Cyprian Kamil Norwid rzekł swego czasu, że patriotyzm Pana Tadeusza jest kapuściany. Fakt, jego twórczość miała zupełnie inny charakter. Jest trudniejsza niż Mickiewicz i Słowacki. Oczywiście, nie mam zamiaru tutaj obbrązowiać wyżej wymienionych. Zostawiam to - ewentualnie - historykom literatury parających się tą epoką. Co wydało mu się kapuściane? Te wszystkie opisy, podkreślanie pewnych rzeczy na każdym kroku.
To było w dziewiętnastym wieku. Teraz minęły dwa stulecia i istnieje cała masa zjawisk, rzeczy, o których można tak powiedzieć, jeśli nie dosadniej, oczywiście. Mamy na przykład szereg ugrupowań politycznych głównego nurtu. Część z nich w ogóle wyraża się pogardliwie o Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, uważa, że polskość to nienormalność. Chcą nas modernizować, dostosować do zachodnich standardów. Jest jednak pewna partia, która odmienia Polskę przez wszystkie przypadki, żeby potem wystawić rzyć na swoich zwolenników. Oni natomiast się radują. Nie rozumiem tego masochizmu; to tak jakby obrzucić ich fekaliami! W życiu nie przyszłoby mi popierać partii traktującej instrumentalnie tak ważne postulaty.
Tą partią jest PiS z Jarosławem "Santo Subito" Kaczyńskim na czele. Fenomenowi powyższemu poświęciłem kilka tekstów. Nie zastanawiałem się jednak głębiej nad casus belli. Chodzi tutaj o podkreślany na każdym kroku antykomunizm. Czy jest on prawdziwy, czy kapuściany?
Po pierwsze należy się w ogóle zastanowić, czy oni są w ogóle antykomunistyczni. Można tutaj powiedzieć, że sprzeciwiają się obecnemu systemowi oligarchicznemu i postkomunistycznemu. Co jednak proponują w zamian? Czy chcą to koryto zlikwidować? Skądże znowu. W programie PiS nie ma ani jednego punktu dotyczącego ograniczania biurokracji, państwowych wydatków czy stopnia reglamentacji gospodarki. Po prostu oni chcą wsadzić swoich ludzi na te stanowiska. Myślą, że wtedy będzie dobrze. Obecni zarządcy mają być źli ze względu na rodowód - jak wspomniałem wyżej - postkomunistyczni, a nie dlatego że są. PiS po prostu chce wskoczyć na te stołki i kultywować obecny system. Oni pragną jakościowej, a nie ilościowej zmiany. Czy nie widzimy tutaj również klasyki lewicowego rozumowania? Ideolodzy z drugiej strony flanki zwykli wspominać niedojrzałość ludzi czy też złych twórców systemów. Alfred Rosenberg zeznał w procesie norymberskim, że Hitler wypaczył nazizm. Socjaliści wszelkiej maści lubią usprawiedliwiać zbrodnie komunistyczne budową lepszego świata, która zakończyła się pożogą. Nie ze względu na sam charakter systemu, tylko złych budowniczych, którzy musieli wszystko zepsuć. Tak samo rozumuje PiS. Ich zdaniem nie system biurokratyczny jest zły, tylko ludzie, którzy nim zarządzają. Można już na tej podstawie powiedzieć, że PiS jest partią co najwyżej niepostkomunistyczną.
Inna kwestia to socjalizm tej partii. Prezes jasno postawił granicę między Polską solidarną i liberalną. Miał stanąć po pierwszej stronie. Nie użył określenia "socjalizm", ponieważ to kojarzy się z zeszłym ustrojem. Jednakże jego postulaty jak z Manifestu komunistycznego. Państwo ma utrzymać państwową własność środków produkcji, a nawet zwiększyć warsztaty narodowe na skutek nacjonalizacji. PiS przecież wysuwał takie postulaty. Dążył do "odzyskania" okrętownictwa czy utylizacji odpadów. Próbowano lansować ustawę, która pozwoliłaby znacjonalizować przedsiębiorstwo uznane za strategiczne. Państwo ma zajmować ma się służbą zdrowia, oświatą, pomocą społeczną. Czy socjalista może być szczerym antykomunistą? To wątpliwe. Socjalizm obecnego typu uruchamia mechanizm zapadkowy, który skutkuje rozrostem państwowych instytucji aż dojdą do stanu takiego jak za komuny. Takie mechanizmy obserwujemy we wszystkich państwach rozwiniętych. Socjalista nie może być zatem antykomunistą, to zadziwiające dwójmyślenie bardzo często występujące. Nie można jednocześnie wchodzić na schody i z nich schodzić. Nie da się popierać pewnych postulatów i jednocześnie stanowczo przeciwko nim występować.
PiS cechuje również centralizm. Rząd ma się składać z trzydziestu ministerstw i stanowić pas transmisyjny do gminy, jeżeli nie sołectwa. Wszystko ma być rozwiązywane centralnie jak za Gomułki czy Gierka. I czy ktoś taki może być antykomunistyczny? Wracamy tutaj do powyższego akapitu. Nie da się po prostu. To również świadczy o skrajnie etatystycznym myśleniu kierownictwa partii, większości członków oraz sympatyków. Czy oni wszyscy są naprawdę ślepi, żeby tego nie dostrzegać? Na to wygląda albo nigdy się nad tym nie zastanawiali.
Przedstawiany miał być projekt konstytucji. "Santo Subito" Kaczyński powiedział, że państwo ma regulować wszystkie aspekty życia i nie może być stref niczyich. Czy czegoś to nam nie przypomina? Czy to nie oznacza, że "państwo jest wszystkim i nic nie może istnieć poza państwem"? Cytat pochodzi z broszury autorstwa Gentilego, przypisanej Mussoliniemu, a mianowicie Doktryny faszyzmu. Tak również wyglądały systemy komunistyczne. Państwo było nadrzędnym regulatorem. Nie ma to nic z prawicowym myśleniem. Omnipotencja państwa to domena lewicy. Państwo ma być proste i skuteczne, a nie gargantuicznym, totalistycznym molochem. Ludzie, którzy głoszą takie postulaty, nie mogą się nazywać antykomunistami. Jak można twierdzić, że się prezentuje taki nurt, jeżeli głosi się bliźniacze postulaty w stosunku do komunizmu. Nie dziwię się, iż niektórzy uznali PiS za partię o takim właśnie charakterze, woleli oddać głos na Tuska, który nawiasem mówiąc, nie jest wcale lepszy. Wie jednak kiedy trzymać język za zębami oraz dba o public relation. Też dąży do utrzymania obecnego systemu politycznego. Jak stwierdził kiedyś Janusz Korwin-Mikke, liberalizm mu się nie opłaca.
Kaczyści mają również gdzieś praworządność i prawo rzymskie będące jednym z fundamentów naszego kręgu cywilizacyjnego. Poparli noc kryształową zgotowaną sprzedawcom dopalaczy. Ekspresowo przegłosowano poprawkę do ustawy o zwalczaniu narkomanii. Zapomnieli oni, że istnieje coś takiego jak vacatio legis. Zanim prawo zostanie wprowadzone, musi upłynąć pewien okres czasu. Inicjatywa wyszła oczywiście ze strony PO - musieli zadbać o dobry wizerunek, ale PiS dorzucił tutaj swoją cegiełkę. Mieściło się to bowiem w ich sposobie rozumowania. Tak samo odbieranie emerytur przedstawicielom resortów siłowych. Mamy niestety ciągłość prawną z PRL, nikt nie powiedział w 1989 roku, że jest inaczej. To są prawa nabyte. Jeżeli pożyczyłem pieniądze od człowieka, który okazał się być mordercą i gwałcicielem, mam obowiązek mu je zwrócić. Tak samo jest w tym przypadku. Lex retro non agit, to po pierwsze, a dura lex, sed lex po drugie. Takie praktyki, jak wyżej wymienione, stosowali komuniści - odbierając obywatelstwo na przykład. Kiedyś nawet carat uznawał stopnie wojskowe uzyskane w walce z nim. Hitler wypłacał emerytury urzędnikom II RP, którą zlikwidował. Brak praworządności cechował od zawsze komunistów. Czy można się nazywać antykomunistą, broniąc takich postulatów. Moim zdaniem nie.
Antykomunizm oznacza odrzucenie praktyk typowych dla systemu komunistycznego - centralizmu, państwa typu Wielkiego Brata, socjalizmu oraz negacji prawa rzymskiego. To nie tylko ujadanie na generalicję, funkcjonariuszy resortów siłowych czy ogólnie pojętą postkomunę. Niektórzy myślą, że to wystarczy, żeby miano antykomunisty sobie przypisywać.
Na każdym kroku podkreślany antykomunizm PiS i jego zwolenników jest zatem kapuściany. Jest bezustannie odgrzewanym kotletem. Nie wiem, czy stanowi chwyt propagandowy. Mam bowiem wrażenie, że ci ludzie tego nie widzą. Wryło im się to podświadomość. Nawet nie są w stanie dostrzec drugiej strony lustra.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty
piątek, 12 listopada 2010
środa, 12 sierpnia 2009
"Prawicowa koncepcja państwa" - krytyka
Wielokrotnie można się spotkać z pewnym redefiniowaniem pojęcia prawicy i prawicowości. Często bowiem redukuje się to pojęcie do kwestii gospodarczych. Wówczas, żeby daną osobę zaklasyfikować do prawicy lub lewicy wystarczy się zapytać, jaki ma być zakres działania państwa. Mnie też się czasem dostaje za to, że skupiam się na aspektach konstrukcji państwa czy też gospodarczych. Uważam, że prawicowość jest całościową wizją państwa i społeczeństwa, obejmująca zarówno obyczajowość i aspekty społeczne, jak również gospodarkę. Nie można tego zawężać, ani do pierwszych wymienionych, ani do wątków technokratycznych. Takie błędy są czynione jednak nagminnie. Postanowiłem zatem dociec, jakie są źródła takiego myślenia.
Z jednej strony mamy organ prasowy UPR Najwyższy Czas!, w którym to wielu autorów samozwańczo redefiniuje pojęcie prawicy sprowadzając je wyłącznie do gospodarki. O wiele większe zdumienie jednak może wywołać książka Tomasza Cukiernika Prawicowa koncepcja państwa. Klasyczny konserwatysta taki jak moja persona może być bardzo zdziwiony, że nie występuje tam w roli radykalnego prawicowca. Więcej, autor zarzuci mu jeszcze wyznawanie pewnych pomysłów zakwalifikowanych przez niego do kategorii socjalizmu. Do prawicy włączane są treści lewicowe, o ile nie lewackie. W książce mamy zatem samozwańcze redefiniowanie pojęć, manipulowanie zakresem semantycznym, które może wprowadzić w błąd osobę nie znającą założeń poszczególnych doktryn polityczno-prawnych.
