Jednym z ulubionych moich tematów dysput na tematy społeczno-polityczne jest przymus szkolny. Oczywiście, jestem temu przeciwny. W oczach swoich oponentów stałem niejednokrotnie krwiożerczym liberałem oraz darwinistą społecznym rodem z pism Herberta Spencera. Pojawiają się w tych dysputach argumenty ad hominem, że jakby to było gdybym ja funkcjonował na tym świecie bez umiejętności czytania i pisania. Generalnie zmagać się muszę z całą masą dziwnych argumentów przy tego typu dyskusjach. Jak wyżej już nadmieniłem - jestem traktowany jako "oszołom", często wymienia się pewnego pana z muchą w grochy oraz przypisuje się partyjne barwy. Czasem w tego typu pogadankach pojawia się jeden bardzo ciekawy argument. A mianowicie socjalizacja! Czy dziecko wychowane tylko i wyłącznie przez rodziców będzie w stanie później funkcjonować w społeczeństwie? Czy aby ta państwowa szkoła nie była nauczycielką relacji interpersonalnych?
Jak wygląda socjalizacja w szkole nie trzeba długo tłumaczyć. Alkohol, narkotyki, seks... Nic dziwnego, że później zmagamy się z całym szeregiem problemów, które jakoś w dawnych czasach nie istniały. Do szkoły trafiają wszyscy, więc mamy równanie w dół, do poziomu kloaki. Ciągnięte za uszy indywidua, którym wiedzę przez 12 lat wbijano do głowy niemalże z użyciem ciężkich narzędzi, wracają po tym okresie skolaryzacji do stanu pierwotnego. Również przy tej okazji degenerują wartościowe jednostki. No i nic dziwnego, że szkoła staje się niejednokrotnie miejscem rozpusty. Stąd mamy takie zjawiska jak na przykład galerianki.
Na początku nie mogłem uwierzyć, że takie organizmy w ogóle na Indo-Kitaju występują. Miałem to za swoiste urban legend, którymi się karmią tabloidy. A jednak... szkolna socjalizacja, do tego wszędobylska pornografia, brak faktycznego wychowania ze strony rodziców; jakoś trzeba żyć, a podatki zabierają 83%. I nic dziwnego, że potem mamy takie zjawiska przyrodnicze. Istny obraz nędzy i rozpaczy!
Musimy pamiętać jeszcze o jednym. Wyżej wspomniałem tylko i wyłącznie o zjawiskach zdeterminowanych kulturowo. Żyjemy w podłych czasach, kiedy społeczna degrengolada doprowadziła do tego, że w ogóle istnieje coś takiego jak galerianki. Jednakże istnieje też determinizm biologiczny. Pewne mechanizmy nie są do przeskoczenia. Prawo ustaliło pewne bariery pożycia płciowego oraz dorosłości. Funkcjonuje to w większości państw na świecie, no może z wyjątkiem części arabskich. W rzeczywistości to nie jest takie proste. Mamy tutaj rozrzut cech w populacji, jak w przypadku każdej jednej cechy. Jedni dojrzewają szybciej, inni wolniej, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Z tego punktu widzenia wprowadzanie prawnych granic stanowi zabawę liczbami. Jest to również względnie nowy wynalazek, bo dopiero dwudziestowieczny. Wcześniej o takich rzeczach decydowali rodzice, były rytuały inicjacyjne itd. (Co ciekawe, jednym z postulatów włoskich faszystów była pełnoletność w wieku 18 lat). Jednak państwo rozrosło się do niespotykanych wcześniej rozmiarów, no i to, co należało wcześniej do rodziny oraz drobnych społeczności, zostało w ten sposób uregulowane. Co bym zatem zaproponował?
We wcześniejszych tekstach Mea culpa i Świat absurdu sugerowałem, żeby o dorosłości dziecka decydowali rodzice. Tak było przez całe stulecia. Rozumując na zasadzie indukcji można się zapytać: a dlaczego ma być teraz tak nie być? Cóż, jak widać wszystko można udziwnić. Dorosłość miała oznaczać granicę pożycia seksualnego, z jednym wyjątkiem. Uznałem, że rodzice mają prawo wcześniej wydać swoje dziecko za mąż, jeśli uznają to za stosowne. Przecież jeszcze na początku zeszłego wieku małżeństwa w wieku kilkunastu lat były rzeczą normalną. Teraz uległo to przesunięciu... ponieważ szkoła, studia, kwalifikacje zawodowe. Dodam, że było to zgodne z biologią, ponieważ człowiek zdolny do reprodukcji jest już właśnie w tym wieku.
Przy tej okazji mamy rozwiązanie problemu galerianek. Taką dziewczynę odczuwającą nadmierny popęd seksualny wydać najlepiej za mąż, żeby nie przyniosła w przyszłości wstydu swojej rodzinie. Byłoby po sprawie. W dawnych czasach takie rozwiązanie z pewnością by zastosowano, a problem nie zainteresowałby nawet ówczesnych fantastów. Obecnie, niestety, nie mamy takiego komfortu. Żyjemy bowiem w czasach, kiedy władzę rodzicielską się systematycznie zmniejsza. Teraz rodzic stał się de facto funkcjonariuszem państwa wychowującym dzieci. Powoli i nieubłaganie zbliżamy się do scenariusza rodem z Lacedemonu, gdzie wychowaniem zajmowało się państwo. Czymże jest bowiem przymus szkolny oraz zakaz stosowania różnych środków fizycznego przymusu?
I nic dziwnego, że potem szerzą się takie patologie, jak wyżej. Znając współczesne trendy, zamiast gargantuicznego molocha trochę odchudzić, jeszcze on się powiększy. Różni Jaśnie Oświeceni, gdy zobaczą z wysokości swojego racjonalistycznego majestatu te patologie, pewnie zechcą w pełni znacjonalizować chów Homines sapientes. Dostanie się przy tej okazji rodzicom, że skoro dzieci nie potrafili upilnować, to musiała wkroczyć biurokracja. Omamieni ludzie natomiast przyjmą za właściwy ten, sprzeczny nie tylko z biologią, a i ze zdrowym rozsądkiem, pomysł.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 sierpnia 2010
piątek, 25 lipca 2008
Przyczynek do socjocybernetyki: jak ogłupiać społeczeństwo?
Znany klasyk Frederick Bastiat powiedział swojego czasu, iż w społeczeństwie różne grupy walczą o supremację oraz o możliwość wykorzystywania innych. Rzecz jasna, w tym względzie trzeba mu przyznać rację. Są różne grupy o lewicowym zabarwieniu, jakie chcą przejąć władzę nad całym społeczeństwem. Obłudnie jeszcze oni mówią, iż dają nam więcej wolności. Jakieś 99,9% lewicy wierzy w to, że walczy o nią - jak już wielokrotnie podkreślałem to są tzw. pożyteczni idioci. W rzeczywistości ci wszyscy lewacy prowadzą do tego, że jesteśmy stadem bezwładnych zombie, którymi oni mogą kierować według życzenia. Mogą nas pchać w stronę międzynarodowego socjalizmu. Sterują nami jak kukiełkami. Jak to się dzieje?
