Pamiętam te chwile doskonale do tej pory. Publiczna telewizja zorganizowała Bizancjum, jakie normalnie odbywa się przy okazji Sylwestra. Odliczano sekundy. No i stało się. Weszliśmy do Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Kiedyś była Moskwa, teraz mieliśmy mieć Brukselę. Rok wcześniej ludzie otępiani medialnym przekazem zagłosowali za tym, żeby anihilować niepodległy byt Rzeczypospolitej Polski i podporządkować jej los humorom Niemców i Francuzów. Nikt im nie powiedział, że ZSRE to ingerencja w kwestie wewnętrzne państwa we wszystkich kwestiach - od kształtu ogórka po "a u was pedałów biją". Nie wspominano również o centralistycznym i skrajnie socjalistycznym charakterze tej organizacji, o połajankach jak za Breżniewa o braku postępów w budowie jedynego właściwego systemu. Teraz ludzie twierdzą, że im w UE (pozwolę sobie chwilowo tak nazwać ten neontologiczny ZSRR) dobrze. Mogą sobie jeździć za granicę, nie ma jakiś dziwnych przepisów wjazdowych. Ogórki, banany, rtęciowe termometry, głosy o podatkowym dumpingu już nikogo nie przejmują.
Teraz zastanówmy się. A po co nam to wszystko było? Śmiem twierdzić, że wynikało to raczej z umysłowości naszych polityków. Nie mogli oni za długo wytrzymać bez prowadzania na smyczy. Wcześniej jeździli do ojczyzny wszystkich partyjniaków (według Moczara), teraz homines sovietici musieli znaleźć sobie jej ekwiwalent. Nie przywykli do tego, żeby państwo było samodzielnym podmiotem polityki. Dla nich może ono być co najwyżej jakimś satelitą siedzącym grzecznie pod butem kogoś większego i nie wychylającym się za bardzo. Nam wmówiono nieprawdopodobne korzyści wynikające z UE. I nic dziwnego - teraz wielu z nas myśli, że bez dotacji zejdziemy do epoki kamienia łupanego. Ergo, umrzemy z głodu w Priwislanskim Kraju. Imaginacja tych wszystkich korzyści to efekt myślenia życzeniowego. Ludzie nie mający odpowiedniej wiedzy dali sobie, mówiąc kolokwialnie, wcisnąć popelinę. Zadziałały prawidła demokracji - kto tam się przejmuje rozsądkiem, jeżeli liczy się głupia większość - no i wstąpiliśmy do tego trockistowskiego molocha.
A dlaczego UE nam nic nie daje? Przede wszystkim to bizantyńska biurokracja. Urzędnicy tamtejsi mają totalitarną obsesję regulowania każdej błahostki. Nawet Hitler czy Stalin nie mówili, jak ma wyglądać ogórek. Nikt też nie mówił, że socjalistyczne, ociężałe molochy pokroju Niemiec czy Francji wymyślą idiom o nazwie "podatkowy dumping". Przez to musimy mieć odpowiedni VAT, właściwe akcyzy, ponieważ neokomunistyczna tłuszcza z Brukseli się na nas obrazi. Ktoś powie, że dzięki UE można sobie jeździć po całym kontynencie. Norwedzy czy Szwajcarzy też mogą, a ich państwa mają UE w bardzo głęboko w rzyci. Żeby przynależeć do strefy Schoengen nie trzeba być w ZSRE. Inna sprawa, oni bez przerwy się obrażają na nas, że mamy niewłaściwą, ciemnogrodzką obyczajowość. Dostajemy połajanki od różnych dziwnych instytucji, które mieszają z błotem ludzi mających odwagę myśleć inaczej niż lewicowy mainstream. Nie muszę tutaj przytaczać słynnej sprawy Rocco Butiglione...
Tak więc UE jest nam w ogóle nie potrzebna do życia. Uważać ją za konieczną mogą osoby albo nie rozumiejące geopolityki (nikt nie uważa nas za braci, tylko za materiał na państwo satelickie), albo o umysłowości pochłoniętej lewicowością zarówno światopoglądową jak i ekonomiczną (wiadomo, że lewicowi pożyteczni idioci cierpią na uwiąd moszny). Po co nam ta cała biurokracja? Po co nam tyle regulacji w sferach, które w ogóle jej nie wymagają? Jak już wyżej napisałem, do strefy Schoengen moglibyśmy się przyłączyć bez uprzedniego przynależenia do UE. Oni uniemożliwiają również nam wprowadzenie odpowiedniego systemu ekonomicznego; przecież byłyby zaraz śpiewki o tzw. podatkowym dumpingu.
Co powinniśmy zatem zrobić?
Wystąpić z ZSRE. Innego wyjścia nie widać. Po co nam centralnie sterowana gospodarka jak w ZSRR czy Trzeciej Rzeszy? Tak samo kasta biurokratyczna jak w Chinach za dynastii mandżurskiej. Bez tego wszystkiego możemy żyć. Dlaczego zatem siedzimy po uszy w tym samym bagnie, co reszta kontynentu? W Najjaśniejszej Rzeczypospolitej nie ma teraz patriotycznych elit. Jest natomiast banda sprzedawczyków i zdrajców, którzy pragną tylko stolca i wynikającej z niego władzy, nie wspominam już o środkach pieniężnych.
Ktoś powie, że to niemożliwe. Nie jest to prawdą. Taką możliwość daje nam traktat lizboński. Skoro możemy się wypisać, to dlaczego mamy tego nie zrobić? Ktoś powie, że nie ma to sensu. To wypada się tutaj zapytać: dlaczego istnieją państwa, które ani myślą o tworzeniu takich struktur. Mają one bowiem wolnorynkową gospodarkę. Tamtejsze elity polityczne również siebie na tyle szanują, że nie mają ochoty słuchać jakiś ponadnarodowych biurokratów.
Często przed Anschlussem poruszany był aspekt uzależnienia od Rosji. Ten argument to wierutna bzdura. UE nie stanowi żadnej zapory przed zapędami tego państwa. Więcej, mamy przecież przyjaźń niemiecko-rosyjską. Nie wiadomo również, jaki jest udział Rosji w tworzeniu samej UE. Gdyby się okazało, że np. Bukowski ma rację, to weszliśmy z deszczu pod rynnę. Jak się sami nie ochronimy przed Rosją (np. przed agenturą), to nikt nam nie pomoże.
Ale z UE, niestety, nie wyjdziemy. Wszystkie obecne partie polityczne są za tym, żeby brać grube miliony z Brukseli. Nikt nie ma na tyle ikry, żeby wziąć sprawy we własne ręce oraz zabrać manatki z UE. Poza tym rzesze są tak naprawdę ślepe i tego świata rodem z Limes inferior nie chcą albo nie mogą dostrzec. No i to jest w tym wszystkim najgorsze. Prawdopodobnie będziemy musieli doczekać końca tego międzynarodowego tygla.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
sobota, 1 maja 2010
Wystąpmy z ZSRE!
Etykiety:
Anschluss,
biurokracja,
centralizm,
międzynarodowy socjalizm,
Polska,
trockizm,
ZSRE
niedziela, 20 grudnia 2009
Banda czworga
Przeczytałem ostatnio tekst Edmunda Dantesa Chłopcy do bicia III RP. Poczułem się w istotny sposób urażony. Tekst zawiera socjalistyczne projekcje na temat gospodarki wolnorynkowej. Najlepsze, że nie pierwszy raz PO kojarzona jest właśnie z takim dzikim kapitalizmem, którego de facto oni nie wyznają. Skojarzenie wolnorynkowej - i co by nie mówić, zdrowej - gospodarki z jakimkolwiek popieraniem PO to błąd w rozumowaniu. Na nim opiera się cały przywoływany tekst. W założeniach mamy do czynienia z następnym błędem logicznym. Tworzy się tutaj fałszywą dychotomię między PiS a PO, jakoby te ugrupowanie miałyby się od siebie znacząco różnić. To powielanie propagandowej tezy, gdzie z jednej strony są rycerze światła, a z drugiej bestie do zwalczenia. Kto zajmuje tam jaką rolę, zależy od sympatii, czy skierowane w kierunku PiS, czy też PO.
Śmiem twierdzić, że to uleganie medialnej propagandzie. PO bowiem ekonomicznie leseferystyczna nie jest. Podnosi podatki i wprowadza nowe, rozmnaża biurokrację itd. Ta rzekoma wolnorynkowość PO wynika z tego, że sami sobie nadali miano "liberałów", co w naszym kraju ma jasne konotacje. Wypadałoby spojrzeć na sprawę trzeźwo. Czy w ogóle partie obecnego politycznego głównego nurtu różnią się w taki znaczący sposób?
Swego czasu ukuto termin "banda czworga". Chodziło o to, że poszczególne partie w głównym nurcie polityki praktycznie się od siebie nie różnią. Owszem, można wymieniać, że jedni zrobili to, drudzy tamto, jeszcze inni jeszcze coś innego. Ale czy nie są to tak mało znaczące liczby jak dziesiąte miejsce po przecinku? Wypada się zatem zastanowić, czy banda czworga naprawdę istnieje, czy nie jest jedynie chybioną myślą Janusza Korwin-Mikkego?
Zobaczmy, co poszczególne ugrupowania myślą o niepodległości Polski. Jak przyszło co do czego to wszystkie bez wyjątku poparły Targowicę bis. Wiadomo po von Thusku nie należało się spodziewać niczego innego, w końcu swego czasu pisał, że polskość to nienormalność. Pokładano jednak nadzieję w Kaczyńskim. Ten odmieniał "Polska" przez wszystkie przypadki. A jak przyszło co do czego, to za traktatem degradującym nasze państwo do Nadwiślańskiej Europejskiej Republiki Socjalistycznej bez wahania zagłosował. Można tu rozważać, kto jest większym łgarzem. Taki von Thusk czy Al-Kwaski jasno mówili, w jakich to organach mieli Polskę. Przyznawali to przynajmniej bez ogródek. Taki Kaczyński natomiast... mydlił oczy narodowo-katolickiemu elektoratowi, żeby od jego partii się nie odwrócił. Wiadomo potem, co zrobił; doprowadził do kasacji państwa polskiego.
Wszystkie obecne w głównym nurcie ugrupowania są za tym, żeby Polska była zależna od woli większych decydentów. Kiedyś była Moskwa, teraz mamy Brukselę. Stare powiedzenie mówi, że historia się kołem toczy. Po środowiskach postkomunistycznych i udeckich niczego innego się spodziewać nie można było, przecież jedni wywodzą się z natolińczyków, a drudzy z puławian. PiS, rzekomo taki za niepodległością, okazał się od nich niczym nie różnić.
A kwestie światopoglądowe i obyczajowe? Wszystkie partie obecne w parlamencie, zatem mające wpływ na prawną rzeczywistość, są za modernizmem w tej dziedzinie. O postkomunistach czy udecji wypowiadać się tutaj nie ma po co, bo jaki koń jest, to każdy widzi. Teraz, czy PiS się tak od nich różni? Przecież światopogląd Kaczyńskiego to ROAD pomieszany nieco z antykomunizmem. On nie pozwoli, żeby partia pod względem światopoglądowym za bardzo skręciła na prawo, ponieważ kłóci się to z jego lewicowymi przekonaniami w tej dziedzinie (nie tylko zresztą). Trzeba być jednak na tyle konserwatywnym, żeby niszę narodowo-katolickiego elektoratu utrzymywać. Przy okazji nie należy doprowadzić do sytuacji, w której ci ludzie pójdą i zagłosują na jakąś inną partię. Jawny światopoglądowy permisywizm do tego mógłby doprowadzić. Tak to się go chowa pod dywanem. Z tego powodu mało kto krzyczy, iż król jest nagi - poza nielicznymi niezależnymi obserwatorami. Nikt również nie zwraca uwagi na to, dlaczego Kaczyński zwrócił się w kierunku takiego, a nie innego elektoratu. Nisze były już zagospodarowane. Gdyby miał lepszy refleks, to dzisiaj pewnie oglądalibyśmy go jako mędrca z namaszczenia Gejety Wyborczej. Ludzie interesują się jednak partyjniactwem, a nie polityką. To, co było dwa tygodnie temu, już się nie liczy. A początek lat dziewięćdziesiątych... przecież to tak odległe dzieje jak egipskie piramidy.
Jeżeli ktoś potrzebuje empirycznych dowodów, to niech przyjrzy się jak to PiS głosował na przykład w sprawie kary śmierci. Wtedy nawet tego nie poczynił, ponieważ cały klub parlamentarny opuścił salę obrad. W przypadku poprawki do ustawy zasadniczej lansowanej przez Marka Jurka doszło do wyłamania się części posłów PiS, w efekcie to upadło. Wspomnieć wypada również o wypowiedziach Nelli Rokity czy Kluzik Rostkowskiej na temat aborcji. No i jak tu nie mówić o bandzie czworga? Zarówno Tusk, Kaczyński jak i Napieralski myślą o tym tak samo.
Na zakończenie zostają względy gospodarcze oraz konstrukcja państwa. Wszystkie obecne w parlamencie partie zgadzają się na to, że ma być podatek dochodowy. Nie ważne, czy to liniowy, czy progresywny, to jest w tym przypadku drugorzędne. Tak samo wszystkie uważają, że powinien być przymus szkolny czy ubezpieczeniowy. Oni myślą, że państwo powinno bezpośrednio ingerować w gospodarkę, są zwolennikami państwowych przedsiębiorstw. Uważają, że gospodarka powinna być reglamentowana w jak największym stopniu. Jednym z najbardziej widocznych skutków ich rządów jest przyrost biurokracji w tempie geometrycznym. Obecnie mamy tego ponad dwa razy więcej niż w PRL. Wszystkie partie obecne w głównym nurcie to zwolennicy państwa socjalistycznego z państwowymi monopolistycznymi molochami, takowymi służbą zdrowia, ubezpieczeniami, szkolnictwem, opieką społeczną itd. Nikt nie twierdzi, że można inaczej. Przecież na państwo mogą składać się armia, policja, sądy, system penitencjarny oraz podstawowa infrastruktura.
Wszystkie obecne tam partie popierają również proporcjonalną ordynację wyborczą oraz model kohabitacji. Nikomu nie zależy, żeby wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze - to już lepsze niż to, co mamy obecnie, chociaż nie bez wad - oraz republikę prezydencką. Ale nie... to by zagroziło interesom obecnych partii, więc się tego nie zrobi.
Patrząc na to wszystko. Mamy jednym słowem bandę czworga i nie jest to żaden wymysł z kosmosu. Ktoś mi powie, że i tak trzeba głosować na PiS? A czy za systemu sprzed roku 1989 opłacało się bardziej głosować na SD czy ZSL niż na PZPR? Chyba nie. Tak więc głosując na partie obecne obecnie w parlamencie popiera się tą bezkształtną magmę. Oni tam siedzą już dwadzieścia lat i nic pozytywnego nie zrobili. Wszystko zostało wręcz zaprzepaszczone. No i jak można takich ludzi popierać, widząc jeszcze w części z nich ostatnich sprawiedliwych?
Śmiem twierdzić, że to uleganie medialnej propagandzie. PO bowiem ekonomicznie leseferystyczna nie jest. Podnosi podatki i wprowadza nowe, rozmnaża biurokrację itd. Ta rzekoma wolnorynkowość PO wynika z tego, że sami sobie nadali miano "liberałów", co w naszym kraju ma jasne konotacje. Wypadałoby spojrzeć na sprawę trzeźwo. Czy w ogóle partie obecnego politycznego głównego nurtu różnią się w taki znaczący sposób?
Swego czasu ukuto termin "banda czworga". Chodziło o to, że poszczególne partie w głównym nurcie polityki praktycznie się od siebie nie różnią. Owszem, można wymieniać, że jedni zrobili to, drudzy tamto, jeszcze inni jeszcze coś innego. Ale czy nie są to tak mało znaczące liczby jak dziesiąte miejsce po przecinku? Wypada się zatem zastanowić, czy banda czworga naprawdę istnieje, czy nie jest jedynie chybioną myślą Janusza Korwin-Mikkego?
Zobaczmy, co poszczególne ugrupowania myślą o niepodległości Polski. Jak przyszło co do czego to wszystkie bez wyjątku poparły Targowicę bis. Wiadomo po von Thusku nie należało się spodziewać niczego innego, w końcu swego czasu pisał, że polskość to nienormalność. Pokładano jednak nadzieję w Kaczyńskim. Ten odmieniał "Polska" przez wszystkie przypadki. A jak przyszło co do czego, to za traktatem degradującym nasze państwo do Nadwiślańskiej Europejskiej Republiki Socjalistycznej bez wahania zagłosował. Można tu rozważać, kto jest większym łgarzem. Taki von Thusk czy Al-Kwaski jasno mówili, w jakich to organach mieli Polskę. Przyznawali to przynajmniej bez ogródek. Taki Kaczyński natomiast... mydlił oczy narodowo-katolickiemu elektoratowi, żeby od jego partii się nie odwrócił. Wiadomo potem, co zrobił; doprowadził do kasacji państwa polskiego.
Wszystkie obecne w głównym nurcie ugrupowania są za tym, żeby Polska była zależna od woli większych decydentów. Kiedyś była Moskwa, teraz mamy Brukselę. Stare powiedzenie mówi, że historia się kołem toczy. Po środowiskach postkomunistycznych i udeckich niczego innego się spodziewać nie można było, przecież jedni wywodzą się z natolińczyków, a drudzy z puławian. PiS, rzekomo taki za niepodległością, okazał się od nich niczym nie różnić.
A kwestie światopoglądowe i obyczajowe? Wszystkie partie obecne w parlamencie, zatem mające wpływ na prawną rzeczywistość, są za modernizmem w tej dziedzinie. O postkomunistach czy udecji wypowiadać się tutaj nie ma po co, bo jaki koń jest, to każdy widzi. Teraz, czy PiS się tak od nich różni? Przecież światopogląd Kaczyńskiego to ROAD pomieszany nieco z antykomunizmem. On nie pozwoli, żeby partia pod względem światopoglądowym za bardzo skręciła na prawo, ponieważ kłóci się to z jego lewicowymi przekonaniami w tej dziedzinie (nie tylko zresztą). Trzeba być jednak na tyle konserwatywnym, żeby niszę narodowo-katolickiego elektoratu utrzymywać. Przy okazji nie należy doprowadzić do sytuacji, w której ci ludzie pójdą i zagłosują na jakąś inną partię. Jawny światopoglądowy permisywizm do tego mógłby doprowadzić. Tak to się go chowa pod dywanem. Z tego powodu mało kto krzyczy, iż król jest nagi - poza nielicznymi niezależnymi obserwatorami. Nikt również nie zwraca uwagi na to, dlaczego Kaczyński zwrócił się w kierunku takiego, a nie innego elektoratu. Nisze były już zagospodarowane. Gdyby miał lepszy refleks, to dzisiaj pewnie oglądalibyśmy go jako mędrca z namaszczenia Gejety Wyborczej. Ludzie interesują się jednak partyjniactwem, a nie polityką. To, co było dwa tygodnie temu, już się nie liczy. A początek lat dziewięćdziesiątych... przecież to tak odległe dzieje jak egipskie piramidy.
Jeżeli ktoś potrzebuje empirycznych dowodów, to niech przyjrzy się jak to PiS głosował na przykład w sprawie kary śmierci. Wtedy nawet tego nie poczynił, ponieważ cały klub parlamentarny opuścił salę obrad. W przypadku poprawki do ustawy zasadniczej lansowanej przez Marka Jurka doszło do wyłamania się części posłów PiS, w efekcie to upadło. Wspomnieć wypada również o wypowiedziach Nelli Rokity czy Kluzik Rostkowskiej na temat aborcji. No i jak tu nie mówić o bandzie czworga? Zarówno Tusk, Kaczyński jak i Napieralski myślą o tym tak samo.
Na zakończenie zostają względy gospodarcze oraz konstrukcja państwa. Wszystkie obecne w parlamencie partie zgadzają się na to, że ma być podatek dochodowy. Nie ważne, czy to liniowy, czy progresywny, to jest w tym przypadku drugorzędne. Tak samo wszystkie uważają, że powinien być przymus szkolny czy ubezpieczeniowy. Oni myślą, że państwo powinno bezpośrednio ingerować w gospodarkę, są zwolennikami państwowych przedsiębiorstw. Uważają, że gospodarka powinna być reglamentowana w jak największym stopniu. Jednym z najbardziej widocznych skutków ich rządów jest przyrost biurokracji w tempie geometrycznym. Obecnie mamy tego ponad dwa razy więcej niż w PRL. Wszystkie partie obecne w głównym nurcie to zwolennicy państwa socjalistycznego z państwowymi monopolistycznymi molochami, takowymi służbą zdrowia, ubezpieczeniami, szkolnictwem, opieką społeczną itd. Nikt nie twierdzi, że można inaczej. Przecież na państwo mogą składać się armia, policja, sądy, system penitencjarny oraz podstawowa infrastruktura.
Wszystkie obecne tam partie popierają również proporcjonalną ordynację wyborczą oraz model kohabitacji. Nikomu nie zależy, żeby wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze - to już lepsze niż to, co mamy obecnie, chociaż nie bez wad - oraz republikę prezydencką. Ale nie... to by zagroziło interesom obecnych partii, więc się tego nie zrobi.
Patrząc na to wszystko. Mamy jednym słowem bandę czworga i nie jest to żaden wymysł z kosmosu. Ktoś mi powie, że i tak trzeba głosować na PiS? A czy za systemu sprzed roku 1989 opłacało się bardziej głosować na SD czy ZSL niż na PZPR? Chyba nie. Tak więc głosując na partie obecne obecnie w parlamencie popiera się tą bezkształtną magmę. Oni tam siedzą już dwadzieścia lat i nic pozytywnego nie zrobili. Wszystko zostało wręcz zaprzepaszczone. No i jak można takich ludzi popierać, widząc jeszcze w części z nich ostatnich sprawiedliwych?
Etykiety:
"banda czworga",
demoliberalna magma,
Edmund Dantes,
Korwin-Mikke,
PiS,
PO,
Polska,
quislingowcy
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Fatalne zauroczenie
Pewne rzeczy w młodości przerabia się jak ospę. Swego czasu poczułem wyjątkowo silne uczucie do takiej jednej dziewczyny. Wiadomo, co się dzieje, jak się takich rzeczy doświadcza. Obiekt uczuć ulega pewnej mitologizacji. Tak i było w moim, jak się później okazało, nieszczęśliwym przypadku. Sam zbierałem skamieniałości i owady, ona raczej była zainteresowana ptakami. Myślałem, skoro pewna wspólnota zainteresowań, że może coś z tego będzie. Dosyć długo się łudziłem. Spotkałem ją na później na studiach na Biologii. Postanowiłem kupić kwiaty i książkę, zrobić jej prezent. Poszedłem do niej przed ćwiczeniami. Uświadczyłem ze strony tej dziewczyny nieprawdopodobnego chamstwa, impertynencji i obskurantyzmu - tak to odebrałem wtedy jako człowiek o pewnej ogładzie, tak to również odbieram obecnie. Po tych słowach, jakie padły z jej ust, czułem kaca moralnego. Później sobie uświadomiłem, że istota to zarówno przeciętnej urody jak i inteligencji; zwykła szara myszka, a nie żadna Jedna Jedyna.
Historia ta jest bardzo pouczająca. Obiekt uczuć potrafi być mitologizowany. Swego czasu myślałem, że tamta dziewczyna rzeczywiście wyróżnia się. Ponieważ na Biologii zawsze jest totalna seksmisja jak u dafni czy patyczaków, porównywałem ją z innymi po całym zajściu - jako umysłowość analityczna, no i stwierdziłem, iż nie stanowi ona w istocie specjalnego. Dokonałem ostatnio pewnej obserwacji, w wyniku czego tamte zajścia przypomniały mi się. Otóż niektórzy z nas doświadczają swoistego fatalnego zauroczenia. Chodzi mi tutaj o dużą część prawicowej blogosfery. Znaleźli oni sobie taki obiekt jednostronnych uczuć. Mam na myśli pewne ugrupowanie polityczne głównego nurtu uważane przez nich za lepsze od Tusków, Olejniczaków i Pawlaków.
O PiS, rzecz jasna.
Poczułem się ostatnio zdegustowany pewnymi działaniami ludzi związanych z tą partią. Mam tu na myśli podpisanie aktu kasacji Polski przez (p)rezydenta Lecha Kaczyńskiego. To, co on wyprawił, nie można inaczej określić jak stypa. Postanowiłem w końcu pewne rzeczy z siebie wyrzucić. Swego czasu bowiem uważałem, że mimo różnic poglądów, to PiS chce dobrze i nawet kiedy głosowałem na UPR nie posuwałem się do zbyt ostrej krytyki. Myślałem raczej o jakimś froncie zjednoczenia prawicy. Skłonny byłem ignorować interwencjonistyczne i socjalne zapatrywania braci Kaczyńskich, mając na uwadze wartości wypływające z naszego dziedzictwa kulturowego. Po tym jak PiS się wielokrotnie podłożył, kielich goryczy się przelał. To po prostu element "bandy czworga".
Kolega Spitfire napisał do mojego tekstu polemikę. Porównał moje zachowanie i kilku innych dysputantów krytykujący partię braci Kaczyńskich do średniowiecznego plemienia Jaćwingów. Uznał, że to co robimy, to zwykła donkiszoteria. Napisał, iż Kaczyński musiał podpisać traktat, żeby nie zostać do reszty pogrążony przez media, jak również utrzymać się na scenie politycznej jako gracz. Założył, że to była gra na zdobycie części elektoratu wśród euroentuzjastów... Więcej, napisał bez uzasadnienia, że nie ma bandy czworga i że to tylko urojenie Janusza Korwin-Mikkego, a także iż PiS trzeba obecnie bezwarunkowo popierać. Uważam, że to nie wynika z niczego innego jak swoistego fatalnego zauroczenia.
Kaczyński nie musiał niczego podpisywać. Mógł utrzymywać status quo. Ponieważ podpisał, to przejdzie do historii w najlepszym wypadku jako odpowiednik króla Stasia. Najgorszy to zwykły, obłudny, mydlący oczy patriotycznemu elektoratowi zdrajca. Ten drugi wariant jestem skłonny poprzeć. Poza tym podlizywanie się mediom i postkomunie; czy to wypada? Czy tego my oczekujemy od polityków? Traktatu można było nie podpisywać i oponować. A media i tak znajdą sposób, żeby Kaczyńskiemu dokopać. Mówienie, że zostałby rozszarpany na kawałki przez to stado wygłodniałych hien, jest naiwne i infantylne.
Zdobycie elektoratu wśród euroentuzjastów to też jest zaiste ciekawy argument. Podpisanie się pod rzeczonym dokumentem jednakże nie spowoduje wzrostu ilości głosów na niego w wyborach prezydenckich czy też parlamentarnych. Raczej eurosceptycy będą zniesmaczeni - określenie eufemistyczne - no i prawdopodobnie do wyborów nie pójdą. Z punktu widzenia samego Lecha Kaczyńskiego istnieje również ryzyko, że przeniosą swoje sympatie polityczne gdzie indziej. Wówczas straci on poparcie swojego twardego elektoratu. Podpisując traktat lizboński, podciął sobie zatem gałąź, na której siedzi i prawdopodobnie wysłał siebie w polityczny niebyt. Pytanie teraz, jak silne jest u orędowników PiS to fatalne zauroczenie w stosunku do "geniuszy" z Żoliborza oraz ich ugrupowania. Mówi się, że spora część elektoratu PO jest negatywna. Czy zatem wśród PiS nie istnieje też taki, tylko z zamienionymi zwrotami pewnych wektorów? Podejrzewać można istnienie pewnej części tak zatwardziałych, że będą bawić się w różne słowne wygibasy. Cel będzie jeden: udowodnić rację braci Kaczyńskich.