Pierwszą rzeczą, jaką się rzuca w oczy, to za prawicowców uznani zostali w książce liberałowie. A czy to nie jest czasem ruch lewicowy? Przecież liberalizm sam w sobie jest sprzeciwem wobec konserwatyzmu. To pierwsza przed socjalizmem i komunizmem masowa, egalitarna wizja społeczeństwa wynikająca z antropologicznego pozytywizmu. Liberalizm z historycznego punktu widzenia jest ruchem lewicowym, no i zawsze stał po stronie lewicy (obecnie również tak się dzieje). Na przykład w czasie wojny domowej w Hiszpanii liberałowie stanęli po stronie socjalistów i komunistów. Wystarczy popatrzeć na historię, żeby przekonać się, że jest to ruch nie mający z prawicą nic wspólnego, pragnący trzebić tradycyjne obyczaje celem wprowadzania swoich modernistycznych. A w książce na każdej niemalże stronie jest "liberałowie". Oni z prawicą nie mają nic wspólnego. Uznanie liberalizmu za ruch prawicowy kwalifikuje się zatem pod celową manipulację. Ma ona na celu obronę technokratycznego modelu prawicy jako tylko i wyłącznie liberalizmu ekonomicznego. A gdzie się podział światopoglądowy konserwatyzm wobec tego? Czy ma on pełnić wyłącznie funkcję akcesoryczną?
Autor również zalicza gigantyczną wpadkę. W pierwszym rozdziale swojej książki pt. Zadania państwa liberalnego napisał, iż liberałowie są przeciwnikami aborcji i eutanazji, ponieważ za najwyższą wolność uważają wolność do życia. Nie wiem, do jakiej kategorii zaliczyć tego typu faux pau. Należy zadać tutaj jeszcze pytanie, o jakiej kategorii liberałów on mówi. Czy mają to być liberałowie klasyczni czy libertarianie. Te bowiem ruchy wykazują bowiem często bardzo antynatalistyczne nastawienie. Na przykład Murray Newton Rothbard, na którego autor Prawicowej koncepcji państwa się powołuje. Pisał on wręcz, że żaden człowiek nie ma prawa bezkarnie występować wewnątrz drugiego. Opinia, że aborcja powinna być dozwolona do jakiegoś etapu ciąży, jest wśród liberałów bardzo powszechna. Autorytatywne wypowiadanie się, że są oni przeciwnikami aborcji jest zatem błędne. Tak samo jest w przypadku eutanazji.
W rozdziale Zadania państwa liberalnego do tez prawicowych (czyli według autora liberalnych) wkrada się stwór w postaci państwa neutralnego światopoglądowego. Sama idea jest arcylewicowa i z prawicą nie ma nic wspólnego. Coś takiego jak państwo neutralne światopoglądowo nie może nawet istnieć. Prawo musi się bowiem opierać na jakiś fundamentach, a te wywodzą się z przekonań jakiejś grupy w społeczeństwie. Jakby chcieć zatem wszystkim dogodzić, to żadnego systemu prawnego nie dałoby się ustanowić. Gdyby chcieć stworzyć państwo, które byłoby światopoglądowo neutralne, należałoby dokonać jego demontażu. Dopiero bowiem anarchia może być światopoglądowo neutralna. Państwo neutralne światopoglądowo oznacza w takim razie de facto państwowy ateizm taki jak we Francji, ZSRR czy Korei Północnej. Ponieważ będzie ono preferować osoby o poglądach wręcz antyteistycznych (bo ateistów jako takich transcendencja chyba w ogóle mało powinna obchodzić) oraz ich sposoby na zorganizowanie państwa i społeczeństwa. Państwo prawicowe sensu stricto powinno mieć religię panującą, w naszym konkretnym przypadku katolicką, a nie bawić się w lewicowe eksperymenty z państwowym ateizmem.
W rozdziale Krytyka państwa opiekuńczego pojawia się podrozdział Zabrania się zabraniać!. Już sama jego nazwa wywołuje skojarzenie ze studencką rewoltą w roku 1968. Autor krytykuje tam konserwatywne rozwiązania społeczne dotyczące na przykład tępienia pornografii, prostytucji czy narkomanii. Czy coś takiego powinno pojawić się w książce nazywającej się Prawicowa koncepcja państwa. Przecież mamy tu obronę postulatów bardzo lewackich, w stosunku do których nawet sami lewicowcy wykazują pewną powściągliwość. Autor uzasadnia to w taki sposób, że zakazywanie różnych rzeczy powoduje powstanie przestępczego podziemia. To łatwo sprowadzić do reductio ad absurdum. Wówczas można uznać, że po likwidacji prawa w ogóle nie będzie istniała taka kategoria jak przestępstwo. Czy zatem autor jest anarchistą? Błędność tego rozumowania wykazałem poza tym w swojej polemice z tekstem Janusza Korwin-Mikkego. Dziwny jest zatem jego sprzeciw wobec aborcji i eutanazji, przecież teoretycznie po zalegalizowaniu plag społecznych - bo takie określenie jest adekwatne - mafia mogłaby się przerzucić na pigułki wczesnoporonne i zestawy do usypiania ludzi. Wówczas pewnie jakiś "arcyprawicowy" Tomasz Cukiernik pisałby, że powinniśmy dla świętego spokoju zalegalizować aborcję i eutanazję.
W tym ostatnim podrozdziale mamy poza tym do czynienia z samozwańczą redefinicją pojęć. Państwo opiekuńcze nie tyczy się bowiem obyczajowości z założenia. To system, w którym państwo reguluje stosunki pracy, edukuje, leczy, ubezpiecza, zajmuje się opieką społeczną; stanowi zatem pewien typ jego konstrukcji. Autor zmanipulował jego zakres semantyczny. Stosując takie sztuczki można udowodnić dowolną tezę np. to, że słonie są zdolne do aktywnego lotu. Taka manipulacja zakresem semantycznym pokazuje na jeszcze jedno.
Marksiści wyznawali dyktat ekonomii. Tutaj mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem do tego. O ile marksiści proponowali ekonomię socjalistyczną, w przypadku Prawicowej koncepcji państwa mamy neoliberalizm według szkoły chicagowskiej przeplatany elementami austriackiej szkoły ekonomicznej. Cała zresztą książka poświęcona jest na omówienie szeregu zagadnień związanych z gospodarką. Nic dziwnego, że po takich lekturach wielu ludzi twierdzi, że prawica to tylko i wyłącznie podejście do ekonomii, a tradycja, religia, ład społeczny schodzą na drugi, a nawet trzeci plan. Nic zatem dziwnego, że tylnymi drzwiami wchodzi obyczajowa zgnilizna, walka z którą była nawet w tej książce krytykowana. Ciekawie zresztą to kontrastuje z tabelką zamieszczoną jako dodatek do książki, w której jest mowa o kultywowaniu tradycji. A jak ma się do tego ta obyczajowa zgnilizna w postaci wymienionej wyżej triady, jakiej autor (podobnie jak wielu innych publicystów związanych z UPR) broni jak lew? Nie zmienia to jednak faktu, że koncepcje ekonomiczne są w książce przedstawione dosyć dobrze.
Skoro się takie książki ukazują, to nic dziwnego, że potem zdarzają się bardzo ciekawe kwiatki. Pewien osobnik związany z UPR miał powiedzieć, że konserwatyzm to jest taki liberalizm, a liberalizm to taki konserwatyzm. Nie jest to cytat zasłyszany ani przeze mnie, ani przez innego konserwatystę. Wyhaczył to jeden z redaktorów Liberte, Piotr Beniuszys, a zatem zupełnie inna bajka. Takiego pomieszania z poplątaniem można dostać nie mając uprzedniej wiedzy o doktrynach polityczno-prawnych, a czytając takie książki. Tak więc moja dobra rada: najpierw trzeba zdobyć jakąś wiedzę na temat, czym są konserwatyzm, liberalizm, socjalizm, a dopiero potem brać się za Prawicową koncepcję państwa. Z mojego konserwatywnego punktu widzenia przedstawione tam poglądy są niezgrabną hybrydą konserwatyzmu, konserwatywnego liberalizmu oraz ateistycznego liberalizmu, zatem aż trzech doktryn. Takie połączenie spotykane jest dosyć często u młodych zwolenników UPR, którzy jeszcze nie bardzo rozumieją założenia poszczególnych doktryn, a podchodzą bezkrytycznie do tego, co przywódcy Unii Polityki Realnej i publicyści zeń sympatyzujący piszą.
Prawicowa koncepcja państwa to zły tytuł dla tej książki. Żeby był on prawidłowy, winna się nazywać Liberalna koncepcja państwa. Prawicowość bowiem wykracza poza sam aspekt gospodarczy i technokratyczny, jak również wyraża sprzeciw wobec obyczajowego modernizmu.
Z jednej strony mamy organ prasowy UPR Najwyższy Czas!, w którym to wielu autorów samozwańczo redefiniuje pojęcie prawicy sprowadzając je wyłącznie do gospodarki. O wiele większe zdumienie jednak może wywołać książka Tomasza Cukiernika Prawicowa koncepcja państwa. Klasyczny konserwatysta taki jak moja persona może być bardzo zdziwiony, że nie występuje tam w roli radykalnego prawicowca. Więcej, autor zarzuci mu jeszcze wyznawanie pewnych pomysłów zakwalifikowanych przez niego do kategorii socjalizmu. Do prawicy włączane są treści lewicowe, o ile nie lewackie. W książce mamy zatem samozwańcze redefiniowanie pojęć, manipulowanie zakresem semantycznym, które może wprowadzić w błąd osobę nie znającą założeń poszczególnych doktryn polityczno-prawnych.
Pierwszą rzeczą, jaką się rzuca w oczy, to za prawicowców uznani zostali w książce liberałowie. A czy to nie jest czasem ruch lewicowy? Przecież liberalizm sam w sobie jest sprzeciwem wobec konserwatyzmu. To pierwsza przed socjalizmem i komunizmem masowa, egalitarna wizja społeczeństwa wynikająca z antropologicznego pozytywizmu. Liberalizm z historycznego punktu widzenia jest ruchem lewicowym, no i zawsze stał po stronie lewicy (obecnie również tak się dzieje). Na przykład w czasie wojny domowej w Hiszpanii liberałowie stanęli po stronie socjalistów i komunistów. Wystarczy popatrzeć na historię, żeby przekonać się, że jest to ruch nie mający z prawicą nic wspólnego, pragnący trzebić tradycyjne obyczaje celem wprowadzania swoich modernistycznych. A w książce na każdej niemalże stronie jest "liberałowie". Oni z prawicą nie mają nic wspólnego. Uznanie liberalizmu za ruch prawicowy kwalifikuje się zatem pod celową manipulację. Ma ona na celu obronę technokratycznego modelu prawicy jako tylko i wyłącznie liberalizmu ekonomicznego. A gdzie się podział światopoglądowy konserwatyzm wobec tego? Czy ma on pełnić wyłącznie funkcję akcesoryczną?
Autor również zalicza gigantyczną wpadkę. W pierwszym rozdziale swojej książki pt. Zadania państwa liberalnego napisał, iż liberałowie są przeciwnikami aborcji i eutanazji, ponieważ za najwyższą wolność uważają wolność do życia. Nie wiem, do jakiej kategorii zaliczyć tego typu faux pau. Należy zadać tutaj jeszcze pytanie, o jakiej kategorii liberałów on mówi. Czy mają to być liberałowie klasyczni czy libertarianie. Te bowiem ruchy wykazują bowiem często bardzo antynatalistyczne nastawienie. Na przykład Murray Newton Rothbard, na którego autor Prawicowej koncepcji państwa się powołuje. Pisał on wręcz, że żaden człowiek nie ma prawa bezkarnie występować wewnątrz drugiego. Opinia, że aborcja powinna być dozwolona do jakiegoś etapu ciąży, jest wśród liberałów bardzo powszechna. Autorytatywne wypowiadanie się, że są oni przeciwnikami aborcji jest zatem błędne. Tak samo jest w przypadku eutanazji.
