Uważam siebie za skromnego bloggerem. Więcej, nie mam żadnych aspiracji stać się opiniotwórczym, który spędzałby sen z powiek elitom politycznym. Zajmuję się tym wszystkim nie jako "po godzinach" i nawet nie liczę na to, że jakiś znany w środowisku publicysta zechce z moimi tezami polemizować. A jednak... Najwyższy Czas! kupuję ostatnio nieregularnie tak, co dwa trzy tygodnie z reguły. Dzisiaj tknęło mnie i postanowiłem w pobliskim salonie prasowym nabyć. No i co ja tam znalazłem? Janusz Korwin-Mikke podjął polemikę z moim jednym starszym tekstem na temat swoich przekonań. Chodzi tutaj konkretnie o felieton Walka na obie strony opublikowany, rzecz, jasna w ostatnim numerze NCz!. Postanowiłem przyjąć rękawicę i zmierzyć się z tym.
No i co tam znajdujemy?
Często obrywam za "radykalizm". W rzeczywistości jestem centrowcem (...) UPR ma w gruncie rzeczy program centrowy. Bici jesteśmy (np. przez "postępowców"), za to że podkreślamy rolę Wiary, a także Tradycji - natomiast przez reakcjonistów za to, że bynajmniej nie popieramy we wszystkim Kościoła rzymskokatolickiego. I podobnie w innych dziedzinach.
Jeżeli chodzi o centrum, to jest z nim, jak w pewnym dowcipie o zwierzętach. Lew, ich król, kazał po prawo stanąć zwierzętom mądrym, a po lewo pięknym. W środku została żaba. Lew się jej zapytuje, dlaczego nie pójdzie na jedną ze stron. Żaba odpowiada, że jest zarówno mądra jak i piękna. Podobny paradoks ma centrum. W polityce to trochę wzięte z jednego, a trochę z drugiego, więc to taki miszmasz, pozszywane kawałki, które do siebie nie pasują. Mamy takie chimery, które jakoś - mimo wszystko - funkcjonują.
To zatem jak jest z centrowym charakterem poglądów Janusza Korwin-Mikkego. Jeżeli jest centrowcem, czy tam centrystą, to względem jakiego układu odniesienia? Czy jest nim wspomniany "reakcjonizm-postępowość", czy jakiś inny?
Poza tym z reguły mój interlokutor wypowiadał się na temat prawicy, więc jego klasyfikacja swoich własnych przekonań budzi co najmniej moje zdziwienie.
Otóż to absurd. Liberalizm (klasyczny) oczywiście i socjalizm to niemal przeciwieństwa. O wiele łatwiej z socjalistami dochodzą do ładu konserwatyści (przykładem są konserwatyści w PiS), nie wierzący w jednostkę, lecz w "Naród" lub, co gorsza, w "Społeczeństwo".
{Kirker} tego nie zauważa - i brnie dalej
Czy liberalizm (klasyczny) i socjalizm są przeciwieństwami? Obydwie są ideologiami wyrosłymi z Oświecenia. Z punktu widzenia ewolucji systemów polityczno-prawnych można je przeciwstawić konserwatyzmowi, a nie sobie wzajemnie, przy tym konserwatyzm będzie tam prawicowy, a liberalizm wespół z socjalizmem - lewicowy. Do tego, że współczesna lewica stanowi pochodną oświeceniowego liberalizmu można dojść, analizując jej postulaty. A skąd się wziął na przykład antyklerykalizm komunistów czy współczesnej socjaldemokracji? Z niczego innego tylko klasycznego liberalizmu. Ten bowiem był wrogi wobec wszelkich form transcendencji. Zamienianie cerkwi na muzea ateizmu czy też państwowy ateizm Francji czy Korei Północnej nie wziął się z kosmosu.
Socjalizm jest ewolucyjnym produktem klasycznego liberalizmu. Wynika to między innymi z jego egalitaryzmu. Poza tym można pokazać stadia pośrednie między liberalizmem a socjalizmem, na przykład socjalliberalizm wymyślony przez Johna Stuarta Milla.
Następną kwestią jest jeszcze podstawowe założenie obydwu systemów. Konserwatyzm wychodzi z założenia negatywnego obrazu natury ludzkiej. Wszystkie doktryny wywodzące się z Oświecenia cechuje gnoza polityczna. Założenie to polega na tym, iż pojedynczy człowiek jest dobry, natomiast cały konstrukt społeczny jest zły, więc wymaga przemodelowania. Pozytywizm antropologiczny jest zatem podstawowym twierdzeniem liberalizmu. Jednostka jest z natury dobra, nie potrzebuje więc żadnych hamulców. Liberalizm zakłada, że człowiek jest w stanie sam z siebie stworzyć nowe normy moralne inne niż niż uprzednio istniejące. Pytanie, czy np. ta nowa moralność może zakładać znaczną redystrybucję państwowych dochodów, a przy tym np. nacjonalizację największych przedsiębiorstw zgrupowanych w trustach? Oczywiście, że może. Liberalizm zakłada przy tej okazji etyczny relatywizm, zatem wszyscy mają rację. Zdanie "państwo powinno nam dostarczać gaz, prąd, energię cieplną" jest tak samo poprawne jak to, że "podmioty prywatne powinny nam dostarczać gaz, prąd, energię cieplną, a państwo jest od zajmowania się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym". Tak samo wszystko można redefiniować: można uznać, że bytami osobowymi są człowiek od drugiego miesiąca życia, świnia, małpy człekokształtne, ponieważ czują ból i mogą sobie to uświadomić (podejście tzw. empatocentryczne), a nie że osobą jest człowiek niezależnie od fazy rozwojowej, w której się aktualnie znajduje (podejście absolutystyczne). Tego typu sztuczki umożliwiają założenia klasycznego liberalizmu. Tak więc liberalizm może stopniowo ewoluować w socjalizm, a dalej nawet w ustrój totalitarny, właśnie ze względu na wspomniane wyżej założenie relatywizmu leżące u jego podstaw.
Czy konserwatyzm wierzy bądź nie wierzy w jednostkę? Konserwatyści unikają absolutyzacji jednostki w przeciwieństwie do liberałów. Zauważają, że ta pojedyncza jednostka siłą rzeczy do jakiś struktur przynależy, czy jest to rodzina, grupa religijna, naród, cały krąg cywilizacyjny. Uważają, że ludzie nie są tam samotnie krążącymi atomami, jak to próbują cały czas udowodnić liberałowie. Klasyk tradycjonalistycznego konserwatyzmu Joseph de Mainstre napisał swojego czasu, że spotykał Francuzów, natomiast nigdy w życiu nie widział Francuza. Zdaniem konserwatystów człowiek żyje w pewnym konstrukcie społecznym, bez którego to nie mógłby w ogóle istnieć. Istnienie człowieka bowiem opiera się na interakcjach z innymi jednostkami w obrębie poszczególnych struktur społecznych.
Konserwatyści dogadujący się z socjalistami - to już jest ciekawostka. Przecież konserwatyzm, jakby wziąć bezwzględnie postulaty - zarówno obyczajowo-światopoglądowe jak i ekonomiczne - stoi w całkowitej sprzeczności w stosunku do socjalizmu. (Nie wychodzę tutaj z podziału filogenetycznego ideologii politycznych, tylko porównywania haseł głoszonych przez dwie wzmiankowane grupy). Konserwatysta zatem nie może się dogadywać z socjalistami, ponieważ nie ma żadnej płaszczyzny porozumienia między tymi grupami, jeżeli chodzi o same postulaty. Chyba, że mamy partię politycznego głównego nurtu, do której lgną najróżniejsze indywidua za przysłowiowym chlebkiem... to wtedy się takie sytuacje mogą zdarzać.
A narodowy socjalizm. To był klasyczny, lewicowy, populistyczny wytwór. Tutaj polecam ostatni tekst "Coś" i lewicowość, gdzie ukazałem tworzenie się takich bytów jak faszyzm, nazizm czy też komunizm w wersji (neo)stalinowskiej. Fakt, część konserwatystów tam przeniknęła jak np. Carl Schmidt. Wielu miało jednak z narodowo-socjalistyczną władzą problemy.
Czy ja pewnych rzeczy nie zauważam, czy się mylę? To już jest inna para kaloszy. Okazuje się, że liberalizm ma dużo wspólnego z socjalizmem - część postulatów np. moralny indyferentyzm i antyklerykalizm. Do tego dochodzi również scjentyzm w obydwu systemach. Poza tym klasyczny liberalizm ma się tak do socjalizmu jak rodzic do swojego dziecka.
Otóż mają się jak ogień i woda. Np. ogień w palenisku i woda w tendrze lokomotywy. Obydwa składniki są niezbędne
Weźmy pod uwagę to, co napisałem wyżej. Podstawą prądów, powiedzmy, oświeceniowych, jest pozytywizm antropologiczny. Konserwatyzm zakłada negatywny obraz natury ludzkiej. Tak więc, jak można jedno z drugim połączyć. Tutaj mamy sytuację taką, jak w logice czy matematyce. W klasycznej arystotelesowskiej logice nie może istnieć rzecz nie będąca ani prawdą, ani fałszem, chyba że przyjmiemy logikę wielowartościową bądź logikę intuicjonistyczną. Po prostu albo jest się za pozytywizmem antropologicznym (i między innymi tym szlachetnym dzikusem ze spuścizny Jeana Jacquesa Rousseau), albo jest się za negatywnym obrazem natury ludzkiej. Tu nie można stanąć sobie w rozkroku i brać raz jedno, a raz drugie. U podstaw wszystkiego muszą być jasne założenia. Jeżeli tych nie ma, to cała doktryna jest niespójna.
Argument z ogniem w palenisku i wodą w tendrze lokomotywy jest na poziomie zabawy słownej z komiksu o Tytusie, Romku i A'Tomku: "pieniądze to grunt, grunt to ziemia, ziemia to matka". Równie dobrze mogłoby być tam napisane o lawach poduszkowych jako fenomenie geologicznym wymagającym zaistnienia wydobywającej się magmy (rzeczony "ogień") oraz wody morskiej (rzeczona "woda").
Jest to o tyle ciekawe, że parę miesięcy później {Kirker} po przemyśleniu dostrzegł, że mam tu rację: lepiej kandydatkę na puszczalską wydać za mąż - to matka najlepiej wie, kiedy... A co do prostytucji - to nawet św. Tomasz z Akwinu był za jej legalizacją. Choćby dlatego, że nie da się jej wyplenić. Taka Tradycja.
W tekście Mea culpa rozwinąłem założenia przyjęte przez Janusza Korwin-Mikkego. Stwierdziłem, iż w przypadku dorosłości dziecka lepiej będzie, gdy będą decydowali rodzice. Zaznaczyłem również, że powinna istnieć możliwość wydania dziecka za mąż. Nie określiłem dokładnie, czy to ma być córka, czy syn. Mój interlokutor w jednym wpisie na swoim blogu wyraził się bardzo precyzyjnie, powołując się przy okazji na Laurę i Petrarkę. Granicę pożycia seksualnego zatem definiowano by dwojako - albo przez określenie dorosłości, albo - ewentualna furtka - przez ożenek potomka. Polecam również tutaj swój ogólniejszy tekst Podstawowa komórka społeczna, w którym również ten problem - co prawda bardziej zdawkowo - został poruszony.
Odnośnie prostytucji i argumentu "a bo tego nie da się wyplenić". Żeby nie bawić się w szczegóły nie da się wyplenić kradzieży, morderstw, czy wobec tego mamy w ogóle jakikolwiek system prawny? Ewentualny argument z rozwojem przestępczości zorganizowanej też tutaj nie działa. Można tutaj wykonać bardzo prosty eksperyment myślowy, żeby udowodnić jego błędność. Najpierw legalizujemy narkotyki i prostytucję, to ta mafia przerzuca się na co innego. Na przykład przejmują całe podziemie aborcyjne oraz dobijają starców za pomocą tzw. eutanazji. Co wobec tego robi władza. Żeby obniżyć przestępczość, legalizuje następne plagi społeczne. Tak to się stopniowo zapętla, aż dochodzimy do takiego punktu, że po co prawo, jak jego nie będzie, to znikną również w ogóle przestępstwa.
{Kirker} nie dostrzega zależności między tymi zjawiskami! Widzi osobno: "że Stasiek, że koń, że drzewo". Nie widzi, że społeczeństwo przestało dbać o etykę, ponieważ wyręcza je w tym aparat państwowy!!! Po co potępiać narkomana, skoro zrobi to państwo (...) Gdyby rodzice wiedzieli, że nikt im nie pomoże, nikt nie będzie "za darmo" leczył ich dziecka, że to oni będą musieli płacić za spowodowane przez nie szkody - to bardzo by tego dziecka pilnowali...
Tutaj mamy do czynienia z podejściem ahistorycznym nie biorącym pewnych zmian pod uwagę. Wspomniałem w tekście, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych miało miejsce zdarzenie określane mianem rewolucji seksualnej. Pewne wzorce zachowań zostały wówczas bardzo mocno spopularyzowane przez popkulturę. W ogóle w tamtym okresie społeczeństwa zostały postawione do góry nogami. Żeby starać się to wszystko wyprostować trzeba pewnych rzeczy zakazywać, bo inaczej cała społeczność się sypie. Przetrącone bowiem zostają jej filary.
Czy za amoralność społeczeństwa odpowiada rozrost aparatu państwowego? I tak, i nie. Rozwój socjalizmu doprowadził do zepsucia społecznego. To jeden z powodów, dla których konserwatyści tacy jak moja osoba welfare state potępiają. To była uwaga dotycząca samej konstrukcji państwa. Teraz dochodzimy do następnej kwestii. Konserwatyści są za tym, żeby państwo było stróżem moralności. Czy więc mogą odpowiadać w ten sposób za amoralność społeczeństwa? Raczej nie. Ludzie jako emergentna suma jednostek są bezmyślni (dlatego też demokracja nie będzie działać) i mają skłonność do akceptowania zastanego systemu prawnego.