W niniejszym tekście pozwolę sobie dokonać pewnego przyczynku do socjocybernetyki. O ile klasyczna cybernetyka zajmuje się procesami sterowania w maszynach, biocybernetyka - w organizmach żywych, to socjocybernetyka - analizuje tego typu procesy, ale w skali ludzkich społeczeństw. Jak spojrzymy na tą kwestię z cybernetycznego punktu widzenia, to mamy do czynienia tam z identycznymi procesami co w układach elektronicznych czy systemach nerwowych, a mianowicie szeregami czasowymi, sprzężeniami zwrotnymi, gestaltem oraz układami samoorganizującymi się. Dodam, że do modelowania można wykorzystywać identyczne metody cybernetyki matematycznej. Społeczeństwo można zatem z czysto teoretycznego punktu widzenia traktować jak maszynkę, którą można sterować, panując nad odczuciami poszczególnych osób. Teraz pytanie, a jak to się dokonuje?
Lewica niejednokrotnie twierdzi, że to konserwatyści dążą do ogłupiania społeczeństwa, postulując na przykład prywatyzację szkolnictwa oraz zniesienie obowiązku posyłania dzieci do szkoły. Problem w tym, że to jest zarzut bezpodstawny, bo jak będzie konkurencja na wolnym rynku, to ceny usług edukacyjnych będą nawet tańsze niż obecnie. Poza tym ogłupiać ma sam sposób myślenia w kategoriach konserwatywnych poprzez zawężanie obrazu świata i jego widzenie w rzekomo czarno-białych barwach. A teraz się zwróćmy uwagę na kilka aspektów. Zazwyczaj społeczeństwa degenerowały, gdy odrzucały wartości swoich przodków i pogrążały się w hedonizmie. Pokazuje to chociażby casus starożytnego Rzymu. Od razu został zahamowany wszelki postęp naukowo-techniczny, a państwo zostało w końcu zniszczone przez Germanów. A teraz: czy nie dostrzegamy, że od kiedy lewica stała się dominującą siłą na świecie, to wszelki postęp wyhamował? Mamy tutaj dodatnią korelację.
Tak więc, jaki z tego mamy wniosek. Kto ogłupia społeczeństwo? Oczywiście, że lewica. A teraz przeanalizujmy wszystkie techniki, jakie ta formacja wykorzystuje, aby mieć społeczeństwo niewolników.
Aby móc sterować społeczeństwem z taką samą łatwością jak samochodem, należy zadbać o to, żeby ludzie za dużo nie myśleli. A jak to się robi? Po prostu należy się tutaj grać na najniższych popędów człowieka, między innymi do libido. Przy okazji winno się zadbać, aby ludzie jak najwięcej myśleli o seksie, ale nie w celach reprodukcyjnych, tylko żeby nauczyli się go traktować jako przyjemność. To już bardzo dużo daje, ponieważ czas, który normalnie ludzie poświęciliby na wymyślenie czegoś konstruktywnego, zostanie spędzony na myśleniu właśnie o tego typu czynnościach. Władza zyskuje przy tej okazji bardzo wielki atut: uchodzi w świetle społeczeństwa za bardzo prowolnościową i tolerancyjną. Z drugiej strony wie, że maleje potencjalna ilość jej konkurentów, ponieważ ludzie myślą, jak zaspokoić swoje libido. Krytycyzm społeczeństwa zostaje zatem ostudzony. A jak sprawić, aby ludzie zaczęli myśleć w kategoriach wyłącznie hedonistycznych? Z punktu widzenia lewicowych inżynierów społecznych nie jest to wcale takie trudne. Najpierw należy zalegalizować pornografię. To jest pierwszy etap. Wówczas w społeczeństwie rozwinie się kult pięknego ciała, w związku z tym młodego. Następuje modyfikacja sposobu myślenia - i to w skali ogólnospołecznej. Przy okazji rośnie ilość przestępstw na tle seksualnym, ale to mniejsza z tym. Inżynierów społecznych to nie obchodzi. Następuje swoiste zdziecinnienie całości społeczności, a w związku z tym dalsza zmiana percepcji. Seks zaczyna być odbierany jako przyjemność, a nawet sport. Oswald Spengler w swoim Zmierzchu Zachodu był prorokiem. Napisał on, iż czeka nas faza cywilizacji Erosa oraz zdziecinnienia. To się właśnie dzieje na naszych oczach. No i cóż, ideałem przestał być człowiek inteligentny i zaradny, a stał się człowiek młody niezależnie od zawartości głowy.
Co obok pornografii warto wspierać i bronić? Rzecz jasna wolny seks. Umożliwi on dekonstrukcję rodziny i dalsze traktowanie czynności związanych z rozrodem jako przyjemności. W tym zakresie należy również wspierać wszystkich seksualnych dewiantów, jacy tylko istnieją - homoseksualistów, a wkrótce również poliamorystów, pedofili i zoofili. Z punktu widzenia lewicy rodzina jest pewną formą niezależności, a tą należy zwalczać, więc jak to się robi. Promuje się wolny seks bez żadnych zobowiązań. W efekcie, jeżeli zwalcza się rodzinę, to rośnie atomizacja społeczeństwa. Zagubieni ludzie chętniej się poddają woli lewicowej władzy, która obiecuje coraz więcej rzekomej wolności bez żadnej odpowiedzialności. Opór wobec niej maleje.
Jeśli się sprawi, że ludzie gros czasu będą poświęcali na myślenie o kopulacji, to ludzie nie pomyślą nawet o wielu innych rzeczach. Wynika to po prostu z piramidy potrzeb Maslowa. Takie sprawy, jak jedzenie czy reprodukcja mają większy priorytet niż na przykład kombinowanie, jak tu obalić lewacką władzunię. Jednak to lewicowym inżynierom społecznym nie wystarcza. Oni dążą do uczynienia ludzi istnymi zombie. W tym celu legalizuje się narkotyki. Znamienna natomiast wydaje się walka z tytoniem. Ten, owszem, uzależnia, ale nie wywołuje tak silnych zmian osobowości jak wiele substancji narkotycznych. Przecież nikt mi nie powie, że np. marijuana nie wywołuje zaburzeń w postrzeganiu rzeczywistości. Podobnie rzecz ma się w przypadku grzybów halucynogennych. Lewactwo mówi nam, że legalizacja ma posłużyć ograniczeniu ilości narkomanów. W rzeczywistości ich ilość ma rosnąć, aby po pewnym czasie mieć społeczeństwo kompletnie otępiałe i całkowicie bezkrytycznie podchodzące do wielu kwestii. Narkotyki mają mieć podobne zadanie jak soma w Nowym wspaniałym świecie Aldousa Huxleya. To jest czynnik zniewolenia, a nie żadnej wolności. Skrajni socjaliści, jak chociażby pedofil Bertrand Russel, uważali, iż należy nawet dodawać rtęć do szczepionek, aby uczynić ludzi głupszymi. Z punktu widzenia władzy bilans legalizacji narkotyków jest bardzo korzystny. To jak użycie broni psychochemicznej. Lewacka władza już wie, że ludzie nie podniosą na nią ręki.
