Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homoseksualizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homoseksualizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 maja 2010

Dwie pieczenie na jednym ogniu

Nie ma co ukrywać, że pozwolić rządzić w państwie lewicy, to jak dać małpie zegarek. Nie trzeba długiego czasu, aby jej rządy doprowadziły do niesamowitych problemów natury ekonomicznej, demograficznej, etnicznej, religijnej, światopoglądowej. Abstrahuję już od całych dziedzin prawodawstwa jak prawa zwierząt, budowlane, przepisy związane również z wszelkimi koncesjami i pozwoleniami... oczywiście wszystkie są nam w ogóle do życia nie potrzebne. Wynikają z kaprysów lewicowej władzy, która to musi postawić kropkę nad "i". Do wymienionych wyżej problemów dołączają jeszcze oczywiste prawne absurdy.

Jak to zwykle w życiu bywa, o ile zepsuć łatwo, to naprawić dużo trudniej. Dlatego nawet najlepszy prawicowy rząd nie jest w stanie w rozsądnym czasie posprzątać obornik wygenerowany przez lewicowego poprzednika. Żeby wszystko doprowadzić do stanu normalnego, trzeba ogromnych zmian systemowych. Te są jednak niewykonalne w czasie jednej czy dwóch kadencji. Gabinety uchodzące powszechnie za wzorcowo wolnorynkowe jak Ronalda Reagana czy Margaret Thatcher nie zdołały całkowicie zlikwidować socjalizmu w gospodarce.

Wykonajmy jednak prosty eksperyment myślowy.

Ta cała ideologia tolerancji doprowadziła do tego, że powyłaziły różne dziwadła. O zgrozo, domagają się coraz większych praw i za każde krzywe spojrzenie w ich stronę skłonne są wtrącać do więzień. Mamy plagę konkubinatów, homoseksualiści domagają się prawnego uznania ich związków, do tego jeszcze wszelakie sekty - New Age, sataniści, scjentolodzy. Dlaczego wymieniłem tą całą menażerię w jednym zdaniu? Pozwolę sobie to niżej wyjaśnić. Tego towarzystwa nie trzeba bowiem mocno zwalczać. Po co wtrącać ich do więzień, nakładać grzywny? Jest natomiast bardzo dobra metoda, która pozwoliłaby bardzo szybko rozwiązać wszystkie problemy z nimi związane. Upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Arabowie w swoim kalifacie kazali niewiernym płacić wyższe podatki. Dlaczego by zatem nie uderzyć tego całego towarzystwa po kieszeni?

Po pierwsze należałoby wprowadzić listę uznawanych religii oraz wprowadzić zasadę, że małżeństwo to związek jednej kobiety i jednej mężczyzny. Znieść należałoby również śluby cywilne. Ateiści przecież mogą sobie założyć świecki kościół humanistyczny, jakkolwiek miałoby to brzmieć. Pan Agnosiewicz może im przecież wręczać obrączki, mogą przysięgać na przepływ informacji genetycznej w linii generatywnej. Należałoby uznawać heteroseksualne związki zawarte w nim -jakby dawali śluby homoseksualistom i zoofilom, to oczywiście, że nie. Jak już tak bardzo chcą, nie ma sensu stawiać im barier. Abstrahuję już od tego, że większość głosów za formalizacją związków homoseksualnych wynika z obecnego prawa podatkowego oraz istnienia ślubów cywilnych. Obok tego należałoby w państwie wprowadzić prosty jak budowa cepa system podatkowy. Dwa taksy - pogłówny oraz ziemski (łanowy oraz podymne, rozróżnienie - jak dla mnie - bezcelowe) wystarczyłyby spokojnie, aby państwo się wyżywiło. No i co teraz?

Mamy uznawane religie oraz zdefiniowane małżeństwo. Co zatem należy zrobić? Związek zawarty w religii uznawanej oraz zgodny z powyższą definicją będzie płacić podatek ziemski raz. Konkubinat, dwóch gejów lub dwie lesbijki niech płacą dwa razy. W przypadku poligamistów czy poliamorystów - tylekroć, ile ich znajduje się w jednej kwaterze. Były również propozycje małżeństw ze zwierzętami, wiadomo, Singer i jego utylitaryzm się kłania. Wyobraźmy sobie, że świecki kościół humanistyczny przyznałby komuś małżeństwo z krową. Wówczas należałoby uznać, że rzeczony przeżuwacz jest w stanie płacić podatek ziemski. Czy w takiej sytuacji nie schowałoby się to całe towarzystwo do cienia bardzo szybko?

Wystarczyłoby ich uderzyć mocniej po kieszeni. Po co bowiem stosować większe prawne restrykcje. Rozwiązanie byłoby bardzo tanie. Pozwoliłoby się uporać z szeregiem jątrzących się problemów w stosunkowo prosty sposób. Upieczono by wówczas dwie pieczenie na jednym ogniu. Zjawiska, o których teraz tak głośno, stałyby się marginalne.

Tylko, żeby to tak prosto i ładnie załatwić, potrzebne są rozwiązania dotyczące całości systemu. A czy w obecnych realiach nas na to stać?

wtorek, 26 maja 2009

Jak walczyć z AIDS?

Na początku lat osiemdziesiątych u grupki homoseksualistów w Los Angeles stwierdzono występowanie szeregu bardzo rzadkich schorzeń. Były to mięsak Kaposiego oraz zapalenie płuc wywoływane przez grzyba Pneumocystis jiroveci. Ten ostatni towarzyszy z reguły niedoborom odporności i jest bardzo rzadko stwierdzany, z reguły u pacjentów cierpiących na białaczki, chłoniaki lub otrzymujących leki immunosupresyjne. Mięsak Kaposiego - jak wyżej wspominałem - też jest bardzo rzadkim nowotworem. Wirusolodzy wyodrębnili następnie czynnik chorobotwórczy, który był w pewnym stopniu przyczyną wystąpienia wyżej wymienionych. Okazał się nim HIV. Wywoływane schorzenie określono mianem acquired immunodeficiency syndrome, czyli w skrócie AIDS.

Na tą chorobę do tej pory nie wynaleziono lekarstwa. Są stosowane pewne leki będące inhibitorami proteazy HIV oraz nukleozydowymi inhibitorami odwrotnej transkryptazy (dzięki temu enzymowi HIV może się niejako wbudować w genom zarażonego limfocytu T CD4+). Nie znana jest również szczepionka; o tej możemy póki co pomarzyć ze względu na duże tempo ewolucji wirusa. Nie ma co ukrywać, że to choroba śmiertelna. Terapia antyretrowirusowa jest w stanie przedłużyć życie zakażonego tym wirusem o kilkadziesiąt lat, jednakże nie jest w stanie go całkowicie wyleczyć, nie mówiąc już o powikłaniach czy wysokich kosztach leczenia. Co więc należy zrobić i jak z tą chorobą walczyć?