Poza tym jakby co, jestem za sprywatyzowaniem tego całego socjału - szkolnictwa, służby zdrowia, ubezpieczeń i opieki społecznej. Państwo bowiem ma inny zakres obowiązków.
Konserwatywny liberalizm opiera się na zasadzie: "Chcącemu nie dzieje się krzywda". Wierzą w nią zarówno konserwatyści jak i (klasyczni) liberałowie
Myślę, że różnice między konserwatyzmem a liberalizmem konserwatywnym jest następujące. Konserwatyści uważają, że wartości moralne mają podstawy transcendentalistyczne, czyli że zostały ustanowione przez Boga. Konserwatywny liberalizm wychodzi z fundamentu ateistycznego. Uważa, że moralność powstała na drodze ewolucji społecznej, szeregu prób i błędów, więc dany system moralny, skoro wypróbowany, to musi być skuteczny. Tak to przynajmniej udowadniali David Hume i Alexis de Tocqueville. Z tego wynika również inna istotna różnica. Konserwatyzm będzie dążyć do państwa katolickiego, natomiast liberalizm konserwatywny do neutralnego światopoglądowo.
Mam wspólnego wroga: socjalizm. Może by przestać się kłócić?
Chyba tam zamiast "mam" powinno być "mamy". Wówczas wszystko by się zgadzało. Bardzo się cieszę, że główny antysocjalista kraju wystawił mi odpowiedni certyfikat antysocjalizmu. A czy przestać się kłócić? Prawica już tak ma, że wewnątrz tego środowiska rozgrywa się wewnętrzna walka ideologiczna. Nie jesteśmy jakimś homogenicznym środowiskiem jak laicka lewica: czym się różni taki Napieralski od Senyszynowej na gruncie ideologicznym?
No i tyle polemiki. Na zakończenie, chciałem stwierdzić, że w życiu nie spodziewałbym się, iż moim blogiem zainteresuje się tak znany publicysta...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konserwatywny liberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konserwatywny liberalizm. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 czerwca 2009
piątek, 12 września 2008
Czy konserwatywny liberalizm to oksymoron?
Prawicę zwykle wiąże się z konserwatyzmem i nacjonalizmem. Tak wielu ludzi pojmuje to pojęcie. W przypadku konserwatyzmu zgadza się jak najbardziej, ten prąd od zawsze znajdował się po prawej stronie sceny politycznej. Jeżeli chodzi o nacjonalizm, to jest kwestia dyskusyjna. Tak naprawdę to bardzo szeroki zestaw poglądów, więc praktycznie nie da się sklasyfikować pod względem prawicowości czy lewicowości. Jest to jednak temat na zupełnie inny artykuł o sporej pojemności. Konserwatyzm jest prawicą najbardziej typową. Jednakże wielu ludzi, którzy się za prawicowców uważają przestaje stosować ten termin. Zamiast niego znaleźli sobie, jak im się wydaje, zamiennik w postaci konserwatywnego liberalizmu. Ma to być konserwatyzm i wolny rynek tak, jakby poszanowanie prywatnej własności nie mieściło się w pojęciu konserwatyzmu. Sama doktryna została stworzona przez Alexisa de Tocqueville'a w 1834 roku; stanowi właśnie połączenie konserwatywnej obyczajowości i liberalizmu gospodarczego. Jednakże czy jest tak na pewno?
Wielu ludzi, gdy słyszy termin "liberalizm konserwatywny" uważa niemal instynktownie, że to jest oksymoron. Z czym innym bowiem kojarzy się im konserwatyzm, a z czym innym liberalizm, z tego powodu dostrzegają sprzeczność. Okazuje się, że zwykły szary człowiek widzący oksymoron w samej nazwie może mieć tutaj dużo racji. Należy się zatem zastanowić, dlaczego? Porównajmy sobie na początek założenia konserwatyzmu i liberalizmu. To jest dobry punkt wyjścia dla rozważań nad nurtem kolibrowym.
Konserwatyzm zakłada, że owszem jednostka ma swoje prawa, ale jest częścią większych struktur jak rodzina, wyznawcy danej religii czy naród. Zatem nie tylko ona będzie podmiotem stanowienia prawa, co przysługuje jej - to ius naturalis będące odbiciem ius aeterna divina (na podstawie doktryny św. Tomasza z Akwinu) - ale również struktury złożone z wielu indywiduów. Innym założeniem jest ułomność i niedoskonałość pojedynczej jednostki. Pojedynczy człowiek nie jest istotą omnipotentną, więc sam z siebie nie może wygenerować żadnej nowej moralności. To jest kwestia oddziałowania wielu ludzi, którzy określają jakie zachowania są dozwolone, a jakie będą piętnowane i/lub karane. Konserwatysta będzie zatem w tworzeniu prawa opierał się na tradycji i wynikającej z niej moralności, ponieważ istnieje bardzo prawdopodobne podejrzenie, że taki system prawny będzie najlepszy. Na jakiej podstawie ma tak prawo uważać? A mianowicie, pewne zasady już się sprawdzają w danej społeczności dłuższy czas, to po co je zmieniać, skoro może to zaowocować kataklizmem. Z tego powodu również popierać będzie restrykcyjną politykę karną, aby odstraszyć potencjalnych kryminalistów. Konserwatyzm nie dostrzega samych jednostek, ale - jak już wyżej napisałem - dostrzega wyższe poziomy organizacji, jak narody, społeczności, kręgi kulturalno-cywilizacyjne. Wynika z tego potrzeba dbania o niepodległość i niezależność swojego państwa, aby nie być zależnym od nikogo pod względem militarnym lub ekonomicznym. W pierwszym przypadku konserwatyzm będzie stawiał na dużą siłę armii, w drugim natomiast opowie się za prywatyzacją, ale poza gałęziami gospodarki określonymi jako strategiczne, czyli na przykład energetyką. Co więcej, konserwatyści - jak już wcześniej napisałem - zakładają, że z różnych przyczyn człowiek jest ułomny. Poza tym ludzie się różnią między sobą. Te dwa czynniki powodują, że według konserwatyzmu społeczeństwo powinno być hierarchiczne i autorytarne, a najlepiej byłoby gdyby było autorytarnie zarządzane. Zatem rasowy konserwatysta winien sprzeciwiać się demokracji.
Natomiast jak ma się do tego liberalizm. Ten czyni założenie, że jednostka jest wszechmocna i omnipotentna. Tak więc według liberalizmu głównym podmiotem prawa będzie pojedynczy człowiek. Co z tym się wiąże? A mianowicie maksymalne nadanie tej jednostce wolności tak, że przeważy wszystko inne. Według liberałów nie liczą się takie rzeczy jak rodzina czy naród. To dla nich sztuczne struktury, które można definiować na wiele sposobów i które wobec tego nie istnieją. W czym się natomiast wyraża maksymalizacja wolności jednostki? Polega na odrzuceniu ius naturalis i zastąpieniu ich prawnym pozytywizmem. Wobec tego najczęściej feruje się podejście empatocentryczne. Liberalizm zatem będzie godził się na aborcję, eutanazję i ortotanazję, czemu sprzeciwiać się będą konserwatyści. Liberałowie nie będą widzieli nic złego w legalizacji narkotyków, pornografii, prostytucji, a także zrównaniu statusu heteroseksualistów oraz homoseksualistów; w przypadku tego ostatniego związki monopłciowe mają mieć takie same uprawnienia jak heteropłciowe złożone z jednego mężczyzny i jednej kobiety. Dla liberalizmu wszystkie inne większe struktury niż jednostka nie mają racji bytu, tak więc można uchwalić dowolne prawo, jeśli będzie ono dobre dla pojedynczych ludzi niezależnie od ich skłonności. Pojęcie społecznej szkodliwości zatem nie istnieje, tak samo opierania się na tradycji czy moralności. To są zdaniem liberałów pojęcia czysto względne. Jakie liberalizm będzie popierał podejście do gospodarki? Wolny rynek stanie się tam absolutem. Konserwatyści uważają, że jest to po prostu lepszy i efektywniejszy mechanizm dystrybucji dóbr niż centralne planowanie. Ponieważ liberałowie nie dostrzegają narodów i ich dążeń, to i dlatego pełna niezależność państwa od czynników zewnętrznych - kolokwialnie mówiąc - zwisa im. Ważniejsze jest to, że będzie można popełnić eutanazję lub palić marihuanę, a to od kogo się uzależnią czy kto im będzie dyktował warunki, to już jest kompletnie nieważne. Liberał uważa, że jednostka jest omnipotentna, a jeśli tak nie myśli, to czyni takie założenie, tak więc odrzuca instytucję autorytetu. Społeczeństwo według liberalizmu nie jest strukturą hierarchiczną. Propagują zatem demokrację jako formę władzy i odrzucają wszelki autorytaryzm.
Wyżej omówiliłem główne postulaty zarówno konserwatyzmu jak i liberalizmu. Odnieśmy się teraz do filozofii określanej mianem con-lib. Ma ona stanowić twórcze połączenie tez konserwatyzmu i liberalizmu, a czy to jest w ogóle możliwe?
Konserwatywni liberałowie, chociażby spod znaku UPR, niejednokrotnie zwracają uwagę na niepodległość. Słusznie atakowany jest przezeń moloch o nazwie Unia Europejska. Tak samo nie chcą się podporządkowywać innym nacjom. Zwróćmy uwagę, że mają na ustach ciągle niepodległość. Ale jakie jest ich myślenie o gospodarce? Liberałowie konserwatywni domagają się sprywatyzowania wszystkiego poza aparatem represji, a ci najbardziej radykalni o podejściu libertariańskim, anarchokapitalistycznym uważają, że w ogóle nie potrzebują do życia państwa. Dziwne, ale nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób uzależniliby swój kraj od czyjejś dobrej woli. Gdyby na przykład Rosja przejęła strategiczne gałęzie naszej gospodarki, to do czego by doszło? Dyktowaliby oni nam wszystkie warunki. Rosyjska ambasada byłaby ponownie złowrogim budynkiem, z które płynął wszystkie dyrektywy. Co zatem idzie? Tak naprawdę narzucaliby oni nam całość polityki, zarówno zagranicznej jak i krajowej. No i czy taki kraj byłby rzeczywiście w pełni niezależny. Tak naprawdę konserwatywny liberał, mówiąc o niepodległości, wyciera sobie tym słowem siedzenie. Już to wskazuje, że nurt myśli politycznej stworzony przez Tocqueville'a jest wewnętrznie sprzeczny. Widzimy tutaj dwa zszyte ze sobą wzajemnie sprzeczne elementy. Ale tego wszystkiego jest więcej.
Ideologia kolibrowa niby zwraca uwagę na układy złożone z większej ilości jednostek, ale mimochodem stwierdza, że mimo wszystko jednostka jest absolutem tak samo, jak w klasycznym liberalizmie. Można się zatem zastanawiać, czy w określeniu "konserwatywny liberalizm" epitet "konserwatywny" nie jest jedynie ozdobnikiem, ponieważ mamy do czynienia ze specyficzną odmianą klasycznego liberalizmu. A z jakiego powodu? Ci konserwatywni liberałowie niejednokrotnie wykazują indyferentyzm moralno-etyczny w takich kwestiach jak prostytucja, narkotyki, pornografia. Jedyną regulacją, jaką postulują, to, żeby do tego nie mieli dostępu nieletni. Przecież ta triada, jaką wyżej wymieniłem, jest ewidentnie szkodliwa w skali społecznej, przyczynia się do wzrostu przestępczości i zachorowań na AIDS. Z tego zatem nie wynika nic, co można określać mianem pozytywnego. Należy to zatem zdelegalizować. Kolibry się jednak na to nie zdecydują, mimo deklarowanego katolicyzmu, przywiązania do tradycyjnych wartości, a mamy tutaj liberalizm obyczajowo-światopoglądowy a la Zapatero skradający się tylnymi drzwiami. Podobnie jak w przypadku niepodległości, nimi też podcierają sobie pośladki. Czy nie jest to swoiste dwójmyślenie, jakby to określił Orwell? Mówi się o jednym, a robi się drugie? Na tym przykładzie okazuje się, że konserwatywny liberalizm to najzwyklejsza hipokryzja. Znowu widać, że jest wewnętrznie sprzeczny.
Co więcej, w konserwatywnym liberalizmie często obok siebie goszczą postulaty skrajnie liberalne obyczajowo i ultrakonserwatywne, wręcz autorytatne. Raz na przykład Korwin-Mikke pisze o tym, że kobiety są bardziej konformistyczne od mężczyzn i topi wszystkie feministyczne mity. Za drugim razem natomiast broni wolności do zażywania narkotyków. No i czy nie mamy tutaj swoistego absurdu? Pokazuje to, żealbo idzie się w jedną stronę, albo w drugą. Na środku stać się nie da w tym wypadku. Tutaj nie ma miejsca na stany pośrednie. A konserwatywny liberalizm jest jak agnostycyzm według Dawkinsa - jednocześnie schodzenie ze schodów i wchodzenie na nie. Nie da się być bowiem jednocześnie i konserwatystą, i liberałem.
Konserwatywny liberalizm jest poglądem wewnętrznie sprzecznym, przypomina potwora Frankensteina pozszywanego z niepasujących do siebie elementów. Stanowi oksymoron. Najgorsze to, że ta niespójna idea uwiodła tak wiele umysłów na prawicy...
...którzy myślą, że stanowią jej skraj.
Wielu ludzi, gdy słyszy termin "liberalizm konserwatywny" uważa niemal instynktownie, że to jest oksymoron. Z czym innym bowiem kojarzy się im konserwatyzm, a z czym innym liberalizm, z tego powodu dostrzegają sprzeczność. Okazuje się, że zwykły szary człowiek widzący oksymoron w samej nazwie może mieć tutaj dużo racji. Należy się zatem zastanowić, dlaczego? Porównajmy sobie na początek założenia konserwatyzmu i liberalizmu. To jest dobry punkt wyjścia dla rozważań nad nurtem kolibrowym.
