Pamiętne wybory w 2007 roku. Wybory wygrała chyba najbardziej socjalistyczna ze wszystkich partii politycznego mainstreamu (jak tak nie określać jej za rozbudowanie reglamentacji gospodarki i fiskalizmu w ostatnim dwudziestoleciu). Zagłosowano na de facto bezpłciową wydmuszkę wykreowaną przez mass-media pozbawioną jakichkolwiek poglądów politycznych poza jednym, dorwać się do władzy. W przerażającą wizję, jakoby miał nastać faszyzm, uwierzyła wielka rzesza ludzi, zwłaszcza młodych. Zwolennicy przeciwnej doń opcji nazwali tychże lemingami. Nazwa pochodzi od gryzonia, którego osobniki co kilka lat uczestniczą w wędrówkach, w których wiele z nich ginie. Analogia jest bardzo trafna: oni również reagują zbiorowo, a do tego histerycznie.
Jakkolwiek na PiS nie głosowałem, tej partii również nie popieram, uważam, że jego zwolennicy dostrzegli pewien ciekawy fenomen. Piekłoszczyk Edward Bernays byłby zachwycony, gdyby mógł dożyć tego momentu. Ludzie zachowywali się, jakby zostali spuszczeni z linii produkcyjnej. Uwierzyli w pewne slogany, więcej, zaczęli te klisze traktować jak pierwotne pojęcia. Siłą ich była jakaś forma niezrozumiałej z mojej perspektywy paniki; a oto mamy perspektywy autorytaryzmu i upadku systemu demokratycznego! Sam tego uświadczyłem. Po pamiętnych wyborach musiałem wiele znajomości zrewidować, ponieważ wielu moich niedawnych przyjaciół traktowało mnie jak "faszystę". O nieprzyjemnościach w kontaktach z zadżumionymi umysłami pisać można bardzo wiele. Zwolennicy PiS dostrzegli lemingi, nie zauważyli jednakże samej natury tego fenomenu. Dlatego też środki, które zaproponowali w żaden sposób nie rozwiązałyby sytuacji.
Bez przerwy ubolewano na państwowy system edukacji. Zgadzam się, co do tego, że człowiek pojmuje świat przez pryzmat swojej wiedzy, o ile jest w stanie ją poszerzać ze zrozumieniem pojęć. Uważam również, że powinien być on wszechstronnie wykształcony, a przynajmniej rozumieć podstawowe pojęcia nauk przyrodniczych i humanistycznych. Należy tutaj jednak postawić pytanie, czy pewni ludzie są po prostu zdatni do tego. Przecież jak uraczymy lemingi dwukrotnie większą ilością matematyki, języka ojczystego, biologii czy też historii, to czy to wpłynie w jakiś sposób na ich sposób postrzegania rzeczywistości. Moim zdaniem będzie to zwykłe marnotrawstwo czasu i energii. Ci ludzie i tak w szkole się nudzą. Niby skąd się bierze plaga wagarów czy sięganie po dopalacze? Spędzają oni 12 lat - teraz dzięki reformom minister Hall będzie 13 - w tej szkole i czy to wpływa na ich poziom percepcji, kultury osobistej. Ależ skąd! Wracają oni do swoich wątpliwej jakości fetyszy - zilustrować to może popularne powiedzenie "skóra, fura i komóra". Wychodząc ze szkoły ze świadectwem dojrzałości, jak teraz ładnie nazywa się dokument jej ukończenia, taki osobnik wraca do stanu pierwotnego. No i po co było go uczyć tego wszystkiego, jak on tylko litery umie rozpoznawać. Tekstu bowiem nie rozumie. A tutaj chcą takiego delikwenta pomęczyć jeszcze większą ilością materiału... Moim zdaniem to, co proponują tutaj zwolennicy PiS jest zwyczajną drogą donikąd. Problem rozwiązałaby bowiem dopiero prywatyzacja szkolnictwa oraz zniesienie przymusu szkolnego. Wówczas takie jednostki zwyczajnie by do szkoły nie trafiły, tylko zajęłyby się po prostu czym innym.
Istnienie państwowego systemu szkolnictwa to jeden z ubocznych skutków demokratyzacji. Bez niej również coś takiego jak lemingi w ogóle by nie mogło istnieć. Każda demokracja bowiem polega na demagogii skierowanej do takich indywiduów. Czy oni rozumieją, co to znaczy dajmy na to konserwatyzm, liberalizm, socjalizm czy nacjonalizm? Odpowiedź jest, rzecz jasna, przecząca. Ale reagują na to, jeżeli niski polityk założy buty na koturnie, wtedy wydaje się im wyższy. Innym sposobem to szkła kontaktowe z innym kolorem oczu niż naturalny: wypróbowany zresztą przez Al-Kwaskiego. Jeszcze inny to rzucanie w przeciwnika anatemami typu "faszyzm". Ludzie to bardzo chętnie kupują. Nie liczy się merytoryczna dyskusja, tylko gra na uczuciach tłumu. A teraz pytanie do zwolenników demokracji i związanej z nią partyjniactwa: czy dobrze, że taki tłum rządzi w państwie. Dodam, że on nawet nie rozumie, jak ten organizm państwowy działa... Jak on może zatem decydować o bycie lub niebycie państwa? Równie dobrze moglibyśmy posadzić za sterami samolotu osobnika z zaawansowaną pląsawicą Huntingtona.
Skutki są potem takie, że rządzą ludzie krańcowo niekompetentni. Ostatnie dwa lata można by określić mianem tragifarsy, gdyby nie zamieszkiwanie na terenie Priwislanskiego Kraju. Wynika z tego, że obecnie panującym ustrojem jest alkoholowa pajdokracja. Poszła masa młodzieży, no i zagłosowała tak, a nie inaczej. Ale to wszystko uboczne skutki istnienia ustroju demokratycznego. Nie to, żebym uważał, że wcześniejsze ekipy były lepsze. Po prostu tak to wygląda: obecny rząd jest jeszcze gorszy niż gabinety postkomunistów, obiektywnie rzecz oceniając. W końcu PiS różni się od PO w końcu tylko tym, że ta pierwsza nie zrobiła dekomunizacji, a ta druga - liberalizacji. Również przywódcy obydwu partii tak samo opowiedzieli się za kasacją Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
W każdym razie problem lemingów powinien zostać zwalczony u podstaw. Najlepsze ku temu jest zniesienie przymusu szkolnego oraz eliminacja ustroju demokratycznego. Wszelkie inne rozwiązania to półśrodki lub wlewanie benzyny do ognia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
sobota, 21 listopada 2009
czwartek, 2 lipca 2009
Otchłań, matury i polskie szkolnictwo
Do dzisiejszego dnia pamiętam fragment Grobu Agamemnona "papugą byłaś i pawiem narodów". Mowa, rzecz oczywista, o Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Okazuje się, że ciągle popełniamy jeden podstawowy błąd. Mamy jakiś dziwny kompleks niższości wobec nacji zamieszkujących zachodnią Europę - to, że jest całkowicie nieuzasadniony, stanowi temat na inny tekst. Staramy się wobec tego we wszystkim małpować Zachód, nie patrząc na to, czy to jest dobre, czy złe.
Jedną z takich dziedzin jest szkolnictwo. Osobiście uważam, że państwo nie powinno się tym zajmować. Jedyną rzeczą, do której powinno się ograniczyć, to weryfikacja dyplomów ukończenia poszczególnych etapów edukacji. Mamy jednak ten siermiężny socjalizm, który żeby obalić, należałoby dokonać puczu. W warunkach demokratycznych nie jesteśmy w stanie wiele w tej dziedzinie zrobić. Sprywatyzowanie jakiejś fabryki to jest nic w porównaniu ze zrobieniem tego samego w przypadku szkoły albo uczelni. Tyle wstępu. Różni dziwni ludzie próbowali polską szkołę upodabniać na siłę do zachodniej. Mam tutaj na myśli niesławnych Wittbrodta, Handkego czy Łybacką. Po przejściu wyżej wymienionych przez szkolnictwo został krajobraz nędzy i rozpaczy. To wszystko powoli zmierza ku otchłani...
Przenieśli na przykład na polski grunt gimnazjum, nie patrząc w ogóle na rozwiązania w innych państwach. W Niemczech jest na przykład kilka kategorii, z czego tylko po jednej z nich - Realgymnasium - można uzyskać maturę, a po innych idzie się normalnie do zawodu. Na naszym rodzimym gruncie skutki były opłakane. Stłoczono mianowicie młodzież w najbardziej kłopotliwym wieku na jednym etapie kształcenia. Wzrosła ilość problemów pedagogicznych oraz wręcz o charakterze kryminalnym. Obniżono znacząco poziom edukacji, usuwając w ogóle z programu szereg treści zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Jednym słowem, gimnazjum okazało się być niewypałem. Normalnie prawne buble powinno się eliminować. W Polsce mamy jednak taką władzę, która stara się je pogłębiać. Ostatnio usłyszałem na przykład, że wzory skróconego mnożenia zostały przeniesione do liceum.
Innym nieciekawym wynalazkiem są centralne egzaminy. Sama idea nie jest zła, gorzej jest z jej realizacją. Przecież egzaminy w tej formie preferują najbardziej przeciętnych! Mamy tutaj do czynienia z klasyczną formą doboru stabilizującego. Tutaj nie poradzi sobie zarówno osoba grubo poniżej przeciętnej, jak również problemy będzie miał osobnik o ponadprzeciętnej wiedzy i inteligencji. Przecież ten ostatni dostrzeże na przykład nieścisłości w szeregu pytań, będą mu pasowały dwie odpowiedzi, nie daj Boże sobie na maturze z fizyki coś scałkuje (był taki przypadek, że rozwiązanie preferowane przez klucz było błędne i żeby uzyskać dobry wynik, należało właśnie całkę policzyć). No i co zrobi egzaminator. Ten zajrzy do klucza, no i ponieważ człek mądrzejszy niż ustawa przewiduje, to należy go puścić w skarpetkach, jakby był skończonym matołem. Później ów delikwent idzie na rozdanie świadectw maturalnych zadowolony, że wszystko jest w porządku. Wychowawca wręcza mu ten papierek, a jemu następnie mięknie dziób. Zaskoczony jest, iż poszło tak słabo. Co to wszystko oznacza? Te wszystkie testowe egzaminy są odmóżdżające, nie rozwijają żadnego twórczego myślenia, tylko nakazują wszędzie dopasowywać się do schematów. Potem na wyższych uczelniach jest utyskiwanie, że kogo to oni przyjęli w swoje progi. Słyszałem kiedyś o pewnym przypadku studenta, który napisał na kolokwium z zoologii, że owady dzielą się na "latale, fruwale i pełzale", zamiast na Apterygogenea (pierwotnie bezskrzydłe) i Pterygogenea (pierwotnie uskrzydlone). Taki przypadek to jest jeszcze nic. Wykładowcy czy prowadzący ćwiczenia twierdzą wręcz, że około 70% studentów to są funkcjonalni analfabeci. I nic dziwnego, że coraz więcej jest głosów, że na studia przywrócić należy egzaminy wstępne.
W tym roku matury nie zdało 21% populacji. Jakiś urzędnik z CKE twierdził, że to rzecz normalna, że jedna piąta maturzystów nie nadaje się na studia wyższe. Moim zdaniem to trend liniowy - przecież co rok zdawalność tego egzaminu była coraz mniejsza. Jeszcze jak w przyszłym roku zrobią obowiązkową maturę z matematyki to będzie jak we Francji. Tam matury nie zdaje 50% do niej podchodzących.
W dodatku całe szkolnictwo nastawiło się na robienie tego, co jest na "testach". Wówczas treści programowe rzadko się trafiające na nich są traktowane po macoszemu. Prowadzi to następnie do ich usunięcia z programów nauczania. W dodatku poziom centralnych egzaminów jest coraz niższy. Organy odpowiedzialne za ich przygotowanie powinny raczej asymptotycznie zwiększać ich trudność. Nie ukrywam, że również zmienić się powinno formułę tychże centralnych egzaminów. Nie ma bowiem, jak ustna odpowiedź przed komisją. Tylko z języków należałoby zachować egzaminy pisemne - ale nie jakieś tam czytanie ze zrozumieniem. Powinno się dostać do napisania jakiś duży esej wymagający pewnej wiedzy. W przypadku języka obcego w przypadku rozumienia ze słuchu należałoby zastosować szereg pytań otwartych. No i problem rozwiązany. Te egzaminy centralne powinno się uprościć. W obecnej sytuacji wystarczyłaby matematyka, język polski oraz jeden przedmiot do wyboru. Wówczas egzaminy trwałyby dużo krócej, również zmniejszyłby się czas ich sprawdzania. Więcej, powinny one tylko kończyć dany etap edukacji. Na studia na przykład - jak dawniej - powinny być egzaminy wstępne.
