W ostatnich czasach rzadko zaglądam na Salon24. W ostatnich czasach mało bowiem tam ciekawych tekstów. Dlatego również z opóźnieniem trafiłem na tekst Edmunda Dantesa Polemika z Kirkerem. Nie trudno się domyśleć, że to reakcja na mój wcześniejszy tekst Banda czworga. W niniejszym tekście postaram się odpowiedzieć na część kwestie postawione w tekście mojego interlokutora.
O ile dobrze zrozumiałem przewodnią ideę, która przyświeca wpisowi Kirkera, to jest to pogląd, jakoby żadna z czterech (?!?!?) głównych partii na obecnej scenie politycznej Polski zasadniczo nie różniła się między sobą. Wszystkie są siebie warte, a każda jest antypolska i socjalistyczna.
Jestem w stanie zrozumieć pewne zaskoczenie mojego interlokutora. Posługuje się on bowiem dychotomicznym schematem myślowym. Z jednej strony mamy tam mieć walecznych rycerzy, a z drugiej strony smoki i inne bestie. To jest wbrew pozorom wspólna cecha zwolenników zarówno PO jak i PiS. Obydwaj widzą siebie po stronie światłości, a całą resztę jako ciemność, jeśli mamy się trzymać tej analogii. Jako przykład można przytoczyć tu bloggera Antoniego znanego z Salonu24, który mimo swoich konserwatywnych i wolnorynkowych poglądów popiera PO, a atakuje PiS i SLD. Odwrotnie mają zwolennicy PiS. Oni z reguły po stronie sobie przeciwnej widzą PO i postkomunistów, którzy służą robią tutaj za śmierdzące fekalia do obrzucania oponentów.
Dlaczego każda z poszczególnych partii jest antypolska? Przypomnijmy głosowanie w sprawie traktatu lizbońskiego. Przecież wszyscy jednogłośnie poparli degradację Polski do jakiejś Nadwiślańskiej Socjalistycznej Republiki Europejskiej. Nie wypada tego inaczej określić jak Targowica bis. Prezydent Lech Kaczyński podpisał w końcu ten dokument. Wykazał się przy tym hipokryzją. Tusk wcześniej podkreślał, że polskość to nienormalność. Kwaśniewski zalecał wręcz ostrzejszy kurs Niemiec w stosunku do Polski. Oni jednak nie złożyli podpisu pod kasacją Rzeczypospolitej Polski. Zrobił to obecnie urzędujący prezydent RP.
Wiemy już, że poparcie dla biurokratycznego molocha jest typowe dla wszystkich partii obecnych parlamencie. Wszystkim można wytknąć wyznawanie jakiegoś lewicowego, internacjonalistycznego paradygmatu, który nakazuje budowę superpaństwa europejskiego. Po prostu żadna z obecnych tam partii nie rozumie na czym opiera się potęga państwa. Fundamenty są dwa: silna armia oraz mocna gospodarka.
Prowadzenie polityki zagranicznej sprowadza się do płaszczenia się przed odpowiednimi państwami. PO, PSL i SLD robią to przed Niemcami i Rosją. PiS z kolei włazi w anus Izraelowi oraz USA. Czy to jest polityka państwa suwerennego? Oczywiście, że nie. Wszyscy oni uważają, że Polska ma być państwem satelickim któregoś z wyżej wymienionych. Tak więc, jak mam nie twierdzić, że wszystkie partie są antypolskie?
Teraz mamy socjalizm. Poparcie dla UE jest już wystarczającym argumentem za tym, żeby określić te wszystkie partie jako socjalistyczne. Ale to nie wszystko. Każda jedna obecna partia nie chce zmniejszać rozmiarów biurokracji i państwa, obniżać podatków. Wszyscy robią wręcz odwrotnie. Poza tym czy któraś z tych partii popiera zniesienie przymusu ubezpieczeń czy szkolnego? Czy chcą zniesienia różnych regulacji rynku? Czy uważają podatek dochodowy za szkodliwy? Ależ skąd. Im to wszystko na rękę. Można swoich kolegów poustawiać w różnych urzędach, czy to będzie ZUS, NFZ, kuratoria, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.
Natomiast co do kwestii najważniejszych: nie jest najważniejsze, żeby Polska była maksymalnie liberalna i wolnorynkowa (o co zdaje się chodzi Autorowi), tylko, żeby Polska była suwerenna, sprawiedliwa i dostatnia.
Jeżeli chodzi o kwestie światopoglądowe, to jestem wręcz na antypodach liberalizmu. Przeczytałem jednak szereg tekstów mojego interlokutora. Doszedłem do wniosku, że liberalny to dla niego to samo, co wolnorynkowy. Wyrażenie "liberalna i wolnorynkowa" to zatem pleonazm.
Co ma wolny rynek do suwerenności? Tu mamy błąd pomieszania etatyzmu z patriotyzmem. Ten sposób rozumowania wywodzi się jeszcze z czasów komunistycznych. Został on utrzymany przez szereg ugrupowań po 1989 roku. Część gałęzi gospodarki ma mieć strategiczne znaczenie. Rozumowanie to jest błędne. Po pierwsze po sprywatyzowaniu na przykład energetyki nikt nie będzie sobie ograniczał zysków i zamykał elektrowni. Po drugie to raczej nadmierna regulacja gospodarki powoduje różne dziwne problemy typu bezpieczeństwa energetycznego. Gdyby nie reglamentować rurociągów, przestałoby istnieć zagrożenie ze strony Gazpromu.
Tak samo z dostatkiem. To socjalizm tworzy obszary biedy strukturalnej. Ludzie, którzy normalnie poszliby do pracy, funkcjonują cały czas dzięki opiece społecznej. Na jakim zatem mają żyć poziomie? Państwo przez redystrybucję nigdy nie zwiększyło dostatku. JFK na przykład walczył z biedą, no i ilość biednych wtedy wzrosła. Lyndon Johnson również nic nie zdziałał, doprowadził do powstania murzyńskich gett przykładowo na Bronxie i wzrostu przestępczości. Natomiast w azjatyckich tygrysach, które są obecnie najbardziej kapitalistycznymi państwami na świecie, biednych jest może 5% całego społeczeństwa. Klasa robotnicza również najszybciej bogaciła się w dziewiętnastym stuleciu; odrzućmy te obrazki z książek Dickensa. Tak ma się dostatek do wolnego rynku.
Sprawiedliwość natomiast to kwestia systemu prawnego.
No i oczywiście ta pierwsza grupa jest zwolennikiem liberalizmu (dosyć specyficznie zresztą rozumianego, o czym przekonał się np.Roman Kluska), gdyż taki system utwierdza ich przewagę nad resztą społeczeństwa. Stąd bierze się propaganda, żeby zniszczyć wszystkie usługi społeczne, które służą zwykłym ludziom, żeby zniszczyć Państwo Polskie, własność państwową, wpływ Państwa na gospodarkę - po to, żeby więcej wpływu mieli byli byli komuniści (a dzisiejsi burżuje i "liberałowie"), a tym samym zagraniczne ośrodki decyzyjne - zarówno służby specjalne, jak i globalne koncerny, które z pewnością nie działają na korzyść Polaków.
Ale co to za wolny rynek mamy w Polsce?! To nie jest nawet atrapa. Przecież mamy nadmiernie reglamentowaną gospodarkę, płace minimalne et consortes. Kluska jest ofiarą właśnie biurokratycznych absurdów. Gdybyśmy mieli wolny rynek, nie byłoby tej całej rzeczypospolitej kolesiów.
Tak samo nieregulowana gospodarka nie sprzyja globalnym koncernom. To jest socjalistyczny mit. Im bardziej uregulowana przez państwo gospodarka, to tym większy stopień jej monopolizacji. Przecież są urzędnicy, których można korumpować oraz nasyłać na konkurencję. Można sobie również kupić koncesję i zadbać, żeby kto inny jej nie dostał. Pewne możliwości ponadnarodowych korporacji wynikają z interwencjonizmu, a nie leseferyzmu.
Czy oni chcą niszczyć usługi społeczne? Raczej oni chcą obsadzić je swoimi kolegami i pociotkami. Dlatego nie chcą, żeby zajmowały się tym prywatne podmioty całkowicie od nich niezależne.
Z punktu widzenia zagranicznych służb wpływ państwa na gospodarkę jest jak najbardziej wskazany. Weźmy przykład rurociągów. Gdybyśmy ich nie reglamentowali, to nie byłoby urzędnika w Ministerstwie Infrastruktury lub Gospodarki, którego agenci SWR bądź GRU mogliby kupić. Szerzej sprawę wyjaśniłem w tekście O bezpieczeństwie energetycznym raz jeszcze.
Na zakończenie zaznaczam, że w niczym nie chciałem urazić mojego interlokutora, który w pewnych sprawach pobłądził. W każdym razie nie warto powielać pewnych schematów myślowych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gospodarka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gospodarka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 stycznia 2010
wtorek, 3 listopada 2009
O bezpieczeństwie energetycznym raz jeszcze
Straszeni jesteśmy różnymi rzeczami. Jedni nam mówią, że powodujemy globalne ocieplenie, a woda z topniejących lodowców zaleje pół globu. Jeszcze inni przedstawiają bardziej katastroficzne wizje oraz proponują rozwiązania jakich nie powstydziliby się hitlerowcy. Mowa tu o różnych szczepach ekologistów. Pewne groźby są jednak jak najbardziej realne. Z różną częstotliwością dochodzą bowiem pohukiwania z Kremla, że mogą nam zakręcić kurek z gazem. No i to jest groźba jak najbardziej realna. Gazprom to firma państwowa. Jak zostanie zakręcony kurek, to zapłacą rosyjscy podatnicy. Prywatnej firmie takie zabiegi zwyczajnie nie opłacałyby się, ponieważ nie chciałaby sobie ona ograniczać zysków.
A jakich się szuka sposobów na uniknięcie wyżej wymienionych sytuacji. Rzecz jasna, skoro mamy jeden rurociąg, to kombinuje się, jak dywersyfikować. Mieliśmy swego czasu projekt gazociągu z Norwegii, został on utopiony przez ekipę Millera. Więcej, to była pierwsza rzecz, którą postkomunistyczny gabinet w 2001 roku zrobił. Na czym to polega? Wprowadza się system różnych koncesji, żeby państwo miało wpływ na to, kto gdzie buduje rurociąg oraz kto handluje gazem i ropą na naszym terenie. Nam się mówi, że chodzi tutaj o bezpieczeństwo energetyczne. Inne sposoby jego zapewnienia też się wiążą z działalnością państwa w gospodarce. Tak usprawiedliwiane jest na przykład utrzymywanie państwowej własności kopalń węgla kamiennego czy też elektrowni. Czasami przebąkuje się również o jakimś projekcie związanym z wykorzystaniem złóż geotermalnych. Jak wszyscy wiemy, powoła się do życia monopolistycznego molocha, który będzie ciągle potrzebował dotacji z budżetu państwa. Mówi się nam, że pewne problemy to nie jest wyłącznie kwestia ekonomii, ale że urastają one do rangi strategiczno-politycznych. Innymi słowy, jeżeli kopalnie i elektrownie zostałyby zakupione przez Niemców, to doświadczalibyśmy z ich strony różnych forteli, no i przez to zdegradowalibyśmy zostali do roli państwa satelickiego. Tak samo w przypadku Rosji...
Nie muszę już tutaj mówić, że mamy tutaj klasyczny błąd pomieszania etatyzmu z patriotyzmem. Wywodzi się on z komunizmu, a był skutecznie utrwalany w społecznej świadomości przez populistyczne (niby-prawicowe) i socjalistyczne (postkomuniści i udecy) rządy w ostatnim dwudziestoleciu. Te wszystkie gadki o bezpieczeństwie energetycznym służą tak naprawdę utrzymaniu państwowej własności części przedsiębiorstw, po to żeby związki zawodowe się nie burzyły oraz żeby partyjni koledzy mieli zagwarantowane wysokie pensje i odprawy na takowych stolcach. A w tej demokracji mamy tak, że otumanionemu ludowi trzeba rzucić coś na żer. No i tak się robi. Wyciąga się zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego państwa, które ma być rzekomo chronione przez szereg spółek Skarbu Państwa oraz koncesjonowanie pewnych działów gospodarki. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.
Pierwszym prawem uchwalonym przez Kongres Liberalno-Demokratyczny (praszczura obecnej Parady Oszustów) było koncesjonowanie przesyłania paliw oraz ich przetwórstwa. Przez to musimy bawić się w negocjacje, żeby ktoś nam raczył wybudować rurociąg. Koncesjonowanie miało zapobiec takim sytuacjom, że Putin, Miedwiediew czy inny kacyk rezydujący na Kremlu może nam zakręcić dopływ gazu. Stało się jednak na odwrót. Doszło do tego, że Gazprom jest w tym zakresie monopolistą. Wychodzi zatem na to, że nadmierny etatyzm zagraża bezpieczeństwu energetycznemu naszego państwa. Gdyby bowiem nie koncesjonowano rurociągów czy też innej formy dystrybucji paliw kopalnych (gazo- i naftoporty), to fabryki czy gazownie mogłyby wybierać, jaki gaz chcą użytkować, czy rosyjski, irański, norweski czy też pochodzący ze złóż znajdujących się na terenie naszego kraju. Wówczas taki problem by nie istniał. Mielibyśmy kilka rurociągów z różnych stron oraz kilka nafto- i gazoportów, no i żaden przywódca polityczny, czy to Niemiec, Rosji czy innego państwa nie mógłby uprawiać politycznego kapitalizmu. Skończyłoby się to raz na zawsze. Więcej, rozmieszczenie rurociągów dostosowane byłoby do rozmieszczenia przemysłu i ludności, a nie do widzimisię elit politycznych aktualnie sprawujących władzę. Czytałem kiedyś artykuł w Gazecie Polskiej, że państwa powinny dokładać się bądź realizować pewne projekty energetyczne. Jak widać na powyższym przykładzie, to nie jest wcale konieczne. Można w ogóle zaniechać koncesjonowania rurociągów, no i nikt nam nie będzie mógł zagrozić. Przecież w takiej sytuacji jakiś rosyjski czy niemiecki agent nie będzie mógł kupić urzędnika w Ministerstwie Gospodarki bądź Ministerstwie Infrastruktury, który takimi rzeczami się zajmuje. Zapomina się, że koncesjonowanie tysiąca i jednego sektorów gospodarki prowadzi do nasilenia się zjawisk korupcyjnych. Działa to również w drugą stronę. Koncesje czy licencje dostają zaprzyjaźnieni biznesmeni elit politycznych. W przypadku zaniechania reglamentacji przez państwo takie zjawiska automatycznie przestaną istnieć.
Wspomniałem wyżej o projektach energetycznych. Również w przypadku tego rodzaju działalności gospodarczej wszelkie koncesje powinny zostać zniesione. Mówi się tyle o rozwoju geotermii. Ale tego się nie robi, ponieważ z jednej strony prawo energetyczne, a z drugiej strony geologiczne i górnicze są skomplikowane i uniemożliwiają wszelkie prace. A gdyby je tak znieść razem ze wszystkimi koncesjami w tym zakresie? Wówczas powstałoby mnóstwo odwiertów; złoża geotermalne zostałyby wykorzystane do ogrzewania mieszkań oraz produkcji prądu elektrycznego na niewielką skalę. Po zniesieniu tych różnych etatystycznych ograniczeń możliwe, że wybudowano by w Polsce w końcu siłownię atomową. Moim zdaniem byłoby bardzo dobrze, jednakże o typie wykorzystywanej energetyki powinien decydować rynek. Na potrzeby mieszkańców wystarczy spokojnie mała energetyka. Natomiast jeżeli chodzi o przemysł, tutaj konieczne są już wielkie elektrownie jak hydroelektrownie czy też wspomniane wyżej siłownie jądrowe. Państwo w żadnym wypadku nie powinno się dokładać. (Warto również rozdzielić wojskowy program atomowy od cywilnego. Tym drugim niech się zajmują prywatne konsorcja).
Dodam, że czasem dochodzę do wniosku, że za tą bizantyńską biurokrację odpowiadają pewne czynniki zewnętrzne. Obcej agentury mamy w kraju sporo, więc odkręcenie pewnych rzeczy w obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe. Więcej, znaczna część ludzi uważa, że ten socjal-etatyzm to dla dobra Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dlatego skłonna jest popierać siły polityczne proponujące rozwiązania mieszczące się w takim ujęciu jak obecnie. No i nic dziwnego, że gazowa pętla na szyi będzie się nam coraz mocniej zaciskać.
Na tych przypadkach widać, że państwo ingerując w gospodarkę bardziej przeszkadza niż pomaga. Problem bezpieczeństwa energetycznego jako taki praktycznie nie zaprzątałby nikomu głowy, gdyby nie nadmierna ingerencja państwa w gospodarkę. Pozostaje przytoczyć świętej pamięci Kisiela, że "socjalizm zwalcza problemy nie istniejące w innych ustrojach". Wspomniany wyżej przypadek nie jest zatem odosobniony.