Konserwatyzm zakłada, że owszem jednostka ma swoje prawa, ale jest częścią większych struktur jak rodzina, wyznawcy danej religii czy naród. Zatem nie tylko ona będzie podmiotem stanowienia prawa, co przysługuje jej - to ius naturalis będące odbiciem ius aeterna divina (na podstawie doktryny św. Tomasza z Akwinu) - ale również struktury złożone z wielu indywiduów. Innym założeniem jest ułomność i niedoskonałość pojedynczej jednostki. Pojedynczy człowiek nie jest istotą omnipotentną, więc sam z siebie nie może wygenerować żadnej nowej moralności. To jest kwestia oddziałowania wielu ludzi, którzy określają jakie zachowania są dozwolone, a jakie będą piętnowane i/lub karane. Konserwatysta będzie zatem w tworzeniu prawa opierał się na tradycji i wynikającej z niej moralności, ponieważ istnieje bardzo prawdopodobne podejrzenie, że taki system prawny będzie najlepszy. Na jakiej podstawie ma tak prawo uważać? A mianowicie, pewne zasady już się sprawdzają w danej społeczności dłuższy czas, to po co je zmieniać, skoro może to zaowocować kataklizmem. Z tego powodu również popierać będzie restrykcyjną politykę karną, aby odstraszyć potencjalnych kryminalistów. Konserwatyzm nie dostrzega samych jednostek, ale - jak już wyżej napisałem - dostrzega wyższe poziomy organizacji, jak narody, społeczności, kręgi kulturalno-cywilizacyjne. Wynika z tego potrzeba dbania o niepodległość i niezależność swojego państwa, aby nie być zależnym od nikogo pod względem militarnym lub ekonomicznym. W pierwszym przypadku konserwatyzm będzie stawiał na dużą siłę armii, w drugim natomiast opowie się za prywatyzacją, ale poza gałęziami gospodarki określonymi jako strategiczne, czyli na przykład energetyką. Co więcej, konserwatyści - jak już wcześniej napisałem - zakładają, że z różnych przyczyn człowiek jest ułomny. Poza tym ludzie się różnią między sobą. Te dwa czynniki powodują, że według konserwatyzmu społeczeństwo powinno być hierarchiczne i autorytarne, a najlepiej byłoby gdyby było autorytarnie zarządzane. Zatem rasowy konserwatysta winien sprzeciwiać się demokracji.
Natomiast jak ma się do tego liberalizm. Ten czyni założenie, że jednostka jest wszechmocna i omnipotentna. Tak więc według liberalizmu głównym podmiotem prawa będzie pojedynczy człowiek. Co z tym się wiąże? A mianowicie maksymalne nadanie tej jednostce wolności tak, że przeważy wszystko inne. Według liberałów nie liczą się takie rzeczy jak rodzina czy naród. To dla nich sztuczne struktury, które można definiować na wiele sposobów i które wobec tego nie istnieją. W czym się natomiast wyraża maksymalizacja wolności jednostki? Polega na odrzuceniu ius naturalis i zastąpieniu ich prawnym pozytywizmem. Wobec tego najczęściej feruje się podejście empatocentryczne. Liberalizm zatem będzie godził się na aborcję, eutanazję i ortotanazję, czemu sprzeciwiać się będą konserwatyści. Liberałowie nie będą widzieli nic złego w legalizacji narkotyków, pornografii, prostytucji, a także zrównaniu statusu heteroseksualistów oraz homoseksualistów; w przypadku tego ostatniego związki monopłciowe mają mieć takie same uprawnienia jak heteropłciowe złożone z jednego mężczyzny i jednej kobiety. Dla liberalizmu wszystkie inne większe struktury niż jednostka nie mają racji bytu, tak więc można uchwalić dowolne prawo, jeśli będzie ono dobre dla pojedynczych ludzi niezależnie od ich skłonności. Pojęcie społecznej szkodliwości zatem nie istnieje, tak samo opierania się na tradycji czy moralności. To są zdaniem liberałów pojęcia czysto względne. Jakie liberalizm będzie popierał podejście do gospodarki? Wolny rynek stanie się tam absolutem. Konserwatyści uważają, że jest to po prostu lepszy i efektywniejszy mechanizm dystrybucji dóbr niż centralne planowanie. Ponieważ liberałowie nie dostrzegają narodów i ich dążeń, to i dlatego pełna niezależność państwa od czynników zewnętrznych - kolokwialnie mówiąc - zwisa im. Ważniejsze jest to, że będzie można popełnić eutanazję lub palić marihuanę, a to od kogo się uzależnią czy kto im będzie dyktował warunki, to już jest kompletnie nieważne. Liberał uważa, że jednostka jest omnipotentna, a jeśli tak nie myśli, to czyni takie założenie, tak więc odrzuca instytucję autorytetu. Społeczeństwo według liberalizmu nie jest strukturą hierarchiczną. Propagują zatem demokrację jako formę władzy i odrzucają wszelki autorytaryzm.
Wyżej omówiliłem główne postulaty zarówno konserwatyzmu jak i liberalizmu. Odnieśmy się teraz do filozofii określanej mianem con-lib. Ma ona stanowić twórcze połączenie tez konserwatyzmu i liberalizmu, a czy to jest w ogóle możliwe?
Konserwatywni liberałowie, chociażby spod znaku UPR, niejednokrotnie zwracają uwagę na niepodległość. Słusznie atakowany jest przezeń moloch o nazwie Unia Europejska. Tak samo nie chcą się podporządkowywać innym nacjom. Zwróćmy uwagę, że mają na ustach ciągle niepodległość. Ale jakie jest ich myślenie o gospodarce? Liberałowie konserwatywni domagają się sprywatyzowania wszystkiego poza aparatem represji, a ci najbardziej radykalni o podejściu libertariańskim, anarchokapitalistycznym uważają, że w ogóle nie potrzebują do życia państwa. Dziwne, ale nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób uzależniliby swój kraj od czyjejś dobrej woli. Gdyby na przykład Rosja przejęła strategiczne gałęzie naszej gospodarki, to do czego by doszło? Dyktowaliby oni nam wszystkie warunki. Rosyjska ambasada byłaby ponownie złowrogim budynkiem, z które płynął wszystkie dyrektywy. Co zatem idzie? Tak naprawdę narzucaliby oni nam całość polityki, zarówno zagranicznej jak i krajowej. No i czy taki kraj byłby rzeczywiście w pełni niezależny. Tak naprawdę konserwatywny liberał, mówiąc o niepodległości, wyciera sobie tym słowem siedzenie. Już to wskazuje, że nurt myśli politycznej stworzony przez Tocqueville'a jest wewnętrznie sprzeczny. Widzimy tutaj dwa zszyte ze sobą wzajemnie sprzeczne elementy. Ale tego wszystkiego jest więcej.
Ideologia kolibrowa niby zwraca uwagę na układy złożone z większej ilości jednostek, ale mimochodem stwierdza, że mimo wszystko jednostka jest absolutem tak samo, jak w klasycznym liberalizmie. Można się zatem zastanawiać, czy w określeniu "konserwatywny liberalizm" epitet "konserwatywny" nie jest jedynie ozdobnikiem, ponieważ mamy do czynienia ze specyficzną odmianą klasycznego liberalizmu. A z jakiego powodu? Ci konserwatywni liberałowie niejednokrotnie wykazują indyferentyzm moralno-etyczny w takich kwestiach jak prostytucja, narkotyki, pornografia. Jedyną regulacją, jaką postulują, to, żeby do tego nie mieli dostępu nieletni. Przecież ta triada, jaką wyżej wymieniłem, jest ewidentnie szkodliwa w skali społecznej, przyczynia się do wzrostu przestępczości i zachorowań na AIDS. Z tego zatem nie wynika nic, co można określać mianem pozytywnego. Należy to zatem zdelegalizować. Kolibry się jednak na to nie zdecydują, mimo deklarowanego katolicyzmu, przywiązania do tradycyjnych wartości, a mamy tutaj liberalizm obyczajowo-światopoglądowy a la Zapatero skradający się tylnymi drzwiami. Podobnie jak w przypadku niepodległości, nimi też podcierają sobie pośladki. Czy nie jest to swoiste dwójmyślenie, jakby to określił Orwell? Mówi się o jednym, a robi się drugie? Na tym przykładzie okazuje się, że konserwatywny liberalizm to najzwyklejsza hipokryzja. Znowu widać, że jest wewnętrznie sprzeczny.
Co więcej, w konserwatywnym liberalizmie często obok siebie goszczą postulaty skrajnie liberalne obyczajowo i ultrakonserwatywne, wręcz autorytatne. Raz na przykład Korwin-Mikke pisze o tym, że kobiety są bardziej konformistyczne od mężczyzn i topi wszystkie feministyczne mity. Za drugim razem natomiast broni wolności do zażywania narkotyków. No i czy nie mamy tutaj swoistego absurdu? Pokazuje to, żealbo idzie się w jedną stronę, albo w drugą. Na środku stać się nie da w tym wypadku. Tutaj nie ma miejsca na stany pośrednie. A konserwatywny liberalizm jest jak agnostycyzm według Dawkinsa - jednocześnie schodzenie ze schodów i wchodzenie na nie. Nie da się być bowiem jednocześnie i konserwatystą, i liberałem.
Konserwatywny liberalizm jest poglądem wewnętrznie sprzecznym, przypomina potwora Frankensteina pozszywanego z niepasujących do siebie elementów. Stanowi oksymoron. Najgorsze to, że ta niespójna idea uwiodła tak wiele umysłów na prawicy...
...którzy myślą, że stanowią jej skraj.
czwartek, 7 sierpnia 2008
O UPR z punktu widzenia dawnego zwolennika
Dnia 21 października zeszłego roku oddałem głos na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej. Co prawda, był to twór dosyć mocno eklektyczny, ale liczyłem, że może wejść do Sejmu z poparciem rzędu 7-8%. Tak się nie stało. Poparcie wyniosło 1,7% - wówczas nie liczyłem, że może być aż tak słabo. Przyznam się bez bicia: byłem zwolennikiem drobnej liczącej 500 osób kanapy o nazwie Unia Polityka Realna. Swojego czasu nawet chciałem tam się zapisać; wówczas jednak się rozmyśliłem. A teraz mi to przeszło na amen. Wyżej napisałem jasno, że byłem. Przyczyny tego stanu rzeczy są następujące. Wynikało to po prostu z krytycznej analizy części punktów programu tej partii, które wydają się albo wręcz futurystyczne, albo wzajemnie się wykluczające. I taka jest prawda. Mogą sobie zatwardziali zwolennicy UPR wmawiać różne rzeczy, a co poniektórzy z pewnością już w to uwierzyli. Niestety, tak po prostu jest. Zastanawiące jest również, że członkowie UPR określają siebie mianem konserwatystów albo konserwatywnych liberałów. Nie wiadomo, czy powinni, ale o tym będzie dalej. Niżej postaram się opisać wnioski, do jakich doszedłem, analizując program UPR.
Kwestie gospodarcze.
Problemy związane z gospodarką UPR zawsze stawia na pierwszym miejscu, zapominając przy tym, że prawicowość jest pełną wizją świata, a nie samym wolnym rynkiem. Tego tylko i wyłącznie nie można uznawać za determinant przynależności do prawicy. Wówczas musielibyśmy uznać za szczyt prawicowości taką Ayn Rand (właściwie Alissę Zinowjewnę Rosenbaum), która wymyśliła obiektywizm, popierała aborcję, eutanazję, ogólne zdziczenie i zepsucie społeczeństwa, a do tego była wojującą ateistką. Dla mnie dla takiej osoby niezależnie od poglądów gospodarczy sunie się tylko jedno określenie, a mianowicie słówko lewak. A dla wielu członków UPR z samych względów gospodarczych należy uznać ją za przedstawiciela skrajnej prawicy i ustawiać w jednym rzędzie z ultrakonserwatystami typu Pinocheta czy Franco. Same kwestie ekonomiczne prawicowości nigdy nie determinowały. Prawica jest intelektualną formacją, która jest konserwatywna obyczajowo i liberalna gospodarczo, a cała reszta nie spełniająca tych kryteriów jest lewicą. Może podział tego typu jest manicheistyczny, binarny, ale bardzo dobrze podkreśla pewien istotny fakt. Mając scenę polityczną, to mamy tak naprawdę dwa obozy.
UPR jest wrogiem etatyzmu i welfare state. Tutaj bardzo dobrze i trzeba za to tą partię pochwalić. Przecież ubezpieczenie powinno być dobrowolne, służba zdrowia prywatna, a przymus szkolny zniesiony. Wówczas byłoby lepiej, ponieważ podmioty prywatne wykonałyby wiele rzeczy znacznie lepiej i taniej niż państwowy monopolista. Poza tym można by ograniczyć ten przerost fiskalny. Również gros regulacji należy poznosić, bo tylko utrudniają rozwój przedsiębiorczości. Jednakże tutaj nie można popadać w przesadyzm. UPR chce totalnej prywatyzacji, nie dostrzega, że pewne gałęzie przemysłu mają znaczenie strategiczne i czy chcą, czy nie chcą państwo nie może ich wypuszczać. Inaczej może się to dla nas skończyć uzależnieniem od Rosji i polityką całkowicie sterowaną zza murów Kremla. Oczywiście w UPR tego nie są w stanie pojąć, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat wciągnęli by kraj w ciężkie tarapaty i uzależnienie od Matuszki Rassiji. Część UPR popada już w polityczny futuryzm, który opisałem w swoim poprzednim tekście, o nazwie libertarianizm. Sugerują oni, iż państwo można kompletnie rozbroić oraz uzależnić od większych graczy na scenie politycznej, którzy już ich potem wytemperują. Uzależniony od rosyjskiej ropy i gazu w pełni, JKM tańczyłby jak zagra mu Kreml. Jeżeli jakiś batiuszka Putin czy Miedwiedew stwierdziłby, iż należy wykastrować połowę Polaków, to on by musiał się na to zgodzić. Nie miałby innego wyjścia. UPR kompletnie nie rozumie przy tym, na jakich fundamentach opiera się potęga państwa, a nie tylko na ekonomicznych, bo również militarnych i terytorialnych. Jeśli chce się być wojskową potęgą, to nie można przecież całego sprzętu kupować od Niemców i Amerykanów. Tak samo, jeśli chce się mieć jakieś roszczenia terytorialne, to trzeba być energetycznie niezależnym. Teoretycznie takie państwo rodem z marzeń wielu upeerystów mogłoby zostać bardzo szybko podbite i wchłonięte przez sąsiadów.
