie opieki społecznej. Tutaj należy zaproponować likwidację urzędów alimentacyjnych, urzędów pracy oraz zasiłków dla bezrobotnych. Dawanie ludziom pieniędzy od tak jest demoralizujące.
Co więcej, odpolitycznione powinny zostać urzędy. Wprowadzić trzeba Korpus Służby Cywilnej, aby pewnymi sprawami nie zajmowali się ludzie z partyjnego nadania, tylko naprawdę znający się na rzeczy.
Przeprowadzić należałoby decentralizację (nie mówię tutaj o landyzacji). Kto bowiem lepiej wie, gdzie w drodzę łatać dziurę w drodze, centrala czy samorząd?
Ograniczyć należy aparat władzy. Senat niech pójdzie do likwidacji, w Sejmie 100 posłów, zmniejszyć się powinno również gabinet. Po co nam ponad 20 ministrów. Przecież to dzielenie włosa na czworo i generowanie nie potrzebnej biurokracji. Powinny zatem istnieć następujące ministerstwa: Obrony Narodowej, Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnętrznych i Administracji, Sprawiedliwości,Finansów, Ochrony Środowiska i Gospodarowania Terenem. No bo po co więcej?
Co więcej, pewnie z 82 miejsca w wyżej przytoczonym rankingu wskoczylibyśmy do pierwszej piątki.
Na zakończenie
Zaznaczam, że ten program jest i tak kompromisowy. Odnośnie antykoncepcji, pornografii, homoseksualizmu i innych zaburzeń psychoseksualnych czy prywatyzacji szkolnictwa prezentuję bardziej skrajne przekonania. Nie pisałem nic również o ustawodawstwie antymonopolowym - osobiście uważam za zbędne, jednak nawet niektórzy monetaryści uważają je za konieczne. Nie mniej jednak zapraszam do dyskusji, czy taki kształt prawicy odpowiada.
Etykiety:
armia,
gospodarka,
konserwatyzm,
oświata,
prawica,
zoologiczna prawicowość
środa, 3 września 2008
Skutki edukacyjnego przymusu
Obecny świat cechuje coraz większa socjalizacja, a z tego wynika egalitaryzacja. Pewne rzeczy, które obecnie traktujemy za pewnik, jak państwowa służba zdrowia czy takowy system edukacji są wynalazkiem stosunkowo niedawnym. Wywodzą się one bowiem z mniej więcej pierwszej połowy dwudziestego stulecia. Tak samo jest z przymusowym, państwowym ubezpieczeniem. Pierwszy raz zostało ono wprowadzone za Bismarcka w Niemczech. Nie trzeba mówić, jakim stało się to obciążeniem dla gospodarki tego państwa i skierowało je na tory imperialne. A jakie my mamy skutki tej całej socjalizacji? Okazuje się, że wszystko przez to się rozkłada. Triumf liberalizmu obyczajowo-światopoglądowego w zachodniej Europie po drugiej wojnie światowej wynika z dwóch rzeczy. Jedną jest rozpowszechnienie protestantyzmu, który bardzo chętnie akceptował wszelki modernizm. W wyniku tego popełnił samobójstwo. A druga rzecz to właśnie socjalizm. No i nie ma co się dziwić, że gros osób, które można określić mianem konserwatystów, sprzeciwia się temu systemowi społeczno-ekonomicznemu.
Socjalizm powoduje rozkład społeczeństwa. Ludzie zwyczajnie dochodzą do wniosku, że jak nie ma odpowiedzialności, to można się wygłupiać. Z tego właśnie powodu szerzy się jak czarna śmierć w średniowieczu liberalizm obyczajowo-światopoglądowy; nie wiem, czy skutki tej choroby tysięcy umysłów nie będą bardziej brzemienne w skutki niż epidemia dżumy w XIV w. Brak odpowiedzialności za ponoszone czyny, to nie jest jedyna przyczyna obecnej dekadencji. Rzecz ma jednak początek u podstaw, a tam znajduje się przymusowa szkoła.
Co powoduje przymus szkolny? Otóż w wyniku tego do szkół trafiają ludzie nieedukowalni, prymitywni z natury. To jest taki typ umysłowości, który jest skutecznie impregnowany na wszelką wiedzę. Próba nauczenia takiej osoby czegokolwiek to zawracanie Wisły kijkiem. Z tego potem mamy plagę wagarów, bo przecież tego typu młodzież w szkole się nudzi. Co jeszcze? Obok tego pojawiają się doniesienia o sięganiu po "dopalacze", ponieważ nie radzi sobie najzwyczajniej w świecie. Po dwunastu latach skolaryzacji tacy ludzie, owszem, umieją rozpoznawać litery, ale i tak wracają do stanu pierwotnego. A czym to się przejawia? Podejściem, które najkrócej można określić jako "skóra, fura i komóra". Po prostu, tacy ludzie to swoiści wyedukowani ćwierćinteligenci, których nie są w stanie zachwycać intelektualne zagwozdki. Kierują się oni niskimi pobudkami. Z tego powodu podnieca ich, jak kto jest ubrany, jaki ma model telefonu komórkowego, jakim kto rozbija się po mieście samochodem. Inne rzeczy takich ludzi nie interesują, bo nie są w stanie zainteresować. To przekracza ich możliwości.
W rzeczywistości przymusu szkolnego mamy jeszcze do czynienia ze swoistym spłaszczaniem się poziomu i równaniem w dół. Jeżeli do szkoły trafią takie prymitywy, to raptem będą naśladowane przez całą resztę. W efekcie niektórzy staną się wtórnie prymitywni i zaczną wyznawać wątpliwej jakości ideały, jak ci, którzy z powodów posiadanej umysłowości nie są w stanie wyżej podskoczyć. Zaraza zatem szerzy się dalej i obejmuje większą ilość młodzieży.
Dziwimy się kultowi tandety, jaki obecnie nastał, a jest to właśnie skutek uboczny egalitaryzacji społeczeństwa, w tym przymusu szkolnego. Ludzie o prymitywnej umysłowości po prostu nie są w stanie się niczym innym zachwycać jak na przykład Dodą Elektrodą czy muzyką techno; te ostatnie to klasyczne produkty egalitaryzacji społeczeństwa, choć powstałe po dłuższym czasie od wprowadzenia pewnych rozwiązań. Dlatego ciężko to ze sobą powiązać. Mamy tutaj jednak do czynienia z procesem, który trwał jakiś czas i takie oto wypluł finalne produkty.
Co więcej, przymus szkolny powoduje również obniżanie poziomu. Przecież dziecko, które bije innych i terroryzuje, a przez swoje zachowanie uniemożliwia funkcjonowanie całej placówki, normalnie by się w niej nie znalazło. Wszyscy by tylko wówczas odetchnęli z ulgą, ponieważ edukowanie kogoś takiego może okazać się zadaniem niewykonalnym i totalnie nieopłacalnym.
Jak widać, przymus szkolny prowadzi do produkcji wtórnych analfabetów. Czy chcemy, czy nie chcemy, zawsze będziemy mieli do czynienia z jakimś analfabetyzmem, jak widać? Tylko dlaczego państwo ma ponosić koszty edukacji takiej młodzieży? Przecież są ważniejsze cele, na które można by przeznaczyć te pieniądze, jak chociażby zbrojenia. A tak zostają one bezpowrotnie wyrzucone w błoto.
A co by się stało, gdyby nie było tego przymusu posyłania dzieci do szkoły? Pewna grupa młodzieży najzwyczajniej w świecie nie znalazłaby się w niej, tylko poszłaby najpewniej do pracy. No i czy nie byłoby lepiej? Pewne rzeczy można by rozważać w kategoriach historii alternatywnej, jak plaga wagarów, narkomania wśród młodzieży, kult konsumeryzmu w tym środowisku. Zajmowaliby się tym jednakże jacyś filozofowie lub fantaści. W przeciwieństwie do nas nie zostaliby postawieni z tymi problemami twarzą w twarz.
Socjalizm powoduje rozkład społeczeństwa. Ludzie zwyczajnie dochodzą do wniosku, że jak nie ma odpowiedzialności, to można się wygłupiać. Z tego właśnie powodu szerzy się jak czarna śmierć w średniowieczu liberalizm obyczajowo-światopoglądowy; nie wiem, czy skutki tej choroby tysięcy umysłów nie będą bardziej brzemienne w skutki niż epidemia dżumy w XIV w. Brak odpowiedzialności za ponoszone czyny, to nie jest jedyna przyczyna obecnej dekadencji. Rzecz ma jednak początek u podstaw, a tam znajduje się przymusowa szkoła.
Co powoduje przymus szkolny? Otóż w wyniku tego do szkół trafiają ludzie nieedukowalni, prymitywni z natury. To jest taki typ umysłowości, który jest skutecznie impregnowany na wszelką wiedzę. Próba nauczenia takiej osoby czegokolwiek to zawracanie Wisły kijkiem. Z tego potem mamy plagę wagarów, bo przecież tego typu młodzież w szkole się nudzi. Co jeszcze? Obok tego pojawiają się doniesienia o sięganiu po "dopalacze", ponieważ nie radzi sobie najzwyczajniej w świecie. Po dwunastu latach skolaryzacji tacy ludzie, owszem, umieją rozpoznawać litery, ale i tak wracają do stanu pierwotnego. A czym to się przejawia? Podejściem, które najkrócej można określić jako "skóra, fura i komóra". Po prostu, tacy ludzie to swoiści wyedukowani ćwierćinteligenci, których nie są w stanie zachwycać intelektualne zagwozdki. Kierują się oni niskimi pobudkami. Z tego powodu podnieca ich, jak kto jest ubrany, jaki ma model telefonu komórkowego, jakim kto rozbija się po mieście samochodem. Inne rzeczy takich ludzi nie interesują, bo nie są w stanie zainteresować. To przekracza ich możliwości.