Fatalnego zauroczenia dowodzi chęć bezwarunkowego poparcia dla PiS jako jedynej formacji rzekomo pilnującej interesów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Bardzo pięknie pokazała ona wszystkim jednostronnie zakochanym swój gluteus maximus w ostatnim okresie. To nie von Thusk ani Al-Kwaski podpisali akt kasacji Polski. To zrobił uwielbiony przez nich niedoszły wódz IV Rzeczypospolitej. Bezwarunkowe poparcie dla Kaczyńskich sprowadza się do opinii, że mieli oni rację, mają i będą mieć. To świadczy o bezkrytycznym doń podejściu, a zatem niczym innym jak właśnie fatalnym zauroczeniu.
Powołano się tu jeszcze na Sun Tzu. Wiadomo, że czasem lepiej poświęcić figurę w szachach bądź nawet dywizję w rzeczywistej wojnie, żeby zwyciężyć. Ale szanse na to maleją, kiedy jest się ze wszystkich stron szachowanym. Do takiego stanu doprowadził Kaczyński. Teraz tylko czekać aż padnie "szach i mat" przy tej retoryce.
Tak samo obrażanie się na pojęcie banda czworga. Może zostało ono ukute przez wesołka, który niedawno na Krakowskim Przedmieściu palił flagę Euro-ZSRR. Nie zmienia jednak faktu, że jest ono zadziwiająco trafne. Czy bowiem te ugrupowania różnią się pod względem proponowanych rozwiązań ustrojowych? Wszystkie popierają na przykład proporcjonalną ordynację wyborczą. Tak samo zarówno PiS, PO, SLD jak i PSL to zwolennicy państwa opiekuńczego oraz biurokracji jeszcze większej niż w PRL. To przeciwnicy niepodległego państwa polskiego, co wykazali niezbicie przez ostatnie dwadzieścia lat. Są to również mniej lub bardziej zatajeni zwolennicy obyczajowej progresji - tyle że jedni mydlą oczy, a drudzy mówią czego chcą wprost. Wyraźnie odróżniającej się partii w tym całym interesie tam nie ma. I jak tu nie mówić o "bandzie czworga".
Spitfire napisał również, że formacja czysto prawicowa nie ma obecnie szans. Nakazuje oddawać głos na tzw. centroprawicę. Twierdzi, że prawica w obecnych czasach musi zawierać jakiś element socjalizmu. Nie wiem, z jakich przesłanek to wynika, że konserwatyści mają pewne ustawodawstwo tego typu poprzeć. Chciałbym się tego dowiedzieć. Czy to argumentacja wywodząca się ze swoistego ducha czasu? Jakoś jestem sobie wyobrazić państwo przy obecnym stopniu rozwoju naukowo-technologicznego, które ma właściwe rozmiary. Czy to ma być uprawianie taniego populizmu i ściganie się w tej dyscyplinie z partiami lewicy?
Nie chciałbym tutaj dawać trafnej diagnozy. Mam niezbite wrażenie, że wielu prawicowców ogarniętych zostało fatalnym zauroczeniem. Wyłączyło to u nich krytyczne myślenie, co powoduje, że popierają formację tak naprawdę centrolewicową. A to nie wróży dobrze na przyszłość. Skończy się tak, że za prawicowe będziemy uznawać formacje typu UMP czy CDU stojące bardziej na lewo niż SLD. Gdy się zaczyna iść na kompromisy w kwestiach ideowych, to najpierw oddaje się palec, potem całą rękę. To idzie jak domino i nie wiemy, kiedy się zatrzyma.
Post scriptum. Zaznaczam, że jestem niezależnym konserwatystą, co już niejednokrotnie podkreślałem. Posiadam poglądy, a nie partyjne barwy. Czynię tą uwagę celem wykluczenia oskarżeń o bycie agenturą wpływu.
Historia ta jest bardzo pouczająca. Obiekt uczuć potrafi być mitologizowany. Swego czasu myślałem, że tamta dziewczyna rzeczywiście wyróżnia się. Ponieważ na Biologii zawsze jest totalna seksmisja jak u dafni czy patyczaków, porównywałem ją z innymi po całym zajściu - jako umysłowość analityczna, no i stwierdziłem, iż nie stanowi ona w istocie specjalnego. Dokonałem ostatnio pewnej obserwacji, w wyniku czego tamte zajścia przypomniały mi się. Otóż niektórzy z nas doświadczają swoistego fatalnego zauroczenia. Chodzi mi tutaj o dużą część prawicowej blogosfery. Znaleźli oni sobie taki obiekt jednostronnych uczuć. Mam na myśli pewne ugrupowanie polityczne głównego nurtu uważane przez nich za lepsze od Tusków, Olejniczaków i Pawlaków.
O PiS, rzecz jasna.
Poczułem się ostatnio zdegustowany pewnymi działaniami ludzi związanych z tą partią. Mam tu na myśli podpisanie aktu kasacji Polski przez (p)rezydenta Lecha Kaczyńskiego. To, co on wyprawił, nie można inaczej określić jak stypa. Postanowiłem w końcu pewne rzeczy z siebie wyrzucić. Swego czasu bowiem uważałem, że mimo różnic poglądów, to PiS chce dobrze i nawet kiedy głosowałem na UPR nie posuwałem się do zbyt ostrej krytyki. Myślałem raczej o jakimś froncie zjednoczenia prawicy. Skłonny byłem ignorować interwencjonistyczne i socjalne zapatrywania braci Kaczyńskich, mając na uwadze wartości wypływające z naszego dziedzictwa kulturowego. Po tym jak PiS się wielokrotnie podłożył, kielich goryczy się przelał. To po prostu element "bandy czworga".
Kolega Spitfire napisał do mojego tekstu polemikę. Porównał moje zachowanie i kilku innych dysputantów krytykujący partię braci Kaczyńskich do średniowiecznego plemienia Jaćwingów. Uznał, że to co robimy, to zwykła donkiszoteria. Napisał, iż Kaczyński musiał podpisać traktat, żeby nie zostać do reszty pogrążony przez media, jak również utrzymać się na scenie politycznej jako gracz. Założył, że to była gra na zdobycie części elektoratu wśród euroentuzjastów... Więcej, napisał bez uzasadnienia, że nie ma bandy czworga i że to tylko urojenie Janusza Korwin-Mikkego, a także iż PiS trzeba obecnie bezwarunkowo popierać. Uważam, że to nie wynika z niczego innego jak swoistego fatalnego zauroczenia.
Kaczyński nie musiał niczego podpisywać. Mógł utrzymywać status quo. Ponieważ podpisał, to przejdzie do historii w najlepszym wypadku jako odpowiednik króla Stasia. Najgorszy to zwykły, obłudny, mydlący oczy patriotycznemu elektoratowi zdrajca. Ten drugi wariant jestem skłonny poprzeć. Poza tym podlizywanie się mediom i postkomunie; czy to wypada? Czy tego my oczekujemy od polityków? Traktatu można było nie podpisywać i oponować. A media i tak znajdą sposób, żeby Kaczyńskiemu dokopać. Mówienie, że zostałby rozszarpany na kawałki przez to stado wygłodniałych hien, jest naiwne i infantylne.
Zdobycie elektoratu wśród euroentuzjastów to też jest zaiste ciekawy argument. Podpisanie się pod rzeczonym dokumentem jednakże nie spowoduje wzrostu ilości głosów na niego w wyborach prezydenckich czy też parlamentarnych. Raczej eurosceptycy będą zniesmaczeni - określenie eufemistyczne - no i prawdopodobnie do wyborów nie pójdą. Z punktu widzenia samego Lecha Kaczyńskiego istnieje również ryzyko, że przeniosą swoje sympatie polityczne gdzie indziej. Wówczas straci on poparcie swojego twardego elektoratu. Podpisując traktat lizboński, podciął sobie zatem gałąź, na której siedzi i prawdopodobnie wysłał siebie w polityczny niebyt. Pytanie teraz, jak silne jest u orędowników PiS to fatalne zauroczenie w stosunku do "geniuszy" z Żoliborza oraz ich ugrupowania. Mówi się, że spora część elektoratu PO jest negatywna. Czy zatem wśród PiS nie istnieje też taki, tylko z zamienionymi zwrotami pewnych wektorów? Podejrzewać można istnienie pewnej części tak zatwardziałych, że będą bawić się w różne słowne wygibasy. Cel będzie jeden: udowodnić rację braci Kaczyńskich.
Fatalnego zauroczenia dowodzi chęć bezwarunkowego poparcia dla PiS jako jedynej formacji rzekomo pilnującej interesów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Bardzo pięknie pokazała ona wszystkim jednostronnie zakochanym swój gluteus maximus w ostatnim okresie. To nie von Thusk ani Al-Kwaski podpisali akt kasacji Polski. To zrobił uwielbiony przez nich niedoszły wódz IV Rzeczypospolitej. Bezwarunkowe poparcie dla Kaczyńskich sprowadza się do opinii, że mieli oni rację, mają i będą mieć. To świadczy o bezkrytycznym doń podejściu, a zatem niczym innym jak właśnie fatalnym zauroczeniu.
Powołano się tu jeszcze na Sun Tzu. Wiadomo, że czasem lepiej poświęcić figurę w szachach bądź nawet dywizję w rzeczywistej wojnie, żeby zwyciężyć. Ale szanse na to maleją, kiedy jest się ze wszystkich stron szachowanym. Do takiego stanu doprowadził Kaczyński. Teraz tylko czekać aż padnie "szach i mat" przy tej retoryce.
Tak samo obrażanie się na pojęcie banda czworga. Może zostało ono ukute przez wesołka, który niedawno na Krakowskim Przedmieściu palił flagę Euro-ZSRR. Nie zmienia jednak faktu, że jest ono zadziwiająco trafne. Czy bowiem te ugrupowania różnią się pod względem proponowanych rozwiązań ustrojowych? Wszystkie popierają na przykład proporcjonalną ordynację wyborczą. Tak samo zarówno PiS, PO, SLD jak i PSL to zwolennicy państwa opiekuńczego oraz biurokracji jeszcze większej niż w PRL. To przeciwnicy niepodległego państwa polskiego, co wykazali niezbicie przez ostatnie dwadzieścia lat. Są to również mniej lub bardziej zatajeni zwolennicy obyczajowej progresji - tyle że jedni mydlą oczy, a drudzy mówią czego chcą wprost. Wyraźnie odróżniającej się partii w tym całym interesie tam nie ma. I jak tu nie mówić o "bandzie czworga".
Spitfire napisał również, że formacja czysto prawicowa nie ma obecnie szans. Nakazuje oddawać głos na tzw. centroprawicę. Twierdzi, że prawica w obecnych czasach musi zawierać jakiś element socjalizmu. Nie wiem, z jakich przesłanek to wynika, że konserwatyści mają pewne ustawodawstwo tego typu poprzeć. Chciałbym się tego dowiedzieć. Czy to argumentacja wywodząca się ze swoistego ducha czasu? Jakoś jestem sobie wyobrazić państwo przy obecnym stopniu rozwoju naukowo-technologicznego, które ma właściwe rozmiary. Czy to ma być uprawianie taniego populizmu i ściganie się w tej dyscyplinie z partiami lewicy?
Nie chciałbym tutaj dawać trafnej diagnozy. Mam niezbite wrażenie, że wielu prawicowców ogarniętych zostało fatalnym zauroczeniem. Wyłączyło to u nich krytyczne myślenie, co powoduje, że popierają formację tak naprawdę centrolewicową. A to nie wróży dobrze na przyszłość. Skończy się tak, że za prawicowe będziemy uznawać formacje typu UMP czy CDU stojące bardziej na lewo niż SLD. Gdy się zaczyna iść na kompromisy w kwestiach ideowych, to najpierw oddaje się palec, potem całą rękę. To idzie jak domino i nie wiemy, kiedy się zatrzyma.
Post scriptum. Zaznaczam, że jestem niezależnym konserwatystą, co już niejednokrotnie podkreślałem. Posiadam poglądy, a nie partyjne barwy. Czynię tą uwagę celem wykluczenia oskarżeń o bycie agenturą wpływu.
Etykiety:
"banda czworga",
fatalne zauroczenie,
Kirker,
Lech Kaczyński,
miłość,
PiS,
Polska,
prawica,
Spitfire,
traktat lizboński
sobota, 21 listopada 2009
Skąd się wzięły lemingi?
Pamiętne wybory w 2007 roku. Wybory wygrała chyba najbardziej socjalistyczna ze wszystkich partii politycznego mainstreamu (jak tak nie określać jej za rozbudowanie reglamentacji gospodarki i fiskalizmu w ostatnim dwudziestoleciu). Zagłosowano na de facto bezpłciową wydmuszkę wykreowaną przez mass-media pozbawioną jakichkolwiek poglądów politycznych poza jednym, dorwać się do władzy. W przerażającą wizję, jakoby miał nastać faszyzm, uwierzyła wielka rzesza ludzi, zwłaszcza młodych. Zwolennicy przeciwnej doń opcji nazwali tychże lemingami. Nazwa pochodzi od gryzonia, którego osobniki co kilka lat uczestniczą w wędrówkach, w których wiele z nich ginie. Analogia jest bardzo trafna: oni również reagują zbiorowo, a do tego histerycznie.
Jakkolwiek na PiS nie głosowałem, tej partii również nie popieram, uważam, że jego zwolennicy dostrzegli pewien ciekawy fenomen. Piekłoszczyk Edward Bernays byłby zachwycony, gdyby mógł dożyć tego momentu. Ludzie zachowywali się, jakby zostali spuszczeni z linii produkcyjnej. Uwierzyli w pewne slogany, więcej, zaczęli te klisze traktować jak pierwotne pojęcia. Siłą ich była jakaś forma niezrozumiałej z mojej perspektywy paniki; a oto mamy perspektywy autorytaryzmu i upadku systemu demokratycznego! Sam tego uświadczyłem. Po pamiętnych wyborach musiałem wiele znajomości zrewidować, ponieważ wielu moich niedawnych przyjaciół traktowało mnie jak "faszystę". O nieprzyjemnościach w kontaktach z zadżumionymi umysłami pisać można bardzo wiele. Zwolennicy PiS dostrzegli lemingi, nie zauważyli jednakże samej natury tego fenomenu. Dlatego też środki, które zaproponowali w żaden sposób nie rozwiązałyby sytuacji.
Bez przerwy ubolewano na państwowy system edukacji. Zgadzam się, co do tego, że człowiek pojmuje świat przez pryzmat swojej wiedzy, o ile jest w stanie ją poszerzać ze zrozumieniem pojęć. Uważam również, że powinien być on wszechstronnie wykształcony, a przynajmniej rozumieć podstawowe pojęcia nauk przyrodniczych i humanistycznych. Należy tutaj jednak postawić pytanie, czy pewni ludzie są po prostu zdatni do tego. Przecież jak uraczymy lemingi dwukrotnie większą ilością matematyki, języka ojczystego, biologii czy też historii, to czy to wpłynie w jakiś sposób na ich sposób postrzegania rzeczywistości. Moim zdaniem będzie to zwykłe marnotrawstwo czasu i energii. Ci ludzie i tak w szkole się nudzą. Niby skąd się bierze plaga wagarów czy sięganie po dopalacze? Spędzają oni 12 lat - teraz dzięki reformom minister Hall będzie 13 - w tej szkole i czy to wpływa na ich poziom percepcji, kultury osobistej. Ależ skąd! Wracają oni do swoich wątpliwej jakości fetyszy - zilustrować to może popularne powiedzenie "skóra, fura i komóra". Wychodząc ze szkoły ze świadectwem dojrzałości, jak teraz ładnie nazywa się dokument jej ukończenia, taki osobnik wraca do stanu pierwotnego. No i po co było go uczyć tego wszystkiego, jak on tylko litery umie rozpoznawać. Tekstu bowiem nie rozumie. A tutaj chcą takiego delikwenta pomęczyć jeszcze większą ilością materiału... Moim zdaniem to, co proponują tutaj zwolennicy PiS jest zwyczajną drogą donikąd. Problem rozwiązałaby bowiem dopiero prywatyzacja szkolnictwa oraz zniesienie przymusu szkolnego. Wówczas takie jednostki zwyczajnie by do szkoły nie trafiły, tylko zajęłyby się po prostu czym innym.
Istnienie państwowego systemu szkolnictwa to jeden z ubocznych skutków demokratyzacji. Bez niej również coś takiego jak lemingi w ogóle by nie mogło istnieć. Każda demokracja bowiem polega na demagogii skierowanej do takich indywiduów. Czy oni rozumieją, co to znaczy dajmy na to konserwatyzm, liberalizm, socjalizm czy nacjonalizm? Odpowiedź jest, rzecz jasna, przecząca. Ale reagują na to, jeżeli niski polityk założy buty na koturnie, wtedy wydaje się im wyższy. Innym sposobem to szkła kontaktowe z innym kolorem oczu niż naturalny: wypróbowany zresztą przez Al-Kwaskiego. Jeszcze inny to rzucanie w przeciwnika anatemami typu "faszyzm". Ludzie to bardzo chętnie kupują. Nie liczy się merytoryczna dyskusja, tylko gra na uczuciach tłumu. A teraz pytanie do zwolenników demokracji i związanej z nią partyjniactwa: czy dobrze, że taki tłum rządzi w państwie. Dodam, że on nawet nie rozumie, jak ten organizm państwowy działa... Jak on może zatem decydować o bycie lub niebycie państwa? Równie dobrze moglibyśmy posadzić za sterami samolotu osobnika z zaawansowaną pląsawicą Huntingtona.
Skutki są potem takie, że rządzą ludzie krańcowo niekompetentni. Ostatnie dwa lata można by określić mianem tragifarsy, gdyby nie zamieszkiwanie na terenie Priwislanskiego Kraju. Wynika z tego, że obecnie panującym ustrojem jest alkoholowa pajdokracja. Poszła masa młodzieży, no i zagłosowała tak, a nie inaczej. Ale to wszystko uboczne skutki istnienia ustroju demokratycznego. Nie to, żebym uważał, że wcześniejsze ekipy były lepsze. Po prostu tak to wygląda: obecny rząd jest jeszcze gorszy niż gabinety postkomunistów, obiektywnie rzecz oceniając. W końcu PiS różni się od PO w końcu tylko tym, że ta pierwsza nie zrobiła dekomunizacji, a ta druga - liberalizacji. Również przywódcy obydwu partii tak samo opowiedzieli się za kasacją Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
W każdym razie problem lemingów powinien zostać zwalczony u podstaw. Najlepsze ku temu jest zniesienie przymusu szkolnego oraz eliminacja ustroju demokratycznego. Wszelkie inne rozwiązania to półśrodki lub wlewanie benzyny do ognia.
Jakkolwiek na PiS nie głosowałem, tej partii również nie popieram, uważam, że jego zwolennicy dostrzegli pewien ciekawy fenomen. Piekłoszczyk Edward Bernays byłby zachwycony, gdyby mógł dożyć tego momentu. Ludzie zachowywali się, jakby zostali spuszczeni z linii produkcyjnej. Uwierzyli w pewne slogany, więcej, zaczęli te klisze traktować jak pierwotne pojęcia. Siłą ich była jakaś forma niezrozumiałej z mojej perspektywy paniki; a oto mamy perspektywy autorytaryzmu i upadku systemu demokratycznego! Sam tego uświadczyłem. Po pamiętnych wyborach musiałem wiele znajomości zrewidować, ponieważ wielu moich niedawnych przyjaciół traktowało mnie jak "faszystę". O nieprzyjemnościach w kontaktach z zadżumionymi umysłami pisać można bardzo wiele. Zwolennicy PiS dostrzegli lemingi, nie zauważyli jednakże samej natury tego fenomenu. Dlatego też środki, które zaproponowali w żaden sposób nie rozwiązałyby sytuacji.
Bez przerwy ubolewano na państwowy system edukacji. Zgadzam się, co do tego, że człowiek pojmuje świat przez pryzmat swojej wiedzy, o ile jest w stanie ją poszerzać ze zrozumieniem pojęć. Uważam również, że powinien być on wszechstronnie wykształcony, a przynajmniej rozumieć podstawowe pojęcia nauk przyrodniczych i humanistycznych. Należy tutaj jednak postawić pytanie, czy pewni ludzie są po prostu zdatni do tego. Przecież jak uraczymy lemingi dwukrotnie większą ilością matematyki, języka ojczystego, biologii czy też historii, to czy to wpłynie w jakiś sposób na ich sposób postrzegania rzeczywistości. Moim zdaniem będzie to zwykłe marnotrawstwo czasu i energii. Ci ludzie i tak w szkole się nudzą. Niby skąd się bierze plaga wagarów czy sięganie po dopalacze? Spędzają oni 12 lat - teraz dzięki reformom minister Hall będzie 13 - w tej szkole i czy to wpływa na ich poziom percepcji, kultury osobistej. Ależ skąd! Wracają oni do swoich wątpliwej jakości fetyszy - zilustrować to może popularne powiedzenie "skóra, fura i komóra". Wychodząc ze szkoły ze świadectwem dojrzałości, jak teraz ładnie nazywa się dokument jej ukończenia, taki osobnik wraca do stanu pierwotnego. No i po co było go uczyć tego wszystkiego, jak on tylko litery umie rozpoznawać. Tekstu bowiem nie rozumie. A tutaj chcą takiego delikwenta pomęczyć jeszcze większą ilością materiału... Moim zdaniem to, co proponują tutaj zwolennicy PiS jest zwyczajną drogą donikąd. Problem rozwiązałaby bowiem dopiero prywatyzacja szkolnictwa oraz zniesienie przymusu szkolnego. Wówczas takie jednostki zwyczajnie by do szkoły nie trafiły, tylko zajęłyby się po prostu czym innym.
Istnienie państwowego systemu szkolnictwa to jeden z ubocznych skutków demokratyzacji. Bez niej również coś takiego jak lemingi w ogóle by nie mogło istnieć. Każda demokracja bowiem polega na demagogii skierowanej do takich indywiduów. Czy oni rozumieją, co to znaczy dajmy na to konserwatyzm, liberalizm, socjalizm czy nacjonalizm? Odpowiedź jest, rzecz jasna, przecząca. Ale reagują na to, jeżeli niski polityk założy buty na koturnie, wtedy wydaje się im wyższy. Innym sposobem to szkła kontaktowe z innym kolorem oczu niż naturalny: wypróbowany zresztą przez Al-Kwaskiego. Jeszcze inny to rzucanie w przeciwnika anatemami typu "faszyzm". Ludzie to bardzo chętnie kupują. Nie liczy się merytoryczna dyskusja, tylko gra na uczuciach tłumu. A teraz pytanie do zwolenników demokracji i związanej z nią partyjniactwa: czy dobrze, że taki tłum rządzi w państwie. Dodam, że on nawet nie rozumie, jak ten organizm państwowy działa... Jak on może zatem decydować o bycie lub niebycie państwa? Równie dobrze moglibyśmy posadzić za sterami samolotu osobnika z zaawansowaną pląsawicą Huntingtona.
Skutki są potem takie, że rządzą ludzie krańcowo niekompetentni. Ostatnie dwa lata można by określić mianem tragifarsy, gdyby nie zamieszkiwanie na terenie Priwislanskiego Kraju. Wynika z tego, że obecnie panującym ustrojem jest alkoholowa pajdokracja. Poszła masa młodzieży, no i zagłosowała tak, a nie inaczej. Ale to wszystko uboczne skutki istnienia ustroju demokratycznego. Nie to, żebym uważał, że wcześniejsze ekipy były lepsze. Po prostu tak to wygląda: obecny rząd jest jeszcze gorszy niż gabinety postkomunistów, obiektywnie rzecz oceniając. W końcu PiS różni się od PO w końcu tylko tym, że ta pierwsza nie zrobiła dekomunizacji, a ta druga - liberalizacji. Również przywódcy obydwu partii tak samo opowiedzieli się za kasacją Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
W każdym razie problem lemingów powinien zostać zwalczony u podstaw. Najlepsze ku temu jest zniesienie przymusu szkolnego oraz eliminacja ustroju demokratycznego. Wszelkie inne rozwiązania to półśrodki lub wlewanie benzyny do ognia.
wtorek, 3 listopada 2009
O bezpieczeństwie energetycznym raz jeszcze
Straszeni jesteśmy różnymi rzeczami. Jedni nam mówią, że powodujemy globalne ocieplenie, a woda z topniejących lodowców zaleje pół globu. Jeszcze inni przedstawiają bardziej katastroficzne wizje oraz proponują rozwiązania jakich nie powstydziliby się hitlerowcy. Mowa tu o różnych szczepach ekologistów. Pewne groźby są jednak jak najbardziej realne. Z różną częstotliwością dochodzą bowiem pohukiwania z Kremla, że mogą nam zakręcić kurek z gazem. No i to jest groźba jak najbardziej realna. Gazprom to firma państwowa. Jak zostanie zakręcony kurek, to zapłacą rosyjscy podatnicy. Prywatnej firmie takie zabiegi zwyczajnie nie opłacałyby się, ponieważ nie chciałaby sobie ona ograniczać zysków.
A jakich się szuka sposobów na uniknięcie wyżej wymienionych sytuacji. Rzecz jasna, skoro mamy jeden rurociąg, to kombinuje się, jak dywersyfikować. Mieliśmy swego czasu projekt gazociągu z Norwegii, został on utopiony przez ekipę Millera. Więcej, to była pierwsza rzecz, którą postkomunistyczny gabinet w 2001 roku zrobił. Na czym to polega? Wprowadza się system różnych koncesji, żeby państwo miało wpływ na to, kto gdzie buduje rurociąg oraz kto handluje gazem i ropą na naszym terenie. Nam się mówi, że chodzi tutaj o bezpieczeństwo energetyczne. Inne sposoby jego zapewnienia też się wiążą z działalnością państwa w gospodarce. Tak usprawiedliwiane jest na przykład utrzymywanie państwowej własności kopalń węgla kamiennego czy też elektrowni. Czasami przebąkuje się również o jakimś projekcie związanym z wykorzystaniem złóż geotermalnych. Jak wszyscy wiemy, powoła się do życia monopolistycznego molocha, który będzie ciągle potrzebował dotacji z budżetu państwa. Mówi się nam, że pewne problemy to nie jest wyłącznie kwestia ekonomii, ale że urastają one do rangi strategiczno-politycznych. Innymi słowy, jeżeli kopalnie i elektrownie zostałyby zakupione przez Niemców, to doświadczalibyśmy z ich strony różnych forteli, no i przez to zdegradowalibyśmy zostali do roli państwa satelickiego. Tak samo w przypadku Rosji...
Nie muszę już tutaj mówić, że mamy tutaj klasyczny błąd pomieszania etatyzmu z patriotyzmem. Wywodzi się on z komunizmu, a był skutecznie utrwalany w społecznej świadomości przez populistyczne (niby-prawicowe) i socjalistyczne (postkomuniści i udecy) rządy w ostatnim dwudziestoleciu. Te wszystkie gadki o bezpieczeństwie energetycznym służą tak naprawdę utrzymaniu państwowej własności części przedsiębiorstw, po to żeby związki zawodowe się nie burzyły oraz żeby partyjni koledzy mieli zagwarantowane wysokie pensje i odprawy na takowych stolcach. A w tej demokracji mamy tak, że otumanionemu ludowi trzeba rzucić coś na żer. No i tak się robi. Wyciąga się zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego państwa, które ma być rzekomo chronione przez szereg spółek Skarbu Państwa oraz koncesjonowanie pewnych działów gospodarki. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.