W rozdziale Zadania państwa liberalnego do tez prawicowych (czyli według autora liberalnych) wkrada się stwór w postaci państwa neutralnego światopoglądowego. Sama idea jest arcylewicowa i z prawicą nie ma nic wspólnego. Coś takiego jak państwo neutralne światopoglądowo nie może nawet istnieć. Prawo musi się bowiem opierać na jakiś fundamentach, a te wywodzą się z przekonań jakiejś grupy w społeczeństwie. Jakby chcieć zatem wszystkim dogodzić, to żadnego systemu prawnego nie dałoby się ustanowić. Gdyby chcieć stworzyć państwo, które byłoby światopoglądowo neutralne, należałoby dokonać jego demontażu. Dopiero bowiem anarchia może być światopoglądowo neutralna. Państwo neutralne światopoglądowo oznacza w takim razie de facto państwowy ateizm taki jak we Francji, ZSRR czy Korei Północnej. Ponieważ będzie ono preferować osoby o poglądach wręcz antyteistycznych (bo ateistów jako takich transcendencja chyba w ogóle mało powinna obchodzić) oraz ich sposoby na zorganizowanie państwa i społeczeństwa. Państwo prawicowe sensu stricto powinno mieć religię panującą, w naszym konkretnym przypadku katolicką, a nie bawić się w lewicowe eksperymenty z państwowym ateizmem.
W rozdziale Krytyka państwa opiekuńczego pojawia się podrozdział Zabrania się zabraniać!. Już sama jego nazwa wywołuje skojarzenie ze studencką rewoltą w roku 1968. Autor krytykuje tam konserwatywne rozwiązania społeczne dotyczące na przykład tępienia pornografii, prostytucji czy narkomanii. Czy coś takiego powinno pojawić się w książce nazywającej się Prawicowa koncepcja państwa. Przecież mamy tu obronę postulatów bardzo lewackich, w stosunku do których nawet sami lewicowcy wykazują pewną powściągliwość. Autor uzasadnia to w taki sposób, że zakazywanie różnych rzeczy powoduje powstanie przestępczego podziemia. To łatwo sprowadzić do reductio ad absurdum. Wówczas można uznać, że po likwidacji prawa w ogóle nie będzie istniała taka kategoria jak przestępstwo. Czy zatem autor jest anarchistą? Błędność tego rozumowania wykazałem poza tym w swojej polemice z tekstem Janusza Korwin-Mikkego. Dziwny jest zatem jego sprzeciw wobec aborcji i eutanazji, przecież teoretycznie po zalegalizowaniu plag społecznych - bo takie określenie jest adekwatne - mafia mogłaby się przerzucić na pigułki wczesnoporonne i zestawy do usypiania ludzi. Wówczas pewnie jakiś "arcyprawicowy" Tomasz Cukiernik pisałby, że powinniśmy dla świętego spokoju zalegalizować aborcję i eutanazję.
W tym ostatnim podrozdziale mamy poza tym do czynienia z samozwańczą redefinicją pojęć. Państwo opiekuńcze nie tyczy się bowiem obyczajowości z założenia. To system, w którym państwo reguluje stosunki pracy, edukuje, leczy, ubezpiecza, zajmuje się opieką społeczną; stanowi zatem pewien typ jego konstrukcji. Autor zmanipulował jego zakres semantyczny. Stosując takie sztuczki można udowodnić dowolną tezę np. to, że słonie są zdolne do aktywnego lotu. Taka manipulacja zakresem semantycznym pokazuje na jeszcze jedno.
Marksiści wyznawali dyktat ekonomii. Tutaj mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem do tego. O ile marksiści proponowali ekonomię socjalistyczną, w przypadku Prawicowej koncepcji państwa mamy neoliberalizm według szkoły chicagowskiej przeplatany elementami austriackiej szkoły ekonomicznej. Cała zresztą książka poświęcona jest na omówienie szeregu zagadnień związanych z gospodarką. Nic dziwnego, że po takich lekturach wielu ludzi twierdzi, że prawica to tylko i wyłącznie podejście do ekonomii, a tradycja, religia, ład społeczny schodzą na drugi, a nawet trzeci plan. Nic zatem dziwnego, że tylnymi drzwiami wchodzi obyczajowa zgnilizna, walka z którą była nawet w tej książce krytykowana. Ciekawie zresztą to kontrastuje z tabelką zamieszczoną jako dodatek do książki, w której jest mowa o kultywowaniu tradycji. A jak ma się do tego ta obyczajowa zgnilizna w postaci wymienionej wyżej triady, jakiej autor (podobnie jak wielu innych publicystów związanych z UPR) broni jak lew? Nie zmienia to jednak faktu, że koncepcje ekonomiczne są w książce przedstawione dosyć dobrze.
Skoro się takie książki ukazują, to nic dziwnego, że potem zdarzają się bardzo ciekawe kwiatki. Pewien osobnik związany z UPR miał powiedzieć, że konserwatyzm to jest taki liberalizm, a liberalizm to taki konserwatyzm. Nie jest to cytat zasłyszany ani przeze mnie, ani przez innego konserwatystę. Wyhaczył to jeden z redaktorów Liberte, Piotr Beniuszys, a zatem zupełnie inna bajka. Takiego pomieszania z poplątaniem można dostać nie mając uprzedniej wiedzy o doktrynach polityczno-prawnych, a czytając takie książki. Tak więc moja dobra rada: najpierw trzeba zdobyć jakąś wiedzę na temat, czym są konserwatyzm, liberalizm, socjalizm, a dopiero potem brać się za Prawicową koncepcję państwa. Z mojego konserwatywnego punktu widzenia przedstawione tam poglądy są niezgrabną hybrydą konserwatyzmu, konserwatywnego liberalizmu oraz ateistycznego liberalizmu, zatem aż trzech doktryn. Takie połączenie spotykane jest dosyć często u młodych zwolenników UPR, którzy jeszcze nie bardzo rozumieją założenia poszczególnych doktryn, a podchodzą bezkrytycznie do tego, co przywódcy Unii Polityki Realnej i publicyści zeń sympatyzujący piszą.
Prawicowa koncepcja państwa to zły tytuł dla tej książki. Żeby był on prawidłowy, winna się nazywać Liberalna koncepcja państwa. Prawicowość bowiem wykracza poza sam aspekt gospodarczy i technokratyczny, jak również wyraża sprzeciw wobec obyczajowego modernizmu.
środa, 24 czerwca 2009
Sprawa pewnego zaszczytu - polemika z Januszem Korwin-Mikke
Uważam siebie za skromnego bloggerem. Więcej, nie mam żadnych aspiracji stać się opiniotwórczym, który spędzałby sen z powiek elitom politycznym. Zajmuję się tym wszystkim nie jako "po godzinach" i nawet nie liczę na to, że jakiś znany w środowisku publicysta zechce z moimi tezami polemizować. A jednak... Najwyższy Czas! kupuję ostatnio nieregularnie tak, co dwa trzy tygodnie z reguły. Dzisiaj tknęło mnie i postanowiłem w pobliskim salonie prasowym nabyć. No i co ja tam znalazłem? Janusz Korwin-Mikke podjął polemikę z moim jednym starszym tekstem na temat swoich przekonań. Chodzi tutaj konkretnie o felieton Walka na obie strony opublikowany, rzecz, jasna w ostatnim numerze NCz!. Postanowiłem przyjąć rękawicę i zmierzyć się z tym.
No i co tam znajdujemy?
Często obrywam za "radykalizm". W rzeczywistości jestem centrowcem (...) UPR ma w gruncie rzeczy program centrowy. Bici jesteśmy (np. przez "postępowców"), za to że podkreślamy rolę Wiary, a także Tradycji - natomiast przez reakcjonistów za to, że bynajmniej nie popieramy we wszystkim Kościoła rzymskokatolickiego. I podobnie w innych dziedzinach.
Jeżeli chodzi o centrum, to jest z nim, jak w pewnym dowcipie o zwierzętach. Lew, ich król, kazał po prawo stanąć zwierzętom mądrym, a po lewo pięknym. W środku została żaba. Lew się jej zapytuje, dlaczego nie pójdzie na jedną ze stron. Żaba odpowiada, że jest zarówno mądra jak i piękna. Podobny paradoks ma centrum. W polityce to trochę wzięte z jednego, a trochę z drugiego, więc to taki miszmasz, pozszywane kawałki, które do siebie nie pasują. Mamy takie chimery, które jakoś - mimo wszystko - funkcjonują.
To zatem jak jest z centrowym charakterem poglądów Janusza Korwin-Mikkego. Jeżeli jest centrowcem, czy tam centrystą, to względem jakiego układu odniesienia? Czy jest nim wspomniany "reakcjonizm-postępowość", czy jakiś inny?
Poza tym z reguły mój interlokutor wypowiadał się na temat prawicy, więc jego klasyfikacja swoich własnych przekonań budzi co najmniej moje zdziwienie.
Otóż to absurd. Liberalizm (klasyczny) oczywiście i socjalizm to niemal przeciwieństwa. O wiele łatwiej z socjalistami dochodzą do ładu konserwatyści (przykładem są konserwatyści w PiS), nie wierzący w jednostkę, lecz w "Naród" lub, co gorsza, w "Społeczeństwo".
{Kirker} tego nie zauważa - i brnie dalej
Czy liberalizm (klasyczny) i socjalizm są przeciwieństwami? Obydwie są ideologiami wyrosłymi z Oświecenia. Z punktu widzenia ewolucji systemów polityczno-prawnych można je przeciwstawić konserwatyzmowi, a nie sobie wzajemnie, przy tym konserwatyzm będzie tam prawicowy, a liberalizm wespół z socjalizmem - lewicowy. Do tego, że współczesna lewica stanowi pochodną oświeceniowego liberalizmu można dojść, analizując jej postulaty. A skąd się wziął na przykład antyklerykalizm komunistów czy współczesnej socjaldemokracji? Z niczego innego tylko klasycznego liberalizmu. Ten bowiem był wrogi wobec wszelkich form transcendencji. Zamienianie cerkwi na muzea ateizmu czy też państwowy ateizm Francji czy Korei Północnej nie wziął się z kosmosu.
Socjalizm jest ewolucyjnym produktem klasycznego liberalizmu. Wynika to między innymi z jego egalitaryzmu. Poza tym można pokazać stadia pośrednie między liberalizmem a socjalizmem, na przykład socjalliberalizm wymyślony przez Johna Stuarta Milla.