Dochodzi obok tego tutaj jeszcze jeden aspekt związany z tym, o czym wyżej była mowa. Kwestie aborcji i eutanazji. Mało kto podchodzi do tego, jako możliwości ogłupiania społeczeństwa, ale jednak. Przecież aborcja prowadzi w stosunkowo krótkim czasie do przetrzebienia klasy średniej, która jest głównym czynnikiem rozwoju państwa. W efekcie, po pewnym czasie zamiast mieć społeczeństwo wieloklasowe, mamy takie z tylko dwoma grupami, u góry cała ta lewacka kamaryla, a u dołu ludzie, którzy nawet nie wiedzą specjalnie, co się wokół nich dzieje. A eutanazja? W dawnych czasach ludzie starsi byli skarbnicą wiedzy i mieli w społeczeństwie autorytet. A teraz marksizm kulturowy doprowadził do tego, że są przezeń traktowane jako balast. Wychodzi na to, że człowiek ma się urodzić, jeżeli mu się pozwoli na to - rzecz jasna, potem ma tylko jeść, wydalać i cudzołożyć, a jak do tego będzie już niezdatny, czy to na skutek wieku, czy wypadku, to ma popełnić wspomagane samobójstwo. Ergo: eutanazja ma niszczyć związki między pokoleniami oraz przyczyniać się do dalszego rozpadu rodziny. Jaki jest z tego dalszy wniosek: oczywiście niszczenie wszelkich form niezależności, co sprzyja dalszemu otępianiu społeczeństwa.
Mamy jeszcze jeden bardzo istotny czynnik, dzięki któremu społeczeństwo można czynić głupszym. A mianowicie odpowiedni system edukacji, który nie uczy logicznego myślenia. Człowiek, opuszczając szkołę, jest niedouczony i nie może dokonać najprostszego wnioskowania na temat otaczającego go świata. Staje się zatem mniej odporny na propagandę i nie jest w stanie dostrzec swojej niewolniczej pozycji odartej z wszelkiej duchowości, a zredukowanej tylko do biologii. Jeżeli chce się mieć społeczeństwo niewolników, należy ze szkół wypuszczać wykształciuchów. Łatwiej wtedy siać zamęt w populacji; ludzie są skłonni uwierzyć we wszystkie głupoty, jakie im się wciśnie. Jeżeli lewacy zdecydują się na przykład wszczepić wszystkim chipy pod skórę, to skołowany lud uzna, że to w trosce o jego bezpieczeństwo.
Na naszą niekorzyść lewactwo świetnie opanowało socjocybernetykę. Ludziom naprawdę wydaje się, że mają więcej wolności niż kiedyś, że mogą robić pewne rzeczy, jakie dawniej były zabronione. Ale tak nie jest. Co więcej, uważają, że obecnie stosowane regulacje, jak fotoradary, kary za przekraczanie prędkości na drodze... że to wszystko jest dobre. Taka prawda. Społeczeństwa są coraz bardziej lewicowe i traktują to, co się z nimi robi, że to ku lepszemu jutru. Sprawdza się przy tym myśl Davili: Być lewicowcem, to traktować zwiastuny katastrofy, jako pomyśloności. Lewicowi inżynierowie społeczni, nieliczna pośród lewactwa kasta uświadomionych, być może nie wiedzą, że jak z pragnienia władzy zniszczą dorobek cywilizacji Zachodu, to być może sami na siebie sprowadzą koniec.
W niniejszym tekście pozwolę sobie dokonać pewnego przyczynku do socjocybernetyki. O ile klasyczna cybernetyka zajmuje się procesami sterowania w maszynach, biocybernetyka - w organizmach żywych, to socjocybernetyka - analizuje tego typu procesy, ale w skali ludzkich społeczeństw. Jak spojrzymy na tą kwestię z cybernetycznego punktu widzenia, to mamy do czynienia tam z identycznymi procesami co w układach elektronicznych czy systemach nerwowych, a mianowicie szeregami czasowymi, sprzężeniami zwrotnymi, gestaltem oraz układami samoorganizującymi się. Dodam, że do modelowania można wykorzystywać identyczne metody cybernetyki matematycznej. Społeczeństwo można zatem z czysto teoretycznego punktu widzenia traktować jak maszynkę, którą można sterować, panując nad odczuciami poszczególnych osób. Teraz pytanie, a jak to się dokonuje?
Lewica niejednokrotnie twierdzi, że to konserwatyści dążą do ogłupiania społeczeństwa, postulując na przykład prywatyzację szkolnictwa oraz zniesienie obowiązku posyłania dzieci do szkoły. Problem w tym, że to jest zarzut bezpodstawny, bo jak będzie konkurencja na wolnym rynku, to ceny usług edukacyjnych będą nawet tańsze niż obecnie. Poza tym ogłupiać ma sam sposób myślenia w kategoriach konserwatywnych poprzez zawężanie obrazu świata i jego widzenie w rzekomo czarno-białych barwach. A teraz się zwróćmy uwagę na kilka aspektów. Zazwyczaj społeczeństwa degenerowały, gdy odrzucały wartości swoich przodków i pogrążały się w hedonizmie. Pokazuje to chociażby casus starożytnego Rzymu. Od razu został zahamowany wszelki postęp naukowo-techniczny, a państwo zostało w końcu zniszczone przez Germanów. A teraz: czy nie dostrzegamy, że od kiedy lewica stała się dominującą siłą na świecie, to wszelki postęp wyhamował? Mamy tutaj dodatnią korelację.
Tak więc, jaki z tego mamy wniosek. Kto ogłupia społeczeństwo? Oczywiście, że lewica. A teraz przeanalizujmy wszystkie techniki, jakie ta formacja wykorzystuje, aby mieć społeczeństwo niewolników.