Ceterum censeo, gimnazjum należy oczywiście znieść. Szkołę podstawową proponowałbym przywrócić jako siedmiolatkę. Szkoła średnia trwać winna 4 lata. Pozwoli to również skrócić okres edukacji z dwunastu do jedenastu lat. Do tego program powinien być wzmocniony.
Tylko, że czy ktoś to będzie w stanie w naszym kraju przeprowadzić. W warunkach demokratycznych dałoby się to przeprowadzić spokojnie, choć przy znacznym oporze materii - różnych związków zawodowych pokroju ZNP czy zawodowym piewcom modernizacji. Niestety, obecne ekipy polityczne są zbyt zapatrzone na wzorce zachodnie. Pozostaje pytanie: czy to jest świadome działanie zmierzające w stronę przemysłowej hodowli orwellowskich proletów? Wszystko zmierza bowiem ku otchłani.
Jedną z takich dziedzin jest szkolnictwo. Osobiście uważam, że państwo nie powinno się tym zajmować. Jedyną rzeczą, do której powinno się ograniczyć, to weryfikacja dyplomów ukończenia poszczególnych etapów edukacji. Mamy jednak ten siermiężny socjalizm, który żeby obalić, należałoby dokonać puczu. W warunkach demokratycznych nie jesteśmy w stanie wiele w tej dziedzinie zrobić. Sprywatyzowanie jakiejś fabryki to jest nic w porównaniu ze zrobieniem tego samego w przypadku szkoły albo uczelni. Tyle wstępu. Różni dziwni ludzie próbowali polską szkołę upodabniać na siłę do zachodniej. Mam tutaj na myśli niesławnych Wittbrodta, Handkego czy Łybacką. Po przejściu wyżej wymienionych przez szkolnictwo został krajobraz nędzy i rozpaczy. To wszystko powoli zmierza ku otchłani...
Przenieśli na przykład na polski grunt gimnazjum, nie patrząc w ogóle na rozwiązania w innych państwach. W Niemczech jest na przykład kilka kategorii, z czego tylko po jednej z nich - Realgymnasium - można uzyskać maturę, a po innych idzie się normalnie do zawodu. Na naszym rodzimym gruncie skutki były opłakane. Stłoczono mianowicie młodzież w najbardziej kłopotliwym wieku na jednym etapie kształcenia. Wzrosła ilość problemów pedagogicznych oraz wręcz o charakterze kryminalnym. Obniżono znacząco poziom edukacji, usuwając w ogóle z programu szereg treści zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Jednym słowem, gimnazjum okazało się być niewypałem. Normalnie prawne buble powinno się eliminować. W Polsce mamy jednak taką władzę, która stara się je pogłębiać. Ostatnio usłyszałem na przykład, że wzory skróconego mnożenia zostały przeniesione do liceum.
Innym nieciekawym wynalazkiem są centralne egzaminy. Sama idea nie jest zła, gorzej jest z jej realizacją. Przecież egzaminy w tej formie preferują najbardziej przeciętnych! Mamy tutaj do czynienia z klasyczną formą doboru stabilizującego. Tutaj nie poradzi sobie zarówno osoba grubo poniżej przeciętnej, jak również problemy będzie miał osobnik o ponadprzeciętnej wiedzy i inteligencji. Przecież ten ostatni dostrzeże na przykład nieścisłości w szeregu pytań, będą mu pasowały dwie odpowiedzi, nie daj Boże sobie na maturze z fizyki coś scałkuje (był taki przypadek, że rozwiązanie preferowane przez klucz było błędne i żeby uzyskać dobry wynik, należało właśnie całkę policzyć). No i co zrobi egzaminator. Ten zajrzy do klucza, no i ponieważ człek mądrzejszy niż ustawa przewiduje, to należy go puścić w skarpetkach, jakby był skończonym matołem. Później ów delikwent idzie na rozdanie świadectw maturalnych zadowolony, że wszystko jest w porządku. Wychowawca wręcza mu ten papierek, a jemu następnie mięknie dziób. Zaskoczony jest, iż poszło tak słabo. Co to wszystko oznacza? Te wszystkie testowe egzaminy są odmóżdżające, nie rozwijają żadnego twórczego myślenia, tylko nakazują wszędzie dopasowywać się do schematów. Potem na wyższych uczelniach jest utyskiwanie, że kogo to oni przyjęli w swoje progi. Słyszałem kiedyś o pewnym przypadku studenta, który napisał na kolokwium z zoologii, że owady dzielą się na "latale, fruwale i pełzale", zamiast na Apterygogenea (pierwotnie bezskrzydłe) i Pterygogenea (pierwotnie uskrzydlone). Taki przypadek to jest jeszcze nic. Wykładowcy czy prowadzący ćwiczenia twierdzą wręcz, że około 70% studentów to są funkcjonalni analfabeci. I nic dziwnego, że coraz więcej jest głosów, że na studia przywrócić należy egzaminy wstępne.
W tym roku matury nie zdało 21% populacji. Jakiś urzędnik z CKE twierdził, że to rzecz normalna, że jedna piąta maturzystów nie nadaje się na studia wyższe. Moim zdaniem to trend liniowy - przecież co rok zdawalność tego egzaminu była coraz mniejsza. Jeszcze jak w przyszłym roku zrobią obowiązkową maturę z matematyki to będzie jak we Francji. Tam matury nie zdaje 50% do niej podchodzących.
W dodatku całe szkolnictwo nastawiło się na robienie tego, co jest na "testach". Wówczas treści programowe rzadko się trafiające na nich są traktowane po macoszemu. Prowadzi to następnie do ich usunięcia z programów nauczania. W dodatku poziom centralnych egzaminów jest coraz niższy. Organy odpowiedzialne za ich przygotowanie powinny raczej asymptotycznie zwiększać ich trudność. Nie ukrywam, że również zmienić się powinno formułę tychże centralnych egzaminów. Nie ma bowiem, jak ustna odpowiedź przed komisją. Tylko z języków należałoby zachować egzaminy pisemne - ale nie jakieś tam czytanie ze zrozumieniem. Powinno się dostać do napisania jakiś duży esej wymagający pewnej wiedzy. W przypadku języka obcego w przypadku rozumienia ze słuchu należałoby zastosować szereg pytań otwartych. No i problem rozwiązany. Te egzaminy centralne powinno się uprościć. W obecnej sytuacji wystarczyłaby matematyka, język polski oraz jeden przedmiot do wyboru. Wówczas egzaminy trwałyby dużo krócej, również zmniejszyłby się czas ich sprawdzania. Więcej, powinny one tylko kończyć dany etap edukacji. Na studia na przykład - jak dawniej - powinny być egzaminy wstępne.
Ceterum censeo, gimnazjum należy oczywiście znieść. Szkołę podstawową proponowałbym przywrócić jako siedmiolatkę. Szkoła średnia trwać winna 4 lata. Pozwoli to również skrócić okres edukacji z dwunastu do jedenastu lat. Do tego program powinien być wzmocniony.
Tylko, że czy ktoś to będzie w stanie w naszym kraju przeprowadzić. W warunkach demokratycznych dałoby się to przeprowadzić spokojnie, choć przy znacznym oporze materii - różnych związków zawodowych pokroju ZNP czy zawodowym piewcom modernizacji. Niestety, obecne ekipy polityczne są zbyt zapatrzone na wzorce zachodnie. Pozostaje pytanie: czy to jest świadome działanie zmierzające w stronę przemysłowej hodowli orwellowskich proletów? Wszystko zmierza bowiem ku otchłani.
Etykiety:
edukacja,
matura,
orwellowscy proleci,
oświata,
Polska,
prawne buble,
szkolnictwo
piątek, 19 czerwca 2009
Podstawowa komórka społeczna
Niemiłościwie rządząca nami lewica zwykła zwalczać wszystkie tradycyjne wartości. Miejsce hierarchii i autorytaryzmu zajmuje egalitaryzm i kult bożka Demosa. Religia katolicka zastępowana jest przez państwowy ateizm. Ius naturalis będące odbiciem ius aeterna divina zamieniane jest na prawniczy pozytywizm. Własność prywatna przestaje kogokolwiek obchodzić - obecnie pobiera się podatki w wysokości 83%, jakby to wszystko razem podliczyć. Oczkiem w głowie lewicy jest również podstawowa komórka społeczna, czyli rodzina. Przeciwko niej wytaczane są najcięższe działa. Próbuje się nią na przykład poddawać redefinicji, nazywając związek dwóch osób tej samej płci w ten sposób. Tworzy się również różne organy opieki społecznej, które w założeniu mają zwalczać agresję w rodzinie. Tropi się również przypadki takie jak Josif Fritzl celem jest dyskredytacji. O co w tym wszystkim chodzi?
Lewica dąży bowiem do tego, żeby dzieci były wychowywane kolektywnie jak w starożytnej Sparcie. Przecież jak może się skończyć stopniowe obniżanie wieku przymusu szkolnego. Przecież już się pojawiają projekty, aby tym obowiązkiem objąć nawet czterolatków. Póki co było głośno o posyłaniu do szkoły 6-latków, kolejnym durnym projekcie realizowanym na wzór zachodniej Europy... Sprowadzając to wszystko do reductio ad absurdum może się okazać w pewnym punkcie, że celem wyrównywania szans, zapewnienia wszystkim dzieciom dostępu do edukacji - dalej można wpisać inne równościowe slogany - państwo socjalistyczne zdecyduje utworzyć się właśnie taką kolektywną chlewnię. Tak to się właśnie wszystko może skończyć.
Jak powinna zatem ta podstawowa komórka społeczna?
Wszystkie byty społeczne wykazują pewną hierarchiczność. To jest dla nich rzecz naturalna. Zawsze się w danej grupie znajdzie zdecydowany lider decydujący o większości spraw z nią związanych. Tak samo powinno być w rodzinie. Tutaj należy odrestaurować pojęcie głowy rodziny. Powinien być to pater familias, a zatem mąż i ojciec. A dlaczego? Tutaj może się przy okazji zacząć dyskusja nad tym, a dlaczego nie może być to żona. Mężczyzna i kobieta są pod względem biologicznym i psychologicznym przygotowani do różnych funkcji w społeczeństwie. To nie jest trudno zauważyć. Pewne rzeczy po prostu lepiej zrobi lepiej mężczyzna niż kobieta i vice versa. Poza tym facet jest mniej konformistyczny i ma mniejszą skłonność do przyjmowania cudzych opinii za własne. Z tego to powodu to mąż i ojciec powinien być głową rodziny. Zwiększyłbym również jego uprawnienia. Jak jakaś kobieta wychodzi za mąż, to niech nie płacze potem, że jej mąż okazał się być tyranem. Przecież można było zrobić - jeżeli już - rozeznanie wcześniej. Jakkolwiek nie jestem miłośnikiem demokracji, uważam, że dobrze byłoby utrzymać ją na poziomie gminy oraz częściowo województwa (tam proponowałbym system z częścią stanowisk mianowanych). Tam prawo głosu powinien mieć właśnie pater familias.
Obecnie rodziców degraduje się w wychowaniu dzieci do swoistych funkcjonariuszy państwa. Moim zdaniem to należy całkowicie odrzucić. Rodzice mają prawo wychować swoje dziecko w takich przekonaniach, jakie uznają za stosowne. I tutaj mnie nie obchodzi, że może się to wiązać z pochwałą nacjonalizacji przemysłu, kłamstwem oświęcimskim, kreacjonizmem, żydowsko-masońskimi rządami nad światem itd. Tak samo nie mam zamiaru wnikać, w jakim wyznaniu chcą swoje dziecko wychować. Jeżeli są ateistami czy agnostykami, nie mają żadnego obowiązku mówić swojemu dziecku o transcendencji. Czy wobec tego powinien zostać utrzymany obowiązek szkolny i państwowe szkolnictwo? Oczywiście, że nie. Szkolnictwo wszystkich poziomów powinno ulec prywatyzacji, a obowiązek szkolny zostać zniesiony. Wówczas to rodzice będą mogli wychowywać dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Państwo w tym przypadku nie powinno się wtrącać. Odezwą się w tym momencie różni Jaśnie Oświeceni: a co będzie, jeżeli rodzice będą nauczać swoje dzieci różnych teorii paranaukowych? Odpowiem, a co mnie to obchodzi. Czy ja wnikam w to, że wy prawdopodobnie ateuszy wychowacie?