Wykonajmy najpierw taki prosty eksperyment myślowy. Na lotnisku przyleciał z Afryki człowiek, który nagle zaczął pluć krwią. Okazało się, że zapadł na gorączkę krwotoczną wywoływaną przez wirusy takie jak Lassa, Marburg czy Ebola (w każdym razie, któryś z tych przeze mnie wymienionych). No i co z nim zrobimy? Czy pozwolimy mu chodzić wśród zdrowych i zarażać, czy też go wyizolujemy od reszty społeczeństwa. Zaznaczyć należy, że gorączki krwotoczne mają bardzo wysoką śmiertelność. W przypadku Eboli może osiągać ona nawet 90%. Oczywistym rozwiązaniem wydaje się to drugie, ponieważ nie należy pozwolić, aby zaraza się szerzyła.

Teraz przenieśmy to na przykład HIV. Tutaj nie mamy śmiertelności rzędu kilkadziesiąt procent jak w przypadku wymienionych wyżej gorączek krwotocznych. W tym przypadku wiadomo, że zarażony umrze, tylko jest pytanie kiedy. Na zasadzie prostej indukcji dochodzimy do następującego wniosku. Jeżeli izolujemy chorych na choroby, u których śmiertelność wynosi kilkadziesiąt procent, to dlaczego nie robimy tego w przypadku zarażonych wirusem uśmiercającym wszystkich zarażonych? (Co prawda uśmierca pośrednio, do śmierci doprowadzają różne oportunistyczne zakażenia grzybicami, nietypowymi chorobami pierwotniakowymi wywoływanymi przez Microsporidia et cetera, co nie zmienia jednak takowego faktu). Dodam, że na bank izolowano by chorych na śpiączkę afrykańską - choć muchy tse-tse Glossina palpalis i Glossina morsitans oraz rezerwuary świdrowców Trypanosoma gambiense lub Trypanosoma rhodesiense u nas nie występują...

Tak więc, nie żadne prezerwatywy, których rozpowszechnianie prowadzi do uprawiania seksu z byle kim i byle gdzie dla samej mechanicznej czynności. Ponieważ ich skuteczność nie jest stuprocentowa, ponieważ kondom może się zsunąć lub pęknąć, a biorąc pod uwagę wzrost promiskuityzmu, ilość zarażeń raczej nie spadnie. Chorych na AIDS należy zwyczajnie od całej reszty społeczeństwa izolować. A wynika to ze stuprocentowej śmiertelności tego wirusa w perspektywie czasu. Również łatwo się roznosi. Co prawda, nie jest przenoszony przez komary, kleszcze, bąki i tego typu klasyczne owadzie wektory szeregu czynników chorobotwórczych i pasożytów, nie można się tym zarazić przez podanie ręki... ale można już na przykład zarazić się w salonie fryzjerskim, u dentysty - wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia nawet z bardzo drobnymi i/lub niedostrzegalnymi wręcz ilościami krwi ludzkiej. Możliwość roznoszenia się przez kontakty seksualne jest truizmem. Tak więc dlaczego nie izolować?

Zaraz odezwie się legion politycznie poprawnych, który stwierdzi, że jest to nieludzkie. Wrócić tutaj należy do początku. Czy człowiekowi zarażonemu na przykład gorączką krwotoczną pozwoliliby swobodnie poruszać się, a przy okazji zarażać dziesiątki, jeśli nie setki innych osób? Jestem w stanie przewidzieć ich odpowiedź. Brzmiałaby: "Nie, nie można na coś takiego pozwolić". Ale cóż, na AIDS spadło również dziwne odium politycznej poprawności, więc z tematem należy obchodzić się, jak z jajkiem. Swojego czasu, gdy JKM zaproponował podobne rozwiązanie, zaraz ściągnęło to gromy z jasnego nieba...

Można przewidzieć również pewien typ niemerytorycznej argumentacji, a mianowicie argumentum ad Hitlerum. Zaraz znajdzie się porównanie takich praktyk do działań nazistów. Dodam, że na mocy prawa Godwina taki argument powinien zakończyć dyskusję.

Poza izolacją, co należy czynić? Moim zdaniem za umyślne zarażenie wirusem HIV należy karać jak za morderstwo z premedytacją. Z punktu widzenia ostatecznych skutków niczym się to nie różni od na przykład pchnięcia nożem czy zastrzelenia - we wszystkich przypadkach kończy się to śmiercią. Adekwatna wobec takiego przewinienia byłaby zatem kara główna. Obok tego przeciwdziałać należy prostytucji i narkomanii; w końcu mało rzeczy sprzyja tak roznoszeniu się HIV jak wolny seks z kim popadnie oraz wielokrotne używanie tych samych strzykawek przez narkomanów. Tak samo punkty krwiodawstwa nie powinny przyjmować krwi od homoseksualistów jako grupy ryzyka.

Ciekawą sprawą jest również, dlaczego lewica wspiera wszystkie postulaty, dzięki którym AIDS się może tylko coraz bardziej panoszyć. Można tutaj dojść do dwóch wniosków. Pierwszy: może to rzeczywiście są idealiści, pięknoduchy, którym marzy się jakiś utopijny, lepszy świat od tego przezeń zastanego. Drugi jest bardziej przerażający. A może oni rzeczywiście pragną depopulacji?!

niedziela, 10 maja 2009

Odium politycznej poprawności

W czasach, kiedy byłem młodszy, zdarzało mi się jeździć na obozy dla wybitnie uzdolnionej młodzieży. Tego typu imprezy odbywały się z reguły w marcu oraz na przełomie kwietnia i maja, czasem w wakacje. W swoim czasie uchodziłem tam za zręcznego młodego pasjonata zoologii i paleontologii; doszedłem nawet do rangi stypendysty. Zadawałem się z szeregiem młodych ludzi interesującymi się różnymi dziedzinami nauk przyrodniczych i humanistycznych; o wielu z nich nie można powiedzieć inaczej niż że były to jednostki wybitne. Pewnego razu trafił się jednak osobnik, który wyraźnie odstawał. Był to głuchy przygłup wykazujący również problemy z koordynacją ruchową. Wydawało się, że zniknie tak szybko, jak się pojawił. Niestety, stał się elementem pejzażu na kilka ładnych lat. Zarzucaliśmy mu głupotę; fakt, chłopię nie miało nawet najbardziej podstawowej wiedzy z dziedzin, którymi rzekomo się interesowało. Wszystko to był groch o ścianę. Kadra obchodziła się z nim jak z jajkiem. My tego w tamtym czasie nie rozumieliśmy. Pochłonięci byliśmy inną problematyką, zresztą niejednokrotnie dzieje się tak do tej pory.

Jednak w pewnym momencie przyszło olśnienie. Doszedłem do banalnego wniosku. Gdyby wyleciał, jego mamuśka - a była to zadziorna kobieta - pewnie poszłaby z tą sprawą do jakiegoś Nigdy Więcej czy innej organizacji zajmującej się tropieniem przejawów rasizmu, antysemityzmu czy darwinizmu społecznego. Przez szereg lat oni byliśmy związani z organizacją pożytku publicznego. A to już bardzo dużo wyjaśnia. Nie chcieli oni bowiem, żeby jacyś nawiedzeni zarzucali im kierowanie się względami eugenicznymi, przez co mogliby mieć pieniądze z uzyskiwaniem funduszy.