W rzeczywistości przymusu szkolnego mamy jeszcze do czynienia ze swoistym spłaszczaniem się poziomu i równaniem w dół. Jeżeli do szkoły trafią takie prymitywy, to raptem będą naśladowane przez całą resztę. W efekcie niektórzy staną się wtórnie prymitywni i zaczną wyznawać wątpliwej jakości ideały, jak ci, którzy z powodów posiadanej umysłowości nie są w stanie wyżej podskoczyć. Zaraza zatem szerzy się dalej i obejmuje większą ilość młodzieży.
Dziwimy się kultowi tandety, jaki obecnie nastał, a jest to właśnie skutek uboczny egalitaryzacji społeczeństwa, w tym przymusu szkolnego. Ludzie o prymitywnej umysłowości po prostu nie są w stanie się niczym innym zachwycać jak na przykład Dodą Elektrodą czy muzyką techno; te ostatnie to klasyczne produkty egalitaryzacji społeczeństwa, choć powstałe po dłuższym czasie od wprowadzenia pewnych rozwiązań. Dlatego ciężko to ze sobą powiązać. Mamy tutaj jednak do czynienia z procesem, który trwał jakiś czas i takie oto wypluł finalne produkty.
Co więcej, przymus szkolny powoduje również obniżanie poziomu. Przecież dziecko, które bije innych i terroryzuje, a przez swoje zachowanie uniemożliwia funkcjonowanie całej placówki, normalnie by się w niej nie znalazło. Wszyscy by tylko wówczas odetchnęli z ulgą, ponieważ edukowanie kogoś takiego może okazać się zadaniem niewykonalnym i totalnie nieopłacalnym.
Jak widać, przymus szkolny prowadzi do produkcji wtórnych analfabetów. Czy chcemy, czy nie chcemy, zawsze będziemy mieli do czynienia z jakimś analfabetyzmem, jak widać? Tylko dlaczego państwo ma ponosić koszty edukacji takiej młodzieży? Przecież są ważniejsze cele, na które można by przeznaczyć te pieniądze, jak chociażby zbrojenia. A tak zostają one bezpowrotnie wyrzucone w błoto.
A co by się stało, gdyby nie było tego przymusu posyłania dzieci do szkoły? Pewna grupa młodzieży najzwyczajniej w świecie nie znalazłaby się w niej, tylko poszłaby najpewniej do pracy. No i czy nie byłoby lepiej? Pewne rzeczy można by rozważać w kategoriach historii alternatywnej, jak plaga wagarów, narkomania wśród młodzieży, kult konsumeryzmu w tym środowisku. Zajmowaliby się tym jednakże jacyś filozofowie lub fantaści. W przeciwieństwie do nas nie zostaliby postawieni z tymi problemami twarzą w twarz.
Etykiety:
dekadencja,
egalitaryzm,
młodzież,
oświata,
socjalizm,
szkolnictwo,
zoologiczna prawicowość
czwartek, 7 sierpnia 2008
O UPR z punktu widzenia dawnego zwolennika
Dnia 21 października zeszłego roku oddałem głos na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej. Co prawda, był to twór dosyć mocno eklektyczny, ale liczyłem, że może wejść do Sejmu z poparciem rzędu 7-8%. Tak się nie stało. Poparcie wyniosło 1,7% - wówczas nie liczyłem, że może być aż tak słabo. Przyznam się bez bicia: byłem zwolennikiem drobnej liczącej 500 osób kanapy o nazwie Unia Polityka Realna. Swojego czasu nawet chciałem tam się zapisać; wówczas jednak się rozmyśliłem. A teraz mi to przeszło na amen. Wyżej napisałem jasno, że byłem. Przyczyny tego stanu rzeczy są następujące. Wynikało to po prostu z krytycznej analizy części punktów programu tej partii, które wydają się albo wręcz futurystyczne, albo wzajemnie się wykluczające. I taka jest prawda. Mogą sobie zatwardziali zwolennicy UPR wmawiać różne rzeczy, a co poniektórzy z pewnością już w to uwierzyli. Niestety, tak po prostu jest. Zastanawiące jest również, że członkowie UPR określają siebie mianem konserwatystów albo konserwatywnych liberałów. Nie wiadomo, czy powinni, ale o tym będzie dalej. Niżej postaram się opisać wnioski, do jakich doszedłem, analizując program UPR.
Kwestie gospodarcze.
Problemy związane z gospodarką UPR zawsze stawia na pierwszym miejscu, zapominając przy tym, że prawicowość jest pełną wizją świata, a nie samym wolnym rynkiem. Tego tylko i wyłącznie nie można uznawać za determinant przynależności do prawicy. Wówczas musielibyśmy uznać za szczyt prawicowości taką Ayn Rand (właściwie Alissę Zinowjewnę Rosenbaum), która wymyśliła obiektywizm, popierała aborcję, eutanazję, ogólne zdziczenie i zepsucie społeczeństwa, a do tego była wojującą ateistką. Dla mnie dla takiej osoby niezależnie od poglądów gospodarczy sunie się tylko jedno określenie, a mianowicie słówko lewak. A dla wielu członków UPR z samych względów gospodarczych należy uznać ją za przedstawiciela skrajnej prawicy i ustawiać w jednym rzędzie z ultrakonserwatystami typu Pinocheta czy Franco. Same kwestie ekonomiczne prawicowości nigdy nie determinowały. Prawica jest intelektualną formacją, która jest konserwatywna obyczajowo i liberalna gospodarczo, a cała reszta nie spełniająca tych kryteriów jest lewicą. Może podział tego typu jest manicheistyczny, binarny, ale bardzo dobrze podkreśla pewien istotny fakt. Mając scenę polityczną, to mamy tak naprawdę dwa obozy.
UPR jest wrogiem etatyzmu i welfare state. Tutaj bardzo dobrze i trzeba za to tą partię pochwalić. Przecież ubezpieczenie powinno być dobrowolne, służba zdrowia prywatna, a przymus szkolny zniesiony. Wówczas byłoby lepiej, ponieważ podmioty prywatne wykonałyby wiele rzeczy znacznie lepiej i taniej niż państwowy monopolista. Poza tym można by ograniczyć ten przerost fiskalny. Również gros regulacji należy poznosić, bo tylko utrudniają rozwój przedsiębiorczości. Jednakże tutaj nie można popadać w przesadyzm. UPR chce totalnej prywatyzacji, nie dostrzega, że pewne gałęzie przemysłu mają znaczenie strategiczne i czy chcą, czy nie chcą państwo nie może ich wypuszczać. Inaczej może się to dla nas skończyć uzależnieniem od Rosji i polityką całkowicie sterowaną zza murów Kremla. Oczywiście w UPR tego nie są w stanie pojąć, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat wciągnęli by kraj w ciężkie tarapaty i uzależnienie od Matuszki Rassiji. Część UPR popada już w polityczny futuryzm, który opisałem w swoim poprzednim tekście, o nazwie libertarianizm. Sugerują oni, iż państwo można kompletnie rozbroić oraz uzależnić od większych graczy na scenie politycznej, którzy już ich potem wytemperują. Uzależniony od rosyjskiej ropy i gazu w pełni, JKM tańczyłby jak zagra mu Kreml. Jeżeli jakiś batiuszka Putin czy Miedwiedew stwierdziłby, iż należy wykastrować połowę Polaków, to on by musiał się na to zgodzić. Nie miałby innego wyjścia. UPR kompletnie nie rozumie przy tym, na jakich fundamentach opiera się potęga państwa, a nie tylko na ekonomicznych, bo również militarnych i terytorialnych. Jeśli chce się być wojskową potęgą, to nie można przecież całego sprzętu kupować od Niemców i Amerykanów. Tak samo, jeśli chce się mieć jakieś roszczenia terytorialne, to trzeba być energetycznie niezależnym. Teoretycznie takie państwo rodem z marzeń wielu upeerystów mogłoby zostać bardzo szybko podbite i wchłonięte przez sąsiadów.
Komuniści i wiele odłamów skrajnej lewicy przeginają w jedną mańkę, czyli nacjonalizacja wszystkich środków produkcji. UPR poszedł w drugą stronę i osiągnął taki sam poziom futuryzmu i utopijności.