A jakich się szuka sposobów na uniknięcie wyżej wymienionych sytuacji. Rzecz jasna, skoro mamy jeden rurociąg, to kombinuje się, jak dywersyfikować. Mieliśmy swego czasu projekt gazociągu z Norwegii, został on utopiony przez ekipę Millera. Więcej, to była pierwsza rzecz, którą postkomunistyczny gabinet w 2001 roku zrobił. Na czym to polega? Wprowadza się system różnych koncesji, żeby państwo miało wpływ na to, kto gdzie buduje rurociąg oraz kto handluje gazem i ropą na naszym terenie. Nam się mówi, że chodzi tutaj o bezpieczeństwo energetyczne. Inne sposoby jego zapewnienia też się wiążą z działalnością państwa w gospodarce. Tak usprawiedliwiane jest na przykład utrzymywanie państwowej własności kopalń węgla kamiennego czy też elektrowni. Czasami przebąkuje się również o jakimś projekcie związanym z wykorzystaniem złóż geotermalnych. Jak wszyscy wiemy, powoła się do życia monopolistycznego molocha, który będzie ciągle potrzebował dotacji z budżetu państwa. Mówi się nam, że pewne problemy to nie jest wyłącznie kwestia ekonomii, ale że urastają one do rangi strategiczno-politycznych. Innymi słowy, jeżeli kopalnie i elektrownie zostałyby zakupione przez Niemców, to doświadczalibyśmy z ich strony różnych forteli, no i przez to zdegradowalibyśmy zostali do roli państwa satelickiego. Tak samo w przypadku Rosji...
Nie muszę już tutaj mówić, że mamy tutaj klasyczny błąd pomieszania etatyzmu z patriotyzmem. Wywodzi się on z komunizmu, a był skutecznie utrwalany w społecznej świadomości przez populistyczne (niby-prawicowe) i socjalistyczne (postkomuniści i udecy) rządy w ostatnim dwudziestoleciu. Te wszystkie gadki o bezpieczeństwie energetycznym służą tak naprawdę utrzymaniu państwowej własności części przedsiębiorstw, po to żeby związki zawodowe się nie burzyły oraz żeby partyjni koledzy mieli zagwarantowane wysokie pensje i odprawy na takowych stolcach. A w tej demokracji mamy tak, że otumanionemu ludowi trzeba rzucić coś na żer. No i tak się robi. Wyciąga się zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego państwa, które ma być rzekomo chronione przez szereg spółek Skarbu Państwa oraz koncesjonowanie pewnych działów gospodarki. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.
Pierwszym prawem uchwalonym przez Kongres Liberalno-Demokratyczny (praszczura obecnej Parady Oszustów) było koncesjonowanie przesyłania paliw oraz ich przetwórstwa. Przez to musimy bawić się w negocjacje, żeby ktoś nam raczył wybudować rurociąg. Koncesjonowanie miało zapobiec takim sytuacjom, że Putin, Miedwiediew czy inny kacyk rezydujący na Kremlu może nam zakręcić dopływ gazu. Stało się jednak na odwrót. Doszło do tego, że Gazprom jest w tym zakresie monopolistą. Wychodzi zatem na to, że nadmierny etatyzm zagraża bezpieczeństwu energetycznemu naszego państwa. Gdyby bowiem nie koncesjonowano rurociągów czy też innej formy dystrybucji paliw kopalnych (gazo- i naftoporty), to fabryki czy gazownie mogłyby wybierać, jaki gaz chcą użytkować, czy rosyjski, irański, norweski czy też pochodzący ze złóż znajdujących się na terenie naszego kraju. Wówczas taki problem by nie istniał. Mielibyśmy kilka rurociągów z różnych stron oraz kilka nafto- i gazoportów, no i żaden przywódca polityczny, czy to Niemiec, Rosji czy innego państwa nie mógłby uprawiać politycznego kapitalizmu. Skończyłoby się to raz na zawsze. Więcej, rozmieszczenie rurociągów dostosowane byłoby do rozmieszczenia przemysłu i ludności, a nie do widzimisię elit politycznych aktualnie sprawujących władzę. Czytałem kiedyś artykuł w Gazecie Polskiej, że państwa powinny dokładać się bądź realizować pewne projekty energetyczne. Jak widać na powyższym przykładzie, to nie jest wcale konieczne. Można w ogóle zaniechać koncesjonowania rurociągów, no i nikt nam nie będzie mógł zagrozić. Przecież w takiej sytuacji jakiś rosyjski czy niemiecki agent nie będzie mógł kupić urzędnika w Ministerstwie Gospodarki bądź Ministerstwie Infrastruktury, który takimi rzeczami się zajmuje. Zapomina się, że koncesjonowanie tysiąca i jednego sektorów gospodarki prowadzi do nasilenia się zjawisk korupcyjnych. Działa to również w drugą stronę. Koncesje czy licencje dostają zaprzyjaźnieni biznesmeni elit politycznych. W przypadku zaniechania reglamentacji przez państwo takie zjawiska automatycznie przestaną istnieć.
Wspomniałem wyżej o projektach energetycznych. Również w przypadku tego rodzaju działalności gospodarczej wszelkie koncesje powinny zostać zniesione. Mówi się tyle o rozwoju geotermii. Ale tego się nie robi, ponieważ z jednej strony prawo energetyczne, a z drugiej strony geologiczne i górnicze są skomplikowane i uniemożliwiają wszelkie prace. A gdyby je tak znieść razem ze wszystkimi koncesjami w tym zakresie? Wówczas powstałoby mnóstwo odwiertów; złoża geotermalne zostałyby wykorzystane do ogrzewania mieszkań oraz produkcji prądu elektrycznego na niewielką skalę. Po zniesieniu tych różnych etatystycznych ograniczeń możliwe, że wybudowano by w Polsce w końcu siłownię atomową. Moim zdaniem byłoby bardzo dobrze, jednakże o typie wykorzystywanej energetyki powinien decydować rynek. Na potrzeby mieszkańców wystarczy spokojnie mała energetyka. Natomiast jeżeli chodzi o przemysł, tutaj konieczne są już wielkie elektrownie jak hydroelektrownie czy też wspomniane wyżej siłownie jądrowe. Państwo w żadnym wypadku nie powinno się dokładać. (Warto również rozdzielić wojskowy program atomowy od cywilnego. Tym drugim niech się zajmują prywatne konsorcja).
Dodam, że czasem dochodzę do wniosku, że za tą bizantyńską biurokrację odpowiadają pewne czynniki zewnętrzne. Obcej agentury mamy w kraju sporo, więc odkręcenie pewnych rzeczy w obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe. Więcej, znaczna część ludzi uważa, że ten socjal-etatyzm to dla dobra Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dlatego skłonna jest popierać siły polityczne proponujące rozwiązania mieszczące się w takim ujęciu jak obecnie. No i nic dziwnego, że gazowa pętla na szyi będzie się nam coraz mocniej zaciskać.
Na tych przypadkach widać, że państwo ingerując w gospodarkę bardziej przeszkadza niż pomaga. Problem bezpieczeństwa energetycznego jako taki praktycznie nie zaprzątałby nikomu głowy, gdyby nie nadmierna ingerencja państwa w gospodarkę. Pozostaje przytoczyć świętej pamięci Kisiela, że "socjalizm zwalcza problemy nie istniejące w innych ustrojach". Wspomniany wyżej przypadek nie jest zatem odosobniony.
czwartek, 16 lipca 2009
Kula u nogi
Państwo socjalistyczne zajmuje się wieloma rzeczami, którymi nie powinno. Aż nazbyt oczywistymi przykładami są służba zdrowia, ubezpieczenia, edukacja, opieka społeczna. Przy tej okazji zapomina się o zdecydowanie najbardziej oczywistym wyróżniku, a mianowicie państwowej własności środków produkcji. Podobnie jak państwo nie jest od tego, żeby edukować, leczyć, ubezpieczać ludzi zamieszkujących jego obszar, nie powinno być istną manufakturą. Socjaliści różnej maści zastanawiają się jak tu posyłać coraz młodsze dzieci do szkoły i nie tylko. Gdy tylko mogą, to zaraz dokonują nacjonalizacji. Pół żartem pół serio, zastanawiam się czasem, kiedy skrót GM będziemy tłumaczyć Government Motors. Tak samo czasem chodzi mi po głowie, czy Obama nie zechce upaństwowić szeregu gałęzi przemysłu oraz ubezpieczeń. My w Priwislanskim Kraju mamy jednakże zmartwienia jeszcze innego typu. Istnieje u nas szereg przedsiębiorstw państwowych stanowiących istną kulę u nogi...
Biorąc pod uwagę rachunek ekonomiczny, jeżeli dane przedsiębiorstwo nie przynosi żadnych zysków, to należy je sprywatyzować. Nie zamykać ani nie likwidować, tylko sprzedać i to najlepiej na giełdzie. Wówczas budżet państwa zostanie zasilony całkiem sporymi środkami, a przy okazji dany zakład zacznie płacić podatki. W wyniku tego znowu kasa państwa zostanie zasilona. Prywatyzacja zatem stanowi sukces. Pytanie tylko, dlaczego pewne przedsiębiorstwa to swoiste święte krowy i nikt nawet o tym nie myśli. W ogóle, dlaczego w wielu gałęziach prywatyzowanie państwowego mienia idzie tak powoli?
Mamy tutaj dwie grupy, które sobie tego nie życzą. Po pierwsze są to związki zawodowe. Prywatny właściciel mógłby nawet zakazać ich działalności na swoim terenie. Wówczas skończyłyby się ich przywileje. Póki dany zakład jest państwowy, mogą rządać od państwa coraz więcej. Przyjeżdżają wówczas do Warszawy pod jedno z ministerstw albo kancelarię premiera. Zestrachany rząd dla świętego spokoju daje im je albo obiecuje podtrzymanie tychże dla świętego spokoju. Sprawa stoi zatem w miejscu. Po drugie same elity polityczne nie chcą prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw. A dlaczego? Sprawa tutaj jest prosta. Poszczególne partie mogą na stanowiskach prezesów, członków rad nadzorczych, zarządów umieszczać swoich członków. Państwowe przedsiębiorstwa stanowią zatem kość, o którą one będą się bić. Wobec czego po co prywatyzować? Przecież nie ma sensu pozbawiać się możliwości zarobku na intratnych państwowych posadkach. Z elitami politycznymi związana jest jeszcze inna kwestia. Istnieje również populistyczny argument przeciwko prywatyzacji. Politycy nie chcą bowiem stracić elektoratu, który związany jest z dużymi monopolistycznymi molochami. A w obecnym świecie demokratycznym ma to niestety znaczenie. Nie chcą podcinać sobie gałęzi, na której siedzą. Prywatyzacja byłaby bowiem rzeczą bardzo nie wygodną w takim układzie. Niezadowoleni pracownicy jakiegoś państwowego molocha mogliby się od danej partii odwrócić, a następnie zagłosować na kogo innego. Więcej, przez to cały polityczny mainstream teoretycznie mógłby stanąć do góry nogami, a do głosu mogłyby dojść inne siły, które obiecałyby na przykład nacjonalizację uprzednio sprywatyzowanego zakładu.
Wspomniałem wyżej, że państwowe przedsiębiorstwa przynoszą straty. Dzieje się tak z prostego powodu? Cechuje je zatrudnienie większej liczby pracowników niż potrzeba, do tego może się panoszyć nawet kilkanaście związków zawodowych. W górnictwie węgla kamiennego jest ich na przykład aż dwanaście (!). Poza tym zyski z dywident idą głównie do budżetu państwa, więc przedsiębiorstwo nie modernizuje posiadanego przez siebie sprzętu. Te wszystkie czynniki prowadzą do tego, że państwowe spółki przynoszą nawet milionowe (Orlen, PGNiG) albo miliardowe straty (przykład PKP czy LOT). Abstrahuję już od tego, że państwowe przedsiębiorstwa mogą być bardzo dogodnymi pralniami brudnych pieniędzy, w których państwowe pieniądze migrują do prywatnych kieszeni. Pamiętać należy jeszcze o tym, że utrzymanie spółki, której właścicielem jest państwo, kosztuje dwa razy więcej niż w sytuacji, kiedy należy ona do prywatnego właściciela. Zaznaczam, że tutaj nie chodzi o jakieś drobne kwoty. Te wszystkie pieniądze, które poszły na oddłużanie nierentownej państwowej własności można by wydać w inny sposób, na przykład na infrastrukturę drogową, armię oraz policję.
Może się pojawić pytanie, a co wtedy, gdy dana firma przynosi zyski do budżetu. Jako przykład można tutaj podać KGHM, który zwykle daje od jednego do dwóch miliardów zysku. Moim zdaniem też należy prywatyzować. Przecież dane przedsiębiorstwo zarządzane przez prywatnego właściciela może przynosić jeszcze większe zyski, zwyczajnie płacąc podatki. Poza tym fakt przynoszenia zysków to stan obecny. Skąd wiemy, czy za kilka lat nie będziemy musieli danej firmy oddłużać?
Bardzo kłopotliwe jest również powiązanie etatyzmu z patriotyzmem. Spotkałem się bowiem z takimi ocenami, że człowiek, który chce wszystko sprywatyzować oraz ograniczyć państwo do rozmiarów rozsądnych, to antypatriota, kosmopolita i internacjonalista. Więcej, takie przekonanie jest podtrzymywane przez partie populistyczne oraz ich ideowych zwolenników. Również na tej nucie próbuje czasem grać lewica mówiąc na przykład, że Pinochet sprzedał kraj międzynarodowym korporacjom czy Thatcher doprowadziła do deindustrializacji Wielkiej Brytanii. Ten argument jest jednak łatwo zbić. Na co jest lepiej wydawać pieniądze? Na zapewnianie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego państwa, ergo armię i policję, czy oddłużanie jakiegoś państwowego przedsiębiorstwa generującego miliardowe straty. Odpowiedź na to pytanie z punktu widzenia rachunku ekonomicznego jest prosta. Tak więc populiści (jak również typowi socjaliści) dążą do ciągłego osłabiania państwa poprzez ładowanie pieniędzy w dziury bez dna, jakimi jest szereg państwowych spółek.
Państwo jako takie nie stanowi manufaktury. Ma spełniać inne zadania związane z bezpieczeństwem wewnętrznym, zewnętrznym, stanowieniem prawa et cetera. Demokratyczny ustrój jednak przeszkadza przeprowadzać rozsądne zmiany. Wszystko stacza się zatem w kierunku coraz większego liberalizmu światopoglądowego z jednej strony, a socjalizmu z drugiej.
Biorąc pod uwagę rachunek ekonomiczny, jeżeli dane przedsiębiorstwo nie przynosi żadnych zysków, to należy je sprywatyzować. Nie zamykać ani nie likwidować, tylko sprzedać i to najlepiej na giełdzie. Wówczas budżet państwa zostanie zasilony całkiem sporymi środkami, a przy okazji dany zakład zacznie płacić podatki. W wyniku tego znowu kasa państwa zostanie zasilona. Prywatyzacja zatem stanowi sukces. Pytanie tylko, dlaczego pewne przedsiębiorstwa to swoiste święte krowy i nikt nawet o tym nie myśli. W ogóle, dlaczego w wielu gałęziach prywatyzowanie państwowego mienia idzie tak powoli?
Mamy tutaj dwie grupy, które sobie tego nie życzą. Po pierwsze są to związki zawodowe. Prywatny właściciel mógłby nawet zakazać ich działalności na swoim terenie. Wówczas skończyłyby się ich przywileje. Póki dany zakład jest państwowy, mogą rządać od państwa coraz więcej. Przyjeżdżają wówczas do Warszawy pod jedno z ministerstw albo kancelarię premiera. Zestrachany rząd dla świętego spokoju daje im je albo obiecuje podtrzymanie tychże dla świętego spokoju. Sprawa stoi zatem w miejscu. Po drugie same elity polityczne nie chcą prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw. A dlaczego? Sprawa tutaj jest prosta. Poszczególne partie mogą na stanowiskach prezesów, członków rad nadzorczych, zarządów umieszczać swoich członków. Państwowe przedsiębiorstwa stanowią zatem kość, o którą one będą się bić. Wobec czego po co prywatyzować? Przecież nie ma sensu pozbawiać się możliwości zarobku na intratnych państwowych posadkach. Z elitami politycznymi związana jest jeszcze inna kwestia. Istnieje również populistyczny argument przeciwko prywatyzacji. Politycy nie chcą bowiem stracić elektoratu, który związany jest z dużymi monopolistycznymi molochami. A w obecnym świecie demokratycznym ma to niestety znaczenie. Nie chcą podcinać sobie gałęzi, na której siedzą. Prywatyzacja byłaby bowiem rzeczą bardzo nie wygodną w takim układzie. Niezadowoleni pracownicy jakiegoś państwowego molocha mogliby się od danej partii odwrócić, a następnie zagłosować na kogo innego. Więcej, przez to cały polityczny mainstream teoretycznie mógłby stanąć do góry nogami, a do głosu mogłyby dojść inne siły, które obiecałyby na przykład nacjonalizację uprzednio sprywatyzowanego zakładu.
Wspomniałem wyżej, że państwowe przedsiębiorstwa przynoszą straty. Dzieje się tak z prostego powodu? Cechuje je zatrudnienie większej liczby pracowników niż potrzeba, do tego może się panoszyć nawet kilkanaście związków zawodowych. W górnictwie węgla kamiennego jest ich na przykład aż dwanaście (!). Poza tym zyski z dywident idą głównie do budżetu państwa, więc przedsiębiorstwo nie modernizuje posiadanego przez siebie sprzętu. Te wszystkie czynniki prowadzą do tego, że państwowe spółki przynoszą nawet milionowe (Orlen, PGNiG) albo miliardowe straty (przykład PKP czy LOT). Abstrahuję już od tego, że państwowe przedsiębiorstwa mogą być bardzo dogodnymi pralniami brudnych pieniędzy, w których państwowe pieniądze migrują do prywatnych kieszeni. Pamiętać należy jeszcze o tym, że utrzymanie spółki, której właścicielem jest państwo, kosztuje dwa razy więcej niż w sytuacji, kiedy należy ona do prywatnego właściciela. Zaznaczam, że tutaj nie chodzi o jakieś drobne kwoty. Te wszystkie pieniądze, które poszły na oddłużanie nierentownej państwowej własności można by wydać w inny sposób, na przykład na infrastrukturę drogową, armię oraz policję.