Aby móc sterować społeczeństwem z taką samą łatwością jak samochodem, należy zadbać o to, żeby ludzie za dużo nie myśleli. A jak to się robi? Po prostu należy się tutaj grać na najniższych popędów człowieka, między innymi do libido. Przy okazji winno się zadbać, aby ludzie jak najwięcej myśleli o seksie, ale nie w celach reprodukcyjnych, tylko żeby nauczyli się go traktować jako przyjemność. To już bardzo dużo daje, ponieważ czas, który normalnie ludzie poświęciliby na wymyślenie czegoś konstruktywnego, zostanie spędzony na myśleniu właśnie o tego typu czynnościach. Władza zyskuje przy tej okazji bardzo wielki atut: uchodzi w świetle społeczeństwa za bardzo prowolnościową i tolerancyjną. Z drugiej strony wie, że maleje potencjalna ilość jej konkurentów, ponieważ ludzie myślą, jak zaspokoić swoje libido. Krytycyzm społeczeństwa zostaje zatem ostudzony. A jak sprawić, aby ludzie zaczęli myśleć w kategoriach wyłącznie hedonistycznych? Z punktu widzenia lewicowych inżynierów społecznych nie jest to wcale takie trudne. Najpierw należy zalegalizować pornografię. To jest pierwszy etap. Wówczas w społeczeństwie rozwinie się kult pięknego ciała, w związku z tym młodego. Następuje modyfikacja sposobu myślenia - i to w skali ogólnospołecznej. Przy okazji rośnie ilość przestępstw na tle seksualnym, ale to mniejsza z tym. Inżynierów społecznych to nie obchodzi. Następuje swoiste zdziecinnienie całości społeczności, a w związku z tym dalsza zmiana percepcji. Seks zaczyna być odbierany jako przyjemność, a nawet sport. Oswald Spengler w swoim Zmierzchu Zachodu był prorokiem. Napisał on, iż czeka nas faza cywilizacji Erosa oraz zdziecinnienia. To się właśnie dzieje na naszych oczach. No i cóż, ideałem przestał być człowiek inteligentny i zaradny, a stał się człowiek młody niezależnie od zawartości głowy.
Co obok pornografii warto wspierać i bronić? Rzecz jasna wolny seks. Umożliwi on dekonstrukcję rodziny i dalsze traktowanie czynności związanych z rozrodem jako przyjemności. W tym zakresie należy również wspierać wszystkich seksualnych dewiantów, jacy tylko istnieją - homoseksualistów, a wkrótce również poliamorystów, pedofili i zoofili. Z punktu widzenia lewicy rodzina jest pewną formą niezależności, a tą należy zwalczać, więc jak to się robi. Promuje się wolny seks bez żadnych zobowiązań. W efekcie, jeżeli zwalcza się rodzinę, to rośnie atomizacja społeczeństwa. Zagubieni ludzie chętniej się poddają woli lewicowej władzy, która obiecuje coraz więcej rzekomej wolności bez żadnej odpowiedzialności. Opór wobec niej maleje.
Jeśli się sprawi, że ludzie gros czasu będą poświęcali na myślenie o kopulacji, to ludzie nie pomyślą nawet o wielu innych rzeczach. Wynika to po prostu z piramidy potrzeb Maslowa. Takie sprawy, jak jedzenie czy reprodukcja mają większy priorytet niż na przykład kombinowanie, jak tu obalić lewacką władzunię. Jednak to lewicowym inżynierom społecznym nie wystarcza. Oni dążą do uczynienia ludzi istnymi zombie. W tym celu legalizuje się narkotyki. Znamienna natomiast wydaje się walka z tytoniem. Ten, owszem, uzależnia, ale nie wywołuje tak silnych zmian osobowości jak wiele substancji narkotycznych. Przecież nikt mi nie powie, że np. marijuana nie wywołuje zaburzeń w postrzeganiu rzeczywistości. Podobnie rzecz ma się w przypadku grzybów halucynogennych. Lewactwo mówi nam, że legalizacja ma posłużyć ograniczeniu ilości narkomanów. W rzeczywistości ich ilość ma rosnąć, aby po pewnym czasie mieć społeczeństwo kompletnie otępiałe i całkowicie bezkrytycznie podchodzące do wielu kwestii. Narkotyki mają mieć podobne zadanie jak soma w Nowym wspaniałym świecie Aldousa Huxleya. To jest czynnik zniewolenia, a nie żadnej wolności. Skrajni socjaliści, jak chociażby pedofil Bertrand Russel, uważali, iż należy nawet dodawać rtęć do szczepionek, aby uczynić ludzi głupszymi. Z punktu widzenia władzy bilans legalizacji narkotyków jest bardzo korzystny. To jak użycie broni psychochemicznej. Lewacka władza już wie, że ludzie nie podniosą na nią ręki.
Dochodzi obok tego tutaj jeszcze jeden aspekt związany z tym, o czym wyżej była mowa. Kwestie aborcji i eutanazji. Mało kto podchodzi do tego, jako możliwości ogłupiania społeczeństwa, ale jednak. Przecież aborcja prowadzi w stosunkowo krótkim czasie do przetrzebienia klasy średniej, która jest głównym czynnikiem rozwoju państwa. W efekcie, po pewnym czasie zamiast mieć społeczeństwo wieloklasowe, mamy takie z tylko dwoma grupami, u góry cała ta lewacka kamaryla, a u dołu ludzie, którzy nawet nie wiedzą specjalnie, co się wokół nich dzieje. A eutanazja? W dawnych czasach ludzie starsi byli skarbnicą wiedzy i mieli w społeczeństwie autorytet. A teraz marksizm kulturowy doprowadził do tego, że są przezeń traktowane jako balast. Wychodzi na to, że człowiek ma się urodzić, jeżeli mu się pozwoli na to - rzecz jasna, potem ma tylko jeść, wydalać i cudzołożyć, a jak do tego będzie już niezdatny, czy to na skutek wieku, czy wypadku, to ma popełnić wspomagane samobójstwo. Ergo: eutanazja ma niszczyć związki między pokoleniami oraz przyczyniać się do dalszego rozpadu rodziny. Jaki jest z tego dalszy wniosek: oczywiście niszczenie wszelkich form niezależności, co sprzyja dalszemu otępianiu społeczeństwa.
Mamy jeszcze jeden bardzo istotny czynnik, dzięki któremu społeczeństwo można czynić głupszym. A mianowicie odpowiedni system edukacji, który nie uczy logicznego myślenia. Człowiek, opuszczając szkołę, jest niedouczony i nie może dokonać najprostszego wnioskowania na temat otaczającego go świata. Staje się zatem mniej odporny na propagandę i nie jest w stanie dostrzec swojej niewolniczej pozycji odartej z wszelkiej duchowości, a zredukowanej tylko do biologii. Jeżeli chce się mieć społeczeństwo niewolników, należy ze szkół wypuszczać wykształciuchów. Łatwiej wtedy siać zamęt w populacji; ludzie są skłonni uwierzyć we wszystkie głupoty, jakie im się wciśnie. Jeżeli lewacy zdecydują się na przykład wszczepić wszystkim chipy pod skórę, to skołowany lud uzna, że to w trosce o jego bezpieczeństwo.