Komuniści i wiele odłamów skrajnej lewicy przeginają w jedną mańkę, czyli nacjonalizacja wszystkich środków produkcji. UPR poszedł w drugą stronę i osiągnął taki sam poziom futuryzmu i utopijności.
Akt drugi: obyczajowość i problemy społeczne
UPR wykazuje wiele elementów konserwatywnych w swoim programie jak na przykład totalny zakaz aborcji (niezależnie od przyczyn zajścia lub powikłań w trakcie ciąży), sprzeciw wobec eutanazji, możliwość posiadania broni palnej, kara śmierci za najcięższe przestępstwa. To są postulaty typowo konserwatywne obyczajowo. Swój konserwatyzm UPR bardzo mocno podkreśla, co widać chociażby po poglądach Janusza Korwin-Mikkego dotyczących kobiet. Ale w innych przypadkach propozycje zgłaszane przez UPR są skrajnie liberalne obyczajowo, widać to chociażby w tym przypadku:
Co więcej, nie patrzy się tutaj na to, jaka jest dynamika zmian ilości narkomanów po legalizacji i przed. Na przykład w Holandii ilość palących marihuanę nie spadła. Przyjrzyjmy się innemu przykładowi, a mianowicie Kalifornii. Tam też ta przysłowiowa trawka jest dozwolona i przy płatnej służbie zdrowia oraz braku obowiązku posiadania jakiegokolwiek ubezpieczenia narkomania się szerzy. Widać, że legalizacja tak naprawdę prowadzi tylko do tego, że ilość narkomanów rośnie. W takim wypadku pozostaje zatem wariant malajski - jak to od jakiegoś czasu określam, czyli kara śmierci albo dożywotniego pozbawienia wolności za posiadanie narkotyków. I nie ma tutaj rozróżnienia na to, czy są miękkie czy twarde, ten podział jest bardzo ogólnikowy. Wszystko zależy od indywidualnej pobudliwości uwarunkowanej genetycznie. To jest tak samo z alkoholem, jednego powali piwo, a innego nie ruszy pół litra wódki. Identyczny przykład stanowią narkotyki. Przynajmniej UPR jest konsekwentny pod tym względem, że nie opowiada się za legalizacją tylko i wyłącznie marihuany, grzybów halucynogennych czy LSD. Ale z drugiej strony ci ludzie zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że narkomania będzie się szerzyć w społeczeństwie, niezależnie od tego, jaki będzie preferowany model ekonomiczny - czy państwo opiekuńcze, czy liberalizm gospodarczy. Co więcej, ma to dużo wspólnego z zapowiedziami architektów nowego socjalistycznego świata o otępianiu społeczeństwa. Masami ogłupionymi przez narkotyki łatwiej jest następnie manipulować. Legalizację tychże zatem można porównywać z użyciem broni psychochemicznej.
UPR również, co zadziwiające wśród prawicy, popiera również prostytucję. Czy zdaje sobie przy tym ze wszystkich społecznych inklinacji takiego posunięcia? Jakoś tam, gdzie sutenerstwo jest legalne, rośnie ogólnie przestępczość, co potwierdza niechlubny casus Holandii. I to nie tylko seksualna. Poza tym, czy oni sobie wyobrażają, jaki to będzie miało wpływ na społeczeństwo, które oni rzekomo tak bardzo chcą konserwować? Przecież to rozłoży rodzinę, a potem zawali się cała społeczność. Nie bez znaczenia jest również możliwość roznoszenia się AIDS, a przez to spadek liczebności populacji. Poza tym z prostytucją związane są gałęzie czarnego rynku - między innymi podziemie aborcyjne. Jak taka kurtyzana zajdzie w ciąże, to znajdzie sposób, żeby się wyskrobać - albo zrobi to jakiś znajomy lekarz, albo użyte zostaną do tego przemycane przez feministki pigułki wczesnoporonne, albo leki, których ubocznym skutkiem może być poronienie. Poza tym na legalizacji prostytucji zarobią producenci środków antykoncepcyjnych wszelkiego typu, więc gdzie tu konserwatyzm. To jest najszybszy sposób, żeby zniszczyć konserwatywne społeczeństwo. Przecież konsekwencją prostytucji ergo wolnego seksu, jest łatwiejszy dostęp do antykoncepcji, a w finalnym efekcie legalizacja aborcji.
Wyżej wymienione obydwie propozycje UPR - zarówno legalizacja narkotyków jak i prostytucji - najprawdopodobniej nie doprowadzą do konserwowania się pewnych norm cywilizacyjnych, ale wytworzą raczej społeczność postmodernistycznych hedonistów jak z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Tam wyższe klasy jak chociażby Alfy zadowalały się narkotykami i seksem. Z tym więcej mają wspólnego upeerystowskie propozycje niźli z zoologiczną prawicowością. Poglądy UPR są w tej kwestii wewnętrznie sprzeczne. Podobne propozycje wysuwał nieświętej pamięci LiD, a prawicy nie wypada chyba zniżać się do takiego rynsztoka.
Dalej, skoro UPR mówi, że jest wręcz ultrakonserwatywny - takie określenia czasem padają, to dlaczego nie sprzeciwia się pornografii? Przecież we wszystkich krajach stwierdzono dodatnią korelację między łatwością dostępu do tego typu materiałów, a ilością przestępstw seksualnych. Pragmatycznym posunięcięm byłaby więc całkowita delegalizacja pornografii proponowana chociażby przez Prawicę Rzeczypospolitej. Ale cóż, Korwin może sobie na swoim blogu nazywać to moralną zgnilizną, ale sobie nic wielkiego z tego nie robi. To dlaczego nie proponuje, aby z tym walczyć? Dlaczego nie zauważa tego problemu?
Następna rzecz to podejście UPR do szkolnictwa. Zakłada, że szkoły winny być prywatne - tutaj zgoda, ale że program ma być układany przez nie. A zatem teoretycznie jakaś szkoła podstawowa mogłaby być kinem, gdzie puszczano by hard porno ze spożywaniem odchodów, biczowaniem, torturami... normalnie 120 dni Sodomy, a państwo nie miałoby nic do tego. To co to za konserwatyzm upeerowski, jak z koziej sempiterny trąbka w tym zakresie. Owszem, prywatyzacja szkolnictwa powinna nastąpić, ale państwo nie powinno całkowicie wypuszczać tej dziedziny z ręki. Programy nauczania, mimo wszystko, winny być układane centralnie. Czasem JKM mówi, że najlepsze szkoły to dysedukacyjne. Tutaj ma rację, do tego należy wrócić. A takie nie wiadomo co, że szkoły mogą sobie układać programy, jak sobie tylko zażyczą, to na dłuższą metę może doprowadzić do kompletnego zezwierzęcenia społeczeństwa, wziąwszy chociażby pod uwagę wymieniony wyżej casus.
W przypadku obyczajowo-społecznych problemów warto również zwrócić uwagę na ciekawe podejście partii prawdziwie prawicowej do armii. Otóż, zakłada ona, że wojsko ma być w pełni zawodowe. Ależ przepraszam bardzo... jak przyjrzymy się na historię to we wszystkich zdrowych państwach, czy to starożytny Rzym w okresie najlepszego rozwoju, czy to współczesna Szwajcaria, to przymusowy pobór do wojska był. Nawet w tak lewackim społeczeństwie jak niemieckie każdy mężczyzna musi rok po szkole odsłużyć w armii, bo inaczej nie znajdzie zatrudnienia. A tutaj taka propozycja! Chyba prawica powinna zwracać uwagę na to, że mężczyzna powinien nim być, tak samo z kobietami, a nie dawać takie dziwne propozycje, które prowadzą do tego, że samce Homo sapiens niewieścieją, a samice tego gatunku nabierają cech męskich. Zawodowa armia, owszem, ale tak z pół miliona, i to wojsk lądowych i marynarki, a poza tym poborowi.
Następna ciekawostka: UPR nie widzi kraju, z którym mógłby zawiązać sojusz w razie wygranej w wyborach parlamentarnych. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie ma takiego nawet w świecie alternatywnym typu Śródziemie Tolkiena. Psioczy za to - i bardzo słusznie - na Unię Europejską. Ale kraj typu Polska powinien myśleć o zawarciu jakiegoś strategicznego sojuszu, chociażby biorąc pod uwagę kalkulacje geopolityczne i wyciągając wnioski z tysiąca lat naszej historii. Póki co, nikt w UPR takich analiz nie przeprowadził.
A na zakończenie...
Unia Polityki Realnej miała szansę stać się jednym z normalniejszych ugrupowań w Polsce. Niestety - i to trzeba przyznać z przykrością sama nałożyła sobie pętelkę na szyję - popadając w sprzeczności (jak w przypadku kwestii obyczajowych) oraz gospodarczy futuryzm. Na własne życzenie uległa marginalizacji. Prowadząc nieudolną politykę kadrową, JKM pogrążył to ugrupowanie jeszcze bardziej. Od czasu do czasu psioczy, że pogrążenie UPR jest wynikiem spisku. Ale kto by się przyjmował taką partią, gdzie połowa to są utopiści i sami wielbiciele dwójki publicystów - konkretnie Korwina i Michalkiewicza. Gdyby UPR miał tak 20% poparcia, to wyliby, jaki to jest straszny. A tak, to co? Nie ma co się przejmować - myślą sobie pewnie, UPR jest traktowany podobnie jak NOP (z którym w 1997 roku razem startował w wyborach parlamentarnych), czyli jako plankton.
Wniosek może być przewrotny, ale po tylu upadkach i sięgnięcia dna UPR nie powinna wspierać leseferyzmu ekonomicznego, tylko winna zacząć czynić to w przypadku utopijnego socjalizmu...
Kwestie gospodarcze.
Problemy związane z gospodarką UPR zawsze stawia na pierwszym miejscu, zapominając przy tym, że prawicowość jest pełną wizją świata, a nie samym wolnym rynkiem. Tego tylko i wyłącznie nie można uznawać za determinant przynależności do prawicy. Wówczas musielibyśmy uznać za szczyt prawicowości taką Ayn Rand (właściwie Alissę Zinowjewnę Rosenbaum), która wymyśliła obiektywizm, popierała aborcję, eutanazję, ogólne zdziczenie i zepsucie społeczeństwa, a do tego była wojującą ateistką. Dla mnie dla takiej osoby niezależnie od poglądów gospodarczy sunie się tylko jedno określenie, a mianowicie słówko lewak. A dla wielu członków UPR z samych względów gospodarczych należy uznać ją za przedstawiciela skrajnej prawicy i ustawiać w jednym rzędzie z ultrakonserwatystami typu Pinocheta czy Franco. Same kwestie ekonomiczne prawicowości nigdy nie determinowały. Prawica jest intelektualną formacją, która jest konserwatywna obyczajowo i liberalna gospodarczo, a cała reszta nie spełniająca tych kryteriów jest lewicą. Może podział tego typu jest manicheistyczny, binarny, ale bardzo dobrze podkreśla pewien istotny fakt. Mając scenę polityczną, to mamy tak naprawdę dwa obozy.
UPR jest wrogiem etatyzmu i welfare state. Tutaj bardzo dobrze i trzeba za to tą partię pochwalić. Przecież ubezpieczenie powinno być dobrowolne, służba zdrowia prywatna, a przymus szkolny zniesiony. Wówczas byłoby lepiej, ponieważ podmioty prywatne wykonałyby wiele rzeczy znacznie lepiej i taniej niż państwowy monopolista. Poza tym można by ograniczyć ten przerost fiskalny. Również gros regulacji należy poznosić, bo tylko utrudniają rozwój przedsiębiorczości. Jednakże tutaj nie można popadać w przesadyzm. UPR chce totalnej prywatyzacji, nie dostrzega, że pewne gałęzie przemysłu mają znaczenie strategiczne i czy chcą, czy nie chcą państwo nie może ich wypuszczać. Inaczej może się to dla nas skończyć uzależnieniem od Rosji i polityką całkowicie sterowaną zza murów Kremla. Oczywiście w UPR tego nie są w stanie pojąć, że na kilkanaście do kilkudziesięciu lat wciągnęli by kraj w ciężkie tarapaty i uzależnienie od Matuszki Rassiji. Część UPR popada już w polityczny futuryzm, który opisałem w swoim poprzednim tekście, o nazwie libertarianizm. Sugerują oni, iż państwo można kompletnie rozbroić oraz uzależnić od większych graczy na scenie politycznej, którzy już ich potem wytemperują. Uzależniony od rosyjskiej ropy i gazu w pełni, JKM tańczyłby jak zagra mu Kreml. Jeżeli jakiś batiuszka Putin czy Miedwiedew stwierdziłby, iż należy wykastrować połowę Polaków, to on by musiał się na to zgodzić. Nie miałby innego wyjścia. UPR kompletnie nie rozumie przy tym, na jakich fundamentach opiera się potęga państwa, a nie tylko na ekonomicznych, bo również militarnych i terytorialnych. Jeśli chce się być wojskową potęgą, to nie można przecież całego sprzętu kupować od Niemców i Amerykanów. Tak samo, jeśli chce się mieć jakieś roszczenia terytorialne, to trzeba być energetycznie niezależnym. Teoretycznie takie państwo rodem z marzeń wielu upeerystów mogłoby zostać bardzo szybko podbite i wchłonięte przez sąsiadów.