Może się pojawić pytanie, a co wtedy, gdy dana firma przynosi zyski do budżetu. Jako przykład można tutaj podać KGHM, który zwykle daje od jednego do dwóch miliardów zysku. Moim zdaniem też należy prywatyzować. Przecież dane przedsiębiorstwo zarządzane przez prywatnego właściciela może przynosić jeszcze większe zyski, zwyczajnie płacąc podatki. Poza tym fakt przynoszenia zysków to stan obecny. Skąd wiemy, czy za kilka lat nie będziemy musieli danej firmy oddłużać?
Bardzo kłopotliwe jest również powiązanie etatyzmu z patriotyzmem. Spotkałem się bowiem z takimi ocenami, że człowiek, który chce wszystko sprywatyzować oraz ograniczyć państwo do rozmiarów rozsądnych, to antypatriota, kosmopolita i internacjonalista. Więcej, takie przekonanie jest podtrzymywane przez partie populistyczne oraz ich ideowych zwolenników. Również na tej nucie próbuje czasem grać lewica mówiąc na przykład, że Pinochet sprzedał kraj międzynarodowym korporacjom czy Thatcher doprowadziła do deindustrializacji Wielkiej Brytanii. Ten argument jest jednak łatwo zbić. Na co jest lepiej wydawać pieniądze? Na zapewnianie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego państwa, ergo armię i policję, czy oddłużanie jakiegoś państwowego przedsiębiorstwa generującego miliardowe straty. Odpowiedź na to pytanie z punktu widzenia rachunku ekonomicznego jest prosta. Tak więc populiści (jak również typowi socjaliści) dążą do ciągłego osłabiania państwa poprzez ładowanie pieniędzy w dziury bez dna, jakimi jest szereg państwowych spółek.
Państwo jako takie nie stanowi manufaktury. Ma spełniać inne zadania związane z bezpieczeństwem wewnętrznym, zewnętrznym, stanowieniem prawa et cetera. Demokratyczny ustrój jednak przeszkadza przeprowadzać rozsądne zmiany. Wszystko stacza się zatem w kierunku coraz większego liberalizmu światopoglądowego z jednej strony, a socjalizmu z drugiej.
Etykiety:
etatyzm,
gospodarka,
państwowe przedsiębiorstwa,
populizm,
prywatyzacja,
socjalizm
środa, 10 czerwca 2009
Bilans rządów "miłości"
Dzień 21 października 2007 roku pamiętam dosyć dobrze. Poszedłem wtedy na wybory, zagłosowałem na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej z nadzieją, że wreszcie uda się przełamać pięcioprocentowy próg wyborczy i wprowadzić do parlamentu trochę nowej krwi. Oczywiście, zamiast około 10%, jak wcześniej zakładali dostali tylko 1,3% poparcia. Wiadomo, odczułem trochę moralnego kaca, z drugiej strony zagłosowałem zgodnie z przekonaniami. Tego dnia stała się rzecz o wiele groźniejsza. Do władzy w Polsce dorwała się partia w założeniu konserwatywno-liberalna znana nam wszystkim jako PO. Widząc, kto wygrał wybory, wiedziałem, że do władzy doszli bezideowi grandziarze. Teraz po niecałych dwóch latach rządów widzę, że się nie myliłem ani o jotę.
Zacznijmy od tego, co miało być największym atutem PO, na który nabrała się część osób o wolnorynkowych przekonaniach. Chodzi tutaj o ekonomiczny liberalizm. Miało być uproszczenie życia przedsiębiorcom, podatki trzy razy 15% (PIT, CIT, VAT) et consortes. Co się natomiast dzieje?
Uproszczenie i obniżenie podatków okazało się być propagandową mrzonką. PO wcale nie ma w ogóle zamiaru zmniejszać fiskalizmu w Polsce. Ostatnio zaproponowali podniesienie podatku VAT - podstawowej stawki z 22% na 23% oraz na pewne usługi, w tym hotelarskie (w tym przypadku z 7% do 22%). Co to oznacza? Do Polski nie będzie się opłacało w ogóle przyjeżdżać na wczasy. Ludzie zaczną wybierać zagranicę z powodu niższych cen tych usług (mimo, że w euro!). Nie mówię już, ile pensjonatów i hoteli z tego powodu upadnie... Poza tym podnoszenie podatków pośrednich jest pozbawione sensu, ponieważ zmniejsza konsumpcję, a co za tym idzie - wpływy do budżetu państwa. To jednak nie pierwszy przypadek u obecnego (nie)rządu. W zeszłym roku chcieli podnieść akcyzę na paliwa, tak samo już wiadomo, że wzrosną ceny papierosów i alkoholi. No i takie to mamy ograniczanie fiskalizmu... Poza tym od zawsze PO trąbiło o liniowej stawce podatku dochodowego od osób fizycznych. Tylko wygrali wybory, to oni o tym zapomnieli. Dalej będziemy mieć podatkową progresję. PO również ani myśli rozprawić się z podatkiem Belki od transakcji giełdowych.
Gdyby PO było partią choć w najmniejszym stopniu liberalną ekonomicznie, dążyłaby do tego, żeby Polska w UE mogła prowadzić niezależną politykę celną i fiskalną. Przecież to dzięki UE VAT na większość towarów i usług wynosi 22%, bo taką oni ustanowili podstawową stawkę. Nie możemy również samodzielnie decydować o zmniejszaniu taryf celnych, ponieważ tutaj też istnieją unijne obwarowania. Powinien już być dawno wystosowany dokument dotyczący utrzymania niezależności w tych kwestiach. Niestety, PO upaja się mitami o wolnym rynku w UE - a mamy tam centralne sterowanie rodem z komunizmu. Jak kiedyś stwierdził Janusz Korwin-Mikke, UE to strefa szalejącej biurokracji.
Jak jesteśmy przy UE, powinni również wywalczyć co najmniej okres przejściowy, po którym tamta biurokracja w Brukseli mogłaby narzucać swoje normy dotyczące ochrony środowiska oraz sanitarne. Piszę "co najmniej", ponieważ taka partia - w założeniach konserwatywno-liberalna - walczyć powinna w ogóle o ich zniesienie, a przy okazji autonomię państw członkowskich w tym zakresie. Niestety, nie dostrzegają kuriozów takich jak unijne normy na rozmiar jabłek, krzywiznę ogórków bananów, przechowywanie odchodów zwierząt itd. Tak samo niedługo samochód będzie można naprawiać tylko i wyłącznie w serwisie firmy, która jest jego producentem. To też unijny wymysł, o którym jest zadziwiająco cicho. Jak zaznaczyłem wyżej, partia deklarująca się jako liberalna pod względem ekonomicznym, powinna z takimi rzeczami walczyć, uważając je za absurdy na kółkach.
PO miała ułatwiać życie przedsiębiorcom. Pracuje komisja "Przyjazne państwo" i jakoś nic się nie dzieje w tym zakresie. Przykład stanowi tutaj podniesienie stawki VAT. Więcej, PO wprowadziło takie zmiany w prawie budowlanym, że bez zgody urzędnika nie można na swojej ziemi nawet altanki postawić czy zrobić kapitalnego remontu swojego domu. Nie szykuje się również żadne uproszczenie prawa geologicznego. Dzięki PO mamy już 300 rodzajów działalności gospodarczej związanym ze wszelkimi pozwoleniami, koncesjami i licencjami. Taka partia powinna dążyć do ich ograniczenia. Wyciera sobie jednak swoimi własnymi założeniami tyłek. Nie tak dawno temu wprowadzono aż 30 pozwoleń na usługi około-medyczne, takie jak na przykład salony masażu. Co się dzieje w związku z tym, mamy znowu rozmnożenie biurokracji.
Liberalizm ekonomiczny PO, hucznie przez nich ogłaszany, mamy zatem rozliczony. Platforma Obywatelska okazała się być partią zwyczajnie socjalistyczną. Teraz pora się rozprawić z ich tzw. łagodnym konserwatyzmem. Abstrahuję już od tego, że przywódca tej partii, Donald Tusk, konserwatystą na pokaz stał się dopiero w 2005 roku, kiedy bierzmował się i wziął ślub kościelny. Wcześniej był to zagorzały antyklerykał i ateista, obnoszący się z tym, sprzeciwiał się również wprowadzaniu przepisów antyaborcyjnych.
Już na początku rządów PO wystąpiła z projektem refundacji zapłodnienia in vitro. Podchodząc od strony liberalizmu ekonomicznego, to projekt najzwyczajniej w świecie socjalistyczny. SLD by się czegoś takiego nie powstydziło. Oni powinni dążyć, aby stopniowo zmniejszać ilość zabiegów refundowanych albo w ogóle sprywatyzować służbę zdrowia czy ubezpieczenia. Równie dobrze jak refundacji zapłodnienia in vitro mogliby się domagać, żeby to samo czyniono w przypadku chirurgii plastycznej. To jedna rzecz. Secondo: nie mają oni żadnych dylematów moralnych dotyczących IVF, jak powstawanie zarodków w tysiącach sztuk?
Janusz Palikot swojego czasu chciał dyskusji na temat eutanazji. Zdaję sobie sprawę, że zostało to podjęte jako temat zastępczy celem maskowania nieróbstwa obecnego gabinetu. Można zatem podejrzewać, iż była to zagrywka na poziomie jego wygłupów - jak czytanie pracy doktorskiej prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego czy paradowanie z gumowym fallusem. Jednak samo podjęcie tego tematu wskazuje nie na żaden konserwatyzm światopoglądowy, tylko zwykły libertynizm. Można podejrzewać na podstawie pewnych przesłanek, że libertyńskie przekonania w PO są na porządku dziennym. Przecież Jarosław Gowin powiedział kiedyś, że to go w tej partii uwiera.
Jakkolwiek jestem zwolennikiem totalnej prywatyzacji szkolnictwo, zniesienia bolszewickiego przymusu szkolnego oraz odpowiedzialności rodziców za swoje dzieci, zdaję sobie sprawę, że w obecnych demokratycznych warunkach przeprowadzenie takiej operacji byłoby niewykonalne. Jestem zatem zmuszony popierać jakiś model oświaty państwowej z programem ustalanym przez MEN. A co robi PO w tej dziedzinie? Psuje to, co nie zdążyły zepsuć wcześniejsze gabinety. Obecna minister edukacji, Katarzyna Hall, w ogóle nie myśli, jak posprzątać stajnię Augiasza, jaką w ostatnich latach stało się polskie szkolnictwo. Nikt nie dba o to, aby zwiększyć efektywność edukacji, zadbać o porządek w szkołach, które stały się swoistymi ludzkimi zoo czy zwiększyć wymagania programowe. Obecnie mamy do czynienia z pogłębianiem chaosu, jaki zapanował w polskim szkolnictwie dzięki Wittbrodtowi, Handke czy Łybackiej.
Partia tego pokroju powinna bronić niepodległości państwa oraz dbać o jego międzynarodową pozycję. Co natomiast robi PO? Prowadzi dyplomację tak, jak wszystkie wcześniejsze gabinety za wyjątkiem rządu Kaczyńskich, czyli "politykę brzydkiej panny bez posagu", jak to ongiś określił Władysław Bartoszewski. Ta godna jest jedynie Vidkuna Quislinga. PO jednomyślnie głosowała za kasacją Państwa Polskiego, czyli za traktatem lizbońskim.
Na tej podstawie nie trudno określić zresztą, co to za ugrupowanie. To zwykła lewicowa partia, która z prawicą nie ma nic wspólnego poza na siłę przypinanym szyldem. Niczym się nie zajmuje - poza rozmnażaniem biurokracji i wprowadzaniem kolejnych prawnych kuriozów, nawet deklaruje, to że nie ma zamiaru kompletnie nic robić. Mimo to ludzie te rządy "miłości" - po pobiciu aktorki grającej w spotach PiS wypada ten wyraz pisać w cudzysłowie - popierają. Joseph de Maistre powiedział kiedyś, że naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Oby w tym przypadku się mylił...
Zacznijmy od tego, co miało być największym atutem PO, na który nabrała się część osób o wolnorynkowych przekonaniach. Chodzi tutaj o ekonomiczny liberalizm. Miało być uproszczenie życia przedsiębiorcom, podatki trzy razy 15% (PIT, CIT, VAT) et consortes. Co się natomiast dzieje?
Uproszczenie i obniżenie podatków okazało się być propagandową mrzonką. PO wcale nie ma w ogóle zamiaru zmniejszać fiskalizmu w Polsce. Ostatnio zaproponowali podniesienie podatku VAT - podstawowej stawki z 22% na 23% oraz na pewne usługi, w tym hotelarskie (w tym przypadku z 7% do 22%). Co to oznacza? Do Polski nie będzie się opłacało w ogóle przyjeżdżać na wczasy. Ludzie zaczną wybierać zagranicę z powodu niższych cen tych usług (mimo, że w euro!). Nie mówię już, ile pensjonatów i hoteli z tego powodu upadnie... Poza tym podnoszenie podatków pośrednich jest pozbawione sensu, ponieważ zmniejsza konsumpcję, a co za tym idzie - wpływy do budżetu państwa. To jednak nie pierwszy przypadek u obecnego (nie)rządu. W zeszłym roku chcieli podnieść akcyzę na paliwa, tak samo już wiadomo, że wzrosną ceny papierosów i alkoholi. No i takie to mamy ograniczanie fiskalizmu... Poza tym od zawsze PO trąbiło o liniowej stawce podatku dochodowego od osób fizycznych. Tylko wygrali wybory, to oni o tym zapomnieli. Dalej będziemy mieć podatkową progresję. PO również ani myśli rozprawić się z podatkiem Belki od transakcji giełdowych.
Gdyby PO było partią choć w najmniejszym stopniu liberalną ekonomicznie, dążyłaby do tego, żeby Polska w UE mogła prowadzić niezależną politykę celną i fiskalną. Przecież to dzięki UE VAT na większość towarów i usług wynosi 22%, bo taką oni ustanowili podstawową stawkę. Nie możemy również samodzielnie decydować o zmniejszaniu taryf celnych, ponieważ tutaj też istnieją unijne obwarowania. Powinien już być dawno wystosowany dokument dotyczący utrzymania niezależności w tych kwestiach. Niestety, PO upaja się mitami o wolnym rynku w UE - a mamy tam centralne sterowanie rodem z komunizmu. Jak kiedyś stwierdził Janusz Korwin-Mikke, UE to strefa szalejącej biurokracji.
Jak jesteśmy przy UE, powinni również wywalczyć co najmniej okres przejściowy, po którym tamta biurokracja w Brukseli mogłaby narzucać swoje normy dotyczące ochrony środowiska oraz sanitarne. Piszę "co najmniej", ponieważ taka partia - w założeniach konserwatywno-liberalna - walczyć powinna w ogóle o ich zniesienie, a przy okazji autonomię państw członkowskich w tym zakresie. Niestety, nie dostrzegają kuriozów takich jak unijne normy na rozmiar jabłek, krzywiznę ogórków bananów, przechowywanie odchodów zwierząt itd. Tak samo niedługo samochód będzie można naprawiać tylko i wyłącznie w serwisie firmy, która jest jego producentem. To też unijny wymysł, o którym jest zadziwiająco cicho. Jak zaznaczyłem wyżej, partia deklarująca się jako liberalna pod względem ekonomicznym, powinna z takimi rzeczami walczyć, uważając je za absurdy na kółkach.
PO miała ułatwiać życie przedsiębiorcom. Pracuje komisja "Przyjazne państwo" i jakoś nic się nie dzieje w tym zakresie. Przykład stanowi tutaj podniesienie stawki VAT. Więcej, PO wprowadziło takie zmiany w prawie budowlanym, że bez zgody urzędnika nie można na swojej ziemi nawet altanki postawić czy zrobić kapitalnego remontu swojego domu. Nie szykuje się również żadne uproszczenie prawa geologicznego. Dzięki PO mamy już 300 rodzajów działalności gospodarczej związanym ze wszelkimi pozwoleniami, koncesjami i licencjami. Taka partia powinna dążyć do ich ograniczenia. Wyciera sobie jednak swoimi własnymi założeniami tyłek. Nie tak dawno temu wprowadzono aż 30 pozwoleń na usługi około-medyczne, takie jak na przykład salony masażu. Co się dzieje w związku z tym, mamy znowu rozmnożenie biurokracji.
Liberalizm ekonomiczny PO, hucznie przez nich ogłaszany, mamy zatem rozliczony. Platforma Obywatelska okazała się być partią zwyczajnie socjalistyczną. Teraz pora się rozprawić z ich tzw. łagodnym konserwatyzmem. Abstrahuję już od tego, że przywódca tej partii, Donald Tusk, konserwatystą na pokaz stał się dopiero w 2005 roku, kiedy bierzmował się i wziął ślub kościelny. Wcześniej był to zagorzały antyklerykał i ateista, obnoszący się z tym, sprzeciwiał się również wprowadzaniu przepisów antyaborcyjnych.