Na naszą niekorzyść lewactwo świetnie opanowało socjocybernetykę. Ludziom naprawdę wydaje się, że mają więcej wolności niż kiedyś, że mogą robić pewne rzeczy, jakie dawniej były zabronione. Ale tak nie jest. Co więcej, uważają, że obecnie stosowane regulacje, jak fotoradary, kary za przekraczanie prędkości na drodze... że to wszystko jest dobre. Taka prawda. Społeczeństwa są coraz bardziej lewicowe i traktują to, co się z nimi robi, że to ku lepszemu jutru. Sprawdza się przy tym myśl Davili: Być lewicowcem, to traktować zwiastuny katastrofy, jako pomyśloności. Lewicowi inżynierowie społeczni, nieliczna pośród lewactwa kasta uświadomionych, być może nie wiedzą, że jak z pragnienia władzy zniszczą dorobek cywilizacji Zachodu, to być może sami na siebie sprowadzą koniec.
Etykiety:
aborcja,
cybernetyka,
eutanazja,
hedonizm,
lewactwo,
narkotyki,
pornografia,
seks,
socjocybernetyka,
społeczeństwo,
zboczenia
piątek, 18 lipca 2008
O problemie edukacji
Od czasu do czasu ów problem powraca jak bumerang. Mówi się o tym przy okazji ogłaszania wyników nowej matury - 30 czerwca od anno Domini 2005, jak również przy okazji zmian gabinetów. Głośno było za nacjonalistycznego ministra Giertycha czy neokonserwatywnego Legutki. Wiadomo już, o co chodzi. Jest tymże problemem edukacja narodowa. Wszystkie gabinety próbują tam coś zrobić, co następnie odbija się czkawką. Mieliśmy już amnestię maturalną, dzięki której prywatne uczelnie ekonomiczne w różnych Psich Wólkach zacierały ręce, a wynikało to z tego, iż uczelnie państwowe i lepsze prywatne nie chciały amnestionowanych przyjmować. Teraz minister Hall ma kolejne modernistyczne pomysły dotyczące doboru przedmiotów, jakich to będzie się uczyło w liceum. Pomysł ten opiera się na zachodnioeuropejskich i amerykańskich programach nauczania. Oczywiście, znając tą panią, która gdańskim kuratorium dobrze nie umiała zarządzać, będzie to kompletna klapa. Inaczej tego określić nie można. Postawiona zostanie ostateczna kropka nad i w polskim systemie edukacji, a przy tym przemysłowej produkcji wykształciuchów i lemingów. Chyba PO dba w ten sposób o swój przyszły elektorat, który ma nie rozumieć za dużo, jak również nie wiedzieć, a przez to wierzyć we wszystkie obiecanki cacanki (nie)rządu, choćbym nie wiem, jak mocno były one irracjonalne. Obecny system jest tak skonstruowany. Przecież na przykład zewnętrzne egzaminy typu nowa matura gimnazjalny powodują spłaszczanie się poziomu. Zamiast robić program, to zaczyna się drążyć do znudzenia zagadnienia najczęściej spotykane na tychże, a resztę omawia po łebkach i na szybko. To jest jedna z licznych wad tego cudacznego systemu, w wyniku którego szkołę opuszczają ludzie niedouczeni. Wykładowcy wielu wyższych uczelni już przeklinają to wszystko, co w ostatnim okresie w MEN-ie wymyślili, również pomstują na to studenci starszych lat, którzy patrzą na młodszych jak na idiotów. Co może zatem uzdrowić polskie szkolnictwo?
Wielu pomstuje na układ 6+3+3, czyli sześcioletnia podstawówka, trzyletnie gimnazjum i tak samo długo trwające liceum. Uważają, że doprowadził on do znacznego spadku poziomu kształcenia. Wiele zagadnień, które dawniej omawiane były na przykład w ósmej klasie szkoły podstawowej, jak chociażby elementarna trygonometria, nie jest teraz w gimnazjum w ogóle robionych. Tak więc pewne poszlaki są. Kiedyś też byłem przeciwnikiem takiego systemu, uważając gimnazjum za takie sobie przedłużenie podstawówki, ale doszedłem do wniosku, że przy umiejętnym rozplanowaniu programu ten model spełniłby wymagania takie jak dawniej układ 8+4. Należałoby tylko podnieść program w gimnazjum i upodobnić je bardziej do szkoły licealnej. Zmieniłaby się ranga tego rodzaju szkoły; tak to jest praktycznie powtórka z podstawówki. Słyszy się również, że dobrze wyuczony uczeń po szkole podstawowej napisałby bez większych problemów egzamin gimnazjalny. Tak więc w gimnazjum traci się bardzo dużo czasu na powtórki, a w tym czasie można by robić nowy materiał.
Inna kwestia to są egzaminy zewnętrzne. Moim zdaniem powinny zostać zniesione. A z jakich powodów? Powodują one bowiem spłaszczanie się poziomu. Na przykład nie tak dawno temu zdecydowano, że na maturze rozszerzonej z matematyki będzie tylko algebra i geometria, a wiele zagadnień zostało wyrzuconych. Jaki to jest sygnał dla nauczycieli tego przedmiotu? Nie trzeba już nawet do granicy funkcji dochodzić, gdzie zazwyczaj się kończy się obecnie nauczanie matematyki. Po prostu tłuc do znudzenia program, jaki winien być zrealizowany w gimnazjum. To jest tylko skromny przykład. Inna rzecz, to egzaminy zewnętrzne preferują uczniów najbardziej przeciętnych, więc nic dziwnego, że pracownicy wyższych uczelni narzekają, z jakim to materiałem przyszło im pracować. Szkoły powinny same sobie ustalać, jakich chcą uczniów. Zatem przywrócić należy egzaminy wewnętrzne, zarówno kończące dany rodzaj szkoły oraz jako wstępne. W przypadku szkół podstawowych można by sobie odpuścić na zakończenie. Natomiast do gimnazjum już powinien być egzamin wstępny z matematyki i polskiego. Należałoby również przywrócić przedwojenną małą maturę, jaka kończyłaby gimnazjum. Podniosłoby rangę tego rodzaju szkoły oraz poprawiłoby zdecydowanie jakość nauczania w nim. Oczywiście do liceum powinny być egzaminy wstępne. Zreorganizować przy okazji należy maturę.