Następną kwestią jest jeszcze podstawowe założenie obydwu systemów. Konserwatyzm wychodzi z założenia negatywnego obrazu natury ludzkiej. Wszystkie doktryny wywodzące się z Oświecenia cechuje gnoza polityczna. Założenie to polega na tym, iż pojedynczy człowiek jest dobry, natomiast cały konstrukt społeczny jest zły, więc wymaga przemodelowania. Pozytywizm antropologiczny jest zatem podstawowym twierdzeniem liberalizmu. Jednostka jest z natury dobra, nie potrzebuje więc żadnych hamulców. Liberalizm zakłada, że człowiek jest w stanie sam z siebie stworzyć nowe normy moralne inne niż niż uprzednio istniejące. Pytanie, czy np. ta nowa moralność może zakładać znaczną redystrybucję państwowych dochodów, a przy tym np. nacjonalizację największych przedsiębiorstw zgrupowanych w trustach? Oczywiście, że może. Liberalizm zakłada przy tej okazji etyczny relatywizm, zatem wszyscy mają rację. Zdanie "państwo powinno nam dostarczać gaz, prąd, energię cieplną" jest tak samo poprawne jak to, że "podmioty prywatne powinny nam dostarczać gaz, prąd, energię cieplną, a państwo jest od zajmowania się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym". Tak samo wszystko można redefiniować: można uznać, że bytami osobowymi są człowiek od drugiego miesiąca życia, świnia, małpy człekokształtne, ponieważ czują ból i mogą sobie to uświadomić (podejście tzw. empatocentryczne), a nie że osobą jest człowiek niezależnie od fazy rozwojowej, w której się aktualnie znajduje (podejście absolutystyczne). Tego typu sztuczki umożliwiają założenia klasycznego liberalizmu. Tak więc liberalizm może stopniowo ewoluować w socjalizm, a dalej nawet w ustrój totalitarny, właśnie ze względu na wspomniane wyżej założenie relatywizmu leżące u jego podstaw.
Czy konserwatyzm wierzy bądź nie wierzy w jednostkę? Konserwatyści unikają absolutyzacji jednostki w przeciwieństwie do liberałów. Zauważają, że ta pojedyncza jednostka siłą rzeczy do jakiś struktur przynależy, czy jest to rodzina, grupa religijna, naród, cały krąg cywilizacyjny. Uważają, że ludzie nie są tam samotnie krążącymi atomami, jak to próbują cały czas udowodnić liberałowie. Klasyk tradycjonalistycznego konserwatyzmu Joseph de Mainstre napisał swojego czasu, że spotykał Francuzów, natomiast nigdy w życiu nie widział Francuza. Zdaniem konserwatystów człowiek żyje w pewnym konstrukcie społecznym, bez którego to nie mógłby w ogóle istnieć. Istnienie człowieka bowiem opiera się na interakcjach z innymi jednostkami w obrębie poszczególnych struktur społecznych.
Konserwatyści dogadujący się z socjalistami - to już jest ciekawostka. Przecież konserwatyzm, jakby wziąć bezwzględnie postulaty - zarówno obyczajowo-światopoglądowe jak i ekonomiczne - stoi w całkowitej sprzeczności w stosunku do socjalizmu. (Nie wychodzę tutaj z podziału filogenetycznego ideologii politycznych, tylko porównywania haseł głoszonych przez dwie wzmiankowane grupy). Konserwatysta zatem nie może się dogadywać z socjalistami, ponieważ nie ma żadnej płaszczyzny porozumienia między tymi grupami, jeżeli chodzi o same postulaty. Chyba, że mamy partię politycznego głównego nurtu, do której lgną najróżniejsze indywidua za przysłowiowym chlebkiem... to wtedy się takie sytuacje mogą zdarzać.
A narodowy socjalizm. To był klasyczny, lewicowy, populistyczny wytwór. Tutaj polecam ostatni tekst "Coś" i lewicowość, gdzie ukazałem tworzenie się takich bytów jak faszyzm, nazizm czy też komunizm w wersji (neo)stalinowskiej. Fakt, część konserwatystów tam przeniknęła jak np. Carl Schmidt. Wielu miało jednak z narodowo-socjalistyczną władzą problemy.
Czy ja pewnych rzeczy nie zauważam, czy się mylę? To już jest inna para kaloszy. Okazuje się, że liberalizm ma dużo wspólnego z socjalizmem - część postulatów np. moralny indyferentyzm i antyklerykalizm. Do tego dochodzi również scjentyzm w obydwu systemach. Poza tym klasyczny liberalizm ma się tak do socjalizmu jak rodzic do swojego dziecka.
Otóż mają się jak ogień i woda. Np. ogień w palenisku i woda w tendrze lokomotywy. Obydwa składniki są niezbędne
Weźmy pod uwagę to, co napisałem wyżej. Podstawą prądów, powiedzmy, oświeceniowych, jest pozytywizm antropologiczny. Konserwatyzm zakłada negatywny obraz natury ludzkiej. Tak więc, jak można jedno z drugim połączyć. Tutaj mamy sytuację taką, jak w logice czy matematyce. W klasycznej arystotelesowskiej logice nie może istnieć rzecz nie będąca ani prawdą, ani fałszem, chyba że przyjmiemy logikę wielowartościową bądź logikę intuicjonistyczną. Po prostu albo jest się za pozytywizmem antropologicznym (i między innymi tym szlachetnym dzikusem ze spuścizny Jeana Jacquesa Rousseau), albo jest się za negatywnym obrazem natury ludzkiej. Tu nie można stanąć sobie w rozkroku i brać raz jedno, a raz drugie. U podstaw wszystkiego muszą być jasne założenia. Jeżeli tych nie ma, to cała doktryna jest niespójna.
Argument z ogniem w palenisku i wodą w tendrze lokomotywy jest na poziomie zabawy słownej z komiksu o Tytusie, Romku i A'Tomku: "pieniądze to grunt, grunt to ziemia, ziemia to matka". Równie dobrze mogłoby być tam napisane o lawach poduszkowych jako fenomenie geologicznym wymagającym zaistnienia wydobywającej się magmy (rzeczony "ogień") oraz wody morskiej (rzeczona "woda").
Jest to o tyle ciekawe, że parę miesięcy później {Kirker} po przemyśleniu dostrzegł, że mam tu rację: lepiej kandydatkę na puszczalską wydać za mąż - to matka najlepiej wie, kiedy... A co do prostytucji - to nawet św. Tomasz z Akwinu był za jej legalizacją. Choćby dlatego, że nie da się jej wyplenić. Taka Tradycja.
W tekście Mea culpa rozwinąłem założenia przyjęte przez Janusza Korwin-Mikkego. Stwierdziłem, iż w przypadku dorosłości dziecka lepiej będzie, gdy będą decydowali rodzice. Zaznaczyłem również, że powinna istnieć możliwość wydania dziecka za mąż. Nie określiłem dokładnie, czy to ma być córka, czy syn. Mój interlokutor w jednym wpisie na swoim blogu wyraził się bardzo precyzyjnie, powołując się przy okazji na Laurę i Petrarkę. Granicę pożycia seksualnego zatem definiowano by dwojako - albo przez określenie dorosłości, albo - ewentualna furtka - przez ożenek potomka. Polecam również tutaj swój ogólniejszy tekst Podstawowa komórka społeczna, w którym również ten problem - co prawda bardziej zdawkowo - został poruszony.
Odnośnie prostytucji i argumentu "a bo tego nie da się wyplenić". Żeby nie bawić się w szczegóły nie da się wyplenić kradzieży, morderstw, czy wobec tego mamy w ogóle jakikolwiek system prawny? Ewentualny argument z rozwojem przestępczości zorganizowanej też tutaj nie działa. Można tutaj wykonać bardzo prosty eksperyment myślowy, żeby udowodnić jego błędność. Najpierw legalizujemy narkotyki i prostytucję, to ta mafia przerzuca się na co innego. Na przykład przejmują całe podziemie aborcyjne oraz dobijają starców za pomocą tzw. eutanazji. Co wobec tego robi władza. Żeby obniżyć przestępczość, legalizuje następne plagi społeczne. Tak to się stopniowo zapętla, aż dochodzimy do takiego punktu, że po co prawo, jak jego nie będzie, to znikną również w ogóle przestępstwa.
{Kirker} nie dostrzega zależności między tymi zjawiskami! Widzi osobno: "że Stasiek, że koń, że drzewo". Nie widzi, że społeczeństwo przestało dbać o etykę, ponieważ wyręcza je w tym aparat państwowy!!! Po co potępiać narkomana, skoro zrobi to państwo (...) Gdyby rodzice wiedzieli, że nikt im nie pomoże, nikt nie będzie "za darmo" leczył ich dziecka, że to oni będą musieli płacić za spowodowane przez nie szkody - to bardzo by tego dziecka pilnowali...
Tutaj mamy do czynienia z podejściem ahistorycznym nie biorącym pewnych zmian pod uwagę. Wspomniałem w tekście, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych miało miejsce zdarzenie określane mianem rewolucji seksualnej. Pewne wzorce zachowań zostały wówczas bardzo mocno spopularyzowane przez popkulturę. W ogóle w tamtym okresie społeczeństwa zostały postawione do góry nogami. Żeby starać się to wszystko wyprostować trzeba pewnych rzeczy zakazywać, bo inaczej cała społeczność się sypie. Przetrącone bowiem zostają jej filary.
Czy za amoralność społeczeństwa odpowiada rozrost aparatu państwowego? I tak, i nie. Rozwój socjalizmu doprowadził do zepsucia społecznego. To jeden z powodów, dla których konserwatyści tacy jak moja osoba welfare state potępiają. To była uwaga dotycząca samej konstrukcji państwa. Teraz dochodzimy do następnej kwestii. Konserwatyści są za tym, żeby państwo było stróżem moralności. Czy więc mogą odpowiadać w ten sposób za amoralność społeczeństwa? Raczej nie. Ludzie jako emergentna suma jednostek są bezmyślni (dlatego też demokracja nie będzie działać) i mają skłonność do akceptowania zastanego systemu prawnego.
Poza tym jakby co, jestem za sprywatyzowaniem tego całego socjału - szkolnictwa, służby zdrowia, ubezpieczeń i opieki społecznej. Państwo bowiem ma inny zakres obowiązków.
Konserwatywny liberalizm opiera się na zasadzie: "Chcącemu nie dzieje się krzywda". Wierzą w nią zarówno konserwatyści jak i (klasyczni) liberałowie
Myślę, że różnice między konserwatyzmem a liberalizmem konserwatywnym jest następujące. Konserwatyści uważają, że wartości moralne mają podstawy transcendentalistyczne, czyli że zostały ustanowione przez Boga. Konserwatywny liberalizm wychodzi z fundamentu ateistycznego. Uważa, że moralność powstała na drodze ewolucji społecznej, szeregu prób i błędów, więc dany system moralny, skoro wypróbowany, to musi być skuteczny. Tak to przynajmniej udowadniali David Hume i Alexis de Tocqueville. Z tego wynika również inna istotna różnica. Konserwatyzm będzie dążyć do państwa katolickiego, natomiast liberalizm konserwatywny do neutralnego światopoglądowo.
Mam wspólnego wroga: socjalizm. Może by przestać się kłócić?
Chyba tam zamiast "mam" powinno być "mamy". Wówczas wszystko by się zgadzało. Bardzo się cieszę, że główny antysocjalista kraju wystawił mi odpowiedni certyfikat antysocjalizmu. A czy przestać się kłócić? Prawica już tak ma, że wewnątrz tego środowiska rozgrywa się wewnętrzna walka ideologiczna. Nie jesteśmy jakimś homogenicznym środowiskiem jak laicka lewica: czym się różni taki Napieralski od Senyszynowej na gruncie ideologicznym?
No i tyle polemiki. Na zakończenie, chciałem stwierdzić, że w życiu nie spodziewałbym się, iż moim blogiem zainteresuje się tak znany publicysta...