Już na początku rządów PO wystąpiła z projektem refundacji zapłodnienia in vitro. Podchodząc od strony liberalizmu ekonomicznego, to projekt najzwyczajniej w świecie socjalistyczny. SLD by się czegoś takiego nie powstydziło. Oni powinni dążyć, aby stopniowo zmniejszać ilość zabiegów refundowanych albo w ogóle sprywatyzować służbę zdrowia czy ubezpieczenia. Równie dobrze jak refundacji zapłodnienia in vitro mogliby się domagać, żeby to samo czyniono w przypadku chirurgii plastycznej. To jedna rzecz. Secondo: nie mają oni żadnych dylematów moralnych dotyczących IVF, jak powstawanie zarodków w tysiącach sztuk?
Janusz Palikot swojego czasu chciał dyskusji na temat eutanazji. Zdaję sobie sprawę, że zostało to podjęte jako temat zastępczy celem maskowania nieróbstwa obecnego gabinetu. Można zatem podejrzewać, iż była to zagrywka na poziomie jego wygłupów - jak czytanie pracy doktorskiej prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego czy paradowanie z gumowym fallusem. Jednak samo podjęcie tego tematu wskazuje nie na żaden konserwatyzm światopoglądowy, tylko zwykły libertynizm. Można podejrzewać na podstawie pewnych przesłanek, że libertyńskie przekonania w PO są na porządku dziennym. Przecież Jarosław Gowin powiedział kiedyś, że to go w tej partii uwiera.
Jakkolwiek jestem zwolennikiem totalnej prywatyzacji szkolnictwo, zniesienia bolszewickiego przymusu szkolnego oraz odpowiedzialności rodziców za swoje dzieci, zdaję sobie sprawę, że w obecnych demokratycznych warunkach przeprowadzenie takiej operacji byłoby niewykonalne. Jestem zatem zmuszony popierać jakiś model oświaty państwowej z programem ustalanym przez MEN. A co robi PO w tej dziedzinie? Psuje to, co nie zdążyły zepsuć wcześniejsze gabinety. Obecna minister edukacji, Katarzyna Hall, w ogóle nie myśli, jak posprzątać stajnię Augiasza, jaką w ostatnich latach stało się polskie szkolnictwo. Nikt nie dba o to, aby zwiększyć efektywność edukacji, zadbać o porządek w szkołach, które stały się swoistymi ludzkimi zoo czy zwiększyć wymagania programowe. Obecnie mamy do czynienia z pogłębianiem chaosu, jaki zapanował w polskim szkolnictwie dzięki Wittbrodtowi, Handke czy Łybackiej.
Partia tego pokroju powinna bronić niepodległości państwa oraz dbać o jego międzynarodową pozycję. Co natomiast robi PO? Prowadzi dyplomację tak, jak wszystkie wcześniejsze gabinety za wyjątkiem rządu Kaczyńskich, czyli "politykę brzydkiej panny bez posagu", jak to ongiś określił Władysław Bartoszewski. Ta godna jest jedynie Vidkuna Quislinga. PO jednomyślnie głosowała za kasacją Państwa Polskiego, czyli za traktatem lizbońskim.
Na tej podstawie nie trudno określić zresztą, co to za ugrupowanie. To zwykła lewicowa partia, która z prawicą nie ma nic wspólnego poza na siłę przypinanym szyldem. Niczym się nie zajmuje - poza rozmnażaniem biurokracji i wprowadzaniem kolejnych prawnych kuriozów, nawet deklaruje, to że nie ma zamiaru kompletnie nic robić. Mimo to ludzie te rządy "miłości" - po pobiciu aktorki grającej w spotach PiS wypada ten wyraz pisać w cudzysłowie - popierają. Joseph de Maistre powiedział kiedyś, że naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Oby w tym przypadku się mylił...
Etykiety:
absurd na kółkach,
edukacja,
gospodarka,
konserwatyzm,
lewica,
PO
sobota, 25 kwietnia 2009
Czarny problem
Ostatnio na Niepoprawnych uczestniczyłem w pewnym sporze. Chodziło tam o to, co zrobić z nierentownym sektorem górnictwa węgla kamiennego. Doszedłem do bardzo prostego wniosku. Suchą gałąź należy po prostu odciąć. Skoro górnictwo nie przynosi żadnych zysków, ba, trzeba w nie ładować pieniądze, to nie ma innego wyjścia, jak po prostu sprywatyzować. Zarzucono mi mówienie językiem Balcerowicza i gadzinówki o nazwie "Gazeta Wyborcza". To najprawdopodobniej testowanie Sposobu Ostatniego. Dla ideowych zwolenników Populizmu i Socjalizmu zgadzających się zdanie w zdanie z linią tej partii porównanie do Balcerowicza czy wymienionej wyżej gadzinówki stanowi chyba sposób na opisanie całego zła.
Oczywiście można usłyszeć taki argument, że zagrożone zostanie bezpieczeństwo energetyczne Polski. Przecież energetyka węglowa to nie jest jedyny sposób uzyskiwania energii elektrycznej. Możemy przecież zainwestować w geotermię, co nas dużo taniej wyjdzie - mamy wód geotermalnych pod dostatkiem, a do tego postawić kilka elektrowni atomowych. W ten sposób zapewnilibyśmy sobie bezpieczeństwo energetyczne. Niestety, Polską rządzili przez ostatnie 20 lat idioci, którym coś takiego nie przyszło do głowy. Widać, że węgiel nie jest aż tak nam potrzebny do życia, jakby się mogło wydawać.
A teraz przeanalizujmy, dlaczego ta branża jest niedochodowa? Mamy tam silną pozycję związków zawodowych (w kopalniach działa ich aż 12!) oraz przywileje samych górników zapisane w układzie zbiorowym pracy z 1991 roku. Otrzymują oni na przykład wyższe niż w kodeksie pracy odprawy emerytalne, dłuższe okresy wypoczynkowe, trzynaste i czternaste pensje, nagrody z okazji Dnia Górnika, nagrody jubileuszowe oraz deputaty węglowe (6 lub 8 ton). Czy to nie jest skandal?! Poza tym robiono przekręty na eksporcie węgla, który to zostawał w kraju. Wynikało to z interwencjonistycznego przepisu o dopłatach do eksportu; rzekomy eksporter nie dość, że pobierał dotację, to jeszcze odsprzedawał surowiec na miejscu w kraju. Dodać jeszcze należy, że do eksportu węgla państwo musi dopłacać 40 zł za tonę. Istnieją również podejrzenia, że ze spółek węglowych przepompowywano miliony złotych do prywatnych firm z nimi związanymi. Wypada jeszcze wspomnieć, że nawet transport węgla na terenie kraju jest tak drogi (za sprawą monopolistycznej PKP), że północnym województwom bardziej opłacałoby się sprowadzać go z Syberii lub RPA statkami.
Ustalana urzędowo cena węgla jest wyższa niż na rynkach światowych. Zlikwidowano przy tym konkurencję cenową między kopalniami, co w jakimś stopniu uzdrowiłoby sytuację. Jednakże zarządom kopalń i działającym na ich terenie związkom zawodowym nie zależy na zysku, ponieważ w razie strat mogą liczyć na dotacje z budżetu państwa. Zapory celne i kontyngenty powodują to, że nie można nabyć importowanego węgla. W efekcie skazani jesteśmy na monopol i płacimy drożej za energię elektryczną. Co więcej, straty netto górnictwa w samych latach dziewięćdziesiątych wyniosły około 18 mld złotych. Nie wliczone w to zostało, ile przez ten czas musieliśmy więcej zapłacić za prąd. Implikuje to wyższe koszty produkcji, a zatem mniejszą konkurencyjność polskich firm na światowych rynkach. Wypada wspomnieć również, że średnio górnik w Polsce rocznie wydobywa około 700 ton węgla, w Australii natomiast 10 000. Tak więc wydajność pracy jest żadna. Górnictwo węgla kamiennego stanowi zatem istną kulę u nogi.
Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Nie należy tutaj likwidować kopalń, bo to jest postawa psa ogrodnika; samemu się nie zje, a innemu się nie da. Należy dokonać prywatyzacji tego sektora. Po pierwsze rozbić się powinno należy utworzone wcześniej holdingi takie jak Kompania Węglowa, Katowicki Holding Węglowy, Jastrzębska Spółka Węglowa. Każda kopalnia powinna być oddzielną spółką. Następnie należy je sprywatyzować.
Oczywiście, tego w Polsce nikt nie zrobi. Wynika to z czysto populizmu. Politykom opłaca się utrzymywać niedochodowe państwowe molochy, ponieważ ich załogi na nich będą głosować. A utraty głosów to oni się boją, jak ognia. Poza tym związki zawodowe przyjechałyby do Warszawy i burdę zrobiłyby pod jednym z ministerstw. Najjaśniejszą Rzecząpospolitą rządzą jednak ludzie pozbawieni cojones. Normalnie to powinno się wyprowadzić policję i rozpędzić ustawiony biwak. W razie rzucania kamieniami i petardami w funkcjonariuszy, to otworzyć ogień z kałasznikowów. Od czego w końcu płacimy podatki na ostrą amunicję...
Kolejna ekipa rządząca wysłucha jednak utyskiwań centrali (czyt. mafii) związkowych. Zamiast pozbyć się patologii, trup będzie dalej reanimowany.
Oczywiście można usłyszeć taki argument, że zagrożone zostanie bezpieczeństwo energetyczne Polski. Przecież energetyka węglowa to nie jest jedyny sposób uzyskiwania energii elektrycznej. Możemy przecież zainwestować w geotermię, co nas dużo taniej wyjdzie - mamy wód geotermalnych pod dostatkiem, a do tego postawić kilka elektrowni atomowych. W ten sposób zapewnilibyśmy sobie bezpieczeństwo energetyczne. Niestety, Polską rządzili przez ostatnie 20 lat idioci, którym coś takiego nie przyszło do głowy. Widać, że węgiel nie jest aż tak nam potrzebny do życia, jakby się mogło wydawać.
A teraz przeanalizujmy, dlaczego ta branża jest niedochodowa? Mamy tam silną pozycję związków zawodowych (w kopalniach działa ich aż 12!) oraz przywileje samych górników zapisane w układzie zbiorowym pracy z 1991 roku. Otrzymują oni na przykład wyższe niż w kodeksie pracy odprawy emerytalne, dłuższe okresy wypoczynkowe, trzynaste i czternaste pensje, nagrody z okazji Dnia Górnika, nagrody jubileuszowe oraz deputaty węglowe (6 lub 8 ton). Czy to nie jest skandal?! Poza tym robiono przekręty na eksporcie węgla, który to zostawał w kraju. Wynikało to z interwencjonistycznego przepisu o dopłatach do eksportu; rzekomy eksporter nie dość, że pobierał dotację, to jeszcze odsprzedawał surowiec na miejscu w kraju. Dodać jeszcze należy, że do eksportu węgla państwo musi dopłacać 40 zł za tonę. Istnieją również podejrzenia, że ze spółek węglowych przepompowywano miliony złotych do prywatnych firm z nimi związanymi. Wypada jeszcze wspomnieć, że nawet transport węgla na terenie kraju jest tak drogi (za sprawą monopolistycznej PKP), że północnym województwom bardziej opłacałoby się sprowadzać go z Syberii lub RPA statkami.
Ustalana urzędowo cena węgla jest wyższa niż na rynkach światowych. Zlikwidowano przy tym konkurencję cenową między kopalniami, co w jakimś stopniu uzdrowiłoby sytuację. Jednakże zarządom kopalń i działającym na ich terenie związkom zawodowym nie zależy na zysku, ponieważ w razie strat mogą liczyć na dotacje z budżetu państwa. Zapory celne i kontyngenty powodują to, że nie można nabyć importowanego węgla. W efekcie skazani jesteśmy na monopol i płacimy drożej za energię elektryczną. Co więcej, straty netto górnictwa w samych latach dziewięćdziesiątych wyniosły około 18 mld złotych. Nie wliczone w to zostało, ile przez ten czas musieliśmy więcej zapłacić za prąd. Implikuje to wyższe koszty produkcji, a zatem mniejszą konkurencyjność polskich firm na światowych rynkach. Wypada wspomnieć również, że średnio górnik w Polsce rocznie wydobywa około 700 ton węgla, w Australii natomiast 10 000. Tak więc wydajność pracy jest żadna. Górnictwo węgla kamiennego stanowi zatem istną kulę u nogi.
Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Nie należy tutaj likwidować kopalń, bo to jest postawa psa ogrodnika; samemu się nie zje, a innemu się nie da. Należy dokonać prywatyzacji tego sektora. Po pierwsze rozbić się powinno należy utworzone wcześniej holdingi takie jak Kompania Węglowa, Katowicki Holding Węglowy, Jastrzębska Spółka Węglowa. Każda kopalnia powinna być oddzielną spółką. Następnie należy je sprywatyzować.
Oczywiście, tego w Polsce nikt nie zrobi. Wynika to z czysto populizmu. Politykom opłaca się utrzymywać niedochodowe państwowe molochy, ponieważ ich załogi na nich będą głosować. A utraty głosów to oni się boją, jak ognia. Poza tym związki zawodowe przyjechałyby do Warszawy i burdę zrobiłyby pod jednym z ministerstw. Najjaśniejszą Rzecząpospolitą rządzą jednak ludzie pozbawieni cojones. Normalnie to powinno się wyprowadzić policję i rozpędzić ustawiony biwak. W razie rzucania kamieniami i petardami w funkcjonariuszy, to otworzyć ogień z kałasznikowów. Od czego w końcu płacimy podatki na ostrą amunicję...
Kolejna ekipa rządząca wysłucha jednak utyskiwań centrali (czyt. mafii) związkowych. Zamiast pozbyć się patologii, trup będzie dalej reanimowany.
Etykiety:
gospodarka,
górnictwo,
prywatyzacja. populizm,
socjalizm,
węgiel
sobota, 7 marca 2009
Gdzie jesteś, polska prawico?
Niejednokrotnie można usłyszeć w środkach masowego przekazu, że w Polsce dominującą formacją ideologiczną jest prawica. Lewica natomiast według nich została zmarginalizowana do nieznacznych synekur typu LiD czy PD. Takie stwierdzenie jest jednakże absurdem, jeżeli weźmiemy pod uwagę definicję prawicy podawaną nawet w podręcznikach do WOS-u dla gimnazjum. Okazuje się, że jest to formacja konserwatywna światopoglądowo i liberalna ekonomicznie. Czy zatem w Polsce mamy do czynienia z prawicą? Okazuje się, że nie. Mamy na dobrą sprawę lewicę pobożną lub taką udającą oraz lewicę ateistyczną. Tak wygląda polityczny mainstream. Czy prawicą jest bowiem PiS łączący umiarkowany konserwatyzm z socjalizmem? Czy można tym mianem okreslić PO, które jest zbieraniną bezideowych koniunkturalistów? Skądże znowu. Wystarczy się przyjrzeć, co w PO robią Palikot z Kutzem, czy przypomnieć sobie, jak PiS uziemił zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych, żeby wiedzieć, do jakiej formacji ideologicznej te partie należy zaliczyć.
Ktoś może powiedzieć jeszcze, że prawica to UPR czy KZ-M. Ja uważam, że to klin włożony przez rosyjski wywiad, żeby skanalizować zjednoczenie się prawicy oraz wolnorynkową emancypację osób światopoglądowo konserwatywnych. KZ-M pokazał to bardzo wyraźnie w czasie wojny z Gruzją, kiedy na swojej stronie zamieszczał artykuły mogące być przedrukami z Trybuny Ludu. Środowiska te są w sumie mikroskopijne, media sobie o nich przypominają, kiedy Korwin zje publicznie PIT-a albo obrzuci błotem marszałka Piłsudskiego, jednak robią świetną krecią robotę.
Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie, jaka powinna być prawica w Polsce. Wiadomo, że spełniać powinna warunki ex definitione. Wiadomo, że funkcjonujemy w warunkach demokratycznych. Poglądy mam jeszcze bardziej na prawo niż przedstawione niżej postulaty, ale partia masowa nie może być takim liczącym kilkaset osób klubem dyskusyjnym jak to UPR.
Konserwatyzm światopoglądowy
Wyżej zaznaczyłem, że prawica powinna być konserwatywna. Co to będzie oznaczało? Jakie tu należy przeprowadzić zmiany?
Jakie powinno być państwo? Odrzucić należy pomysły państwa neutralnego światopoglądowo, a takie się na prawicy zdarzają (vide Tomasz Cukiernik, Janusz Korwin-Mikke). Zapis o państwowej religii katolickiej powinien znaleźć się w konstytucji.
Zaostrzyć powinno się przepisy antyaborcyjne, ponieważ nikt dzieci do łona matki nie wkłada na siłę. Inna sprawa to eutanazja. Jest to rozwiązanie popierane przez lewicę po to tylko, żeby państwo zarabiało na przymusowym ubezpieczeniu emerytalnym. Aborcja i eutanazja poza tym prowadzą do depopulacji i zastępowania miejscowej ludności imigrantami głównie z krajów islamskich (casus zachodniej Europy). Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, dlaczego powinno być to zabronione, bo to temat na tekst o większych rozmiarach niż ten. W każdym razie zakaz aborcji i eutanazji winien zostać wpisany do konstytucji. Zwalczany powinien być również proceder matek zastępczych oraz zdelegalizowane zapłodnienie in vitro. Ograniczyć należy również dostęp do antykoncepcji.