Zdarza się słyszeć o takich przypadkach, że opieka społeczna odebrała rodzicom dziecko, ponieważ było za grube. Zacytowany casus pochodzi z UK, ale pokazuje jak to niemiłosiernie nam panujący socjalizm się rozochocił. Moim zdaniem to jest kwestia rodziców, jaką dietę stosują - czy żywią dziecko dietą wegetariańską (wegańską, fruktariańską, jakąkolwiek z tych), czy też dietą Kwaśniewskiego albo Atkinsa, czy w inny sposób. Tak samo należy to do takich spraw, jak to czy karmią dziecko jak kaczkę, czy też oszczędzają na jego żywieniu. To powinna być wewnętrzna sprawa rodziny. Jesteśmy przy problematyce medycznej. Czy powinny być zatem przymusowe szczepienia? Moim zdaniem nie. O tym powinni decydować rodzice, czy będzie się im wstrzykiwać związki rtęci (tak, sól sodową kwasu etylortęciotiosalicylowego, znaną jako Thiomersal), jakie szczepionki - czy np. szczepionki DNA, szczepionki w transgenicznych roślinach, z atenuowanych drobnoustrojów itd. Tak samo powinno być z zakresem opieki medycznej. Między innymi z tego powodu służba zdrowia powinna być w całości prywatna.
Obecnie w Polsce chce się utworzyć organ opieki społecznej działający jak Jugendammt, który w założeniu ma odebrać dziecko rodzicom w ciągu 20 minut. Celem jest walka z agresją w rodzinie. Moim zdaniem takie organy - podobnie jak i cała opieka społeczna - powinny zostać zlikwidowane. Kwestia stosowanych metod wychowawczych powinna należeć do rodziców - czy używają siły fizycznej, czy łagodnej perswazji, czy też w ogóle pozwalają sobie wchodzić swoim pociechom na głowę. To też jest wewnętrzna sprawa podstawowej komórki społecznej, do której nie należy się wtrącać. Tak samo kwestia śledzenia dziecka przez rodziców: jak chcą, to nawet niech zachipują. Przecież takie problemy, to wewnętrzna sprawa rodziny.
Jakie jeszcze powinny być uprawnienia rodziców względem dzieci? To oni powinni decydować również, kiedy ich potomek staje się w świetle prawa dorosły. Przecież to nie jest taka prosta kwestia: jedni dojrzewają szybciej, a inni wolniej. Neurobiologiczna dojrzałość mózgu to przedział od 16 aż do 25 lat. Tak więc część populacji będzie już w pełni ukształtowana intelektualnie emocjonalnie i intelektualnie przed 18 rokiem życia, a część dopiero w połowie trzeciej dekady życia. Tak więc czy państwo powinno arbitralnie decydować, o tym kiedy to dziecko staje się... pełnoletnie (takie to określenie jest niejednokrotnie najbardziej adekwatne)? Od takich rzeczy powinna być rodzina. Rodzice powinni móc również swoje dziecko ożenić bądź wydać za mąż - i to, jak już kiedyś zaznaczałem - powinna być jedyna furtka w przypadku pożycia seksualnego przed dorosłością.
Rodzice nie powinni mieć tylko prawa ius vitae et necis. Poza tym powinni oni być w całości odpowiedzialni za swoje dzieci. Pytanie: dlaczego lewica tak niechętnie na to wszystko patrzy. Otóż niejaki Adorno wydał książkę Authoritarian Personality. Uzasadniał w niej, że wychowanie w sposób autorytarny prowadzi do tego, że w przyszłości dzieci nie będą akceptować systemu demokratycznego, tylko że naturalne będą się im wydawać hierarchia i autorytaryzm. Demokracja to dla współczesnej lewicy to wręcz element credo, więc wiadomo, dlaczego z pewnymi rzeczami będą walczyć. Pawlik Morozow jest wiecznie żywy. Z tego powodu będą coraz mocniej ingerować w wychowanie dzieci przez rodziców. A jak to się wszystko skończy. Zapewne tak samo jak w starożytnej Sparcie.
Lewica dąży bowiem do tego, żeby dzieci były wychowywane kolektywnie jak w starożytnej Sparcie. Przecież jak może się skończyć stopniowe obniżanie wieku przymusu szkolnego. Przecież już się pojawiają projekty, aby tym obowiązkiem objąć nawet czterolatków. Póki co było głośno o posyłaniu do szkoły 6-latków, kolejnym durnym projekcie realizowanym na wzór zachodniej Europy... Sprowadzając to wszystko do reductio ad absurdum może się okazać w pewnym punkcie, że celem wyrównywania szans, zapewnienia wszystkim dzieciom dostępu do edukacji - dalej można wpisać inne równościowe slogany - państwo socjalistyczne zdecyduje utworzyć się właśnie taką kolektywną chlewnię. Tak to się właśnie wszystko może skończyć.
Jak powinna zatem ta podstawowa komórka społeczna?
Wszystkie byty społeczne wykazują pewną hierarchiczność. To jest dla nich rzecz naturalna. Zawsze się w danej grupie znajdzie zdecydowany lider decydujący o większości spraw z nią związanych. Tak samo powinno być w rodzinie. Tutaj należy odrestaurować pojęcie głowy rodziny. Powinien być to pater familias, a zatem mąż i ojciec. A dlaczego? Tutaj może się przy okazji zacząć dyskusja nad tym, a dlaczego nie może być to żona. Mężczyzna i kobieta są pod względem biologicznym i psychologicznym przygotowani do różnych funkcji w społeczeństwie. To nie jest trudno zauważyć. Pewne rzeczy po prostu lepiej zrobi lepiej mężczyzna niż kobieta i vice versa. Poza tym facet jest mniej konformistyczny i ma mniejszą skłonność do przyjmowania cudzych opinii za własne. Z tego to powodu to mąż i ojciec powinien być głową rodziny. Zwiększyłbym również jego uprawnienia. Jak jakaś kobieta wychodzi za mąż, to niech nie płacze potem, że jej mąż okazał się być tyranem. Przecież można było zrobić - jeżeli już - rozeznanie wcześniej. Jakkolwiek nie jestem miłośnikiem demokracji, uważam, że dobrze byłoby utrzymać ją na poziomie gminy oraz częściowo województwa (tam proponowałbym system z częścią stanowisk mianowanych). Tam prawo głosu powinien mieć właśnie pater familias.
Obecnie rodziców degraduje się w wychowaniu dzieci do swoistych funkcjonariuszy państwa. Moim zdaniem to należy całkowicie odrzucić. Rodzice mają prawo wychować swoje dziecko w takich przekonaniach, jakie uznają za stosowne. I tutaj mnie nie obchodzi, że może się to wiązać z pochwałą nacjonalizacji przemysłu, kłamstwem oświęcimskim, kreacjonizmem, żydowsko-masońskimi rządami nad światem itd. Tak samo nie mam zamiaru wnikać, w jakim wyznaniu chcą swoje dziecko wychować. Jeżeli są ateistami czy agnostykami, nie mają żadnego obowiązku mówić swojemu dziecku o transcendencji. Czy wobec tego powinien zostać utrzymany obowiązek szkolny i państwowe szkolnictwo? Oczywiście, że nie. Szkolnictwo wszystkich poziomów powinno ulec prywatyzacji, a obowiązek szkolny zostać zniesiony. Wówczas to rodzice będą mogli wychowywać dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Państwo w tym przypadku nie powinno się wtrącać. Odezwą się w tym momencie różni Jaśnie Oświeceni: a co będzie, jeżeli rodzice będą nauczać swoje dzieci różnych teorii paranaukowych? Odpowiem, a co mnie to obchodzi. Czy ja wnikam w to, że wy prawdopodobnie ateuszy wychowacie?
Zdarza się słyszeć o takich przypadkach, że opieka społeczna odebrała rodzicom dziecko, ponieważ było za grube. Zacytowany casus pochodzi z UK, ale pokazuje jak to niemiłosiernie nam panujący socjalizm się rozochocił. Moim zdaniem to jest kwestia rodziców, jaką dietę stosują - czy żywią dziecko dietą wegetariańską (wegańską, fruktariańską, jakąkolwiek z tych), czy też dietą Kwaśniewskiego albo Atkinsa, czy w inny sposób. Tak samo należy to do takich spraw, jak to czy karmią dziecko jak kaczkę, czy też oszczędzają na jego żywieniu. To powinna być wewnętrzna sprawa rodziny. Jesteśmy przy problematyce medycznej. Czy powinny być zatem przymusowe szczepienia? Moim zdaniem nie. O tym powinni decydować rodzice, czy będzie się im wstrzykiwać związki rtęci (tak, sól sodową kwasu etylortęciotiosalicylowego, znaną jako Thiomersal), jakie szczepionki - czy np. szczepionki DNA, szczepionki w transgenicznych roślinach, z atenuowanych drobnoustrojów itd. Tak samo powinno być z zakresem opieki medycznej. Między innymi z tego powodu służba zdrowia powinna być w całości prywatna.
Obecnie w Polsce chce się utworzyć organ opieki społecznej działający jak Jugendammt, który w założeniu ma odebrać dziecko rodzicom w ciągu 20 minut. Celem jest walka z agresją w rodzinie. Moim zdaniem takie organy - podobnie jak i cała opieka społeczna - powinny zostać zlikwidowane. Kwestia stosowanych metod wychowawczych powinna należeć do rodziców - czy używają siły fizycznej, czy łagodnej perswazji, czy też w ogóle pozwalają sobie wchodzić swoim pociechom na głowę. To też jest wewnętrzna sprawa podstawowej komórki społecznej, do której nie należy się wtrącać. Tak samo kwestia śledzenia dziecka przez rodziców: jak chcą, to nawet niech zachipują. Przecież takie problemy, to wewnętrzna sprawa rodziny.
Jakie jeszcze powinny być uprawnienia rodziców względem dzieci? To oni powinni decydować również, kiedy ich potomek staje się w świetle prawa dorosły. Przecież to nie jest taka prosta kwestia: jedni dojrzewają szybciej, a inni wolniej. Neurobiologiczna dojrzałość mózgu to przedział od 16 aż do 25 lat. Tak więc część populacji będzie już w pełni ukształtowana intelektualnie emocjonalnie i intelektualnie przed 18 rokiem życia, a część dopiero w połowie trzeciej dekady życia. Tak więc czy państwo powinno arbitralnie decydować, o tym kiedy to dziecko staje się... pełnoletnie (takie to określenie jest niejednokrotnie najbardziej adekwatne)? Od takich rzeczy powinna być rodzina. Rodzice powinni móc również swoje dziecko ożenić bądź wydać za mąż - i to, jak już kiedyś zaznaczałem - powinna być jedyna furtka w przypadku pożycia seksualnego przed dorosłością.
Rodzice nie powinni mieć tylko prawa ius vitae et necis. Poza tym powinni oni być w całości odpowiedzialni za swoje dzieci. Pytanie: dlaczego lewica tak niechętnie na to wszystko patrzy. Otóż niejaki Adorno wydał książkę Authoritarian Personality. Uzasadniał w niej, że wychowanie w sposób autorytarny prowadzi do tego, że w przyszłości dzieci nie będą akceptować systemu demokratycznego, tylko że naturalne będą się im wydawać hierarchia i autorytaryzm. Demokracja to dla współczesnej lewicy to wręcz element credo, więc wiadomo, dlaczego z pewnymi rzeczami będą walczyć. Pawlik Morozow jest wiecznie żywy. Z tego powodu będą coraz mocniej ingerować w wychowanie dzieci przez rodziców. A jak to się wszystko skończy. Zapewne tak samo jak w starożytnej Sparcie.