Akt drugi: obyczajowość i problemy społeczne
UPR wykazuje wiele elementów konserwatywnych w swoim programie jak na przykład totalny zakaz aborcji (niezależnie od przyczyn zajścia lub powikłań w trakcie ciąży), sprzeciw wobec eutanazji, możliwość posiadania broni palnej, kara śmierci za najcięższe przestępstwa. To są postulaty typowo konserwatywne obyczajowo. Swój konserwatyzm UPR bardzo mocno podkreśla, co widać chociażby po poglądach Janusza Korwin-Mikkego dotyczących kobiet. Ale w innych przypadkach propozycje zgłaszane przez UPR są skrajnie liberalne obyczajowo, widać to chociażby w tym przypadku:
Co więcej, nie patrzy się tutaj na to, jaka jest dynamika zmian ilości narkomanów po legalizacji i przed. Na przykład w Holandii ilość palących marihuanę nie spadła. Przyjrzyjmy się innemu przykładowi, a mianowicie Kalifornii. Tam też ta przysłowiowa trawka jest dozwolona i przy płatnej służbie zdrowia oraz braku obowiązku posiadania jakiegokolwiek ubezpieczenia narkomania się szerzy. Widać, że legalizacja tak naprawdę prowadzi tylko do tego, że ilość narkomanów rośnie. W takim wypadku pozostaje zatem wariant malajski - jak to od jakiegoś czasu określam, czyli kara śmierci albo dożywotniego pozbawienia wolności za posiadanie narkotyków. I nie ma tutaj rozróżnienia na to, czy są miękkie czy twarde, ten podział jest bardzo ogólnikowy. Wszystko zależy od indywidualnej pobudliwości uwarunkowanej genetycznie. To jest tak samo z alkoholem, jednego powali piwo, a innego nie ruszy pół litra wódki. Identyczny przykład stanowią narkotyki. Przynajmniej UPR jest konsekwentny pod tym względem, że nie opowiada się za legalizacją tylko i wyłącznie marihuany, grzybów halucynogennych czy LSD. Ale z drugiej strony ci ludzie zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że narkomania będzie się szerzyć w społeczeństwie, niezależnie od tego, jaki będzie preferowany model ekonomiczny - czy państwo opiekuńcze, czy liberalizm gospodarczy. Co więcej, ma to dużo wspólnego z zapowiedziami architektów nowego socjalistycznego świata o otępianiu społeczeństwa. Masami ogłupionymi przez narkotyki łatwiej jest następnie manipulować. Legalizację tychże zatem można porównywać z użyciem broni psychochemicznej.
UPR również, co zadziwiające wśród prawicy, popiera również prostytucję. Czy zdaje sobie przy tym ze wszystkich społecznych inklinacji takiego posunięcia? Jakoś tam, gdzie sutenerstwo jest legalne, rośnie ogólnie przestępczość, co potwierdza niechlubny casus Holandii. I to nie tylko seksualna. Poza tym, czy oni sobie wyobrażają, jaki to będzie miało wpływ na społeczeństwo, które oni rzekomo tak bardzo chcą konserwować? Przecież to rozłoży rodzinę, a potem zawali się cała społeczność. Nie bez znaczenia jest również możliwość roznoszenia się AIDS, a przez to spadek liczebności populacji. Poza tym z prostytucją związane są gałęzie czarnego rynku - między innymi podziemie aborcyjne. Jak taka kurtyzana zajdzie w ciąże, to znajdzie sposób, żeby się wyskrobać - albo zrobi to jakiś znajomy lekarz, albo użyte zostaną do tego przemycane przez feministki pigułki wczesnoporonne, albo leki, których ubocznym skutkiem może być poronienie. Poza tym na legalizacji prostytucji zarobią producenci środków antykoncepcyjnych wszelkiego typu, więc gdzie tu konserwatyzm. To jest najszybszy sposób, żeby zniszczyć konserwatywne społeczeństwo. Przecież konsekwencją prostytucji ergo wolnego seksu, jest łatwiejszy dostęp do antykoncepcji, a w finalnym efekcie legalizacja aborcji.
Wyżej wymienione obydwie propozycje UPR - zarówno legalizacja narkotyków jak i prostytucji - najprawdopodobniej nie doprowadzą do konserwowania się pewnych norm cywilizacyjnych, ale wytworzą raczej społeczność postmodernistycznych hedonistów jak z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Tam wyższe klasy jak chociażby Alfy zadowalały się narkotykami i seksem. Z tym więcej mają wspólnego upeerystowskie propozycje niźli z zoologiczną prawicowością. Poglądy UPR są w tej kwestii wewnętrznie sprzeczne. Podobne propozycje wysuwał nieświętej pamięci LiD, a prawicy nie wypada chyba zniżać się do takiego rynsztoka.
Dalej, skoro UPR mówi, że jest wręcz ultrakonserwatywny - takie określenia czasem padają, to dlaczego nie sprzeciwia się pornografii? Przecież we wszystkich krajach stwierdzono dodatnią korelację między łatwością dostępu do tego typu materiałów, a ilością przestępstw seksualnych. Pragmatycznym posunięcięm byłaby więc całkowita delegalizacja pornografii proponowana chociażby przez Prawicę Rzeczypospolitej. Ale cóż, Korwin może sobie na swoim blogu nazywać to moralną zgnilizną, ale sobie nic wielkiego z tego nie robi. To dlaczego nie proponuje, aby z tym walczyć? Dlaczego nie zauważa tego problemu?
Następna rzecz to podejście UPR do szkolnictwa. Zakłada, że szkoły winny być prywatne - tutaj zgoda, ale że program ma być układany przez nie. A zatem teoretycznie jakaś szkoła podstawowa mogłaby być kinem, gdzie puszczano by hard porno ze spożywaniem odchodów, biczowaniem, torturami... normalnie 120 dni Sodomy, a państwo nie miałoby nic do tego. To co to za konserwatyzm upeerowski, jak z koziej sempiterny trąbka w tym zakresie. Owszem, prywatyzacja szkolnictwa powinna nastąpić, ale państwo nie powinno całkowicie wypuszczać tej dziedziny z ręki. Programy nauczania, mimo wszystko, winny być układane centralnie. Czasem JKM mówi, że najlepsze szkoły to dysedukacyjne. Tutaj ma rację, do tego należy wrócić. A takie nie wiadomo co, że szkoły mogą sobie układać programy, jak sobie tylko zażyczą, to na dłuższą metę może doprowadzić do kompletnego zezwierzęcenia społeczeństwa, wziąwszy chociażby pod uwagę wymieniony wyżej casus.
W przypadku obyczajowo-społecznych problemów warto również zwrócić uwagę na ciekawe podejście partii prawdziwie prawicowej do armii. Otóż, zakłada ona, że wojsko ma być w pełni zawodowe. Ależ przepraszam bardzo... jak przyjrzymy się na historię to we wszystkich zdrowych państwach, czy to starożytny Rzym w okresie najlepszego rozwoju, czy to współczesna Szwajcaria, to przymusowy pobór do wojska był. Nawet w tak lewackim społeczeństwie jak niemieckie każdy mężczyzna musi rok po szkole odsłużyć w armii, bo inaczej nie znajdzie zatrudnienia. A tutaj taka propozycja! Chyba prawica powinna zwracać uwagę na to, że mężczyzna powinien nim być, tak samo z kobietami, a nie dawać takie dziwne propozycje, które prowadzą do tego, że samce Homo sapiens niewieścieją, a samice tego gatunku nabierają cech męskich. Zawodowa armia, owszem, ale tak z pół miliona, i to wojsk lądowych i marynarki, a poza tym poborowi.
Następna ciekawostka: UPR nie widzi kraju, z którym mógłby zawiązać sojusz w razie wygranej w wyborach parlamentarnych. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie ma takiego nawet w świecie alternatywnym typu Śródziemie Tolkiena. Psioczy za to - i bardzo słusznie - na Unię Europejską. Ale kraj typu Polska powinien myśleć o zawarciu jakiegoś strategicznego sojuszu, chociażby biorąc pod uwagę kalkulacje geopolityczne i wyciągając wnioski z tysiąca lat naszej historii. Póki co, nikt w UPR takich analiz nie przeprowadził.
A na zakończenie...
Unia Polityki Realnej miała szansę stać się jednym z normalniejszych ugrupowań w Polsce. Niestety - i to trzeba przyznać z przykrością sama nałożyła sobie pętelkę na szyję - popadając w sprzeczności (jak w przypadku kwestii obyczajowych) oraz gospodarczy futuryzm. Na własne życzenie uległa marginalizacji. Prowadząc nieudolną politykę kadrową, JKM pogrążył to ugrupowanie jeszcze bardziej. Od czasu do czasu psioczy, że pogrążenie UPR jest wynikiem spisku. Ale kto by się przyjmował taką partią, gdzie połowa to są utopiści i sami wielbiciele dwójki publicystów - konkretnie Korwina i Michalkiewicza. Gdyby UPR miał tak 20% poparcia, to wyliby, jaki to jest straszny. A tak, to co? Nie ma co się przejmować - myślą sobie pewnie, UPR jest traktowany podobnie jak NOP (z którym w 1997 roku razem startował w wyborach parlamentarnych), czyli jako plankton.
Wniosek może być przewrotny, ale po tylu upadkach i sięgnięcia dna UPR nie powinna wspierać leseferyzmu ekonomicznego, tylko winna zacząć czynić to w przypadku utopijnego socjalizmu...
Kwestie gospodarcze.
Problemy związane z gospodarką UPR zawsze stawia na pierwszym miejscu, zapominając przy tym, że prawicowość jest pełną wizją świata, a nie samym wolnym rynkiem. Tego tylko i wyłącznie nie można uznawać za determinant przynależności do prawicy. Wówczas musielibyśmy uznać za szczyt prawicowości taką Ayn Rand (właściwie Alissę Zinowjewnę Rosenbaum), która wymyśliła obiektywizm, popierała aborcję, eutanazję, ogólne zdziczenie i zepsucie społeczeństwa, a do tego była wojującą ateistką. Dla mnie dla takiej osoby niezależnie od poglądów gospodarczy sunie się tylko jedno określenie, a mianowicie słówko lewak. A dla wielu członków UPR z samych względów gospodarczych należy uznać ją za przedstawiciela skrajnej prawicy i ustawiać w jednym rzędzie z ultrakonserwatystami typu Pinocheta czy Franco. Same kwestie ekonomiczne prawicowości nigdy nie determinowały. Prawica jest intelektualną formacją, która jest konserwatywna obyczajowo i liberalna gospodarczo, a cała reszta nie spełniająca tych kryteriów jest lewicą. Może podział tego typu jest manicheistyczny, binarny, ale bardzo dobrze podkreśla pewien istotny fakt. Mając scenę polityczną, to mamy tak naprawdę dwa obozy.