Pierwszym prawem uchwalonym przez Kongres Liberalno-Demokratyczny (praszczura obecnej Parady Oszustów) było koncesjonowanie przesyłania paliw oraz ich przetwórstwa. Przez to musimy bawić się w negocjacje, żeby ktoś nam raczył wybudować rurociąg. Koncesjonowanie miało zapobiec takim sytuacjom, że Putin, Miedwiediew czy inny kacyk rezydujący na Kremlu może nam zakręcić dopływ gazu. Stało się jednak na odwrót. Doszło do tego, że Gazprom jest w tym zakresie monopolistą. Wychodzi zatem na to, że nadmierny etatyzm zagraża bezpieczeństwu energetycznemu naszego państwa. Gdyby bowiem nie koncesjonowano rurociągów czy też innej formy dystrybucji paliw kopalnych (gazo- i naftoporty), to fabryki czy gazownie mogłyby wybierać, jaki gaz chcą użytkować, czy rosyjski, irański, norweski czy też pochodzący ze złóż znajdujących się na terenie naszego kraju. Wówczas taki problem by nie istniał. Mielibyśmy kilka rurociągów z różnych stron oraz kilka nafto- i gazoportów, no i żaden przywódca polityczny, czy to Niemiec, Rosji czy innego państwa nie mógłby uprawiać politycznego kapitalizmu. Skończyłoby się to raz na zawsze. Więcej, rozmieszczenie rurociągów dostosowane byłoby do rozmieszczenia przemysłu i ludności, a nie do widzimisię elit politycznych aktualnie sprawujących władzę. Czytałem kiedyś artykuł w Gazecie Polskiej, że państwa powinny dokładać się bądź realizować pewne projekty energetyczne. Jak widać na powyższym przykładzie, to nie jest wcale konieczne. Można w ogóle zaniechać koncesjonowania rurociągów, no i nikt nam nie będzie mógł zagrozić. Przecież w takiej sytuacji jakiś rosyjski czy niemiecki agent nie będzie mógł kupić urzędnika w Ministerstwie Gospodarki bądź Ministerstwie Infrastruktury, który takimi rzeczami się zajmuje. Zapomina się, że koncesjonowanie tysiąca i jednego sektorów gospodarki prowadzi do nasilenia się zjawisk korupcyjnych. Działa to również w drugą stronę. Koncesje czy licencje dostają zaprzyjaźnieni biznesmeni elit politycznych. W przypadku zaniechania reglamentacji przez państwo takie zjawiska automatycznie przestaną istnieć.
Wspomniałem wyżej o projektach energetycznych. Również w przypadku tego rodzaju działalności gospodarczej wszelkie koncesje powinny zostać zniesione. Mówi się tyle o rozwoju geotermii. Ale tego się nie robi, ponieważ z jednej strony prawo energetyczne, a z drugiej strony geologiczne i górnicze są skomplikowane i uniemożliwiają wszelkie prace. A gdyby je tak znieść razem ze wszystkimi koncesjami w tym zakresie? Wówczas powstałoby mnóstwo odwiertów; złoża geotermalne zostałyby wykorzystane do ogrzewania mieszkań oraz produkcji prądu elektrycznego na niewielką skalę. Po zniesieniu tych różnych etatystycznych ograniczeń możliwe, że wybudowano by w Polsce w końcu siłownię atomową. Moim zdaniem byłoby bardzo dobrze, jednakże o typie wykorzystywanej energetyki powinien decydować rynek. Na potrzeby mieszkańców wystarczy spokojnie mała energetyka. Natomiast jeżeli chodzi o przemysł, tutaj konieczne są już wielkie elektrownie jak hydroelektrownie czy też wspomniane wyżej siłownie jądrowe. Państwo w żadnym wypadku nie powinno się dokładać. (Warto również rozdzielić wojskowy program atomowy od cywilnego. Tym drugim niech się zajmują prywatne konsorcja).
Dodam, że czasem dochodzę do wniosku, że za tą bizantyńską biurokrację odpowiadają pewne czynniki zewnętrzne. Obcej agentury mamy w kraju sporo, więc odkręcenie pewnych rzeczy w obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe. Więcej, znaczna część ludzi uważa, że ten socjal-etatyzm to dla dobra Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dlatego skłonna jest popierać siły polityczne proponujące rozwiązania mieszczące się w takim ujęciu jak obecnie. No i nic dziwnego, że gazowa pętla na szyi będzie się nam coraz mocniej zaciskać.
Na tych przypadkach widać, że państwo ingerując w gospodarkę bardziej przeszkadza niż pomaga. Problem bezpieczeństwa energetycznego jako taki praktycznie nie zaprzątałby nikomu głowy, gdyby nie nadmierna ingerencja państwa w gospodarkę. Pozostaje przytoczyć świętej pamięci Kisiela, że "socjalizm zwalcza problemy nie istniejące w innych ustrojach". Wspomniany wyżej przypadek nie jest zatem odosobniony.
A jakich się szuka sposobów na uniknięcie wyżej wymienionych sytuacji. Rzecz jasna, skoro mamy jeden rurociąg, to kombinuje się, jak dywersyfikować. Mieliśmy swego czasu projekt gazociągu z Norwegii, został on utopiony przez ekipę Millera. Więcej, to była pierwsza rzecz, którą postkomunistyczny gabinet w 2001 roku zrobił. Na czym to polega? Wprowadza się system różnych koncesji, żeby państwo miało wpływ na to, kto gdzie buduje rurociąg oraz kto handluje gazem i ropą na naszym terenie. Nam się mówi, że chodzi tutaj o bezpieczeństwo energetyczne. Inne sposoby jego zapewnienia też się wiążą z działalnością państwa w gospodarce. Tak usprawiedliwiane jest na przykład utrzymywanie państwowej własności kopalń węgla kamiennego czy też elektrowni. Czasami przebąkuje się również o jakimś projekcie związanym z wykorzystaniem złóż geotermalnych. Jak wszyscy wiemy, powoła się do życia monopolistycznego molocha, który będzie ciągle potrzebował dotacji z budżetu państwa. Mówi się nam, że pewne problemy to nie jest wyłącznie kwestia ekonomii, ale że urastają one do rangi strategiczno-politycznych. Innymi słowy, jeżeli kopalnie i elektrownie zostałyby zakupione przez Niemców, to doświadczalibyśmy z ich strony różnych forteli, no i przez to zdegradowalibyśmy zostali do roli państwa satelickiego. Tak samo w przypadku Rosji...
Nie muszę już tutaj mówić, że mamy tutaj klasyczny błąd pomieszania etatyzmu z patriotyzmem. Wywodzi się on z komunizmu, a był skutecznie utrwalany w społecznej świadomości przez populistyczne (niby-prawicowe) i socjalistyczne (postkomuniści i udecy) rządy w ostatnim dwudziestoleciu. Te wszystkie gadki o bezpieczeństwie energetycznym służą tak naprawdę utrzymaniu państwowej własności części przedsiębiorstw, po to żeby związki zawodowe się nie burzyły oraz żeby partyjni koledzy mieli zagwarantowane wysokie pensje i odprawy na takowych stolcach. A w tej demokracji mamy tak, że otumanionemu ludowi trzeba rzucić coś na żer. No i tak się robi. Wyciąga się zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego państwa, które ma być rzekomo chronione przez szereg spółek Skarbu Państwa oraz koncesjonowanie pewnych działów gospodarki. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.
Pierwszym prawem uchwalonym przez Kongres Liberalno-Demokratyczny (praszczura obecnej Parady Oszustów) było koncesjonowanie przesyłania paliw oraz ich przetwórstwa. Przez to musimy bawić się w negocjacje, żeby ktoś nam raczył wybudować rurociąg. Koncesjonowanie miało zapobiec takim sytuacjom, że Putin, Miedwiediew czy inny kacyk rezydujący na Kremlu może nam zakręcić dopływ gazu. Stało się jednak na odwrót. Doszło do tego, że Gazprom jest w tym zakresie monopolistą. Wychodzi zatem na to, że nadmierny etatyzm zagraża bezpieczeństwu energetycznemu naszego państwa. Gdyby bowiem nie koncesjonowano rurociągów czy też innej formy dystrybucji paliw kopalnych (gazo- i naftoporty), to fabryki czy gazownie mogłyby wybierać, jaki gaz chcą użytkować, czy rosyjski, irański, norweski czy też pochodzący ze złóż znajdujących się na terenie naszego kraju. Wówczas taki problem by nie istniał. Mielibyśmy kilka rurociągów z różnych stron oraz kilka nafto- i gazoportów, no i żaden przywódca polityczny, czy to Niemiec, Rosji czy innego państwa nie mógłby uprawiać politycznego kapitalizmu. Skończyłoby się to raz na zawsze. Więcej, rozmieszczenie rurociągów dostosowane byłoby do rozmieszczenia przemysłu i ludności, a nie do widzimisię elit politycznych aktualnie sprawujących władzę. Czytałem kiedyś artykuł w Gazecie Polskiej, że państwa powinny dokładać się bądź realizować pewne projekty energetyczne. Jak widać na powyższym przykładzie, to nie jest wcale konieczne. Można w ogóle zaniechać koncesjonowania rurociągów, no i nikt nam nie będzie mógł zagrozić. Przecież w takiej sytuacji jakiś rosyjski czy niemiecki agent nie będzie mógł kupić urzędnika w Ministerstwie Gospodarki bądź Ministerstwie Infrastruktury, który takimi rzeczami się zajmuje. Zapomina się, że koncesjonowanie tysiąca i jednego sektorów gospodarki prowadzi do nasilenia się zjawisk korupcyjnych. Działa to również w drugą stronę. Koncesje czy licencje dostają zaprzyjaźnieni biznesmeni elit politycznych. W przypadku zaniechania reglamentacji przez państwo takie zjawiska automatycznie przestaną istnieć.
Wspomniałem wyżej o projektach energetycznych. Również w przypadku tego rodzaju działalności gospodarczej wszelkie koncesje powinny zostać zniesione. Mówi się tyle o rozwoju geotermii. Ale tego się nie robi, ponieważ z jednej strony prawo energetyczne, a z drugiej strony geologiczne i górnicze są skomplikowane i uniemożliwiają wszelkie prace. A gdyby je tak znieść razem ze wszystkimi koncesjami w tym zakresie? Wówczas powstałoby mnóstwo odwiertów; złoża geotermalne zostałyby wykorzystane do ogrzewania mieszkań oraz produkcji prądu elektrycznego na niewielką skalę. Po zniesieniu tych różnych etatystycznych ograniczeń możliwe, że wybudowano by w Polsce w końcu siłownię atomową. Moim zdaniem byłoby bardzo dobrze, jednakże o typie wykorzystywanej energetyki powinien decydować rynek. Na potrzeby mieszkańców wystarczy spokojnie mała energetyka. Natomiast jeżeli chodzi o przemysł, tutaj konieczne są już wielkie elektrownie jak hydroelektrownie czy też wspomniane wyżej siłownie jądrowe. Państwo w żadnym wypadku nie powinno się dokładać. (Warto również rozdzielić wojskowy program atomowy od cywilnego. Tym drugim niech się zajmują prywatne konsorcja).
Dodam, że czasem dochodzę do wniosku, że za tą bizantyńską biurokrację odpowiadają pewne czynniki zewnętrzne. Obcej agentury mamy w kraju sporo, więc odkręcenie pewnych rzeczy w obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe. Więcej, znaczna część ludzi uważa, że ten socjal-etatyzm to dla dobra Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dlatego skłonna jest popierać siły polityczne proponujące rozwiązania mieszczące się w takim ujęciu jak obecnie. No i nic dziwnego, że gazowa pętla na szyi będzie się nam coraz mocniej zaciskać.
Na tych przypadkach widać, że państwo ingerując w gospodarkę bardziej przeszkadza niż pomaga. Problem bezpieczeństwa energetycznego jako taki praktycznie nie zaprzątałby nikomu głowy, gdyby nie nadmierna ingerencja państwa w gospodarkę. Pozostaje przytoczyć świętej pamięci Kisiela, że "socjalizm zwalcza problemy nie istniejące w innych ustrojach". Wspomniany wyżej przypadek nie jest zatem odosobniony.
poniedziałek, 21 września 2009
Czy należało iść z Hitlerem?
Zetknąłem się ostatnio z pewnym niezwykle ciekawym rozwinięciem przyszłych losów naszego kraju. Niejaki George Friedman stwierdził, iż USA niedługo doceni nasze położenie geopolityczne. Według niego mamy stać się takim państwem jak Korea Południowa czy Izrael. Stany Zjednoczone zaczną nas dozbrajać, wspierać nas finansowo, a my dzięki temu staniemy się kontynentalną potęgą. Sugeruje również rewizję granic w wyniku przyszłego konfliktu z Rosją... Trzeba przyznać, że ten człowiek jest niezłym fantastą. Moim zdaniem USA raczej nie widzą interesu w tym, żebyśmy stali się państwem potężnym ze względu na swoisty ogon merdający psem (casus Izraela). Płaszczenie się przed Stanami Zjednoczonymi nam nic nie daje i raczej wątpliwe, że cokolwiek dobrego przyniesie. Nie potrafimy bowiem prowadzić polityki międzynarodowej zgodnie z zasadami realizmu politycznego. To nie jest zresztą w naszym przypadku rzecz nowa.
Problem ten wywołuje wiele kontrowersji w środowiskach prawicowych. Niektórzy lewicowcy sugerowali wręcz, że to skutek myślenia w kategoriach zoologicznego, jaskiniowego antykomunizmu. Wielu prawicowych komentatorów (na przykład Rafał Aleksander Ziemkiewicz czy Janusz Korwin-Mikke) sugeruje, że w 1938 roku powinniśmy przystąpić do sojuszu z Trzecią Rzeszą. Teraz należy postawić pytanie, czy byłoby to aż tak tragiczne w skutkach, jak niektórzy sobie wyobrażają. Spotkałem się bowiem z opiniami, że Polaków wymordowano by w obozach zagłady, podobnie jak Żydów.
Na początku należy postawić taką kwestię. Czy przed wojną Polska należycie o siebie zadbała? Skądże znowu. Nie weszliśmy w żaden wartościowy sojusz. Na uwagę zasługuje jedynie próba budowy Międzymorza jako przeciwwagi dla Niemiec i Sowietów. W 1938 roku byliśmy postawieni wobec trzech możliwych sytuacji. Po pierwsze nie robić nic, z nikim żadnych paktów nie podpisywać. Jak to się skończyło, to nie trzeba zresztą przytaczać. Skutkiem tamtych wydarzeń jest zresztą obecny stan rzeczy. Druga możliwość to wejście w sojusz ze Stalinem. W tej sytuacji PRL nastałby kilka lat wcześniej, już wówczas doszłoby do zsyłek na Syberię, nacjonalizacji przemysłu i kolektywizacji rolnictwa, ustanowienia państwowego ateizmu et cetera. W tamtej sytuacji pozostaje zatem trzecia możliwość. Trzeba było iść z Hitlerem na ZSRR. Jakby się to skończyło?
Doszłoby do tego, że w 1939 roku marszałek Rydz-Śmigły odebrałby Krzyż Żelazny I klasy na Placu Czerwonym w Moskwie. Do Polski trafiłyby Mińsk, Smoleńsk, Kijów i Odessa. Uzyskalibyśmy zatem dostęp do Morza Czarnego. Polska miałaby większe terytorium, przez co wzrosłaby jej ranga w regionie.
Teraz jakie są najczęstsze kontrargumenty? Bardzo często przywoływany jest przypadek Holocaustu. Krytycy uważają, że obozy masowej zagłady i tak powstałyby na terytorium Polski. Jest on sprzeczny z historyczną rzeczywistością. Jakoś u sojuszników Trzeciej Rzeszy Żydzi mieli się dobrze. Admirał Horthy sprzeciwił się masowym mordom Żydów. Generał Franco został po wojnie odznaczony Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. We Włoszech przeforsowano - i to pod wpływem Hitlera - antysemickie ustawy, jednak jakoś z tego kraju też bydlęce wagony nie podążały w kierunku obozów masowej zagłady. Ów kontrargument jest zatem niedorzeczny z czysto historycznego punktu widzenia. Pojawiają się również opinie, iż gdyby nawet doszło do rzezi, bylibyśmy oskarżani dzisiaj o współudział w Holocauście. Nie bierze to jednak złożoności zjawisk historycznych - swoistych efektów motyla. Nie wiadomo bowiem, czy do Szoah doszłoby. Decyzję o ostatecznym rozwiązaniu podjęto w końcu dopiero w Wannsee. Poza tym kto dzisiaj wypomina Węgrom, Finom, Rumunom czy Włochom walkę u boku Trzeciej Rzeszy, ergo związek z Holocaustem.
Drugim argumentem, który się bardzo często pojawia, to powoływanie się na Mein Kampf. To opus magnum nazizmu traktowane jest tutaj jako słowny wytrych. Ponieważ Hitler tak napisał, to tak się działo. Nikt jednak z powołujących się nie trzymał zapewne nigdy w ręku tej książki. Tam mamy do czynienia z gorzkimi żalami wobec Francji. Wątek wschodu pojawia się w zaledwie kilku linijkach. Przyszły przywódca Trzeciej Rzeszy atakuje tam zresztą... Czechów. Abstrahuję już od tego, że ze znienawidzonego przez siebie Marksa przepisywał całe akapity. Zapomina się tutaj zresztą, że podstawą nazizmu nie jest samo Mein Kampf. Zapomina się o Micie lat dwudziestych Rosenberga, który zresztą uważał, że droga do podboju świata po trupie Polski nie wiedzie. Sam Hitler po fakcie przyznał, że zajęcie terytoriów II RP było głupotą, ponieważ wymusiło na nim wojnę z ZSRR.
Przy tej okazji warto wspomnieć wątek "Polaków-podludzi". Jedną z klasycznych pozycji, na której został oparty cały nazizm, stanowiły Podstawy dziewiętnastego wieku Houstona Chamberlaina, angielskiego filozofa naturalizowanego w Niemczech. Polacy zostali tam zaliczeni do nordyków, więc do rasy stojącej najwyżej w tamtej hierarchii. Więcej, sam Hitler uznał swego czasu, że stanowimy najzdolniejszą nację, jaką Niemcy spotkali na swojej drodze. W razie ewentualnego sojuszu zostalibyśmy pewnie przez niemiecką propagandę potraktowani jak zabłąkany naród germański, potomków Gotów et cetera. Tak bowiem rzecz miała się z Goralenvolk.
Innym argumentem są przedwojenne relacje polsko-niemieckie. Sęk w tym, że najgorzej było przed rządami nazistów. Wówczas dochodziło do słynnych wojen celnych. Również wtedy Niemcy podpisali układ z ZSRR w Rapallo; bazy w Rosji zostały przez nich opuszczone do 1933 roku. Po dojściu Hitlera do władzy jakoś do takich rzeczy nie dochodziło.
Czy stracilibyśmy jakieś ziemie w wyniku dogadywania się z Trzecią Rzeszą? Oni by sobie wybudowali korytarz, no i byłoby po krzyku. Gdańsk przed wojną był zdominowany w 80% przez ludność niemiecką. My natomiast uzyskalibyśmy ziemie na wschodzie, w tym żyzną Ukrainę, strategiczny dostęp do Morza Czarnego. Do żadnych rewindykacji terytorialnych by nie doszło. Niemcy byli zainteresowani raczej inkorporacją państw bałtyckich - my wówczas mielibyśmy jeszcze znaczną część Litwy i port w Połądze.
Często powołuje się również potencjalną długowieczność nazizmu. Ten totalitaryzm miał jednak regionalny charakter w przeciwieństwie do komunizmu głoszącego internacjonalizm. Umarłby zatem razem z Hitlerem. Gdyby nawet Niemcom udałoby się podbić całą zachodnią Europę, to najprawdopodobniej takie państwo runęłoby z hukiem. Wziąć jeszcze trzeba pod uwagę czynniki ekonomiczne. Przecież Hitler najpierw uczynił każdego właściciela Betriebsfuehrer - kierownikiem produkcji. Po zwycięskiej wojnie bardzo prawdopodobne, że doszłoby do nacjonalizacji przemysłu i banków. Zapowiedziane to zostało zresztą w programie NSDAP z 1920 roku. Tam mówiono o nacjonalizacji trustów. Wówczas doszłoby do gospodarczej zapaści, co przyśpieszyłoby upadek takiego państwa. Przy tej okazji moglibyśmy sami trochę skorzystać terytorialnie.
Niestety, stało się inaczej. W wyniku wojny zginęło 6 milionów obywateli Polski. Zniszczona została inteligencja - naród polski został odgłowiony. Po wojnie natomiast przestaliśmy być samodzielnym podmiotem polityki międzynarodowej, stan ten utrzymuje się zresztą po dziś dzień. Śmiem twierdzić, że jako taka państwowość Polski skończyła się 1939 roku. Nie chcę być złym prorokiem, ale na stan obecny wątpię, czy uda się nam kiedyś ją odtworzyć.
Problem ten wywołuje wiele kontrowersji w środowiskach prawicowych. Niektórzy lewicowcy sugerowali wręcz, że to skutek myślenia w kategoriach zoologicznego, jaskiniowego antykomunizmu. Wielu prawicowych komentatorów (na przykład Rafał Aleksander Ziemkiewicz czy Janusz Korwin-Mikke) sugeruje, że w 1938 roku powinniśmy przystąpić do sojuszu z Trzecią Rzeszą. Teraz należy postawić pytanie, czy byłoby to aż tak tragiczne w skutkach, jak niektórzy sobie wyobrażają. Spotkałem się bowiem z opiniami, że Polaków wymordowano by w obozach zagłady, podobnie jak Żydów.
Na początku należy postawić taką kwestię. Czy przed wojną Polska należycie o siebie zadbała? Skądże znowu. Nie weszliśmy w żaden wartościowy sojusz. Na uwagę zasługuje jedynie próba budowy Międzymorza jako przeciwwagi dla Niemiec i Sowietów. W 1938 roku byliśmy postawieni wobec trzech możliwych sytuacji. Po pierwsze nie robić nic, z nikim żadnych paktów nie podpisywać. Jak to się skończyło, to nie trzeba zresztą przytaczać. Skutkiem tamtych wydarzeń jest zresztą obecny stan rzeczy. Druga możliwość to wejście w sojusz ze Stalinem. W tej sytuacji PRL nastałby kilka lat wcześniej, już wówczas doszłoby do zsyłek na Syberię, nacjonalizacji przemysłu i kolektywizacji rolnictwa, ustanowienia państwowego ateizmu et cetera. W tamtej sytuacji pozostaje zatem trzecia możliwość. Trzeba było iść z Hitlerem na ZSRR. Jakby się to skończyło?
Doszłoby do tego, że w 1939 roku marszałek Rydz-Śmigły odebrałby Krzyż Żelazny I klasy na Placu Czerwonym w Moskwie. Do Polski trafiłyby Mińsk, Smoleńsk, Kijów i Odessa. Uzyskalibyśmy zatem dostęp do Morza Czarnego. Polska miałaby większe terytorium, przez co wzrosłaby jej ranga w regionie.
Teraz jakie są najczęstsze kontrargumenty? Bardzo często przywoływany jest przypadek Holocaustu. Krytycy uważają, że obozy masowej zagłady i tak powstałyby na terytorium Polski. Jest on sprzeczny z historyczną rzeczywistością. Jakoś u sojuszników Trzeciej Rzeszy Żydzi mieli się dobrze. Admirał Horthy sprzeciwił się masowym mordom Żydów. Generał Franco został po wojnie odznaczony Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. We Włoszech przeforsowano - i to pod wpływem Hitlera - antysemickie ustawy, jednak jakoś z tego kraju też bydlęce wagony nie podążały w kierunku obozów masowej zagłady. Ów kontrargument jest zatem niedorzeczny z czysto historycznego punktu widzenia. Pojawiają się również opinie, iż gdyby nawet doszło do rzezi, bylibyśmy oskarżani dzisiaj o współudział w Holocauście. Nie bierze to jednak złożoności zjawisk historycznych - swoistych efektów motyla. Nie wiadomo bowiem, czy do Szoah doszłoby. Decyzję o ostatecznym rozwiązaniu podjęto w końcu dopiero w Wannsee. Poza tym kto dzisiaj wypomina Węgrom, Finom, Rumunom czy Włochom walkę u boku Trzeciej Rzeszy, ergo związek z Holocaustem.
Drugim argumentem, który się bardzo często pojawia, to powoływanie się na Mein Kampf. To opus magnum nazizmu traktowane jest tutaj jako słowny wytrych. Ponieważ Hitler tak napisał, to tak się działo. Nikt jednak z powołujących się nie trzymał zapewne nigdy w ręku tej książki. Tam mamy do czynienia z gorzkimi żalami wobec Francji. Wątek wschodu pojawia się w zaledwie kilku linijkach. Przyszły przywódca Trzeciej Rzeszy atakuje tam zresztą... Czechów. Abstrahuję już od tego, że ze znienawidzonego przez siebie Marksa przepisywał całe akapity. Zapomina się tutaj zresztą, że podstawą nazizmu nie jest samo Mein Kampf. Zapomina się o Micie lat dwudziestych Rosenberga, który zresztą uważał, że droga do podboju świata po trupie Polski nie wiedzie. Sam Hitler po fakcie przyznał, że zajęcie terytoriów II RP było głupotą, ponieważ wymusiło na nim wojnę z ZSRR.
Przy tej okazji warto wspomnieć wątek "Polaków-podludzi". Jedną z klasycznych pozycji, na której został oparty cały nazizm, stanowiły Podstawy dziewiętnastego wieku Houstona Chamberlaina, angielskiego filozofa naturalizowanego w Niemczech. Polacy zostali tam zaliczeni do nordyków, więc do rasy stojącej najwyżej w tamtej hierarchii. Więcej, sam Hitler uznał swego czasu, że stanowimy najzdolniejszą nację, jaką Niemcy spotkali na swojej drodze. W razie ewentualnego sojuszu zostalibyśmy pewnie przez niemiecką propagandę potraktowani jak zabłąkany naród germański, potomków Gotów et cetera. Tak bowiem rzecz miała się z Goralenvolk.
Innym argumentem są przedwojenne relacje polsko-niemieckie. Sęk w tym, że najgorzej było przed rządami nazistów. Wówczas dochodziło do słynnych wojen celnych. Również wtedy Niemcy podpisali układ z ZSRR w Rapallo; bazy w Rosji zostały przez nich opuszczone do 1933 roku. Po dojściu Hitlera do władzy jakoś do takich rzeczy nie dochodziło.
Czy stracilibyśmy jakieś ziemie w wyniku dogadywania się z Trzecią Rzeszą? Oni by sobie wybudowali korytarz, no i byłoby po krzyku. Gdańsk przed wojną był zdominowany w 80% przez ludność niemiecką. My natomiast uzyskalibyśmy ziemie na wschodzie, w tym żyzną Ukrainę, strategiczny dostęp do Morza Czarnego. Do żadnych rewindykacji terytorialnych by nie doszło. Niemcy byli zainteresowani raczej inkorporacją państw bałtyckich - my wówczas mielibyśmy jeszcze znaczną część Litwy i port w Połądze.