W tym momencie pojawia się problem. Jaki my mamy model edukacji przyjąć, czy formalistyczny, w którym uczy się bardzo niewielu, najpotrzebniejszych informacji, czy encyklopedystyczny, gdzie dba się o wszechstronny intelektualny rozwój ucznia? To tutaj musimy sobie postawić pytanie. Czy chcemy mieć elity, które w przyszłości przejmą ster w tym państwie i będą potrafili skierować je na dobre tory, czy hiperspecjalistów od jakiegoś drobnego wycinka rzeczywistości i znających się tylko na tym? Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie wiedzący wszystko o stosunkowo niewielkim kawałku, a nie wiedzący nic o całej reszcie, dadzą się wodzić za nos. Nie będą posiadali odpowiedniej wiedzy, jaka pozwoli im krytycznie analizować otaczający świat. W efekcie dadzą się zwodzić. I jak mamy tutaj mówić o jakimkolwiek wykrystalizowaniu się elit! Po prostu wtedy całe społeczeństwo to będą orwellowscy proleci. Wybór jest więc jasny. Należy mimo wszystko postawić na neoklasyczny model edukacji, czyli właśnie ten encyklopedystyczny. Co się z tym wiąże? Jeżeli chcemy kształcić ludzi mających być elitą tego kraju, to nie może być tak, że szkołę jest tak łatwo skończyć. Taka sytuacja, co egzamin gimnazjalny na przyzwoitym poziomie jest w stanie napisać dobrze wyedukowany uczeń szkoły podstawowej, jest absolutnie niedopuszczalna. Również, czy rok rocznie do matury musi podchodzić 400 tysięcy absolwentów szkół średnich, jak równie dobrze mogliby podejść tylko najzdolniejsi? Wyżej napisałem, że powinno się podnieść status szkoły gimnazjalnej. Nic dziwnego, że ludzie śmieją się, że to taka lepsza podstawówka, a lepsza o tyle, że robi się w niej jakiejś podstawy fizyki i chemii. Moim zdaniem część materiału z liceum można przenieść spokojnie do gimnazjum - mam tutaj na myśli część lektur oraz zagadnień z matematyki, jak również zdecydowanie podnieść poziom nauczania fizyki, chemii, bo w gimnazjum praktycznie nic się z tego nie robi. Przecież takie sprawy, jak funkcja kwadratowa, trygonometria, znaczna część planimetrii i stereometrii, podstawowe pojęcia w zakresie kombinatoryki to spokojnie można by w gimnazjum wprowadzić. A teraz w takim razie, co z programem liceum. Oczywiście, jeżeli jesteśmy przy matematyce, to w zakresie podstawowym powinny też być takie rzeczy jak pochodne, całki czy liczby zespolone. Przecież to jest śmiech na sali, iż obecny program klas matematyczno-fizycznych w zakesie tego przedmiotu jest identyczny z tym realizowanym w tych o profilu humanistycznym w okresie PRL.
A jak rzecz ma się ma z maturami - małą i dużą, ponieważ w proponowanym przeze mnie modelu tak ma być. Układ dałbym zbliżony. Przedmioty obowiązkowe dla wszystkich to matematyka, język polski i historia, zdawane zarówno pisemnie jak i ustnie. A resztę, czyli 3 lub 4 przedmioty można by sobie samemu dobrać; sposób ich zaliczania byłby identyczny. Jak już wyżej zaznaczałem powinien być to egzamin wewnętrzny. Dlaczego taki układ przedmiotów? Oczywiście można mi zaliczać pewne sympatie w kierunku nauk ścisłych, ale taki przedmiot jak matematyka uczy logicznego myślenia. A czego oczekujemy od człowieka wykształconego? Żeby umiał kojarzyć fakty i umiał składać je w logiczną całość, a tego właśnie uczy matematyka. Język polski - powód jest tutaj prosty. Człowiek wykształcony powinien umieć się wysłowić w ojczystym języku, posiadać pewną wiedzę o literaturze. A historia? Przecież wiedza o tym, co było kiedyś, uchronić może przed powtarzaniem oczywistych błędów z przeszłości. A poza tym, jeżeli ma się posiadać jakiś głębszy światopogląd, to chyba historię trzeba znać.
Kiedyś, gdy schodziła dyskusja na tematy polityczne i wkraczała na tory związane z edukacją, to zarzucano mi popieranie scjentystycznego modelu kształcenia. Rzecz jasna, uważam matematykę za przedmiot ważny. Tak samo jestem orędownikiem, żeby fizyki i chemii robiono w szkole więcej niż to czyni się w tym momencie. Nie przeszkadzałoby mi przywrócenie nauczania języków klasycznych czy wprowadzenie filozofii. W kwestiach programowych, to co jeszcze powinno się zmienić. Byłbym rzecznikiem przywrócenia kaligrafii w szkołach podstawowych. To jest mimo wszystko rozwijające ćwiczenie. Poza tym zrobić należałoby porządek z tą listą lektur, część można by zwyczajnie przenieść do gimnazjum, Gombrowicza wyrzucić. Są lektury zdecydowanie bardziej pożyteczne. A takie debilizmy, żeby przerabiać we fragmentach... to w ogóle najlepiej o nich zapomnieć. Lektury czytać powinno się w całości, bo wtedy kojarzy się wiele rzeczy, na które w przeciwnym wypadku nie zwróci się uwagi.
Do ciągłego obniżania poziomu przyczyniają się jeszcze dwie rzeczy. Jak to jest, że mając ocenę 2 można w ogóle zdać? To jedna sprawa. Secondo: zostawienie ucznia na drugi rok w tej samej klasie w obecnych realiach graniczy z cudem. Jak to rozwiązać? Po pierwsze dwójka to nie powinien być żaden dopuszczający, tylko mierny. Z taką notą należałoby ucznia zostawić, ponieważ stopień opanowania przez niego materiału jest praktycznie żaden. Przy okazji powinniśmy rozwiązać drugi problem. Nauczyciel powinien mieć prawo ucznia mającego ocenę mierną lub niedostateczną zatrzymać na drugi rok. I niech taki delikwent kibluje. W obecnych realiach to trzeba takich przepychać, żeby nie mieć problemów. W efekcie prowadzi to do zaniżania poziomu kształcenia.
Na koniec kwestie porządkowe w szkole. Otóż, ja jestem przeciwnikiem koedukacyjnego szkolnictwa. Prowadzi ono tylko do zniżki poziomu, ponieważ uczniowie, zamiast zajmować się nauką, robią to w przypadku osobników płci przeciwnej. A to automatycznie wywołuje patrzenie na takie drobnostki, czy ktoś chodzi w modnych i markowych ubraniach, zamiast zajmowania się rzeczami o wielokroć bardziej konstruktywnymi. Poza tym niech mi jakiś lewacki psycholog czy taki sam pedagog wytłumaczy, jak to jest, że na tym zgniłym Zachodzie, który tak gloryfikuje, najlepsze szkoły to są właśnie dysedukacyjne. Wielu specjalistów od edukacji zwraca również uwagę na to, że tego typu szkoły właśnie osiągają wyższe wyniki niż koedukacyjne. A biorąc pod uwagę, że system szkolnictwa winien kierować się w pewien sposób pojętą efektywnością, to zdecydowanie lepiej, gdyby wszystkie placówki oświatowe w sensie podstawówki, gimnazja, licea et cetera były dysedukacyjne. Inna sprawa to uniformizacja. Szkoła to nie jest rewia mody. Poza tym znowu przykład z Zachodu. Tam każda szanująca się szkoła ma mundurki. Jestem też zwolennikiem kar cielesnych. Jakby taki wątpliwej jakości nastoletni lub kilkuletni bohater dostał po łapskach piórnikiem przy całej klasie, to na drugi raz by się zastanowił ze względu na związane z całym zajściem poczucie wstydu. Dla wielbicieli zachodnich oświeconych modeli oświaty szkolnej dodam, że w elitarnej prywatnej męskiej szkole w Eaton wykonuje się dosyć dotkliwe kary. Odbudowany zostałby poza tym automatycznie mocno zachwiany ostatnimi czasy autorytet nauczyciela. Również powinna być jasna sytuacja w przypadku zażywania używek - wyrzucenie ze szkoły. Tak samo powinno być, jeżeli jakaś dziewczyna zajdzie w ciążę.