UPR jest wrogiem etatyzmu i welfare state. Tutaj bardzo dobrze i trzeba za to tą partię pochwalić. Przecież ubezpieczenie powinno być dobrowolne, służba zdrowia prywatna, a przymus szkolny zniesiony. Wówczas byłoby lepiej, ponieważ podmioty prywatne wykonałyby wiele rzeczy znacznie lepiej i taniej niż państwowy monopolista. Poza tym można by ograniczyć ten przerost fiskalny. Również gros regulacji należy poznosić, bo tylko utrudniają rozwój przedsiębiorczości. Jednakże tutaj nie można popadać w przesadyzm. UPR chce totalnej prywatyzacji, nie dostrzega, że pewne gałęzie przemysłu mają znaczenie strategiczne i czy chcą, czy nie chcą państwo nie może ich wypuszczać. Inaczej może się to dla nas skończyć uzależnieniem od Rosji i polityką całkowicie sterowaną zza murów Kremla. Oczywiście w UPR tego nie są w stanie pojąć, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat wciągnęli by kraj w ciężkie tarapaty i uzależnienie od Matuszki Rassiji. Część UPR popada już w polityczny futuryzm, który opisałem w swoim poprzednim tekście, o nazwie libertarianizm. Sugerują oni, iż państwo można kompletnie rozbroić oraz uzależnić od większych graczy na scenie politycznej, którzy już ich potem wytemperują. Uzależniony od rosyjskiej ropy i gazu w pełni, JKM tańczyłby jak zagra mu Kreml. Jeżeli jakiś batiuszka Putin czy Miedwiedew stwierdziłby, iż należy wykastrować połowę Polaków, to on by musiał się na to zgodzić. Nie miałby innego wyjścia. UPR kompletnie nie rozumie przy tym, na jakich fundamentach opiera się potęga państwa, a nie tylko na ekonomicznych, bo również militarnych i terytorialnych. Jeśli chce się być wojskową potęgą, to nie można przecież całego sprzętu kupować od Niemców i Amerykanów. Tak samo, jeśli chce się mieć jakieś roszczenia terytorialne, to trzeba być energetycznie niezależnym. Teoretycznie takie państwo rodem z marzeń wielu upeerystów mogłoby zostać bardzo szybko podbite i wchłonięte przez sąsiadów.
Komuniści i wiele odłamów skrajnej lewicy przeginają w jedną mańkę, czyli nacjonalizacja wszystkich środków produkcji. UPR poszedł w drugą stronę i osiągnął taki sam poziom futuryzmu i utopijności.
Akt drugi: obyczajowość i problemy społeczne
UPR wykazuje wiele elementów konserwatywnych w swoim programie jak na przykład totalny zakaz aborcji (niezależnie od przyczyn zajścia lub powikłań w trakcie ciąży), sprzeciw wobec eutanazji, możliwość posiadania broni palnej, kara śmierci za najcięższe przestępstwa. To są postulaty typowo konserwatywne obyczajowo. Swój konserwatyzm UPR bardzo mocno podkreśla, co widać chociażby po poglądach Janusza Korwin-Mikkego dotyczących kobiet. Ale w innych przypadkach propozycje zgłaszane przez UPR są skrajnie liberalne obyczajowo, widać to chociażby w tym przypadku:
Co więcej, nie patrzy się tutaj na to, jaka jest dynamika zmian ilości narkomanów po legalizacji i przed. Na przykład w Holandii ilość palących marihuanę nie spadła. Przyjrzyjmy się innemu przykładowi, a mianowicie Kalifornii. Tam też ta przysłowiowa trawka jest dozwolona i przy płatnej służbie zdrowia oraz braku obowiązku posiadania jakiegokolwiek ubezpieczenia narkomania się szerzy. Widać, że legalizacja tak naprawdę prowadzi tylko do tego, że ilość narkomanów rośnie. W takim wypadku pozostaje zatem wariant malajski - jak to od jakiegoś czasu określam, czyli kara śmierci albo dożywotniego pozbawienia wolności za posiadanie narkotyków. I nie ma tutaj rozróżnienia na to, czy są miękkie czy twarde, ten podział jest bardzo ogólnikowy. Wszystko zależy od indywidualnej pobudliwości uwarunkowanej genetycznie. To jest tak samo z alkoholem, jednego powali piwo, a innego nie ruszy pół litra wódki. Identyczny przykład stanowią narkotyki. Przynajmniej UPR jest konsekwentny pod tym względem, że nie opowiada się za legalizacją tylko i wyłącznie marihuany, grzybów halucynogennych czy LSD. Ale z drugiej strony ci ludzie zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że narkomania będzie się szerzyć w społeczeństwie, niezależnie od tego, jaki będzie preferowany model ekonomiczny - czy państwo opiekuńcze, czy liberalizm gospodarczy. Co więcej, ma to dużo wspólnego z zapowiedziami architektów nowego socjalistycznego świata o otępianiu społeczeństwa. Masami ogłupionymi przez narkotyki łatwiej jest następnie manipulować. Legalizację tychże zatem można porównywać z użyciem broni psychochemicznej.
UPR również, co zadziwiające wśród prawicy, popiera również prostytucję. Czy zdaje sobie przy tym ze wszystkich społecznych inklinacji takiego posunięcia? Jakoś tam, gdzie sutenerstwo jest legalne, rośnie ogólnie przestępczość, co potwierdza niechlubny casus Holandii. I to nie tylko seksualna. Poza tym, czy oni sobie wyobrażają, jaki to będzie miało wpływ na społeczeństwo, które oni rzekomo tak bardzo chcą konserwować? Przecież to rozłoży rodzinę, a potem zawali się cała społeczność. Nie bez znaczenia jest również możliwość roznoszenia się AIDS, a przez to spadek liczebności populacji. Poza tym z prostytucją związane są gałęzie czarnego rynku - między innymi podziemie aborcyjne. Jak taka kurtyzana zajdzie w ciąże, to znajdzie sposób, żeby się wyskrobać - albo zrobi to jakiś znajomy lekarz, albo użyte zostaną do tego przemycane przez feministki pigułki wczesnoporonne, albo leki, których ubocznym skutkiem może być poronienie. Poza tym na legalizacji prostytucji zarobią producenci środków antykoncepcyjnych wszelkiego typu, więc gdzie tu konserwatyzm. To jest najszybszy sposób, żeby zniszczyć konserwatywne społeczeństwo. Przecież konsekwencją prostytucji ergo wolnego seksu, jest łatwiejszy dostęp do antykoncepcji, a w finalnym efekcie legalizacja aborcji.
Wyżej wymienione obydwie propozycje UPR - zarówno legalizacja narkotyków jak i prostytucji - najprawdopodobniej nie doprowadzą do konserwowania się pewnych norm cywilizacyjnych, ale wytworzą raczej społeczność postmodernistycznych hedonistów jak z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Tam wyższe klasy jak chociażby Alfy zadowalały się narkotykami i seksem. Z tym więcej mają wspólnego upeerystowskie propozycje niźli z zoologiczną prawicowością. Poglądy UPR są w tej kwestii wewnętrznie sprzeczne. Podobne propozycje wysuwał nieświętej pamięci LiD, a prawicy nie wypada chyba zniżać się do takiego rynsztoka.
Dalej, skoro UPR mówi, że jest wręcz ultrakonserwatywny - takie określenia czasem padają, to dlaczego nie sprzeciwia się pornografii? Przecież we wszystkich krajach stwierdzono dodatnią korelację między łatwością dostępu do tego typu materiałów, a ilością przestępstw seksualnych. Pragmatycznym posunięcięm byłaby więc całkowita delegalizacja pornografii proponowana chociażby przez Prawicę Rzeczypospolitej. Ale cóż, Korwin może sobie na swoim blogu nazywać to moralną zgnilizną, ale sobie nic wielkiego z tego nie robi. To dlaczego nie proponuje, aby z tym walczyć? Dlaczego nie zauważa tego problemu?
Następna rzecz to podejście UPR do szkolnictwa. Zakłada, że szkoły winny być prywatne - tutaj zgoda, ale że program ma być układany przez nie. A zatem teoretycznie jakaś szkoła podstawowa mogłaby być kinem, gdzie puszczano by hard porno ze spożywaniem odchodów, biczowaniem, torturami... normalnie 120 dni Sodomy, a państwo nie miałoby nic do tego. To co to za konserwatyzm upeerowski, jak z koziej sempiterny trąbka w tym zakresie. Owszem, prywatyzacja szkolnictwa powinna nastąpić, ale państwo nie powinno całkowicie wypuszczać tej dziedziny z ręki. Programy nauczania, mimo wszystko, winny być układane centralnie. Czasem JKM mówi, że najlepsze szkoły to dysedukacyjne. Tutaj ma rację, do tego należy wrócić. A takie nie wiadomo co, że szkoły mogą sobie układać programy, jak sobie tylko zażyczą, to na dłuższą metę może doprowadzić do kompletnego zezwierzęcenia społeczeństwa, wziąwszy chociażby pod uwagę wymieniony wyżej casus.