No i co tam znajdujemy?
Często obrywam za "radykalizm". W rzeczywistości jestem centrowcem (...) UPR ma w gruncie rzeczy program centrowy. Bici jesteśmy (np. przez "postępowców"), za to że podkreślamy rolę Wiary, a także Tradycji - natomiast przez reakcjonistów za to, że bynajmniej nie popieramy we wszystkim Kościoła rzymskokatolickiego. I podobnie w innych dziedzinach.
Jeżeli chodzi o centrum, to jest z nim, jak w pewnym dowcipie o zwierzętach. Lew, ich król, kazał po prawo stanąć zwierzętom mądrym, a po lewo pięknym. W środku została żaba. Lew się jej zapytuje, dlaczego nie pójdzie na jedną ze stron. Żaba odpowiada, że jest zarówno mądra jak i piękna. Podobny paradoks ma centrum. W polityce to trochę wzięte z jednego, a trochę z drugiego, więc to taki miszmasz, pozszywane kawałki, które do siebie nie pasują. Mamy takie chimery, które jakoś - mimo wszystko - funkcjonują.
To zatem jak jest z centrowym charakterem poglądów Janusza Korwin-Mikkego. Jeżeli jest centrowcem, czy tam centrystą, to względem jakiego układu odniesienia? Czy jest nim wspomniany "reakcjonizm-postępowość", czy jakiś inny?
Poza tym z reguły mój interlokutor wypowiadał się na temat prawicy, więc jego klasyfikacja swoich własnych przekonań budzi co najmniej moje zdziwienie.
Otóż to absurd. Liberalizm (klasyczny) oczywiście i socjalizm to niemal przeciwieństwa. O wiele łatwiej z socjalistami dochodzą do ładu konserwatyści (przykładem są konserwatyści w PiS), nie wierzący w jednostkę, lecz w "Naród" lub, co gorsza, w "Społeczeństwo".
{Kirker} tego nie zauważa - i brnie dalej
Czy liberalizm (klasyczny) i socjalizm są przeciwieństwami? Obydwie są ideologiami wyrosłymi z Oświecenia. Z punktu widzenia ewolucji systemów polityczno-prawnych można je przeciwstawić konserwatyzmowi, a nie sobie wzajemnie, przy tym konserwatyzm będzie tam prawicowy, a liberalizm wespół z socjalizmem - lewicowy. Do tego, że współczesna lewica stanowi pochodną oświeceniowego liberalizmu można dojść, analizując jej postulaty. A skąd się wziął na przykład antyklerykalizm komunistów czy współczesnej socjaldemokracji? Z niczego innego tylko klasycznego liberalizmu. Ten bowiem był wrogi wobec wszelkich form transcendencji. Zamienianie cerkwi na muzea ateizmu czy też państwowy ateizm Francji czy Korei Północnej nie wziął się z kosmosu.
Socjalizm jest ewolucyjnym produktem klasycznego liberalizmu. Wynika to między innymi z jego egalitaryzmu. Poza tym można pokazać stadia pośrednie między liberalizmem a socjalizmem, na przykład socjalliberalizm wymyślony przez Johna Stuarta Milla.
Następną kwestią jest jeszcze podstawowe założenie obydwu systemów. Konserwatyzm wychodzi z założenia negatywnego obrazu natury ludzkiej. Wszystkie doktryny wywodzące się z Oświecenia cechuje gnoza polityczna. Założenie to polega na tym, iż pojedynczy człowiek jest dobry, natomiast cały konstrukt społeczny jest zły, więc wymaga przemodelowania. Pozytywizm antropologiczny jest zatem podstawowym twierdzeniem liberalizmu. Jednostka jest z natury dobra, nie potrzebuje więc żadnych hamulców. Liberalizm zakłada, że człowiek jest w stanie sam z siebie stworzyć nowe normy moralne inne niż niż uprzednio istniejące. Pytanie, czy np. ta nowa moralność może zakładać znaczną redystrybucję państwowych dochodów, a przy tym np. nacjonalizację największych przedsiębiorstw zgrupowanych w trustach? Oczywiście, że może. Liberalizm zakłada przy tej okazji etyczny relatywizm, zatem wszyscy mają rację. Zdanie "państwo powinno nam dostarczać gaz, prąd, energię cieplną" jest tak samo poprawne jak to, że "podmioty prywatne powinny nam dostarczać gaz, prąd, energię cieplną, a państwo jest od zajmowania się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym". Tak samo wszystko można redefiniować: można uznać, że bytami osobowymi są człowiek od drugiego miesiąca życia, świnia, małpy człekokształtne, ponieważ czują ból i mogą sobie to uświadomić (podejście tzw. empatocentryczne), a nie że osobą jest człowiek niezależnie od fazy rozwojowej, w której się aktualnie znajduje (podejście absolutystyczne). Tego typu sztuczki umożliwiają założenia klasycznego liberalizmu. Tak więc liberalizm może stopniowo ewoluować w socjalizm, a dalej nawet w ustrój totalitarny, właśnie ze względu na wspomniane wyżej założenie relatywizmu leżące u jego podstaw.
Czy konserwatyzm wierzy bądź nie wierzy w jednostkę? Konserwatyści unikają absolutyzacji jednostki w przeciwieństwie do liberałów. Zauważają, że ta pojedyncza jednostka siłą rzeczy do jakiś struktur przynależy, czy jest to rodzina, grupa religijna, naród, cały krąg cywilizacyjny. Uważają, że ludzie nie są tam samotnie krążącymi atomami, jak to próbują cały czas udowodnić liberałowie. Klasyk tradycjonalistycznego konserwatyzmu Joseph de Mainstre napisał swojego czasu, że spotykał Francuzów, natomiast nigdy w życiu nie widział Francuza. Zdaniem konserwatystów człowiek żyje w pewnym konstrukcie społecznym, bez którego to nie mógłby w ogóle istnieć. Istnienie człowieka bowiem opiera się na interakcjach z innymi jednostkami w obrębie poszczególnych struktur społecznych.
Konserwatyści dogadujący się z socjalistami - to już jest ciekawostka. Przecież konserwatyzm, jakby wziąć bezwzględnie postulaty - zarówno obyczajowo-światopoglądowe jak i ekonomiczne - stoi w całkowitej sprzeczności w stosunku do socjalizmu. (Nie wychodzę tutaj z podziału filogenetycznego ideologii politycznych, tylko porównywania haseł głoszonych przez dwie wzmiankowane grupy). Konserwatysta zatem nie może się dogadywać z socjalistami, ponieważ nie ma żadnej płaszczyzny porozumienia między tymi grupami, jeżeli chodzi o same postulaty. Chyba, że mamy partię politycznego głównego nurtu, do której lgną najróżniejsze indywidua za przysłowiowym chlebkiem... to wtedy się takie sytuacje mogą zdarzać.
A narodowy socjalizm. To był klasyczny, lewicowy, populistyczny wytwór. Tutaj polecam ostatni tekst "Coś" i lewicowość, gdzie ukazałem tworzenie się takich bytów jak faszyzm, nazizm czy też komunizm w wersji (neo)stalinowskiej. Fakt, część konserwatystów tam przeniknęła jak np. Carl Schmidt. Wielu miało jednak z narodowo-socjalistyczną władzą problemy.
Czy ja pewnych rzeczy nie zauważam, czy się mylę? To już jest inna para kaloszy. Okazuje się, że liberalizm ma dużo wspólnego z socjalizmem - część postulatów np. moralny indyferentyzm i antyklerykalizm. Do tego dochodzi również scjentyzm w obydwu systemach. Poza tym klasyczny liberalizm ma się tak do socjalizmu jak rodzic do swojego dziecka.
Otóż mają się jak ogień i woda. Np. ogień w palenisku i woda w tendrze lokomotywy. Obydwa składniki są niezbędne
Weźmy pod uwagę to, co napisałem wyżej. Podstawą prądów, powiedzmy, oświeceniowych, jest pozytywizm antropologiczny. Konserwatyzm zakłada negatywny obraz natury ludzkiej. Tak więc, jak można jedno z drugim połączyć. Tutaj mamy sytuację taką, jak w logice czy matematyce. W klasycznej arystotelesowskiej logice nie może istnieć rzecz nie będąca ani prawdą, ani fałszem, chyba że przyjmiemy logikę wielowartościową bądź logikę intuicjonistyczną. Po prostu albo jest się za pozytywizmem antropologicznym (i między innymi tym szlachetnym dzikusem ze spuścizny Jeana Jacquesa Rousseau), albo jest się za negatywnym obrazem natury ludzkiej. Tu nie można stanąć sobie w rozkroku i brać raz jedno, a raz drugie. U podstaw wszystkiego muszą być jasne założenia. Jeżeli tych nie ma, to cała doktryna jest niespójna.
Argument z ogniem w palenisku i wodą w tendrze lokomotywy jest na poziomie zabawy słownej z komiksu o Tytusie, Romku i A'Tomku: "pieniądze to grunt, grunt to ziemia, ziemia to matka". Równie dobrze mogłoby być tam napisane o lawach poduszkowych jako fenomenie geologicznym wymagającym zaistnienia wydobywającej się magmy (rzeczony "ogień") oraz wody morskiej (rzeczona "woda").
Jest to o tyle ciekawe, że parę miesięcy później {Kirker} po przemyśleniu dostrzegł, że mam tu rację: lepiej kandydatkę na puszczalską wydać za mąż - to matka najlepiej wie, kiedy... A co do prostytucji - to nawet św. Tomasz z Akwinu był za jej legalizacją. Choćby dlatego, że nie da się jej wyplenić. Taka Tradycja.
W tekście Mea culpa rozwinąłem założenia przyjęte przez Janusza Korwin-Mikkego. Stwierdziłem, iż w przypadku dorosłości dziecka lepiej będzie, gdy będą decydowali rodzice. Zaznaczyłem również, że powinna istnieć możliwość wydania dziecka za mąż. Nie określiłem dokładnie, czy to ma być córka, czy syn. Mój interlokutor w jednym wpisie na swoim blogu wyraził się bardzo precyzyjnie, powołując się przy okazji na Laurę i Petrarkę. Granicę pożycia seksualnego zatem definiowano by dwojako - albo przez określenie dorosłości, albo - ewentualna furtka - przez ożenek potomka. Polecam również tutaj swój ogólniejszy tekst Podstawowa komórka społeczna, w którym również ten problem - co prawda bardziej zdawkowo - został poruszony.
Odnośnie prostytucji i argumentu "a bo tego nie da się wyplenić". Żeby nie bawić się w szczegóły nie da się wyplenić kradzieży, morderstw, czy wobec tego mamy w ogóle jakikolwiek system prawny? Ewentualny argument z rozwojem przestępczości zorganizowanej też tutaj nie działa. Można tutaj wykonać bardzo prosty eksperyment myślowy, żeby udowodnić jego błędność. Najpierw legalizujemy narkotyki i prostytucję, to ta mafia przerzuca się na co innego. Na przykład przejmują całe podziemie aborcyjne oraz dobijają starców za pomocą tzw. eutanazji. Co wobec tego robi władza. Żeby obniżyć przestępczość, legalizuje następne plagi społeczne. Tak to się stopniowo zapętla, aż dochodzimy do takiego punktu, że po co prawo, jak jego nie będzie, to znikną również w ogóle przestępstwa.