Inna sprawa to pornografia. Jeżeli już takie rzeczy mają być legalne i dopuszczalne, to niech będą sprzedawane za czerwoną kotarą osobom pełnoletnim po okazaniu dokumentów. Wprowadzić należałoby kary za sprzedawanie wiadomych pisemek nieletnim zarówno sprzedającym jak i wobec nabywców. Idę tutaj na kompromis, ponieważ moim zdaniem najlepiej całkowicie zdelegalizować obrót materiałami pornograficznymi.
Odnośnie nieletnich, to powinno wprowadzić się drakońskie kary za sprzedaż papierosów, alkoholu lub za wpuszczenie do kina na film, który jest od 18 lat.
Zwiększyć należy uprawnienia rodziców. Przede wszystkim zlikwidować winno się różne Jugendammty typu "centra przeciwko zwalczaniu przemocy w rodzinie". Nie można ludziom mówić, jak mają stosować metody wychowawcze.
Od czasu do czasu mówi się o paradach gejów. Ulica nie jest od tego, żeby grupa osobników o zaburzeniach psychoseksualnych, mogła tam paradować z nagimi glutei maximae. Takie marsze to policja powinna rozpędzać. Zwalczać przy tym należy homopropagadnę. Nie widziałbym również nic zdrożnego w zezwoleniu na działanie ośrodków zajmujących się reedukacją gejów i lesbijek. Wobec tego typu zjawisk jak homoseksualizm wskazany jest społeczny ostracyzm.
Bardzo dobrym rozwiązaniem byłoby przywrócenie kary chłosty - tą można by stosować wobec graficiarzy lub osób nieobyczajnie zachowujących się w miejscach publicznych.
W przypadku rozwodów nie powinno być żadnej dyskusji. Małżeństwo to forma umowy, która jest zawierana przez mężczyznę i kobietę do śmierci. Ludzie powinni się odpowiedzialnie dobierać, a nie potem próbować to wszystko odkręcić za pomocą kilku papierków i podpisów na nich.
Przywrócić należy karę śmierci za najcięższe przestępstwa - morderstwo z premedytacją, zlecenie zabójstwa, gwałt ze szczególnym okrucieństwem, zdrada stanu (np. współpraca z obcym wywiadem, działanie na rzecz likwidacji Polski np. poprzez akcesję do UE), umyślne wywołanie katastrofy (np. wysadzenie tamy, mostu lub wywołanie lawiny), pedofilię.
Zaostrzyć powinno się również warunki odbywania kary w więzieniach. Tu należałoby wprowadzić pracę tak jak to jest w USA. Częściowo więziennictwo należałoby sprywatyzować tak, aby najgorsi zwyrodnialcy pracowali np. w kamieniołomach.
Odnośnie narkotyków, czasem słyszy się, że lepiej byłoby je zalegalizować. Wszędzie, gdzie doszło do legalizacji ilość narkomanów wzrosła (np. w Holandii czy Kalifornii). Kary trzeba zaostrzyć. Podobnie postąpić należy w przypadku prostytucji. Tutaj bowiem rośnie przestępczość wszelkiego typu, czego doświadczyła Holandia.
Tematem bardzo często poruszanym jest szkolnictwo. O obowiązkowości edukacji i zakresie jej prywatyzacji będzie w następnym punkcie. Co do kwestii porządkowych, podnieść winno się poziom i zlikwidować centralne egzaminowanie. Szkoły powinny być poza tym zuniformizowane i dysedukacyjne. Przywrócić trzeba kary cielesne, jak bicie po rękach czy klęczenie na grochu.
Zwiększyć również należy dostęp cywilnych obywateli do broni palnej oraz rozszerzyć zakres obrony koniecznej. Nie może być tak, że bandyta wkraczający na czyjąś posesję ma przewagę nad jej właścicielem.
Ważnym punktem jest również antykomunizm polityczny. Moim zdaniem funkcjonariuszom komunistycznego aparatu opresji należałoby w ogóle zabrać emerytury i mam w sumie gdzieś czy umrą z głodu i chorób, czy też nie. Jednakże pójdę na kompromis z prawicowcami widzącymi w tych zwierzętach resztki człowieczeństwa. Emerytury zmniejszyć powinno się do poziomu obecnej płacy minimalnej. Inna sprawa, należy przeprowadzić wszechstronną dekomunizację - sądów, policji, armii itd. Osobom związanym z dawnym reżimem zabroniłbym również w ogóle dotykać się polityki. Na przyszłość wprowadzić trzeba przepis na wzór Wielkiej Brytanii, Izraela i Japonii, który zdrajcom ojczyzny oraz ich potomkom zabraniałby dotykać się do polityki na szczeblu samorządowym i parlamentarnym.
Przy okazji punktu o konserwatyzmie światopoglądowym warto wypowiedzieć się również nad tym, jak powinno wyglądać państwo. Dobrze byłoby, gdyby to była republika prezydencka. Prezydent miałby odpowiadać przez Bogiem i historią oraz miałby bardzo szerokie uprawnienia jak wprowadzenie stanu wyjątkowego czy rozpędzenie szkodliwego gabinetu.
Trzeba również poprzeć zbrojenia. Polska powinna wyposażyć się w broń masowego rażenia i mieć armię o liczebności pół miliona. Wtedy też będziemy mogli prowadzić efektywną politykę międzynarodową. Bez tego nikt z nami nie będzie chciał w ogóle poważnie o czymkolwiek rozmawiać, nieważne czy to NegroGierek, czy Adolfina. Armia jest tak naprawdę fundamentem polityki międzynarodowej.
Ekonomiczny liberalizm
W rankingu Heritage Foundation Polska znalazła się w 2009 roku na 82. miejscu jako kraj w zasadzie bez wolnej gospodarki (cytuję oryginalne brzmienie). Formacja prawicowa powinna dążyć do uwolnienia gospodarki w maksymalnym stopniu takim, że nie będzie zagrażało to interesom państwa jako takiego. Co więc należałoby zrobić?
Wyeliminować trzeba podatek dochodowy. Budżet państwa na zeszły rok to było ponad 370 miliardów złotych, z czego income tax to zaledwie nieco ponad 30 miliardów, czyli tyle co nic. Do tego proponuję zlikwidowanie akcyzy na papierosy i alkohol, obniżenie paliwowej, do tego wprowadzenie jednolitej stawki VAT w wysokości 10%. Wówczas wpływy do budżetu jeszcze wzrosną, ponieważ ludzie będą w stanie więcej kupić.
95% koncesji należy wyrzucić. Przecież to zakrawa na absurd, że nawet na salon masażu czy gabinet dentystyczny trzeba mieć tego typu papier. Przy okazji zlikwidować powinno się KRRiT.
Eliminować się powinno szereg regulacji. Płacę minimalną trzeba w ogóle znieść, tak samo prawo pracy i BHP. Jak ktoś się zatrudnia w miejscu, w którym wszystko może spłonąć, świadczy o tym, że jest albo umysłowo nierozgarnięty, albo samobójcą. Wobec tego zlikwidować można PIP. Związki zawodowe powinny istnieć tylko za zgodą właściciela przedsiębiorstwa.
Jaki powinien być zakres prywatyzacji? Pod młotek powinny pójść: sektor finansowy, linie i porty lotnicze, porty morskie, porty rzeczne, Lasy Państwowe, Poczta Polska oraz PKP. Państwo winno utrzymywać jedynie infrastrukturę kolejową i drogową między największymi miastami oraz być większościowym właścicielem akcji w strategicznych przedsiębiorstwach i Narodowym Banku Polskim. Przy tym zlikwidować należy szkodliwe monopole - na przykład na produkcję spirytusu.
ZUS trzeba rozbić na kilka mniejszych firm, a następnie sprywatyzować. Nie może być tak, że człowiek wpłaca często ponad milion złotych w ciągu całego swojego życia, a potem na starość dostaje ochłapy. Tak samo jak w przypadku ZUS -u należy postąpić z NFZ. Przy okazji sprywatyzowane winny zostać szpitale. Stan państwowych jest przecież fatalny i wiemy to nie od wczoraj...
Co do szkolnictwa, to pójdźmy na kompromis. Niech szkoła podstawowa będzie państwowa. Cała reszta wyżej powinna być prywatna. Skrócić trzeba wiek odbywania obowiązku szkolnego z 7-18 lat na 7-13 lat. Ułatwić również trzeba procedurę home schooling oraz tworzenia szkół społecznych - jak chcą ludzie kreacjonizmu czy Żydów i masonów rządzących światem to proszę bardzo. (Zaznaczam, że idę tutaj na kompromis z oświeceniowym wynalazkiem państwowej centralnie zarządzanej szkółki).
Odnośnie opieki społecznej. Tutaj należy zaproponować likwidację urzędów alimentacyjnych, urzędów pracy oraz zasiłków dla bezrobotnych. Dawanie ludziom pieniędzy od tak jest demoralizujące.
Co więcej, odpolitycznione powinny zostać urzędy. Wprowadzić trzeba Korpus Służby Cywilnej, aby pewnymi sprawami nie zajmowali się ludzie z partyjnego nadania, tylko naprawdę znający się na rzeczy.
Przeprowadzić należałoby decentralizację (nie mówię tutaj o landyzacji). Kto bowiem lepiej wie, gdzie w drodzę łatać dziurę w drodze, centrala czy samorząd?
Ograniczyć należy aparat władzy. Senat niech pójdzie do likwidacji, w Sejmie 100 posłów, zmniejszyć się powinno również gabinet. Po co nam ponad 20 ministrów. Przecież to dzielenie włosa na czworo i generowanie nie potrzebnej biurokracji. Powinny zatem istnieć następujące ministerstwa: Obrony Narodowej, Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnętrznych i Administracji, Sprawiedliwości,Finansów, Ochrony Środowiska i Gospodarowania Terenem. No bo po co więcej?
Co więcej, pewnie z 82 miejsca w wyżej przytoczonym rankingu wskoczylibyśmy do pierwszej piątki.
Na zakończenie
Zaznaczam, że ten program jest i tak kompromisowy. Odnośnie antykoncepcji, pornografii, homoseksualizmu i innych zaburzeń psychoseksualnych czy prywatyzacji szkolnictwa prezentuję bardziej skrajne przekonania. Nie pisałem nic również o ustawodawstwie antymonopolowym - osobiście uważam za zbędne, jednak nawet niektórzy monetaryści uważają je za konieczne. Nie mniej jednak zapraszam do dyskusji, czy taki kształt prawicy odpowiada.
Ktoś może powiedzieć jeszcze, że prawica to UPR czy KZ-M. Ja uważam, że to klin włożony przez rosyjski wywiad, żeby skanalizować zjednoczenie się prawicy oraz wolnorynkową emancypację osób światopoglądowo konserwatywnych. KZ-M pokazał to bardzo wyraźnie w czasie wojny z Gruzją, kiedy na swojej stronie zamieszczał artykuły mogące być przedrukami z Trybuny Ludu. Środowiska te są w sumie mikroskopijne, media sobie o nich przypominają, kiedy Korwin zje publicznie PIT-a albo obrzuci błotem marszałka Piłsudskiego, jednak robią świetną krecią robotę.
Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie, jaka powinna być prawica w Polsce. Wiadomo, że spełniać powinna warunki ex definitione. Wiadomo, że funkcjonujemy w warunkach demokratycznych. Poglądy mam jeszcze bardziej na prawo niż przedstawione niżej postulaty, ale partia masowa nie może być takim liczącym kilkaset osób klubem dyskusyjnym jak to UPR.
Konserwatyzm światopoglądowy
Wyżej zaznaczyłem, że prawica powinna być konserwatywna. Co to będzie oznaczało? Jakie tu należy przeprowadzić zmiany?
Jakie powinno być państwo? Odrzucić należy pomysły państwa neutralnego światopoglądowo, a takie się na prawicy zdarzają (vide Tomasz Cukiernik, Janusz Korwin-Mikke). Zapis o państwowej religii katolickiej powinien znaleźć się w konstytucji.
Zaostrzyć powinno się przepisy antyaborcyjne, ponieważ nikt dzieci do łona matki nie wkłada na siłę. Inna sprawa to eutanazja. Jest to rozwiązanie popierane przez lewicę po to tylko, żeby państwo zarabiało na przymusowym ubezpieczeniu emerytalnym. Aborcja i eutanazja poza tym prowadzą do depopulacji i zastępowania miejscowej ludności imigrantami głównie z krajów islamskich (casus zachodniej Europy). Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, dlaczego powinno być to zabronione, bo to temat na tekst o większych rozmiarach niż ten. W każdym razie zakaz aborcji i eutanazji winien zostać wpisany do konstytucji. Zwalczany powinien być również proceder matek zastępczych oraz zdelegalizowane zapłodnienie in vitro. Ograniczyć należy również dostęp do antykoncepcji.
Inna sprawa to pornografia. Jeżeli już takie rzeczy mają być legalne i dopuszczalne, to niech będą sprzedawane za czerwoną kotarą osobom pełnoletnim po okazaniu dokumentów. Wprowadzić należałoby kary za sprzedawanie wiadomych pisemek nieletnim zarówno sprzedającym jak i wobec nabywców. Idę tutaj na kompromis, ponieważ moim zdaniem najlepiej całkowicie zdelegalizować obrót materiałami pornograficznymi.
Odnośnie nieletnich, to powinno wprowadzić się drakońskie kary za sprzedaż papierosów, alkoholu lub za wpuszczenie do kina na film, który jest od 18 lat.
Zwiększyć należy uprawnienia rodziców. Przede wszystkim zlikwidować winno się różne Jugendammty typu "centra przeciwko zwalczaniu przemocy w rodzinie". Nie można ludziom mówić, jak mają stosować metody wychowawcze.
Od czasu do czasu mówi się o paradach gejów. Ulica nie jest od tego, żeby grupa osobników o zaburzeniach psychoseksualnych, mogła tam paradować z nagimi glutei maximae. Takie marsze to policja powinna rozpędzać. Zwalczać przy tym należy homopropagadnę. Nie widziałbym również nic zdrożnego w zezwoleniu na działanie ośrodków zajmujących się reedukacją gejów i lesbijek. Wobec tego typu zjawisk jak homoseksualizm wskazany jest społeczny ostracyzm.
Bardzo dobrym rozwiązaniem byłoby przywrócenie kary chłosty - tą można by stosować wobec graficiarzy lub osób nieobyczajnie zachowujących się w miejscach publicznych.
W przypadku rozwodów nie powinno być żadnej dyskusji. Małżeństwo to forma umowy, która jest zawierana przez mężczyznę i kobietę do śmierci. Ludzie powinni się odpowiedzialnie dobierać, a nie potem próbować to wszystko odkręcić za pomocą kilku papierków i podpisów na nich.
Przywrócić należy karę śmierci za najcięższe przestępstwa - morderstwo z premedytacją, zlecenie zabójstwa, gwałt ze szczególnym okrucieństwem, zdrada stanu (np. współpraca z obcym wywiadem, działanie na rzecz likwidacji Polski np. poprzez akcesję do UE), umyślne wywołanie katastrofy (np. wysadzenie tamy, mostu lub wywołanie lawiny), pedofilię.
Zaostrzyć powinno się również warunki odbywania kary w więzieniach. Tu należałoby wprowadzić pracę tak jak to jest w USA. Częściowo więziennictwo należałoby sprywatyzować tak, aby najgorsi zwyrodnialcy pracowali np. w kamieniołomach.
Odnośnie narkotyków, czasem słyszy się, że lepiej byłoby je zalegalizować. Wszędzie, gdzie doszło do legalizacji ilość narkomanów wzrosła (np. w Holandii czy Kalifornii). Kary trzeba zaostrzyć. Podobnie postąpić należy w przypadku prostytucji. Tutaj bowiem rośnie przestępczość wszelkiego typu, czego doświadczyła Holandia.
Tematem bardzo często poruszanym jest szkolnictwo. O obowiązkowości edukacji i zakresie jej prywatyzacji będzie w następnym punkcie. Co do kwestii porządkowych, podnieść winno się poziom i zlikwidować centralne egzaminowanie. Szkoły powinny być poza tym zuniformizowane i dysedukacyjne. Przywrócić trzeba kary cielesne, jak bicie po rękach czy klęczenie na grochu.
Zwiększyć również należy dostęp cywilnych obywateli do broni palnej oraz rozszerzyć zakres obrony koniecznej. Nie może być tak, że bandyta wkraczający na czyjąś posesję ma przewagę nad jej właścicielem.
Ważnym punktem jest również antykomunizm polityczny. Moim zdaniem funkcjonariuszom komunistycznego aparatu opresji należałoby w ogóle zabrać emerytury i mam w sumie gdzieś czy umrą z głodu i chorób, czy też nie. Jednakże pójdę na kompromis z prawicowcami widzącymi w tych zwierzętach resztki człowieczeństwa. Emerytury zmniejszyć powinno się do poziomu obecnej płacy minimalnej. Inna sprawa, należy przeprowadzić wszechstronną dekomunizację - sądów, policji, armii itd. Osobom związanym z dawnym reżimem zabroniłbym również w ogóle dotykać się polityki. Na przyszłość wprowadzić trzeba przepis na wzór Wielkiej Brytanii, Izraela i Japonii, który zdrajcom ojczyzny oraz ich potomkom zabraniałby dotykać się do polityki na szczeblu samorządowym i parlamentarnym.