W przypadku obyczajowo-społecznych problemów warto również zwrócić uwagę na ciekawe podejście partii prawdziwie prawicowej do armii. Otóż, zakłada ona, że wojsko ma być w pełni zawodowe. Ależ przepraszam bardzo... jak przyjrzymy się na historię to we wszystkich zdrowych państwach, czy to starożytny Rzym w okresie najlepszego rozwoju, czy to współczesna Szwajcaria, to przymusowy pobór do wojska był. Nawet w tak lewackim społeczeństwie jak niemieckie każdy mężczyzna musi rok po szkole odsłużyć w armii, bo inaczej nie znajdzie zatrudnienia. A tutaj taka propozycja! Chyba prawica powinna zwracać uwagę na to, że mężczyzna powinien nim być, tak samo z kobietami, a nie dawać takie dziwne propozycje, które prowadzą do tego, że samce Homo sapiens niewieścieją, a samice tego gatunku nabierają cech męskich. Zawodowa armia, owszem, ale tak z pół miliona, i to wojsk lądowych i marynarki, a poza tym poborowi.
Następna ciekawostka: UPR nie widzi kraju, z którym mógłby zawiązać sojusz w razie wygranej w wyborach parlamentarnych. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie ma takiego nawet w świecie alternatywnym typu Śródziemie Tolkiena. Psioczy za to - i bardzo słusznie - na Unię Europejską. Ale kraj typu Polska powinien myśleć o zawarciu jakiegoś strategicznego sojuszu, chociażby biorąc pod uwagę kalkulacje geopolityczne i wyciągając wnioski z tysiąca lat naszej historii. Póki co, nikt w UPR takich analiz nie przeprowadził.
A na zakończenie...
Unia Polityki Realnej miała szansę stać się jednym z normalniejszych ugrupowań w Polsce. Niestety - i to trzeba przyznać z przykrością sama nałożyła sobie pętelkę na szyję - popadając w sprzeczności (jak w przypadku kwestii obyczajowych) oraz gospodarczy futuryzm. Na własne życzenie uległa marginalizacji. Prowadząc nieudolną politykę kadrową, JKM pogrążył to ugrupowanie jeszcze bardziej. Od czasu do czasu psioczy, że pogrążenie UPR jest wynikiem spisku. Ale kto by się przyjmował taką partią, gdzie połowa to są utopiści i sami wielbiciele dwójki publicystów - konkretnie Korwina i Michalkiewicza. Gdyby UPR miał tak 20% poparcia, to wyliby, jaki to jest straszny. A tak, to co? Nie ma co się przejmować - myślą sobie pewnie, UPR jest traktowany podobnie jak NOP (z którym w 1997 roku razem startował w wyborach parlamentarnych), czyli jako plankton.
Wniosek może być przewrotny, ale po tylu upadkach i sięgnięcia dna UPR nie powinna wspierać leseferyzmu ekonomicznego, tylko winna zacząć czynić to w przypadku utopijnego socjalizmu...
Etykiety:
aborcja,
gospodarka,
konserwatywny liberalizm,
konserwatyzm,
Korwin-Mikke,
libertarianizm,
narkotyki,
oświata,
państwo,
pornografia,
prostytucja,
UPR
piątek, 18 lipca 2008
O problemie edukacji
Od czasu do czasu ów problem powraca jak bumerang. Mówi się o tym przy okazji ogłaszania wyników nowej matury - 30 czerwca od anno Domini 2005, jak również przy okazji zmian gabinetów. Głośno było za nacjonalistycznego ministra Giertycha czy neokonserwatywnego Legutki. Wiadomo już, o co chodzi. Jest tymże problemem edukacja narodowa. Wszystkie gabinety próbują tam coś zrobić, co następnie odbija się czkawką. Mieliśmy już amnestię maturalną, dzięki której prywatne uczelnie ekonomiczne w różnych Psich Wólkach zacierały ręce, a wynikało to z tego, iż uczelnie państwowe i lepsze prywatne nie chciały amnestionowanych przyjmować. Teraz minister Hall ma kolejne modernistyczne pomysły dotyczące doboru przedmiotów, jakich to będzie się uczyło w liceum. Pomysł ten opiera się na zachodnioeuropejskich i amerykańskich programach nauczania. Oczywiście, znając tą panią, która gdańskim kuratorium dobrze nie umiała zarządzać, będzie to kompletna klapa. Inaczej tego określić nie można. Postawiona zostanie ostateczna kropka nad i w polskim systemie edukacji, a przy tym przemysłowej produkcji wykształciuchów i lemingów. Chyba PO dba w ten sposób o swój przyszły elektorat, który ma nie rozumieć za dużo, jak również nie wiedzieć, a przez to wierzyć we wszystkie obiecanki cacanki (nie)rządu, choćbym nie wiem, jak mocno były one irracjonalne. Obecny system jest tak skonstruowany. Przecież na przykład zewnętrzne egzaminy typu nowa matura gimnazjalny powodują spłaszczanie się poziomu. Zamiast robić program, to zaczyna się drążyć do znudzenia zagadnienia najczęściej spotykane na tychże, a resztę omawia po łebkach i na szybko. To jest jedna z licznych wad tego cudacznego systemu, w wyniku którego szkołę opuszczają ludzie niedouczeni. Wykładowcy wielu wyższych uczelni już przeklinają to wszystko, co w ostatnim okresie w MEN-ie wymyślili, również pomstują na to studenci starszych lat, którzy patrzą na młodszych jak na idiotów. Co może zatem uzdrowić polskie szkolnictwo?
Wielu pomstuje na układ 6+3+3, czyli sześcioletnia podstawówka, trzyletnie gimnazjum i tak samo długo trwające liceum. Uważają, że doprowadził on do znacznego spadku poziomu kształcenia. Wiele zagadnień, które dawniej omawiane były na przykład w ósmej klasie szkoły podstawowej, jak chociażby elementarna trygonometria, nie jest teraz w gimnazjum w ogóle robionych. Tak więc pewne poszlaki są. Kiedyś też byłem przeciwnikiem takiego systemu, uważając gimnazjum za takie sobie przedłużenie podstawówki, ale doszedłem do wniosku, że przy umiejętnym rozplanowaniu programu ten model spełniłby wymagania takie jak dawniej układ 8+4. Należałoby tylko podnieść program w gimnazjum i upodobnić je bardziej do szkoły licealnej. Zmieniłaby się ranga tego rodzaju szkoły; tak to jest praktycznie powtórka z podstawówki. Słyszy się również, że dobrze wyuczony uczeń po szkole podstawowej napisałby bez większych problemów egzamin gimnazjalny. Tak więc w gimnazjum traci się bardzo dużo czasu na powtórki, a w tym czasie można by robić nowy materiał.
Inna kwestia to są egzaminy zewnętrzne. Moim zdaniem powinny zostać zniesione. A z jakich powodów? Powodują one bowiem spłaszczanie się poziomu. Na przykład nie tak dawno temu zdecydowano, że na maturze rozszerzonej z matematyki będzie tylko algebra i geometria, a wiele zagadnień zostało wyrzuconych. Jaki to jest sygnał dla nauczycieli tego przedmiotu? Nie trzeba już nawet do granicy funkcji dochodzić, gdzie zazwyczaj się kończy się obecnie nauczanie matematyki. Po prostu tłuc do znudzenia program, jaki winien być zrealizowany w gimnazjum. To jest tylko skromny przykład. Inna rzecz, to egzaminy zewnętrzne preferują uczniów najbardziej przeciętnych, więc nic dziwnego, że pracownicy wyższych uczelni narzekają, z jakim to materiałem przyszło im pracować. Szkoły powinny same sobie ustalać, jakich chcą uczniów. Zatem przywrócić należy egzaminy wewnętrzne, zarówno kończące dany rodzaj szkoły oraz jako wstępne. W przypadku szkół podstawowych można by sobie odpuścić na zakończenie. Natomiast do gimnazjum już powinien być egzamin wstępny z matematyki i polskiego. Należałoby również przywrócić przedwojenną małą maturę, jaka kończyłaby gimnazjum. Podniosłoby rangę tego rodzaju szkoły oraz poprawiłoby zdecydowanie jakość nauczania w nim. Oczywiście do liceum powinny być egzaminy wstępne. Zreorganizować przy okazji należy maturę.