Często powołuje się również potencjalną długowieczność nazizmu. Ten totalitaryzm miał jednak regionalny charakter w przeciwieństwie do komunizmu głoszącego internacjonalizm. Umarłby zatem razem z Hitlerem. Gdyby nawet Niemcom udałoby się podbić całą zachodnią Europę, to najprawdopodobniej takie państwo runęłoby z hukiem. Wziąć jeszcze trzeba pod uwagę czynniki ekonomiczne. Przecież Hitler najpierw uczynił każdego właściciela Betriebsfuehrer - kierownikiem produkcji. Po zwycięskiej wojnie bardzo prawdopodobne, że doszłoby do nacjonalizacji przemysłu i banków. Zapowiedziane to zostało zresztą w programie NSDAP z 1920 roku. Tam mówiono o nacjonalizacji trustów. Wówczas doszłoby do gospodarczej zapaści, co przyśpieszyłoby upadek takiego państwa. Przy tej okazji moglibyśmy sami trochę skorzystać terytorialnie.
Niestety, stało się inaczej. W wyniku wojny zginęło 6 milionów obywateli Polski. Zniszczona została inteligencja - naród polski został odgłowiony. Po wojnie natomiast przestaliśmy być samodzielnym podmiotem polityki międzynarodowej, stan ten utrzymuje się zresztą po dziś dzień. Śmiem twierdzić, że jako taka państwowość Polski skończyła się 1939 roku. Nie chcę być złym prorokiem, ale na stan obecny wątpię, czy uda się nam kiedyś ją odtworzyć.
środa, 16 września 2009
Ex occidente lux?
Pod tekstem Europaranoja dyskusja zeszła na boczny tor. Sam tekst dotyczył bezsensu przynależnictwa Polski do UE ze względu na bezustannie rozszerzające się kompetencje tego biurokratycznego molocha. Pojawiły się natomiast propozycje ewentualnych sojuszy. Broniłem tam opcji bliskowschodniej, co nie spotkało się ze szczególnym przyjęciem innych czytelników. Oni raczej chcieli dogadywać się z USA. Zanim przejdę ad rem wypadałoby kilka rzeczy wyjaśnić.
Pierwszą rzeczą jest polityczny realizm. Należy tak ustawiać międzynarodowe alianse, żebyśmy nie wyszli na nich jak Zabłocki na mydle. Co się dzieje natomiast obecnie? Jesteśmy na przykład w UE, musimy zatem znosić różne praktyki protekcjonistyczne Niemiec i Francji, tj. tamtejszego dominatu. Przykładem są tutaj dopłaty rolne, które istnieją tylko dlatego, żeby rolnictwo w kilku dużych krajach zachodniej Europy nie upadło. Poza tym często dostajemy połajanki zupełnie jak za Breżniewa o braku postępów jedynego prawdziwego ustroju socjalistycznego. Wymuszana jest na nas rozbudowa biurokracji. Tworzyć nawet musimy jakieś dziwne urzędy typu ministra do spraw równouprawnienia, prawdopodobnie po to, żeby różni seksualni zboczeńcy mieli gdzie uskarżać się na swój los. Nasz rozwój gospodarczy hamowany jest na szereg różnych sposobów - typu minimalne stawki VAT, ceł, akcyzy na paliwa. Powiedzieć można by: a po co nam taka organizacja, w której mówią nam, że tracimy okazję do siedzenia cicho (słynny casus Chiraca). Wstąpienie do UE, tak lansowane przez rodzimych quislingowców, okazało się być sprzeczne z jakimkolwiek naszym interesem. Nie było zatem działaniem politycznie realistycznym. Innym przykładem są tutaj nasze stosunki z USA. Też podchodzimy tutaj na kolanach. Zapominamy, że to taki dziwny pies, którym merda ogon - państewko wielkości województwa mazowieckiego, a przy okazji oczko w głowie tego supermocarstwa. A my co zrobiliśmy? Kupiliśmy latające gruchoty o wdzięcznej nazwie F16. Wysłaliśmy swoich żołnierzy do Iraku i Afganistanu: nic z tego nie mamy tak naprawdę. Mimo to różne żydowskie mafie - to i tak określenie eufemistyczne - żądają od nas 65 miliardów dolarów. Symbiontem USA jest Izrael, z którym to mamy najlepsze stosunki ze wszystkich państw europejskich. A w zamian nic. Przyjeżdżają do nas wycieczki z uzbrojonymi strażnikami tak, jakbyśmy byli ich protektoratem. Tak samo ciągle dostaje się nam na arenie międzynarodowej od antysemitów. Na wszystkich naszych dotychczasowych sojuszach wychodzimy zatem, jak Zabłocki na mydle. Były one tworzone z myślą nie o działaniu niepodległego państwa, tylko o podporządkowaniu się komuś większemu, kto miał nas gospodarczo ożywić, militarnie wzmocnić, a - kto wie - czy postępowej etyki nie narzucić.
Można mi zarzucić, że skoro krytykuję zarówno UE jak i USA, to jestem zwolennikiem opcji prorosyjskiej. Nieprawda. Rosjanie wiele zrobili, żeby wepchnąć nas w uzależnienie od Matuszki Rassiji. Swoistym przykładem ich geopolitycznego geniuszu było przyznanie nam ziem zachodnich przez Stalina zadekretowane w Teheranie. Miało to nas skonfliktować z Niemcami, a przez to wymusić alians z Rosją. Nie był to pomysł nowy. W czasie wojny domowej w Rosji został on wysunięty już przez admirała Kołczaka. Musimy jednak patrzeć na historię. Przecież Niemcy i Rosja przez tysiąc lat dążyły do podboju ziem Polski. Caryca Katarzyna jasno określiła plany Rosji. Należy zdobyć Polskę oraz cieśniny tureckie. Rosja będzie siłą rzeczy dążyć do tego, żeby nas od siebie uzależnić. Przykładem jest szantażowanie gazowym kurkiem. Dąży również, żebyśmy nie dywersyfikowali dostaw paliw kopalnych. Nic dziwnego, że pomysł ekipy AWS o rurociągu z Norwegii upadł, gdy tylko doszli do władzy postkomuniści. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił ówczesny premier Leszek Miller, to skuteczne pogrzebanie tego konceptu. A niby kto kierował postkomunistami?
Podstawą prowadzenia jakiejkolwiek polityki międzynarodowej jest posiadanie silnej armii. Już von Clausevitz mawiał, że wojna jest przedłużeniem dyplomacji. A czy obecni nasi tzw. sojusznicy pozwoliliby nam na to? Wątpię. Nasze sojusze to bowiem alianse wilka z owcą. Gdybyśmy stwierdzili, że chcemy mieć armię pół miliona ludzi, a do tego ludowe komitety oporu w każdej gminie, oni doprowadziliby do upadku tego pomysłu. W ich interesie nie jest zatem, żebyśmy byli bardzo mocni - mówię tutaj zarówno o USA, Rosji, Niemczech. Oni chcą, żebyśmy chodzili grzecznie na smyczy, a nie zagrażali ich partykularnym interesom.
W takim układzie, co nam pozostaje?
Wspominałem o opcji bliskowschodniej, czyli sojuszu z Turcją i Iranem. Z tym drugim należałoby w tym celu wznowić stosunki dyplomatyczne. Istotną zaletą jest tutaj uniezależnienie się od surowców energetycznych z Rosji. Państwa te siedzą bowiem na ropie i gazie. Można by zatem stamtąd pociągnąć rurociąg przez Azję Mniejszą i Bałkany. Wówczas Kreml nie będzie mógł nas szantażować zakręceniem gazowego kurka. A to jest już bardzo dużo.
W drugą stronę podpisać należy układy handlowe i gospodarcze. Iran to kraj o gospodarce w dużej mierze państwowej, jednak ilość zagranicznych inwestycji w nim rośnie. Powinien zgodzić się zatem wpuścić naszych przedsiębiorców. Poza tym można by im sprzedawać technologie militarne oraz broń. Pozwoli to również Rosję szachować na gruncie geopolityki i pozbawiać to co raz bardziej upadłe państwo wpływów na Kaukazie i w Azji Środkowej.
Państwom w tamtym regionie również powinno zależeć na takim sojuszu. A dlaczego? Rosjanie wyznają teorię geopolityczną McKindera o Heartlandzie. Wynika z niej, że jeżeli ktoś chce władać światem, musi najpierw podbić Azję Środkową. Jeżeli tym państwom zależy na niepodległości, to raczej powinny być nastawione antyrosyjsko. Turcji i Iranowi poza tym zależy, żeby odzyskać wpływy na Kaukazie.
Z drugiej strony my będziemy mogli rozbudować armię. Nikt nam nie będzie mógł tego zabronić. Nasi sojusznicy ze względu na militarne kontrakty będą z tego powodu zadowoleni.
Jakie są najczęstsze kontargumenty wobec takiego przeorientowania polskiej polityki zagranicznej? Zwraca się uwagę tutaj na fundamentalizm islamski w Iranie. Ale co to ma do rzeczy? Czy tym osobom nie przeszkadza ateistyczny fundamentalizm zachodniej Europy? Przecież to jest niekonsekwencja w rozumowaniu. Widzą również w islamie zagrożenie dla zachodniej cywilizacji. Dodam, że ja żadnego nie widzę. Nas powinno cieszyć, jak ochoczo wrogie nam państwa zachodniej Europy zakładają sobie pętlę na szyję. Płacz nad ich losem, który ściągnęli na siebie obyczajowym zepsuciem, jest całkowicie irracjonalny. Tak więc podstawowy argument islamizmu tutaj pada. Niby również w celach kontraktów na dostarczanie surowców energetycznych nie ma potrzeby zawiązywania aliansów. My jednak jesteśmy obecnie państwem słabym i innej możliwości tutaj nie ma.
Wiara w jakieś ex occidente lux jest zatem słabo podbudowana. Z tamtej strony nie spotkało nas nigdy nic dobrego. O pewnych sytuacjach można wręcz powiedzieć, że "wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły". Spodziewać się jednak po obecnych quislingowcach krzty myślenia w kategoriach realizmu politycznego oraz interesu państwa to jeszcze dobitniejszy przykład myślenia życzeniowego.
Pierwszą rzeczą jest polityczny realizm. Należy tak ustawiać międzynarodowe alianse, żebyśmy nie wyszli na nich jak Zabłocki na mydle. Co się dzieje natomiast obecnie? Jesteśmy na przykład w UE, musimy zatem znosić różne praktyki protekcjonistyczne Niemiec i Francji, tj. tamtejszego dominatu. Przykładem są tutaj dopłaty rolne, które istnieją tylko dlatego, żeby rolnictwo w kilku dużych krajach zachodniej Europy nie upadło. Poza tym często dostajemy połajanki zupełnie jak za Breżniewa o braku postępów jedynego prawdziwego ustroju socjalistycznego. Wymuszana jest na nas rozbudowa biurokracji. Tworzyć nawet musimy jakieś dziwne urzędy typu ministra do spraw równouprawnienia, prawdopodobnie po to, żeby różni seksualni zboczeńcy mieli gdzie uskarżać się na swój los. Nasz rozwój gospodarczy hamowany jest na szereg różnych sposobów - typu minimalne stawki VAT, ceł, akcyzy na paliwa. Powiedzieć można by: a po co nam taka organizacja, w której mówią nam, że tracimy okazję do siedzenia cicho (słynny casus Chiraca). Wstąpienie do UE, tak lansowane przez rodzimych quislingowców, okazało się być sprzeczne z jakimkolwiek naszym interesem. Nie było zatem działaniem politycznie realistycznym. Innym przykładem są tutaj nasze stosunki z USA. Też podchodzimy tutaj na kolanach. Zapominamy, że to taki dziwny pies, którym merda ogon - państewko wielkości województwa mazowieckiego, a przy okazji oczko w głowie tego supermocarstwa. A my co zrobiliśmy? Kupiliśmy latające gruchoty o wdzięcznej nazwie F16. Wysłaliśmy swoich żołnierzy do Iraku i Afganistanu: nic z tego nie mamy tak naprawdę. Mimo to różne żydowskie mafie - to i tak określenie eufemistyczne - żądają od nas 65 miliardów dolarów. Symbiontem USA jest Izrael, z którym to mamy najlepsze stosunki ze wszystkich państw europejskich. A w zamian nic. Przyjeżdżają do nas wycieczki z uzbrojonymi strażnikami tak, jakbyśmy byli ich protektoratem. Tak samo ciągle dostaje się nam na arenie międzynarodowej od antysemitów. Na wszystkich naszych dotychczasowych sojuszach wychodzimy zatem, jak Zabłocki na mydle. Były one tworzone z myślą nie o działaniu niepodległego państwa, tylko o podporządkowaniu się komuś większemu, kto miał nas gospodarczo ożywić, militarnie wzmocnić, a - kto wie - czy postępowej etyki nie narzucić.
Można mi zarzucić, że skoro krytykuję zarówno UE jak i USA, to jestem zwolennikiem opcji prorosyjskiej. Nieprawda. Rosjanie wiele zrobili, żeby wepchnąć nas w uzależnienie od Matuszki Rassiji. Swoistym przykładem ich geopolitycznego geniuszu było przyznanie nam ziem zachodnich przez Stalina zadekretowane w Teheranie. Miało to nas skonfliktować z Niemcami, a przez to wymusić alians z Rosją. Nie był to pomysł nowy. W czasie wojny domowej w Rosji został on wysunięty już przez admirała Kołczaka. Musimy jednak patrzeć na historię. Przecież Niemcy i Rosja przez tysiąc lat dążyły do podboju ziem Polski. Caryca Katarzyna jasno określiła plany Rosji. Należy zdobyć Polskę oraz cieśniny tureckie. Rosja będzie siłą rzeczy dążyć do tego, żeby nas od siebie uzależnić. Przykładem jest szantażowanie gazowym kurkiem. Dąży również, żebyśmy nie dywersyfikowali dostaw paliw kopalnych. Nic dziwnego, że pomysł ekipy AWS o rurociągu z Norwegii upadł, gdy tylko doszli do władzy postkomuniści. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił ówczesny premier Leszek Miller, to skuteczne pogrzebanie tego konceptu. A niby kto kierował postkomunistami?
Podstawą prowadzenia jakiejkolwiek polityki międzynarodowej jest posiadanie silnej armii. Już von Clausevitz mawiał, że wojna jest przedłużeniem dyplomacji. A czy obecni nasi tzw. sojusznicy pozwoliliby nam na to? Wątpię. Nasze sojusze to bowiem alianse wilka z owcą. Gdybyśmy stwierdzili, że chcemy mieć armię pół miliona ludzi, a do tego ludowe komitety oporu w każdej gminie, oni doprowadziliby do upadku tego pomysłu. W ich interesie nie jest zatem, żebyśmy byli bardzo mocni - mówię tutaj zarówno o USA, Rosji, Niemczech. Oni chcą, żebyśmy chodzili grzecznie na smyczy, a nie zagrażali ich partykularnym interesom.
W takim układzie, co nam pozostaje?
Wspominałem o opcji bliskowschodniej, czyli sojuszu z Turcją i Iranem. Z tym drugim należałoby w tym celu wznowić stosunki dyplomatyczne. Istotną zaletą jest tutaj uniezależnienie się od surowców energetycznych z Rosji. Państwa te siedzą bowiem na ropie i gazie. Można by zatem stamtąd pociągnąć rurociąg przez Azję Mniejszą i Bałkany. Wówczas Kreml nie będzie mógł nas szantażować zakręceniem gazowego kurka. A to jest już bardzo dużo.
W drugą stronę podpisać należy układy handlowe i gospodarcze. Iran to kraj o gospodarce w dużej mierze państwowej, jednak ilość zagranicznych inwestycji w nim rośnie. Powinien zgodzić się zatem wpuścić naszych przedsiębiorców. Poza tym można by im sprzedawać technologie militarne oraz broń. Pozwoli to również Rosję szachować na gruncie geopolityki i pozbawiać to co raz bardziej upadłe państwo wpływów na Kaukazie i w Azji Środkowej.
Państwom w tamtym regionie również powinno zależeć na takim sojuszu. A dlaczego? Rosjanie wyznają teorię geopolityczną McKindera o Heartlandzie. Wynika z niej, że jeżeli ktoś chce władać światem, musi najpierw podbić Azję Środkową. Jeżeli tym państwom zależy na niepodległości, to raczej powinny być nastawione antyrosyjsko. Turcji i Iranowi poza tym zależy, żeby odzyskać wpływy na Kaukazie.
Z drugiej strony my będziemy mogli rozbudować armię. Nikt nam nie będzie mógł tego zabronić. Nasi sojusznicy ze względu na militarne kontrakty będą z tego powodu zadowoleni.
Jakie są najczęstsze kontargumenty wobec takiego przeorientowania polskiej polityki zagranicznej? Zwraca się uwagę tutaj na fundamentalizm islamski w Iranie. Ale co to ma do rzeczy? Czy tym osobom nie przeszkadza ateistyczny fundamentalizm zachodniej Europy? Przecież to jest niekonsekwencja w rozumowaniu. Widzą również w islamie zagrożenie dla zachodniej cywilizacji. Dodam, że ja żadnego nie widzę. Nas powinno cieszyć, jak ochoczo wrogie nam państwa zachodniej Europy zakładają sobie pętlę na szyję. Płacz nad ich losem, który ściągnęli na siebie obyczajowym zepsuciem, jest całkowicie irracjonalny. Tak więc podstawowy argument islamizmu tutaj pada. Niby również w celach kontraktów na dostarczanie surowców energetycznych nie ma potrzeby zawiązywania aliansów. My jednak jesteśmy obecnie państwem słabym i innej możliwości tutaj nie ma.
Wiara w jakieś ex occidente lux jest zatem słabo podbudowana. Z tamtej strony nie spotkało nas nigdy nic dobrego. O pewnych sytuacjach można wręcz powiedzieć, że "wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły". Spodziewać się jednak po obecnych quislingowcach krzty myślenia w kategoriach realizmu politycznego oraz interesu państwa to jeszcze dobitniejszy przykład myślenia życzeniowego.
Etykiety:
Bliski Wschód,
Heartland,
Iran,
Izrael,
polityka międzynarodowa,
Polska,
sojusze,
Turcja,
UE,
USA
wtorek, 8 września 2009
Europaranoja
Przez kilkadziesiąt lat żyliśmy pod butem Wielkiego Brata ze wschodu. Gdy ZSRR upadł, a blok komunistyczny rozleciał się, była szansa, żeby nasz kraj rozpoczął samodzielny żywot. Niestety, została ona zmarnotrawiona. Do władzy doszli tutejsi odpowiednicy Widkuna Quislinga. Nie potrafili sobie oni wyobrazić, że Polska może być silnym, suwerennym i niezależnym państwem. Więcej, jeden z nich, profesor-co-nie-ma-nawet-magistra Władysław Bartoszewski, twierdził, iż jesteśmy brzydką panną bez posagu. Ich zdaniem musieliśmy być komuś podporządkowani. Zostali w końcu tak nauczeni przez kilkadziesiąt lat komunizmu. Kiedyś była Moskwa, coś teraz musi ojczyznę wszystkich partyjnych zastąpić. No i stało się... nasi rodzimi quislingowcy wpakowali nas do Związku Socjalistycznych Republik Europejskich potocznie nazywanym Unią Europejską. W 2003 roku przekonywali nas wizją krainy mlekiem i miodem płynącą. Postraszyli jeszcze ciemny lud, że jak się w ZSRE... przepraszam UE... nie znajdziemy, to znajdziemy się z powrotem w strefie wpływów Rosji. W referendum ponad 70% opowiedziało się za obecnością Polski w UE. Anschluss dokonał się 1 maja 2004 roku. Do tej pory pamiętam, jakie Bizancjum wyprawiła wtedy publiczna telewizja. Odliczali do północy zupełnie jak w oczekiwaniu na nowy rok podczas sylwestrowej imprezy. Miała się zacząć Nowa Era...
Co my natomiast mamy? UE mnoży głupie przepisy. Przykładem jest niemożność ubicia prosiaka oraz jego spożycia. W końcu mięso nie przeszło przez trychinoskopię. Wycofano rtęciowe termometry - usprawiedliwiano to troską o środowisko naturalne. Nic jednak bardziej nie niszczy przyrody jak wymysły ekologistycznych lobby oraz wielkich korporacji, które takich pożytecznych idiotów zatrudniają. Tak jak wycina się lasy pod uprawy roślin oleistych - w końcu pogrobowcy neomaltuzjanizmu i eugeniki wymarzyli sobie biopaliwa - tak UE pod ich dyktando zabroniła dystrybucji stuwatowych żarówek. Zamiast tego mają być stosowane energooszczędne świetlówki. Teraz mamy do czynienia z ciekawą sprawą? Zabroniono klasycznych termometrów rtęciowych, bo rtęć w nich zawarta jest szkodliwa dla wszystkiego, co żyje. Ciekawe tylko, że nie pamiętali o tym pierwiastku w świetlówkach. Ktoś w Brukseli musiał wziąć zatem niezłą łapówkę. To tylko skromny przykład piramidalnych absurdów, jakie wychodzą od brukselskich urzędników.
Musimy na przykład powołać jakiegoś ministra ds. dyskryminacji, ponieważ tak nakazuje unijne prawo. Ale w Polsce mamy już urzędów tego typu około dwudziestu. W obecnych warunkach można by to zredukować spokojnie o połowę. Po co nam zatem kolejny? Dokonując reductio ad absurdum, należy się zastanowić, kiedy Moskwa bis w postaci Brukseli nakaże nam powołanie ministra ds. równego statusu ludzi, małp człekokształtnych i waleni...
Niektórzy do tej pory myślą, że UE wesprze liberalizację gospodarki w Polsce. Oni się grubo mylą. Więcej, nie wiem, jak można jednocześnie chwalić wolny rynek jako najlepszy mechanizm dystrybucji oraz opowiadać się za przynależnością Polski do UE. Ciężko o taki przypadek schizofrenii. Z drugiej strony mało jest na świecie tak antyrynkowych organizacji jak UE. Przecież to wszystko to zwykły międzynarodowy socjalizm. Użyć można mocniejszego określenia: to trockizm. Na wszystko są produkcyjne normy. Nawet warzywa muszą mieć odpowiednie rozmiary. Dotowane są różne podmioty gospodarcze, co już samo w sobie jest zaprzeczeniem idei wolnego rynku. W dodatku UE narzuca minimalne normy akcyz, podatków VAT czy ceł. Ingeruje zatem w politykę fiskalną państw członkowskich. Gdybyśmy znieśli na przykład akcyzę na paliwa, to centrala zapewne by się na nas obraziła, no i naliczono by nas karę za to wielkie przewinienie zdaniem tamtejszej biurokracji. Tak samo stałoby się, gdybyśmy zrobili za niski VAT bądź wprowadzili obrotowy. Nie mówię już o realizacji projektów bardziej skrajnych, jak sprywatyzowanie wszystkich państwowych przedsiębiorstw oraz do tego całego socjalu oraz ograniczenia fiskalizmu do kilku najprostszych podatków. W obecnej sytuacji to jest niemożliwe.
Wspomnieć wypada jeszcze o standardowym projekcie ZSRE w postaci euro. Nie zdaje on egzaminu. Pokazał to ostatnio kryzys gospodarczy. Kraje, które przyjęły wspólną walutę albo dopasowały do niej kurs, bardzo mocno go odczuły. Prowadzi również do ogólnej drożyzny - Niemcy zwykli mówić na ten pieniądz teuro. Pamiętne były też wycieczki Słowaków nawet spod węgierskiej granicy do sklepów po polskiej stronie. A nasi "ekonomiczni geniusze" bez przerwy naciskają, aby przyjąć tą walutę.
Niektórzy do prorynkowych działań UE mogą zaliczać naciskanie na nasz kraj w sprawie stoczni. To była jednak forma protekcjonizmu. Niemcy i Francja chciały uchronić swoje państwowe zakłady w tej branży, które tam mocno drenują budżet. Polityk prawicowy z prawdziwego zdarzenia nie potrzebowałby natomiast żadnych zachęt ani nacisków. Uznałby, że państwowe przedsiębiorstwa są nierentowne, kosztowne et cetera, no i sprywatyzował je. UE nie wypada inaczej określać niż eurokomuna. Mamy w niej do czynienia z centralnym planowaniem gospodarki. Swojego czasu była mowa o strategii lizbońskiej, wedle której ZSRE miał dogonić Stany Zjednoczone do 2010 roku. Jednak tak się nie stało. Interwencjonizmem się jednak w tej materii nic nie wskóra. Ten pomnik pychy lewicy, parafrazując słowa Margaret Thatcher, prędzej sam zacznie niedomagać. Tak bowiem się kończy wszelki socjalizm: wali się pod własnym ciężarem.
Do mitów należy równość państw w ZSRE. Tam pierwsze skrzypce grają Niemcy i Francja, wszystko zatem musi iść po ich myśli. UE służy do niczego innego, jak załatwiania przez nie własnych interesów. Mniej znaczni od niemiecko-francuskiego dominatu muszą się mu bezwzględnie podporządkować.
Jednym z koronnych argumentów zwolenników wstąpienia do UE był strach przed Matuszką Rassiją. A czy ZSRE nas przed nim chroni. Gdyby Niemcy i Rosja umówiły się odnośnie tego, żeby nas podzielić między siebie, to nikt by im nie przeszkodził. Argument o rosyjskim niebezpieczeństwie jest zatem co najmniej niedorzeczny. Więcej, nie wiadomo, czym sama UE jest podszyta. Swojego czasu Władimir Bukowski wspominał, że to projekt realizowany przez rosyjskich agentów. Tak więc z deszczu pod rynnę...
Co zatem powinna zrobić rozsądna władza w Polsce? Związek Socjalistycznych Republik Europejskich powinniśmy opuścić. Z obecności w nim nic dobrego nie wynika. Więcej, dostajemy ciągłe połajanki o braku postępów w budowie jedynego prawdziwego socjalistycznego ustroju. Tym bardziej trzeba tak poczynić. Wówczas będzie można przeprowadzić rozsądne reformy państwa, w tym uwolnienie gospodarki i likwidację znacznej części biurokracji.
Nikt się na to jednak nie zdecyduje. Będziemy się co raz bardziej pogrążać w zalewie międzynarodowego socjalizmu, libertynizmu i politycznej poprawności. Wielu z nas myśli, że złapali Pana Boga za nogi przynależnictwem Polski do ZSRE. Ogarnęła nas - od szczytów władzy po szarych obywateli - europaranoja!
Co my natomiast mamy? UE mnoży głupie przepisy. Przykładem jest niemożność ubicia prosiaka oraz jego spożycia. W końcu mięso nie przeszło przez trychinoskopię. Wycofano rtęciowe termometry - usprawiedliwiano to troską o środowisko naturalne. Nic jednak bardziej nie niszczy przyrody jak wymysły ekologistycznych lobby oraz wielkich korporacji, które takich pożytecznych idiotów zatrudniają. Tak jak wycina się lasy pod uprawy roślin oleistych - w końcu pogrobowcy neomaltuzjanizmu i eugeniki wymarzyli sobie biopaliwa - tak UE pod ich dyktando zabroniła dystrybucji stuwatowych żarówek. Zamiast tego mają być stosowane energooszczędne świetlówki. Teraz mamy do czynienia z ciekawą sprawą? Zabroniono klasycznych termometrów rtęciowych, bo rtęć w nich zawarta jest szkodliwa dla wszystkiego, co żyje. Ciekawe tylko, że nie pamiętali o tym pierwiastku w świetlówkach. Ktoś w Brukseli musiał wziąć zatem niezłą łapówkę. To tylko skromny przykład piramidalnych absurdów, jakie wychodzą od brukselskich urzędników.