Komuniści i wiele odłamów skrajnej lewicy przeginają w jedną mańkę, czyli nacjonalizacja wszystkich środków produkcji. UPR poszedł w drugą stronę i osiągnął taki sam poziom futuryzmu i utopijności.
Akt drugi: obyczajowość i problemy społeczne
UPR wykazuje wiele elementów konserwatywnych w swoim programie jak na przykład totalny zakaz aborcji (niezależnie od przyczyn zajścia lub powikłań w trakcie ciąży), sprzeciw wobec eutanazji, możliwość posiadania broni palnej, kara śmierci za najcięższe przestępstwa. To są postulaty typowo konserwatywne obyczajowo. Swój konserwatyzm UPR bardzo mocno podkreśla, co widać chociażby po poglądach Janusza Korwin-Mikkego dotyczących kobiet. Ale w innych przypadkach propozycje zgłaszane przez UPR są skrajnie liberalne obyczajowo, widać to chociażby w tym przypadku:
Co więcej, nie patrzy się tutaj na to, jaka jest dynamika zmian ilości narkomanów po legalizacji i przed. Na przykład w Holandii ilość palących marihuanę nie spadła. Przyjrzyjmy się innemu przykładowi, a mianowicie Kalifornii. Tam też ta przysłowiowa trawka jest dozwolona i przy płatnej służbie zdrowia oraz braku obowiązku posiadania jakiegokolwiek ubezpieczenia narkomania się szerzy. Widać, że legalizacja tak naprawdę prowadzi tylko do tego, że ilość narkomanów rośnie. W takim wypadku pozostaje zatem wariant malajski - jak to od jakiegoś czasu określam, czyli kara śmierci albo dożywotniego pozbawienia wolności za posiadanie narkotyków. I nie ma tutaj rozróżnienia na to, czy są miękkie czy twarde, ten podział jest bardzo ogólnikowy. Wszystko zależy od indywidualnej pobudliwości uwarunkowanej genetycznie. To jest tak samo z alkoholem, jednego powali piwo, a innego nie ruszy pół litra wódki. Identyczny przykład stanowią narkotyki. Przynajmniej UPR jest konsekwentny pod tym względem, że nie opowiada się za legalizacją tylko i wyłącznie marihuany, grzybów halucynogennych czy LSD. Ale z drugiej strony ci ludzie zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że narkomania będzie się szerzyć w społeczeństwie, niezależnie od tego, jaki będzie preferowany model ekonomiczny - czy państwo opiekuńcze, czy liberalizm gospodarczy. Co więcej, ma to dużo wspólnego z zapowiedziami architektów nowego socjalistycznego świata o otępianiu społeczeństwa. Masami ogłupionymi przez narkotyki łatwiej jest następnie manipulować. Legalizację tychże zatem można porównywać z użyciem broni psychochemicznej.
UPR również, co zadziwiające wśród prawicy, popiera również prostytucję. Czy zdaje sobie przy tym ze wszystkich społecznych inklinacji takiego posunięcia? Jakoś tam, gdzie sutenerstwo jest legalne, rośnie ogólnie przestępczość, co potwierdza niechlubny casus Holandii. I to nie tylko seksualna. Poza tym, czy oni sobie wyobrażają, jaki to będzie miało wpływ na społeczeństwo, które oni rzekomo tak bardzo chcą konserwować? Przecież to rozłoży rodzinę, a potem zawali się cała społeczność. Nie bez znaczenia jest również możliwość roznoszenia się AIDS, a przez to spadek liczebności populacji. Poza tym z prostytucją związane są gałęzie czarnego rynku - między innymi podziemie aborcyjne. Jak taka kurtyzana zajdzie w ciąże, to znajdzie sposób, żeby się wyskrobać - albo zrobi to jakiś znajomy lekarz, albo użyte zostaną do tego przemycane przez feministki pigułki wczesnoporonne, albo leki, których ubocznym skutkiem może być poronienie. Poza tym na legalizacji prostytucji zarobią producenci środków antykoncepcyjnych wszelkiego typu, więc gdzie tu konserwatyzm. To jest najszybszy sposób, żeby zniszczyć konserwatywne społeczeństwo. Przecież konsekwencją prostytucji ergo wolnego seksu, jest łatwiejszy dostęp do antykoncepcji, a w finalnym efekcie legalizacja aborcji.
Wyżej wymienione obydwie propozycje UPR - zarówno legalizacja narkotyków jak i prostytucji - najprawdopodobniej nie doprowadzą do konserwowania się pewnych norm cywilizacyjnych, ale wytworzą raczej społeczność postmodernistycznych hedonistów jak z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Tam wyższe klasy jak chociażby Alfy zadowalały się narkotykami i seksem. Z tym więcej mają wspólnego upeerystowskie propozycje niźli z zoologiczną prawicowością. Poglądy UPR są w tej kwestii wewnętrznie sprzeczne. Podobne propozycje wysuwał nieświętej pamięci LiD, a prawicy nie wypada chyba zniżać się do takiego rynsztoka.
Dalej, skoro UPR mówi, że jest wręcz ultrakonserwatywny - takie określenia czasem padają, to dlaczego nie sprzeciwia się pornografii? Przecież we wszystkich krajach stwierdzono dodatnią korelację między łatwością dostępu do tego typu materiałów, a ilością przestępstw seksualnych. Pragmatycznym posunięcięm byłaby więc całkowita delegalizacja pornografii proponowana chociażby przez Prawicę Rzeczypospolitej. Ale cóż, Korwin może sobie na swoim blogu nazywać to moralną zgnilizną, ale sobie nic wielkiego z tego nie robi. To dlaczego nie proponuje, aby z tym walczyć? Dlaczego nie zauważa tego problemu?
Następna rzecz to podejście UPR do szkolnictwa. Zakłada, że szkoły winny być prywatne - tutaj zgoda, ale że program ma być układany przez nie. A zatem teoretycznie jakaś szkoła podstawowa mogłaby być kinem, gdzie puszczano by hard porno ze spożywaniem odchodów, biczowaniem, torturami... normalnie 120 dni Sodomy, a państwo nie miałoby nic do tego. To co to za konserwatyzm upeerowski, jak z koziej sempiterny trąbka w tym zakresie. Owszem, prywatyzacja szkolnictwa powinna nastąpić, ale państwo nie powinno całkowicie wypuszczać tej dziedziny z ręki. Programy nauczania, mimo wszystko, winny być układane centralnie. Czasem JKM mówi, że najlepsze szkoły to dysedukacyjne. Tutaj ma rację, do tego należy wrócić. A takie nie wiadomo co, że szkoły mogą sobie układać programy, jak sobie tylko zażyczą, to na dłuższą metę może doprowadzić do kompletnego zezwierzęcenia społeczeństwa, wziąwszy chociażby pod uwagę wymieniony wyżej casus.
W przypadku obyczajowo-społecznych problemów warto również zwrócić uwagę na ciekawe podejście partii prawdziwie prawicowej do armii. Otóż, zakłada ona, że wojsko ma być w pełni zawodowe. Ależ przepraszam bardzo... jak przyjrzymy się na historię to we wszystkich zdrowych państwach, czy to starożytny Rzym w okresie najlepszego rozwoju, czy to współczesna Szwajcaria, to przymusowy pobór do wojska był. Nawet w tak lewackim społeczeństwie jak niemieckie każdy mężczyzna musi rok po szkole odsłużyć w armii, bo inaczej nie znajdzie zatrudnienia. A tutaj taka propozycja! Chyba prawica powinna zwracać uwagę na to, że mężczyzna powinien nim być, tak samo z kobietami, a nie dawać takie dziwne propozycje, które prowadzą do tego, że samce Homo sapiens niewieścieją, a samice tego gatunku nabierają cech męskich. Zawodowa armia, owszem, ale tak z pół miliona, i to wojsk lądowych i marynarki, a poza tym poborowi.
Następna ciekawostka: UPR nie widzi kraju, z którym mógłby zawiązać sojusz w razie wygranej w wyborach parlamentarnych. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie ma takiego nawet w świecie alternatywnym typu Śródziemie Tolkiena. Psioczy za to - i bardzo słusznie - na Unię Europejską. Ale kraj typu Polska powinien myśleć o zawarciu jakiegoś strategicznego sojuszu, chociażby biorąc pod uwagę kalkulacje geopolityczne i wyciągając wnioski z tysiąca lat naszej historii. Póki co, nikt w UPR takich analiz nie przeprowadził.
A na zakończenie...
Unia Polityki Realnej miała szansę stać się jednym z normalniejszych ugrupowań w Polsce. Niestety - i to trzeba przyznać z przykrością sama nałożyła sobie pętelkę na szyję - popadając w sprzeczności (jak w przypadku kwestii obyczajowych) oraz gospodarczy futuryzm. Na własne życzenie uległa marginalizacji. Prowadząc nieudolną politykę kadrową, JKM pogrążył to ugrupowanie jeszcze bardziej. Od czasu do czasu psioczy, że pogrążenie UPR jest wynikiem spisku. Ale kto by się przyjmował taką partią, gdzie połowa to są utopiści i sami wielbiciele dwójki publicystów - konkretnie Korwina i Michalkiewicza. Gdyby UPR miał tak 20% poparcia, to wyliby, jaki to jest straszny. A tak, to co? Nie ma co się przejmować - myślą sobie pewnie, UPR jest traktowany podobnie jak NOP (z którym w 1997 roku razem startował w wyborach parlamentarnych), czyli jako plankton.
Wniosek może być przewrotny, ale po tylu upadkach i sięgnięcia dna UPR nie powinna wspierać leseferyzmu ekonomicznego, tylko winna zacząć czynić to w przypadku utopijnego socjalizmu...
Etykiety:
aborcja,
gospodarka,
konserwatywny liberalizm,
konserwatyzm,
Korwin-Mikke,
libertarianizm,
narkotyki,
oświata,
państwo,
pornografia,
prostytucja,
UPR
poniedziałek, 9 czerwca 2008
Jak lewactwo ogłupia społeczeństwo?
W poprzednim tekście trochę się rozpisałem na temat filozofii lewactwa i jej nowych wyrodków takich jak left-environmentalism czy racjonalizm-utylitaryzm a la Peter Singer. Nie ma co ukrywać, że lewicowość i totalitaryzm mają się do siebie jak części Re i Im w liczbach zespolonych. Ale coś oni muszą robić, aby społeczeństwo to wszystko kupiło i nie zauważyło, że jest nie tak. Ich cel jest taki, żebyśmy uwierzyli, iż ta klatka, w której nas zamykają, że to jest krynica wolności. Prawdę mówiąc, również 90% lewactwa nie wie, że to co popiera, to jest totalitaryzm. Gardłując z takimi Pandadą i Quasim można dojść do wniosku, że oni się uważają za obrońców wolności. To są według klasyfikacji Włodzimierza Iljicza pożyteczni idioci. 10% lewaków stanowią uświadomieni i ci doskonale wiedzą, po co pewne rzeczy są robione. Tutaj są dwie możliwości - albo to są cyniczni bandyci, złodzieje i oszuści chcący się zwyczajnie nachapać, albo planiści związani z lożami masońskimi. Dochodzimy do tego, że uświadomiona grupa lewactwa, jakiej zamarzyło się być nową szlachtą, dąży do ogłupiania społeczeństwa. Jak zatem oni tego dokonują?
Państwowe szkolnictwo zwykliśmy uważać za dobrodziejstwo. Już nie będę opisywać iluzoryczności tego, że jest bezpłatne, bo pieniądze na drzewach nie rosną przecież. Chodzi tutaj o co innego. Otóż, jeżeli szkoła jest przymusowa, to muszą zostać wysłane do niej wszystkie dzieci w danej grupie wiekowej. Na tym to się nie kończy. Układany jest program nauczania dla wszystkich. Może on zostać tak ułożony, aby móc kształtować przyszłe pokolenia, co więcej ideologizować je, wmawiać im fałszywe informacje odnośnie globalnego ocieplenia, normalności homoseksualizmu, początków komunizmu w Polsce, prawicowości nazizmu, wyższości socjalizmu nad kapitalizmem et cetera. W ten sposób hodowani są lewicowi pożyteczni idioci. Wszystko to w przyszłych celach poparcia dla odpowiednich rozwiązań społecznych i gospodarczych. Inne rzeczy związane ze szkolnictwem, to centralne egzaminy. To powoduje, że uczeń ma spełniać pewne warunki, zupełnie jak samochód zjeżdżający z taśmy produkcyjnej. Nie może umieć ani mniej, ani więcej niż przewidują pewne ustalenia, tylko idealnie tyle, co sobie pewni urzędnicy ustalili. Czemu to służy? A mianowicie dalszemu ogłupianiu społeczeństwa. W przypadku państwowej centralnie sterowanej szkółki mamy jeszcze następny paradoks uważany też powszechnie za dobrodziejstwo. Chodzi tutaj o to, że szkoły są koedukacyjne. Większość ludzi nie widzi w tym nic złego. A przecież, czy kiedyś, jak były dysedukacyjne, to czy ludzie mieli jakieś straszne problemy sercowe? Ba, tego wszystkiego było mniej niż obecnie. Szkoły koedukacyjne nie są żadnym dobrodziejstwem. Powodują stałe obniżanie się poziomu nauczania, osiągane są w nich gorsze wyniki niż gdyby się to działo w dysedukacyjnych placówkach oświatowych.
Reasumując, państwowe szkolnictwo jest narzędziem inżynierii społecznej. Jest ono tak sterowane, abyśmy kupili odpowiednie rozwiązania. Rozwiązania preferowane przez lewactwo prowadzą do obniżania poprzeczki jak chociażby występowanie szkół koedukacyjnych.