W tym momencie pojawia się problem. Jaki my mamy model edukacji przyjąć, czy formalistyczny, w którym uczy się bardzo niewielu, najpotrzebniejszych informacji, czy encyklopedystyczny, gdzie dba się o wszechstronny intelektualny rozwój ucznia? To tutaj musimy sobie postawić pytanie. Czy chcemy mieć elity, które w przyszłości przejmą ster w tym państwie i będą potrafili skierować je na dobre tory, czy hiperspecjalistów od jakiegoś drobnego wycinka rzeczywistości i znających się tylko na tym? Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie wiedzący wszystko o stosunkowo niewielkim kawałku, a nie wiedzący nic o całej reszcie, dadzą się wodzić za nos. Nie będą posiadali odpowiedniej wiedzy, jaka pozwoli im krytycznie analizować otaczający świat. W efekcie dadzą się zwodzić. I jak mamy tutaj mówić o jakimkolwiek wykrystalizowaniu się elit! Po prostu wtedy całe społeczeństwo to będą orwellowscy proleci. Wybór jest więc jasny. Należy mimo wszystko postawić na neoklasyczny model edukacji, czyli właśnie ten encyklopedystyczny. Co się z tym wiąże? Jeżeli chcemy kształcić ludzi mających być elitą tego kraju, to nie może być tak, że szkołę jest tak łatwo skończyć. Taka sytuacja, co egzamin gimnazjalny na przyzwoitym poziomie jest w stanie napisać dobrze wyedukowany uczeń szkoły podstawowej, jest absolutnie niedopuszczalna. Również, czy rok rocznie do matury musi podchodzić 400 tysięcy absolwentów szkół średnich, jak równie dobrze mogliby podejść tylko najzdolniejsi? Wyżej napisałem, że powinno się podnieść status szkoły gimnazjalnej. Nic dziwnego, że ludzie śmieją się, że to taka lepsza podstawówka, a lepsza o tyle, że robi się w niej jakiejś podstawy fizyki i chemii. Moim zdaniem część materiału z liceum można przenieść spokojnie do gimnazjum - mam tutaj na myśli część lektur oraz zagadnień z matematyki, jak również zdecydowanie podnieść poziom nauczania fizyki, chemii, bo w gimnazjum praktycznie nic się z tego nie robi. Przecież takie sprawy, jak funkcja kwadratowa, trygonometria, znaczna część planimetrii i stereometrii, podstawowe pojęcia w zakresie kombinatoryki to spokojnie można by w gimnazjum wprowadzić. A teraz w takim razie, co z programem liceum. Oczywiście, jeżeli jesteśmy przy matematyce, to w zakresie podstawowym powinny też być takie rzeczy jak pochodne, całki czy liczby zespolone. Przecież to jest śmiech na sali, iż obecny program klas matematyczno-fizycznych w zakesie tego przedmiotu jest identyczny z tym realizowanym w tych o profilu humanistycznym w okresie PRL.
A jak rzecz ma się ma z maturami - małą i dużą, ponieważ w proponowanym przeze mnie modelu tak ma być. Układ dałbym zbliżony. Przedmioty obowiązkowe dla wszystkich to matematyka, język polski i historia, zdawane zarówno pisemnie jak i ustnie. A resztę, czyli 3 lub 4 przedmioty można by sobie samemu dobrać; sposób ich zaliczania byłby identyczny. Jak już wyżej zaznaczałem powinien być to egzamin wewnętrzny. Dlaczego taki układ przedmiotów? Oczywiście można mi zaliczać pewne sympatie w kierunku nauk ścisłych, ale taki przedmiot jak matematyka uczy logicznego myślenia. A czego oczekujemy od człowieka wykształconego? Żeby umiał kojarzyć fakty i umiał składać je w logiczną całość, a tego właśnie uczy matematyka. Język polski - powód jest tutaj prosty. Człowiek wykształcony powinien umieć się wysłowić w ojczystym języku, posiadać pewną wiedzę o literaturze. A historia? Przecież wiedza o tym, co było kiedyś, uchronić może przed powtarzaniem oczywistych błędów z przeszłości. A poza tym, jeżeli ma się posiadać jakiś głębszy światopogląd, to chyba historię trzeba znać.
Kiedyś, gdy schodziła dyskusja na tematy polityczne i wkraczała na tory związane z edukacją, to zarzucano mi popieranie scjentystycznego modelu kształcenia. Rzecz jasna, uważam matematykę za przedmiot ważny. Tak samo jestem orędownikiem, żeby fizyki i chemii robiono w szkole więcej niż to czyni się w tym momencie. Nie przeszkadzałoby mi przywrócenie nauczania języków klasycznych czy wprowadzenie filozofii. W kwestiach programowych, to co jeszcze powinno się zmienić. Byłbym rzecznikiem przywrócenia kaligrafii w szkołach podstawowych. To jest mimo wszystko rozwijające ćwiczenie. Poza tym zrobić należałoby porządek z tą listą lektur, część można by zwyczajnie przenieść do gimnazjum, Gombrowicza wyrzucić. Są lektury zdecydowanie bardziej pożyteczne. A takie debilizmy, żeby przerabiać we fragmentach... to w ogóle najlepiej o nich zapomnieć. Lektury czytać powinno się w całości, bo wtedy kojarzy się wiele rzeczy, na które w przeciwnym wypadku nie zwróci się uwagi.
Do ciągłego obniżania poziomu przyczyniają się jeszcze dwie rzeczy. Jak to jest, że mając ocenę 2 można w ogóle zdać? To jedna sprawa. Secondo: zostawienie ucznia na drugi rok w tej samej klasie w obecnych realiach graniczy z cudem. Jak to rozwiązać? Po pierwsze dwójka to nie powinien być żaden dopuszczający, tylko mierny. Z taką notą należałoby ucznia zostawić, ponieważ stopień opanowania przez niego materiału jest praktycznie żaden. Przy okazji powinniśmy rozwiązać drugi problem. Nauczyciel powinien mieć prawo ucznia mającego ocenę mierną lub niedostateczną zatrzymać na drugi rok. I niech taki delikwent kibluje. W obecnych realiach to trzeba takich przepychać, żeby nie mieć problemów. W efekcie prowadzi to do zaniżania poziomu kształcenia.
Na koniec kwestie porządkowe w szkole. Otóż, ja jestem przeciwnikiem koedukacyjnego szkolnictwa. Prowadzi ono tylko do zniżki poziomu, ponieważ uczniowie, zamiast zajmować się nauką, robią to w przypadku osobników płci przeciwnej. A to automatycznie wywołuje patrzenie na takie drobnostki, czy ktoś chodzi w modnych i markowych ubraniach, zamiast zajmowania się rzeczami o wielokroć bardziej konstruktywnymi. Poza tym niech mi jakiś lewacki psycholog czy taki sam pedagog wytłumaczy, jak to jest, że na tym zgniłym Zachodzie, który tak gloryfikuje, najlepsze szkoły to są właśnie dysedukacyjne. Wielu specjalistów od edukacji zwraca również uwagę na to, że tego typu szkoły właśnie osiągają wyższe wyniki niż koedukacyjne. A biorąc pod uwagę, że system szkolnictwa winien kierować się w pewien sposób pojętą efektywnością, to zdecydowanie lepiej, gdyby wszystkie placówki oświatowe w sensie podstawówki, gimnazja, licea et cetera były dysedukacyjne. Inna sprawa to uniformizacja. Szkoła to nie jest rewia mody. Poza tym znowu przykład z Zachodu. Tam każda szanująca się szkoła ma mundurki. Jestem też zwolennikiem kar cielesnych. Jakby taki wątpliwej jakości nastoletni lub kilkuletni bohater dostał po łapskach piórnikiem przy całej klasie, to na drugi raz by się zastanowił ze względu na związane z całym zajściem poczucie wstydu. Dla wielbicieli zachodnich oświeconych modeli oświaty szkolnej dodam, że w elitarnej prywatnej męskiej szkole w Eaton wykonuje się dosyć dotkliwe kary. Odbudowany zostałby poza tym automatycznie mocno zachwiany ostatnimi czasy autorytet nauczyciela. Również powinna być jasna sytuacja w przypadku zażywania używek - wyrzucenie ze szkoły. Tak samo powinno być, jeżeli jakaś dziewczyna zajdzie w ciążę.
W formie dygresji: jest jeszcze kwestia czy szkolnictwo powinno być publiczne czy prywatne. Akurat moim zdaniem spokojnie można by dokonać jego totalnej prywatyzacji, ale to jest kwestia na odrębny artykuł.
Opisałem wówczas zmiany, jakie z pewnością poprawiłyby poziom kształcenia w szkołach oraz wiele innych kwestii z nimi związanych. Tylko pytanie, kto w naszym kraju będzie miał na tyle dużo ikry, aby je przeprowadzić? Raczej nikt.
Obecnym ekipom rządzącym zależy raczej, aby mieć stado posłusznych, właściwie głosujących baranów, aniżeli społeczeństwo było normalne, posiadające głowę w postaci głęboko wykształconej, konserwatywnej elity.
Wielu pomstuje na układ 6+3+3, czyli sześcioletnia podstawówka, trzyletnie gimnazjum i tak samo długo trwające liceum. Uważają, że doprowadził on do znacznego spadku poziomu kształcenia. Wiele zagadnień, które dawniej omawiane były na przykład w ósmej klasie szkoły podstawowej, jak chociażby elementarna trygonometria, nie jest teraz w gimnazjum w ogóle robionych. Tak więc pewne poszlaki są. Kiedyś też byłem przeciwnikiem takiego systemu, uważając gimnazjum za takie sobie przedłużenie podstawówki, ale doszedłem do wniosku, że przy umiejętnym rozplanowaniu programu ten model spełniłby wymagania takie jak dawniej układ 8+4. Należałoby tylko podnieść program w gimnazjum i upodobnić je bardziej do szkoły licealnej. Zmieniłaby się ranga tego rodzaju szkoły; tak to jest praktycznie powtórka z podstawówki. Słyszy się również, że dobrze wyuczony uczeń po szkole podstawowej napisałby bez większych problemów egzamin gimnazjalny. Tak więc w gimnazjum traci się bardzo dużo czasu na powtórki, a w tym czasie można by robić nowy materiał.