Musimy na przykład powołać jakiegoś ministra ds. dyskryminacji, ponieważ tak nakazuje unijne prawo. Ale w Polsce mamy już urzędów tego typu około dwudziestu. W obecnych warunkach można by to zredukować spokojnie o połowę. Po co nam zatem kolejny? Dokonując reductio ad absurdum, należy się zastanowić, kiedy Moskwa bis w postaci Brukseli nakaże nam powołanie ministra ds. równego statusu ludzi, małp człekokształtnych i waleni...
Niektórzy do tej pory myślą, że UE wesprze liberalizację gospodarki w Polsce. Oni się grubo mylą. Więcej, nie wiem, jak można jednocześnie chwalić wolny rynek jako najlepszy mechanizm dystrybucji oraz opowiadać się za przynależnością Polski do UE. Ciężko o taki przypadek schizofrenii. Z drugiej strony mało jest na świecie tak antyrynkowych organizacji jak UE. Przecież to wszystko to zwykły międzynarodowy socjalizm. Użyć można mocniejszego określenia: to trockizm. Na wszystko są produkcyjne normy. Nawet warzywa muszą mieć odpowiednie rozmiary. Dotowane są różne podmioty gospodarcze, co już samo w sobie jest zaprzeczeniem idei wolnego rynku. W dodatku UE narzuca minimalne normy akcyz, podatków VAT czy ceł. Ingeruje zatem w politykę fiskalną państw członkowskich. Gdybyśmy znieśli na przykład akcyzę na paliwa, to centrala zapewne by się na nas obraziła, no i naliczono by nas karę za to wielkie przewinienie zdaniem tamtejszej biurokracji. Tak samo stałoby się, gdybyśmy zrobili za niski VAT bądź wprowadzili obrotowy. Nie mówię już o realizacji projektów bardziej skrajnych, jak sprywatyzowanie wszystkich państwowych przedsiębiorstw oraz do tego całego socjalu oraz ograniczenia fiskalizmu do kilku najprostszych podatków. W obecnej sytuacji to jest niemożliwe.
Wspomnieć wypada jeszcze o standardowym projekcie ZSRE w postaci euro. Nie zdaje on egzaminu. Pokazał to ostatnio kryzys gospodarczy. Kraje, które przyjęły wspólną walutę albo dopasowały do niej kurs, bardzo mocno go odczuły. Prowadzi również do ogólnej drożyzny - Niemcy zwykli mówić na ten pieniądz teuro. Pamiętne były też wycieczki Słowaków nawet spod węgierskiej granicy do sklepów po polskiej stronie. A nasi "ekonomiczni geniusze" bez przerwy naciskają, aby przyjąć tą walutę.
Niektórzy do prorynkowych działań UE mogą zaliczać naciskanie na nasz kraj w sprawie stoczni. To była jednak forma protekcjonizmu. Niemcy i Francja chciały uchronić swoje państwowe zakłady w tej branży, które tam mocno drenują budżet. Polityk prawicowy z prawdziwego zdarzenia nie potrzebowałby natomiast żadnych zachęt ani nacisków. Uznałby, że państwowe przedsiębiorstwa są nierentowne, kosztowne et cetera, no i sprywatyzował je. UE nie wypada inaczej określać niż eurokomuna. Mamy w niej do czynienia z centralnym planowaniem gospodarki. Swojego czasu była mowa o strategii lizbońskiej, wedle której ZSRE miał dogonić Stany Zjednoczone do 2010 roku. Jednak tak się nie stało. Interwencjonizmem się jednak w tej materii nic nie wskóra. Ten pomnik pychy lewicy, parafrazując słowa Margaret Thatcher, prędzej sam zacznie niedomagać. Tak bowiem się kończy wszelki socjalizm: wali się pod własnym ciężarem.
Do mitów należy równość państw w ZSRE. Tam pierwsze skrzypce grają Niemcy i Francja, wszystko zatem musi iść po ich myśli. UE służy do niczego innego, jak załatwiania przez nie własnych interesów. Mniej znaczni od niemiecko-francuskiego dominatu muszą się mu bezwzględnie podporządkować.
Jednym z koronnych argumentów zwolenników wstąpienia do UE był strach przed Matuszką Rassiją. A czy ZSRE nas przed nim chroni. Gdyby Niemcy i Rosja umówiły się odnośnie tego, żeby nas podzielić między siebie, to nikt by im nie przeszkodził. Argument o rosyjskim niebezpieczeństwie jest zatem co najmniej niedorzeczny. Więcej, nie wiadomo, czym sama UE jest podszyta. Swojego czasu Władimir Bukowski wspominał, że to projekt realizowany przez rosyjskich agentów. Tak więc z deszczu pod rynnę...
Co zatem powinna zrobić rozsądna władza w Polsce? Związek Socjalistycznych Republik Europejskich powinniśmy opuścić. Z obecności w nim nic dobrego nie wynika. Więcej, dostajemy ciągłe połajanki o braku postępów w budowie jedynego prawdziwego socjalistycznego ustroju. Tym bardziej trzeba tak poczynić. Wówczas będzie można przeprowadzić rozsądne reformy państwa, w tym uwolnienie gospodarki i likwidację znacznej części biurokracji.
Nikt się na to jednak nie zdecyduje. Będziemy się co raz bardziej pogrążać w zalewie międzynarodowego socjalizmu, libertynizmu i politycznej poprawności. Wielu z nas myśli, że złapali Pana Boga za nogi przynależnictwem Polski do ZSRE. Ogarnęła nas - od szczytów władzy po szarych obywateli - europaranoja!
Etykiety:
absurd na kółkach,
Anschluss,
ekologizm,
europeizm,
międzynarodowy socjalizm,
Polska,
quislingowcy,
wolny rynek,
ZSRE
niedziela, 6 września 2009
Militaryzm formą pragmatyzmu
Czasem się zastanawiam, jaka jest największa głupota obecnej epoki. Mam różnych faworytów. Ekologizm, feminizm, internacjonalizm, demokratyzm, gloryfikacja "postępu" rozumianego jako światopoglądowa progresja... to są jednak tylko nieliczne z nich. Są one owszem szkodliwe i niebezpieczne, ale nie jest to połowa możliwej szkodliwości innej ideologii. To jest pacyfizm. Powiedziałbym nawet dosadniej: ten pogląd powinien startować w konkursie na największe głupstwo wszystkich epok od kamienia łupanego aż po dzisiejszy dzień. A dlaczego? Jest to bowiem pogląd zakładający myślenie życzeniowe i wywodzący się antropologicznego pozytywizmu. Wynika również z niezrozumienia historii oraz natury oddziaływań między państwami.
Wystarczy popatrzeć na zamierzchłe dzieje. Mamy tam różne wojny od niepamiętnych czasów. Z tego wynika zatem, że konflikty zbrojeniowe są nie do uniknięcia. Kiedyś znowu dojdzie do wojny, a my nawet nie wiemy kiedy to może nastąpić. Pacyfizm jest zatem nie do obrony, jeżeli się weźmie samą historię. Spojrzeć na tą kwestię należy również z innej strony. Co należy zatem przeciwstawić temu idealizmowi? Pragmatyzm w postaci militaryzmu. Si vis pacem, para bellum - na to też trzeba zwracać uwagę. Tutaj ujawniają się inne kwestie. Państwa bowiem mają swoje interesy geopolityczne. Będą zatem na danym obszarze dążyły do dominacji. Ich interesy będą ścierać. Doprowadzi to ostatecznie do konfliktu zbrojeniowego, no i kto na tym wyjdzie zwycięsko? Państwo bez silnej armii albo zostanie podbite przez sąsiadów, albo bardzo mocno terytorialnie okrojone. Wówczas może stać się de facto czyimś protektoratem; kto inny będzie rozdawać mu karty. Tak więc posiadanie silnej i potężnej armii daje szansę na to, że dłużej w danym miejscu będzie panować pokój. Silnego nie opłaca się atakować, ponieważ można przegrać lub doświadczyć pyrrusowego zwycięstwa. Zniszczenia i straty w ludności mogą bardzo mocno osłabić państwo i uczynić je podatnym na atak jeszcze innego sąsiada. Pamiętać jeszcze tutaj należy o innej zasadzie. Wojna jest przedłużeniem dyplomacji - tak mawiał von Clausevitz. Jeżeli inne państwa mają u nas do załatwienia jakieś interesy i bardzo im na tym zależy, istnieje duże prawdopodobieństwo, że doprowadzą do wojny w danym odcinku czasu. Należy to mieć na baczności i dbać o silną armię. Na razie rozważamy sytuacje, kiedy nasze państwo będzie zagrożone. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy nasi przeciwnicy są bardzo słabi. Co wówczas należy zrobić? Należy ich napaść - albo ich podbić, albo zagarnąć znaczne ziemie i w ten sposób doprowadzić do marginalizacji. Jakiś pięknoduch może się tutaj burzyć: jak to, przecież to wszystko niehumanitarne, nieludzkie...! Taka osoba nie bierze jednak pod uwagę, że w przyszłości role mogłyby się odwrócić. To my moglibyśmy stać się ofiarą państw ościennych. Tak więc tego typu wojna, stanowi tak naprawdę uprzedzenie ataku. Oddziaływania na poziomie międzypaństwowym to tak naprawdę czysty darwinizm. Są silniejsi oraz słabi, a ci pierwsi bezwzględnie wykorzystują tych drugich. Kiedyś ktoś zadał mi pytanie, co bym zrobił, jakby Niemcy nagle nie mieli armii. Odpowiedziałem, że odebrałbym im należność - resztkę Pomorza i Łużyce. Mój interlokutor był oburzony, gdy usłyszał taką odpowiedź. Moja reakcja na to była następująca: Niemcy w nieco innych uwarunkowaniach zrobiliby dokładnie to samo z nami. Tak samo, gdyby na skutek najazdu Chińczyków upadła Rosja, a wszystkie organizmy państwowe na wschód od nas uległyby dekonstrukcji, nalezałoby tam wrócić i ustanowić Rzeczpospolitą między dwoma morzami.
Jak spojrzymy na historię Polski ostatnich dwudziestu lat, okazuje się, że żaden rząd nie rozumiał tych prostych zasad niezmiennych od tysięcy lat istnienia cywilizacji. Morał z tego taki, że byliśmy rządzeni przez zwykłych quislingowców. Władzę wykorzystywali oni do tego, żeby napchać sobie mocno kieszenie. Nic nie robiono w kierunku tego, aby nasz kraj liczył się na świecie. Więcej, z jednego protektoratu wciągnęliśmy się w następny. Kiedyś była Moskwa, ojczyzna wszystkich partyjnych według Moczara. Teraz mamy Brukselę. Wedle naszych elit politycznych, ojczyznę pięknoduchów nie rozumiejących prawideł wyżej przeze mnie wyjaśnionych. Za to są w tej Unii Europejskiej państwa, które je doskonale rozumieją.
Zdaniem quislingowca Bartoszewskiego jako brzydka panna bez posagu mieliśmy się ładnie uśmiechać. Tak wyglądała w zasadzie przez minione dwadzieścia lat polityka zagraniczna Polski. Do wszystkich mizdrzyliśmy się i nikt nas jako poważnego partnera nie mógł nawet traktować. Z mięczakami bowiem się nie dyskutuje, tylko mówi im się, co mają robić. Elity polityczne w Polsce zapomniały, co jest tak naprawdę podstawą prowadzenia jakiejkolwiek polityki zagranicznej. A to stanowi nic innego jak silna armia. Nie sztuka mieć kordon ładnie uśmiechających się dyplomatów do wszystkich stąd do Timbuktu. Jak się nie ma potężnej armii, nie jest się traktowanym przez nikogo poważnie. Tak cały czas z nami jest. Dla krajów takich jak Francja, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, a nawet lilipuci Izrael jesteśmy nic nie znaczącym państwem typu Bhutanu czy Lesotho. Nie mamy co się tutaj łudzić, tak po prostu jest. A przecież nasze państwo jest dosyć duże, zamieszkane jest przez prawie 40 milionów ludzi... a silniejsza od nas militarnie jest taka Białoruś Łukaszenki. Jego czołgi spokojnie dotarłyby do Warszawy. Za ten katastrofalny stan rzeczy odpowiadają wszystkie rządy od 1989 roku.
Zapomniano również w jakim newralgicznym miejscu w Europie Polska się znajduje. Kiedyś był satyryczny rysunek Mleczki, na którym Bóg stwierdził: "A Polakom zrobię żart. Umieszczę nich między Niemcami a Rosjanami". Przez tysiąc lat obydwa te państwa chciały nas podbić. Znajdowaliśmy się między Scyllą i Charybdą. Historia się jednak nie skończyła. W ciągu kilkudziesięciu lat nie odpłynęliśmy gdzieś bardzo daleko od Rosji i Niemiec. Dryf kontynentów tak szybko nie postępuje. Może od wschodniej strony mamy teraz szereg niepodległych państw - Litwa, Białoruś, Ukraina. Jak długo jednak ten stan rzeczy będzie się utrzymywać. Pamiętać musimy też, że Białoruś jest tak naprawdę autonomiczną prowincją Rosji. Nie wiadomo też, jak się potoczy historia z Ukrainą. Bardzo prawdopodobne, że też wróci pod rosyjską kuratelę. Tak więc nie ma czegoś takiego, jak strefa buforowa. Za Bugiem mamy żywioł wszechruski. Za Odrą - z kolei Niemcy, które nie zrzekły się pretensji do swoich dawnych zachodnich ziem takich jak Śląsk, Pomorze czy Wielkopolska. Co należy zatem zrobić, żeby zapobiec atakowi tych dwóch sił, być może jednoczesnemu i kolejnemu rozbiorowi Polski (lub realizacji projektu Mitteleuropy)? Należy tutaj mieć silną armię, która będzie zdolna wyrzucić z terenów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej agresorów. Więcej, gdy będziemy mieć takową, oni zaczną z nami inaczej rozmawiać. Teraz jesteśmy traktowani przezeń jak popychadło. Wówczas będa musieli patrzeć na nas, jak na kraj zdolny wyrządzić im wymierne szkody.
Jak zatem należy zorganizować armię? Jej trzon powinni stanowić zawodowcy w liczebności od trzystu tysięcy do pół miliona. Liczba ta powinna zostać zapisana w konstytucji, aby jakimś reformatorom nie przyszło do głowy w przyszłości ograniczać liczby żołnierzy. Obecne 120 tysięcy, a w praktyce 90 tys. nie jest w stanie stawić czoła agresorom, choćby dysponowało najlepszym sprzętem. Armia kilka razy bardziej liczebna dopiero może coś wskórać.
Uważam, że do poboru w takiej formie, jak to się do niedawna odbywało, należy zrezygnować. Zamiast tego, powinno się zwiększyć dostęp cywili do broni palnej. Powołana powinna zostać armia obywatelska, w której służyłby każdy dorosły mężczyzna do 50 roku życia. Dwa razy w roku - w lecie i w zimie - regionalny oddział musiałby odbyć tygodniowe ćwiczenia w terenie. Czy w takiej sytuacji ktokolwiek by nas chciał zaatakować? Musiałby się liczyć z niesamowitym oporem.
Powinniśmy wyposażyć się również w pewne rzeczy, które obecnie decydują o tym, kto jest duży i silny. Wyposażyć się zatem należy w broń masowego rażenia - atomową, biologiczną i chemiczną. W tym celu Ministerstwo Obrony Narodowej powinno powołać stosowną agencję, która by się takimi projektami zajmowała. Pamiętać jeszcze należy, że nie ma bardziej pacyfistycznego narzędzia niż bomba atomowa. Wyposażenie się w broń tego typu oddali groźbę wojny. Inaczej również będą patrzeć na nas inne państwa. Nie będziemy państwem znaczącym tyle, co Bhutan, tylko dużym graczem w regionie. Inni będą musieli się z nami liczyć, widząc że jesteśmy potężni.
Tego planu jednak nie można zrealizować w warunkach demokratycznych. Gdyby w Polsce powstała licząca się partia konserwatywna i zająknęła się o takim projekcie, usłużne wobec państw ościennych media dorobiłyby jej wizerunek "faszystów". Poza tym zaczęto by znowu straszyć "tym niedobrym atomem", "zimą nuklearną" i podobnymi rzeczami. W każdym razie wizerunek takiego projektu zostałby tak mocno skarykaturyzowany przez różne Tusk Vision Network, że nikt by głosu na "faszystów" nie oddał. Wybory wygrałaby jakaś partia, której siedzenie pod butem Berlina, Moskwy, Brukseli... można by jeszcze kilka stolic państw podać... bardzo się podoba. Nie ma co zatem liczyć na demokrację. Ewentualnie można by czekać aż ludzie pójdą po rozum do głowy, jednak to jest jeszcze większym myśleniem życzeniowym niż pacyfizm. Autorytaryzm wydaje się tutaj konieczny.
Silna armia jest podstawą, jeżeli państwo ma się utrzymać na powierzchni. Pamiętać jeszcze należy o Czerwonej Królowej. Inni też zaczną się zbroić, kiedy my zwiększymy wydatki w tym kierunku - przy założeniu, że postępują pragmatycznie. (Po obecnych zlewaczałych ekipach w Europie nie można się tego spodziewać). Tak więc, jeżeli się zacznie, to nie można być w tyle. Inaczej rywalizację można przegrać, a tego konsekwencje są z reguły bardzo przykre.
Quislingowcy, którzy rządzili Polską przez ostatnie dwadzieścia lat, nie byli w stanie tych prostych zasad zrozumieć. Przyzwyczaili się do kłaniania się większym od siebie, zamiast dążyć do tego, aby im dorównać. Nie chcę być złym prorokiem, ale w przyszłości za ich destrukcyjną działalność przyjdzie nam drogo zapłacić...
Wystarczy popatrzeć na zamierzchłe dzieje. Mamy tam różne wojny od niepamiętnych czasów. Z tego wynika zatem, że konflikty zbrojeniowe są nie do uniknięcia. Kiedyś znowu dojdzie do wojny, a my nawet nie wiemy kiedy to może nastąpić. Pacyfizm jest zatem nie do obrony, jeżeli się weźmie samą historię. Spojrzeć na tą kwestię należy również z innej strony. Co należy zatem przeciwstawić temu idealizmowi? Pragmatyzm w postaci militaryzmu. Si vis pacem, para bellum - na to też trzeba zwracać uwagę. Tutaj ujawniają się inne kwestie. Państwa bowiem mają swoje interesy geopolityczne. Będą zatem na danym obszarze dążyły do dominacji. Ich interesy będą ścierać. Doprowadzi to ostatecznie do konfliktu zbrojeniowego, no i kto na tym wyjdzie zwycięsko? Państwo bez silnej armii albo zostanie podbite przez sąsiadów, albo bardzo mocno terytorialnie okrojone. Wówczas może stać się de facto czyimś protektoratem; kto inny będzie rozdawać mu karty. Tak więc posiadanie silnej i potężnej armii daje szansę na to, że dłużej w danym miejscu będzie panować pokój. Silnego nie opłaca się atakować, ponieważ można przegrać lub doświadczyć pyrrusowego zwycięstwa. Zniszczenia i straty w ludności mogą bardzo mocno osłabić państwo i uczynić je podatnym na atak jeszcze innego sąsiada. Pamiętać jeszcze tutaj należy o innej zasadzie. Wojna jest przedłużeniem dyplomacji - tak mawiał von Clausevitz. Jeżeli inne państwa mają u nas do załatwienia jakieś interesy i bardzo im na tym zależy, istnieje duże prawdopodobieństwo, że doprowadzą do wojny w danym odcinku czasu. Należy to mieć na baczności i dbać o silną armię. Na razie rozważamy sytuacje, kiedy nasze państwo będzie zagrożone. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy nasi przeciwnicy są bardzo słabi. Co wówczas należy zrobić? Należy ich napaść - albo ich podbić, albo zagarnąć znaczne ziemie i w ten sposób doprowadzić do marginalizacji. Jakiś pięknoduch może się tutaj burzyć: jak to, przecież to wszystko niehumanitarne, nieludzkie...! Taka osoba nie bierze jednak pod uwagę, że w przyszłości role mogłyby się odwrócić. To my moglibyśmy stać się ofiarą państw ościennych. Tak więc tego typu wojna, stanowi tak naprawdę uprzedzenie ataku. Oddziaływania na poziomie międzypaństwowym to tak naprawdę czysty darwinizm. Są silniejsi oraz słabi, a ci pierwsi bezwzględnie wykorzystują tych drugich. Kiedyś ktoś zadał mi pytanie, co bym zrobił, jakby Niemcy nagle nie mieli armii. Odpowiedziałem, że odebrałbym im należność - resztkę Pomorza i Łużyce. Mój interlokutor był oburzony, gdy usłyszał taką odpowiedź. Moja reakcja na to była następująca: Niemcy w nieco innych uwarunkowaniach zrobiliby dokładnie to samo z nami. Tak samo, gdyby na skutek najazdu Chińczyków upadła Rosja, a wszystkie organizmy państwowe na wschód od nas uległyby dekonstrukcji, nalezałoby tam wrócić i ustanowić Rzeczpospolitą między dwoma morzami.
Jak spojrzymy na historię Polski ostatnich dwudziestu lat, okazuje się, że żaden rząd nie rozumiał tych prostych zasad niezmiennych od tysięcy lat istnienia cywilizacji. Morał z tego taki, że byliśmy rządzeni przez zwykłych quislingowców. Władzę wykorzystywali oni do tego, żeby napchać sobie mocno kieszenie. Nic nie robiono w kierunku tego, aby nasz kraj liczył się na świecie. Więcej, z jednego protektoratu wciągnęliśmy się w następny. Kiedyś była Moskwa, ojczyzna wszystkich partyjnych według Moczara. Teraz mamy Brukselę. Wedle naszych elit politycznych, ojczyznę pięknoduchów nie rozumiejących prawideł wyżej przeze mnie wyjaśnionych. Za to są w tej Unii Europejskiej państwa, które je doskonale rozumieją.
Zdaniem quislingowca Bartoszewskiego jako brzydka panna bez posagu mieliśmy się ładnie uśmiechać. Tak wyglądała w zasadzie przez minione dwadzieścia lat polityka zagraniczna Polski. Do wszystkich mizdrzyliśmy się i nikt nas jako poważnego partnera nie mógł nawet traktować. Z mięczakami bowiem się nie dyskutuje, tylko mówi im się, co mają robić. Elity polityczne w Polsce zapomniały, co jest tak naprawdę podstawą prowadzenia jakiejkolwiek polityki zagranicznej. A to stanowi nic innego jak silna armia. Nie sztuka mieć kordon ładnie uśmiechających się dyplomatów do wszystkich stąd do Timbuktu. Jak się nie ma potężnej armii, nie jest się traktowanym przez nikogo poważnie. Tak cały czas z nami jest. Dla krajów takich jak Francja, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, a nawet lilipuci Izrael jesteśmy nic nie znaczącym państwem typu Bhutanu czy Lesotho. Nie mamy co się tutaj łudzić, tak po prostu jest. A przecież nasze państwo jest dosyć duże, zamieszkane jest przez prawie 40 milionów ludzi... a silniejsza od nas militarnie jest taka Białoruś Łukaszenki. Jego czołgi spokojnie dotarłyby do Warszawy. Za ten katastrofalny stan rzeczy odpowiadają wszystkie rządy od 1989 roku.
Zapomniano również w jakim newralgicznym miejscu w Europie Polska się znajduje. Kiedyś był satyryczny rysunek Mleczki, na którym Bóg stwierdził: "A Polakom zrobię żart. Umieszczę nich między Niemcami a Rosjanami". Przez tysiąc lat obydwa te państwa chciały nas podbić. Znajdowaliśmy się między Scyllą i Charybdą. Historia się jednak nie skończyła. W ciągu kilkudziesięciu lat nie odpłynęliśmy gdzieś bardzo daleko od Rosji i Niemiec. Dryf kontynentów tak szybko nie postępuje. Może od wschodniej strony mamy teraz szereg niepodległych państw - Litwa, Białoruś, Ukraina. Jak długo jednak ten stan rzeczy będzie się utrzymywać. Pamiętać musimy też, że Białoruś jest tak naprawdę autonomiczną prowincją Rosji. Nie wiadomo też, jak się potoczy historia z Ukrainą. Bardzo prawdopodobne, że też wróci pod rosyjską kuratelę. Tak więc nie ma czegoś takiego, jak strefa buforowa. Za Bugiem mamy żywioł wszechruski. Za Odrą - z kolei Niemcy, które nie zrzekły się pretensji do swoich dawnych zachodnich ziem takich jak Śląsk, Pomorze czy Wielkopolska. Co należy zatem zrobić, żeby zapobiec atakowi tych dwóch sił, być może jednoczesnemu i kolejnemu rozbiorowi Polski (lub realizacji projektu Mitteleuropy)? Należy tutaj mieć silną armię, która będzie zdolna wyrzucić z terenów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej agresorów. Więcej, gdy będziemy mieć takową, oni zaczną z nami inaczej rozmawiać. Teraz jesteśmy traktowani przezeń jak popychadło. Wówczas będa musieli patrzeć na nas, jak na kraj zdolny wyrządzić im wymierne szkody.
Jak zatem należy zorganizować armię? Jej trzon powinni stanowić zawodowcy w liczebności od trzystu tysięcy do pół miliona. Liczba ta powinna zostać zapisana w konstytucji, aby jakimś reformatorom nie przyszło do głowy w przyszłości ograniczać liczby żołnierzy. Obecne 120 tysięcy, a w praktyce 90 tys. nie jest w stanie stawić czoła agresorom, choćby dysponowało najlepszym sprzętem. Armia kilka razy bardziej liczebna dopiero może coś wskórać.
Uważam, że do poboru w takiej formie, jak to się do niedawna odbywało, należy zrezygnować. Zamiast tego, powinno się zwiększyć dostęp cywili do broni palnej. Powołana powinna zostać armia obywatelska, w której służyłby każdy dorosły mężczyzna do 50 roku życia. Dwa razy w roku - w lecie i w zimie - regionalny oddział musiałby odbyć tygodniowe ćwiczenia w terenie. Czy w takiej sytuacji ktokolwiek by nas chciał zaatakować? Musiałby się liczyć z niesamowitym oporem.
Powinniśmy wyposażyć się również w pewne rzeczy, które obecnie decydują o tym, kto jest duży i silny. Wyposażyć się zatem należy w broń masowego rażenia - atomową, biologiczną i chemiczną. W tym celu Ministerstwo Obrony Narodowej powinno powołać stosowną agencję, która by się takimi projektami zajmowała. Pamiętać jeszcze należy, że nie ma bardziej pacyfistycznego narzędzia niż bomba atomowa. Wyposażenie się w broń tego typu oddali groźbę wojny. Inaczej również będą patrzeć na nas inne państwa. Nie będziemy państwem znaczącym tyle, co Bhutan, tylko dużym graczem w regionie. Inni będą musieli się z nami liczyć, widząc że jesteśmy potężni.