{Kirker} nie dostrzega zależności między tymi zjawiskami! Widzi osobno: "że Stasiek, że koń, że drzewo". Nie widzi, że społeczeństwo przestało dbać o etykę, ponieważ wyręcza je w tym aparat państwowy!!! Po co potępiać narkomana, skoro zrobi to państwo (...) Gdyby rodzice wiedzieli, że nikt im nie pomoże, nikt nie będzie "za darmo" leczył ich dziecka, że to oni będą musieli płacić za spowodowane przez nie szkody - to bardzo by tego dziecka pilnowali...
Tutaj mamy do czynienia z podejściem ahistorycznym nie biorącym pewnych zmian pod uwagę. Wspomniałem w tekście, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych miało miejsce zdarzenie określane mianem rewolucji seksualnej. Pewne wzorce zachowań zostały wówczas bardzo mocno spopularyzowane przez popkulturę. W ogóle w tamtym okresie społeczeństwa zostały postawione do góry nogami. Żeby starać się to wszystko wyprostować trzeba pewnych rzeczy zakazywać, bo inaczej cała społeczność się sypie. Przetrącone bowiem zostają jej filary.
Czy za amoralność społeczeństwa odpowiada rozrost aparatu państwowego? I tak, i nie. Rozwój socjalizmu doprowadził do zepsucia społecznego. To jeden z powodów, dla których konserwatyści tacy jak moja osoba welfare state potępiają. To była uwaga dotycząca samej konstrukcji państwa. Teraz dochodzimy do następnej kwestii. Konserwatyści są za tym, żeby państwo było stróżem moralności. Czy więc mogą odpowiadać w ten sposób za amoralność społeczeństwa? Raczej nie. Ludzie jako emergentna suma jednostek są bezmyślni (dlatego też demokracja nie będzie działać) i mają skłonność do akceptowania zastanego systemu prawnego.
Poza tym jakby co, jestem za sprywatyzowaniem tego całego socjału - szkolnictwa, służby zdrowia, ubezpieczeń i opieki społecznej. Państwo bowiem ma inny zakres obowiązków.
Konserwatywny liberalizm opiera się na zasadzie: "Chcącemu nie dzieje się krzywda". Wierzą w nią zarówno konserwatyści jak i (klasyczni) liberałowie
Myślę, że różnice między konserwatyzmem a liberalizmem konserwatywnym jest następujące. Konserwatyści uważają, że wartości moralne mają podstawy transcendentalistyczne, czyli że zostały ustanowione przez Boga. Konserwatywny liberalizm wychodzi z fundamentu ateistycznego. Uważa, że moralność powstała na drodze ewolucji społecznej, szeregu prób i błędów, więc dany system moralny, skoro wypróbowany, to musi być skuteczny. Tak to przynajmniej udowadniali David Hume i Alexis de Tocqueville. Z tego wynika również inna istotna różnica. Konserwatyzm będzie dążyć do państwa katolickiego, natomiast liberalizm konserwatywny do neutralnego światopoglądowo.
Mam wspólnego wroga: socjalizm. Może by przestać się kłócić?
Chyba tam zamiast "mam" powinno być "mamy". Wówczas wszystko by się zgadzało. Bardzo się cieszę, że główny antysocjalista kraju wystawił mi odpowiedni certyfikat antysocjalizmu. A czy przestać się kłócić? Prawica już tak ma, że wewnątrz tego środowiska rozgrywa się wewnętrzna walka ideologiczna. Nie jesteśmy jakimś homogenicznym środowiskiem jak laicka lewica: czym się różni taki Napieralski od Senyszynowej na gruncie ideologicznym?
No i tyle polemiki. Na zakończenie, chciałem stwierdzić, że w życiu nie spodziewałbym się, iż moim blogiem zainteresuje się tak znany publicysta...
Etykiety:
Kirker,
konserwatywny liberalizm,
konserwatyzm,
Korwin-Mikke,
liberalizm,
prawica,
socjalizm
czwartek, 18 czerwca 2009
Ja, Tygrys i ostateczna realizacja projektu Oświecenia
Z Tygrysem dyskutujemy na temat różnych kwestii w zasadzie od ponad roku, czy to na swoich blogach, czy na Niepoprawnych, czy na Blogmedia24. Głównie chodzi tutaj o kwestie ekonomiczne. Tygrys lubi w końcu oskarżać innych prawicowców o skażenie myślą Korwin-Mikkego, co określa terminem "korwinizmu". Zarzuca przy tym często skupianie się na zagadnieniach ekonomicznych oraz kwestiach konstrukcji państwa.
Czasem się jednak nie zastanawiam, czy nie mówimy o tych samych rzeczach. W komentarzu pod tekstem Dyktat papierków napisał:
Ktoś za moich czasów w Szwcji celnie zauważył, że "taki imigrant jak Wittgenstein (co to na Oxfordzie brylował za geniusza) u nas mógłby teraz na uniwersytecie co najwyżej obsługiwać kopiarkę". Fakt, że to był Żyd, do tego z bogatej rodziny i cholera wie, czy nie pedał. Co z pewnością ułatwiało, ale dzisiaj by to zapewne i tak do kariery geniusza nie wystarczyło. Tyle, że ja w tym nie dostrzegam żadnego socjalizmu, a jedynie REALNY LIBERALIZM.
Tygrys jak ognia unika określenia "socjalizm", które ja używam bardzo często do zdefiniowania istniejącej rzeczywistości, w jakiej państwo zajmuje się szkolnictwem, lecznictwem, ubezpieczeniami, regulacją stosunków pracy et cetera. Tygrys woli to wszystko nazywać "realnym liberalizmem". No i wróćmy do początku. Czy nie mówimy o tym samym, czy ten "realny liberalizm" i "socjalizm" nie są tylko i wyłącznie nazwami synonimicznymi?
Przyjrzyjmy się, jak ewoluowały poszczególne ideologie polityczne. Konserwatyzm to pogląd zakładający, że wszystko, co wydarzyło się po rewolucji antyfrancuskiej to schizma bytu (określenie de Mainstre'a). Dlatego to opowiada się za hierarchią, autorytaryzmem, dyscypliną, tradycją, religią, więc jest antydemokratyczny i elitarystyczny. Przyjrzyjmy się jednak drugiej stronie. Tam na początku mieliśmy demokratyczny liberalizm - z jednej strony opowiadający się za wolnym rynkiem, a z drugiej strony egalitarystyczny. Był zatem wewnętrznie sprzeczny; w demokracji system leseferystyczny utrzymać się nie może. Pojawiły się bowiem w społeczeństwie różne roszczeniowe grupy. Na początku byli to robotnicy; teraz doszli do tego różni odmieńcy z zaburzoną seksualnością. Pojawił się zatem pogląd zwany socjalizmem, który wymagał zwiększenia rozmiarów państwa, żeby zajmowało się edukacją, ubezpieczenia oraz zwiększyło "warsztaty narodowe" (czyli znacjonalizowało szereg przedsiębiorstw). Demoliberalizm zatem zaczął w tym kierunku dążyć. Jego produktem okazał się socjalizm. Co było następnym szczeblem ewolucji? Z socjalizmu rozwinęły się wszystkie ideologie totalitarne. Mamy zatem ciąg rozwojowy od demoliberalizmu aż po totalitaryzm. Nie myślmy zresztą, że ewolucja socjalizmu w system totalitarny to pieśń zamierzchłej przeszłości. Przecież ta rzeczywistość, ten cały europeizm, to czym się powoli staje?
Tygrys nazywa to, co mamy obecnie "realnym liberalizmem". Stosuje przy tej zasadzie klasyfikację kladystyczną. Na tej zasadzie socjalizm należy do kladu liberalizmu demokratycznego, a do kladu socjalizm należy komunizm, nazizm oraz europeizm. Tak więc z punktu widzenia samej ewolucji ideologii lewicowych Tygrys ma częściowo rację. Te trzy to ostateczna realizacja projektu Oświecenia.
Teraz pytania do Tygrysa na zakończenie: jaki jest zakres tego "realnego liberalizmu". Czy to, co mamy obecnie jest czymś takim, czy to co przyjdzie potem, czyli system totalitarny zrodzony ewolucyjnie ze współczesnego socjalizmu? A może obecny socjalizm i następna generacja europeizmu to są podzbiory zbioru "realny liberalizm"? W każdym razie czekam na rozwianie moich wątpliwości...
Czasem się jednak nie zastanawiam, czy nie mówimy o tych samych rzeczach. W komentarzu pod tekstem Dyktat papierków napisał:
Ktoś za moich czasów w Szwcji celnie zauważył, że "taki imigrant jak Wittgenstein (co to na Oxfordzie brylował za geniusza) u nas mógłby teraz na uniwersytecie co najwyżej obsługiwać kopiarkę". Fakt, że to był Żyd, do tego z bogatej rodziny i cholera wie, czy nie pedał. Co z pewnością ułatwiało, ale dzisiaj by to zapewne i tak do kariery geniusza nie wystarczyło. Tyle, że ja w tym nie dostrzegam żadnego socjalizmu, a jedynie REALNY LIBERALIZM.
Tygrys jak ognia unika określenia "socjalizm", które ja używam bardzo często do zdefiniowania istniejącej rzeczywistości, w jakiej państwo zajmuje się szkolnictwem, lecznictwem, ubezpieczeniami, regulacją stosunków pracy et cetera. Tygrys woli to wszystko nazywać "realnym liberalizmem". No i wróćmy do początku. Czy nie mówimy o tym samym, czy ten "realny liberalizm" i "socjalizm" nie są tylko i wyłącznie nazwami synonimicznymi?
Przyjrzyjmy się, jak ewoluowały poszczególne ideologie polityczne. Konserwatyzm to pogląd zakładający, że wszystko, co wydarzyło się po rewolucji antyfrancuskiej to schizma bytu (określenie de Mainstre'a). Dlatego to opowiada się za hierarchią, autorytaryzmem, dyscypliną, tradycją, religią, więc jest antydemokratyczny i elitarystyczny. Przyjrzyjmy się jednak drugiej stronie. Tam na początku mieliśmy demokratyczny liberalizm - z jednej strony opowiadający się za wolnym rynkiem, a z drugiej strony egalitarystyczny. Był zatem wewnętrznie sprzeczny; w demokracji system leseferystyczny utrzymać się nie może. Pojawiły się bowiem w społeczeństwie różne roszczeniowe grupy. Na początku byli to robotnicy; teraz doszli do tego różni odmieńcy z zaburzoną seksualnością. Pojawił się zatem pogląd zwany socjalizmem, który wymagał zwiększenia rozmiarów państwa, żeby zajmowało się edukacją, ubezpieczenia oraz zwiększyło "warsztaty narodowe" (czyli znacjonalizowało szereg przedsiębiorstw). Demoliberalizm zatem zaczął w tym kierunku dążyć. Jego produktem okazał się socjalizm. Co było następnym szczeblem ewolucji? Z socjalizmu rozwinęły się wszystkie ideologie totalitarne. Mamy zatem ciąg rozwojowy od demoliberalizmu aż po totalitaryzm. Nie myślmy zresztą, że ewolucja socjalizmu w system totalitarny to pieśń zamierzchłej przeszłości. Przecież ta rzeczywistość, ten cały europeizm, to czym się powoli staje?