Jak jeszcze lewactwo może ogłupiać społeczeństwo? Mamy przecież do czynienia z pewną cenzurą. Przepraszam bardzo, a gdzie można dostać Zmierzch Zachodu niemieckiego historiozofa Oswalda Spenglera? Gdzie można przeczytać pisma Richarda Nikolausa grafa von Coudenhouve-Kalergi odnośnie powstania Unii Europejskiej, a w dalszej kolejności państwa obejmującego całą Eurazję (i komu to będzie służyć)? Czy można kupić sobie Mein Kampf? Niestety, lewactwo zabrania pewne rzeczy czytać. Ludzie mogliby przejrzeć na oczy i zdać sobie sprawę z istnienia klatki, w jakiej się znajdują. Zobaczyliby, że wciska im się popelinę, no i ktoś mógłby pojechać na furze z gnojem jak Jagienka w Chłopach. A tego lewactwo nie chce. Oni dążą, żeby za wszelką cenę trzymać się przy korycie. Lewactwo chce, aby ludzie pokochali swój stan, że są niewolnikami w nowym socjalistycznym świecie! I na tym się ich wszelkie wysiłki skupiają.
Na tym jednak techniki ogłupiania społeczeństwa się nie kończą. Czy nie wydaje się drogim Czytelnikom paradoksalne, że w krajach zachodniej Europy walczy się z tytoniem i nikotyną, a legalizuje się narkotyki? Co więcej, niektóre kraje, jak na przykład Finlandia, zapowiedziały, że do 2020 roku tytoń zostanie skryminalizowany. Czy to czymś na kilometr nie śmierdzi? Ależ oczywiście. W zachodniej Europie mamy przecież państwowy system opieki zdrowotnej, zasiłki... socjalizm pełną gębą. Jak więc się skończy legalizacja narkotyków, dojdzie rzecz jasna do wzrostu narkomanii. Oczywiście skoczą wszystkie obciążenia fiskalne, ale z punktu lewactwa bilans będzie korzystny, bo jakiś całkiem spory procent populacji będzie miał zaburzenia postrzegania rzeczywistości wywołane zażywaniem narkotyków. W efekcie jeszcze łatwiej będzie można przeforsować wiele zmian. Założę się, że z tytoniem nikt by nie walczył, jeżeli wywoływałby halucynacje, a przy częstym zażywaniu flash-backi. Główni planiści w partiach lewicowych jednak wiedzą, co robią. Legalizacja narkotyków w stanie socjalizmu to nic innego jak odurnianie ludzi drogą za pośrednictwem odpowiednich specyfików. W efekcie można się dalej posunąć z inżynierią społeczną, bo ludzie umiejętnie ogłupiani się na wszystko będą godzić.
Co dalej? Część eugeników cynicznie zauważała, że system selekcji ludności nie doprowadzi do udoskonalenia pojedynczych jednostek, ale jeszcze do ich większego odurnienia. Czy oni nie mieli czasem racji? Lewacy już popierają aborcję i eutanazję, do eugenicznych zapędów przyznają się na razie nieliczni. Możliwość dzieciobójstwa czy zamordowania gderliwego tetryka, to na razie jest tylko początek. To zapowiedź inżynierii społecznej, przy której to co wyprawiali faszyści w Niemczech czy socjaldemokraci w Szwecji do 1975 roku, to bajeczki dla grzecznych dzieci. W ten sposób oni doprowadzą do jeszcze większego ogłupienia ludzi. Marzenia lewactwa sięgają jednak znacznie dalej, żeby przejąć w ogóle kontrolę nad rozrodczością człowieka, a po pewnym czasie stworzyć uniwersalnego palanta, którym będzie można kierować jak się lewackim poganiaczom niewolników zechce.
Mamy tutaj stopniową gradację, zupełnie jak przy grze w domino. Najpierw odpowiednie kształtowanie za pośrednictwem szkolnictwa, czyli de facto nacjonalizacja umysłu. Potem dochodzą jeszcze inne metody. A wszystko się może skończyć na tym, że lewacy nas będą kształtować tak, jak ich chore umysły sobie zamarzą. Otępiała masa zaakceptuje wszystko... niestety.
I czy my na to wszystko pozwolimy?
Państwowe szkolnictwo zwykliśmy uważać za dobrodziejstwo. Już nie będę opisywać iluzoryczności tego, że jest bezpłatne, bo pieniądze na drzewach nie rosną przecież. Chodzi tutaj o co innego. Otóż, jeżeli szkoła jest przymusowa, to muszą zostać wysłane do niej wszystkie dzieci w danej grupie wiekowej. Na tym to się nie kończy. Układany jest program nauczania dla wszystkich. Może on zostać tak ułożony, aby móc kształtować przyszłe pokolenia, co więcej ideologizować je, wmawiać im fałszywe informacje odnośnie globalnego ocieplenia, normalności homoseksualizmu, początków komunizmu w Polsce, prawicowości nazizmu, wyższości socjalizmu nad kapitalizmem et cetera. W ten sposób hodowani są lewicowi pożyteczni idioci. Wszystko to w przyszłych celach poparcia dla odpowiednich rozwiązań społecznych i gospodarczych. Inne rzeczy związane ze szkolnictwem, to centralne egzaminy. To powoduje, że uczeń ma spełniać pewne warunki, zupełnie jak samochód zjeżdżający z taśmy produkcyjnej. Nie może umieć ani mniej, ani więcej niż przewidują pewne ustalenia, tylko idealnie tyle, co sobie pewni urzędnicy ustalili. Czemu to służy? A mianowicie dalszemu ogłupianiu społeczeństwa. W przypadku państwowej centralnie sterowanej szkółki mamy jeszcze następny paradoks uważany też powszechnie za dobrodziejstwo. Chodzi tutaj o to, że szkoły są koedukacyjne. Większość ludzi nie widzi w tym nic złego. A przecież, czy kiedyś, jak były dysedukacyjne, to czy ludzie mieli jakieś straszne problemy sercowe? Ba, tego wszystkiego było mniej niż obecnie. Szkoły koedukacyjne nie są żadnym dobrodziejstwem. Powodują stałe obniżanie się poziomu nauczania, osiągane są w nich gorsze wyniki niż gdyby się to działo w dysedukacyjnych placówkach oświatowych.
Reasumując, państwowe szkolnictwo jest narzędziem inżynierii społecznej. Jest ono tak sterowane, abyśmy kupili odpowiednie rozwiązania. Rozwiązania preferowane przez lewactwo prowadzą do obniżania poprzeczki jak chociażby występowanie szkół koedukacyjnych.
Jak jeszcze lewactwo może ogłupiać społeczeństwo? Mamy przecież do czynienia z pewną cenzurą. Przepraszam bardzo, a gdzie można dostać Zmierzch Zachodu niemieckiego historiozofa Oswalda Spenglera? Gdzie można przeczytać pisma Richarda Nikolausa grafa von Coudenhouve-Kalergi odnośnie powstania Unii Europejskiej, a w dalszej kolejności państwa obejmującego całą Eurazję (i komu to będzie służyć)? Czy można kupić sobie Mein Kampf? Niestety, lewactwo zabrania pewne rzeczy czytać. Ludzie mogliby przejrzeć na oczy i zdać sobie sprawę z istnienia klatki, w jakiej się znajdują. Zobaczyliby, że wciska im się popelinę, no i ktoś mógłby pojechać na furze z gnojem jak Jagienka w Chłopach. A tego lewactwo nie chce. Oni dążą, żeby za wszelką cenę trzymać się przy korycie. Lewactwo chce, aby ludzie pokochali swój stan, że są niewolnikami w nowym socjalistycznym świecie! I na tym się ich wszelkie wysiłki skupiają.
Na tym jednak techniki ogłupiania społeczeństwa się nie kończą. Czy nie wydaje się drogim Czytelnikom paradoksalne, że w krajach zachodniej Europy walczy się z tytoniem i nikotyną, a legalizuje się narkotyki? Co więcej, niektóre kraje, jak na przykład Finlandia, zapowiedziały, że do 2020 roku tytoń zostanie skryminalizowany. Czy to czymś na kilometr nie śmierdzi? Ależ oczywiście. W zachodniej Europie mamy przecież państwowy system opieki zdrowotnej, zasiłki... socjalizm pełną gębą. Jak więc się skończy legalizacja narkotyków, dojdzie rzecz jasna do wzrostu narkomanii. Oczywiście skoczą wszystkie obciążenia fiskalne, ale z punktu lewactwa bilans będzie korzystny, bo jakiś całkiem spory procent populacji będzie miał zaburzenia postrzegania rzeczywistości wywołane zażywaniem narkotyków. W efekcie jeszcze łatwiej będzie można przeforsować wiele zmian. Założę się, że z tytoniem nikt by nie walczył, jeżeli wywoływałby halucynacje, a przy częstym zażywaniu flash-backi. Główni planiści w partiach lewicowych jednak wiedzą, co robią. Legalizacja narkotyków w stanie socjalizmu to nic innego jak odurnianie ludzi drogą za pośrednictwem odpowiednich specyfików. W efekcie można się dalej posunąć z inżynierią społeczną, bo ludzie umiejętnie ogłupiani się na wszystko będą godzić.
Co dalej? Część eugeników cynicznie zauważała, że system selekcji ludności nie doprowadzi do udoskonalenia pojedynczych jednostek, ale jeszcze do ich większego odurnienia. Czy oni nie mieli czasem racji? Lewacy już popierają aborcję i eutanazję, do eugenicznych zapędów przyznają się na razie nieliczni. Możliwość dzieciobójstwa czy zamordowania gderliwego tetryka, to na razie jest tylko początek. To zapowiedź inżynierii społecznej, przy której to co wyprawiali faszyści w Niemczech czy socjaldemokraci w Szwecji do 1975 roku, to bajeczki dla grzecznych dzieci. W ten sposób oni doprowadzą do jeszcze większego ogłupienia ludzi. Marzenia lewactwa sięgają jednak znacznie dalej, żeby przejąć w ogóle kontrolę nad rozrodczością człowieka, a po pewnym czasie stworzyć uniwersalnego palanta, którym będzie można kierować jak się lewackim poganiaczom niewolników zechce.
Mamy tutaj stopniową gradację, zupełnie jak przy grze w domino. Najpierw odpowiednie kształtowanie za pośrednictwem szkolnictwa, czyli de facto nacjonalizacja umysłu. Potem dochodzą jeszcze inne metody. A wszystko się może skończyć na tym, że lewacy nas będą kształtować tak, jak ich chore umysły sobie zamarzą. Otępiała masa zaakceptuje wszystko... niestety.
I czy my na to wszystko pozwolimy?
poniedziałek, 19 maja 2008
Kwestia narkotyków
Analizując podejście lewicy i prawicy, można dotrzec dwa rozumienia słowa wolności. Ci pierwsi zakładają, że nie ma odpowiedzialności za swoje czyny. Jeżeli na przykład morderca zabije człowieka z premedytacją, to nie można go skazać na śmierć, należy go jeszcze pogłaskać po głowie i cieszyć się, że jak zabije jeszcze kilka osób, to zmniejszy się dewastacja środowiska i efekt cieplarniany. Tak samo można uprawiać seks do woli, z kim i z czym popadnie, a jak coś z tego wyjdzie, to się wyabortuje. Rodzina nie musi być odpowiedzialna za starca, bo przyjdą panowie ze smutnymi twarzami, no i ten wstrętny zgryźliwy tetryk zostanie poddany eutanazji. Tak samo różni socjaldemokraci, anarchiści i trockiści organizują marsze wyzwolenia konopii; oni chcą palić do woli, a potem jak wpadną w tarapaty być leczeni za pieniądze nas wszystkich. Lewica tak podchodzi do wolności. Prawica rozumuje to inaczej. Zakłada, że człowiek jest odpowiedzialny za swoje czyny i musi ponieść ich konsekwencje...
Przejdźmy jednak do meritum sprawy. Jak to jest, że narkotyki są nielegalne?
Powinniśmy na początku przyjrzeć się historii. Przez większą część historii narkotyki były legalne i żadna cywilizacja nie zaćpała się na śmierć. Swojego czasu nawet do niektórych marek piwa dodawano substancje psychoaktywne - jak wyciąg z nasion lulka do pilsnera. Narkomania zawsze była marginesem ograniczonym do kilku bogatych degeneratów. Takim przykładem był chociażby Teofil Różyc w powieści Orzeszkowej Nad Niemnem; był on morfinistą. Kiedy zaczęła się prohibicja? Pewne początki były już pod koniec XIX w. W 1875 roku w Stanach Zjednoczonych zdelegalizowano opium i zamknięto tegoż palarnie. Wywołane to było raczej niechęcią do chińskich kulisów niż jakimkolwiek wzrostem narkomanii. Niedługo potem zakazano całkowicie ich imigracji.
Ciekawa historia jest związana z kryminalizacją marihuany. Kiedyś konopia była wykorzystywana jako surowiec energetyczny, do produkcji papieru, części leków oraz tkanin. Komu więc zależało, aby nią zdelegalizować? Na początku dwudziestego wieku niejaki Wiliam Randolph Hearst chciał wytwarzać papier z pulpy drzewnej. Proces był kilkadziesiąt razy mniej wydolny niźli by to robić z konopii - tak policzył to przynajmniej Departament Rolnictwa. Zresztą łatwo sobie policzyć, jeżeli z jednego akra konopii można otrzymać tyle papieru, co z czterech akrów lasu, konopię można wysiać sobie corocznie, a drzewo na przerób na papier nadaje się conajmniej po 15 latach, to wychodzi na to, że produkcja papieru z konopii jest 60 razy bardziej wydajna niż z drewna. Do tego dochodzą jeszcze koszty użycia odczynników oraz mniejsze zanieczyszczenie środowiska. Hearst wiedział, że musi doprowadzić do ograniczenia upraw konopii. W tym celu dogadał się z późniejszym szefem Departamentu Skarbu, niejakim Harrym Anslingerem. Ów zaczął publikować w gazetach (których Hearst był właścicielem!) różne doniesienia na temat tego, jak konopia zamienia ludzi w bestie w ciągu miesiąca. Wiązał z tym strzelaniny i napady, które przecież w epoce prohibicji były na porządku dziennym. Do walki z konopią przyłączył się koncern Du Pont. Ten w połowie lat trzydziestych miał ambitny plan ubrania wszystkich ludzi na świecie w ubrania wykonane z poliestrów i nylonu. Tym produkcja tkanin z konopii stała również na przeszkodzie. W efekcie utworzono Marihuana Tax Act w 1937 roku. Nakładała ona na plantatorów podatek w wysokości 1100 dolarów (na owe czasy astronomiczny). Spowodowało to, że od tego roku praktycznie nielegalne jest uprawianie konopii na terenie Stanów Zjednoczonych.