Jakie były podstawy naszych zdziwień i ich działania? Nic innego jak polityczna poprawność. To jest współczesny lewicowy aksjomat, że o pewnych ludziach można wyrażać się tylko dobrze albo wcale. Wynika on z niczego innego tylko marksizmu kulturowego Gramsciego i szkoły frankfurckiej. Polega to na poszukiwaniu nowego proletariatu, którego prawa jakimś dziwnym trafem mają być zagrożone. W obecnych czasach dotyczy do kobiet, LGBT, Żydów, Murzynów oraz niepełnosprawnych. Tutaj nie można wyrażać się źle; dodam, że na wstrętnych katolików oraz własną grupę etniczną można wylewać w tym czasie kubły pomyj. Jakie to przynosi skutki prawne?

Dzięki politycznej poprawności mamy w USA na przykład kwoty rasowe na uniwersytety - to tzw. akcja afirmacyjna. Biednemu Murzynowi łatwiej się dostać na uczelnię niż tak samo majętnemu białemu. Nawet na filmach akcji musi być odpowiednia ilość Negrów. Oburzano się niedawno na Clinta Eastwooda, który nakręcił dylogię o bitwie o Okinawę. Pojawiły się zaraz zarzuty, że nie zagrał tam ani jeden Murzyn. Na cele politycznej poprawności próbuje się już naginać historię. Przecież w żadnej jednostce pierwszej linii w czasie drugiej wojny światowej nie mógł służyć czarny.

Zaczynamy również żyć w istnej Pedolandii oraz doświadczać jej licznych uroków. Gospodarz pensjonatu w Wielkiej Brytanii odmówił parze homoseksualistów łoża małżeńskiego - dodam, że czynił to również w przypadku heteroseksualistów nie będących małżeństwem. Oni, oczywiście, poczuli się wielce obrażeni i zawiadomili odpowiednie instytucje zajmujące się myślozbrodnią. W tamtym kraju w jednej szkole zorganizowano również tydzień LGBT. Chrześcijanie i muzułmanie nie zgodzili się wysłać tam dzieci. Pociągnięto ich za to do karnej odpowiedzialności; zarzut, jaki im postawiono, to nieprzestrzeganie obowiązku szkolnego. "Homosie" pchają się wszędzie, byle tylko były widoczne. Okazuje się również, że mają do gadania w takich rzeczach jak konkursy piękności... dla kobiet. Przecież to absurd, żeby taki zaburzony osobnik miał oceniać, która kobieta jest ładniejsza, a która brzydsza. To tak jakby osoba bez powonienia miała oceniać zapachy perfum lub indywiduum bez zmysłu smaku zostało postawione w roli degustatora win. Z takim jednak oczywistym nonsensem mieliśmy niedawno w USA, kiedy to wojujący pedał wpłynął na wynik konkursu na miss tego kraju.

Co jeszcze zawdzięczamy temu neomarksistowskiemu paradygmatowi? Mamy również równanie na siłę osób niepełnosprawnych. Nie rozumiem prawa, dla którego każdy budynek ma być dostosowany do potrzeb. Moim zdaniem o tym decyduje właściciel, kogo sobie życzy na swoim terenie, a kogo nie. Smutne to może być, okrutne, ale i prawdziwe, dotyczy to również osób niepełnosprawnych. Wyznawca tolerancji mógłby się tutaj wtrącić i zrazu padnie słowo-wytrych, że mamy tutaj do czynienia z dyskryminacją. To w takim razie wydający prawo jazdy dyskryminują osoby niewidome. Dlaczego bowiem nie można uzyskać tego dokumentu z pismem Broglie'a?

Nie rozumiem również sensu istnienia szkół integracyjnych w państwowym systemie szkolnictwa. Wielu psychologów i pedagogów sprzeciwia się tym placówką. Podają oni argument, że tam jest niższy poziom. No i rzeczywiście, jak można próbować intelektualnie upośledzonych i o normalnej inteligencji próbować nauczyć tego samego materiału. Przecież to oczywisty absurd na kółkach! Ten jednak, który to zauważy, zostanie automatycznie wytropiony przez apostołów politycznej poprawności, którzy zarzucą mu różne grzechy, w tym nawet związki z narodowym socjalizmem. Ich argumentacja będzie się sprowadzała do reductio ad Hitlerum. Mimo prymitywności argumentów uprzykrzą życie, a także dostawią człowiekowi łatkę. Przez to miał w świadomości społecznej wizerunek eugenika i/lub socjaldarwinisty.

Czasem lewacy wypominają jeszcze, że osoby niepełnosprawne nie są zachęcane do reprodukcji. A któż to powiedział, że wszyscy mają się obowiązek rozmnażać? Moim zdaniem o takich kwestiach to powinna rodzina decydować. Wynika to natomiast z mojego wcześniejszego wpisu Mea culpa. W przypadku takiego dzieciaka jak w pierwszym akapicie to rodzina by decydowała czy uznaje go za dorosłego i/lub zdolnego do pożycia seksualnego (ergo do rozmnażania się) czy też nie. (Nie wiem, czy to wynika z awersji do tamtego typka, ale na miejscu jego rodziców miałbym znaczne wątpliwości...) No i tak tego typu sprawy powinny być rozwiązywane.

Polityczna poprawność prowadzi do coraz większych absurdów. Pewne tematy stają się tabu. Spróbuj na przykład debatować na temat zależności judaizmu i chrześcijaństwa, jak to czyni ks. Chrostowski, staniesz się antysemitą. Powiesz, że homoseksualizm rozwija się pod wpływem czynników środowiskowych, będziesz homofobem. A na koniec. Podobnie jak JKM skrytykuj szkoły integracyjne? Dostaniesz łatkę eugenika lub darwinisty społecznego. W efekcie kanalizuje się dyskusję, a argumenty zastępuje erystyką i ideologią.

środa, 10 września 2008

O chemicznej kastracji i nie tylko...

Jestem bardzo zaskoczony. Rząd wreszcie wymyślił coś normalnego, ale nie w sensie postępowym. Kiedyś KLD i UD zdecydowało o tym, że wszyscy musimy jeździć w zapiętych pasach. Ale teraz ichniejszy pogrobowiec przedstawił pomysł, który jest zadziwiająco normalny, jak na to lewactwo. Nie wiem, czy to przypadkiem nie działa na zasadzie paradoksu kłamcy. Nawet Kreteńczyk wywodzący się z nacji kanciarzy stwierdził, że wszyscy jej przedstawiciele kłamią. Przejdźmy jednak do rzeczy. Ślepej kurze też czasem trafia się ziarno. Otóż Donald Tusk zapowiedział, że będzie się poddawać chemicznej kastracji pedofili, którzy dopuścili się tego przestępstwa. Nagłą reakcję obecnego premiera Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wywołał przypadek polskiego Fritzla - ojca, który gwałcił córkę, jaka następnie urodziła dwójkę dzieci.