Tego planu jednak nie można zrealizować w warunkach demokratycznych. Gdyby w Polsce powstała licząca się partia konserwatywna i zająknęła się o takim projekcie, usłużne wobec państw ościennych media dorobiłyby jej wizerunek "faszystów". Poza tym zaczęto by znowu straszyć "tym niedobrym atomem", "zimą nuklearną" i podobnymi rzeczami. W każdym razie wizerunek takiego projektu zostałby tak mocno skarykaturyzowany przez różne Tusk Vision Network, że nikt by głosu na "faszystów" nie oddał. Wybory wygrałaby jakaś partia, której siedzenie pod butem Berlina, Moskwy, Brukseli... można by jeszcze kilka stolic państw podać... bardzo się podoba. Nie ma co zatem liczyć na demokrację. Ewentualnie można by czekać aż ludzie pójdą po rozum do głowy, jednak to jest jeszcze większym myśleniem życzeniowym niż pacyfizm. Autorytaryzm wydaje się tutaj konieczny.
Silna armia jest podstawą, jeżeli państwo ma się utrzymać na powierzchni. Pamiętać jeszcze należy o Czerwonej Królowej. Inni też zaczną się zbroić, kiedy my zwiększymy wydatki w tym kierunku - przy założeniu, że postępują pragmatycznie. (Po obecnych zlewaczałych ekipach w Europie nie można się tego spodziewać). Tak więc, jeżeli się zacznie, to nie można być w tyle. Inaczej rywalizację można przegrać, a tego konsekwencje są z reguły bardzo przykre.
Quislingowcy, którzy rządzili Polską przez ostatnie dwadzieścia lat, nie byli w stanie tych prostych zasad zrozumieć. Przyzwyczaili się do kłaniania się większym od siebie, zamiast dążyć do tego, aby im dorównać. Nie chcę być złym prorokiem, ale w przyszłości za ich destrukcyjną działalność przyjdzie nam drogo zapłacić...
Etykiety:
armia,
dyplomacja,
konserwatyzm,
militaryzm,
pacyfizm,
polityka międzynarodowa,
Polska,
pragmatyzm,
quislingowcy,
zbrojenia
piątek, 4 września 2009
Klejnoty w koronie
Oglądając filmy, zwykłem zwracać uwagę na różne rzeczy. To są drobiazgi, które przeciętny widz praktycznie całkowicie omija. Wiąże się to z moim większym lub mniejszym zdziwieniem. Swojego czasu obejrzałem film przygodowy Alan Quatermain i zaginione Miasto Złota. Co mnie tam zaskoczyło? Otóż, jak bez żadnych większych oględzin skał można określić z jakiej odległości zostały one przetransportowane?! Istnieje nawet specjalna gałąź nauki, petroarcheologia, która się takimi sprawami zajmuje... No i zdziwienie.
Nie trudno mi być zdziwionym w innych sytuacjach. Czasem słyszy się wypowiedzi polityków pretendujących do miana prawicowych, które wręcz zaprzeczają ideowym założeniom prawicy. Nie muszą to być partie w zachodniej Europie, które tylko zasiadają po prawej stronie w parlamencie. Tam wiadomo, że od kilkudziesięciu lat w kwestiach obyczajowych i ekonomicznych dominującą siłą jest lewica. Przechodząc ad rem, spotkałem się z bardzo ciekawą definicją klejnotów w koronie. Dzisiaj prezydent Lech Kaczyński na spotkaniu z górnikami na Śląsku powiedział, że sprzeciwia się prywatyzacji górnictwa węgla kamiennego oraz energetyki. Te sektory zostały określone mianem klejnotów w koronie. Zaiste ciekawym przypadkiem jest definiowanie tych jako państwowej własności. A ten tryk był zwyczajnie populistyczny. Trzeba bowiem postraszyć ludzi prywatyzacją i dzikim kapitalizmem, jaki rzekomo panuje w Polsce od dwudziestu lat...
Abstrahuję w tym momencie od tego, że takie zjawisko jak ultrakapitalizm w Priwislanskim Kraju zwyczajnie nie występuje. Czy polityk konserwatywny powinien chwalić istnienie państwowej własności w gospodarce? Prawica powinna przecież dążyć do usunięcia państwa z gospodarki, ergo prywatyzacji wszystkich państwowych przedsiębiorstw. To różne szczepy etatystycznej lewicy, czy to narodowej, czy internacjonalistycznej, dążą do tego, żeby państwowa własnośc w sektorach produkcyjnych istniała. Więcej, domagają się oni tego, żeby było jej jak najwięcej. Dla nich państwo nie będące właścicielem kopalni, stoczni, hut, kopalni, elektrowni, rafinerii, wytwórni broni na swoim obszarze jest bananową republiką. Swoją drogą dziwne, czy do takiego grona zaliczyliby na przykład USA, gdzie nawet zakłady zbrojeniowe są w rękach prywatnych. Nikt jakoś w tym jedynym współcześnie istniejącym supermocarstwie z tego tytułu nie rozpacza. Polityk prawicowy powinien dążyć do tego, aby wszystkie środki produkcji znalazły się w rękach prywatnych. Lech Kaczyński pozujący na konserwatystę czerpie zatem z typowo lewicowej, socjalistycznej mitologii. Czy nasz prezydent nie potrafi sobie wyobrazić, co byłoby gdyby te wszystkie przedsiębiorstwa były prywatne?
Więcej, popiera tutaj działania szkodliwe. Górnictwo węgla kamiennego przecież w obecnym kształcie jest bankrutem. Wszyscy dołożyliśmy do niego kilkanaście miliardów złotych. Sama Kompania Węglowa wygenerowała w zeszłym roku ćwierć miliarda złotych strat. Ponieważ nasza energetyka oparta jest na węglu, to musieliśmy sprowadzać ten surowiec z RPA, ponieważ nie opłacało się z tutejszych kopalni. Sprawdza się przy tej okazji stare przysłowie, że gdyby na Saharze panował komunizm, to musieliby sprowadzać tam piasek. Utrzymywanie państwowych kopalni poza tym kosztuje nie tylko nas wszystkich jako podatników. Pośrednio obniża konkurencyjność przedsiębiorstw działających na terenie Polski na rynkach światowych. A dlaczego? Przecież jak drogi jest węgiel, to jaki ma być prąd elektryczny? To jest bardzo prosta zależność.
Z drugiej strony energetyka. Obecnie mamy w zasadzie energetyczny monopol. Skutkuje to wyższymi cenami za prąd elektryczny. Gdyby natomiast sprywatyzować ten sektor, te spadłyby, ponieważ na rynku pojawiłaby się konkurencja. Mniejsze ceny za prąd elektryczny spowodowałyby intensywny rozwój wielu gałęzi gospodarki. Na teren Polski opłacałoby się wynosić produkcję. Do tego należałoby znieść koncesje na drobną energetykę - zarówno wytwórczą, jak i przesyłową. Koncesjonowaniu powinny podlegać dopiero wielkie elektrownie - jak hydroelektrownie na rzekach czy siłownie jądrowe. Wówczas rozwiązany zostałby problem bezpieczeństwa energetycznego, na który wszelkiej maści etatyści tak bardzo lubią się powoływać.
Pamiętać jeszcze należy o ogólnych zależnościach dotyczących państwowych przedsiębiorstw. Są one z reguły dwa razy droższe niż firmy prywatne. Tak samo przynoszą często straty, więc państwo zmuszone jest do nich dopłacać czy też je regularnie oddłużać. Jeżeli przynosi ono zyski, to wynika to z monopolistycznej pozycji na rynku. Tak to już jest. Prywatyzacja zatem stanowi konieczność. Im szybciej zostanie ona przeprowadzona, to tym lepiej tak naprawdę dla nas wszystkich.
Wypowiedź prezydenta RP należy zatem potraktować jak faux pas, podobnie jak w przypadku aborcji u trzynastolatki. (Podobną wpadkę ponad dwa lata temu zaliczyła jego żona). Czy zatem należy Kaczyńskich w ogóle rozpatrywać jako polityków prawicowych, narodowych konserwatystów - jak są postrzegani przez zachodnich komentatorów. To umiejscowienie Kaczyńskich na scenie politycznej wynika jednak z punktu siedzenia. Ponieważ owi komentatorzy znajdują się na lewo od nich, to będą postrzegali ich jako prawicowych. Rafał Aleksander Ziemkiewicz w Czasie wrzeszczących staruszków napisał, że reprezentują oni tak naprawdę lewicę laicką. Musieli tylko sobie wyszukać inny elektorat, co spowodowało stosowanie takiej narodowo-konserwatywnej maski. Można było w ten sposób zagospodarować powstałą niszę ekologiczną i jakoś trzymać się na tym politycznym Olimpie. W kontekście tego, co wyżej pisałem, należy się zastanowić, czy projekt Polski solidarnej jest prawicowy. W każdym razie na gruncie ekonomicznym tego nie można o nim powiedzieć.
W tym momencie ktoś mi może zarzucić, że popieram złodziejską prywatyzację w stylu KL-D i piekłoszczki Unii Demo-Wolności. Nie ważne jak, ważne żeby stało się prywatne. Uważam jednak inaczej. Prywatyzacja powinna odbywać się na międzynarodowych przetargach, na których przedsiębiorstwa byłyby sprzedawane za maksymalną możliwą cenę, jaką można za nie uzyskać. Osobiście nie chciałbym zatem, żeby się zajmowała obecna ekipa. Przypadek prywatyzacji stoczni w Gdynii i Szczecinie jest tutaj wystarczająco dobitny. Powołany powinien zostać specjalny urząd, który by się zajmował tego typu sprawami. Do tego określić należy okres jego działania, po którym wszystkie państwowe przedsiębiorstwa znajdą się w rękach prywatnych. Jak powinno się prywatyzować wielkie monopolistyczne molochy? W przypadku górnictwa należy rozbić obecne holdingi takie jak Kompania Węglowa czy Jastrzębski Koncern Węglowy, a następnie prywatyzować każdą kopalnię jako osobną spółkę. Podobnie należy poczynić w przypadku energetyki. PGE, Tauron, Energę, Eneę podzielić również należy na mniejsze. Pozwoli to zarobić więcej na ich prywatyzacji.
Prawica powinna dążyć do tego, aby państwo nie prowadziło działalności gospodarczej ani nie zajmowało się tak zwanymi funkcjami socjalnymi. Nazywanie klejnotami w koronie państwowych przedsiębiorstw zakrawa zatem na śmieszność.
Nie trudno mi być zdziwionym w innych sytuacjach. Czasem słyszy się wypowiedzi polityków pretendujących do miana prawicowych, które wręcz zaprzeczają ideowym założeniom prawicy. Nie muszą to być partie w zachodniej Europie, które tylko zasiadają po prawej stronie w parlamencie. Tam wiadomo, że od kilkudziesięciu lat w kwestiach obyczajowych i ekonomicznych dominującą siłą jest lewica. Przechodząc ad rem, spotkałem się z bardzo ciekawą definicją klejnotów w koronie. Dzisiaj prezydent Lech Kaczyński na spotkaniu z górnikami na Śląsku powiedział, że sprzeciwia się prywatyzacji górnictwa węgla kamiennego oraz energetyki. Te sektory zostały określone mianem klejnotów w koronie. Zaiste ciekawym przypadkiem jest definiowanie tych jako państwowej własności. A ten tryk był zwyczajnie populistyczny. Trzeba bowiem postraszyć ludzi prywatyzacją i dzikim kapitalizmem, jaki rzekomo panuje w Polsce od dwudziestu lat...
Abstrahuję w tym momencie od tego, że takie zjawisko jak ultrakapitalizm w Priwislanskim Kraju zwyczajnie nie występuje. Czy polityk konserwatywny powinien chwalić istnienie państwowej własności w gospodarce? Prawica powinna przecież dążyć do usunięcia państwa z gospodarki, ergo prywatyzacji wszystkich państwowych przedsiębiorstw. To różne szczepy etatystycznej lewicy, czy to narodowej, czy internacjonalistycznej, dążą do tego, żeby państwowa własnośc w sektorach produkcyjnych istniała. Więcej, domagają się oni tego, żeby było jej jak najwięcej. Dla nich państwo nie będące właścicielem kopalni, stoczni, hut, kopalni, elektrowni, rafinerii, wytwórni broni na swoim obszarze jest bananową republiką. Swoją drogą dziwne, czy do takiego grona zaliczyliby na przykład USA, gdzie nawet zakłady zbrojeniowe są w rękach prywatnych. Nikt jakoś w tym jedynym współcześnie istniejącym supermocarstwie z tego tytułu nie rozpacza. Polityk prawicowy powinien dążyć do tego, aby wszystkie środki produkcji znalazły się w rękach prywatnych. Lech Kaczyński pozujący na konserwatystę czerpie zatem z typowo lewicowej, socjalistycznej mitologii. Czy nasz prezydent nie potrafi sobie wyobrazić, co byłoby gdyby te wszystkie przedsiębiorstwa były prywatne?
Więcej, popiera tutaj działania szkodliwe. Górnictwo węgla kamiennego przecież w obecnym kształcie jest bankrutem. Wszyscy dołożyliśmy do niego kilkanaście miliardów złotych. Sama Kompania Węglowa wygenerowała w zeszłym roku ćwierć miliarda złotych strat. Ponieważ nasza energetyka oparta jest na węglu, to musieliśmy sprowadzać ten surowiec z RPA, ponieważ nie opłacało się z tutejszych kopalni. Sprawdza się przy tej okazji stare przysłowie, że gdyby na Saharze panował komunizm, to musieliby sprowadzać tam piasek. Utrzymywanie państwowych kopalni poza tym kosztuje nie tylko nas wszystkich jako podatników. Pośrednio obniża konkurencyjność przedsiębiorstw działających na terenie Polski na rynkach światowych. A dlaczego? Przecież jak drogi jest węgiel, to jaki ma być prąd elektryczny? To jest bardzo prosta zależność.
Z drugiej strony energetyka. Obecnie mamy w zasadzie energetyczny monopol. Skutkuje to wyższymi cenami za prąd elektryczny. Gdyby natomiast sprywatyzować ten sektor, te spadłyby, ponieważ na rynku pojawiłaby się konkurencja. Mniejsze ceny za prąd elektryczny spowodowałyby intensywny rozwój wielu gałęzi gospodarki. Na teren Polski opłacałoby się wynosić produkcję. Do tego należałoby znieść koncesje na drobną energetykę - zarówno wytwórczą, jak i przesyłową. Koncesjonowaniu powinny podlegać dopiero wielkie elektrownie - jak hydroelektrownie na rzekach czy siłownie jądrowe. Wówczas rozwiązany zostałby problem bezpieczeństwa energetycznego, na który wszelkiej maści etatyści tak bardzo lubią się powoływać.
Pamiętać jeszcze należy o ogólnych zależnościach dotyczących państwowych przedsiębiorstw. Są one z reguły dwa razy droższe niż firmy prywatne. Tak samo przynoszą często straty, więc państwo zmuszone jest do nich dopłacać czy też je regularnie oddłużać. Jeżeli przynosi ono zyski, to wynika to z monopolistycznej pozycji na rynku. Tak to już jest. Prywatyzacja zatem stanowi konieczność. Im szybciej zostanie ona przeprowadzona, to tym lepiej tak naprawdę dla nas wszystkich.
Wypowiedź prezydenta RP należy zatem potraktować jak faux pas, podobnie jak w przypadku aborcji u trzynastolatki. (Podobną wpadkę ponad dwa lata temu zaliczyła jego żona). Czy zatem należy Kaczyńskich w ogóle rozpatrywać jako polityków prawicowych, narodowych konserwatystów - jak są postrzegani przez zachodnich komentatorów. To umiejscowienie Kaczyńskich na scenie politycznej wynika jednak z punktu siedzenia. Ponieważ owi komentatorzy znajdują się na lewo od nich, to będą postrzegali ich jako prawicowych. Rafał Aleksander Ziemkiewicz w Czasie wrzeszczących staruszków napisał, że reprezentują oni tak naprawdę lewicę laicką. Musieli tylko sobie wyszukać inny elektorat, co spowodowało stosowanie takiej narodowo-konserwatywnej maski. Można było w ten sposób zagospodarować powstałą niszę ekologiczną i jakoś trzymać się na tym politycznym Olimpie. W kontekście tego, co wyżej pisałem, należy się zastanowić, czy projekt Polski solidarnej jest prawicowy. W każdym razie na gruncie ekonomicznym tego nie można o nim powiedzieć.
W tym momencie ktoś mi może zarzucić, że popieram złodziejską prywatyzację w stylu KL-D i piekłoszczki Unii Demo-Wolności. Nie ważne jak, ważne żeby stało się prywatne. Uważam jednak inaczej. Prywatyzacja powinna odbywać się na międzynarodowych przetargach, na których przedsiębiorstwa byłyby sprzedawane za maksymalną możliwą cenę, jaką można za nie uzyskać. Osobiście nie chciałbym zatem, żeby się zajmowała obecna ekipa. Przypadek prywatyzacji stoczni w Gdynii i Szczecinie jest tutaj wystarczająco dobitny. Powołany powinien zostać specjalny urząd, który by się zajmował tego typu sprawami. Do tego określić należy okres jego działania, po którym wszystkie państwowe przedsiębiorstwa znajdą się w rękach prywatnych. Jak powinno się prywatyzować wielkie monopolistyczne molochy? W przypadku górnictwa należy rozbić obecne holdingi takie jak Kompania Węglowa czy Jastrzębski Koncern Węglowy, a następnie prywatyzować każdą kopalnię jako osobną spółkę. Podobnie należy poczynić w przypadku energetyki. PGE, Tauron, Energę, Eneę podzielić również należy na mniejsze. Pozwoli to zarobić więcej na ich prywatyzacji.
Prawica powinna dążyć do tego, aby państwo nie prowadziło działalności gospodarczej ani nie zajmowało się tak zwanymi funkcjami socjalnymi. Nazywanie klejnotami w koronie państwowych przedsiębiorstw zakrawa zatem na śmieszność.
czwartek, 2 lipca 2009
Otchłań, matury i polskie szkolnictwo
Do dzisiejszego dnia pamiętam fragment Grobu Agamemnona "papugą byłaś i pawiem narodów". Mowa, rzecz oczywista, o Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Okazuje się, że ciągle popełniamy jeden podstawowy błąd. Mamy jakiś dziwny kompleks niższości wobec nacji zamieszkujących zachodnią Europę - to, że jest całkowicie nieuzasadniony, stanowi temat na inny tekst. Staramy się wobec tego we wszystkim małpować Zachód, nie patrząc na to, czy to jest dobre, czy złe.
Jedną z takich dziedzin jest szkolnictwo. Osobiście uważam, że państwo nie powinno się tym zajmować. Jedyną rzeczą, do której powinno się ograniczyć, to weryfikacja dyplomów ukończenia poszczególnych etapów edukacji. Mamy jednak ten siermiężny socjalizm, który żeby obalić, należałoby dokonać puczu. W warunkach demokratycznych nie jesteśmy w stanie wiele w tej dziedzinie zrobić. Sprywatyzowanie jakiejś fabryki to jest nic w porównaniu ze zrobieniem tego samego w przypadku szkoły albo uczelni. Tyle wstępu. Różni dziwni ludzie próbowali polską szkołę upodabniać na siłę do zachodniej. Mam tutaj na myśli niesławnych Wittbrodta, Handkego czy Łybacką. Po przejściu wyżej wymienionych przez szkolnictwo został krajobraz nędzy i rozpaczy. To wszystko powoli zmierza ku otchłani...
Przenieśli na przykład na polski grunt gimnazjum, nie patrząc w ogóle na rozwiązania w innych państwach. W Niemczech jest na przykład kilka kategorii, z czego tylko po jednej z nich - Realgymnasium - można uzyskać maturę, a po innych idzie się normalnie do zawodu. Na naszym rodzimym gruncie skutki były opłakane. Stłoczono mianowicie młodzież w najbardziej kłopotliwym wieku na jednym etapie kształcenia. Wzrosła ilość problemów pedagogicznych oraz wręcz o charakterze kryminalnym. Obniżono znacząco poziom edukacji, usuwając w ogóle z programu szereg treści zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Jednym słowem, gimnazjum okazało się być niewypałem. Normalnie prawne buble powinno się eliminować. W Polsce mamy jednak taką władzę, która stara się je pogłębiać. Ostatnio usłyszałem na przykład, że wzory skróconego mnożenia zostały przeniesione do liceum.
Innym nieciekawym wynalazkiem są centralne egzaminy. Sama idea nie jest zła, gorzej jest z jej realizacją. Przecież egzaminy w tej formie preferują najbardziej przeciętnych! Mamy tutaj do czynienia z klasyczną formą doboru stabilizującego. Tutaj nie poradzi sobie zarówno osoba grubo poniżej przeciętnej, jak również problemy będzie miał osobnik o ponadprzeciętnej wiedzy i inteligencji. Przecież ten ostatni dostrzeże na przykład nieścisłości w szeregu pytań, będą mu pasowały dwie odpowiedzi, nie daj Boże sobie na maturze z fizyki coś scałkuje (był taki przypadek, że rozwiązanie preferowane przez klucz było błędne i żeby uzyskać dobry wynik, należało właśnie całkę policzyć). No i co zrobi egzaminator. Ten zajrzy do klucza, no i ponieważ człek mądrzejszy niż ustawa przewiduje, to należy go puścić w skarpetkach, jakby był skończonym matołem. Później ów delikwent idzie na rozdanie świadectw maturalnych zadowolony, że wszystko jest w porządku. Wychowawca wręcza mu ten papierek, a jemu następnie mięknie dziób. Zaskoczony jest, iż poszło tak słabo. Co to wszystko oznacza? Te wszystkie testowe egzaminy są odmóżdżające, nie rozwijają żadnego twórczego myślenia, tylko nakazują wszędzie dopasowywać się do schematów. Potem na wyższych uczelniach jest utyskiwanie, że kogo to oni przyjęli w swoje progi. Słyszałem kiedyś o pewnym przypadku studenta, który napisał na kolokwium z zoologii, że owady dzielą się na "latale, fruwale i pełzale", zamiast na Apterygogenea (pierwotnie bezskrzydłe) i Pterygogenea (pierwotnie uskrzydlone). Taki przypadek to jest jeszcze nic. Wykładowcy czy prowadzący ćwiczenia twierdzą wręcz, że około 70% studentów to są funkcjonalni analfabeci. I nic dziwnego, że coraz więcej jest głosów, że na studia przywrócić należy egzaminy wstępne.
W tym roku matury nie zdało 21% populacji. Jakiś urzędnik z CKE twierdził, że to rzecz normalna, że jedna piąta maturzystów nie nadaje się na studia wyższe. Moim zdaniem to trend liniowy - przecież co rok zdawalność tego egzaminu była coraz mniejsza. Jeszcze jak w przyszłym roku zrobią obowiązkową maturę z matematyki to będzie jak we Francji. Tam matury nie zdaje 50% do niej podchodzących.
W dodatku całe szkolnictwo nastawiło się na robienie tego, co jest na "testach". Wówczas treści programowe rzadko się trafiające na nich są traktowane po macoszemu. Prowadzi to następnie do ich usunięcia z programów nauczania. W dodatku poziom centralnych egzaminów jest coraz niższy. Organy odpowiedzialne za ich przygotowanie powinny raczej asymptotycznie zwiększać ich trudność. Nie ukrywam, że również zmienić się powinno formułę tychże centralnych egzaminów. Nie ma bowiem, jak ustna odpowiedź przed komisją. Tylko z języków należałoby zachować egzaminy pisemne - ale nie jakieś tam czytanie ze zrozumieniem. Powinno się dostać do napisania jakiś duży esej wymagający pewnej wiedzy. W przypadku języka obcego w przypadku rozumienia ze słuchu należałoby zastosować szereg pytań otwartych. No i problem rozwiązany. Te egzaminy centralne powinno się uprościć. W obecnej sytuacji wystarczyłaby matematyka, język polski oraz jeden przedmiot do wyboru. Wówczas egzaminy trwałyby dużo krócej, również zmniejszyłby się czas ich sprawdzania. Więcej, powinny one tylko kończyć dany etap edukacji. Na studia na przykład - jak dawniej - powinny być egzaminy wstępne.
Ceterum censeo, gimnazjum należy oczywiście znieść. Szkołę podstawową proponowałbym przywrócić jako siedmiolatkę. Szkoła średnia trwać winna 4 lata. Pozwoli to również skrócić okres edukacji z dwunastu do jedenastu lat. Do tego program powinien być wzmocniony.
Tylko, że czy ktoś to będzie w stanie w naszym kraju przeprowadzić. W warunkach demokratycznych dałoby się to przeprowadzić spokojnie, choć przy znacznym oporze materii - różnych związków zawodowych pokroju ZNP czy zawodowym piewcom modernizacji. Niestety, obecne ekipy polityczne są zbyt zapatrzone na wzorce zachodnie. Pozostaje pytanie: czy to jest świadome działanie zmierzające w stronę przemysłowej hodowli orwellowskich proletów? Wszystko zmierza bowiem ku otchłani.
Jedną z takich dziedzin jest szkolnictwo. Osobiście uważam, że państwo nie powinno się tym zajmować. Jedyną rzeczą, do której powinno się ograniczyć, to weryfikacja dyplomów ukończenia poszczególnych etapów edukacji. Mamy jednak ten siermiężny socjalizm, który żeby obalić, należałoby dokonać puczu. W warunkach demokratycznych nie jesteśmy w stanie wiele w tej dziedzinie zrobić. Sprywatyzowanie jakiejś fabryki to jest nic w porównaniu ze zrobieniem tego samego w przypadku szkoły albo uczelni. Tyle wstępu. Różni dziwni ludzie próbowali polską szkołę upodabniać na siłę do zachodniej. Mam tutaj na myśli niesławnych Wittbrodta, Handkego czy Łybacką. Po przejściu wyżej wymienionych przez szkolnictwo został krajobraz nędzy i rozpaczy. To wszystko powoli zmierza ku otchłani...
Przenieśli na przykład na polski grunt gimnazjum, nie patrząc w ogóle na rozwiązania w innych państwach. W Niemczech jest na przykład kilka kategorii, z czego tylko po jednej z nich - Realgymnasium - można uzyskać maturę, a po innych idzie się normalnie do zawodu. Na naszym rodzimym gruncie skutki były opłakane. Stłoczono mianowicie młodzież w najbardziej kłopotliwym wieku na jednym etapie kształcenia. Wzrosła ilość problemów pedagogicznych oraz wręcz o charakterze kryminalnym. Obniżono znacząco poziom edukacji, usuwając w ogóle z programu szereg treści zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Jednym słowem, gimnazjum okazało się być niewypałem. Normalnie prawne buble powinno się eliminować. W Polsce mamy jednak taką władzę, która stara się je pogłębiać. Ostatnio usłyszałem na przykład, że wzory skróconego mnożenia zostały przeniesione do liceum.