Narkotyki postrzegane jako twarde czyli kokaina, heroina, amfetamina zostały stopniowe zdelegalizowane w okresie od lat trzydziestych do pięćdziesiątych. LSD spotkał ten los w końcu lat sześćdziesiątych. Wynalezione zostało jako środek psychotropowy przez szwajcarskiego chemika organika pracującego dla koncernu Sandoz (obecnie Novartis), Alberta Hoffmanna. Część psychiatrów i psychopatologów wykorzystywało je w swoich badaniach (jak chociażby Stalinislav Grof, jeden z późniejszych najbardziej zaciekłych przeciwników kryminalizacji kwasu) Potem okazało się, że przynosi ono więcej szkód niż pożytku, no i doszło do kryminalizacji.
Jakie są najczęstsze przyczyny delegalizacji określonych substancji? Często mówi się o ich szkodliwości. Ale przyjrzyjmy się. Wiele z tego, co jemy, to też jest szkodliwe, jak chociażby słodycze. Na razie nikt nie chce delegalizować czekolady, ale kto wie. Taki scenariusz jest całkiem prawdopodobny. Poza tym na receptę można dostać środki typu prozac (fluoksetyna) czy xanax (triazolowa pochodna benzo-1,4-diapeminy). Są one mocno uzależniające, a jakoś można je dostać. Część leków psychotropowych zawierających lit też da się dostać, jeżeli posiada się receptę od neurologa bądź psychiatry, a są one w zasadzie twardymi narkotykami.
Inna rzecz to monopolizacja rynku umożliwiona poprzez poważne utrudnienia w teorii, a w praktyce delegalizację konopii. Po prostu pewni oligarchowie chcieli produkować papier z pulpy drzewnej oraz ubrania z polimerów, no i wymusili odpowiednie akty prawne.
Po trzecie prohibicja. W 1919 roku Kongres wprowadził poprawkę zakazującą spożycia alkoholu. Ilość barów i nocnych klubów w samym Nowym Jorku wzrosła wtedy czterokrotnie. Niektórzy ludzie zrobili wtedy gigantyczne fortuny, jak chociażby rodzina Kennedych. Zarobiły na tym włoskie i irlandzkie rodziny mafijne, którym - co ciekawe - późniejsza delegalizacja narkotyków umożliwiła przetrwanie. A pijaństwo jakoś się nie zmniejszyło.
Teraz pozostaje pytanie, w jakiej sytuacji można zalegalizować narkotyki. W obecnym stanie rzeczy jest to po prostu nie możliwe. I niech sobie to różne odłamy lewactwa wybiją z głowy. Aby narkotyki mogły być legalne, należałoby w całości sprywatyzować służbę zdrowia, to samo zrobić w przypadku ubezpieczeń, jak również wprowadzić ich dobrowolność. Do tego jeszcze korzystne byłoby zniesienie państwowej opieki społecznej i zastąpienie jej systemem fundacji. Gdyby zalegalizować narkotyki w obecnej sytuacji, to narkomania by tylko rosła. Dlaczego? Otóż, za pobyt narkomana na detoksie i na odwyku, nie płaci on, tylko my wszyscy. Ma on zatem przyzwolenie na ćpanie. W efekcie większa część ludzi zaczęłaby dawać sobie po kablach albo popalać. Wzrosłyby koszty leczenia tychże. W efekcie wszystkim nam poszłoby po kieszeniach, ponieważ wzrosłyby składki zdrowotne, być może wprowadzono by jakiś podatek albo jeszcze inny taks podniesiono. Gdzieś musiałyby się znaleźć pieniądze na leczenie zwiększającej się rzeszy narkomanów oraz na programy ich aktywizacji. Pewnie niektóre urzędy zajmujące się narkomanią żądałyby więcej pieniędzy, tak więc wzrost obciążeń fiskalnych byłby nieunikniony. W efekcie ci narkomani byliby uprzywilejowani. Nic dziwnego, że taka Holandia, gdzie jest państwowa służba zdrowia, zasiłki et consortes wycofuje się z tego. Natomiast w systemie, kiedy narkoman musiałby płacić za swoje leczenie, najpewniej zażywając dragi skazałby się sam na śmierć. Skutek byłby taki, że ci, co mieliby się zaćpać, to by to zrobili, część by jeszcze wymarła z głodu oraz na AIDS, a sama narkomania zostałaby ograniczona do poziomu sprzed kilku stuleci.
Jakie jeszcze należałoby zastosować rozwiązania prawne. Przydałby się zakaz ich reklamowania. Chyba nikt nie chciałby zobaczyć w przerwie filmu reklamy dietyloamidu kwasu lizergowego, znanego pod szerszą nazwą LSD. (Powstaje tutaj kwestia, czy nie należałoby w ogóle zakazać reklamowania wszelkich używek). Zwiększyć należałoby kary za sprzedaż nieletnim środków psychoaktywnych, w przypadku twardych narkotyków z karą śmierci włącznie. Za przestępstwa popełniane pod wpływem narkotyków należałoby karać tak samo jak w stanie pełnej poczytalności. Exemplum: jeżeli ktoś, kto jest pod wpływem narkotyków, zabije z AK47 na ulicy dziesięć osób, a dopuszczalna jest kara główna, powinien ją otrzymać. Nie powinno być żadnej taryfy ulgowej, jak to chce nam wmówić lewactwo. Ostatnio bredzenie tego typu ukazało się w Traktacie ateologicznym Onfraya. Były już wysuwane argumenty, czy rak mózgu czy spożywanie dużej ilości junk food, mogą być okolicznością łagodzącą na przykład w przypadku pedofilii (przypadek omawiany w wyżej przytoczonej przeze mnie lekturze) oraz morderstwa. Nic z tego... dany osobnik mógł zacząć się leczyć, zanim doszło do aż tak poważnych zaburzeń osobowości czy pomyśleć dwa razy, zanim chwycił za pistolet. To tak jakbyśmy usprawiedliwiali Hitlera czy Stalina tym, że ich ojcowie tłukli w dzieciństwie. Tak samo jest w przypadku narkotyków. Można decydować o tym, czy się bierze dane substancje psychoaktywne, a z tego wynika, że należy ponieść wszelkie konsekwencje ich zażycia.
Prawica - jeżeli mówi o narkotykach w ogóle - uważa, że człowiek powinien ponieść konsekwencje swoich czynów w pełni. Lewica, jeżeli o nich mówi, to celem zdobycia większej ilości głosów. Nie tak dawno temu Donald Tusk przyznał się, że palił trawę. Moim zdaniem to jest nic innego jak lewacki populizm potwierdzający regułę. W tym wypadku chodzi o przyciągnięcie głosów młodzieży. I o nic więcej.
Wychodzi też tutaj kwintesencja lewactwa. Zdejmowania z ludzi odpowiedzialność za ich czyny, co - jak zwykle - prowadzi do kataklizmów.
Przejdźmy jednak do meritum sprawy. Jak to jest, że narkotyki są nielegalne?
Powinniśmy na początku przyjrzeć się historii. Przez większą część historii narkotyki były legalne i żadna cywilizacja nie zaćpała się na śmierć. Swojego czasu nawet do niektórych marek piwa dodawano substancje psychoaktywne - jak wyciąg z nasion lulka do pilsnera. Narkomania zawsze była marginesem ograniczonym do kilku bogatych degeneratów. Takim przykładem był chociażby Teofil Różyc w powieści Orzeszkowej Nad Niemnem; był on morfinistą. Kiedy zaczęła się prohibicja? Pewne początki były już pod koniec XIX w. W 1875 roku w Stanach Zjednoczonych zdelegalizowano opium i zamknięto tegoż palarnie. Wywołane to było raczej niechęcią do chińskich kulisów niż jakimkolwiek wzrostem narkomanii. Niedługo potem zakazano całkowicie ich imigracji.
Ciekawa historia jest związana z kryminalizacją marihuany. Kiedyś konopia była wykorzystywana jako surowiec energetyczny, do produkcji papieru, części leków oraz tkanin. Komu więc zależało, aby nią zdelegalizować? Na początku dwudziestego wieku niejaki Wiliam Randolph Hearst chciał wytwarzać papier z pulpy drzewnej. Proces był kilkadziesiąt razy mniej wydolny niźli by to robić z konopii - tak policzył to przynajmniej Departament Rolnictwa. Zresztą łatwo sobie policzyć, jeżeli z jednego akra konopii można otrzymać tyle papieru, co z czterech akrów lasu, konopię można wysiać sobie corocznie, a drzewo na przerób na papier nadaje się conajmniej po 15 latach, to wychodzi na to, że produkcja papieru z konopii jest 60 razy bardziej wydajna niż z drewna. Do tego dochodzą jeszcze koszty użycia odczynników oraz mniejsze zanieczyszczenie środowiska. Hearst wiedział, że musi doprowadzić do ograniczenia upraw konopii. W tym celu dogadał się z późniejszym szefem Departamentu Skarbu, niejakim Harrym Anslingerem. Ów zaczął publikować w gazetach (których Hearst był właścicielem!) różne doniesienia na temat tego, jak konopia zamienia ludzi w bestie w ciągu miesiąca. Wiązał z tym strzelaniny i napady, które przecież w epoce prohibicji były na porządku dziennym. Do walki z konopią przyłączył się koncern Du Pont. Ten w połowie lat trzydziestych miał ambitny plan ubrania wszystkich ludzi na świecie w ubrania wykonane z poliestrów i nylonu. Tym produkcja tkanin z konopii stała również na przeszkodzie. W efekcie utworzono Marihuana Tax Act w 1937 roku. Nakładała ona na plantatorów podatek w wysokości 1100 dolarów (na owe czasy astronomiczny). Spowodowało to, że od tego roku praktycznie nielegalne jest uprawianie konopii na terenie Stanów Zjednoczonych.
Narkotyki postrzegane jako twarde czyli kokaina, heroina, amfetamina zostały stopniowe zdelegalizowane w okresie od lat trzydziestych do pięćdziesiątych. LSD spotkał ten los w końcu lat sześćdziesiątych. Wynalezione zostało jako środek psychotropowy przez szwajcarskiego chemika organika pracującego dla koncernu Sandoz (obecnie Novartis), Alberta Hoffmanna. Część psychiatrów i psychopatologów wykorzystywało je w swoich badaniach (jak chociażby Stalinislav Grof, jeden z późniejszych najbardziej zaciekłych przeciwników kryminalizacji kwasu) Potem okazało się, że przynosi ono więcej szkód niż pożytku, no i doszło do kryminalizacji.
Jakie są najczęstsze przyczyny delegalizacji określonych substancji? Często mówi się o ich szkodliwości. Ale przyjrzyjmy się. Wiele z tego, co jemy, to też jest szkodliwe, jak chociażby słodycze. Na razie nikt nie chce delegalizować czekolady, ale kto wie. Taki scenariusz jest całkiem prawdopodobny. Poza tym na receptę można dostać środki typu prozac (fluoksetyna) czy xanax (triazolowa pochodna benzo-1,4-diapeminy). Są one mocno uzależniające, a jakoś można je dostać. Część leków psychotropowych zawierających lit też da się dostać, jeżeli posiada się receptę od neurologa bądź psychiatry, a są one w zasadzie twardymi narkotykami.
Inna rzecz to monopolizacja rynku umożliwiona poprzez poważne utrudnienia w teorii, a w praktyce delegalizację konopii. Po prostu pewni oligarchowie chcieli produkować papier z pulpy drzewnej oraz ubrania z polimerów, no i wymusili odpowiednie akty prawne.
Po trzecie prohibicja. W 1919 roku Kongres wprowadził poprawkę zakazującą spożycia alkoholu. Ilość barów i nocnych klubów w samym Nowym Jorku wzrosła wtedy czterokrotnie. Niektórzy ludzie zrobili wtedy gigantyczne fortuny, jak chociażby rodzina Kennedych. Zarobiły na tym włoskie i irlandzkie rodziny mafijne, którym - co ciekawe - późniejsza delegalizacja narkotyków umożliwiła przetrwanie. A pijaństwo jakoś się nie zmniejszyło.
Teraz pozostaje pytanie, w jakiej sytuacji można zalegalizować narkotyki. W obecnym stanie rzeczy jest to po prostu nie możliwe. I niech sobie to różne odłamy lewactwa wybiją z głowy. Aby narkotyki mogły być legalne, należałoby w całości sprywatyzować służbę zdrowia, to samo zrobić w przypadku ubezpieczeń, jak również wprowadzić ich dobrowolność. Do tego jeszcze korzystne byłoby zniesienie państwowej opieki społecznej i zastąpienie jej systemem fundacji. Gdyby zalegalizować narkotyki w obecnej sytuacji, to narkomania by tylko rosła. Dlaczego? Otóż, za pobyt narkomana na detoksie i na odwyku, nie płaci on, tylko my wszyscy. Ma on zatem przyzwolenie na ćpanie. W efekcie większa część ludzi zaczęłaby dawać sobie po kablach albo popalać. Wzrosłyby koszty leczenia tychże. W efekcie wszystkim nam poszłoby po kieszeniach, ponieważ wzrosłyby składki zdrowotne, być może wprowadzono by jakiś podatek albo jeszcze inny taks podniesiono. Gdzieś musiałyby się znaleźć pieniądze na leczenie zwiększającej się rzeszy narkomanów oraz na programy ich aktywizacji. Pewnie niektóre urzędy zajmujące się narkomanią żądałyby więcej pieniędzy, tak więc wzrost obciążeń fiskalnych byłby nieunikniony. W efekcie ci narkomani byliby uprzywilejowani. Nic dziwnego, że taka Holandia, gdzie jest państwowa służba zdrowia, zasiłki et consortes wycofuje się z tego. Natomiast w systemie, kiedy narkoman musiałby płacić za swoje leczenie, najpewniej zażywając dragi skazałby się sam na śmierć. Skutek byłby taki, że ci, co mieliby się zaćpać, to by to zrobili, część by jeszcze wymarła z głodu oraz na AIDS, a sama narkomania zostałaby ograniczona do poziomu sprzed kilku stuleci.