Tygrys nazywa to, co mamy obecnie "realnym liberalizmem". Stosuje przy tej zasadzie klasyfikację kladystyczną. Na tej zasadzie socjalizm należy do kladu liberalizmu demokratycznego, a do kladu socjalizm należy komunizm, nazizm oraz europeizm. Tak więc z punktu widzenia samej ewolucji ideologii lewicowych Tygrys ma częściowo rację. Te trzy to ostateczna realizacja projektu Oświecenia.
Teraz pytania do Tygrysa na zakończenie: jaki jest zakres tego "realnego liberalizmu". Czy to, co mamy obecnie jest czymś takim, czy to co przyjdzie potem, czyli system totalitarny zrodzony ewolucyjnie ze współczesnego socjalizmu? A może obecny socjalizm i następna generacja europeizmu to są podzbiory zbioru "realny liberalizm"? W każdym razie czekam na rozwianie moich wątpliwości...
Etykiety:
ideologie,
liberalizm,
Oświecenie,
socjalizm,
totalitaryzm,
Tygrys
piątek, 12 września 2008
Czy konserwatywny liberalizm to oksymoron?
Prawicę zwykle wiąże się z konserwatyzmem i nacjonalizmem. Tak wielu ludzi pojmuje to pojęcie. W przypadku konserwatyzmu zgadza się jak najbardziej, ten prąd od zawsze znajdował się po prawej stronie sceny politycznej. Jeżeli chodzi o nacjonalizm, to jest kwestia dyskusyjna. Tak naprawdę to bardzo szeroki zestaw poglądów, więc praktycznie nie da się sklasyfikować pod względem prawicowości czy lewicowości. Jest to jednak temat na zupełnie inny artykuł o sporej pojemności. Konserwatyzm jest prawicą najbardziej typową. Jednakże wielu ludzi, którzy się za prawicowców uważają przestaje stosować ten termin. Zamiast niego znaleźli sobie, jak im się wydaje, zamiennik w postaci konserwatywnego liberalizmu. Ma to być konserwatyzm i wolny rynek tak, jakby poszanowanie prywatnej własności nie mieściło się w pojęciu konserwatyzmu. Sama doktryna została stworzona przez Alexisa de Tocqueville'a w 1834 roku; stanowi właśnie połączenie konserwatywnej obyczajowości i liberalizmu gospodarczego. Jednakże czy jest tak na pewno?
Wielu ludzi, gdy słyszy termin "liberalizm konserwatywny" uważa niemal instynktownie, że to jest oksymoron. Z czym innym bowiem kojarzy się im konserwatyzm, a z czym innym liberalizm, z tego powodu dostrzegają sprzeczność. Okazuje się, że zwykły szary człowiek widzący oksymoron w samej nazwie może mieć tutaj dużo racji. Należy się zatem zastanowić, dlaczego? Porównajmy sobie na początek założenia konserwatyzmu i liberalizmu. To jest dobry punkt wyjścia dla rozważań nad nurtem kolibrowym.
Konserwatyzm zakłada, że owszem jednostka ma swoje prawa, ale jest częścią większych struktur jak rodzina, wyznawcy danej religii czy naród. Zatem nie tylko ona będzie podmiotem stanowienia prawa, co przysługuje jej - to ius naturalis będące odbiciem ius aeterna divina (na podstawie doktryny św. Tomasza z Akwinu) - ale również struktury złożone z wielu indywiduów. Innym założeniem jest ułomność i niedoskonałość pojedynczej jednostki. Pojedynczy człowiek nie jest istotą omnipotentną, więc sam z siebie nie może wygenerować żadnej nowej moralności. To jest kwestia oddziałowania wielu ludzi, którzy określają jakie zachowania są dozwolone, a jakie będą piętnowane i/lub karane. Konserwatysta będzie zatem w tworzeniu prawa opierał się na tradycji i wynikającej z niej moralności, ponieważ istnieje bardzo prawdopodobne podejrzenie, że taki system prawny będzie najlepszy. Na jakiej podstawie ma tak prawo uważać? A mianowicie, pewne zasady już się sprawdzają w danej społeczności dłuższy czas, to po co je zmieniać, skoro może to zaowocować kataklizmem. Z tego powodu również popierać będzie restrykcyjną politykę karną, aby odstraszyć potencjalnych kryminalistów. Konserwatyzm nie dostrzega samych jednostek, ale - jak już wyżej napisałem - dostrzega wyższe poziomy organizacji, jak narody, społeczności, kręgi kulturalno-cywilizacyjne. Wynika z tego potrzeba dbania o niepodległość i niezależność swojego państwa, aby nie być zależnym od nikogo pod względem militarnym lub ekonomicznym. W pierwszym przypadku konserwatyzm będzie stawiał na dużą siłę armii, w drugim natomiast opowie się za prywatyzacją, ale poza gałęziami gospodarki określonymi jako strategiczne, czyli na przykład energetyką. Co więcej, konserwatyści - jak już wcześniej napisałem - zakładają, że z różnych przyczyn człowiek jest ułomny. Poza tym ludzie się różnią między sobą. Te dwa czynniki powodują, że według konserwatyzmu społeczeństwo powinno być hierarchiczne i autorytarne, a najlepiej byłoby gdyby było autorytarnie zarządzane. Zatem rasowy konserwatysta winien sprzeciwiać się demokracji.
Natomiast jak ma się do tego liberalizm. Ten czyni założenie, że jednostka jest wszechmocna i omnipotentna. Tak więc według liberalizmu głównym podmiotem prawa będzie pojedynczy człowiek. Co z tym się wiąże? A mianowicie maksymalne nadanie tej jednostce wolności tak, że przeważy wszystko inne. Według liberałów nie liczą się takie rzeczy jak rodzina czy naród. To dla nich sztuczne struktury, które można definiować na wiele sposobów i które wobec tego nie istnieją. W czym się natomiast wyraża maksymalizacja wolności jednostki? Polega na odrzuceniu ius naturalis i zastąpieniu ich prawnym pozytywizmem. Wobec tego najczęściej feruje się podejście empatocentryczne. Liberalizm zatem będzie godził się na aborcję, eutanazję i ortotanazję, czemu sprzeciwiać się będą konserwatyści. Liberałowie nie będą widzieli nic złego w legalizacji narkotyków, pornografii, prostytucji, a także zrównaniu statusu heteroseksualistów oraz homoseksualistów; w przypadku tego ostatniego związki monopłciowe mają mieć takie same uprawnienia jak heteropłciowe złożone z jednego mężczyzny i jednej kobiety. Dla liberalizmu wszystkie inne większe struktury niż jednostka nie mają racji bytu, tak więc można uchwalić dowolne prawo, jeśli będzie ono dobre dla pojedynczych ludzi niezależnie od ich skłonności. Pojęcie społecznej szkodliwości zatem nie istnieje, tak samo opierania się na tradycji czy moralności. To są zdaniem liberałów pojęcia czysto względne. Jakie liberalizm będzie popierał podejście do gospodarki? Wolny rynek stanie się tam absolutem. Konserwatyści uważają, że jest to po prostu lepszy i efektywniejszy mechanizm dystrybucji dóbr niż centralne planowanie. Ponieważ liberałowie nie dostrzegają narodów i ich dążeń, to i dlatego pełna niezależność państwa od czynników zewnętrznych - kolokwialnie mówiąc - zwisa im. Ważniejsze jest to, że będzie można popełnić eutanazję lub palić marihuanę, a to od kogo się uzależnią czy kto im będzie dyktował warunki, to już jest kompletnie nieważne. Liberał uważa, że jednostka jest omnipotentna, a jeśli tak nie myśli, to czyni takie założenie, tak więc odrzuca instytucję autorytetu. Społeczeństwo według liberalizmu nie jest strukturą hierarchiczną. Propagują zatem demokrację jako formę władzy i odrzucają wszelki autorytaryzm.
Wyżej omówiliłem główne postulaty zarówno konserwatyzmu jak i liberalizmu. Odnieśmy się teraz do filozofii określanej mianem con-lib. Ma ona stanowić twórcze połączenie tez konserwatyzmu i liberalizmu, a czy to jest w ogóle możliwe?
Konserwatywni liberałowie, chociażby spod znaku UPR, niejednokrotnie zwracają uwagę na niepodległość. Słusznie atakowany jest przezeń moloch o nazwie Unia Europejska. Tak samo nie chcą się podporządkowywać innym nacjom. Zwróćmy uwagę, że mają na ustach ciągle niepodległość. Ale jakie jest ich myślenie o gospodarce? Liberałowie konserwatywni domagają się sprywatyzowania wszystkiego poza aparatem represji, a ci najbardziej radykalni o podejściu libertariańskim, anarchokapitalistycznym uważają, że w ogóle nie potrzebują do życia państwa. Dziwne, ale nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób uzależniliby swój kraj od czyjejś dobrej woli. Gdyby na przykład Rosja przejęła strategiczne gałęzie naszej gospodarki, to do czego by doszło? Dyktowaliby oni nam wszystkie warunki. Rosyjska ambasada byłaby ponownie złowrogim budynkiem, z które płynął wszystkie dyrektywy. Co zatem idzie? Tak naprawdę narzucaliby oni nam całość polityki, zarówno zagranicznej jak i krajowej. No i czy taki kraj byłby rzeczywiście w pełni niezależny. Tak naprawdę konserwatywny liberał, mówiąc o niepodległości, wyciera sobie tym słowem siedzenie. Już to wskazuje, że nurt myśli politycznej stworzony przez Tocqueville'a jest wewnętrznie sprzeczny. Widzimy tutaj dwa zszyte ze sobą wzajemnie sprzeczne elementy. Ale tego wszystkiego jest więcej.
Ideologia kolibrowa niby zwraca uwagę na układy złożone z większej ilości jednostek, ale mimochodem stwierdza, że mimo wszystko jednostka jest absolutem tak samo, jak w klasycznym liberalizmie. Można się zatem zastanawiać, czy w określeniu "konserwatywny liberalizm" epitet "konserwatywny" nie jest jedynie ozdobnikiem, ponieważ mamy do czynienia ze specyficzną odmianą klasycznego liberalizmu. A z jakiego powodu? Ci konserwatywni liberałowie niejednokrotnie wykazują indyferentyzm moralno-etyczny w takich kwestiach jak prostytucja, narkotyki, pornografia. Jedyną regulacją, jaką postulują, to, żeby do tego nie mieli dostępu nieletni. Przecież ta triada, jaką wyżej wymieniłem, jest ewidentnie szkodliwa w skali społecznej, przyczynia się do wzrostu przestępczości i zachorowań na AIDS. Z tego zatem nie wynika nic, co można określać mianem pozytywnego. Należy to zatem zdelegalizować. Kolibry się jednak na to nie zdecydują, mimo deklarowanego katolicyzmu, przywiązania do tradycyjnych wartości, a mamy tutaj liberalizm obyczajowo-światopoglądowy a la Zapatero skradający się tylnymi drzwiami. Podobnie jak w przypadku niepodległości, nimi też podcierają sobie pośladki. Czy nie jest to swoiste dwójmyślenie, jakby to określił Orwell? Mówi się o jednym, a robi się drugie? Na tym przykładzie okazuje się, że konserwatywny liberalizm to najzwyklejsza hipokryzja. Znowu widać, że jest wewnętrznie sprzeczny.