W formie dygresji: jest jeszcze kwestia czy szkolnictwo powinno być publiczne czy prywatne. Akurat moim zdaniem spokojnie można by dokonać jego totalnej prywatyzacji, ale to jest kwestia na odrębny artykuł.
Opisałem wówczas zmiany, jakie z pewnością poprawiłyby poziom kształcenia w szkołach oraz wiele innych kwestii z nimi związanych. Tylko pytanie, kto w naszym kraju będzie miał na tyle dużo ikry, aby je przeprowadzić? Raczej nikt.
Obecnym ekipom rządzącym zależy raczej, aby mieć stado posłusznych, właściwie głosujących baranów, aniżeli społeczeństwo było normalne, posiadające głowę w postaci głęboko wykształconej, konserwatywnej elity.
Wielu pomstuje na układ 6+3+3, czyli sześcioletnia podstawówka, trzyletnie gimnazjum i tak samo długo trwające liceum. Uważają, że doprowadził on do znacznego spadku poziomu kształcenia. Wiele zagadnień, które dawniej omawiane były na przykład w ósmej klasie szkoły podstawowej, jak chociażby elementarna trygonometria, nie jest teraz w gimnazjum w ogóle robionych. Tak więc pewne poszlaki są. Kiedyś też byłem przeciwnikiem takiego systemu, uważając gimnazjum za takie sobie przedłużenie podstawówki, ale doszedłem do wniosku, że przy umiejętnym rozplanowaniu programu ten model spełniłby wymagania takie jak dawniej układ 8+4. Należałoby tylko podnieść program w gimnazjum i upodobnić je bardziej do szkoły licealnej. Zmieniłaby się ranga tego rodzaju szkoły; tak to jest praktycznie powtórka z podstawówki. Słyszy się również, że dobrze wyuczony uczeń po szkole podstawowej napisałby bez większych problemów egzamin gimnazjalny. Tak więc w gimnazjum traci się bardzo dużo czasu na powtórki, a w tym czasie można by robić nowy materiał.
Inna kwestia to są egzaminy zewnętrzne. Moim zdaniem powinny zostać zniesione. A z jakich powodów? Powodują one bowiem spłaszczanie się poziomu. Na przykład nie tak dawno temu zdecydowano, że na maturze rozszerzonej z matematyki będzie tylko algebra i geometria, a wiele zagadnień zostało wyrzuconych. Jaki to jest sygnał dla nauczycieli tego przedmiotu? Nie trzeba już nawet do granicy funkcji dochodzić, gdzie zazwyczaj się kończy się obecnie nauczanie matematyki. Po prostu tłuc do znudzenia program, jaki winien być zrealizowany w gimnazjum. To jest tylko skromny przykład. Inna rzecz, to egzaminy zewnętrzne preferują uczniów najbardziej przeciętnych, więc nic dziwnego, że pracownicy wyższych uczelni narzekają, z jakim to materiałem przyszło im pracować. Szkoły powinny same sobie ustalać, jakich chcą uczniów. Zatem przywrócić należy egzaminy wewnętrzne, zarówno kończące dany rodzaj szkoły oraz jako wstępne. W przypadku szkół podstawowych można by sobie odpuścić na zakończenie. Natomiast do gimnazjum już powinien być egzamin wstępny z matematyki i polskiego. Należałoby również przywrócić przedwojenną małą maturę, jaka kończyłaby gimnazjum. Podniosłoby rangę tego rodzaju szkoły oraz poprawiłoby zdecydowanie jakość nauczania w nim. Oczywiście do liceum powinny być egzaminy wstępne. Zreorganizować przy okazji należy maturę.
W tym momencie pojawia się problem. Jaki my mamy model edukacji przyjąć, czy formalistyczny, w którym uczy się bardzo niewielu, najpotrzebniejszych informacji, czy encyklopedystyczny, gdzie dba się o wszechstronny intelektualny rozwój ucznia? To tutaj musimy sobie postawić pytanie. Czy chcemy mieć elity, które w przyszłości przejmą ster w tym państwie i będą potrafili skierować je na dobre tory, czy hiperspecjalistów od jakiegoś drobnego wycinka rzeczywistości i znających się tylko na tym? Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie wiedzący wszystko o stosunkowo niewielkim kawałku, a nie wiedzący nic o całej reszcie, dadzą się wodzić za nos. Nie będą posiadali odpowiedniej wiedzy, jaka pozwoli im krytycznie analizować otaczający świat. W efekcie dadzą się zwodzić. I jak mamy tutaj mówić o jakimkolwiek wykrystalizowaniu się elit! Po prostu wtedy całe społeczeństwo to będą orwellowscy proleci. Wybór jest więc jasny. Należy mimo wszystko postawić na neoklasyczny model edukacji, czyli właśnie ten encyklopedystyczny. Co się z tym wiąże? Jeżeli chcemy kształcić ludzi mających być elitą tego kraju, to nie może być tak, że szkołę jest tak łatwo skończyć. Taka sytuacja, co egzamin gimnazjalny na przyzwoitym poziomie jest w stanie napisać dobrze wyedukowany uczeń szkoły podstawowej, jest absolutnie niedopuszczalna. Również, czy rok rocznie do matury musi podchodzić 400 tysięcy absolwentów szkół średnich, jak równie dobrze mogliby podejść tylko najzdolniejsi? Wyżej napisałem, że powinno się podnieść status szkoły gimnazjalnej. Nic dziwnego, że ludzie śmieją się, że to taka lepsza podstawówka, a lepsza o tyle, że robi się w niej jakiejś podstawy fizyki i chemii. Moim zdaniem część materiału z liceum można przenieść spokojnie do gimnazjum - mam tutaj na myśli część lektur oraz zagadnień z matematyki, jak również zdecydowanie podnieść poziom nauczania fizyki, chemii, bo w gimnazjum praktycznie nic się z tego nie robi. Przecież takie sprawy, jak funkcja kwadratowa, trygonometria, znaczna część planimetrii i stereometrii, podstawowe pojęcia w zakresie kombinatoryki to spokojnie można by w gimnazjum wprowadzić. A teraz w takim razie, co z programem liceum. Oczywiście, jeżeli jesteśmy przy matematyce, to w zakresie podstawowym powinny też być takie rzeczy jak pochodne, całki czy liczby zespolone. Przecież to jest śmiech na sali, iż obecny program klas matematyczno-fizycznych w zakesie tego przedmiotu jest identyczny z tym realizowanym w tych o profilu humanistycznym w okresie PRL.