Inna kwestia to są egzaminy zewnętrzne. Moim zdaniem powinny zostać zniesione. A z jakich powodów? Powodują one bowiem spłaszczanie się poziomu. Na przykład nie tak dawno temu zdecydowano, że na maturze rozszerzonej z matematyki będzie tylko algebra i geometria, a wiele zagadnień zostało wyrzuconych. Jaki to jest sygnał dla nauczycieli tego przedmiotu? Nie trzeba już nawet do granicy funkcji dochodzić, gdzie zazwyczaj się kończy się obecnie nauczanie matematyki. Po prostu tłuc do znudzenia program, jaki winien być zrealizowany w gimnazjum. To jest tylko skromny przykład. Inna rzecz, to egzaminy zewnętrzne preferują uczniów najbardziej przeciętnych, więc nic dziwnego, że pracownicy wyższych uczelni narzekają, z jakim to materiałem przyszło im pracować. Szkoły powinny same sobie ustalać, jakich chcą uczniów. Zatem przywrócić należy egzaminy wewnętrzne, zarówno kończące dany rodzaj szkoły oraz jako wstępne. W przypadku szkół podstawowych można by sobie odpuścić na zakończenie. Natomiast do gimnazjum już powinien być egzamin wstępny z matematyki i polskiego. Należałoby również przywrócić przedwojenną małą maturę, jaka kończyłaby gimnazjum. Podniosłoby rangę tego rodzaju szkoły oraz poprawiłoby zdecydowanie jakość nauczania w nim. Oczywiście do liceum powinny być egzaminy wstępne. Zreorganizować przy okazji należy maturę.
W tym momencie pojawia się problem. Jaki my mamy model edukacji przyjąć, czy formalistyczny, w którym uczy się bardzo niewielu, najpotrzebniejszych informacji, czy encyklopedystyczny, gdzie dba się o wszechstronny intelektualny rozwój ucznia? To tutaj musimy sobie postawić pytanie. Czy chcemy mieć elity, które w przyszłości przejmą ster w tym państwie i będą potrafili skierować je na dobre tory, czy hiperspecjalistów od jakiegoś drobnego wycinka rzeczywistości i znających się tylko na tym? Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie wiedzący wszystko o stosunkowo niewielkim kawałku, a nie wiedzący nic o całej reszcie, dadzą się wodzić za nos. Nie będą posiadali odpowiedniej wiedzy, jaka pozwoli im krytycznie analizować otaczający świat. W efekcie dadzą się zwodzić. I jak mamy tutaj mówić o jakimkolwiek wykrystalizowaniu się elit! Po prostu wtedy całe społeczeństwo to będą orwellowscy proleci. Wybór jest więc jasny. Należy mimo wszystko postawić na neoklasyczny model edukacji, czyli właśnie ten encyklopedystyczny. Co się z tym wiąże? Jeżeli chcemy kształcić ludzi mających być elitą tego kraju, to nie może być tak, że szkołę jest tak łatwo skończyć. Taka sytuacja, co egzamin gimnazjalny na przyzwoitym poziomie jest w stanie napisać dobrze wyedukowany uczeń szkoły podstawowej, jest absolutnie niedopuszczalna. Również, czy rok rocznie do matury musi podchodzić 400 tysięcy absolwentów szkół średnich, jak równie dobrze mogliby podejść tylko najzdolniejsi? Wyżej napisałem, że powinno się podnieść status szkoły gimnazjalnej. Nic dziwnego, że ludzie śmieją się, że to taka lepsza podstawówka, a lepsza o tyle, że robi się w niej jakiejś podstawy fizyki i chemii. Moim zdaniem część materiału z liceum można przenieść spokojnie do gimnazjum - mam tutaj na myśli część lektur oraz zagadnień z matematyki, jak również zdecydowanie podnieść poziom nauczania fizyki, chemii, bo w gimnazjum praktycznie nic się z tego nie robi. Przecież takie sprawy, jak funkcja kwadratowa, trygonometria, znaczna część planimetrii i stereometrii, podstawowe pojęcia w zakresie kombinatoryki to spokojnie można by w gimnazjum wprowadzić. A teraz w takim razie, co z programem liceum. Oczywiście, jeżeli jesteśmy przy matematyce, to w zakresie podstawowym powinny też być takie rzeczy jak pochodne, całki czy liczby zespolone. Przecież to jest śmiech na sali, iż obecny program klas matematyczno-fizycznych w zakesie tego przedmiotu jest identyczny z tym realizowanym w tych o profilu humanistycznym w okresie PRL.
A jak rzecz ma się ma z maturami - małą i dużą, ponieważ w proponowanym przeze mnie modelu tak ma być. Układ dałbym zbliżony. Przedmioty obowiązkowe dla wszystkich to matematyka, język polski i historia, zdawane zarówno pisemnie jak i ustnie. A resztę, czyli 3 lub 4 przedmioty można by sobie samemu dobrać; sposób ich zaliczania byłby identyczny. Jak już wyżej zaznaczałem powinien być to egzamin wewnętrzny. Dlaczego taki układ przedmiotów? Oczywiście można mi zaliczać pewne sympatie w kierunku nauk ścisłych, ale taki przedmiot jak matematyka uczy logicznego myślenia. A czego oczekujemy od człowieka wykształconego? Żeby umiał kojarzyć fakty i umiał składać je w logiczną całość, a tego właśnie uczy matematyka. Język polski - powód jest tutaj prosty. Człowiek wykształcony powinien umieć się wysłowić w ojczystym języku, posiadać pewną wiedzę o literaturze. A historia? Przecież wiedza o tym, co było kiedyś, uchronić może przed powtarzaniem oczywistych błędów z przeszłości. A poza tym, jeżeli ma się posiadać jakiś głębszy światopogląd, to chyba historię trzeba znać.
Kiedyś, gdy schodziła dyskusja na tematy polityczne i wkraczała na tory związane z edukacją, to zarzucano mi popieranie scjentystycznego modelu kształcenia. Rzecz jasna, uważam matematykę za przedmiot ważny. Tak samo jestem orędownikiem, żeby fizyki i chemii robiono w szkole więcej niż to czyni się w tym momencie. Nie przeszkadzałoby mi przywrócenie nauczania języków klasycznych czy wprowadzenie filozofii. W kwestiach programowych, to co jeszcze powinno się zmienić. Byłbym rzecznikiem przywrócenia kaligrafii w szkołach podstawowych. To jest mimo wszystko rozwijające ćwiczenie. Poza tym zrobić należałoby porządek z tą listą lektur, część można by zwyczajnie przenieść do gimnazjum, Gombrowicza wyrzucić. Są lektury zdecydowanie bardziej pożyteczne. A takie debilizmy, żeby przerabiać we fragmentach... to w ogóle najlepiej o nich zapomnieć. Lektury czytać powinno się w całości, bo wtedy kojarzy się wiele rzeczy, na które w przeciwnym wypadku nie zwróci się uwagi.
Do ciągłego obniżania poziomu przyczyniają się jeszcze dwie rzeczy. Jak to jest, że mając ocenę 2 można w ogóle zdać? To jedna sprawa. Secondo: zostawienie ucznia na drugi rok w tej samej klasie w obecnych realiach graniczy z cudem. Jak to rozwiązać? Po pierwsze dwójka to nie powinien być żaden dopuszczający, tylko mierny. Z taką notą należałoby ucznia zostawić, ponieważ stopień opanowania przez niego materiału jest praktycznie żaden. Przy okazji powinniśmy rozwiązać drugi problem. Nauczyciel powinien mieć prawo ucznia mającego ocenę mierną lub niedostateczną zatrzymać na drugi rok. I niech taki delikwent kibluje. W obecnych realiach to trzeba takich przepychać, żeby nie mieć problemów. W efekcie prowadzi to do zaniżania poziomu kształcenia.
Na koniec kwestie porządkowe w szkole. Otóż, ja jestem przeciwnikiem koedukacyjnego szkolnictwa. Prowadzi ono tylko do zniżki poziomu, ponieważ uczniowie, zamiast zajmować się nauką, robią to w przypadku osobników płci przeciwnej. A to automatycznie wywołuje patrzenie na takie drobnostki, czy ktoś chodzi w modnych i markowych ubraniach, zamiast zajmowania się rzeczami o wielokroć bardziej konstruktywnymi. Poza tym niech mi jakiś lewacki psycholog czy taki sam pedagog wytłumaczy, jak to jest, że na tym zgniłym Zachodzie, który tak gloryfikuje, najlepsze szkoły to są właśnie dysedukacyjne. Wielu specjalistów od edukacji zwraca również uwagę na to, że tego typu szkoły właśnie osiągają wyższe wyniki niż koedukacyjne. A biorąc pod uwagę, że system szkolnictwa winien kierować się w pewien sposób pojętą efektywnością, to zdecydowanie lepiej, gdyby wszystkie placówki oświatowe w sensie podstawówki, gimnazja, licea et cetera były dysedukacyjne. Inna sprawa to uniformizacja. Szkoła to nie jest rewia mody. Poza tym znowu przykład z Zachodu. Tam każda szanująca się szkoła ma mundurki. Jestem też zwolennikiem kar cielesnych. Jakby taki wątpliwej jakości nastoletni lub kilkuletni bohater dostał po łapskach piórnikiem przy całej klasie, to na drugi raz by się zastanowił ze względu na związane z całym zajściem poczucie wstydu. Dla wielbicieli zachodnich oświeconych modeli oświaty szkolnej dodam, że w elitarnej prywatnej męskiej szkole w Eaton wykonuje się dosyć dotkliwe kary. Odbudowany zostałby poza tym automatycznie mocno zachwiany ostatnimi czasy autorytet nauczyciela. Również powinna być jasna sytuacja w przypadku zażywania używek - wyrzucenie ze szkoły. Tak samo powinno być, jeżeli jakaś dziewczyna zajdzie w ciążę.
W formie dygresji: jest jeszcze kwestia czy szkolnictwo powinno być publiczne czy prywatne. Akurat moim zdaniem spokojnie można by dokonać jego totalnej prywatyzacji, ale to jest kwestia na odrębny artykuł.