Co więcej, w konserwatywnym liberalizmie często obok siebie goszczą postulaty skrajnie liberalne obyczajowo i ultrakonserwatywne, wręcz autorytatne. Raz na przykład Korwin-Mikke pisze o tym, że kobiety są bardziej konformistyczne od mężczyzn i topi wszystkie feministyczne mity. Za drugim razem natomiast broni wolności do zażywania narkotyków. No i czy nie mamy tutaj swoistego absurdu? Pokazuje to, żealbo idzie się w jedną stronę, albo w drugą. Na środku stać się nie da w tym wypadku. Tutaj nie ma miejsca na stany pośrednie. A konserwatywny liberalizm jest jak agnostycyzm według Dawkinsa - jednocześnie schodzenie ze schodów i wchodzenie na nie. Nie da się być bowiem jednocześnie i konserwatystą, i liberałem.
Konserwatywny liberalizm jest poglądem wewnętrznie sprzecznym, przypomina potwora Frankensteina pozszywanego z niepasujących do siebie elementów. Stanowi oksymoron. Najgorsze to, że ta niespójna idea uwiodła tak wiele umysłów na prawicy...
...którzy myślą, że stanowią jej skraj.
Wielu ludzi, gdy słyszy termin "liberalizm konserwatywny" uważa niemal instynktownie, że to jest oksymoron. Z czym innym bowiem kojarzy się im konserwatyzm, a z czym innym liberalizm, z tego powodu dostrzegają sprzeczność. Okazuje się, że zwykły szary człowiek widzący oksymoron w samej nazwie może mieć tutaj dużo racji. Należy się zatem zastanowić, dlaczego? Porównajmy sobie na początek założenia konserwatyzmu i liberalizmu. To jest dobry punkt wyjścia dla rozważań nad nurtem kolibrowym.
Konserwatyzm zakłada, że owszem jednostka ma swoje prawa, ale jest częścią większych struktur jak rodzina, wyznawcy danej religii czy naród. Zatem nie tylko ona będzie podmiotem stanowienia prawa, co przysługuje jej - to ius naturalis będące odbiciem ius aeterna divina (na podstawie doktryny św. Tomasza z Akwinu) - ale również struktury złożone z wielu indywiduów. Innym założeniem jest ułomność i niedoskonałość pojedynczej jednostki. Pojedynczy człowiek nie jest istotą omnipotentną, więc sam z siebie nie może wygenerować żadnej nowej moralności. To jest kwestia oddziałowania wielu ludzi, którzy określają jakie zachowania są dozwolone, a jakie będą piętnowane i/lub karane. Konserwatysta będzie zatem w tworzeniu prawa opierał się na tradycji i wynikającej z niej moralności, ponieważ istnieje bardzo prawdopodobne podejrzenie, że taki system prawny będzie najlepszy. Na jakiej podstawie ma tak prawo uważać? A mianowicie, pewne zasady już się sprawdzają w danej społeczności dłuższy czas, to po co je zmieniać, skoro może to zaowocować kataklizmem. Z tego powodu również popierać będzie restrykcyjną politykę karną, aby odstraszyć potencjalnych kryminalistów. Konserwatyzm nie dostrzega samych jednostek, ale - jak już wyżej napisałem - dostrzega wyższe poziomy organizacji, jak narody, społeczności, kręgi kulturalno-cywilizacyjne. Wynika z tego potrzeba dbania o niepodległość i niezależność swojego państwa, aby nie być zależnym od nikogo pod względem militarnym lub ekonomicznym. W pierwszym przypadku konserwatyzm będzie stawiał na dużą siłę armii, w drugim natomiast opowie się za prywatyzacją, ale poza gałęziami gospodarki określonymi jako strategiczne, czyli na przykład energetyką. Co więcej, konserwatyści - jak już wcześniej napisałem - zakładają, że z różnych przyczyn człowiek jest ułomny. Poza tym ludzie się różnią między sobą. Te dwa czynniki powodują, że według konserwatyzmu społeczeństwo powinno być hierarchiczne i autorytarne, a najlepiej byłoby gdyby było autorytarnie zarządzane. Zatem rasowy konserwatysta winien sprzeciwiać się demokracji.
Natomiast jak ma się do tego liberalizm. Ten czyni założenie, że jednostka jest wszechmocna i omnipotentna. Tak więc według liberalizmu głównym podmiotem prawa będzie pojedynczy człowiek. Co z tym się wiąże? A mianowicie maksymalne nadanie tej jednostce wolności tak, że przeważy wszystko inne. Według liberałów nie liczą się takie rzeczy jak rodzina czy naród. To dla nich sztuczne struktury, które można definiować na wiele sposobów i które wobec tego nie istnieją. W czym się natomiast wyraża maksymalizacja wolności jednostki? Polega na odrzuceniu ius naturalis i zastąpieniu ich prawnym pozytywizmem. Wobec tego najczęściej feruje się podejście empatocentryczne. Liberalizm zatem będzie godził się na aborcję, eutanazję i ortotanazję, czemu sprzeciwiać się będą konserwatyści. Liberałowie nie będą widzieli nic złego w legalizacji narkotyków, pornografii, prostytucji, a także zrównaniu statusu heteroseksualistów oraz homoseksualistów; w przypadku tego ostatniego związki monopłciowe mają mieć takie same uprawnienia jak heteropłciowe złożone z jednego mężczyzny i jednej kobiety. Dla liberalizmu wszystkie inne większe struktury niż jednostka nie mają racji bytu, tak więc można uchwalić dowolne prawo, jeśli będzie ono dobre dla pojedynczych ludzi niezależnie od ich skłonności. Pojęcie społecznej szkodliwości zatem nie istnieje, tak samo opierania się na tradycji czy moralności. To są zdaniem liberałów pojęcia czysto względne. Jakie liberalizm będzie popierał podejście do gospodarki? Wolny rynek stanie się tam absolutem. Konserwatyści uważają, że jest to po prostu lepszy i efektywniejszy mechanizm dystrybucji dóbr niż centralne planowanie. Ponieważ liberałowie nie dostrzegają narodów i ich dążeń, to i dlatego pełna niezależność państwa od czynników zewnętrznych - kolokwialnie mówiąc - zwisa im. Ważniejsze jest to, że będzie można popełnić eutanazję lub palić marihuanę, a to od kogo się uzależnią czy kto im będzie dyktował warunki, to już jest kompletnie nieważne. Liberał uważa, że jednostka jest omnipotentna, a jeśli tak nie myśli, to czyni takie założenie, tak więc odrzuca instytucję autorytetu. Społeczeństwo według liberalizmu nie jest strukturą hierarchiczną. Propagują zatem demokrację jako formę władzy i odrzucają wszelki autorytaryzm.
Wyżej omówiliłem główne postulaty zarówno konserwatyzmu jak i liberalizmu. Odnieśmy się teraz do filozofii określanej mianem con-lib. Ma ona stanowić twórcze połączenie tez konserwatyzmu i liberalizmu, a czy to jest w ogóle możliwe?
Konserwatywni liberałowie, chociażby spod znaku UPR, niejednokrotnie zwracają uwagę na niepodległość. Słusznie atakowany jest przezeń moloch o nazwie Unia Europejska. Tak samo nie chcą się podporządkowywać innym nacjom. Zwróćmy uwagę, że mają na ustach ciągle niepodległość. Ale jakie jest ich myślenie o gospodarce? Liberałowie konserwatywni domagają się sprywatyzowania wszystkiego poza aparatem represji, a ci najbardziej radykalni o podejściu libertariańskim, anarchokapitalistycznym uważają, że w ogóle nie potrzebują do życia państwa. Dziwne, ale nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób uzależniliby swój kraj od czyjejś dobrej woli. Gdyby na przykład Rosja przejęła strategiczne gałęzie naszej gospodarki, to do czego by doszło? Dyktowaliby oni nam wszystkie warunki. Rosyjska ambasada byłaby ponownie złowrogim budynkiem, z które płynął wszystkie dyrektywy. Co zatem idzie? Tak naprawdę narzucaliby oni nam całość polityki, zarówno zagranicznej jak i krajowej. No i czy taki kraj byłby rzeczywiście w pełni niezależny. Tak naprawdę konserwatywny liberał, mówiąc o niepodległości, wyciera sobie tym słowem siedzenie. Już to wskazuje, że nurt myśli politycznej stworzony przez Tocqueville'a jest wewnętrznie sprzeczny. Widzimy tutaj dwa zszyte ze sobą wzajemnie sprzeczne elementy. Ale tego wszystkiego jest więcej.
Ideologia kolibrowa niby zwraca uwagę na układy złożone z większej ilości jednostek, ale mimochodem stwierdza, że mimo wszystko jednostka jest absolutem tak samo, jak w klasycznym liberalizmie. Można się zatem zastanawiać, czy w określeniu "konserwatywny liberalizm" epitet "konserwatywny" nie jest jedynie ozdobnikiem, ponieważ mamy do czynienia ze specyficzną odmianą klasycznego liberalizmu. A z jakiego powodu? Ci konserwatywni liberałowie niejednokrotnie wykazują indyferentyzm moralno-etyczny w takich kwestiach jak prostytucja, narkotyki, pornografia. Jedyną regulacją, jaką postulują, to, żeby do tego nie mieli dostępu nieletni. Przecież ta triada, jaką wyżej wymieniłem, jest ewidentnie szkodliwa w skali społecznej, przyczynia się do wzrostu przestępczości i zachorowań na AIDS. Z tego zatem nie wynika nic, co można określać mianem pozytywnego. Należy to zatem zdelegalizować. Kolibry się jednak na to nie zdecydują, mimo deklarowanego katolicyzmu, przywiązania do tradycyjnych wartości, a mamy tutaj liberalizm obyczajowo-światopoglądowy a la Zapatero skradający się tylnymi drzwiami. Podobnie jak w przypadku niepodległości, nimi też podcierają sobie pośladki. Czy nie jest to swoiste dwójmyślenie, jakby to określił Orwell? Mówi się o jednym, a robi się drugie? Na tym przykładzie okazuje się, że konserwatywny liberalizm to najzwyklejsza hipokryzja. Znowu widać, że jest wewnętrznie sprzeczny.
Co więcej, w konserwatywnym liberalizmie często obok siebie goszczą postulaty skrajnie liberalne obyczajowo i ultrakonserwatywne, wręcz autorytatne. Raz na przykład Korwin-Mikke pisze o tym, że kobiety są bardziej konformistyczne od mężczyzn i topi wszystkie feministyczne mity. Za drugim razem natomiast broni wolności do zażywania narkotyków. No i czy nie mamy tutaj swoistego absurdu? Pokazuje to, żealbo idzie się w jedną stronę, albo w drugą. Na środku stać się nie da w tym wypadku. Tutaj nie ma miejsca na stany pośrednie. A konserwatywny liberalizm jest jak agnostycyzm według Dawkinsa - jednocześnie schodzenie ze schodów i wchodzenie na nie. Nie da się być bowiem jednocześnie i konserwatystą, i liberałem.
Konserwatywny liberalizm jest poglądem wewnętrznie sprzecznym, przypomina potwora Frankensteina pozszywanego z niepasujących do siebie elementów. Stanowi oksymoron. Najgorsze to, że ta niespójna idea uwiodła tak wiele umysłów na prawicy...
...którzy myślą, że stanowią jej skraj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)