Przy okazji punktu o konserwatyzmie światopoglądowym warto wypowiedzieć się również nad tym, jak powinno wyglądać państwo. Dobrze byłoby, gdyby to była republika prezydencka. Prezydent miałby odpowiadać przez Bogiem i historią oraz miałby bardzo szerokie uprawnienia jak wprowadzenie stanu wyjątkowego czy rozpędzenie szkodliwego gabinetu.
Trzeba również poprzeć zbrojenia. Polska powinna wyposażyć się w broń masowego rażenia i mieć armię o liczebności pół miliona. Wtedy też będziemy mogli prowadzić efektywną politykę międzynarodową. Bez tego nikt z nami nie będzie chciał w ogóle poważnie o czymkolwiek rozmawiać, nieważne czy to NegroGierek, czy Adolfina. Armia jest tak naprawdę fundamentem polityki międzynarodowej.
Ekonomiczny liberalizm
W rankingu Heritage Foundation Polska znalazła się w 2009 roku na 82. miejscu jako kraj w zasadzie bez wolnej gospodarki (cytuję oryginalne brzmienie). Formacja prawicowa powinna dążyć do uwolnienia gospodarki w maksymalnym stopniu takim, że nie będzie zagrażało to interesom państwa jako takiego. Co więc należałoby zrobić?
Wyeliminować trzeba podatek dochodowy. Budżet państwa na zeszły rok to było ponad 370 miliardów złotych, z czego income tax to zaledwie nieco ponad 30 miliardów, czyli tyle co nic. Do tego proponuję zlikwidowanie akcyzy na papierosy i alkohol, obniżenie paliwowej, do tego wprowadzenie jednolitej stawki VAT w wysokości 10%. Wówczas wpływy do budżetu jeszcze wzrosną, ponieważ ludzie będą w stanie więcej kupić.
95% koncesji należy wyrzucić. Przecież to zakrawa na absurd, że nawet na salon masażu czy gabinet dentystyczny trzeba mieć tego typu papier. Przy okazji zlikwidować powinno się KRRiT.
Eliminować się powinno szereg regulacji. Płacę minimalną trzeba w ogóle znieść, tak samo prawo pracy i BHP. Jak ktoś się zatrudnia w miejscu, w którym wszystko może spłonąć, świadczy o tym, że jest albo umysłowo nierozgarnięty, albo samobójcą. Wobec tego zlikwidować można PIP. Związki zawodowe powinny istnieć tylko za zgodą właściciela przedsiębiorstwa.
Jaki powinien być zakres prywatyzacji? Pod młotek powinny pójść: sektor finansowy, linie i porty lotnicze, porty morskie, porty rzeczne, Lasy Państwowe, Poczta Polska oraz PKP. Państwo winno utrzymywać jedynie infrastrukturę kolejową i drogową między największymi miastami oraz być większościowym właścicielem akcji w strategicznych przedsiębiorstwach i Narodowym Banku Polskim. Przy tym zlikwidować należy szkodliwe monopole - na przykład na produkcję spirytusu.
ZUS trzeba rozbić na kilka mniejszych firm, a następnie sprywatyzować. Nie może być tak, że człowiek wpłaca często ponad milion złotych w ciągu całego swojego życia, a potem na starość dostaje ochłapy. Tak samo jak w przypadku ZUS -u należy postąpić z NFZ. Przy okazji sprywatyzowane winny zostać szpitale. Stan państwowych jest przecież fatalny i wiemy to nie od wczoraj...
Co do szkolnictwa, to pójdźmy na kompromis. Niech szkoła podstawowa będzie państwowa. Cała reszta wyżej powinna być prywatna. Skrócić trzeba wiek odbywania obowiązku szkolnego z 7-18 lat na 7-13 lat. Ułatwić również trzeba procedurę home schooling oraz tworzenia szkół społecznych - jak chcą ludzie kreacjonizmu czy Żydów i masonów rządzących światem to proszę bardzo. (Zaznaczam, że idę tutaj na kompromis z oświeceniowym wynalazkiem państwowej centralnie zarządzanej szkółki).
Odnośnie opieki społecznej. Tutaj należy zaproponować likwidację urzędów alimentacyjnych, urzędów pracy oraz zasiłków dla bezrobotnych. Dawanie ludziom pieniędzy od tak jest demoralizujące.
Co więcej, odpolitycznione powinny zostać urzędy. Wprowadzić trzeba Korpus Służby Cywilnej, aby pewnymi sprawami nie zajmowali się ludzie z partyjnego nadania, tylko naprawdę znający się na rzeczy.
Przeprowadzić należałoby decentralizację (nie mówię tutaj o landyzacji). Kto bowiem lepiej wie, gdzie w drodzę łatać dziurę w drodze, centrala czy samorząd?
Ograniczyć należy aparat władzy. Senat niech pójdzie do likwidacji, w Sejmie 100 posłów, zmniejszyć się powinno również gabinet. Po co nam ponad 20 ministrów. Przecież to dzielenie włosa na czworo i generowanie nie potrzebnej biurokracji. Powinny zatem istnieć następujące ministerstwa: Obrony Narodowej, Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnętrznych i Administracji, Sprawiedliwości,Finansów, Ochrony Środowiska i Gospodarowania Terenem. No bo po co więcej?
Co więcej, pewnie z 82 miejsca w wyżej przytoczonym rankingu wskoczylibyśmy do pierwszej piątki.
Na zakończenie
Zaznaczam, że ten program jest i tak kompromisowy. Odnośnie antykoncepcji, pornografii, homoseksualizmu i innych zaburzeń psychoseksualnych czy prywatyzacji szkolnictwa prezentuję bardziej skrajne przekonania. Nie pisałem nic również o ustawodawstwie antymonopolowym - osobiście uważam za zbędne, jednak nawet niektórzy monetaryści uważają je za konieczne. Nie mniej jednak zapraszam do dyskusji, czy taki kształt prawicy odpowiada.
Etykiety:
armia,
gospodarka,
konserwatyzm,
oświata,
prawica,
zoologiczna prawicowość
piątek, 5 września 2008
W odpowiedzi Tygrysowi - o państwie
Wczoraj na Niepoprawnych wywiązała się dyskusja między mną a Tygrysem. Zostałem uznany za swoistego rodzaju anarchistę. Skrytykowałem źle rozumiany solidaryzm społeczny, który jest w gruncie rzeczy socjaldemokratycznym państwem opiekuńczym. Otrzymałem ripostę, że jestem właśnie anarchistą, wrogiem organizacji, bo na tym polega państwo (zdaniem Tygrysa). Mój interlokutor przy okazji źle mnie zrozumiał, ponieważ uznał, że zaliczyłem go do socjalistów. Owszem, część libertarian (na przykład Hans Hermann Hoppe) uważają, że socjalizm będzie dopóki, dopóty istnieją byty państwowe. Wielu anarchokapitalistów uważa, że to reprezentowany przez nich pogląd jest jedyną prawdziwą konsekwencją libertarianizmu i odrzuca minarchizm. Dokonują oni jednak w tym wypadku semantycznego nadużycia. Socjalizm jest systemem dotyczącym jedynie sposobu dystrybucji dóbr, a nie całości państwa. Zauważyłem, że w podobny sposób mógł rozumować mój interlokutor. Cała ta dysputa zachęciła mnie do przedstawienia moich poglądów na naturę państwa.
Tygrys zarzucił mi wyznawanie libertariańskiego credo, że państwo jest ultymatywnym złem, któremu należy maksymalnie ograniczać kompetencje, a najlepiej je zlikwidować. Nie zgadzam się z tym poglądem reprezentowanym przez Nocka, Rothbarda i innych libertarian. A dlaczego? Należy się tutaj zastanowić, a po co w ogóle istnieje państwo i jakie są alternatywy w stosunku do niego. Otóż jeżeli nie mamy bytu państwowego, to powinniśmy mieć katalaksję i wspomniany już wyżej anarchokapitalizm. Ale czy taka społeczność jest w stanie sobie poradzić z wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami? Można argumentować, że katalaksja może być silna albo słaba w zależności od tego, jak ludzie są zahartowani. Społeczność katalaktyczna nie jest się w stanie obronić praktycznie przed zewnętrznym wrogiem. Ten może uzależnić ją całkowicie od siebie, a następnie stopniowo połykać krok po kroku. Nie sprawi mu wielkiego problemu sianie zamętu wśród samych członków tego typu społeczności i napuszczanie na siebie różnych frakcji. W efekcie w końcu taka anarchokapitalistyczna społeczność zostanie podbita. Powiedzmy sobie szczerze, na kilkaset lat przed ukuciem terminu libertarianizm najbardziej radykalne jego tezy zostały zweryfikowane. Przecież Irlandia została w końcu podbita przez Anglię, Islandia przez Norwegię, a Słowianie połabscy przez Niemcy. Zatem anarchia kapitalistyczna jako sposób organizacji społeczeństwa odpada.
Dochodzimy zatem do podstawowych funkcji państwa. Musi ono zapewniać bezpieczeństwo na danym obszarze. W razie najazdu ktoś powinien obronić terytorium przed napastnikiem. Poza tym pamiętać należy słynną myśl von Clausevitza, że wojna jest przedłużeniem dyplomacji. Zadania obrony terytorialnej lub zagarniania innych obszarów -przecież jak jakieś inne państwo notorycznie się podkłada, opanowanie go to czysty pragmatyzm - należą do armii. Obok tego musimy zapewnić bezpieczeństwo na obszarze samego państwa. Tym mają się zajmować policja i sądy. Obok państwowych usług świadczonych w tym zakresie można sobie wyobrazić jeszcze instytucję łowców nagród, którzy polowaliby na przestępców, oraz formę prywatnego sądownictwa w formie arbitrażu. Przy okazji poprawiłaby się jakość świadczenia wyżej wymienionych usług. Do zapewniania bezpieczeństwa należy również więziennictwo. To może być częściowo prywatne tak, jak na przykład jest w USA.
Cały aparat represji to jednak nie jest wszystko, aby państwo mogło się utrzymać na powierzchni. Tak więc odpada nam następna forma libertarianizmu w postaci minarchizmu. Również część gałęzi gospodarki ma znaczenie strategiczne, a wypuszczanie ich stanowi grę w rosyjską ruletkę. Weźmy pod uwagę na przykład sprawę bezpieczeństwa energetycznego. Gdyby Rosja wykupiła u nas całą energetykę wówczas stalibyśmy się w zasadzie państwem satelickim całkowicie uzależnionym od kaprysów aktualnego zarządcy Kremla. Żeby sprowadzić nas do przysłowiowego pionu, mógłby urządzić nam krótką demonstrację siły, jak to zdarzyło się kilka lat temu w przypadku Białorusi. Oczywiście, nie możemy na to pozwolić, ponieważ cała nasza polityka była wówczas sterowana zza pleców przez o wiele większego decydenta. Tańczylibyśmy wówczas, jak Rosja by nam zagrała i to we wszystkich aspektach prowadzenia polityki. Tak samo jest z przemysłem wydobywczym i zbrojeniowym. Ten pierwszy jest strategiczny z jednego podstawowego powodu. Wszystkie surowce energetyczne przecież wydobywa się z ziemi, jeżeli się takowe posiada, można myśleć o uzależnieniu się od dostaw z innych państw na dłuższy okres czasu. Przykładem jest chociażby możliwość wytwarzania z węgla benzyny syntetycznej. Strategiczną gałęzią jest również przemysł zbrojeniowy. Nie można być potęgą militarną, jeżeli wszelki sprzęt - od pistoletów samopowtarzalnych po okręty wojenne - kupuje się od większych decydentów. Wynika to z jednej podstawowej rzeczy. Nie ma czegoś takiego, jak wieczne sojusze w polityce. Pewne państwa, od których kupujemy mnóstwo militarnego sprzętu, mogą się na nas - kolokwialnie mówiąc - wypiąć i nałożyć embargo. No i co wtedy poczniemy? Strategiczną gałęzią gospodarki jest również bankowość. Przecież na przykład Margaret Thatcher zachowała ponad pięćdziesięcioprocentowe udziały w tym sektorze gospodarki. Wynika to również z zawirowań politycznych. Otóż, rząd jakiegoś państwa może sobie nie życzyć, żeby bank działający na jego terytorium udzielał nam pożyczek. Wynika to z czystego politycznego kapitalizmu tak samo, jak w przypadku energetyki, górnictwa czy przemysłu zbrojeniowego.
Mamy teraz kwestię infrastruktury. Państwo powinno budować drogi i połączenia kolejowe między największymi miastami. O resztę powinny dbać samorządy. One lepiej rozumieją swoje potrzeby niż jakiś centralny urząd. Wystarczy tutaj dokonać prostego eksperymentu myślowego, jaka droga ma bowiem priorytet, czy jakaś trasa Hajnówka-Białowieża, czy autostrada Warszawa-Gdańsk. Tak samo mamy w przypadku połączeń kolejowych. Trasa na przykład Warszawa-Wrocław jest ważniejsza niż połączenie Wrocław-Kudowa zdrój.
Państwo powinno również chronić środowisko naturalne. Owszem, należy skończyć z tymi limitami emisji dwutlenku węgla (czy jak zaleca IUPAC - ditlenku węgla), programami Natura2000 i wieloma innymi, które na dłuższą metę będą hamowały nasz rozwój gospodarczy. Chodzi tutaj o normalną ochronę środowiska, polegającą na przykład na ustalaniu limitów odłowów różnych zwierząt, jakie gatunki mają być chronione czy o wyjmowaniu części obszarów typu parki narodowe z działalności gospodarczej.
Czy państwo powinno zajmować się badaniami naukowymi? Tak, ale powinny być one związane ze strategicznymi dziedzinami przemysłu oraz armią. Wychodzi na to, że i tak prowadzone byłyby w państwowych ośrodkach prace z zakresu nauk przyrodniczych i technicznych, no i w niewielkim stopniu społecznych. Reszta powinna być na prywatnym rynku badawczym. W przypadku muzeów - generalnie powinny działać jak przedsiębiorstwa, ale jestem w stanie zgodzić się na wariant kompromisowy. Takie najważniejsze i największe powinny być państwowe, a pomniejsze winny znaleźć się w rękach prywatnych.
Obecnie ważnym orężem jest również informacja. Z tego powodu winna istnieć państwowa telewizja, która obiektywnie będzie przedstawiać fakty. Poprzez mass-media można urabiać ludzi tak, że nie będą widzieli oczywistych rzeczy i zachowywać się jak biologiczne automaty. Wrogie państwa mogą również wykorzystywać swoich agentów, żeby manipulować tłumami. Temu należy zatem starać się przeciwdziałać w taki sposób. Nie można podkładać się w wojnie informacyjnej.
A odnośnie całej reszty to powinna być ona prywatna. Rynek powinien zostać maksymalnie uwolniony - po prostu skończyć z tymi płacami minimalnymi, nadmiarem koncesji (zamiast ponad trzystu to kilkanaście), prawem antymonopolowym, przerostem fiskalizmu, skupami interwencyjnymi i wieloma innymi dziwnymi rzeczami. Żeby sprawnie zarządzać takim państwem wystarczyłoby tylko kilka resortów, zamiast prawie trzydziestu, które mamy obecnie.
Powyżej przedstawiłem, jakie powinny być kompetencje państwa. Jego podstawowe zadanie stanowi utrzymanie niezależności i niepodległości, z tego powodu państwo nie może ograniczać się tylko do aparatu represji, jak chcą orędownicy minarchizmu. Takie państwo będzie w sumie bezzębne i zależne całkowicie od fanaberii silniejszych graczy na arenie międzynarodowej. Na dłuższą metę przestanie ono istnieć. Kiedyś już poświęciłem tej sprawie jeden tekst. Tak więc, Tygrysie, czy zasługuję na miano anarchisty?
Tygrys zarzucił mi wyznawanie libertariańskiego credo, że państwo jest ultymatywnym złem, któremu należy maksymalnie ograniczać kompetencje, a najlepiej je zlikwidować. Nie zgadzam się z tym poglądem reprezentowanym przez Nocka, Rothbarda i innych libertarian. A dlaczego? Należy się tutaj zastanowić, a po co w ogóle istnieje państwo i jakie są alternatywy w stosunku do niego. Otóż jeżeli nie mamy bytu państwowego, to powinniśmy mieć katalaksję i wspomniany już wyżej anarchokapitalizm. Ale czy taka społeczność jest w stanie sobie poradzić z wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami? Można argumentować, że katalaksja może być silna albo słaba w zależności od tego, jak ludzie są zahartowani. Społeczność katalaktyczna nie jest się w stanie obronić praktycznie przed zewnętrznym wrogiem. Ten może uzależnić ją całkowicie od siebie, a następnie stopniowo połykać krok po kroku. Nie sprawi mu wielkiego problemu sianie zamętu wśród samych członków tego typu społeczności i napuszczanie na siebie różnych frakcji. W efekcie w końcu taka anarchokapitalistyczna społeczność zostanie podbita. Powiedzmy sobie szczerze, na kilkaset lat przed ukuciem terminu libertarianizm najbardziej radykalne jego tezy zostały zweryfikowane. Przecież Irlandia została w końcu podbita przez Anglię, Islandia przez Norwegię, a Słowianie połabscy przez Niemcy. Zatem anarchia kapitalistyczna jako sposób organizacji społeczeństwa odpada.