Oczywiście laicko-lewacka hydra podniosła swój łeb. Wczoraj Mirosław Miniszewski opublikował tekst, w którym porównał pomysły chemicznej kastracji do słynnej nazistowskiej akcji T4. Mamy tutaj stary tryk w postaci reductio ad Hitlerum. Jeżeli nie można z jakimś pomysłem dyskutować merytorycznie, to zaraz dokonuje się tego typu chwytów erystycznych. Tutaj mieliśmy do czynienia z prawem Godwina. Mówi ono, że im dłużej trwa dyskusja, tym większa możliwość odwołania do nazizmu i wyczynów tego systemu. Ale to jest czysta erystyka mająca na celu wywołanie emocjonalnej i histerycznej reakcji czytelników lub słuchaczy. Jakoś nikt nie dyskutuje o zaletach surowego karania tego typu przestępczości, że mniej dewiantów odważy się na takie rzeczy. Ale czego spodziewać się po laickiej lewicy? Przecież dla tych ludzi 120 dni Sodomy to wizja, jaką należy wprowadzić jak najprędzej w życie. Zalegalizowali bądź chcą zalegalizować morderstwo (aborcję), kradzież (podatek spadkowy), przestępczość obyczajową (homoseksualizm, pornografia). No i kim jest dla takiej laickiej lewicy pedofil? Jest normalnym człowiekiem, który chce się tylko pobawić z dziećmi. A jak odbędzie stosunek z niepełnoletnim, to sprawi mu zapewne frajdę. Takie to jest myślenie tych ludzi. A karanie... przecież to niehumanitarne, zaraz zaczną wymachiwać jakimiś prawami człowieka. A powiedzmy sobie szczerze, co oni mogą o nich wiedzieć, jk oni mają gdzieś prawo normalnych ludzi do życia i własności? Żywa hipokryzja, jak to wszystko u laickiego (i nie tylko) lewactwa.

Sama chemiczna kastracja pedofili to moim zdaniem za mało. Za tego typu wykroczenie powinna grozić kara śmierci podobnie zresztą jak za morderstwo z premedytacją, umyślne wywołanie katastrofy, gwałt ze szczególnym okrucieństwem czy zdradę stanu. Ale niestety, obecna władza nie ma aż tyle ikry, aby móc głosować nad takimi rozwiązaniami. W ogóle w całej Europie nikt nie ma odwagi w ogóle jakoś o takich rzeczach napomknąć. Pedofilia karana powinna być śmiercią. To w takim razie, za co powinna grozić chemiczna kastracja?

W grę wchodzą tutaj wszystkie przestępstwa seksualne. Zwykły gwałt też powinien być karany w ten sposób. Wówczas surowość kar pod względem jej konsekwencji ograniczy ilość tego typu przestępstw.

Co jeszcze w takim razie? Dlaczego nikt nie mówi o prostytucji. Przecież zwalczenie tego typu przestępczości to obcięcie wielu gałęzi czarnego rynku. Jakoś w wielu miejscach na świecie walka z sutenerstwem przypomina macanie. A przecież, gdyby parę prostytutek zostało chemicznie wykastrowanych, to zaraz by się to wszystko skończyło. Sankcja i konsekwencja. Nic więcej. W ten sposób zostałaby zwalczona tego typu przestępczość. Mało kto odważyłby się wtedy na tego typu hocki klocki.

Napisałem wyżej, że uważam homoseksualizm, biseksualizm, transseksualizm czy inne tego typu dewiacje za przestępstwa o naturze obyczajowej. Tutaj też by się przydało karać w ten sposób jak kurtyzany czy gwałcicieli. Mielibyśmy jedną zaletę. Całe towarzystwo schowałoby się wtedy do podziemia i bałoby się zeń choćby czubek nosa wystawić. Już nie byliby tacy butni, żeby paradować z gołymi tyłkami publicznie w asyście różnych lewicowych łże-myślicieli. W tym wypadku jednak skłonny byłbym dać szansę. Dewiant mógłby poddać się reedukacji, a wtedy uprawiać seks, jak reszta niezaburzonej psychoseksualnie populacji. Jeżeli nie skorzystałby z tej możliwości, zostałby chemicznie wykastrowany. Tego typu kary doprowadziłyby do zniknięcia różnych lobby dewianckich, które dążą do tego, aby legalizacji uległy najgorsze możliwe zaburzenia. Działa to na zasadzie domina, najpierw homoseksualizm, a na koniec pedofilia, a w między czasie różne inne. Surowe przepisy antysodomickie doprowadziłyby do tego, że - jak wyżej napisałem - całe towarzystwo schowałoby się i znikło. Tak więc wszelkie lobby związane z tego typu grupami straciłyby rację bytu.

Zamiast zmarginalizować przestępczość seksualną, obecne władze gaszą ogień benzyną. A to od czasu do czasu przebąkuje się o związkach partnerskich jednopłciowych, a to po wyjściu z komuny zalegalizowano pornografię. Tak to wygląda. Chemiczna kastracja jako kara za przestępstwa seksualne jest przebąkiwana tylko od czasu do czasu i to w przypadkach najcięższych, jak to się dzieje w przypadku pedofilii. Lewica laicka jest w stanie wszystko zepsuć... Oczywiście, można by ten wrzód na ciele ludzkości wykastrować razem z ichniejszymi pupilkami-degneratami, ale po co ich pozbawiać organów, których nigdy nie posiadali?

poniedziałek, 8 września 2008

Czy w medycynie jest miejsce na demokrację?

Demokracja stała się w obecnych czasach fetyszem. Takie określenia jak demokratyczny czy pluralizm są w sumie pustosłowiem, ale dla wielu osób mają wielką moc przekonywania jako semantyczny wytrych. W sumie demokracja jako taka nie jest zbyt ciekawym systemem, prowadzi do tego, że wszyscy chcą jak najdłużej utrzymać przy korycie, a w efekcie nic konstruktywnego się nie robi. Wielu z nas nie jest nawet świadomym, jak daleko sięgają macki demokracji. Otóż, okazuje się, że nawet w nauce może odgrywać ona pewną rolę. Nam się wydaje, że działać tam powinna instytucja autorytetu epistemicznego, ale okazuje się, że i tam pewne rzeczy można załatwić przez głosowanie.

W 1991 roku WHO po demokratycznym głosowaniu skreśliła homoseksualizm z listy chorób. Od tak po prostu. Oficjalnie mówi się, że mamy orientacje seksualne, a heteroseksualna jest tylko jedną z nich. No i cóż, lewactwo ze swoimi brudnymi butami wlezie wszędzie. A to trąbią o antropogenicznych przyczynach efektu cieplarnego, a to o tym, że homoseksualizm jest jakąś alternatywną normalnością. A przecież to jest zaburzenie. Obecnie szuka się nawet jego przyczyn na poziomie molekularnym i jakoś te poszukiwania nie przynoszą żadnych skutków. Swojego czasu poświęciłem tej kwestii tekst Lewicowe pseudonauki (3): Normalność homoseksualizmu. Tam wyjaśniłem wiele rzeczy, więc zainteresowanych odsyłam do tego tekstu.

Widać, że nawet w medycynie można o czymś zadecydować poprzez głosowanie. Tak więc przejść może nawet największa głupota, jeżeli ktoś będzie starał się ją przeforsować. Możemy przy tej okazji wykonać taki eksperyment myślowy.