Opisałem wówczas zmiany, jakie z pewnością poprawiłyby poziom kształcenia w szkołach oraz wiele innych kwestii z nimi związanych. Tylko pytanie, kto w naszym kraju będzie miał na tyle dużo ikry, aby je przeprowadzić? Raczej nikt.
Obecnym ekipom rządzącym zależy raczej, aby mieć stado posłusznych, właściwie głosujących baranów, aniżeli społeczeństwo było normalne, posiadające głowę w postaci głęboko wykształconej, konserwatywnej elity.
czwartek, 29 maja 2008
O kształt polskiej prawicy
Jakiś czas temu znalazłem podział polskiej sceny politycznej. Jak się przyjrzałem temu wszystkiemu, to się trochę zdziwiłem. Sami możecie Państwo zobaczyć, że prawą stronę okupuje tam PO. A przecież nie trzeba wielkiego intelektu, żeby zobaczyć, że są to formacja kompletnie bezideowa, która tą swoją cechę wynosi jeszcze do rangi cnoty. To zwykła lewacko-socjalistyczna kontrabanda zrzeszająca filoaborcjonistów i wielbicieli eurokomuny. Poza tym PiS znalazł się po dwóch stronach jako authoritarian right i autoritarian left. Tutaj akurat prawda, bo to jest raczej partia sprzeciwu, w której znaleźli się ludzie o różnych poglądach na kwestie gospodarcze, a poglądach generalnie antykomunistycznych i konserwatywnych na kwestie obyczajowo-społeczne. O położeniu innych partii nie będę dyskutował. Lecz nawet jak się spojrzy na scenę polityczną, to pojawia się potrzeba powstania nowej dużej prawicowej formacji. Ci wszyscy ludzie, którzy teraz rządzą, to ciągle ten sam establishment i to od 1989 roku. A tutaj potrzebna jest nowa ideowa formacja prawicowa.
Tylko jak to zrobić? Prawicowcy to ludzie o poglądach konserwatywnych na sferę obyczajową i wolnorynkowych. Może wydawać się, że to jest zwarty monolit, zwłaszcza z pozycji lewicowych. Jednak tak w zupełności nie jest. To najczęściej indywidualiści, którym ciężko jest grać w jednej drużynie. Efekt jest taki, że prawicowych formacji zazwyczaj jest kilka wzajemnie się atakujących. Natomiast socjaliści i demoliberałowie potrafią się ze sobą dogadać i wspólnie poradzić sobie ze skłóconą, zatomizowaną prawicą. Na czym należałoby więc oprzeć program takiej partii?
Tutaj powinny być naczelne pryncypia, z którymi wszyscy się zgodzą. Niżej je zaproponuję.
Pro-life. Formacja prawicowa powinna sprzeciwiać się aborcji, eutanazji, eugenice, zapłodnieniu in vitro jako sprzecznym z prawem naturalnym (w przypadku eutanazji również z przysięgą Hipokratesa).
Antykomunizm polityczny. Nie powinno się przyjmować w swoje szeregi członków PZPR, ZSL, SD i organizacji związanych z aparatem władzy komunistycznej (jak chociażby PRON). Poza tym powinno się dążyć do dekomunizacji i osądzenia żyjących komunistycznych zbrodniarzy.
Zaostrzenie przepisów prawnych. Kary powinna być proporcjonalna do popełnionego czynów.
Mniejszości etniczne i seksualne. Nie mogą one być uprzywilejowane względem reszty ludności.
Wyrzucenie absurdalnych przepisów. Tego to jest sporo. Dlaczego na przykład mamy mieć włączone przez cały okrągły rok światła mijania czy koniecznie jeździć w zapiętych pasach? Dlaczego bez pozwolenia nie można sobie sprawić owczarka kaukaskiego czy ściąć drzewa na swoim terenie? Te wszystkie absurdy i paradoksy powinny zniknąć.
Redukcja aparatu biurokratycznego. Część urzędów można spokojnie zlikwidować. Od razu wówczas pojawią się ułatwienia dla przedsiębiorczości.
Odpolitycznienie urzędów. Powinno się przywrócić Korpus Służby Cywilnej tak, aby posady urzędnicze nie zajmowali ludzie z partyjnego nadania, a znający się na rzeczy.
Zmniejszenie obciążeń fiskalnych. W tym wypadku powinno się dążyć do zmniejszenia podatku dochodowego (chociaż najlepiej byłoby go w ogóle wyeliminować), VAT, akcyz, jak również likwidacja części taksów (vide podatek Belki, od wdów i sierot, spadkowy oraz wiele innych).
Urynkowienie usług. Trzeba zlikwidować ZUS, który i tak do 2015 roku zbankrutuje, dążyć do prywatyzacji sektora ubezpieczeń i służby zdrowia (przynajmniej częściowych) jak również przełamać monopole korporacji prawniczych. Przy tej okazji należy również ograniczyć kompetencje związków zawodowych do poziomu, jakie mają zwykłe stowarzyszenia.
Oświata i szkolnictwo. Szkoły nie powinny być koedukacyjne (kiedyś jakoś były dysedukacyjne i ludzie problemów w sprawach sercowych i damsko-męskich nie mieli). Przydałaby się również uniformizacja wszystkich rodzajów. Przedszkola i zerówki powinny być nieobowiązkowe. Znieść powinno się egzaminy centralne (vide egzamin po podstawówce, po gimnazjum, nowa matura), a szkoły i uczelnie powinny zastąpić je egzaminami wewnętrznymi. Dążyć się winno również do przynajmniej częściowej prywatyzacji tych usług.
W oparciu o te postulaty można by spokojnie zbudować dużą i liczącą się formację stricte prawicową.
PS. Zapraszam do dyskusji.
Tylko jak to zrobić? Prawicowcy to ludzie o poglądach konserwatywnych na sferę obyczajową i wolnorynkowych. Może wydawać się, że to jest zwarty monolit, zwłaszcza z pozycji lewicowych. Jednak tak w zupełności nie jest. To najczęściej indywidualiści, którym ciężko jest grać w jednej drużynie. Efekt jest taki, że prawicowych formacji zazwyczaj jest kilka wzajemnie się atakujących. Natomiast socjaliści i demoliberałowie potrafią się ze sobą dogadać i wspólnie poradzić sobie ze skłóconą, zatomizowaną prawicą. Na czym należałoby więc oprzeć program takiej partii?
Tutaj powinny być naczelne pryncypia, z którymi wszyscy się zgodzą. Niżej je zaproponuję.
Pro-life. Formacja prawicowa powinna sprzeciwiać się aborcji, eutanazji, eugenice, zapłodnieniu in vitro jako sprzecznym z prawem naturalnym (w przypadku eutanazji również z przysięgą Hipokratesa).
Antykomunizm polityczny. Nie powinno się przyjmować w swoje szeregi członków PZPR, ZSL, SD i organizacji związanych z aparatem władzy komunistycznej (jak chociażby PRON). Poza tym powinno się dążyć do dekomunizacji i osądzenia żyjących komunistycznych zbrodniarzy.
Zaostrzenie przepisów prawnych. Kary powinna być proporcjonalna do popełnionego czynów.
Mniejszości etniczne i seksualne. Nie mogą one być uprzywilejowane względem reszty ludności.
Wyrzucenie absurdalnych przepisów. Tego to jest sporo. Dlaczego na przykład mamy mieć włączone przez cały okrągły rok światła mijania czy koniecznie jeździć w zapiętych pasach? Dlaczego bez pozwolenia nie można sobie sprawić owczarka kaukaskiego czy ściąć drzewa na swoim terenie? Te wszystkie absurdy i paradoksy powinny zniknąć.
Redukcja aparatu biurokratycznego. Część urzędów można spokojnie zlikwidować. Od razu wówczas pojawią się ułatwienia dla przedsiębiorczości.
Odpolitycznienie urzędów. Powinno się przywrócić Korpus Służby Cywilnej tak, aby posady urzędnicze nie zajmowali ludzie z partyjnego nadania, a znający się na rzeczy.
Zmniejszenie obciążeń fiskalnych. W tym wypadku powinno się dążyć do zmniejszenia podatku dochodowego (chociaż najlepiej byłoby go w ogóle wyeliminować), VAT, akcyz, jak również likwidacja części taksów (vide podatek Belki, od wdów i sierot, spadkowy oraz wiele innych).
Urynkowienie usług. Trzeba zlikwidować ZUS, który i tak do 2015 roku zbankrutuje, dążyć do prywatyzacji sektora ubezpieczeń i służby zdrowia (przynajmniej częściowych) jak również przełamać monopole korporacji prawniczych. Przy tej okazji należy również ograniczyć kompetencje związków zawodowych do poziomu, jakie mają zwykłe stowarzyszenia.
Oświata i szkolnictwo. Szkoły nie powinny być koedukacyjne (kiedyś jakoś były dysedukacyjne i ludzie problemów w sprawach sercowych i damsko-męskich nie mieli). Przydałaby się również uniformizacja wszystkich rodzajów. Przedszkola i zerówki powinny być nieobowiązkowe. Znieść powinno się egzaminy centralne (vide egzamin po podstawówce, po gimnazjum, nowa matura), a szkoły i uczelnie powinny zastąpić je egzaminami wewnętrznymi. Dążyć się winno również do przynajmniej częściowej prywatyzacji tych usług.
W oparciu o te postulaty można by spokojnie zbudować dużą i liczącą się formację stricte prawicową.
PS. Zapraszam do dyskusji.
Etykiety:
antykomunizm,
konserwatyzm,
oświata,
prawica,
zoologiczna prawicowość
Subskrybuj:
Posty (Atom)