Etykiety:
dorosłość,
edukacja,
hierarchia,
konserwatyzm,
rodzina,
szczepienia,
wychowanie,
zoologiczna prawicowość
środa, 10 czerwca 2009
Bilans rządów "miłości"
Dzień 21 października 2007 roku pamiętam dosyć dobrze. Poszedłem wtedy na wybory, zagłosowałem na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej z nadzieją, że wreszcie uda się przełamać pięcioprocentowy próg wyborczy i wprowadzić do parlamentu trochę nowej krwi. Oczywiście, zamiast około 10%, jak wcześniej zakładali dostali tylko 1,3% poparcia. Wiadomo, odczułem trochę moralnego kaca, z drugiej strony zagłosowałem zgodnie z przekonaniami. Tego dnia stała się rzecz o wiele groźniejsza. Do władzy w Polsce dorwała się partia w założeniu konserwatywno-liberalna znana nam wszystkim jako PO. Widząc, kto wygrał wybory, wiedziałem, że do władzy doszli bezideowi grandziarze. Teraz po niecałych dwóch latach rządów widzę, że się nie myliłem ani o jotę.
Zacznijmy od tego, co miało być największym atutem PO, na który nabrała się część osób o wolnorynkowych przekonaniach. Chodzi tutaj o ekonomiczny liberalizm. Miało być uproszczenie życia przedsiębiorcom, podatki trzy razy 15% (PIT, CIT, VAT) et consortes. Co się natomiast dzieje?
Uproszczenie i obniżenie podatków okazało się być propagandową mrzonką. PO wcale nie ma w ogóle zamiaru zmniejszać fiskalizmu w Polsce. Ostatnio zaproponowali podniesienie podatku VAT - podstawowej stawki z 22% na 23% oraz na pewne usługi, w tym hotelarskie (w tym przypadku z 7% do 22%). Co to oznacza? Do Polski nie będzie się opłacało w ogóle przyjeżdżać na wczasy. Ludzie zaczną wybierać zagranicę z powodu niższych cen tych usług (mimo, że w euro!). Nie mówię już, ile pensjonatów i hoteli z tego powodu upadnie... Poza tym podnoszenie podatków pośrednich jest pozbawione sensu, ponieważ zmniejsza konsumpcję, a co za tym idzie - wpływy do budżetu państwa. To jednak nie pierwszy przypadek u obecnego (nie)rządu. W zeszłym roku chcieli podnieść akcyzę na paliwa, tak samo już wiadomo, że wzrosną ceny papierosów i alkoholi. No i takie to mamy ograniczanie fiskalizmu... Poza tym od zawsze PO trąbiło o liniowej stawce podatku dochodowego od osób fizycznych. Tylko wygrali wybory, to oni o tym zapomnieli. Dalej będziemy mieć podatkową progresję. PO również ani myśli rozprawić się z podatkiem Belki od transakcji giełdowych.
Gdyby PO było partią choć w najmniejszym stopniu liberalną ekonomicznie, dążyłaby do tego, żeby Polska w UE mogła prowadzić niezależną politykę celną i fiskalną. Przecież to dzięki UE VAT na większość towarów i usług wynosi 22%, bo taką oni ustanowili podstawową stawkę. Nie możemy również samodzielnie decydować o zmniejszaniu taryf celnych, ponieważ tutaj też istnieją unijne obwarowania. Powinien już być dawno wystosowany dokument dotyczący utrzymania niezależności w tych kwestiach. Niestety, PO upaja się mitami o wolnym rynku w UE - a mamy tam centralne sterowanie rodem z komunizmu. Jak kiedyś stwierdził Janusz Korwin-Mikke, UE to strefa szalejącej biurokracji.
Jak jesteśmy przy UE, powinni również wywalczyć co najmniej okres przejściowy, po którym tamta biurokracja w Brukseli mogłaby narzucać swoje normy dotyczące ochrony środowiska oraz sanitarne. Piszę "co najmniej", ponieważ taka partia - w założeniach konserwatywno-liberalna - walczyć powinna w ogóle o ich zniesienie, a przy okazji autonomię państw członkowskich w tym zakresie. Niestety, nie dostrzegają kuriozów takich jak unijne normy na rozmiar jabłek, krzywiznę ogórków bananów, przechowywanie odchodów zwierząt itd. Tak samo niedługo samochód będzie można naprawiać tylko i wyłącznie w serwisie firmy, która jest jego producentem. To też unijny wymysł, o którym jest zadziwiająco cicho. Jak zaznaczyłem wyżej, partia deklarująca się jako liberalna pod względem ekonomicznym, powinna z takimi rzeczami walczyć, uważając je za absurdy na kółkach.
PO miała ułatwiać życie przedsiębiorcom. Pracuje komisja "Przyjazne państwo" i jakoś nic się nie dzieje w tym zakresie. Przykład stanowi tutaj podniesienie stawki VAT. Więcej, PO wprowadziło takie zmiany w prawie budowlanym, że bez zgody urzędnika nie można na swojej ziemi nawet altanki postawić czy zrobić kapitalnego remontu swojego domu. Nie szykuje się również żadne uproszczenie prawa geologicznego. Dzięki PO mamy już 300 rodzajów działalności gospodarczej związanym ze wszelkimi pozwoleniami, koncesjami i licencjami. Taka partia powinna dążyć do ich ograniczenia. Wyciera sobie jednak swoimi własnymi założeniami tyłek. Nie tak dawno temu wprowadzono aż 30 pozwoleń na usługi około-medyczne, takie jak na przykład salony masażu. Co się dzieje w związku z tym, mamy znowu rozmnożenie biurokracji.
Liberalizm ekonomiczny PO, hucznie przez nich ogłaszany, mamy zatem rozliczony. Platforma Obywatelska okazała się być partią zwyczajnie socjalistyczną. Teraz pora się rozprawić z ich tzw. łagodnym konserwatyzmem. Abstrahuję już od tego, że przywódca tej partii, Donald Tusk, konserwatystą na pokaz stał się dopiero w 2005 roku, kiedy bierzmował się i wziął ślub kościelny. Wcześniej był to zagorzały antyklerykał i ateista, obnoszący się z tym, sprzeciwiał się również wprowadzaniu przepisów antyaborcyjnych.
Już na początku rządów PO wystąpiła z projektem refundacji zapłodnienia in vitro. Podchodząc od strony liberalizmu ekonomicznego, to projekt najzwyczajniej w świecie socjalistyczny. SLD by się czegoś takiego nie powstydziło. Oni powinni dążyć, aby stopniowo zmniejszać ilość zabiegów refundowanych albo w ogóle sprywatyzować służbę zdrowia czy ubezpieczenia. Równie dobrze jak refundacji zapłodnienia in vitro mogliby się domagać, żeby to samo czyniono w przypadku chirurgii plastycznej. To jedna rzecz. Secondo: nie mają oni żadnych dylematów moralnych dotyczących IVF, jak powstawanie zarodków w tysiącach sztuk?
Janusz Palikot swojego czasu chciał dyskusji na temat eutanazji. Zdaję sobie sprawę, że zostało to podjęte jako temat zastępczy celem maskowania nieróbstwa obecnego gabinetu. Można zatem podejrzewać, iż była to zagrywka na poziomie jego wygłupów - jak czytanie pracy doktorskiej prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego czy paradowanie z gumowym fallusem. Jednak samo podjęcie tego tematu wskazuje nie na żaden konserwatyzm światopoglądowy, tylko zwykły libertynizm. Można podejrzewać na podstawie pewnych przesłanek, że libertyńskie przekonania w PO są na porządku dziennym. Przecież Jarosław Gowin powiedział kiedyś, że to go w tej partii uwiera.
Jakkolwiek jestem zwolennikiem totalnej prywatyzacji szkolnictwo, zniesienia bolszewickiego przymusu szkolnego oraz odpowiedzialności rodziców za swoje dzieci, zdaję sobie sprawę, że w obecnych demokratycznych warunkach przeprowadzenie takiej operacji byłoby niewykonalne. Jestem zatem zmuszony popierać jakiś model oświaty państwowej z programem ustalanym przez MEN. A co robi PO w tej dziedzinie? Psuje to, co nie zdążyły zepsuć wcześniejsze gabinety. Obecna minister edukacji, Katarzyna Hall, w ogóle nie myśli, jak posprzątać stajnię Augiasza, jaką w ostatnich latach stało się polskie szkolnictwo. Nikt nie dba o to, aby zwiększyć efektywność edukacji, zadbać o porządek w szkołach, które stały się swoistymi ludzkimi zoo czy zwiększyć wymagania programowe. Obecnie mamy do czynienia z pogłębianiem chaosu, jaki zapanował w polskim szkolnictwie dzięki Wittbrodtowi, Handke czy Łybackiej.
Partia tego pokroju powinna bronić niepodległości państwa oraz dbać o jego międzynarodową pozycję. Co natomiast robi PO? Prowadzi dyplomację tak, jak wszystkie wcześniejsze gabinety za wyjątkiem rządu Kaczyńskich, czyli "politykę brzydkiej panny bez posagu", jak to ongiś określił Władysław Bartoszewski. Ta godna jest jedynie Vidkuna Quislinga. PO jednomyślnie głosowała za kasacją Państwa Polskiego, czyli za traktatem lizbońskim.
Na tej podstawie nie trudno określić zresztą, co to za ugrupowanie. To zwykła lewicowa partia, która z prawicą nie ma nic wspólnego poza na siłę przypinanym szyldem. Niczym się nie zajmuje - poza rozmnażaniem biurokracji i wprowadzaniem kolejnych prawnych kuriozów, nawet deklaruje, to że nie ma zamiaru kompletnie nic robić. Mimo to ludzie te rządy "miłości" - po pobiciu aktorki grającej w spotach PiS wypada ten wyraz pisać w cudzysłowie - popierają. Joseph de Maistre powiedział kiedyś, że naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Oby w tym przypadku się mylił...
Zacznijmy od tego, co miało być największym atutem PO, na który nabrała się część osób o wolnorynkowych przekonaniach. Chodzi tutaj o ekonomiczny liberalizm. Miało być uproszczenie życia przedsiębiorcom, podatki trzy razy 15% (PIT, CIT, VAT) et consortes. Co się natomiast dzieje?
Uproszczenie i obniżenie podatków okazało się być propagandową mrzonką. PO wcale nie ma w ogóle zamiaru zmniejszać fiskalizmu w Polsce. Ostatnio zaproponowali podniesienie podatku VAT - podstawowej stawki z 22% na 23% oraz na pewne usługi, w tym hotelarskie (w tym przypadku z 7% do 22%). Co to oznacza? Do Polski nie będzie się opłacało w ogóle przyjeżdżać na wczasy. Ludzie zaczną wybierać zagranicę z powodu niższych cen tych usług (mimo, że w euro!). Nie mówię już, ile pensjonatów i hoteli z tego powodu upadnie... Poza tym podnoszenie podatków pośrednich jest pozbawione sensu, ponieważ zmniejsza konsumpcję, a co za tym idzie - wpływy do budżetu państwa. To jednak nie pierwszy przypadek u obecnego (nie)rządu. W zeszłym roku chcieli podnieść akcyzę na paliwa, tak samo już wiadomo, że wzrosną ceny papierosów i alkoholi. No i takie to mamy ograniczanie fiskalizmu... Poza tym od zawsze PO trąbiło o liniowej stawce podatku dochodowego od osób fizycznych. Tylko wygrali wybory, to oni o tym zapomnieli. Dalej będziemy mieć podatkową progresję. PO również ani myśli rozprawić się z podatkiem Belki od transakcji giełdowych.
Gdyby PO było partią choć w najmniejszym stopniu liberalną ekonomicznie, dążyłaby do tego, żeby Polska w UE mogła prowadzić niezależną politykę celną i fiskalną. Przecież to dzięki UE VAT na większość towarów i usług wynosi 22%, bo taką oni ustanowili podstawową stawkę. Nie możemy również samodzielnie decydować o zmniejszaniu taryf celnych, ponieważ tutaj też istnieją unijne obwarowania. Powinien już być dawno wystosowany dokument dotyczący utrzymania niezależności w tych kwestiach. Niestety, PO upaja się mitami o wolnym rynku w UE - a mamy tam centralne sterowanie rodem z komunizmu. Jak kiedyś stwierdził Janusz Korwin-Mikke, UE to strefa szalejącej biurokracji.