Jest taka dziedzina, która nazywa się immunoparazytologia. Zajmuje się ona reakcjami odpornościowymi przy zakażeniach pasożytniczych, czyli mówiąc to językiem niefachowym - jak organizm mający robaki stara się ich pozbyć, a przy okazji jak te robaki starają się oszukać jego system odpornościowy. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z procesami immunomodulacji, czyli modyfikowania działalności systemu odpornościowego żywiciela. Tego typu efekty wywołują zarówno mikro- jak i makropasożyty (klasyfikacja mikro- i makro- to w zależności od rozmiarów, te pierwsze to pierwotniaki, a te drugie to robaki - najczęściej przywry, tasiemce, nicienie). Wykorzystują one do tego celu wydzielane przez siebie białka, znane jako antygeny ekskrecji-sekrecji. Na przykład gdyby mysz była uczulona na jakiś alergen, to po zarażeniu - dla przykładu - nicieniem Heligmosomoides polygyrus (ten akurat jest często wykorzystywany w badaniach immunoparazytologicznych), to potem już nie będzie wykazywała tego typu reakcji. Tyle wstępu, teraz ad rem.

Mówi się obecnie, że alergie są plagą. Tak więc jakiś doktorek, nazwijmy go Scheissenstein, może wymyśleć, że jeżeli robaki nie występują w jakiś wielkich ilościach w organizmie, to jest to wręcz zdrowe. Nie można określać tego stanu mianem chorobliwego, jeżeli organizm ma być zabezpieczony przed reakcjami alergicznymi. Tak więc może wygłosić odczyn na spotkaniu WHO, że jeżeli ktoś ma w sobie niewielkie ilości robaków pasożytniczych, to nie jest to żadna choroba. Jako argument może wykorzystać, że zapewne każdy z nas ma w sobie ileś tam larw włośnia krętego, które praktycznie nie wywołują większego uszczerbku na zdrowiu.

Co więc może zrobić WHO. Przegłosować, że choroby pasożytnicze, jeżeli liczebność pasożytów w organizmie żywiciela nie jest zbyt wysoka, nie zasługują w ogóle na takie miano. Oczywiście zaraz zaczęłaby się odpowiednia kampania medialna, żeby ludzi do czegoś takie przekonać, żeby na przykład jak dziecko notorycznie drapie się po tyłku, żeby nie dawać mu mebendazolu czy innych antyhelmintyków (leków zwalczających robaki pasożytnicze) celem pozbycia się okazów Enterobius vermicularis. Tak samo byłoby w wielu innych przypadkach.

No i do jakiego możemy na tej podstawie dojść wniosku. W demokratycznym głosowaniu przejdzie nawet największa głupota, pod warunkiem, że stoi za tym odpowiednio silne lobby. W 1991 roku było laickie lewactwo o zapędach socjoinżynieryjnych. Tutaj mogłoby powstać swoiste lobby immunoparazytologiczne, które chciałoby posłać alergologów na przysłowiową zieloną trawę, a przy okazji zrobić interes na własnych rozwiązaniach - jak kuracje oparte na podawaniu organizmów pasożytniczych (za Ekologią Krebsa rozróżniami pasożytnictwo i chorobotwórczość) wywodzących się ze zwierząt wielokomórkowych, najpewniej nicieni.

A teraz odpowiedzmy sobie na proste pytanie. A czy tak nie było w roku 1991, kiedy to stwierdzono, że homoseksualizm nie jest chorobą? Sytuacja jest analogiczna. Homoseksualizm przecież jest chorobą i to powiązaną z innymi zaburzeniami psychoseksualnymi jak masochizm, sadomasochizm, pedofilia. Dlatego winien być tak traktowany. Stwierdzenie, że homoseksualizm nie jest chorobowy, to absurd w takim samym stopniu, jak uznanie, że glistnica stanowi zjawisko normalne w populacji.

No i do czego doprowadziła nas do tego demokratyzacja? Do tego absurdu na kółkach w postaci ideologizacji nauki tak, aby zgadzała się z jedyną słuszną ideologią głoszoną przez lewicę laicką. Obecnie wymyśla się już choroby psychiczne - przykładem jest wspomniany kiedyś przeze mnie syndrom RWA. Establishment się z tym zgadza, ponieważ jemu to jest na rękę; zwalczany jest w końcu ten wstrętny Ciemnogród. Czy zatem wracają czasy Łysenki i Miczurina?

wtorek, 17 czerwca 2008

Lewicowe pseudonauki (3): Normalność homoseksualizmu

O homoseksualizmie

Chyba nie trzeba chyba tłumaczyć, co to jest. W 1991 roku został skreślony z listy chorób psychicznych. Od tamtej pory mówi się również o takim fenomenie, jakim są orientacje seksualne. Wcześniej nikomu nie przyszłoby do głowy, iż coś takiego może w ogóle istnieć. Mainstream uważa, że homoseksualizm jest czymś normalnym w porównywalnym stopniu jak heteroseksualizm. Co więcej, ostatnio mnożą się hipotezy odnośnie wrodzonego charakteru orientacji seksualnej. Niektórzy porównują wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób przez WHO do poczynienia tego samego ze zbyt częstą masturbacją (tak, jakby robienie czegoś w nadmiarze nie było szkodliwe). Akceptacja homoseksualizmu jako rzeczy normalnej przez ludzi o heteroseksualnej orientacji (że pozwolę sobie użyć tego określenia) jest uważana za przejaw postępu. Z czego to może wynikać?

Etyczny relatywizm

Rzecz jasna, lewica, która wszędzie wpycha swoje brudne ręce, doprowadziła do tego, że homoseksualizm został skreślony z listy chorób. Nie trzeba też tutaj tłumaczyć, że doszło do tego na drodze demokratycznego głosowania; tak więc wszystko wydaje się jasne. Postrzeganie homoseksualizmu jako normalnego wiąże się z postawą bardzo często przyjmowaną przez współczesną lewicę laicką. Chodzi tutaj o etyczny relatywizm. Jak można go najprościej wytłumaczyć? Wykonajmy sobie przy tym taki prosty eksperyment myślowy.

Mamy trzecią zasadę termodynamiki tzw. postulat Nernsta. Mówi ona, że w momencie kiedy osiągnięta zostanie temperatura zera absolutnego, wszelki ruch cząstek ustaje, a energia wewnętrzna układu wynosi zero. No i teraz wyjdźmy na ulicę bądź dzwońmy do ludzi na telefon. Pytajmy się o treść tego właśnie postulatu Nernsta. Uzyskamy znaczny rozrzut odpowiedzi. Oczywiście jakaś część ludzi odpowie prawidłowo, a reszta będzie gadać różne bzdury, jeszcze ileś tam osób powie, iż nigdy o czymś takim w życiu nie słyszało. Brać jeszcze trzeba pod uwagę takie odpowiedzi typu k... mać. Relatywista uzna wszystkie odpowiedzi za tak samo prawdziwe, nie ważne, czy ktoś powiedział prawdziwą treść trzeciej zasady termodynamiki, czy zaklął, czy udał Greka et cetera. Absolutysta natomiast oddzieli błędne odpowiedzi i nie na temat od prawdziwych.