A jak rzecz ma się ma z maturami - małą i dużą, ponieważ w proponowanym przeze mnie modelu tak ma być. Układ dałbym zbliżony. Przedmioty obowiązkowe dla wszystkich to matematyka, język polski i historia, zdawane zarówno pisemnie jak i ustnie. A resztę, czyli 3 lub 4 przedmioty można by sobie samemu dobrać; sposób ich zaliczania byłby identyczny. Jak już wyżej zaznaczałem powinien być to egzamin wewnętrzny. Dlaczego taki układ przedmiotów? Oczywiście można mi zaliczać pewne sympatie w kierunku nauk ścisłych, ale taki przedmiot jak matematyka uczy logicznego myślenia. A czego oczekujemy od człowieka wykształconego? Żeby umiał kojarzyć fakty i umiał składać je w logiczną całość, a tego właśnie uczy matematyka. Język polski - powód jest tutaj prosty. Człowiek wykształcony powinien umieć się wysłowić w ojczystym języku, posiadać pewną wiedzę o literaturze. A historia? Przecież wiedza o tym, co było kiedyś, uchronić może przed powtarzaniem oczywistych błędów z przeszłości. A poza tym, jeżeli ma się posiadać jakiś głębszy światopogląd, to chyba historię trzeba znać.
Kiedyś, gdy schodziła dyskusja na tematy polityczne i wkraczała na tory związane z edukacją, to zarzucano mi popieranie scjentystycznego modelu kształcenia. Rzecz jasna, uważam matematykę za przedmiot ważny. Tak samo jestem orędownikiem, żeby fizyki i chemii robiono w szkole więcej niż to czyni się w tym momencie. Nie przeszkadzałoby mi przywrócenie nauczania języków klasycznych czy wprowadzenie filozofii. W kwestiach programowych, to co jeszcze powinno się zmienić. Byłbym rzecznikiem przywrócenia kaligrafii w szkołach podstawowych. To jest mimo wszystko rozwijające ćwiczenie. Poza tym zrobić należałoby porządek z tą listą lektur, część można by zwyczajnie przenieść do gimnazjum, Gombrowicza wyrzucić. Są lektury zdecydowanie bardziej pożyteczne. A takie debilizmy, żeby przerabiać we fragmentach... to w ogóle najlepiej o nich zapomnieć. Lektury czytać powinno się w całości, bo wtedy kojarzy się wiele rzeczy, na które w przeciwnym wypadku nie zwróci się uwagi.
Do ciągłego obniżania poziomu przyczyniają się jeszcze dwie rzeczy. Jak to jest, że mając ocenę 2 można w ogóle zdać? To jedna sprawa. Secondo: zostawienie ucznia na drugi rok w tej samej klasie w obecnych realiach graniczy z cudem. Jak to rozwiązać? Po pierwsze dwójka to nie powinien być żaden dopuszczający, tylko mierny. Z taką notą należałoby ucznia zostawić, ponieważ stopień opanowania przez niego materiału jest praktycznie żaden. Przy okazji powinniśmy rozwiązać drugi problem. Nauczyciel powinien mieć prawo ucznia mającego ocenę mierną lub niedostateczną zatrzymać na drugi rok. I niech taki delikwent kibluje. W obecnych realiach to trzeba takich przepychać, żeby nie mieć problemów. W efekcie prowadzi to do zaniżania poziomu kształcenia.
Na koniec kwestie porządkowe w szkole. Otóż, ja jestem przeciwnikiem koedukacyjnego szkolnictwa. Prowadzi ono tylko do zniżki poziomu, ponieważ uczniowie, zamiast zajmować się nauką, robią to w przypadku osobników płci przeciwnej. A to automatycznie wywołuje patrzenie na takie drobnostki, czy ktoś chodzi w modnych i markowych ubraniach, zamiast zajmowania się rzeczami o wielokroć bardziej konstruktywnymi. Poza tym niech mi jakiś lewacki psycholog czy taki sam pedagog wytłumaczy, jak to jest, że na tym zgniłym Zachodzie, który tak gloryfikuje, najlepsze szkoły to są właśnie dysedukacyjne. Wielu specjalistów od edukacji zwraca również uwagę na to, że tego typu szkoły właśnie osiągają wyższe wyniki niż koedukacyjne. A biorąc pod uwagę, że system szkolnictwa winien kierować się w pewien sposób pojętą efektywnością, to zdecydowanie lepiej, gdyby wszystkie placówki oświatowe w sensie podstawówki, gimnazja, licea et cetera były dysedukacyjne. Inna sprawa to uniformizacja. Szkoła to nie jest rewia mody. Poza tym znowu przykład z Zachodu. Tam każda szanująca się szkoła ma mundurki. Jestem też zwolennikiem kar cielesnych. Jakby taki wątpliwej jakości nastoletni lub kilkuletni bohater dostał po łapskach piórnikiem przy całej klasie, to na drugi raz by się zastanowił ze względu na związane z całym zajściem poczucie wstydu. Dla wielbicieli zachodnich oświeconych modeli oświaty szkolnej dodam, że w elitarnej prywatnej męskiej szkole w Eaton wykonuje się dosyć dotkliwe kary. Odbudowany zostałby poza tym automatycznie mocno zachwiany ostatnimi czasy autorytet nauczyciela. Również powinna być jasna sytuacja w przypadku zażywania używek - wyrzucenie ze szkoły. Tak samo powinno być, jeżeli jakaś dziewczyna zajdzie w ciążę.
W formie dygresji: jest jeszcze kwestia czy szkolnictwo powinno być publiczne czy prywatne. Akurat moim zdaniem spokojnie można by dokonać jego totalnej prywatyzacji, ale to jest kwestia na odrębny artykuł.
Opisałem wówczas zmiany, jakie z pewnością poprawiłyby poziom kształcenia w szkołach oraz wiele innych kwestii z nimi związanych. Tylko pytanie, kto w naszym kraju będzie miał na tyle dużo ikry, aby je przeprowadzić? Raczej nikt.
Obecnym ekipom rządzącym zależy raczej, aby mieć stado posłusznych, właściwie głosujących baranów, aniżeli społeczeństwo było normalne, posiadające głowę w postaci głęboko wykształconej, konserwatywnej elity.
Subskrybuj:
Posty (Atom)