Jak jesteśmy przy UE, powinni również wywalczyć co najmniej okres przejściowy, po którym tamta biurokracja w Brukseli mogłaby narzucać swoje normy dotyczące ochrony środowiska oraz sanitarne. Piszę "co najmniej", ponieważ taka partia - w założeniach konserwatywno-liberalna - walczyć powinna w ogóle o ich zniesienie, a przy okazji autonomię państw członkowskich w tym zakresie. Niestety, nie dostrzegają kuriozów takich jak unijne normy na rozmiar jabłek, krzywiznę ogórków bananów, przechowywanie odchodów zwierząt itd. Tak samo niedługo samochód będzie można naprawiać tylko i wyłącznie w serwisie firmy, która jest jego producentem. To też unijny wymysł, o którym jest zadziwiająco cicho. Jak zaznaczyłem wyżej, partia deklarująca się jako liberalna pod względem ekonomicznym, powinna z takimi rzeczami walczyć, uważając je za absurdy na kółkach.
PO miała ułatwiać życie przedsiębiorcom. Pracuje komisja "Przyjazne państwo" i jakoś nic się nie dzieje w tym zakresie. Przykład stanowi tutaj podniesienie stawki VAT. Więcej, PO wprowadziło takie zmiany w prawie budowlanym, że bez zgody urzędnika nie można na swojej ziemi nawet altanki postawić czy zrobić kapitalnego remontu swojego domu. Nie szykuje się również żadne uproszczenie prawa geologicznego. Dzięki PO mamy już 300 rodzajów działalności gospodarczej związanym ze wszelkimi pozwoleniami, koncesjami i licencjami. Taka partia powinna dążyć do ich ograniczenia. Wyciera sobie jednak swoimi własnymi założeniami tyłek. Nie tak dawno temu wprowadzono aż 30 pozwoleń na usługi około-medyczne, takie jak na przykład salony masażu. Co się dzieje w związku z tym, mamy znowu rozmnożenie biurokracji.
Liberalizm ekonomiczny PO, hucznie przez nich ogłaszany, mamy zatem rozliczony. Platforma Obywatelska okazała się być partią zwyczajnie socjalistyczną. Teraz pora się rozprawić z ich tzw. łagodnym konserwatyzmem. Abstrahuję już od tego, że przywódca tej partii, Donald Tusk, konserwatystą na pokaz stał się dopiero w 2005 roku, kiedy bierzmował się i wziął ślub kościelny. Wcześniej był to zagorzały antyklerykał i ateista, obnoszący się z tym, sprzeciwiał się również wprowadzaniu przepisów antyaborcyjnych.
Już na początku rządów PO wystąpiła z projektem refundacji zapłodnienia in vitro. Podchodząc od strony liberalizmu ekonomicznego, to projekt najzwyczajniej w świecie socjalistyczny. SLD by się czegoś takiego nie powstydziło. Oni powinni dążyć, aby stopniowo zmniejszać ilość zabiegów refundowanych albo w ogóle sprywatyzować służbę zdrowia czy ubezpieczenia. Równie dobrze jak refundacji zapłodnienia in vitro mogliby się domagać, żeby to samo czyniono w przypadku chirurgii plastycznej. To jedna rzecz. Secondo: nie mają oni żadnych dylematów moralnych dotyczących IVF, jak powstawanie zarodków w tysiącach sztuk?
Janusz Palikot swojego czasu chciał dyskusji na temat eutanazji. Zdaję sobie sprawę, że zostało to podjęte jako temat zastępczy celem maskowania nieróbstwa obecnego gabinetu. Można zatem podejrzewać, iż była to zagrywka na poziomie jego wygłupów - jak czytanie pracy doktorskiej prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego czy paradowanie z gumowym fallusem. Jednak samo podjęcie tego tematu wskazuje nie na żaden konserwatyzm światopoglądowy, tylko zwykły libertynizm. Można podejrzewać na podstawie pewnych przesłanek, że libertyńskie przekonania w PO są na porządku dziennym. Przecież Jarosław Gowin powiedział kiedyś, że to go w tej partii uwiera.
Jakkolwiek jestem zwolennikiem totalnej prywatyzacji szkolnictwo, zniesienia bolszewickiego przymusu szkolnego oraz odpowiedzialności rodziców za swoje dzieci, zdaję sobie sprawę, że w obecnych demokratycznych warunkach przeprowadzenie takiej operacji byłoby niewykonalne. Jestem zatem zmuszony popierać jakiś model oświaty państwowej z programem ustalanym przez MEN. A co robi PO w tej dziedzinie? Psuje to, co nie zdążyły zepsuć wcześniejsze gabinety. Obecna minister edukacji, Katarzyna Hall, w ogóle nie myśli, jak posprzątać stajnię Augiasza, jaką w ostatnich latach stało się polskie szkolnictwo. Nikt nie dba o to, aby zwiększyć efektywność edukacji, zadbać o porządek w szkołach, które stały się swoistymi ludzkimi zoo czy zwiększyć wymagania programowe. Obecnie mamy do czynienia z pogłębianiem chaosu, jaki zapanował w polskim szkolnictwie dzięki Wittbrodtowi, Handke czy Łybackiej.
Partia tego pokroju powinna bronić niepodległości państwa oraz dbać o jego międzynarodową pozycję. Co natomiast robi PO? Prowadzi dyplomację tak, jak wszystkie wcześniejsze gabinety za wyjątkiem rządu Kaczyńskich, czyli "politykę brzydkiej panny bez posagu", jak to ongiś określił Władysław Bartoszewski. Ta godna jest jedynie Vidkuna Quislinga. PO jednomyślnie głosowała za kasacją Państwa Polskiego, czyli za traktatem lizbońskim.
Na tej podstawie nie trudno określić zresztą, co to za ugrupowanie. To zwykła lewicowa partia, która z prawicą nie ma nic wspólnego poza na siłę przypinanym szyldem. Niczym się nie zajmuje - poza rozmnażaniem biurokracji i wprowadzaniem kolejnych prawnych kuriozów, nawet deklaruje, to że nie ma zamiaru kompletnie nic robić. Mimo to ludzie te rządy "miłości" - po pobiciu aktorki grającej w spotach PiS wypada ten wyraz pisać w cudzysłowie - popierają. Joseph de Maistre powiedział kiedyś, że naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Oby w tym przypadku się mylił...
Etykiety:
absurd na kółkach,
edukacja,
gospodarka,
konserwatyzm,
lewica,
PO
środa, 18 marca 2009
Kwestia edukacji
Ostatnimi czasy Ministerstwo Edukacji ma mnóstwo modernistycznych pomysłów. Jednym z nich były lekcje o pseudonauce np. bioenergoterapii. Zwykłem uważać, że głupoty się nie nobilituje. To jest jednak istna wisienka na torcie obok szeregu innych poczynań MEN-u jak na przykład obniżanie poziomu. Minister Hall oferuje po prostu dzieciom intelektualną lobotomię, no i aż strach do takiej szkoły pociechę posłać. Wszystkie zmiany idą po prostu na gorsze tak, że szkoła obecnie hoduje stada orwellowskich proli. No i co należałoby zrobić, żeby tak nie było?
Moim skromnym zdaniem to rodzice powinni odpowiadać za edukację dzieci, czy posyłają do jakiejkolwiek szkoły, czy wynajmują guwernerów itd. Jeżeli by nie zadbali należycie, to klepaliby na starość biedę. Tak więc, jeżeli część ludzi prawicy obawia się, że niektórzy uczyliby swoje dzieci np. ekologizmie, feminizmie et cetera, to mylą się. Lewactwo jakoś swoich idei własnym dzieciom nie chce serwować, tylko posyła je do katolickich prywatnych szkół. Ci sami ludzie opowiadają się za istnieniem ministerstwa edukacji, kuratoriów, monopolem państwa na edukację oraz przymusem szkolnym, co więcej, są tychże najmocniejszymi adwokatami. Mówią, że bez tego to ludzie uczyliby swoje dzieci kreacjonizmu, płaskiej Ziemi czy żydowsko-masońskich rządów nad światem. To jednak tryk słowny, ponieważ lewactwo doskonale wie, że światopogląd konserwatywny jako bardziej "życiowy" i zdroworozsądkowy okazałby się zwycięzcą.
Jednakże prywatyzacja szkolnictwa i zmuszenie ludzi do odpowiedzialności za edukację swoich dzieci nie jest w stanie obecnie przejść. Partia, która chociażby częściowo sprywatyzowałaby szkolnictwo, prawdopodobnie straciłaby większą część poparcia społecznego. Demokracja to niestety podły system sprzyjający populistyczny, zagrywkom w postaci obiecywaniu gruszek na wierzbie. Pewne rzeczy dałyby się przeprowadzić jedynie w autorytaryzmie. Poza tym, ile nas jest, co chcemy, aby rodzice byli w pełni odpowiedzialni za edukację swoich dzieci bądź jej brak. Raczej niewielu. Jesteśmy więc zbyt maluczcy, żeby cokolwiek ruszyć. Co pozostaje zatem? Ponieważ się wszyscy składamy na tą państwową centralnie sterowaną szkółkę, to można by domagać się posprzątania tej stajni Augiasza, jaką ona jest. Co należy przy tej okazji popierać?
Jeżeli już szkoła ma być państwowa, to niech będzie porządna. To ma nie być ogród zoologiczny, w którym uczniowie onanizują się na lekcjach. Tak samo niech nie będą to ochłapy edukacji. Niżej opiszę w kilku punktach, co przydałoby się zrobić.
Podniesienie poziomu nauczania
Podnieść należy poziom zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Nie może być tak, że procenty się robi dopiero w gimnazjum. Tak samo dawniej były całki, pochodne, liczby zespolone i macierze w szkole, teraz takie rzeczy robi się dopiero na pierwszym roku studiów przyrodniczych i technicznych. A takie rzeczy to powinny wrócić do szkolnych programów. Przywrócić również należy maturę z matematyki. Tak samo - zrewidować należy listę lektur. Za dawnych czasów np. cała Trylogia była omawiana w szkole. Dlaczego tak nie może być teraz? Również nie widziałbym nic złego, żeby w szkole był taki przedmiot, jak filozofia.
Z logistycznego punktu widzenia to jest do wykonania. Gimnazjum stanowi obecnie powtórkę podstawówki. Czas spędzany w nim jest zatem bezproduktywnie. Część materiału z liceum można zatem spokojnie przerzucić do gimnazjum.
Skończyć powinno się z takimi "zapchajdziurami" jak podstawy przedsiębiorczości czy wychowanie seksualne. Pierwsze dublują treści przekazywane na wiedzy o społeczeństwie. Od rozmów o sprawach damsko-męskich jest dom rodzinny.
Likwidacja centralnego egzaminowania
Na siłę próbując dopasować się do zachodnich standardów, wprowadziliśmy centralne egzaminowanie. Moim zdaniem jest to głupota. Powoduje bowiem spłaszczania się i obniżanie poziomu edukacji. Wszyscy bowiem robią ten materiał, który najczęściej pojawia się na egzaminach. Tak więc poziom wszystkich rodzajów szkół się niejako wyrównuje, a także ulega obniżeniu. Mamy tutaj później do czynienia z pętlą dodatniego sprzężenia zwrotnego, co skutkuje spadkiem poziomu egzaminów. Inna sprawa, że centralne egzaminowanie preferuje najbardziej przeciętnych. Nie ma co się dziwić później pracownikom wyższych uczelni na narzekanie na narybek. Przy okazji rozpędzić można niepotrzebną biurokrację w postaci CKE i OKE, a budynek na ulicy Grzybowskiej zlicytować.
Wprowadzenie szkół dysedukacyjnych
System szkolnictwa ma kierować się pewną efektywnością. Jak popatrzymy na Zachód, to tam najlepsze szkoły prywatne są właśnie dysedukacyjne. Dlaczego nie mielibyśmy takiego rozwiązania wprowadzić zatem u siebie? Robiono zresztą eksperymenty, w których klasy dysedukacyjne osiągały wyższe wyniki niż koedukacyjne. Wielu psychologów i pedagogów popiera takie rozwiązanie. A poza tym czy mężczyzna ma nie być męski, a kobieta kobieca?