Innym nieciekawym wynalazkiem są centralne egzaminy. Sama idea nie jest zła, gorzej jest z jej realizacją. Przecież egzaminy w tej formie preferują najbardziej przeciętnych! Mamy tutaj do czynienia z klasyczną formą doboru stabilizującego. Tutaj nie poradzi sobie zarówno osoba grubo poniżej przeciętnej, jak również problemy będzie miał osobnik o ponadprzeciętnej wiedzy i inteligencji. Przecież ten ostatni dostrzeże na przykład nieścisłości w szeregu pytań, będą mu pasowały dwie odpowiedzi, nie daj Boże sobie na maturze z fizyki coś scałkuje (był taki przypadek, że rozwiązanie preferowane przez klucz było błędne i żeby uzyskać dobry wynik, należało właśnie całkę policzyć). No i co zrobi egzaminator. Ten zajrzy do klucza, no i ponieważ człek mądrzejszy niż ustawa przewiduje, to należy go puścić w skarpetkach, jakby był skończonym matołem. Później ów delikwent idzie na rozdanie świadectw maturalnych zadowolony, że wszystko jest w porządku. Wychowawca wręcza mu ten papierek, a jemu następnie mięknie dziób. Zaskoczony jest, iż poszło tak słabo. Co to wszystko oznacza? Te wszystkie testowe egzaminy są odmóżdżające, nie rozwijają żadnego twórczego myślenia, tylko nakazują wszędzie dopasowywać się do schematów. Potem na wyższych uczelniach jest utyskiwanie, że kogo to oni przyjęli w swoje progi. Słyszałem kiedyś o pewnym przypadku studenta, który napisał na kolokwium z zoologii, że owady dzielą się na "latale, fruwale i pełzale", zamiast na Apterygogenea (pierwotnie bezskrzydłe) i Pterygogenea (pierwotnie uskrzydlone). Taki przypadek to jest jeszcze nic. Wykładowcy czy prowadzący ćwiczenia twierdzą wręcz, że około 70% studentów to są funkcjonalni analfabeci. I nic dziwnego, że coraz więcej jest głosów, że na studia przywrócić należy egzaminy wstępne.
W tym roku matury nie zdało 21% populacji. Jakiś urzędnik z CKE twierdził, że to rzecz normalna, że jedna piąta maturzystów nie nadaje się na studia wyższe. Moim zdaniem to trend liniowy - przecież co rok zdawalność tego egzaminu była coraz mniejsza. Jeszcze jak w przyszłym roku zrobią obowiązkową maturę z matematyki to będzie jak we Francji. Tam matury nie zdaje 50% do niej podchodzących.
W dodatku całe szkolnictwo nastawiło się na robienie tego, co jest na "testach". Wówczas treści programowe rzadko się trafiające na nich są traktowane po macoszemu. Prowadzi to następnie do ich usunięcia z programów nauczania. W dodatku poziom centralnych egzaminów jest coraz niższy. Organy odpowiedzialne za ich przygotowanie powinny raczej asymptotycznie zwiększać ich trudność. Nie ukrywam, że również zmienić się powinno formułę tychże centralnych egzaminów. Nie ma bowiem, jak ustna odpowiedź przed komisją. Tylko z języków należałoby zachować egzaminy pisemne - ale nie jakieś tam czytanie ze zrozumieniem. Powinno się dostać do napisania jakiś duży esej wymagający pewnej wiedzy. W przypadku języka obcego w przypadku rozumienia ze słuchu należałoby zastosować szereg pytań otwartych. No i problem rozwiązany. Te egzaminy centralne powinno się uprościć. W obecnej sytuacji wystarczyłaby matematyka, język polski oraz jeden przedmiot do wyboru. Wówczas egzaminy trwałyby dużo krócej, również zmniejszyłby się czas ich sprawdzania. Więcej, powinny one tylko kończyć dany etap edukacji. Na studia na przykład - jak dawniej - powinny być egzaminy wstępne.
Ceterum censeo, gimnazjum należy oczywiście znieść. Szkołę podstawową proponowałbym przywrócić jako siedmiolatkę. Szkoła średnia trwać winna 4 lata. Pozwoli to również skrócić okres edukacji z dwunastu do jedenastu lat. Do tego program powinien być wzmocniony.
Tylko, że czy ktoś to będzie w stanie w naszym kraju przeprowadzić. W warunkach demokratycznych dałoby się to przeprowadzić spokojnie, choć przy znacznym oporze materii - różnych związków zawodowych pokroju ZNP czy zawodowym piewcom modernizacji. Niestety, obecne ekipy polityczne są zbyt zapatrzone na wzorce zachodnie. Pozostaje pytanie: czy to jest świadome działanie zmierzające w stronę przemysłowej hodowli orwellowskich proletów? Wszystko zmierza bowiem ku otchłani.
Etykiety:
edukacja,
matura,
orwellowscy proleci,
oświata,
Polska,
prawne buble,
szkolnictwo
poniedziałek, 22 września 2008
O ideologii Janusza Korwin-Mikkego słów kilka...
Kiedyś popierałem UPR, nawet oddałem głos na tą partię. Teraz jestem coraz bardziej w stosunku do nich sceptyczny. Owszem, wiele elementów programu mają dobrych jak zmniejszenie obciążeń fiskalnych, liberalizacja gospodarki, możliwość posiadania broni palnej przez cywili. Napisałem jakiś czas temu tekst poświęcony samej partii pana Janusza. Rozprawiłem się również z doktryną polityczno-prawną określaną mianem konserwatywnego liberalizmu. Uznałem jednak, że one nie wyczerpują w całości tematu. Sam Janusz Korwin-Mikke stanowi bowiem taki fenomen, że jego poglądom należy poświęcić całkowicie odrębny tekst. To jest naprawdę ciekawy okaz, którym wypadałoby się zająć oddzielnie, mimo że wielu konserwatywnych liberałów to tak naprawdę jego kalki. Stanowi to dodatkową motywację, żeby to swoiste zjawisko na polskiej scenie politycznej właśnie w ten sposób przeanalizować pod względem reprezentowanych przezeń ideologii.
Można by wytknąć tutaj typowe błędy popełniane przez liberalizm konserwatywny, jak próba pogodzenia dwóch przeciwstawnych postaw, co prowadzi do tworzenia bytów chimerycznych, które w jakiś sposób przeżywają. Janusz Korwin-Mikke to chimera jednak wręcz niebywała. Swojego czasu wykluczał się z niejakim Centrystą, że centrum to takie nie wiadomo, co; użył również argumentu z organizmami chimerycznymi. Sam nie miał jednak najprawdopodobniej odwagi spojrzeć sobie głęboko w lustro.
Dlaczego o tym piszę?
Poglądy Korwin-Mikkego to połączenie dwóch doktryn polityczno-prawnych z przeciwstawnych krańców politycznego spektrum. Z jednej strony mamy autorytarny konserwatyzm podkreślający swoją niechęć do demokracji, równości oraz wyrównywania różnych grup w społeczeństwie. Tutaj się zgadzam, ponieważ sam jestem dosyć skrajnym konserwatystą, uznawanym przez wielu za przedstawiciela ultraprawicy. Ale mamy również drugi system, na którym się opiera ideologia określana czasem mianem korwinizmu.
Jest to tak zwany anarchoindywidualizm. To pogląd powstały w XIX w. zakładający, że państwo jest samo w sobie agresją. Sam w sobie był pochodną socjalizmu, dopiero później przybrał rysy bardziej liberalne. Z tego właśnie anarchoindywidualizmu wywodzi się libertarianizm, do którego JKM się często przyznaje i z którego czerpie wiele elementów. Dlaczego wspominam tutaj o tym? Libertarianizm jako taki to anarchoindywidualizm poddany jednej kosmetycznej zmianie polegającej na odrzuceniu laborystycznej teorii wartości. Można więc powiedzieć, że ideologia libertariańska powstała w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zeszłego stulecia nie jest niczym nowym. Zakłada ona w wielu odłamach indyferentyzm moralny i etyczny; owszem powstały takie systemy jak na przykład anarchokonserwatyzm wynaleziony przez Hansa Hermanna Hoppego czy linia konserwatywnego minarchizmu związana chociażby z Robertem Nozickiem, ale wpadają one w te same pułapki, co konserwatywny liberalizm.
Wiemy już, że Korwin-Mikke stanowi takie połączenie: z jednej strony ultraprawicowy konserwatysta, a z drugiej skrajnie lewicowy anarchista. Tak to się mniej więcej przedstawia. Jego postulaty wywodzą się z obydwu tych systemów, no i jak one mają się do siebie?
JKM walczy na przykład z modą na wyrównywanie różnych mniejszości w społeczeństwie, no i robi to dobrze. Ale przy tym jest zwolennikiem legalizacji prostytucji, zatem nie jest do końca przeciwnikiem równania różnych dziwactw, w tym wypadku zboczonych kobiet nie panujących nad swoim libido. To w takim razie, dlaczego nie wspierać wszystkich innych cudactw, jak na przykład gejowskie małżeństwa mające tyle samo praw, co normalne, czyli włącznie z adopcją dzieci. Przecież obrona prostytucji jest równoznaczna z promowaniem całkowitej wolności seksualnej; jeżeli dokona się reductio ad absurdum, można dojść do wniosku, że jakby nie interesować się tymi sprawami, to również nie widać nic złego w prostytuowaniu zwierząt albo uprawianiu seksu z dziećmi. Taki pomysł też się w kuferku Korwin-Mikkego pojawił. Sugerował, iż rodzic mógłby wyprawić dziecko w dowolnym wieku za mąż. Ergo: mamy tutaj do czynienia z innym fenomenem, a mianowicie zniesieniem prawnej granicy, od której można uprawiać seks. Pomysły z przerwami oficjalnego i nieoficjalnego guru UPR są w tej mierze zatem wręcz anarchiczne. Mogą wywoływać jedynie negatywne skojarzenia w obecnych czasach po rewolucji seksualnej.
Inny ewidetnie anarchistyczny postulat głównego zarządcy UPR to legalizacja narkotyków. Uzasadnienia tego faktu są bardzo głupie, że skoro nie można ćpać, to dlaczego władza nie zechce zakazać tłusto jeść na przykład, czy przed wojną wolno było. Pomija przy okazji całkowicie cały historyczny kontekst. Wtedy społeczeństwo było zupełnie inne, konserwatywne, nie tolerujące pewnych zjawisk. Owszem, można było różne opioidowe narkotyki dostać w każdej jednej aptece, ale mało kto to nabywał. JKM ignoruje przy tym całkowicie jeden istotny fakt. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych doszło do przemian kulturalno-obyczajowych określanych mianem rewolucji seksualnej. Pewne środki psychoaktywne zostały wówczas spopularyzowane jak marijuana, LSD, grzyby halucynogenne, amfetamina i wiele innych. W końcu lat osiemdziesiątych do tej listy dołączyło jeszcze ecstasy. Ułatwiając obecnie dostęp do tych specjałów, tylko zwiększono by ilość narkomanów. A czekać, aż to towarzystwo zaćpa się, zdegeneruje i w końcu wymrze... to po prostu się nie opłaca. Przy tej okazji można wykonać taki eksperyment myślowy. Przecież gdyby jakiś kraj był rajem narkotykowym, można by bez problemu przemycać do niego środki wczesnoporonne. Sposób byłby prosty, narkotyki syntetyczne wymieszane byłyby z nimi, a potem wystarczyłoby użyć do rozdziału kolumny chromatograficznej z odpowiednim złożem. Ciekawe, czy JKM przewidział to w swoich rozważaniach. Jego zdanie na temat aborcji zależy z kolei, z której strony mocniej powieje. Program UPR przewiduje całkowity zakaz, włącznie z przypadkami zagrożenia życia matki czy zajścia w ciążę w wyniku gwałtu, ale rzeczony jegomość wie swoje. Swojego czasu Korwin-Mikke występował w telewizji i miał wykłócać się z feministkami. Zgodził się natomiast z nimi na konsensus w postaci aborcji, gdy zgodzi się na nią ojciec dziecka... No i czy nie jest to swoisty paradoks?
Korwin-Mikke popiera również pomysł zawodowej armii. Dodam, że był on lansowany przez anarchistów i różnych innych lewaków, którzy chcieli, aby na całym globie był pokój. Nie mieli odwagi chwycić karabinu w ręce, woleli palić przysłowiową trawę i uprawiać seks ze wszystkim, co wykazuje elementarną pobudliwość. Do tego dostawali pieniądze ze Związku Radzieckiego. Abstrahując już od reputacji lewactwa, od którego ten pomysł został zmałpowany, to po prostu głupota. Przecież we wszystkich zdrowych państwach każdy obywatel państwa musiał swoje odsłużyć w armii. Tak było w Rzymie starożytnym, w Królestwie Pruskim; przykłady można mnożyć. Poza tym w pełni zawodowa armia nie jest w stanie obronić państwa na dobrą sprawę. Wymienione przykłady nie wyczerpują jednak wad tego pomysłu. Przecież mężczyzna winien być nim, tak samo kobieta powinna być kobieca. A tak to, co my będziemy mieć, dążenie w kierunku jeszcze większego zniewieścienia całości społeczeństwa, co nam obecnie już oferuje lewactwo.
Dla konserwatystów ważna jest niezależność i niepodległość państwa. JKM udaje, że te problemy dla niego istnieją, jak to zresztą dla anarchisty. Nigdy nie zastanawiał się, jak tu uniezależnić się od dostaw surowców z Rosji. A wszystko, co proponuje, może jedynie doprowadzić nas od uzależnienia od większych decydentów na arenie międzynarodowej, a w efekcie zwasalizowania naszego państwa, co w końcu może zająć się wchłonięciem przez kogoś większego. Ale cóż, skoro posunął się do twierdzenia, że lepiej, ażeby Polską inne państwo rządziło, to nic dziwnego. To po prostu wynika ze zbieraniny idei składającej się na jego poglądy. JKM nie ma żadnych aspiracji mocarstwowych, a takie winni mieć konserwatyści. Według nich, ich państwo ma się liczyć na arenie międzynarodowej jako poważny byt, a nie popychadło. W zasadzie jak wprowadzi się ład społeczny i sprywatyzuje wszystko, co państwu do przetrwania nie potrzebne, to można myśleć o takich rzeczach. Korwin-Mikke chce pójść dalej - ograniczyć państwo do aparatu represji. No i nic dziwnego, że dąży do tego, aby siedzieć pod butem, jak to zwykła czynić lewica. Widać to również w innym, rzekomo pragmatycznym podejściu do spraw polityki międzynarodowej w postaci bycia wasalem Matuszki Rassiji. W odpowiednim artykule w Najwyższym Czasie rzeczony publicysta napisał, iż lewica endemicznie nienawidzi Rosji. Zaliczył przy okazji faux paus, ponieważ środowiska postępowe już od epoki Oświecenia zachwycały się tym państwem, a to carycą Katarzyną (vide wioski potiomkinowskie), a to wujkiem Joe. Widać przy tej okazji, że Janusz Korwin-Mikke w wielu sprawach jest najzwyklejszym ignorantem.
Nie ma co ukrywać, że poglądy JKM-a są wewnętrznie sprzeczne i wykluczające się. Stanowią swoistą chimerę ultrakonserwatyzmu i anarchistycznego libertarianizmu; o dziwo, to jakoś funkcjonuje i zdobywa zwolenników. Z jednej strony jest to żerowanie na naiwności młodych ludzi, którzy nie mają wielkiego pojęcia o poszczególnych doktrynach polityczno-prawnych, no i tym, z czym każda jedna jest związana. A z drugiej naiwność samego głosiciela takich poglądów, że nie zdołał usiąść i tego wszystkiego zdroworozsądkowo przemyśleć, poanalizować postulat po postulacie, no i ewentualnie powiedzieć wszem i wobec: mea culpa. Co więcej, Korwin-Mikke uchodzi za skrajną prawicę, którą nie jest i za taką siebie przedstawia. Zrobił też bardzo wiele, aby rozbijać środowiska prawicowe, szczując je przeciwko sobie. Należy sobie zatem postawić jeszcze inne pytanie: czy ten człowiek nie jest czasem agentem wpływu?
Można by wytknąć tutaj typowe błędy popełniane przez liberalizm konserwatywny, jak próba pogodzenia dwóch przeciwstawnych postaw, co prowadzi do tworzenia bytów chimerycznych, które w jakiś sposób przeżywają. Janusz Korwin-Mikke to chimera jednak wręcz niebywała. Swojego czasu wykluczał się z niejakim Centrystą, że centrum to takie nie wiadomo, co; użył również argumentu z organizmami chimerycznymi. Sam nie miał jednak najprawdopodobniej odwagi spojrzeć sobie głęboko w lustro.
Dlaczego o tym piszę?
Poglądy Korwin-Mikkego to połączenie dwóch doktryn polityczno-prawnych z przeciwstawnych krańców politycznego spektrum. Z jednej strony mamy autorytarny konserwatyzm podkreślający swoją niechęć do demokracji, równości oraz wyrównywania różnych grup w społeczeństwie. Tutaj się zgadzam, ponieważ sam jestem dosyć skrajnym konserwatystą, uznawanym przez wielu za przedstawiciela ultraprawicy. Ale mamy również drugi system, na którym się opiera ideologia określana czasem mianem korwinizmu.
Jest to tak zwany anarchoindywidualizm. To pogląd powstały w XIX w. zakładający, że państwo jest samo w sobie agresją. Sam w sobie był pochodną socjalizmu, dopiero później przybrał rysy bardziej liberalne. Z tego właśnie anarchoindywidualizmu wywodzi się libertarianizm, do którego JKM się często przyznaje i z którego czerpie wiele elementów. Dlaczego wspominam tutaj o tym? Libertarianizm jako taki to anarchoindywidualizm poddany jednej kosmetycznej zmianie polegającej na odrzuceniu laborystycznej teorii wartości. Można więc powiedzieć, że ideologia libertariańska powstała w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zeszłego stulecia nie jest niczym nowym. Zakłada ona w wielu odłamach indyferentyzm moralny i etyczny; owszem powstały takie systemy jak na przykład anarchokonserwatyzm wynaleziony przez Hansa Hermanna Hoppego czy linia konserwatywnego minarchizmu związana chociażby z Robertem Nozickiem, ale wpadają one w te same pułapki, co konserwatywny liberalizm.
Wiemy już, że Korwin-Mikke stanowi takie połączenie: z jednej strony ultraprawicowy konserwatysta, a z drugiej skrajnie lewicowy anarchista. Tak to się mniej więcej przedstawia. Jego postulaty wywodzą się z obydwu tych systemów, no i jak one mają się do siebie?
JKM walczy na przykład z modą na wyrównywanie różnych mniejszości w społeczeństwie, no i robi to dobrze. Ale przy tym jest zwolennikiem legalizacji prostytucji, zatem nie jest do końca przeciwnikiem równania różnych dziwactw, w tym wypadku zboczonych kobiet nie panujących nad swoim libido. To w takim razie, dlaczego nie wspierać wszystkich innych cudactw, jak na przykład gejowskie małżeństwa mające tyle samo praw, co normalne, czyli włącznie z adopcją dzieci. Przecież obrona prostytucji jest równoznaczna z promowaniem całkowitej wolności seksualnej; jeżeli dokona się reductio ad absurdum, można dojść do wniosku, że jakby nie interesować się tymi sprawami, to również nie widać nic złego w prostytuowaniu zwierząt albo uprawianiu seksu z dziećmi. Taki pomysł też się w kuferku Korwin-Mikkego pojawił. Sugerował, iż rodzic mógłby wyprawić dziecko w dowolnym wieku za mąż. Ergo: mamy tutaj do czynienia z innym fenomenem, a mianowicie zniesieniem prawnej granicy, od której można uprawiać seks. Pomysły z przerwami oficjalnego i nieoficjalnego guru UPR są w tej mierze zatem wręcz anarchiczne. Mogą wywoływać jedynie negatywne skojarzenia w obecnych czasach po rewolucji seksualnej.
Inny ewidetnie anarchistyczny postulat głównego zarządcy UPR to legalizacja narkotyków. Uzasadnienia tego faktu są bardzo głupie, że skoro nie można ćpać, to dlaczego władza nie zechce zakazać tłusto jeść na przykład, czy przed wojną wolno było. Pomija przy okazji całkowicie cały historyczny kontekst. Wtedy społeczeństwo było zupełnie inne, konserwatywne, nie tolerujące pewnych zjawisk. Owszem, można było różne opioidowe narkotyki dostać w każdej jednej aptece, ale mało kto to nabywał. JKM ignoruje przy tym całkowicie jeden istotny fakt. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych doszło do przemian kulturalno-obyczajowych określanych mianem rewolucji seksualnej. Pewne środki psychoaktywne zostały wówczas spopularyzowane jak marijuana, LSD, grzyby halucynogenne, amfetamina i wiele innych. W końcu lat osiemdziesiątych do tej listy dołączyło jeszcze ecstasy. Ułatwiając obecnie dostęp do tych specjałów, tylko zwiększono by ilość narkomanów. A czekać, aż to towarzystwo zaćpa się, zdegeneruje i w końcu wymrze... to po prostu się nie opłaca. Przy tej okazji można wykonać taki eksperyment myślowy. Przecież gdyby jakiś kraj był rajem narkotykowym, można by bez problemu przemycać do niego środki wczesnoporonne. Sposób byłby prosty, narkotyki syntetyczne wymieszane byłyby z nimi, a potem wystarczyłoby użyć do rozdziału kolumny chromatograficznej z odpowiednim złożem. Ciekawe, czy JKM przewidział to w swoich rozważaniach. Jego zdanie na temat aborcji zależy z kolei, z której strony mocniej powieje. Program UPR przewiduje całkowity zakaz, włącznie z przypadkami zagrożenia życia matki czy zajścia w ciążę w wyniku gwałtu, ale rzeczony jegomość wie swoje. Swojego czasu Korwin-Mikke występował w telewizji i miał wykłócać się z feministkami. Zgodził się natomiast z nimi na konsensus w postaci aborcji, gdy zgodzi się na nią ojciec dziecka... No i czy nie jest to swoisty paradoks?
Korwin-Mikke popiera również pomysł zawodowej armii. Dodam, że był on lansowany przez anarchistów i różnych innych lewaków, którzy chcieli, aby na całym globie był pokój. Nie mieli odwagi chwycić karabinu w ręce, woleli palić przysłowiową trawę i uprawiać seks ze wszystkim, co wykazuje elementarną pobudliwość. Do tego dostawali pieniądze ze Związku Radzieckiego. Abstrahując już od reputacji lewactwa, od którego ten pomysł został zmałpowany, to po prostu głupota. Przecież we wszystkich zdrowych państwach każdy obywatel państwa musiał swoje odsłużyć w armii. Tak było w Rzymie starożytnym, w Królestwie Pruskim; przykłady można mnożyć. Poza tym w pełni zawodowa armia nie jest w stanie obronić państwa na dobrą sprawę. Wymienione przykłady nie wyczerpują jednak wad tego pomysłu. Przecież mężczyzna winien być nim, tak samo kobieta powinna być kobieca. A tak to, co my będziemy mieć, dążenie w kierunku jeszcze większego zniewieścienia całości społeczeństwa, co nam obecnie już oferuje lewactwo.
Dla konserwatystów ważna jest niezależność i niepodległość państwa. JKM udaje, że te problemy dla niego istnieją, jak to zresztą dla anarchisty. Nigdy nie zastanawiał się, jak tu uniezależnić się od dostaw surowców z Rosji. A wszystko, co proponuje, może jedynie doprowadzić nas od uzależnienia od większych decydentów na arenie międzynarodowej, a w efekcie zwasalizowania naszego państwa, co w końcu może zająć się wchłonięciem przez kogoś większego. Ale cóż, skoro posunął się do twierdzenia, że lepiej, ażeby Polską inne państwo rządziło, to nic dziwnego. To po prostu wynika ze zbieraniny idei składającej się na jego poglądy. JKM nie ma żadnych aspiracji mocarstwowych, a takie winni mieć konserwatyści. Według nich, ich państwo ma się liczyć na arenie międzynarodowej jako poważny byt, a nie popychadło. W zasadzie jak wprowadzi się ład społeczny i sprywatyzuje wszystko, co państwu do przetrwania nie potrzebne, to można myśleć o takich rzeczach. Korwin-Mikke chce pójść dalej - ograniczyć państwo do aparatu represji. No i nic dziwnego, że dąży do tego, aby siedzieć pod butem, jak to zwykła czynić lewica. Widać to również w innym, rzekomo pragmatycznym podejściu do spraw polityki międzynarodowej w postaci bycia wasalem Matuszki Rassiji. W odpowiednim artykule w Najwyższym Czasie rzeczony publicysta napisał, iż lewica endemicznie nienawidzi Rosji. Zaliczył przy okazji faux paus, ponieważ środowiska postępowe już od epoki Oświecenia zachwycały się tym państwem, a to carycą Katarzyną (vide wioski potiomkinowskie), a to wujkiem Joe. Widać przy tej okazji, że Janusz Korwin-Mikke w wielu sprawach jest najzwyklejszym ignorantem.
Nie ma co ukrywać, że poglądy JKM-a są wewnętrznie sprzeczne i wykluczające się. Stanowią swoistą chimerę ultrakonserwatyzmu i anarchistycznego libertarianizmu; o dziwo, to jakoś funkcjonuje i zdobywa zwolenników. Z jednej strony jest to żerowanie na naiwności młodych ludzi, którzy nie mają wielkiego pojęcia o poszczególnych doktrynach polityczno-prawnych, no i tym, z czym każda jedna jest związana. A z drugiej naiwność samego głosiciela takich poglądów, że nie zdołał usiąść i tego wszystkiego zdroworozsądkowo przemyśleć, poanalizować postulat po postulacie, no i ewentualnie powiedzieć wszem i wobec: mea culpa. Co więcej, Korwin-Mikke uchodzi za skrajną prawicę, którą nie jest i za taką siebie przedstawia. Zrobił też bardzo wiele, aby rozbijać środowiska prawicowe, szczując je przeciwko sobie. Należy sobie zatem postawić jeszcze inne pytanie: czy ten człowiek nie jest czasem agentem wpływu?
wtorek, 9 września 2008
No i po co to wszystko?
Powinniśmy się już przyzwyczaić, że żyjemy w kraju jaj. Istnieją jeszcze struktury, które powodują, że paradoksy naszej rzeczywistości będą się jeszcze bardziej pogłębiać. Od czasu do czasu dostajemy połajankę z Brukseli, że postępy w zaprowadzaniu jedynego prawdziwego ustroju socjalistycznego są niesatysfakcjonujące. Wszystko musi spełniać teraz standardy i normy ustalane przez centralę. Nie dość, że już wcześniej wprowadzono całą masę głupich przepisów, to teraz ten cały absurd na kółkach będzie jeszcze większy. Można się retorycznie spytać: no i po co to wszystko?
Nie tak dawno temu strajkowali sadownicy, ponieważ ceny skupu owoców ustalone przez zakłady zajmujące się ich przetwórstwem okazały się niskie. Co więc, powinien zrobić właściciel sadu, aby nie być stratnym w wyniku swojej działalności? Oczywiście znaleźć inną furtkę, żeby to sprzedać - na przykład na jakimś targu albo jarmarku. Ale oczywiście są utrudnienia w tym kierunku. Nie można się rozstawić na ulicy i zacząć sprzedawać swoje plony, ponieważ zaraz byłaby wizyta Sanepidu odnośnie warunków przechowywania i sprzedawania. No i po co takie surowe normy sanitarne? Przecież to tylko utrudnia ludziom życie. Istnieje jeszcze jedna furtka w przypadku owoców, a mianowicie przerobienie ich na alkohol, a następnie sprzedanie swoich wyrobów. To też jest nielegalne, ale o tym za moment.
Surowe normy sanitarne zabraniają również sprzedaży mięsa zwierząt po uboju bez żadnych badań między innymi trychinoskopii. Tak samo nie można praktycznie handlować nim na targowiskach. No i po co to wszystko? Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie kupi zgniłego, cuchnącego mięsa. A poza tym jaki ma interes sprzedawca, wciskając klientowi trefny towar? Przecież jeżeli się to powtórzy kilka razy, to już nikt do kogoś takiego nie przyjdzie nic kupić.
Z mięsem mamy jeszcze inne ceregiele. Otóż, nie można już na własny użytek dokonać uboju świnii. A przecież czyja jest trzoda chlewna? Jest własnością rolnika czy państwa? Odpowiedzieć możemy sobie na to pytanie sami. Przecież brak możliwości uboju świnii na własny użytek to taki sam absurd, jakby nie móc wyciąć drzewa na swojej posesji, a potem uzyskanym drewnem napalić w piecu.