Tak samo jest zresztą na gruncie etyki. Identycznie jak w przypadku postulatu Nernsta, relatywiści traktują wszystkie dziwactwa na równi z normalnością. Z tego powodu homoseksualizm, a w niedalekiej przyszłości pedofilia, będą przez nich traktowane jako coś najnormalniejszego w świecie. Wystarczy rzucić okiem do chociażby Traktatu ateologicznego Onfraya, a tam znajdzie się ustęp o tym, że seks z nieletnimi jest normalny i że nie można karać człowieka za takie skłonności, skoro to u niego naturalne. Poza tym powyższy przykład pokazuje absurdalność etycznego relatywizmu. Tak więc same już podstawy traktowania homoseksualizmu jako rzeczy normalnej w takim samym stopniu, jak heteroseksualizm, wydają się być pozbawione sensu.

Argument wrodzoności homoseksualizmu

Ostatnimi czasy, w związku z postępami genetyki molekularnej, neurobiologii, psychiatrii, uważa się, że homoseksualizm może mieć podłoże genetyczne. Wbrew pozorom jest to pewien argument w dyskusji. Dlaczego? Genetycznie na przykład determinowane jest to, że mamy pięć palców u rąk i nóg; to wszystko zależy od ekspresji odpowiednich genów HOX. Płeć jest determinowana chromosomalnie, w zależności od tego czy osobnik posiada dwa chromosomy X czy jeden X i jeden Y. Dla pewnych środowisk wieść o możliwości genetycznej determinacji homoseksualizmu jest przesłanką, aby ich skłonności potraktować jako coś całkowicie naturalnego i niezmiennego (chyba, że za pomocą inżynierii genetycznej linii płciowej). Tak więc należy się zastanowić, czy homoseksualizm może być wrodzony?

Gdy robiono pośmiertne badania anatomiczne na mózgach heteroseksualistów i homoseksualistów nie stwierdzono praktycznie żadnych różnic. To już pozwala podejrzewać, że homoseksualizm nie jest determinowany genetycznie z pewnym prawdopodobieństwem.

Poza tym nie robiono żadnych badań na myszach czy innych zwierzętach laboratoryjnych pozwalających stwierdzić, czy homoseksualizm jest wrodzony czy determinowany środowiskowo. Najlepsze byłyby w tym wypadku badania na myszach będących knock-outami lub mającymi nadekspresję jakiegoś genu regulatorowego ewentualnie kombinacja (kilka znokautowanych genów, kilka nadekspresji) lub knock-down (wyłączenie ekspresji z użyciem interferencji RNA). Ewentualnie można by zastosować osobniki, którym wprowadzono oligonukleotydy antysensowne lub dokonano miejscowej transgenizacji pewnych okolic mózgu z użyciem AAV lub lentiwirusów. U takich osobników należałoby badać preferencje seksualne (pod warunkiem oczywiście istnienia takowych) - oczywiście obserwując, ewentualnie nagrywając. Jeszcze wcześniej przydałoby się złapać jakąś myszkę wykazującą pewne zachowania nas interesujące, uśmiercić, zrobić z mózgu homogenat, który następnie poddano by badaniom transkryptomu (całości RNA), ewentualnie proteomu (wszystkich białek - takie propozycje badania procesów zachodzących w układzie nerwowym były już zgłaszane), a wówczas można by z użyciem RNAi (interferencji RNA) określić, co się po kolei, dzieje. Jak do tej pory tego typu eksperyment nie został zrobiony, tylko póki co dyskutowane są tego typu możliwości techniczne. Badania na knock-outach, osobnikach wykazujących nadekspresję pewnych genów et consortes wykonywane są obecnie w przypadku zdecydowanie prostszych procesów behawioralnych, takich jak uczenie się czy zapamiętywanie. Póki co za bardziej skomplikowane procesy behawioralne mało kto się na razie zabiera, poza zespołami badawczymi zajmującymi się socjogenomiką. Ale oni generalnie zajmują się badaniem molekularnych podstaw zachowania się pszczół miodnych (Apis mellifera), a za organizmy wyższe, mogących interesować tychże badaczy (jak gryzonie) na razie się nie zabierają.

O genetycznej determinacji homoseksualizmu można sobie póki co pogadać (chyba że rację ma Roger Penrose i procesy behawioralne należy tłumaczyć na poziomie submolekularnym, traktując proteom jako swoisty ośrodek). Na razie badane są procesy behawioralne o wiele prostsze niż złożone zachowania związane z rozrodem. Przy najmniej na poziomie biomolekularnym, bo badania z zakresu ekologii behawioralnej czy etologii mają się świetnie.

Homoseksualizm jest w zdecydowanej części determinowany środowiskowo. U chłopców w pewnym okresie rozwoju mogą występować pewne skłonności w tym zakresie, ale nie muszą się one pogłębiać, a jeżeli tak się dzieje, to jest to patologiczne. Generalnie wielu homoseksualistów stało się takimi na skutek burzliwych przeżyć jak chociażby zawodów miłosnych itp. Można zacząć wykazywać takie skłonności nawet w wieku dojrzałym. Sam mogę podać przykład pewnego chałturnika z Łodzi (niejakiego Cwynela), który został zdradzony przez żonę, a następnie w ciągu pół roku stał się gejem. A jeżeli można się wtórnie zostać homoseksualistą, to raczej możliwa jest również droga w drugą stronę, a zatem wyleczenie się z homoseksualizmu.

Teraz powstaje pytanie, nawet jeżeli homoseksualizm jest determinowany genetycznie, to co ten gen mógł robić u naszych przodków. Jakoś u szympansów (Pan troglodytes) zachowania homoseksualne nie występują, są spotykane za to u bonobo (Pan paniscus) - ten jest od nas bardziej oddalony niż szympans, biorąc pod uwagę drzewo filogenetyczne małp wąskonosych. Pojawiały się różne hipotezy - że homoseksualiści mogli pełnić taką rolę w społeczeństwach jak sterylne robotnice u owadów społecznych (próba wytłumaczenia jego istnienia za pomocą doboru krewniaczego). Nadal mimo wszystko ciężko sobie wyobrazić, jak homoseksualizm mógłby wyewoluować. Czy ewoluował jak upośledzenia? Raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę model Zahaviego czy hipotezę Hamiltona-Zuk. Tam pewne upośledzenia mają związek z tym, że samce na przykład bardziej jaskrawe, mające większe rogi, dłuższe ogony będą bardziej preferowane przez samice. (Z drugiej strony na skutek większego wydzielania testosteronu będą miały upośledzone działanie systemu odpornościowego, więc również powinno występować u nich więcej czynników chorobotwórczych i pasożytów). Ale homoseksualizm jako taki nic do rozrodczości nie wnosi i model ten nie wyjaśnia, jak to jest, że pojawił się również u kobiet.

Dochodzimy tutaj przy okazji do następnego punktu, który może się stać istotny z punktu widzenia homopropagandy i jest logicznym następstwem traktowania homoseksualizmu jako czegoś wrodzonego i niejako ewolucyjnego spadku po przodkach. A mianowicie: homoseksualizmu w świecie zwierząt.