Obowiązkowa uniformizacja wszystkich rodzajów szkół
Jeżeli spojrzymy na najlepsze zachodnie elitarne szkoły, to tam uczniowie chodzą w mundurkach. Przywrócenie tego rozwiązania byłoby bardzo dobre. Szkoła nie jest rewią mody, żeby popisywać się tym, kto ma jakie "ciuchy".
Przywrócenie kar cielesnych oraz zniesienie kodeksu praw ucznia
Powinno się przywrócić również kary cielesne. Gdyby nastoletni wątpliwej jakości bohater dostał za swoje przy całej klasie, to raczej wątpliwe, żeby powtórzył swój wyczyn. W szkole powinien panować ład i porządek. Przywracając kary cielesne, również odbudowany zostałby autorytet nauczyciela. Szkoła również powinna móc zostawić ucznia w kozie i ukarać pracą fizyczną.
Zniesiony powinien być również kodeks praw ucznia. Szkoła powinna być traktowana jako miejsce pracy, a nie spotkań z kolegami. Skończyć trzeba z tymi limitami sprawdzianów, kartkówek itd. Uczeń powinien być przygotowany na każdą lekcję. Przywrócić się również powinno powtarzanie klasy na wszystkich etapach edukacji - obecnie graniczy to z cudem, i to nie tylko za słabe wyniki, ale również dyscyplinarne.
Zniesienie Karty Nauczyciela i ograniczenie kompetencji związków zawodowych
Obecnie marnego nauczyciela nie można usunąć ze szkoły, ponieważ chroni go Karta Nauczyciela. Tak samo belfer, który flirtował z uczennicami, jest praktycznie nietykalny, bo też może powołać się na pewne zapisy. Z takich powodów ów świstek powinien zostać anulowany.
Ograniczyć powinno się kompetencje związków zawodowych, bo inaczej żadnych zmian w szkolnictwie nie da się przeprowadzić. Zostaną one bowiem oprotestowane i zablokowane przez ZNP. Giertych i Legutko chcieli dobrze, zaczęli jednak od niewłaściwej strony, najpierw bowiem należało ograniczyć związki zawodowe. Nie może tak być, że jakaś stalinówka z ZNP domaga się wycofania Lalki czy Nie-Boskiej Komedii, bo to rzekomo lektury antysemickie.
Taki wariant w oparciu o kilka wymienionych wyżej punktów jest do przeprowadzenia w obecnych warunkach państwowej centralnie sterowanej szkółki. Pojawia się tylko pytanie: kto zechce to wszystko przeprowadzić? Od biedy można by też wystąpić z obywatelskim projektem ustawy; wymagane 100 tysięcy podpisów dałoby się spokojnie zebrać. Obecnemu gabinetowi zależy jednak na przemysłowej hodowli orwellowskich proletów. A kto przyjdzie po tym tragicznym (nie)rządzie, to tego nie wiemy...
Moim skromnym zdaniem to rodzice powinni odpowiadać za edukację dzieci, czy posyłają do jakiejkolwiek szkoły, czy wynajmują guwernerów itd. Jeżeli by nie zadbali należycie, to klepaliby na starość biedę. Tak więc, jeżeli część ludzi prawicy obawia się, że niektórzy uczyliby swoje dzieci np. ekologizmie, feminizmie et cetera, to mylą się. Lewactwo jakoś swoich idei własnym dzieciom nie chce serwować, tylko posyła je do katolickich prywatnych szkół. Ci sami ludzie opowiadają się za istnieniem ministerstwa edukacji, kuratoriów, monopolem państwa na edukację oraz przymusem szkolnym, co więcej, są tychże najmocniejszymi adwokatami. Mówią, że bez tego to ludzie uczyliby swoje dzieci kreacjonizmu, płaskiej Ziemi czy żydowsko-masońskich rządów nad światem. To jednak tryk słowny, ponieważ lewactwo doskonale wie, że światopogląd konserwatywny jako bardziej "życiowy" i zdroworozsądkowy okazałby się zwycięzcą.
Jednakże prywatyzacja szkolnictwa i zmuszenie ludzi do odpowiedzialności za edukację swoich dzieci nie jest w stanie obecnie przejść. Partia, która chociażby częściowo sprywatyzowałaby szkolnictwo, prawdopodobnie straciłaby większą część poparcia społecznego. Demokracja to niestety podły system sprzyjający populistyczny, zagrywkom w postaci obiecywaniu gruszek na wierzbie. Pewne rzeczy dałyby się przeprowadzić jedynie w autorytaryzmie. Poza tym, ile nas jest, co chcemy, aby rodzice byli w pełni odpowiedzialni za edukację swoich dzieci bądź jej brak. Raczej niewielu. Jesteśmy więc zbyt maluczcy, żeby cokolwiek ruszyć. Co pozostaje zatem? Ponieważ się wszyscy składamy na tą państwową centralnie sterowaną szkółkę, to można by domagać się posprzątania tej stajni Augiasza, jaką ona jest. Co należy przy tej okazji popierać?
Jeżeli już szkoła ma być państwowa, to niech będzie porządna. To ma nie być ogród zoologiczny, w którym uczniowie onanizują się na lekcjach. Tak samo niech nie będą to ochłapy edukacji. Niżej opiszę w kilku punktach, co przydałoby się zrobić.
Podniesienie poziomu nauczania
Podnieść należy poziom zarówno z przedmiotów matematyczno-przyrodniczych jak i humanistycznych. Nie może być tak, że procenty się robi dopiero w gimnazjum. Tak samo dawniej były całki, pochodne, liczby zespolone i macierze w szkole, teraz takie rzeczy robi się dopiero na pierwszym roku studiów przyrodniczych i technicznych. A takie rzeczy to powinny wrócić do szkolnych programów. Przywrócić również należy maturę z matematyki. Tak samo - zrewidować należy listę lektur. Za dawnych czasów np. cała Trylogia była omawiana w szkole. Dlaczego tak nie może być teraz? Również nie widziałbym nic złego, żeby w szkole był taki przedmiot, jak filozofia.
Z logistycznego punktu widzenia to jest do wykonania. Gimnazjum stanowi obecnie powtórkę podstawówki. Czas spędzany w nim jest zatem bezproduktywnie. Część materiału z liceum można zatem spokojnie przerzucić do gimnazjum.
Skończyć powinno się z takimi "zapchajdziurami" jak podstawy przedsiębiorczości czy wychowanie seksualne. Pierwsze dublują treści przekazywane na wiedzy o społeczeństwie. Od rozmów o sprawach damsko-męskich jest dom rodzinny.
Likwidacja centralnego egzaminowania
Na siłę próbując dopasować się do zachodnich standardów, wprowadziliśmy centralne egzaminowanie. Moim zdaniem jest to głupota. Powoduje bowiem spłaszczania się i obniżanie poziomu edukacji. Wszyscy bowiem robią ten materiał, który najczęściej pojawia się na egzaminach. Tak więc poziom wszystkich rodzajów szkół się niejako wyrównuje, a także ulega obniżeniu. Mamy tutaj później do czynienia z pętlą dodatniego sprzężenia zwrotnego, co skutkuje spadkiem poziomu egzaminów. Inna sprawa, że centralne egzaminowanie preferuje najbardziej przeciętnych. Nie ma co się dziwić później pracownikom wyższych uczelni na narzekanie na narybek. Przy okazji rozpędzić można niepotrzebną biurokrację w postaci CKE i OKE, a budynek na ulicy Grzybowskiej zlicytować.
Wprowadzenie szkół dysedukacyjnych
System szkolnictwa ma kierować się pewną efektywnością. Jak popatrzymy na Zachód, to tam najlepsze szkoły prywatne są właśnie dysedukacyjne. Dlaczego nie mielibyśmy takiego rozwiązania wprowadzić zatem u siebie? Robiono zresztą eksperymenty, w których klasy dysedukacyjne osiągały wyższe wyniki niż koedukacyjne. Wielu psychologów i pedagogów popiera takie rozwiązanie. A poza tym czy mężczyzna ma nie być męski, a kobieta kobieca?
Obowiązkowa uniformizacja wszystkich rodzajów szkół
Jeżeli spojrzymy na najlepsze zachodnie elitarne szkoły, to tam uczniowie chodzą w mundurkach. Przywrócenie tego rozwiązania byłoby bardzo dobre. Szkoła nie jest rewią mody, żeby popisywać się tym, kto ma jakie "ciuchy".
Przywrócenie kar cielesnych oraz zniesienie kodeksu praw ucznia
Powinno się przywrócić również kary cielesne. Gdyby nastoletni wątpliwej jakości bohater dostał za swoje przy całej klasie, to raczej wątpliwe, żeby powtórzył swój wyczyn. W szkole powinien panować ład i porządek. Przywracając kary cielesne, również odbudowany zostałby autorytet nauczyciela. Szkoła również powinna móc zostawić ucznia w kozie i ukarać pracą fizyczną.
Zniesiony powinien być również kodeks praw ucznia. Szkoła powinna być traktowana jako miejsce pracy, a nie spotkań z kolegami. Skończyć trzeba z tymi limitami sprawdzianów, kartkówek itd. Uczeń powinien być przygotowany na każdą lekcję. Przywrócić się również powinno powtarzanie klasy na wszystkich etapach edukacji - obecnie graniczy to z cudem, i to nie tylko za słabe wyniki, ale również dyscyplinarne.
Zniesienie Karty Nauczyciela i ograniczenie kompetencji związków zawodowych
Obecnie marnego nauczyciela nie można usunąć ze szkoły, ponieważ chroni go Karta Nauczyciela. Tak samo belfer, który flirtował z uczennicami, jest praktycznie nietykalny, bo też może powołać się na pewne zapisy. Z takich powodów ów świstek powinien zostać anulowany.
Ograniczyć powinno się kompetencje związków zawodowych, bo inaczej żadnych zmian w szkolnictwie nie da się przeprowadzić. Zostaną one bowiem oprotestowane i zablokowane przez ZNP. Giertych i Legutko chcieli dobrze, zaczęli jednak od niewłaściwej strony, najpierw bowiem należało ograniczyć związki zawodowe. Nie może tak być, że jakaś stalinówka z ZNP domaga się wycofania Lalki czy Nie-Boskiej Komedii, bo to rzekomo lektury antysemickie.
Taki wariant w oparciu o kilka wymienionych wyżej punktów jest do przeprowadzenia w obecnych warunkach państwowej centralnie sterowanej szkółki. Pojawia się tylko pytanie: kto zechce to wszystko przeprowadzić? Od biedy można by też wystąpić z obywatelskim projektem ustawy; wymagane 100 tysięcy podpisów dałoby się spokojnie zebrać. Obecnemu gabinetowi zależy jednak na przemysłowej hodowli orwellowskich proletów. A kto przyjdzie po tym tragicznym (nie)rządzie, to tego nie wiemy...
Etykiety:
edukacja,
konserwatyzm,
orwellowscy proleci,
oświata,
PO,
prawica,
szkolnictwo
piątek, 18 lipca 2008
O problemie edukacji
Od czasu do czasu ów problem powraca jak bumerang. Mówi się o tym przy okazji ogłaszania wyników nowej matury - 30 czerwca od anno Domini 2005, jak również przy okazji zmian gabinetów. Głośno było za nacjonalistycznego ministra Giertycha czy neokonserwatywnego Legutki. Wiadomo już, o co chodzi. Jest tymże problemem edukacja narodowa. Wszystkie gabinety próbują tam coś zrobić, co następnie odbija się czkawką. Mieliśmy już amnestię maturalną, dzięki której prywatne uczelnie ekonomiczne w różnych Psich Wólkach zacierały ręce, a wynikało to z tego, iż uczelnie państwowe i lepsze prywatne nie chciały amnestionowanych przyjmować. Teraz minister Hall ma kolejne modernistyczne pomysły dotyczące doboru przedmiotów, jakich to będzie się uczyło w liceum. Pomysł ten opiera się na zachodnioeuropejskich i amerykańskich programach nauczania. Oczywiście, znając tą panią, która gdańskim kuratorium dobrze nie umiała zarządzać, będzie to kompletna klapa. Inaczej tego określić nie można. Postawiona zostanie ostateczna kropka nad i w polskim systemie edukacji, a przy tym przemysłowej produkcji wykształciuchów i lemingów. Chyba PO dba w ten sposób o swój przyszły elektorat, który ma nie rozumieć za dużo, jak również nie wiedzieć, a przez to wierzyć we wszystkie obiecanki cacanki (nie)rządu, choćbym nie wiem, jak mocno były one irracjonalne. Obecny system jest tak skonstruowany. Przecież na przykład zewnętrzne egzaminy typu nowa matura gimnazjalny powodują spłaszczanie się poziomu. Zamiast robić program, to zaczyna się drążyć do znudzenia zagadnienia najczęściej spotykane na tychże, a resztę omawia po łebkach i na szybko. To jest jedna z licznych wad tego cudacznego systemu, w wyniku którego szkołę opuszczają ludzie niedouczeni. Wykładowcy wielu wyższych uczelni już przeklinają to wszystko, co w ostatnim okresie w MEN-ie wymyślili, również pomstują na to studenci starszych lat, którzy patrzą na młodszych jak na idiotów. Co może zatem uzdrowić polskie szkolnictwo?