Wróćmy jednak do nieszczęsnych sadowników. Owoce, których nie udało się sprzedać, przecież można by spokojnie przerobić na alkohol. Ze sprzedaży tego można by mieć większe zyski, niż gdyby sprzedawać jabłka, gruszki, śliwki et consortes. Tylko państwo tego zabrania. Na wyrób produktów alkoholowych trzeba mieć koncesję. No i co mamy się potem dziwić, że owoce gniją potem na drzewach, jak nie można z nimi praktycznie nic zrobić? Nie jest to wina wolnego rynku, jak to niektórzy mówią, tylko głupich przepisów.
Często się słyszy jeszcze o pędzeniu bimbru. A przecież dlaczego nie można zrobić w domu wódki, a potem sprzedać niej? Przecież wówczas duże gorzelnie typu Polmos miałyby konkurencję w postaci wielu drobnych wytwórców. Dlaczego zatem państwo ma strzec oligopolu? To jest przecież pozbawione sensu zupełnie jak koncesjonowanie wyrobu papierosów. Już kiedyś pisałem, że gdyby każdy mógł wytwarzać w domu papierosy, a następnie sprzedawać je na wolnym rynku giganci typu Phillipa Morrisa zmuszeni zostaliby do obrony swojej pozycji. Tak samo byłoby i w przypadku napojów wyskokowych.
Ale niestety, żyjemy w krainie pogłębiających się dziwów i absurdu. Musimy się przyzwyczaić, że raczej w najbliższej przyszłośc będzie jeszcze bardziej dziwnie i nonsensownie niż obecnie dzięki zarządcom Priwislanskiego Kraju i Euro-ZSRR. Odwrotu tego trendu na razie nie widać. Zaczynam wątpić, czy w ogóle nastąpi.
Nie tak dawno temu strajkowali sadownicy, ponieważ ceny skupu owoców ustalone przez zakłady zajmujące się ich przetwórstwem okazały się niskie. Co więc, powinien zrobić właściciel sadu, aby nie być stratnym w wyniku swojej działalności? Oczywiście znaleźć inną furtkę, żeby to sprzedać - na przykład na jakimś targu albo jarmarku. Ale oczywiście są utrudnienia w tym kierunku. Nie można się rozstawić na ulicy i zacząć sprzedawać swoje plony, ponieważ zaraz byłaby wizyta Sanepidu odnośnie warunków przechowywania i sprzedawania. No i po co takie surowe normy sanitarne? Przecież to tylko utrudnia ludziom życie. Istnieje jeszcze jedna furtka w przypadku owoców, a mianowicie przerobienie ich na alkohol, a następnie sprzedanie swoich wyrobów. To też jest nielegalne, ale o tym za moment.
Surowe normy sanitarne zabraniają również sprzedaży mięsa zwierząt po uboju bez żadnych badań między innymi trychinoskopii. Tak samo nie można praktycznie handlować nim na targowiskach. No i po co to wszystko? Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie kupi zgniłego, cuchnącego mięsa. A poza tym jaki ma interes sprzedawca, wciskając klientowi trefny towar? Przecież jeżeli się to powtórzy kilka razy, to już nikt do kogoś takiego nie przyjdzie nic kupić.
Z mięsem mamy jeszcze inne ceregiele. Otóż, nie można już na własny użytek dokonać uboju świnii. A przecież czyja jest trzoda chlewna? Jest własnością rolnika czy państwa? Odpowiedzieć możemy sobie na to pytanie sami. Przecież brak możliwości uboju świnii na własny użytek to taki sam absurd, jakby nie móc wyciąć drzewa na swojej posesji, a potem uzyskanym drewnem napalić w piecu.
Wróćmy jednak do nieszczęsnych sadowników. Owoce, których nie udało się sprzedać, przecież można by spokojnie przerobić na alkohol. Ze sprzedaży tego można by mieć większe zyski, niż gdyby sprzedawać jabłka, gruszki, śliwki et consortes. Tylko państwo tego zabrania. Na wyrób produktów alkoholowych trzeba mieć koncesję. No i co mamy się potem dziwić, że owoce gniją potem na drzewach, jak nie można z nimi praktycznie nic zrobić? Nie jest to wina wolnego rynku, jak to niektórzy mówią, tylko głupich przepisów.
Często się słyszy jeszcze o pędzeniu bimbru. A przecież dlaczego nie można zrobić w domu wódki, a potem sprzedać niej? Przecież wówczas duże gorzelnie typu Polmos miałyby konkurencję w postaci wielu drobnych wytwórców. Dlaczego zatem państwo ma strzec oligopolu? To jest przecież pozbawione sensu zupełnie jak koncesjonowanie wyrobu papierosów. Już kiedyś pisałem, że gdyby każdy mógł wytwarzać w domu papierosy, a następnie sprzedawać je na wolnym rynku giganci typu Phillipa Morrisa zmuszeni zostaliby do obrony swojej pozycji. Tak samo byłoby i w przypadku napojów wyskokowych.
Ale niestety, żyjemy w krainie pogłębiających się dziwów i absurdu. Musimy się przyzwyczaić, że raczej w najbliższej przyszłośc będzie jeszcze bardziej dziwnie i nonsensownie niż obecnie dzięki zarządcom Priwislanskiego Kraju i Euro-ZSRR. Odwrotu tego trendu na razie nie widać. Zaczynam wątpić, czy w ogóle nastąpi.
Etykiety:
absurd na kółkach,
alkohol,
Euro-ZSRR,
Polska,
prawne buble,
rolnictwo,
Sanepid,
wolny rynek
czwartek, 28 sierpnia 2008
Zdelegalizować masonerię!
W zeszłym roku na teren Polski powróciła żydowska, nacyjna loża masońska B'nai-B'rith. Utworzyła sobie tutaj filię o nazwie Polin. O dziwo, dostała nawet list od prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Mało które stowarzyszenie doczekało się takiej nobilitacji. A jakie są cele tej żydomasońskiej loży. Domagają się oni zamknięcia Radia Maryja oraz zakazu wydawania szeregu periodyków między innymi Najwyższego Czasu, które uznali za antysemickie. Do tego dochodzi jeszcze wypłata gigantycznego odszkodowania rzędu 65 miliardów dolarów, zwrot majątków żydowskich et consortes.
Sprowadziliśmy na siebie tą mafię, którą wraz z resztą masonerii wyrzucono z Polski w 1938 roku na mocy dekretu prezydenta Mościckiego. Rzecz jasna, dobrze na tym nie wyjdziemy. Sanacja przed wojną doskonale wiedziała, co robi, pozbywającej się tej organizacji o zasięgu światowym. W okresie komuny ona jednak tutaj wróciła i zaczęła zapuszczać korzenie. Obecnie mamy siedem loż masońskich i nikt nie przejmuje się tym, co się tam dzieje, poza garstką ultrakonserwatystów (takich jak moja osoba) czy nacjonalistów. Tylko te dwie grupy zwracają uwagę na zagrożenia związane z tolerowaniem wolnomularstwa u siebie. A zatem, czy najlepiej nie byłoby po prostu zdelegalizować masonerii?
Niezrozumiałe jest zupełnie, jak można tolerować międzynarodową mafię, która jasno określa swoje cele. A to między innymi budowa globalnego państwa o ustroju zapewne socjalistycznym. Można traktować takich ludzi jak nieszkodliwych marzycieli lub skrajnych futurystów, puszczać im wszystko płazem. W ten sposób jednak nigdzie nie zajdziemy. Przecież oni są gotowi działać przeciwko Polsce, dążąc do jej zagłady lub wchłonięcia przez większe państwa. Interes narodowy to dla nich pustosłowie. Liczy się dla nich tylko ich własne siedzenie... no i budowa socjalizmu w skali globalnej. Nie łudźmy się. To, co znamy pod nazwą Unia Europejska, jest projektem typowo masońskim. Oni już o tym marzą od dwóch stuleci, aby w tej części świata znajdowało się jedno państwo, a to jako test dla zrobienia czegoś porównywalnego w skali globalnej. Przecież masoneria może być związana z obcymi wywiadami, mamy zatem możliwość kolaboracji. Tak więc organizacja ta chce pozbawić nas niezależności, niepodległości, tak więc nie ma prawa działać na terenie państwa. To już powinien być wystarczający powód do delegalizacji.
Druga rzecz to związki masonerii z lewactwem wszelkiej maści - ekologistami, feministkami, lobby homoseksualnym (niedługo pewnie jeszcze pedofilskim), aborcjonistami, zwolennikami społeczeństwa otwartego i temu podobnym wynaturzeniom. To są zazwyczaj mózgi lewicowej zarazy. Tak jest od XVIII w., kiedy to wywołali oni Rewolucję (Anty)Francuską. Dzisiaj to już wiadomo, że to dzieło wolnomularzy. A teraz przeprowadźmy proste indukcyjne rozumowanie. Jeżeli wtedy tyle mogli, to jakie są teraz ich możliwości? Zakładanie, że oni nagle się schowali i znikli gdzieś w czeluściach historii jest zatem błędne. Zapewne mają nadal znaczny wpływ na politykę lewicowych partii i stowarzyszeń, gdzie funkcjonują jako uświadomieni (według leninowskiej systematyki lewaków). Co więc się dzieje, jak zostaną oni zmiażdżeni? Po prostu lewactwo zacznie zachowywać się jak kura, która uległa dekapitacji. Minie krótki czas, a ten cały lewicowy aktyw posypie się pod swoim własnym ciężarem.
Trzecia sprawa to trzeba się przyjrzeć historii. Masoneria obalała monarchie, wywoływała rewolucje, więc tolerowanie takiej organizacji na terenie państwa jest przyzwoleniem na tego typu harce. Co więcej, masoneria zlecała morderstwa swoich przeciwników. Głośny był przypadek niejakiego Morgana, który w 1834 roku w USA wystąpił z loży masońskiej. Napisał następnie książkę ujawniającą zbrodniczy charakter tej organizacji. Potem został zamordowany, a cały nakład zniszczony. No i jak można taką wręcz mafijną organizację tolerować? Przecież obchodzenie się z masonami jak jajkiem to w takim wypadku wręcz skrajna głupota.
Co w takim razie należy zrobić? Majątek masonerii jako organizacji powinien zostać przejęty przez Skarb Państwa, a następnie zlicytowany. Przywódców oraz zajmujących wyższe stanowiska w nich wtrąć powinno się do więzień. Przy okazji również ich majątek winien ulec kasacji i zostać zlicytowany. Szeregowych członków należy obłożyć dożywotnimi karami finansowymi, płaconymi co rok - na przykład 10 000 zł rocznie, z których można by finansować przedsięwzięcia publiczne. Jeżeli mason nie mógłby tyle zapłacić, to do więzienia.
Żadna władza nie zainteresowała się uprzątnięciem tego szkodliwego raka, który jest śmiertelnym wrogiem zarówno państwa polskiego jak i jego mieszkańców. Ciekawe, kiedy zarządcy Priwislanskiego Kraju obudzą się z ręką w nocniku...
...o ile w ogóle tak się stanie.
Sprowadziliśmy na siebie tą mafię, którą wraz z resztą masonerii wyrzucono z Polski w 1938 roku na mocy dekretu prezydenta Mościckiego. Rzecz jasna, dobrze na tym nie wyjdziemy. Sanacja przed wojną doskonale wiedziała, co robi, pozbywającej się tej organizacji o zasięgu światowym. W okresie komuny ona jednak tutaj wróciła i zaczęła zapuszczać korzenie. Obecnie mamy siedem loż masońskich i nikt nie przejmuje się tym, co się tam dzieje, poza garstką ultrakonserwatystów (takich jak moja osoba) czy nacjonalistów. Tylko te dwie grupy zwracają uwagę na zagrożenia związane z tolerowaniem wolnomularstwa u siebie. A zatem, czy najlepiej nie byłoby po prostu zdelegalizować masonerii?
Niezrozumiałe jest zupełnie, jak można tolerować międzynarodową mafię, która jasno określa swoje cele. A to między innymi budowa globalnego państwa o ustroju zapewne socjalistycznym. Można traktować takich ludzi jak nieszkodliwych marzycieli lub skrajnych futurystów, puszczać im wszystko płazem. W ten sposób jednak nigdzie nie zajdziemy. Przecież oni są gotowi działać przeciwko Polsce, dążąc do jej zagłady lub wchłonięcia przez większe państwa. Interes narodowy to dla nich pustosłowie. Liczy się dla nich tylko ich własne siedzenie... no i budowa socjalizmu w skali globalnej. Nie łudźmy się. To, co znamy pod nazwą Unia Europejska, jest projektem typowo masońskim. Oni już o tym marzą od dwóch stuleci, aby w tej części świata znajdowało się jedno państwo, a to jako test dla zrobienia czegoś porównywalnego w skali globalnej. Przecież masoneria może być związana z obcymi wywiadami, mamy zatem możliwość kolaboracji. Tak więc organizacja ta chce pozbawić nas niezależności, niepodległości, tak więc nie ma prawa działać na terenie państwa. To już powinien być wystarczający powód do delegalizacji.
Druga rzecz to związki masonerii z lewactwem wszelkiej maści - ekologistami, feministkami, lobby homoseksualnym (niedługo pewnie jeszcze pedofilskim), aborcjonistami, zwolennikami społeczeństwa otwartego i temu podobnym wynaturzeniom. To są zazwyczaj mózgi lewicowej zarazy. Tak jest od XVIII w., kiedy to wywołali oni Rewolucję (Anty)Francuską. Dzisiaj to już wiadomo, że to dzieło wolnomularzy. A teraz przeprowadźmy proste indukcyjne rozumowanie. Jeżeli wtedy tyle mogli, to jakie są teraz ich możliwości? Zakładanie, że oni nagle się schowali i znikli gdzieś w czeluściach historii jest zatem błędne. Zapewne mają nadal znaczny wpływ na politykę lewicowych partii i stowarzyszeń, gdzie funkcjonują jako uświadomieni (według leninowskiej systematyki lewaków). Co więc się dzieje, jak zostaną oni zmiażdżeni? Po prostu lewactwo zacznie zachowywać się jak kura, która uległa dekapitacji. Minie krótki czas, a ten cały lewicowy aktyw posypie się pod swoim własnym ciężarem.
Trzecia sprawa to trzeba się przyjrzeć historii. Masoneria obalała monarchie, wywoływała rewolucje, więc tolerowanie takiej organizacji na terenie państwa jest przyzwoleniem na tego typu harce. Co więcej, masoneria zlecała morderstwa swoich przeciwników. Głośny był przypadek niejakiego Morgana, który w 1834 roku w USA wystąpił z loży masońskiej. Napisał następnie książkę ujawniającą zbrodniczy charakter tej organizacji. Potem został zamordowany, a cały nakład zniszczony. No i jak można taką wręcz mafijną organizację tolerować? Przecież obchodzenie się z masonami jak jajkiem to w takim wypadku wręcz skrajna głupota.
Co w takim razie należy zrobić? Majątek masonerii jako organizacji powinien zostać przejęty przez Skarb Państwa, a następnie zlicytowany. Przywódców oraz zajmujących wyższe stanowiska w nich wtrąć powinno się do więzień. Przy okazji również ich majątek winien ulec kasacji i zostać zlicytowany. Szeregowych członków należy obłożyć dożywotnimi karami finansowymi, płaconymi co rok - na przykład 10 000 zł rocznie, z których można by finansować przedsięwzięcia publiczne. Jeżeli mason nie mógłby tyle zapłacić, to do więzienia.
Żadna władza nie zainteresowała się uprzątnięciem tego szkodliwego raka, który jest śmiertelnym wrogiem zarówno państwa polskiego jak i jego mieszkańców. Ciekawe, kiedy zarządcy Priwislanskiego Kraju obudzą się z ręką w nocniku...
...o ile w ogóle tak się stanie.
Etykiety:
B'nai-B'rith,
lewactwo,
masoneria,
Polska,
quislingowcy,
sanacja,
zdrajcy,
zoologiczna prawicowość
sobota, 2 sierpnia 2008
Obrazoburstwo na warszawskiej starówce
Lipiec zeszłego roku. Z taką jedną koleżanką spacerowałem sobie po Starym Mieście w Warszawie. Tak pół żartem, pół serio licytowaliśmy się, co gdzie jest wyrabiane. Powiedziałem, że w Radomiu w Łuczniku, kiedyś robiono najlepsze kałasznikowy, wszystkie mafie na świecie chciały je mieć. Wspomniałem, że w filmie Leon Zawodowiec upada AK74 i jest przybliżenie, na którym widać gdzie został zrobiony i w jakiej fabryce. Zaraz potem, usłyszałem od niej, że Stare Miasto zostało odbudowane po wojnie z cegieł wyprodukowanych w Hipolicie Cegielskim w Poznaniu. Fakt ten był mi wcześniej, rzecz jasna, znany. Pomyślałem sobie jeszcze: "Olka, droga kobieto, wiem, że ciebie już wielokrotnie szokowałem swoim ultrakonserwatyzmem, zoologicznym jaskiniowo antykomunizmem. Pewnie mnie odbierasz jako faszystę, ale mniejsza. Teraz chodzi mi po głowie coś mocniejszego niż to, co zdołałaś usłyszeć". Przez jakiś czas nie mogłem zebrać myśli, jak to powiedzieć zdecydowanie bardziej dyplomatycznie. Niestety, może to się nie zgadza z przyjętymi regułami savoir vivre, ale mam zwyczaj głośnego mówienia to, co myślę. Wielokrotnie miewałem przez to problemy, ale jakoś to mnie nigdy nie odstręczało do wyrażania opinii. W tym wypadku musiałem rzecz jednak przemyśleć. Przecież wygłoszę kontrowersyjny pogląd do osoby myślącej sloganami i pewnymi schematami. A tej dziewczynie nikt poza mną nie dał niebieskiej pigułki w postaci solidnej dawki prawicowych poglądów...
- Olka - mówiłem do niej - komuniści to umieją wszystko zwalić. Tym ludziom dałby najprostszą zabawkę, a oni zepsuliby ją.
- A o co ci chodzi? - usłyszałem.
- Przecież przedwojenna Warszawa była zupełnie inna - uświadomiłem - A oni niby się opierali na obrazach Canaletta, a i tak po swojemu odbudowali.
To dopiero początek. Po tym wszystkim przeszedłem do sedna.
- Nie wiem, próbuję tą kwestię analizować na wiele sposobów - kontynuowałem dyskusję - ale moim zdaniem Powstanie Warszawskie zostało rozpętane przez sowieckich agentów celem odgłowienia Armii Krajowej.
Zaraz po wygłoszeniu tego krótkiego zdania zobaczyłem spojrzenie, w którym się łączyło zdziwienie i przerażenie. Jak można wygłaszać w ogóle takie sądy?! - pewnie to sobie pomyślała. Pewnie usłyszała coś takiego pierwszy raz w życiu.
- Przecież to nie może być prawda! - odrzekła.
- Nie neguję bohaterstwa tych ludzi w walce z o wiele liczniejszym przeciwnikiem - próbowałem wyjaśnić - ale gdyby NKWD sprowokowało powstanie, to czy by nie skorzystało na tym? Przecież patrz. Całe dowództwo AK idzie do niewoli lub ginie w dłuższym okresie czasu. Sowieci w tym czasie sobie stają, czekają aż Niemcy zrobią za nich całą brudną robotę, a potem wchodzą. W tym czasie siły antykomunistyczne mogące im odebrać władzę są już zbyt słabe, aby móc ich na dłuższy okres związać.
- Za dużo naczytałeś się o tych siatkach szpiegowskich, tajnych spiskach itp. - odpowiedziała mi.
- Wcale nie. Po prostu to, co zrobili Sowieci, to był przejaw najzwyklejszego pragmatyzmu. Na wojnie nie ma sentymentów, a jeżeli można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, to się tak robi.
- Co pod tym pojęciem rozumiesz?
- Po pierwsze Niemcy robią całą robotę, tłumią powstanie, a Sowieci sobie czekają, a potem wkraczają i idą już pod Berlin. Na miejscu instaluje się władzę, która będzie Rosji posłuszna, ale trzeba zadbać jeszcze o to, żeby samemu nie mieć problemów. Duża partyzantka może wiązać znaczne siły - i to zarówno Armi Czerwonej jak i NKWD. A jak myślisz, jeżeli jest ona efektywnie dowodzona, bo dowódcy nie dostali się do niewoli i pod komendą służy zdecydowanie więcej żołnierzy, to łatwo jest z czymś takim wygrać?
- No chyba nie.
- To weź pod uwagę, że w Powstaniu Anty-Sowieckim brało udział nawet dwieście tysięcy ludzi, a wyobraź sobie gdyby uczestniczyło w nim pół miliona albo nawet i więcej. Przecież to trzeba od razu większe siły mobilizować. A tak by było, gdyby w Warszawie nie wybuchło powstanie.
- A i tak dałoby się coś zrobić.
- Inaczej to się robi na surowym korzeniu, a inaczej jak masz już wcześniej struktury. Więcej wysiłku trzeba, aby je rozbić, a poza tym, to co mówiłem wyżej - więcej armii potrzeba. Z tego powodu opłacało wyindukować całą akcję NKWD. - wróciłem w ten sposób do punktu wyjścia.
Oczywiście, widziałem święte oburzenie na twarzy mojej koleżanki. Ta projekcja tego infantylnego tupania nóżką po udowodnieniu braku racji... Tak to jest jednak, jeżeli nie podchodzi się do wielu rzeczy krytycznie. Ja postrzegałem zawsze myślenie za czynność tak naturalną jak oddychanie, z tego powodu może nie dałem się zwieść czerwonym marks-mediom. W efekcie stałem się konserwatystą. Ale cóż... mówi się, że kobiety są bardziej konformistyczne, chętniej przyjmują poglądy, mniej się nad nimi zastanawiają. Trochę w tym racji było.
Zauważyłem również, że niebieska pigułka polegająca na zmuszeniu do samodzielnego myślenia nie podziałała. Od dłuższego czasu raczyłem przyjaciółkę innymi niż mainstreamowe wyjaśnienia. Wyjaśnienia jednak nic się nie zdały. W październiku zostałem zrugany za to, że nie poparłem Parady Oszustów, a głos oddałem na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej. Jednak kobiety łatwiej dotyka impregnacja na rzeczywistość...
A na zakończenie. No i kto tutaj kpi sobie z bohaterstwa tych ludzi, którzy zginęli w Warszawie w 1944 roku? Któż to dopuścił się aktu najniższego lotu nekrofilii?
- Olka - mówiłem do niej - komuniści to umieją wszystko zwalić. Tym ludziom dałby najprostszą zabawkę, a oni zepsuliby ją.
- A o co ci chodzi? - usłyszałem.
- Przecież przedwojenna Warszawa była zupełnie inna - uświadomiłem - A oni niby się opierali na obrazach Canaletta, a i tak po swojemu odbudowali.
To dopiero początek. Po tym wszystkim przeszedłem do sedna.
- Nie wiem, próbuję tą kwestię analizować na wiele sposobów - kontynuowałem dyskusję - ale moim zdaniem Powstanie Warszawskie zostało rozpętane przez sowieckich agentów celem odgłowienia Armii Krajowej.
Zaraz po wygłoszeniu tego krótkiego zdania zobaczyłem spojrzenie, w którym się łączyło zdziwienie i przerażenie. Jak można wygłaszać w ogóle takie sądy?! - pewnie to sobie pomyślała. Pewnie usłyszała coś takiego pierwszy raz w życiu.
- Przecież to nie może być prawda! - odrzekła.
- Nie neguję bohaterstwa tych ludzi w walce z o wiele liczniejszym przeciwnikiem - próbowałem wyjaśnić - ale gdyby NKWD sprowokowało powstanie, to czy by nie skorzystało na tym? Przecież patrz. Całe dowództwo AK idzie do niewoli lub ginie w dłuższym okresie czasu. Sowieci w tym czasie sobie stają, czekają aż Niemcy zrobią za nich całą brudną robotę, a potem wchodzą. W tym czasie siły antykomunistyczne mogące im odebrać władzę są już zbyt słabe, aby móc ich na dłuższy okres związać.
- Za dużo naczytałeś się o tych siatkach szpiegowskich, tajnych spiskach itp. - odpowiedziała mi.
- Wcale nie. Po prostu to, co zrobili Sowieci, to był przejaw najzwyklejszego pragmatyzmu. Na wojnie nie ma sentymentów, a jeżeli można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, to się tak robi.
- Co pod tym pojęciem rozumiesz?
- Po pierwsze Niemcy robią całą robotę, tłumią powstanie, a Sowieci sobie czekają, a potem wkraczają i idą już pod Berlin. Na miejscu instaluje się władzę, która będzie Rosji posłuszna, ale trzeba zadbać jeszcze o to, żeby samemu nie mieć problemów. Duża partyzantka może wiązać znaczne siły - i to zarówno Armi Czerwonej jak i NKWD. A jak myślisz, jeżeli jest ona efektywnie dowodzona, bo dowódcy nie dostali się do niewoli i pod komendą służy zdecydowanie więcej żołnierzy, to łatwo jest z czymś takim wygrać?
- No chyba nie.
- To weź pod uwagę, że w Powstaniu Anty-Sowieckim brało udział nawet dwieście tysięcy ludzi, a wyobraź sobie gdyby uczestniczyło w nim pół miliona albo nawet i więcej. Przecież to trzeba od razu większe siły mobilizować. A tak by było, gdyby w Warszawie nie wybuchło powstanie.
- A i tak dałoby się coś zrobić.
- Inaczej to się robi na surowym korzeniu, a inaczej jak masz już wcześniej struktury. Więcej wysiłku trzeba, aby je rozbić, a poza tym, to co mówiłem wyżej - więcej armii potrzeba. Z tego powodu opłacało wyindukować całą akcję NKWD. - wróciłem w ten sposób do punktu wyjścia.
Oczywiście, widziałem święte oburzenie na twarzy mojej koleżanki. Ta projekcja tego infantylnego tupania nóżką po udowodnieniu braku racji... Tak to jest jednak, jeżeli nie podchodzi się do wielu rzeczy krytycznie. Ja postrzegałem zawsze myślenie za czynność tak naturalną jak oddychanie, z tego powodu może nie dałem się zwieść czerwonym marks-mediom. W efekcie stałem się konserwatystą. Ale cóż... mówi się, że kobiety są bardziej konformistyczne, chętniej przyjmują poglądy, mniej się nad nimi zastanawiają. Trochę w tym racji było.
Zauważyłem również, że niebieska pigułka polegająca na zmuszeniu do samodzielnego myślenia nie podziałała. Od dłuższego czasu raczyłem przyjaciółkę innymi niż mainstreamowe wyjaśnienia. Wyjaśnienia jednak nic się nie zdały. W październiku zostałem zrugany za to, że nie poparłem Parady Oszustów, a głos oddałem na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej. Jednak kobiety łatwiej dotyka impregnacja na rzeczywistość...
A na zakończenie. No i kto tutaj kpi sobie z bohaterstwa tych ludzi, którzy zginęli w Warszawie w 1944 roku? Któż to dopuścił się aktu najniższego lotu nekrofilii?
Etykiety:
kobiety,
konformizm,
niebieska pigułka,
NKWD,
Polska,
Powstanie Warszawskie,
psychologia,
ZSRR
Subskrybuj:
Posty (Atom)