Jakie jeszcze należałoby zastosować rozwiązania prawne. Przydałby się zakaz ich reklamowania. Chyba nikt nie chciałby zobaczyć w przerwie filmu reklamy dietyloamidu kwasu lizergowego, znanego pod szerszą nazwą LSD. (Powstaje tutaj kwestia, czy nie należałoby w ogóle zakazać reklamowania wszelkich używek). Zwiększyć należałoby kary za sprzedaż nieletnim środków psychoaktywnych, w przypadku twardych narkotyków z karą śmierci włącznie. Za przestępstwa popełniane pod wpływem narkotyków należałoby karać tak samo jak w stanie pełnej poczytalności. Exemplum: jeżeli ktoś, kto jest pod wpływem narkotyków, zabije z AK47 na ulicy dziesięć osób, a dopuszczalna jest kara główna, powinien ją otrzymać. Nie powinno być żadnej taryfy ulgowej, jak to chce nam wmówić lewactwo. Ostatnio bredzenie tego typu ukazało się w Traktacie ateologicznym Onfraya. Były już wysuwane argumenty, czy rak mózgu czy spożywanie dużej ilości junk food, mogą być okolicznością łagodzącą na przykład w przypadku pedofilii (przypadek omawiany w wyżej przytoczonej przeze mnie lekturze) oraz morderstwa. Nic z tego... dany osobnik mógł zacząć się leczyć, zanim doszło do aż tak poważnych zaburzeń osobowości czy pomyśleć dwa razy, zanim chwycił za pistolet. To tak jakbyśmy usprawiedliwiali Hitlera czy Stalina tym, że ich ojcowie tłukli w dzieciństwie. Tak samo jest w przypadku narkotyków. Można decydować o tym, czy się bierze dane substancje psychoaktywne, a z tego wynika, że należy ponieść wszelkie konsekwencje ich zażycia.
Prawica - jeżeli mówi o narkotykach w ogóle - uważa, że człowiek powinien ponieść konsekwencje swoich czynów w pełni. Lewica, jeżeli o nich mówi, to celem zdobycia większej ilości głosów. Nie tak dawno temu Donald Tusk przyznał się, że palił trawę. Moim zdaniem to jest nic innego jak lewacki populizm potwierdzający regułę. W tym wypadku chodzi o przyciągnięcie głosów młodzieży. I o nic więcej.
Wychodzi też tutaj kwintesencja lewactwa. Zdejmowania z ludzi odpowiedzialność za ich czyny, co - jak zwykle - prowadzi do kataklizmów.
Etykiety:
konserwatywny liberalizm,
lewactwo,
narkotyki,
prawica
sobota, 17 maja 2008
O wolności słowa
W konstytucji Najjaśniejszej Rzeczypospolitej mamy zapis o wolności słowa. Zakłada on, że możemy gadać, co nam się żywnie podoba oraz wierzyć we wszelkie głupoty, jakie sobie uroimy. Nikt nam nie może zatem bronić wiary chociażby w to, że Ziemia jest płaska i w geocentryczną teorię Ptolemeusza. Ale niedługo potem widoczny jest tam inny zapis. Otóż, nie można być wyznawcą ideologii rasistowskich i totalitarnych - wymienione są tam nazizm, faszyzm, komunizm. Abstrahując już od samej konstytucji, w zasadzie można mieć wielkie kłopoty za wypowiadanie się o pewnych grupach etnicznych oraz innych orientacjach seksualnych. Może się to skończyć grzywną albo nawet karą więzienia. Pozostaje się zapytać, jak to jest z tą wolnością słowa? Czy to nie jest fikcja?
Obecnie można zaobserwować przeginanie w jedną stronę. Znaczy się wolność słowa jest, ale tylko dla wybranych. Amerykański filozof Peter Singer może pisać, że prawa przysługujące ludziom powinny otrzymać małpy człekokształtne oraz walenie, jak również że ludzki noworodek z punktu widzenia racjonalizmu-utylitaryzmu wart jest mniej niż dorosła świnia. Ów myśliciel może tak samo wyzywać ludzi starszych i upośledzonych od bezwartościowych odpadów. Tu mamy przegięcie w jedną stronę, a mianowicie próba zrównania statusu prawnego człowieka i pewnych zwierząt. To może się ukazać i nawet część przedstawicieli Oświeconych dostaje orgazmu na myśl o chociażby Wyzwoleniu zwierząt. To ja się w takim razie pytam: skoro może ukazać się książka zakładająca, że osobnik szympansa czy też delfina ma mieć takie prawa jak osoba ludzka, to dlaczego nie można wydać książki, w której zakładano by wyższość pewnych ras nad drugimi? Przecież obecna sytuacja jest absurdalna. Można dowodzić, że ludzie i pewne zwierzęta mają mieć takie same prawa - i to się ukaże. To dlaczego nie jest możliwe wydanie książki, w której będzie napisane, że jedne rasy stoją wyżej niż inne i że to powinno znaleźć odzwierciedlenie w prawie? Po prostu nie pasuje to lewackiemu mainstreamowi.
Przeginanie w jedną mańkę można też zaobserwować na innym przykładzie. Nie tak dawno temu ukazał się jawnie antypolski Strach. Gross ma prawo na forum publicznym atakować naród polski. To dlaczego jakiś polski ultranacjonalista nie może napisać i wydać czegoś, co jest antysemickie? Skoro dopuszczany jest antypolonizm, to dlaczego ostatecznym złem ma być antysemityzm? Poza tym to całe kłamstwo oświęcimskie. Jakoś neguje się mordy o wiele większe, jak chociażby głód na Ukrainie (zaniżając znacznie liczbę ofiar), ze 100 milionów ofiar Stalina robi się ich raptem 5-20 milionów... w takim razie, dlaczego nie można zanegować Holocaustu albo stwierdzić, że zginęło w nim mniej ludzi niż w rzeczywistości. Jak to jest? Czy oznacza to, że pewne grupy etniczne są bardziej uprzywilejowane niż inne? Widziałem swojego czasu też taką książkę Wiek żydostwa. Napisana z pozycji żydowskiego szowinizmu, z której wynikało, że gdyby nie oni, to nawet do kina nie mielibyśmy na co pójść. O dziwo, gdyby to samo napisał przedstawiciel środowisk narodowych albo konserwatywnych, to najpewniej by to się nigdzie nie ukazało. Po prostu coś takiego nie ujrzałoby światła dziennego. Najnormalniej w świecie.
Inna rzecz. Wolność słowa dotyczy o dziwo komunistów. Jakoś działają takie różne ustrojstwa jak Lewica Bez Cenzury czy Nurt Lewicy Rewolucyjnej. Taki Che Guevarra czy Lenin to jacyś świeccy święci. Tak samo może sobie działać taka formacja Nowa Lewica, która jawnie przyznaje się do bolszewizmu. Z kolei nazizm i faszyzm są na cenzurowanym. Nigdzie nie można dostać Mein Kampf, bo to lektura rasistowska. To jak to jest, można wydawać książkę, w której pisze się o zamiarze odgłowienia społeczeństwa poprzez wymordowanie jego elit, a nie można wydać książkę, gdzie te zamiary wysuwane są wobec poszczególnych grup etnicznych. Skoro komunizm jest dopuszczalny, to dlaczego nie uznać za taki nazizm? Jak to w końcu jest? Są lepsi i gorsi totalitaryści? Przecież to wszystko gałęzie wyrastające z jednego pnia, więc dlaczego ma być inaczej traktowane. Tego nie rozumie tylko lewactwo, ostatnio mocno zainteresowane udowadnianiem wielkiego humanizmu Józefa Wissarionowicza Stalina. Przy okazji ujawnia się dwulicowość laickiej lewicy. Tak więc, czy nie powinno dokonać się depenalizacji ideologii totalitarnych? Weźmy pod uwagę, że jakoś w USA działa nawet cała neonazistowska partia NSOA, która wystawiała nawet kandydata na prezydenta - niejakiego Johna Bowlesa. Stosując bezwzględne kryteria, komunizm okazał się znacznie bardziej zbrodniczy niż nazizm, a mimo to uważany jest za dobry. Tak więc pobłażliwość dla komunizmu przy jednoczesnym tępieniu nazizmu jest co najmniej hipokryzją.
No cóż, wychodzi na to, że wolność słowa to kolejna fikcja wciskana nam przez różnych postępowców. Okazuje się również, że wolno mówić to, co ubzdali sobie urzędnicy. W efekcie wolności słowa może być, ale po słowie - niekoniecznie.
Obecnie można zaobserwować przeginanie w jedną stronę. Znaczy się wolność słowa jest, ale tylko dla wybranych. Amerykański filozof Peter Singer może pisać, że prawa przysługujące ludziom powinny otrzymać małpy człekokształtne oraz walenie, jak również że ludzki noworodek z punktu widzenia racjonalizmu-utylitaryzmu wart jest mniej niż dorosła świnia. Ów myśliciel może tak samo wyzywać ludzi starszych i upośledzonych od bezwartościowych odpadów. Tu mamy przegięcie w jedną stronę, a mianowicie próba zrównania statusu prawnego człowieka i pewnych zwierząt. To może się ukazać i nawet część przedstawicieli Oświeconych dostaje orgazmu na myśl o chociażby Wyzwoleniu zwierząt. To ja się w takim razie pytam: skoro może ukazać się książka zakładająca, że osobnik szympansa czy też delfina ma mieć takie prawa jak osoba ludzka, to dlaczego nie można wydać książki, w której zakładano by wyższość pewnych ras nad drugimi? Przecież obecna sytuacja jest absurdalna. Można dowodzić, że ludzie i pewne zwierzęta mają mieć takie same prawa - i to się ukaże. To dlaczego nie jest możliwe wydanie książki, w której będzie napisane, że jedne rasy stoją wyżej niż inne i że to powinno znaleźć odzwierciedlenie w prawie? Po prostu nie pasuje to lewackiemu mainstreamowi.
Przeginanie w jedną mańkę można też zaobserwować na innym przykładzie. Nie tak dawno temu ukazał się jawnie antypolski Strach. Gross ma prawo na forum publicznym atakować naród polski. To dlaczego jakiś polski ultranacjonalista nie może napisać i wydać czegoś, co jest antysemickie? Skoro dopuszczany jest antypolonizm, to dlaczego ostatecznym złem ma być antysemityzm? Poza tym to całe kłamstwo oświęcimskie. Jakoś neguje się mordy o wiele większe, jak chociażby głód na Ukrainie (zaniżając znacznie liczbę ofiar), ze 100 milionów ofiar Stalina robi się ich raptem 5-20 milionów... w takim razie, dlaczego nie można zanegować Holocaustu albo stwierdzić, że zginęło w nim mniej ludzi niż w rzeczywistości. Jak to jest? Czy oznacza to, że pewne grupy etniczne są bardziej uprzywilejowane niż inne? Widziałem swojego czasu też taką książkę Wiek żydostwa. Napisana z pozycji żydowskiego szowinizmu, z której wynikało, że gdyby nie oni, to nawet do kina nie mielibyśmy na co pójść. O dziwo, gdyby to samo napisał przedstawiciel środowisk narodowych albo konserwatywnych, to najpewniej by to się nigdzie nie ukazało. Po prostu coś takiego nie ujrzałoby światła dziennego. Najnormalniej w świecie.
Inna rzecz. Wolność słowa dotyczy o dziwo komunistów. Jakoś działają takie różne ustrojstwa jak Lewica Bez Cenzury czy Nurt Lewicy Rewolucyjnej. Taki Che Guevarra czy Lenin to jacyś świeccy święci. Tak samo może sobie działać taka formacja Nowa Lewica, która jawnie przyznaje się do bolszewizmu. Z kolei nazizm i faszyzm są na cenzurowanym. Nigdzie nie można dostać Mein Kampf, bo to lektura rasistowska. To jak to jest, można wydawać książkę, w której pisze się o zamiarze odgłowienia społeczeństwa poprzez wymordowanie jego elit, a nie można wydać książkę, gdzie te zamiary wysuwane są wobec poszczególnych grup etnicznych. Skoro komunizm jest dopuszczalny, to dlaczego nie uznać za taki nazizm? Jak to w końcu jest? Są lepsi i gorsi totalitaryści? Przecież to wszystko gałęzie wyrastające z jednego pnia, więc dlaczego ma być inaczej traktowane. Tego nie rozumie tylko lewactwo, ostatnio mocno zainteresowane udowadnianiem wielkiego humanizmu Józefa Wissarionowicza Stalina. Przy okazji ujawnia się dwulicowość laickiej lewicy. Tak więc, czy nie powinno dokonać się depenalizacji ideologii totalitarnych? Weźmy pod uwagę, że jakoś w USA działa nawet cała neonazistowska partia NSOA, która wystawiała nawet kandydata na prezydenta - niejakiego Johna Bowlesa. Stosując bezwzględne kryteria, komunizm okazał się znacznie bardziej zbrodniczy niż nazizm, a mimo to uważany jest za dobry. Tak więc pobłażliwość dla komunizmu przy jednoczesnym tępieniu nazizmu jest co najmniej hipokryzją.
No cóż, wychodzi na to, że wolność słowa to kolejna fikcja wciskana nam przez różnych postępowców. Okazuje się również, że wolno mówić to, co ubzdali sobie urzędnicy. W efekcie wolności słowa może być, ale po słowie - niekoniecznie.
Etykiety:
konserwatywny liberalizm,
konserwatyzm,
lewactwo,
prawica,
wolność słowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)