Homoseksualizm w świecie zwierząt

W zeszłym roku opublikowałem na swoim (niestety) skasowanym blogu tekst pt. Intelektualny totalitaryzm lewicy: homoseksualizm w świecie zwierząt. Wypadałoby przy okazji głębszej analizy homopropagandy o tym wspomnieć. W zeszłym roku odbyła się w Oslo wystawa, na której mówiono o homoseksualizmie wśród wielu zwierząt. O dziwo, wielu zoologów (sic!) potraktowało to normalnie i z dużą dozą rezerwy. Powiedzmy sobie szczerze; jak na razie za stwierdzenie homoseksualnej nekrofilii u kaczki krzyżówki (Anas platyrhynchos) przez pewnego badacza z Muzeum Historii Naturalnej w Lejdzie przyznano IgNobla. Tak więc widać, ile tego typu badania są warte; tyle mniej więcej co pływanie w basenie wypełnionym kisielem. Widać jednak na pierwszy rzut oka, że badania świata zwierząt mogą zostać wykorzystane w celach ideowo-propagandowych. Tak więc wypadałoby uprzedzić ruch lewicowych ideologów domagających się równości i tolerancji.

Czy stosunki w ramach jednej płci w świecie zwierząt w ogóle występują? U bezkręgowców są one czasem spotykane. U kolcogłowów Moniliformis dubius następuje kopulacja samców, w wyniku czego jedne cementują narządy drugim, uniemożliwiając im akt płciowy. Również u pluskwiaków Xylocoris maculipennis występują kopulacje w obrębie tej samej płci. Samiec wstrzykuje plemniki do jamy ciała drugiemu, a one wędrują do jąder tego. Jednakże tego typu zachowania nie mają z typowym homoseksualizmem nic wspólnego. Chodzi tutaj o zwiększenie dyspersji własnych genów w przyrodzie, a temu zachowania homoseksualne klasycznie rozumiane raczej nie sprzyjają.

Innym przypadkiem zachowań powszechnie postrzeganych jako homoseksualizm to behawior bonobo (Pan paniscus). Jeżeli się to dobrze przeanalizuje, to jest to raczej poliamoryzm niźli typowe zachowania homoseksualne. Nawet jeżeli i u tego gatunku to normalne, to dlaczego nie występuje to na przykład u szympansów (Pan troglodytes). U ludzi też nie jest to nagminne, wbrew temu, co próbuje nam wmówić lewicowa propaganda. Po prostu bonobo należy traktować jako odosobniony przypadek. Podobne zachowania bowiem w ogóle u innych naczelnych (i to nie tylko tych określanych mianem małp, bo również u małpiatek) nie występują.

Za homoseksualne mogą być również brani pomocnicy pierwszego i drugiego rzędu u niektórych zimorodków występujących w Afryce subsaharyjskiej (krainie afrotropikalnej) z rodzajów Halcyon czy Ceryle. W rzeczywistości jest to pewna strategia, aby móc się rozmnożyć. U ptaków bardzo częste są tzw. EPF (extra pair fertilization) lub EPC (extra pair copulation). Wykazano to, robiąc badania sekwencji mikrosatelitarnych. Stwierdzono, że występuje to u wszystkich taksonów od rurkonosych aż po ptaki śpiewające z różną częstością u poszczególnych gatunków. Poza tym pomocnicy mogą odpędzić samca dominującego, gdy nadaży się ku temu okazja i któryś z nich może przejąć inicjatywę. Tych zachowań nie należy wiązać w żaden sposób z homoseksualizmem.

Tak więc, homoseksualizm w świecie zwierząt jest kolejnym mitem nie mającym potwierdzenia w rzeczywistości, wynikającym z propagandowego, istrumentalnego traktowania nauki przez lewicę, w tym wypadku rzecz dotyczy zoologii.

Źródła homopropagandy

Należy się zastanowić, jak to się stało, że w ogóle homoseksualizm zaczął być traktowany jako rzecz normalna i w ogóle mogło zaistnieć coś tak obelżywego jak homopropaganda? Cała rzecz zaczęła się od badań przeprowadzonych przez Alfreda Kinseya. W 1948 roku opublikował on książkę pt. Sexual Behaviour of Human Male. Oczywiście, lewicowe media uznały ją za rewelację i rychło się dowiedział o tym cały świat. Książka niedoszłego zoologa sprzedała się w kilku milionach egzemplarzy. W 1952 roku wydał następną pt. Sexual Behaviour of Human Female. Również odniosła ona sukces wydawczy. Autor stwierdził, że większość ludzi jest w jakimś stopniu heteroseksualna lub homoseksualna. Stworzył skalę od 0 do 6, gdzie 0 oznacza krańcowego heteroseksualistę, a 6 krańcowego homoseksualistę, a numery pomiędzy nimi, to różne stadia pośrednie. Przez jakieś 50 lat nikt się nie zastanawiał nad źródłami tych rewelacji. Dopiero nie tak dawno temu Judith Reisman, badaczka związana z izraelskim uniwersytetem w Hajfie i Case Western Western Reserve University w Ohio, przeanalizowała zbiory Kensey Institute przy University of Indiana. Praca była dodatkowo utrudniona, ponieważ to kolekcja częściowa zamknięta i zaistniała konieczność uzyskania pozwolenia wglądu w materiały prywatne. Przejrzała masę dokumentów, filmów oraz przeprowadziła wywiady ze świadkami. Reisman odkryła, że Kinsey prowadził badania w sposób mocno nietypowy. Na potrzeby pierwszej książki grupą kontrolną byli mężczyźni osadzeni w zakładach karnych, a wśród nich siłą rzeczy zachowania homoseksualne są bardziej rozpowszechnione niż w społeczeństwie wolnym. W przypadku drugiej badania prowadzone były między innymi na prostytutkach. Łącznie jedna trzecia z badanych kobiet karana była za przestępstwa seksualne. Pytania w ankietach sporządzanych przez Kinseya i współpracowników były formułowane w tak szokujący sposób, że normalni ludzie nie chcieli na nie odpowiadać. Dopuszczono się również innych manipulacji, między innymi każda osoba, jaka kiedykolwiek uczęszczała na jakikolwiek kurs uniwersytecki, była traktowana jako posiadająca wyższe wykształcenie. Dzięki temu można było stwierdzić, iż badania Kinseya dotyczą przeciętnego Amerykanina z wyższym wykształceniem. Odmówił on również przyjęcia do zespołu profesjonalnego statystyka. Fundacja Rockefellera finansująca badania była bardzo zaskoczona z tego powodu. Z kolei danymi żonglował znajomy amator. Niektórzy ankieterzy byli zboczeńcami seksualnymi. Znalazł się wśród nich między innymi Rex King, który miał zgwałcić 800 dzieci.