Dochodzimy zatem do podstawowych funkcji państwa. Musi ono zapewniać bezpieczeństwo na danym obszarze. W razie najazdu ktoś powinien obronić terytorium przed napastnikiem. Poza tym pamiętać należy słynną myśl von Clausevitza, że wojna jest przedłużeniem dyplomacji. Zadania obrony terytorialnej lub zagarniania innych obszarów -przecież jak jakieś inne państwo notorycznie się podkłada, opanowanie go to czysty pragmatyzm - należą do armii. Obok tego musimy zapewnić bezpieczeństwo na obszarze samego państwa. Tym mają się zajmować policja i sądy. Obok państwowych usług świadczonych w tym zakresie można sobie wyobrazić jeszcze instytucję łowców nagród, którzy polowaliby na przestępców, oraz formę prywatnego sądownictwa w formie arbitrażu. Przy okazji poprawiłaby się jakość świadczenia wyżej wymienionych usług. Do zapewniania bezpieczeństwa należy również więziennictwo. To może być częściowo prywatne tak, jak na przykład jest w USA.
Cały aparat represji to jednak nie jest wszystko, aby państwo mogło się utrzymać na powierzchni. Tak więc odpada nam następna forma libertarianizmu w postaci minarchizmu. Również część gałęzi gospodarki ma znaczenie strategiczne, a wypuszczanie ich stanowi grę w rosyjską ruletkę. Weźmy pod uwagę na przykład sprawę bezpieczeństwa energetycznego. Gdyby Rosja wykupiła u nas całą energetykę wówczas stalibyśmy się w zasadzie państwem satelickim całkowicie uzależnionym od kaprysów aktualnego zarządcy Kremla. Żeby sprowadzić nas do przysłowiowego pionu, mógłby urządzić nam krótką demonstrację siły, jak to zdarzyło się kilka lat temu w przypadku Białorusi. Oczywiście, nie możemy na to pozwolić, ponieważ cała nasza polityka była wówczas sterowana zza pleców przez o wiele większego decydenta. Tańczylibyśmy wówczas, jak Rosja by nam zagrała i to we wszystkich aspektach prowadzenia polityki. Tak samo jest z przemysłem wydobywczym i zbrojeniowym. Ten pierwszy jest strategiczny z jednego podstawowego powodu. Wszystkie surowce energetyczne przecież wydobywa się z ziemi, jeżeli się takowe posiada, można myśleć o uzależnieniu się od dostaw z innych państw na dłuższy okres czasu. Przykładem jest chociażby możliwość wytwarzania z węgla benzyny syntetycznej. Strategiczną gałęzią jest również przemysł zbrojeniowy. Nie można być potęgą militarną, jeżeli wszelki sprzęt - od pistoletów samopowtarzalnych po okręty wojenne - kupuje się od większych decydentów. Wynika to z jednej podstawowej rzeczy. Nie ma czegoś takiego, jak wieczne sojusze w polityce. Pewne państwa, od których kupujemy mnóstwo militarnego sprzętu, mogą się na nas - kolokwialnie mówiąc - wypiąć i nałożyć embargo. No i co wtedy poczniemy? Strategiczną gałęzią gospodarki jest również bankowość. Przecież na przykład Margaret Thatcher zachowała ponad pięćdziesięcioprocentowe udziały w tym sektorze gospodarki. Wynika to również z zawirowań politycznych. Otóż, rząd jakiegoś państwa może sobie nie życzyć, żeby bank działający na jego terytorium udzielał nam pożyczek. Wynika to z czystego politycznego kapitalizmu tak samo, jak w przypadku energetyki, górnictwa czy przemysłu zbrojeniowego.
Mamy teraz kwestię infrastruktury. Państwo powinno budować drogi i połączenia kolejowe między największymi miastami. O resztę powinny dbać samorządy. One lepiej rozumieją swoje potrzeby niż jakiś centralny urząd. Wystarczy tutaj dokonać prostego eksperymentu myślowego, jaka droga ma bowiem priorytet, czy jakaś trasa Hajnówka-Białowieża, czy autostrada Warszawa-Gdańsk. Tak samo mamy w przypadku połączeń kolejowych. Trasa na przykład Warszawa-Wrocław jest ważniejsza niż połączenie Wrocław-Kudowa zdrój.
Państwo powinno również chronić środowisko naturalne. Owszem, należy skończyć z tymi limitami emisji dwutlenku węgla (czy jak zaleca IUPAC - ditlenku węgla), programami Natura2000 i wieloma innymi, które na dłuższą metę będą hamowały nasz rozwój gospodarczy. Chodzi tutaj o normalną ochronę środowiska, polegającą na przykład na ustalaniu limitów odłowów różnych zwierząt, jakie gatunki mają być chronione czy o wyjmowaniu części obszarów typu parki narodowe z działalności gospodarczej.
Czy państwo powinno zajmować się badaniami naukowymi? Tak, ale powinny być one związane ze strategicznymi dziedzinami przemysłu oraz armią. Wychodzi na to, że i tak prowadzone byłyby w państwowych ośrodkach prace z zakresu nauk przyrodniczych i technicznych, no i w niewielkim stopniu społecznych. Reszta powinna być na prywatnym rynku badawczym. W przypadku muzeów - generalnie powinny działać jak przedsiębiorstwa, ale jestem w stanie zgodzić się na wariant kompromisowy. Takie najważniejsze i największe powinny być państwowe, a pomniejsze winny znaleźć się w rękach prywatnych.
Obecnie ważnym orężem jest również informacja. Z tego powodu winna istnieć państwowa telewizja, która obiektywnie będzie przedstawiać fakty. Poprzez mass-media można urabiać ludzi tak, że nie będą widzieli oczywistych rzeczy i zachowywać się jak biologiczne automaty. Wrogie państwa mogą również wykorzystywać swoich agentów, żeby manipulować tłumami. Temu należy zatem starać się przeciwdziałać w taki sposób. Nie można podkładać się w wojnie informacyjnej.
A odnośnie całej reszty to powinna być ona prywatna. Rynek powinien zostać maksymalnie uwolniony - po prostu skończyć z tymi płacami minimalnymi, nadmiarem koncesji (zamiast ponad trzystu to kilkanaście), prawem antymonopolowym, przerostem fiskalizmu, skupami interwencyjnymi i wieloma innymi dziwnymi rzeczami. Żeby sprawnie zarządzać takim państwem wystarczyłoby tylko kilka resortów, zamiast prawie trzydziestu, które mamy obecnie.
Powyżej przedstawiłem, jakie powinny być kompetencje państwa. Jego podstawowe zadanie stanowi utrzymanie niezależności i niepodległości, z tego powodu państwo nie może ograniczać się tylko do aparatu represji, jak chcą orędownicy minarchizmu. Takie państwo będzie w sumie bezzębne i zależne całkowicie od fanaberii silniejszych graczy na arenie międzynarodowej. Na dłuższą metę przestanie ono istnieć. Kiedyś już poświęciłem tej sprawie jeden tekst. Tak więc, Tygrysie, czy zasługuję na miano anarchisty?
czwartek, 7 sierpnia 2008
O UPR z punktu widzenia dawnego zwolennika
Dnia 21 października zeszłego roku oddałem głos na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej. Co prawda, był to twór dosyć mocno eklektyczny, ale liczyłem, że może wejść do Sejmu z poparciem rzędu 7-8%. Tak się nie stało. Poparcie wyniosło 1,7% - wówczas nie liczyłem, że może być aż tak słabo. Przyznam się bez bicia: byłem zwolennikiem drobnej liczącej 500 osób kanapy o nazwie Unia Polityka Realna. Swojego czasu nawet chciałem tam się zapisać; wówczas jednak się rozmyśliłem. A teraz mi to przeszło na amen. Wyżej napisałem jasno, że byłem. Przyczyny tego stanu rzeczy są następujące. Wynikało to po prostu z krytycznej analizy części punktów programu tej partii, które wydają się albo wręcz futurystyczne, albo wzajemnie się wykluczające. I taka jest prawda. Mogą sobie zatwardziali zwolennicy UPR wmawiać różne rzeczy, a co poniektórzy z pewnością już w to uwierzyli. Niestety, tak po prostu jest. Zastanawiące jest również, że członkowie UPR określają siebie mianem konserwatystów albo konserwatywnych liberałów. Nie wiadomo, czy powinni, ale o tym będzie dalej. Niżej postaram się opisać wnioski, do jakich doszedłem, analizując program UPR.
Kwestie gospodarcze.
Problemy związane z gospodarką UPR zawsze stawia na pierwszym miejscu, zapominając przy tym, że prawicowość jest pełną wizją świata, a nie samym wolnym rynkiem. Tego tylko i wyłącznie nie można uznawać za determinant przynależności do prawicy. Wówczas musielibyśmy uznać za szczyt prawicowości taką Ayn Rand (właściwie Alissę Zinowjewnę Rosenbaum), która wymyśliła obiektywizm, popierała aborcję, eutanazję, ogólne zdziczenie i zepsucie społeczeństwa, a do tego była wojującą ateistką. Dla mnie dla takiej osoby niezależnie od poglądów gospodarczy sunie się tylko jedno określenie, a mianowicie słówko lewak. A dla wielu członków UPR z samych względów gospodarczych należy uznać ją za przedstawiciela skrajnej prawicy i ustawiać w jednym rzędzie z ultrakonserwatystami typu Pinocheta czy Franco. Same kwestie ekonomiczne prawicowości nigdy nie determinowały. Prawica jest intelektualną formacją, która jest konserwatywna obyczajowo i liberalna gospodarczo, a cała reszta nie spełniająca tych kryteriów jest lewicą. Może podział tego typu jest manicheistyczny, binarny, ale bardzo dobrze podkreśla pewien istotny fakt. Mając scenę polityczną, to mamy tak naprawdę dwa obozy.
UPR jest wrogiem etatyzmu i welfare state. Tutaj bardzo dobrze i trzeba za to tą partię pochwalić. Przecież ubezpieczenie powinno być dobrowolne, służba zdrowia prywatna, a przymus szkolny zniesiony. Wówczas byłoby lepiej, ponieważ podmioty prywatne wykonałyby wiele rzeczy znacznie lepiej i taniej niż państwowy monopolista. Poza tym można by ograniczyć ten przerost fiskalny. Również gros regulacji należy poznosić, bo tylko utrudniają rozwój przedsiębiorczości. Jednakże tutaj nie można popadać w przesadyzm. UPR chce totalnej prywatyzacji, nie dostrzega, że pewne gałęzie przemysłu mają znaczenie strategiczne i czy chcą, czy nie chcą państwo nie może ich wypuszczać. Inaczej może się to dla nas skończyć uzależnieniem od Rosji i polityką całkowicie sterowaną zza murów Kremla. Oczywiście w UPR tego nie są w stanie pojąć, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat wciągnęli by kraj w ciężkie tarapaty i uzależnienie od Matuszki Rassiji. Część UPR popada już w polityczny futuryzm, który opisałem w swoim poprzednim tekście, o nazwie libertarianizm. Sugerują oni, iż państwo można kompletnie rozbroić oraz uzależnić od większych graczy na scenie politycznej, którzy już ich potem wytemperują. Uzależniony od rosyjskiej ropy i gazu w pełni, JKM tańczyłby jak zagra mu Kreml. Jeżeli jakiś batiuszka Putin czy Miedwiedew stwierdziłby, iż należy wykastrować połowę Polaków, to on by musiał się na to zgodzić. Nie miałby innego wyjścia. UPR kompletnie nie rozumie przy tym, na jakich fundamentach opiera się potęga państwa, a nie tylko na ekonomicznych, bo również militarnych i terytorialnych. Jeśli chce się być wojskową potęgą, to nie można przecież całego sprzętu kupować od Niemców i Amerykanów. Tak samo, jeśli chce się mieć jakieś roszczenia terytorialne, to trzeba być energetycznie niezależnym. Teoretycznie takie państwo rodem z marzeń wielu upeerystów mogłoby zostać bardzo szybko podbite i wchłonięte przez sąsiadów.
Komuniści i wiele odłamów skrajnej lewicy przeginają w jedną mańkę, czyli nacjonalizacja wszystkich środków produkcji. UPR poszedł w drugą stronę i osiągnął taki sam poziom futuryzmu i utopijności.
Akt drugi: obyczajowość i problemy społeczne
UPR wykazuje wiele elementów konserwatywnych w swoim programie jak na przykład totalny zakaz aborcji (niezależnie od przyczyn zajścia lub powikłań w trakcie ciąży), sprzeciw wobec eutanazji, możliwość posiadania broni palnej, kara śmierci za najcięższe przestępstwa. To są postulaty typowo konserwatywne obyczajowo. Swój konserwatyzm UPR bardzo mocno podkreśla, co widać chociażby po poglądach Janusza Korwin-Mikkego dotyczących kobiet. Ale w innych przypadkach propozycje zgłaszane przez UPR są skrajnie liberalne obyczajowo, widać to chociażby w tym przypadku:
Co więcej, nie patrzy się tutaj na to, jaka jest dynamika zmian ilości narkomanów po legalizacji i przed. Na przykład w Holandii ilość palących marihuanę nie spadła. Przyjrzyjmy się innemu przykładowi, a mianowicie Kalifornii. Tam też ta przysłowiowa trawka jest dozwolona i przy płatnej służbie zdrowia oraz braku obowiązku posiadania jakiegokolwiek ubezpieczenia narkomania się szerzy. Widać, że legalizacja tak naprawdę prowadzi tylko do tego, że ilość narkomanów rośnie. W takim wypadku pozostaje zatem wariant malajski - jak to od jakiegoś czasu określam, czyli kara śmierci albo dożywotniego pozbawienia wolności za posiadanie narkotyków. I nie ma tutaj rozróżnienia na to, czy są miękkie czy twarde, ten podział jest bardzo ogólnikowy. Wszystko zależy od indywidualnej pobudliwości uwarunkowanej genetycznie. To jest tak samo z alkoholem, jednego powali piwo, a innego nie ruszy pół litra wódki. Identyczny przykład stanowią narkotyki. Przynajmniej UPR jest konsekwentny pod tym względem, że nie opowiada się za legalizacją tylko i wyłącznie marihuany, grzybów halucynogennych czy LSD. Ale z drugiej strony ci ludzie zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że narkomania będzie się szerzyć w społeczeństwie, niezależnie od tego, jaki będzie preferowany model ekonomiczny - czy państwo opiekuńcze, czy liberalizm gospodarczy. Co więcej, ma to dużo wspólnego z zapowiedziami architektów nowego socjalistycznego świata o otępianiu społeczeństwa. Masami ogłupionymi przez narkotyki łatwiej jest następnie manipulować. Legalizację tychże zatem można porównywać z użyciem broni psychochemicznej.
UPR również, co zadziwiające wśród prawicy, popiera również prostytucję. Czy zdaje sobie przy tym ze wszystkich społecznych inklinacji takiego posunięcia? Jakoś tam, gdzie sutenerstwo jest legalne, rośnie ogólnie przestępczość, co potwierdza niechlubny casus Holandii. I to nie tylko seksualna. Poza tym, czy oni sobie wyobrażają, jaki to będzie miało wpływ na społeczeństwo, które oni rzekomo tak bardzo chcą konserwować? Przecież to rozłoży rodzinę, a potem zawali się cała społeczność. Nie bez znaczenia jest również możliwość roznoszenia się AIDS, a przez to spadek liczebności populacji. Poza tym z prostytucją związane są gałęzie czarnego rynku - między innymi podziemie aborcyjne. Jak taka kurtyzana zajdzie w ciąże, to znajdzie sposób, żeby się wyskrobać - albo zrobi to jakiś znajomy lekarz, albo użyte zostaną do tego przemycane przez feministki pigułki wczesnoporonne, albo leki, których ubocznym skutkiem może być poronienie. Poza tym na legalizacji prostytucji zarobią producenci środków antykoncepcyjnych wszelkiego typu, więc gdzie tu konserwatyzm. To jest najszybszy sposób, żeby zniszczyć konserwatywne społeczeństwo. Przecież konsekwencją prostytucji ergo wolnego seksu, jest łatwiejszy dostęp do antykoncepcji, a w finalnym efekcie legalizacja aborcji.
Wyżej wymienione obydwie propozycje UPR - zarówno legalizacja narkotyków jak i prostytucji - najprawdopodobniej nie doprowadzą do konserwowania się pewnych norm cywilizacyjnych, ale wytworzą raczej społeczność postmodernistycznych hedonistów jak z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Tam wyższe klasy jak chociażby Alfy zadowalały się narkotykami i seksem. Z tym więcej mają wspólnego upeerystowskie propozycje niźli z zoologiczną prawicowością. Poglądy UPR są w tej kwestii wewnętrznie sprzeczne. Podobne propozycje wysuwał nieświętej pamięci LiD, a prawicy nie wypada chyba zniżać się do takiego rynsztoka.
Dalej, skoro UPR mówi, że jest wręcz ultrakonserwatywny - takie określenia czasem padają, to dlaczego nie sprzeciwia się pornografii? Przecież we wszystkich krajach stwierdzono dodatnią korelację między łatwością dostępu do tego typu materiałów, a ilością przestępstw seksualnych. Pragmatycznym posunięcięm byłaby więc całkowita delegalizacja pornografii proponowana chociażby przez Prawicę Rzeczypospolitej. Ale cóż, Korwin może sobie na swoim blogu nazywać to moralną zgnilizną, ale sobie nic wielkiego z tego nie robi. To dlaczego nie proponuje, aby z tym walczyć? Dlaczego nie zauważa tego problemu?