Wielu pomstuje na układ 6+3+3, czyli sześcioletnia podstawówka, trzyletnie gimnazjum i tak samo długo trwające liceum. Uważają, że doprowadził on do znacznego spadku poziomu kształcenia. Wiele zagadnień, które dawniej omawiane były na przykład w ósmej klasie szkoły podstawowej, jak chociażby elementarna trygonometria, nie jest teraz w gimnazjum w ogóle robionych. Tak więc pewne poszlaki są. Kiedyś też byłem przeciwnikiem takiego systemu, uważając gimnazjum za takie sobie przedłużenie podstawówki, ale doszedłem do wniosku, że przy umiejętnym rozplanowaniu programu ten model spełniłby wymagania takie jak dawniej układ 8+4. Należałoby tylko podnieść program w gimnazjum i upodobnić je bardziej do szkoły licealnej. Zmieniłaby się ranga tego rodzaju szkoły; tak to jest praktycznie powtórka z podstawówki. Słyszy się również, że dobrze wyuczony uczeń po szkole podstawowej napisałby bez większych problemów egzamin gimnazjalny. Tak więc w gimnazjum traci się bardzo dużo czasu na powtórki, a w tym czasie można by robić nowy materiał.
Inna kwestia to są egzaminy zewnętrzne. Moim zdaniem powinny zostać zniesione. A z jakich powodów? Powodują one bowiem spłaszczanie się poziomu. Na przykład nie tak dawno temu zdecydowano, że na maturze rozszerzonej z matematyki będzie tylko algebra i geometria, a wiele zagadnień zostało wyrzuconych. Jaki to jest sygnał dla nauczycieli tego przedmiotu? Nie trzeba już nawet do granicy funkcji dochodzić, gdzie zazwyczaj się kończy się obecnie nauczanie matematyki. Po prostu tłuc do znudzenia program, jaki winien być zrealizowany w gimnazjum. To jest tylko skromny przykład. Inna rzecz, to egzaminy zewnętrzne preferują uczniów najbardziej przeciętnych, więc nic dziwnego, że pracownicy wyższych uczelni narzekają, z jakim to materiałem przyszło im pracować. Szkoły powinny same sobie ustalać, jakich chcą uczniów. Zatem przywrócić należy egzaminy wewnętrzne, zarówno kończące dany rodzaj szkoły oraz jako wstępne. W przypadku szkół podstawowych można by sobie odpuścić na zakończenie. Natomiast do gimnazjum już powinien być egzamin wstępny z matematyki i polskiego. Należałoby również przywrócić przedwojenną małą maturę, jaka kończyłaby gimnazjum. Podniosłoby rangę tego rodzaju szkoły oraz poprawiłoby zdecydowanie jakość nauczania w nim. Oczywiście do liceum powinny być egzaminy wstępne. Zreorganizować przy okazji należy maturę.
W tym momencie pojawia się problem. Jaki my mamy model edukacji przyjąć, czy formalistyczny, w którym uczy się bardzo niewielu, najpotrzebniejszych informacji, czy encyklopedystyczny, gdzie dba się o wszechstronny intelektualny rozwój ucznia? To tutaj musimy sobie postawić pytanie. Czy chcemy mieć elity, które w przyszłości przejmą ster w tym państwie i będą potrafili skierować je na dobre tory, czy hiperspecjalistów od jakiegoś drobnego wycinka rzeczywistości i znających się tylko na tym? Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie wiedzący wszystko o stosunkowo niewielkim kawałku, a nie wiedzący nic o całej reszcie, dadzą się wodzić za nos. Nie będą posiadali odpowiedniej wiedzy, jaka pozwoli im krytycznie analizować otaczający świat. W efekcie dadzą się zwodzić. I jak mamy tutaj mówić o jakimkolwiek wykrystalizowaniu się elit! Po prostu wtedy całe społeczeństwo to będą orwellowscy proleci. Wybór jest więc jasny. Należy mimo wszystko postawić na neoklasyczny model edukacji, czyli właśnie ten encyklopedystyczny. Co się z tym wiąże? Jeżeli chcemy kształcić ludzi mających być elitą tego kraju, to nie może być tak, że szkołę jest tak łatwo skończyć. Taka sytuacja, co egzamin gimnazjalny na przyzwoitym poziomie jest w stanie napisać dobrze wyedukowany uczeń szkoły podstawowej, jest absolutnie niedopuszczalna. Również, czy rok rocznie do matury musi podchodzić 400 tysięcy absolwentów szkół średnich, jak równie dobrze mogliby podejść tylko najzdolniejsi? Wyżej napisałem, że powinno się podnieść status szkoły gimnazjalnej. Nic dziwnego, że ludzie śmieją się, że to taka lepsza podstawówka, a lepsza o tyle, że robi się w niej jakiejś podstawy fizyki i chemii. Moim zdaniem część materiału z liceum można przenieść spokojnie do gimnazjum - mam tutaj na myśli część lektur oraz zagadnień z matematyki, jak również zdecydowanie podnieść poziom nauczania fizyki, chemii, bo w gimnazjum praktycznie nic się z tego nie robi. Przecież takie sprawy, jak funkcja kwadratowa, trygonometria, znaczna część planimetrii i stereometrii, podstawowe pojęcia w zakresie kombinatoryki to spokojnie można by w gimnazjum wprowadzić. A teraz w takim razie, co z programem liceum. Oczywiście, jeżeli jesteśmy przy matematyce, to w zakresie podstawowym powinny też być takie rzeczy jak pochodne, całki czy liczby zespolone. Przecież to jest śmiech na sali, iż obecny program klas matematyczno-fizycznych w zakesie tego przedmiotu jest identyczny z tym realizowanym w tych o profilu humanistycznym w okresie PRL.
A jak rzecz ma się ma z maturami - małą i dużą, ponieważ w proponowanym przeze mnie modelu tak ma być. Układ dałbym zbliżony. Przedmioty obowiązkowe dla wszystkich to matematyka, język polski i historia, zdawane zarówno pisemnie jak i ustnie. A resztę, czyli 3 lub 4 przedmioty można by sobie samemu dobrać; sposób ich zaliczania byłby identyczny. Jak już wyżej zaznaczałem powinien być to egzamin wewnętrzny. Dlaczego taki układ przedmiotów? Oczywiście można mi zaliczać pewne sympatie w kierunku nauk ścisłych, ale taki przedmiot jak matematyka uczy logicznego myślenia. A czego oczekujemy od człowieka wykształconego? Żeby umiał kojarzyć fakty i umiał składać je w logiczną całość, a tego właśnie uczy matematyka. Język polski - powód jest tutaj prosty. Człowiek wykształcony powinien umieć się wysłowić w ojczystym języku, posiadać pewną wiedzę o literaturze. A historia? Przecież wiedza o tym, co było kiedyś, uchronić może przed powtarzaniem oczywistych błędów z przeszłości. A poza tym, jeżeli ma się posiadać jakiś głębszy światopogląd, to chyba historię trzeba znać.
Kiedyś, gdy schodziła dyskusja na tematy polityczne i wkraczała na tory związane z edukacją, to zarzucano mi popieranie scjentystycznego modelu kształcenia. Rzecz jasna, uważam matematykę za przedmiot ważny. Tak samo jestem orędownikiem, żeby fizyki i chemii robiono w szkole więcej niż to czyni się w tym momencie. Nie przeszkadzałoby mi przywrócenie nauczania języków klasycznych czy wprowadzenie filozofii. W kwestiach programowych, to co jeszcze powinno się zmienić. Byłbym rzecznikiem przywrócenia kaligrafii w szkołach podstawowych. To jest mimo wszystko rozwijające ćwiczenie. Poza tym zrobić należałoby porządek z tą listą lektur, część można by zwyczajnie przenieść do gimnazjum, Gombrowicza wyrzucić. Są lektury zdecydowanie bardziej pożyteczne. A takie debilizmy, żeby przerabiać we fragmentach... to w ogóle najlepiej o nich zapomnieć. Lektury czytać powinno się w całości, bo wtedy kojarzy się wiele rzeczy, na które w przeciwnym wypadku nie zwróci się uwagi.
Do ciągłego obniżania poziomu przyczyniają się jeszcze dwie rzeczy. Jak to jest, że mając ocenę 2 można w ogóle zdać? To jedna sprawa. Secondo: zostawienie ucznia na drugi rok w tej samej klasie w obecnych realiach graniczy z cudem. Jak to rozwiązać? Po pierwsze dwójka to nie powinien być żaden dopuszczający, tylko mierny. Z taką notą należałoby ucznia zostawić, ponieważ stopień opanowania przez niego materiału jest praktycznie żaden. Przy okazji powinniśmy rozwiązać drugi problem. Nauczyciel powinien mieć prawo ucznia mającego ocenę mierną lub niedostateczną zatrzymać na drugi rok. I niech taki delikwent kibluje. W obecnych realiach to trzeba takich przepychać, żeby nie mieć problemów. W efekcie prowadzi to do zaniżania poziomu kształcenia.
Na koniec kwestie porządkowe w szkole. Otóż, ja jestem przeciwnikiem koedukacyjnego szkolnictwa. Prowadzi ono tylko do zniżki poziomu, ponieważ uczniowie, zamiast zajmować się nauką, robią to w przypadku osobników płci przeciwnej. A to automatycznie wywołuje patrzenie na takie drobnostki, czy ktoś chodzi w modnych i markowych ubraniach, zamiast zajmowania się rzeczami o wielokroć bardziej konstruktywnymi. Poza tym niech mi jakiś lewacki psycholog czy taki sam pedagog wytłumaczy, jak to jest, że na tym zgniłym Zachodzie, który tak gloryfikuje, najlepsze szkoły to są właśnie dysedukacyjne. Wielu specjalistów od edukacji zwraca również uwagę na to, że tego typu szkoły właśnie osiągają wyższe wyniki niż koedukacyjne. A biorąc pod uwagę, że system szkolnictwa winien kierować się w pewien sposób pojętą efektywnością, to zdecydowanie lepiej, gdyby wszystkie placówki oświatowe w sensie podstawówki, gimnazja, licea et cetera były dysedukacyjne. Inna sprawa to uniformizacja. Szkoła to nie jest rewia mody. Poza tym znowu przykład z Zachodu. Tam każda szanująca się szkoła ma mundurki. Jestem też zwolennikiem kar cielesnych. Jakby taki wątpliwej jakości nastoletni lub kilkuletni bohater dostał po łapskach piórnikiem przy całej klasie, to na drugi raz by się zastanowił ze względu na związane z całym zajściem poczucie wstydu. Dla wielbicieli zachodnich oświeconych modeli oświaty szkolnej dodam, że w elitarnej prywatnej męskiej szkole w Eaton wykonuje się dosyć dotkliwe kary. Odbudowany zostałby poza tym automatycznie mocno zachwiany ostatnimi czasy autorytet nauczyciela. Również powinna być jasna sytuacja w przypadku zażywania używek - wyrzucenie ze szkoły. Tak samo powinno być, jeżeli jakaś dziewczyna zajdzie w ciążę.
W formie dygresji: jest jeszcze kwestia czy szkolnictwo powinno być publiczne czy prywatne. Akurat moim zdaniem spokojnie można by dokonać jego totalnej prywatyzacji, ale to jest kwestia na odrębny artykuł.