Również współpracownicy Kinseya byli mocno nie typowi. Fritz von Balluseck molestował seksualnie wiele dzieci, został w końcu skazany za zamordowanie 10-letniej dziewczynki. Badania Raisman wykazały również, że ankieterzy gwałcili dzieci, a potem pytali się je o doznania. Niektóre eksperymenty polegały na seksualnej stymulacji niemowlaków i przedszkolaków. Sam Kinsey był natomiast biseksualistą i masochistą o pedofilskich i koprofilskich skłonnościach. Uprawiał seks ze współpracownikami, lubił kąpać się z nimi nago i załatwiać razem z nimi potrzeby fizjologiczne. Gdy był harcerzem, zmuszał zuchów do oglądania świerszczyków oraz zabawiał się z nimi.

Badania Kinseya okazały się jedną wielką machinacją, a wnioski z nich - bujdą na resorach, która - niestety - wywarła wielki wpływ na myślenie następnych pokoleń. Zapłodniła również szereg lewicowych intelektualistów, między innymi pokolenie roku 1968.

Na zakończenie

Homoseksualizm nie jest normalny; jest wręcz chorobliwy. Wiele badań wskazuje na jego związek z pedofilią, masochizmem czy koprofilią, statystycznie częściej homoseksualiści są również seryjnymi mordercami. Postrzeganie go jako coś takiego jak pięć palców u rąk to jest efekt propagandowej manipulacji, która trwała od jakichś pięćdziesięciu lat, a przybrała na sile dopiero po 1968 roku ze wskazaniem na ostatni okres.

Niestety pewni ludzie muszą manipulować i włazić wszędzie z brudnymi butami tak, aby udowodnić, że racja jest po ich stronie. Tak samo jest w przypadku rzekomej normalności homoseksualizmu. Mamy tu do czynienia de facto z czymś takim samym jak grzbietem Łomonosowa, zapadniętym fragmentem Syberii i rosyjskością bieguna północnego czy aryjskim euroazjatyckim państwem. Sytuacje te niewiele się od siebie różnią.

piątek, 23 maja 2008

Nowoczesny Massolit

Każdy, kto przeczytał powieść Bułhakowa Mistrz i Małgorzata powinien kojarzyć towarzystwo Massolit. Ich przywódcą był Berlioz. Premiowało ono pisarzy marnych, acz zgadzających się z ateizmem i komunizmem. No i przyjrzyjmy się otaczającej nas rzeczywistości. Czy Bułhakow, pisząc swoją powieść, nie był prorokiem?

Niestety, okazuje się, że tak. Wystarczy przyjrzeć się, jacy artyści dostają nagrody, jaka sztuka jest wsadzana na piedestał oraz jaka filozofia jest popularna. Wówczas okaże się - co może być przerażające - że mamy do czynienia z nowoczesnym Massolitem dyktującym, jakie mają być trendy. Wcale nie trzeba daleko szukać.

Dwa lata temu ogromnie popularna była książka Dana Browna Kod Leonarda da Vinci. Sam ją przeczytałem; całkiem nieźle napisany kryminał - chociaż jak dla mnie Zwodniczy punkt tego samego autora był znacznie lepszy. Sprzedał się w liczbie 11 milionów egzemplarzy na całym świecie. Dlaczego ta książka miała taką reklamę? Otóż powtórzono tam banialukę rodem z Ostatniego kuszenia Chrystusa Nikosa Kazantzakisa. Mianowicie jakoby Jezus Chrystus miał być kochankiem i mężem Marii Magdaleny. Książka swoją idee fixe uderzała w Kościół, więc nic dziwnego, że musiała mieć taką reklamę. Czego bowiem współczesny Massolit nie zrobi w celu walki z nim, z wiarą w latające potwory Spaghetii czy różowe jednorożce?

Z tego samego powodu rozreklamowano książkę God Delusion brytyjskiego zoologa Richarda Dawkinsa. Sama lektura oczywiście przeładowana jest chwytami erystycznymi sprowadzającymi się do stwierdzenia, jacy ci ludzie są głupi. Oczywiście musiała być tam umieszczona ukryta pochwała aborcji i eutanazji. Nowoczesny Massolit z miejsca - obok Marksa i Keynesa - uznał tą lekturę za obowiązkową. Także traktują ją jako poradnik do wychowania dzieci.

Ergo: żeby książka się sprzedała w wielkim nakładzie musi atakować Kościół. Inaczej nie ma szans.

Jakiś czas temu słyszałem, że ktoś tam napisał romans. O miłości żony nazisty do Żydówki podczas drugiej wojny światowej. Przez kilka sekund myślałem, że to jest żart. Potem jednak przeszła inna myśl: jakich to czasów się dożyło. Za przeproszeniem, już wyższy jest poziom różnych Narzeczonych księcia Maxima. Mamy tutaj do czynienia z homoseksualną propagandą. Swojego czasu kontrowersje wzbudził również film Anga Lee Tajemnica Brokeback Montain o gejowskiej miłości na Dzikim Zachodzie. Taka słaba melodramacina dostała jeszcze Oscara...

Wniosek następny. Massolit rozkoszuje się w atakach na tradycyjną obyczajowość i rodzinę. Będzie zatem premiował odpowiednie książki i filmy.

Następna rzecz. Nagrody literackie przyznawane są niejednokrotnie byłym komunistom (casus Elfriede Jelinek) czy feministkom (Doris Lessing). Celem jest przedstawienie ruchów lewicowych jako lepszych, światłych, związanych z postępem.

Co się z tym wiąże? Massolit musi premiować sztukę wybielającą lewicę. Dlatego film o Che Guevarze jeżdżącym motorem po USA dostaje tyle nagród. Innego powodu nie ma. Widziałem też taki film (tytułu sobie nie przypomnę) o rodzinie arystokratycznej w Chile. Zwycięstwo Frontu Ludowego w 1970 roku zostało ukazane normalnie jak przełom cywilizacyjny, że o to będziemy budować krainę wiecznego szczęścia, mlekiem i miodem płynącą. O dziwo, nie pokazano nacjonalizacji przemysłu i kolektywizacji rolnictwa. Pucz dokonany przez generała Pinocheta został ukazany jako koniec Państwa Bożego. No cóż, prawica z punktu widzenia Massolitu jest zła i niedobra. Tak samo kręci się filmy o aktorach-komunistach, jacy to dobrzy i światli ludzie byli. Przykładem jest Czarna lista Hollywood. Najokropniejszy jest ścigający komunistów senator McCarthy.

Massolit popiera też jedyną słuszną filozofię, a mianowice postmodernizm czy, jak kto woli, dekonstruktywizm. Zakłada ona pełny relatywizm. Jakbym się wyszedł i zaczął się pytać ludzi na ulicy o postulat Nernsta, to wszystkie odpowiedzi musiałbym uznać za tak samo prawdziwe - to jest całe clou postmodernizmu. Twierdzenie naukowe ma być równoznaczne z bredzeniem pijaka w malignie. Wniosek z tego jest następujący: Massolit popiera relatywizm, ponieważ dzięki temu można twierdzić dla przykładu, że homoseksualizm czy pedofilia są równoznaczne heteroseksualizmowi.

Kiedyś Józef Wissarionowicz Stalin mówił, że artysta ma być inżynierem dusz. Teraz to arcyciekawe przesłanie realizuje nowoczesny Massolit razem z popieranym przez nich stadem pisarzy, aktorów, reżyserów et consortes.

Na odgłowienie Berlioza nie mamy jednak co liczyć...