Następna rzecz to podejście UPR do szkolnictwa. Zakłada, że szkoły winny być prywatne - tutaj zgoda, ale że program ma być układany przez nie. A zatem teoretycznie jakaś szkoła podstawowa mogłaby być kinem, gdzie puszczano by hard porno ze spożywaniem odchodów, biczowaniem, torturami... normalnie 120 dni Sodomy, a państwo nie miałoby nic do tego. To co to za konserwatyzm upeerowski, jak z koziej sempiterny trąbka w tym zakresie. Owszem, prywatyzacja szkolnictwa powinna nastąpić, ale państwo nie powinno całkowicie wypuszczać tej dziedziny z ręki. Programy nauczania, mimo wszystko, winny być układane centralnie. Czasem JKM mówi, że najlepsze szkoły to dysedukacyjne. Tutaj ma rację, do tego należy wrócić. A takie nie wiadomo co, że szkoły mogą sobie układać programy, jak sobie tylko zażyczą, to na dłuższą metę może doprowadzić do kompletnego zezwierzęcenia społeczeństwa, wziąwszy chociażby pod uwagę wymieniony wyżej casus.
W przypadku obyczajowo-społecznych problemów warto również zwrócić uwagę na ciekawe podejście partii prawdziwie prawicowej do armii. Otóż, zakłada ona, że wojsko ma być w pełni zawodowe. Ależ przepraszam bardzo... jak przyjrzymy się na historię to we wszystkich zdrowych państwach, czy to starożytny Rzym w okresie najlepszego rozwoju, czy to współczesna Szwajcaria, to przymusowy pobór do wojska był. Nawet w tak lewackim społeczeństwie jak niemieckie każdy mężczyzna musi rok po szkole odsłużyć w armii, bo inaczej nie znajdzie zatrudnienia. A tutaj taka propozycja! Chyba prawica powinna zwracać uwagę na to, że mężczyzna powinien nim być, tak samo z kobietami, a nie dawać takie dziwne propozycje, które prowadzą do tego, że samce Homo sapiens niewieścieją, a samice tego gatunku nabierają cech męskich. Zawodowa armia, owszem, ale tak z pół miliona, i to wojsk lądowych i marynarki, a poza tym poborowi.
Następna ciekawostka: UPR nie widzi kraju, z którym mógłby zawiązać sojusz w razie wygranej w wyborach parlamentarnych. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie ma takiego nawet w świecie alternatywnym typu Śródziemie Tolkiena. Psioczy za to - i bardzo słusznie - na Unię Europejską. Ale kraj typu Polska powinien myśleć o zawarciu jakiegoś strategicznego sojuszu, chociażby biorąc pod uwagę kalkulacje geopolityczne i wyciągając wnioski z tysiąca lat naszej historii. Póki co, nikt w UPR takich analiz nie przeprowadził.
A na zakończenie...
Unia Polityki Realnej miała szansę stać się jednym z normalniejszych ugrupowań w Polsce. Niestety - i to trzeba przyznać z przykrością sama nałożyła sobie pętelkę na szyję - popadając w sprzeczności (jak w przypadku kwestii obyczajowych) oraz gospodarczy futuryzm. Na własne życzenie uległa marginalizacji. Prowadząc nieudolną politykę kadrową, JKM pogrążył to ugrupowanie jeszcze bardziej. Od czasu do czasu psioczy, że pogrążenie UPR jest wynikiem spisku. Ale kto by się przyjmował taką partią, gdzie połowa to są utopiści i sami wielbiciele dwójki publicystów - konkretnie Korwina i Michalkiewicza. Gdyby UPR miał tak 20% poparcia, to wyliby, jaki to jest straszny. A tak, to co? Nie ma co się przejmować - myślą sobie pewnie, UPR jest traktowany podobnie jak NOP (z którym w 1997 roku razem startował w wyborach parlamentarnych), czyli jako plankton.
Wniosek może być przewrotny, ale po tylu upadkach i sięgnięcia dna UPR nie powinna wspierać leseferyzmu ekonomicznego, tylko winna zacząć czynić to w przypadku utopijnego socjalizmu...
Kwestie gospodarcze.
Problemy związane z gospodarką UPR zawsze stawia na pierwszym miejscu, zapominając przy tym, że prawicowość jest pełną wizją świata, a nie samym wolnym rynkiem. Tego tylko i wyłącznie nie można uznawać za determinant przynależności do prawicy. Wówczas musielibyśmy uznać za szczyt prawicowości taką Ayn Rand (właściwie Alissę Zinowjewnę Rosenbaum), która wymyśliła obiektywizm, popierała aborcję, eutanazję, ogólne zdziczenie i zepsucie społeczeństwa, a do tego była wojującą ateistką. Dla mnie dla takiej osoby niezależnie od poglądów gospodarczy sunie się tylko jedno określenie, a mianowicie słówko lewak. A dla wielu członków UPR z samych względów gospodarczych należy uznać ją za przedstawiciela skrajnej prawicy i ustawiać w jednym rzędzie z ultrakonserwatystami typu Pinocheta czy Franco. Same kwestie ekonomiczne prawicowości nigdy nie determinowały. Prawica jest intelektualną formacją, która jest konserwatywna obyczajowo i liberalna gospodarczo, a cała reszta nie spełniająca tych kryteriów jest lewicą. Może podział tego typu jest manicheistyczny, binarny, ale bardzo dobrze podkreśla pewien istotny fakt. Mając scenę polityczną, to mamy tak naprawdę dwa obozy.
UPR jest wrogiem etatyzmu i welfare state. Tutaj bardzo dobrze i trzeba za to tą partię pochwalić. Przecież ubezpieczenie powinno być dobrowolne, służba zdrowia prywatna, a przymus szkolny zniesiony. Wówczas byłoby lepiej, ponieważ podmioty prywatne wykonałyby wiele rzeczy znacznie lepiej i taniej niż państwowy monopolista. Poza tym można by ograniczyć ten przerost fiskalny. Również gros regulacji należy poznosić, bo tylko utrudniają rozwój przedsiębiorczości. Jednakże tutaj nie można popadać w przesadyzm. UPR chce totalnej prywatyzacji, nie dostrzega, że pewne gałęzie przemysłu mają znaczenie strategiczne i czy chcą, czy nie chcą państwo nie może ich wypuszczać. Inaczej może się to dla nas skończyć uzależnieniem od Rosji i polityką całkowicie sterowaną zza murów Kremla. Oczywiście w UPR tego nie są w stanie pojąć, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat wciągnęli by kraj w ciężkie tarapaty i uzależnienie od Matuszki Rassiji. Część UPR popada już w polityczny futuryzm, który opisałem w swoim poprzednim tekście, o nazwie libertarianizm. Sugerują oni, iż państwo można kompletnie rozbroić oraz uzależnić od większych graczy na scenie politycznej, którzy już ich potem wytemperują. Uzależniony od rosyjskiej ropy i gazu w pełni, JKM tańczyłby jak zagra mu Kreml. Jeżeli jakiś batiuszka Putin czy Miedwiedew stwierdziłby, iż należy wykastrować połowę Polaków, to on by musiał się na to zgodzić. Nie miałby innego wyjścia. UPR kompletnie nie rozumie przy tym, na jakich fundamentach opiera się potęga państwa, a nie tylko na ekonomicznych, bo również militarnych i terytorialnych. Jeśli chce się być wojskową potęgą, to nie można przecież całego sprzętu kupować od Niemców i Amerykanów. Tak samo, jeśli chce się mieć jakieś roszczenia terytorialne, to trzeba być energetycznie niezależnym. Teoretycznie takie państwo rodem z marzeń wielu upeerystów mogłoby zostać bardzo szybko podbite i wchłonięte przez sąsiadów.
Komuniści i wiele odłamów skrajnej lewicy przeginają w jedną mańkę, czyli nacjonalizacja wszystkich środków produkcji. UPR poszedł w drugą stronę i osiągnął taki sam poziom futuryzmu i utopijności.
Akt drugi: obyczajowość i problemy społeczne
UPR wykazuje wiele elementów konserwatywnych w swoim programie jak na przykład totalny zakaz aborcji (niezależnie od przyczyn zajścia lub powikłań w trakcie ciąży), sprzeciw wobec eutanazji, możliwość posiadania broni palnej, kara śmierci za najcięższe przestępstwa. To są postulaty typowo konserwatywne obyczajowo. Swój konserwatyzm UPR bardzo mocno podkreśla, co widać chociażby po poglądach Janusza Korwin-Mikkego dotyczących kobiet. Ale w innych przypadkach propozycje zgłaszane przez UPR są skrajnie liberalne obyczajowo, widać to chociażby w tym przypadku:
Co więcej, nie patrzy się tutaj na to, jaka jest dynamika zmian ilości narkomanów po legalizacji i przed. Na przykład w Holandii ilość palących marihuanę nie spadła. Przyjrzyjmy się innemu przykładowi, a mianowicie Kalifornii. Tam też ta przysłowiowa trawka jest dozwolona i przy płatnej służbie zdrowia oraz braku obowiązku posiadania jakiegokolwiek ubezpieczenia narkomania się szerzy. Widać, że legalizacja tak naprawdę prowadzi tylko do tego, że ilość narkomanów rośnie. W takim wypadku pozostaje zatem wariant malajski - jak to od jakiegoś czasu określam, czyli kara śmierci albo dożywotniego pozbawienia wolności za posiadanie narkotyków. I nie ma tutaj rozróżnienia na to, czy są miękkie czy twarde, ten podział jest bardzo ogólnikowy. Wszystko zależy od indywidualnej pobudliwości uwarunkowanej genetycznie. To jest tak samo z alkoholem, jednego powali piwo, a innego nie ruszy pół litra wódki. Identyczny przykład stanowią narkotyki. Przynajmniej UPR jest konsekwentny pod tym względem, że nie opowiada się za legalizacją tylko i wyłącznie marihuany, grzybów halucynogennych czy LSD. Ale z drugiej strony ci ludzie zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że narkomania będzie się szerzyć w społeczeństwie, niezależnie od tego, jaki będzie preferowany model ekonomiczny - czy państwo opiekuńcze, czy liberalizm gospodarczy. Co więcej, ma to dużo wspólnego z zapowiedziami architektów nowego socjalistycznego świata o otępianiu społeczeństwa. Masami ogłupionymi przez narkotyki łatwiej jest następnie manipulować. Legalizację tychże zatem można porównywać z użyciem broni psychochemicznej.
UPR również, co zadziwiające wśród prawicy, popiera również prostytucję. Czy zdaje sobie przy tym ze wszystkich społecznych inklinacji takiego posunięcia? Jakoś tam, gdzie sutenerstwo jest legalne, rośnie ogólnie przestępczość, co potwierdza niechlubny casus Holandii. I to nie tylko seksualna. Poza tym, czy oni sobie wyobrażają, jaki to będzie miało wpływ na społeczeństwo, które oni rzekomo tak bardzo chcą konserwować? Przecież to rozłoży rodzinę, a potem zawali się cała społeczność. Nie bez znaczenia jest również możliwość roznoszenia się AIDS, a przez to spadek liczebności populacji. Poza tym z prostytucją związane są gałęzie czarnego rynku - między innymi podziemie aborcyjne. Jak taka kurtyzana zajdzie w ciąże, to znajdzie sposób, żeby się wyskrobać - albo zrobi to jakiś znajomy lekarz, albo użyte zostaną do tego przemycane przez feministki pigułki wczesnoporonne, albo leki, których ubocznym skutkiem może być poronienie. Poza tym na legalizacji prostytucji zarobią producenci środków antykoncepcyjnych wszelkiego typu, więc gdzie tu konserwatyzm. To jest najszybszy sposób, żeby zniszczyć konserwatywne społeczeństwo. Przecież konsekwencją prostytucji ergo wolnego seksu, jest łatwiejszy dostęp do antykoncepcji, a w finalnym efekcie legalizacja aborcji.
Wyżej wymienione obydwie propozycje UPR - zarówno legalizacja narkotyków jak i prostytucji - najprawdopodobniej nie doprowadzą do konserwowania się pewnych norm cywilizacyjnych, ale wytworzą raczej społeczność postmodernistycznych hedonistów jak z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Tam wyższe klasy jak chociażby Alfy zadowalały się narkotykami i seksem. Z tym więcej mają wspólnego upeerystowskie propozycje niźli z zoologiczną prawicowością. Poglądy UPR są w tej kwestii wewnętrznie sprzeczne. Podobne propozycje wysuwał nieświętej pamięci LiD, a prawicy nie wypada chyba zniżać się do takiego rynsztoka.
Dalej, skoro UPR mówi, że jest wręcz ultrakonserwatywny - takie określenia czasem padają, to dlaczego nie sprzeciwia się pornografii? Przecież we wszystkich krajach stwierdzono dodatnią korelację między łatwością dostępu do tego typu materiałów, a ilością przestępstw seksualnych. Pragmatycznym posunięcięm byłaby więc całkowita delegalizacja pornografii proponowana chociażby przez Prawicę Rzeczypospolitej. Ale cóż, Korwin może sobie na swoim blogu nazywać to moralną zgnilizną, ale sobie nic wielkiego z tego nie robi. To dlaczego nie proponuje, aby z tym walczyć? Dlaczego nie zauważa tego problemu?
Następna rzecz to podejście UPR do szkolnictwa. Zakłada, że szkoły winny być prywatne - tutaj zgoda, ale że program ma być układany przez nie. A zatem teoretycznie jakaś szkoła podstawowa mogłaby być kinem, gdzie puszczano by hard porno ze spożywaniem odchodów, biczowaniem, torturami... normalnie 120 dni Sodomy, a państwo nie miałoby nic do tego. To co to za konserwatyzm upeerowski, jak z koziej sempiterny trąbka w tym zakresie. Owszem, prywatyzacja szkolnictwa powinna nastąpić, ale państwo nie powinno całkowicie wypuszczać tej dziedziny z ręki. Programy nauczania, mimo wszystko, winny być układane centralnie. Czasem JKM mówi, że najlepsze szkoły to dysedukacyjne. Tutaj ma rację, do tego należy wrócić. A takie nie wiadomo co, że szkoły mogą sobie układać programy, jak sobie tylko zażyczą, to na dłuższą metę może doprowadzić do kompletnego zezwierzęcenia społeczeństwa, wziąwszy chociażby pod uwagę wymieniony wyżej casus.
W przypadku obyczajowo-społecznych problemów warto również zwrócić uwagę na ciekawe podejście partii prawdziwie prawicowej do armii. Otóż, zakłada ona, że wojsko ma być w pełni zawodowe. Ależ przepraszam bardzo... jak przyjrzymy się na historię to we wszystkich zdrowych państwach, czy to starożytny Rzym w okresie najlepszego rozwoju, czy to współczesna Szwajcaria, to przymusowy pobór do wojska był. Nawet w tak lewackim społeczeństwie jak niemieckie każdy mężczyzna musi rok po szkole odsłużyć w armii, bo inaczej nie znajdzie zatrudnienia. A tutaj taka propozycja! Chyba prawica powinna zwracać uwagę na to, że mężczyzna powinien nim być, tak samo z kobietami, a nie dawać takie dziwne propozycje, które prowadzą do tego, że samce Homo sapiens niewieścieją, a samice tego gatunku nabierają cech męskich. Zawodowa armia, owszem, ale tak z pół miliona, i to wojsk lądowych i marynarki, a poza tym poborowi.
Następna ciekawostka: UPR nie widzi kraju, z którym mógłby zawiązać sojusz w razie wygranej w wyborach parlamentarnych. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie ma takiego nawet w świecie alternatywnym typu Śródziemie Tolkiena. Psioczy za to - i bardzo słusznie - na Unię Europejską. Ale kraj typu Polska powinien myśleć o zawarciu jakiegoś strategicznego sojuszu, chociażby biorąc pod uwagę kalkulacje geopolityczne i wyciągając wnioski z tysiąca lat naszej historii. Póki co, nikt w UPR takich analiz nie przeprowadził.
A na zakończenie...
Unia Polityki Realnej miała szansę stać się jednym z normalniejszych ugrupowań w Polsce. Niestety - i to trzeba przyznać z przykrością sama nałożyła sobie pętelkę na szyję - popadając w sprzeczności (jak w przypadku kwestii obyczajowych) oraz gospodarczy futuryzm. Na własne życzenie uległa marginalizacji. Prowadząc nieudolną politykę kadrową, JKM pogrążył to ugrupowanie jeszcze bardziej. Od czasu do czasu psioczy, że pogrążenie UPR jest wynikiem spisku. Ale kto by się przyjmował taką partią, gdzie połowa to są utopiści i sami wielbiciele dwójki publicystów - konkretnie Korwina i Michalkiewicza. Gdyby UPR miał tak 20% poparcia, to wyliby, jaki to jest straszny. A tak, to co? Nie ma co się przejmować - myślą sobie pewnie, UPR jest traktowany podobnie jak NOP (z którym w 1997 roku razem startował w wyborach parlamentarnych), czyli jako plankton.
Wniosek może być przewrotny, ale po tylu upadkach i sięgnięcia dna UPR nie powinna wspierać leseferyzmu ekonomicznego, tylko winna zacząć czynić to w przypadku utopijnego socjalizmu...
Etykiety:
aborcja,
gospodarka,
konserwatywny liberalizm,
konserwatyzm,
Korwin-Mikke,
libertarianizm,
narkotyki,
oświata,
państwo,
pornografia,
prostytucja,
UPR
Subskrybuj:
Posty (Atom)