Opisałem wówczas zmiany, jakie z pewnością poprawiłyby poziom kształcenia w szkołach oraz wiele innych kwestii z nimi związanych. Tylko pytanie, kto w naszym kraju będzie miał na tyle dużo ikry, aby je przeprowadzić? Raczej nikt.
Obecnym ekipom rządzącym zależy raczej, aby mieć stado posłusznych, właściwie głosujących baranów, aniżeli społeczeństwo było normalne, posiadające głowę w postaci głęboko wykształconej, konserwatywnej elity.
Wielu pomstuje na układ 6+3+3, czyli sześcioletnia podstawówka, trzyletnie gimnazjum i tak samo długo trwające liceum. Uważają, że doprowadził on do znacznego spadku poziomu kształcenia. Wiele zagadnień, które dawniej omawiane były na przykład w ósmej klasie szkoły podstawowej, jak chociażby elementarna trygonometria, nie jest teraz w gimnazjum w ogóle robionych. Tak więc pewne poszlaki są. Kiedyś też byłem przeciwnikiem takiego systemu, uważając gimnazjum za takie sobie przedłużenie podstawówki, ale doszedłem do wniosku, że przy umiejętnym rozplanowaniu programu ten model spełniłby wymagania takie jak dawniej układ 8+4. Należałoby tylko podnieść program w gimnazjum i upodobnić je bardziej do szkoły licealnej. Zmieniłaby się ranga tego rodzaju szkoły; tak to jest praktycznie powtórka z podstawówki. Słyszy się również, że dobrze wyuczony uczeń po szkole podstawowej napisałby bez większych problemów egzamin gimnazjalny. Tak więc w gimnazjum traci się bardzo dużo czasu na powtórki, a w tym czasie można by robić nowy materiał.
Inna kwestia to są egzaminy zewnętrzne. Moim zdaniem powinny zostać zniesione. A z jakich powodów? Powodują one bowiem spłaszczanie się poziomu. Na przykład nie tak dawno temu zdecydowano, że na maturze rozszerzonej z matematyki będzie tylko algebra i geometria, a wiele zagadnień zostało wyrzuconych. Jaki to jest sygnał dla nauczycieli tego przedmiotu? Nie trzeba już nawet do granicy funkcji dochodzić, gdzie zazwyczaj się kończy się obecnie nauczanie matematyki. Po prostu tłuc do znudzenia program, jaki winien być zrealizowany w gimnazjum. To jest tylko skromny przykład. Inna rzecz, to egzaminy zewnętrzne preferują uczniów najbardziej przeciętnych, więc nic dziwnego, że pracownicy wyższych uczelni narzekają, z jakim to materiałem przyszło im pracować. Szkoły powinny same sobie ustalać, jakich chcą uczniów. Zatem przywrócić należy egzaminy wewnętrzne, zarówno kończące dany rodzaj szkoły oraz jako wstępne. W przypadku szkół podstawowych można by sobie odpuścić na zakończenie. Natomiast do gimnazjum już powinien być egzamin wstępny z matematyki i polskiego. Należałoby również przywrócić przedwojenną małą maturę, jaka kończyłaby gimnazjum. Podniosłoby rangę tego rodzaju szkoły oraz poprawiłoby zdecydowanie jakość nauczania w nim. Oczywiście do liceum powinny być egzaminy wstępne. Zreorganizować przy okazji należy maturę.
W tym momencie pojawia się problem. Jaki my mamy model edukacji przyjąć, czy formalistyczny, w którym uczy się bardzo niewielu, najpotrzebniejszych informacji, czy encyklopedystyczny, gdzie dba się o wszechstronny intelektualny rozwój ucznia? To tutaj musimy sobie postawić pytanie. Czy chcemy mieć elity, które w przyszłości przejmą ster w tym państwie i będą potrafili skierować je na dobre tory, czy hiperspecjalistów od jakiegoś drobnego wycinka rzeczywistości i znających się tylko na tym? Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie wiedzący wszystko o stosunkowo niewielkim kawałku, a nie wiedzący nic o całej reszcie, dadzą się wodzić za nos. Nie będą posiadali odpowiedniej wiedzy, jaka pozwoli im krytycznie analizować otaczający świat. W efekcie dadzą się zwodzić. I jak mamy tutaj mówić o jakimkolwiek wykrystalizowaniu się elit! Po prostu wtedy całe społeczeństwo to będą orwellowscy proleci. Wybór jest więc jasny. Należy mimo wszystko postawić na neoklasyczny model edukacji, czyli właśnie ten encyklopedystyczny. Co się z tym wiąże? Jeżeli chcemy kształcić ludzi mających być elitą tego kraju, to nie może być tak, że szkołę jest tak łatwo skończyć. Taka sytuacja, co egzamin gimnazjalny na przyzwoitym poziomie jest w stanie napisać dobrze wyedukowany uczeń szkoły podstawowej, jest absolutnie niedopuszczalna. Również, czy rok rocznie do matury musi podchodzić 400 tysięcy absolwentów szkół średnich, jak równie dobrze mogliby podejść tylko najzdolniejsi? Wyżej napisałem, że powinno się podnieść status szkoły gimnazjalnej. Nic dziwnego, że ludzie śmieją się, że to taka lepsza podstawówka, a lepsza o tyle, że robi się w niej jakiejś podstawy fizyki i chemii. Moim zdaniem część materiału z liceum można przenieść spokojnie do gimnazjum - mam tutaj na myśli część lektur oraz zagadnień z matematyki, jak również zdecydowanie podnieść poziom nauczania fizyki, chemii, bo w gimnazjum praktycznie nic się z tego nie robi. Przecież takie sprawy, jak funkcja kwadratowa, trygonometria, znaczna część planimetrii i stereometrii, podstawowe pojęcia w zakresie kombinatoryki to spokojnie można by w gimnazjum wprowadzić. A teraz w takim razie, co z programem liceum. Oczywiście, jeżeli jesteśmy przy matematyce, to w zakresie podstawowym powinny też być takie rzeczy jak pochodne, całki czy liczby zespolone. Przecież to jest śmiech na sali, iż obecny program klas matematyczno-fizycznych w zakesie tego przedmiotu jest identyczny z tym realizowanym w tych o profilu humanistycznym w okresie PRL.
A jak rzecz ma się ma z maturami - małą i dużą, ponieważ w proponowanym przeze mnie modelu tak ma być. Układ dałbym zbliżony. Przedmioty obowiązkowe dla wszystkich to matematyka, język polski i historia, zdawane zarówno pisemnie jak i ustnie. A resztę, czyli 3 lub 4 przedmioty można by sobie samemu dobrać; sposób ich zaliczania byłby identyczny. Jak już wyżej zaznaczałem powinien być to egzamin wewnętrzny. Dlaczego taki układ przedmiotów? Oczywiście można mi zaliczać pewne sympatie w kierunku nauk ścisłych, ale taki przedmiot jak matematyka uczy logicznego myślenia. A czego oczekujemy od człowieka wykształconego? Żeby umiał kojarzyć fakty i umiał składać je w logiczną całość, a tego właśnie uczy matematyka. Język polski - powód jest tutaj prosty. Człowiek wykształcony powinien umieć się wysłowić w ojczystym języku, posiadać pewną wiedzę o literaturze. A historia? Przecież wiedza o tym, co było kiedyś, uchronić może przed powtarzaniem oczywistych błędów z przeszłości. A poza tym, jeżeli ma się posiadać jakiś głębszy światopogląd, to chyba historię trzeba znać.
Kiedyś, gdy schodziła dyskusja na tematy polityczne i wkraczała na tory związane z edukacją, to zarzucano mi popieranie scjentystycznego modelu kształcenia. Rzecz jasna, uważam matematykę za przedmiot ważny. Tak samo jestem orędownikiem, żeby fizyki i chemii robiono w szkole więcej niż to czyni się w tym momencie. Nie przeszkadzałoby mi przywrócenie nauczania języków klasycznych czy wprowadzenie filozofii. W kwestiach programowych, to co jeszcze powinno się zmienić. Byłbym rzecznikiem przywrócenia kaligrafii w szkołach podstawowych. To jest mimo wszystko rozwijające ćwiczenie. Poza tym zrobić należałoby porządek z tą listą lektur, część można by zwyczajnie przenieść do gimnazjum, Gombrowicza wyrzucić. Są lektury zdecydowanie bardziej pożyteczne. A takie debilizmy, żeby przerabiać we fragmentach... to w ogóle najlepiej o nich zapomnieć. Lektury czytać powinno się w całości, bo wtedy kojarzy się wiele rzeczy, na które w przeciwnym wypadku nie zwróci się uwagi.
Do ciągłego obniżania poziomu przyczyniają się jeszcze dwie rzeczy. Jak to jest, że mając ocenę 2 można w ogóle zdać? To jedna sprawa. Secondo: zostawienie ucznia na drugi rok w tej samej klasie w obecnych realiach graniczy z cudem. Jak to rozwiązać? Po pierwsze dwójka to nie powinien być żaden dopuszczający, tylko mierny. Z taką notą należałoby ucznia zostawić, ponieważ stopień opanowania przez niego materiału jest praktycznie żaden. Przy okazji powinniśmy rozwiązać drugi problem. Nauczyciel powinien mieć prawo ucznia mającego ocenę mierną lub niedostateczną zatrzymać na drugi rok. I niech taki delikwent kibluje. W obecnych realiach to trzeba takich przepychać, żeby nie mieć problemów. W efekcie prowadzi to do zaniżania poziomu kształcenia.
Na koniec kwestie porządkowe w szkole. Otóż, ja jestem przeciwnikiem koedukacyjnego szkolnictwa. Prowadzi ono tylko do zniżki poziomu, ponieważ uczniowie, zamiast zajmować się nauką, robią to w przypadku osobników płci przeciwnej. A to automatycznie wywołuje patrzenie na takie drobnostki, czy ktoś chodzi w modnych i markowych ubraniach, zamiast zajmowania się rzeczami o wielokroć bardziej konstruktywnymi. Poza tym niech mi jakiś lewacki psycholog czy taki sam pedagog wytłumaczy, jak to jest, że na tym zgniłym Zachodzie, który tak gloryfikuje, najlepsze szkoły to są właśnie dysedukacyjne. Wielu specjalistów od edukacji zwraca również uwagę na to, że tego typu szkoły właśnie osiągają wyższe wyniki niż koedukacyjne. A biorąc pod uwagę, że system szkolnictwa winien kierować się w pewien sposób pojętą efektywnością, to zdecydowanie lepiej, gdyby wszystkie placówki oświatowe w sensie podstawówki, gimnazja, licea et cetera były dysedukacyjne. Inna sprawa to uniformizacja. Szkoła to nie jest rewia mody. Poza tym znowu przykład z Zachodu. Tam każda szanująca się szkoła ma mundurki. Jestem też zwolennikiem kar cielesnych. Jakby taki wątpliwej jakości nastoletni lub kilkuletni bohater dostał po łapskach piórnikiem przy całej klasie, to na drugi raz by się zastanowił ze względu na związane z całym zajściem poczucie wstydu. Dla wielbicieli zachodnich oświeconych modeli oświaty szkolnej dodam, że w elitarnej prywatnej męskiej szkole w Eaton wykonuje się dosyć dotkliwe kary. Odbudowany zostałby poza tym automatycznie mocno zachwiany ostatnimi czasy autorytet nauczyciela. Również powinna być jasna sytuacja w przypadku zażywania używek - wyrzucenie ze szkoły. Tak samo powinno być, jeżeli jakaś dziewczyna zajdzie w ciążę.
W formie dygresji: jest jeszcze kwestia czy szkolnictwo powinno być publiczne czy prywatne. Akurat moim zdaniem spokojnie można by dokonać jego totalnej prywatyzacji, ale to jest kwestia na odrębny artykuł.
Opisałem wówczas zmiany, jakie z pewnością poprawiłyby poziom kształcenia w szkołach oraz wiele innych kwestii z nimi związanych. Tylko pytanie, kto w naszym kraju będzie miał na tyle dużo ikry, aby je przeprowadzić? Raczej nikt.
Obecnym ekipom rządzącym zależy raczej, aby mieć stado posłusznych, właściwie głosujących baranów, aniżeli społeczeństwo było normalne, posiadające głowę w postaci głęboko wykształconej, konserwatywnej elity.
Subskrybuj:
Posty (Atom)