Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 września 2008

Życie poza Ziemią?

Od jakichś dwustu pięćdziesięciu lat trwa zmasowana krucjata pewnych środowisk przeciw kultom religijnym. Są to zazwyczaj wolnomyśliciele i lewicowcy. Stosują oni najróżniejsze chwyty erystyczne, aby udowodnić, że Boga nie ma. Ostatnimi czasy ukazał się wręcz zbiór tego typu zagrywek w postaci książki Richarda Dawkinsa Bóg urojony. Autor na różne sposoby zmagał się z ideą Boga, pogubił się jednak, a samą lekturę można uznać za konwulsyjne wicie się i projekcję nienawiści do wszelkich form kultu. Przecież na lewicującym francuskim kanale Planete był kiedyś program, w którym Dawkins zwiedzał miejsca ważne dla różnych religii, a mówiąc o nich, zachowywał się tak, jakby chciał je zniszczyć. Argumenty stosowane przez niego nie są wyrachowane. To takie lewackie odgrzebywanie przypadków przypominające uzasadnienie wykonywanie aborcji przez dziewięć miesięcy zaburzeniami rozwoju płodu zdarzającymi się raz na milion ciąż. Widać, że powinien wrócić do zajmowania się zoologią i ewolucjonizmem, a zrezygnować natomiast z filozofii. O tej bowiem nie ma zielonego pojęcia. Przy okazji wypada zaznaczyć, że z jego głównej dziedziny tzn. zoologii, nie jest żadnym liczącym się na świecie badaczem, tylko mocnym średniakiem. Zasłynął dzięki serii książek popularnonaukowych takich jak Samolubny gen, Fenotyp rozszerzony, Ślepy zegarmistrz czy Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa. To nie jest taka klasa, jak na przykład wybitny amerykański paleontolog, zmarły w 2002 roku, Stephen Jay Gould. Ów również opublikował wiele książek popularnonaukowych, dzięki którym zdobył rozgłos na całym świecie. W przeciwieństwie do Dawkinsa liczył się w swoim środowisku jako autor tysiąca publikacji i twórca teorii punktualizmu (razem z Nilesem Eldredgem). Również miał zdecydowanie normalniejsze podejście do religii wyrażone jako zasada NOMA (Non-Overlapping Magisterias). Tyle dygresji.

W każdym razie wiadomo, że część ateistów (nazwijmy ich antyteistami) próbuje zwalczać religię. Stosują przy tej okazji mniej lub bardziej wyszukane argumenty. Jednym z nich jest poszukiwania życia pozaziemskiego. Uważają, że jeżeli znajdą chociażby bakterię, która nie powstała na Ziemi, to już będzie wystarczający dowód, że żadnego Boga nie ma. W sumie nie jest to wyszukany argument, ale tą kwestię trzeba rozwinąć. Argumentacja w ten sposób może przemawiać do wielu ludzi niezbyt obeznanych zarówno z naukami przyrodniczymi jak i filozofią. Takich jednakże jest niestety zdecydowana większość. Tak więc w sumie niezbyt wyrachowany argument może mieć wielkie znaczenie, jeśli chodzi o samą demagogię. Istnieje zatem możliwość, że z równą łatwością zostanie on podchwycony przez jakąś grupę ludzi i uznany za prawdziwy.

Zanim przejdziemy do samej egzobiologii (nauki zajmującej się poszukiwaniem życia poza Ziemią), należy rozwiązać podproblem, który znajduje się niejako u podstaw. Odpowiedzieć musimy sobie na pytanie: czym jest życie i jaki układ uznamy wobec tego za żywy? A mianowicie, będzie to taki system, który pobiera materię i energię z otoczenia i który jest w stanie się reprodukować. Wiązać się to będzie z pewnymi istotnymi właściwościami takiego układu. Otóż będzie on musiał być w pewien sposób sterowany, gdzieś będzie musiała być zawarta cała informacja o budowie i fizjologii organizmu. W przypadku ziemskich form życia tą funkcję pełni DNA, chociaż niektóre wirusy wykorzystują RNA. Ta informacja musi być w pewien sposób odczytywana, a następnie tłumaczona. U ziemskich organizmów mamy szlak DNA-RNA-białko, co jest związane z procesami kolejno transkrypcji i translacji. Zależność ta została nazwana równolegle przez Francisa Cricka i George'a Gamowa "centralnym dogmatem biologii molekularnej". No i tak naprawdę, te cechy decydują, czy można uznać jakiś układ za żywy czy martwy. Obiektów o takich właściwościach należy zatem poszukiwać. Nie muszą być one wcale oparte na białkach i/lub kwasach nukleinowych. Mogą być one oparte zupełnie na innych biopolimerach wykazujących tego typu wartości. Nie należy wykluczać również innych możliwości. Życie mogłoby być również oparte nawet na plazmie wykazującej odpowiednie właściwości i wobec tego może występować nawet w gwiazdach czy we wnętrzu Ziemi pod naszymi stopami (sic!). Wydaje się nam nieprawdopodobne, ale zawsze istnieje prawdopodobieństwo...

Mamy zatem definicję obiektu żywego. Nie koniecznie musi być to forma istnienia białka. (Swojego czasu, zwłaszcza w kontekście odkrycia przez Thomasa Cecha rybozymów - konkretnie autokatalitycznego splicingu u pierwotniaka Tetrahynema pyriformis, dyskutowane były tezy o świecie RNA, który istniał przed pojawieniem się DNA i protein). Obiektów o wyżej wymienionych właściwościach należy zatem poszukiwać. Z jednej strony może to przypominać poszukiwania igły w stogu siana, a z drugiej mamy tutaj całkiem wiele możliwości.

Do tej pory, co udało nam się znaleźć? Okazało się, że w wyniku badań spektralnych znaleziono w przestrzeni kosmicznej kilkaset związków organicznych. Wszechświat to nie tylko fizyka. Prężnie ostatnimi czasy rozwija się kosmochemia, czyli dyscyplina zajmująca się badaniem przestrzeni kosmicznej pod względem składu chemicznego. Wracając do związków organicznych, niektóre z nich występują w żywych organizmach na Ziemi - jak zasady azotowe czy aminokwasy (choćby glicyna czy alanina wykryte w Obłoku Magellana). To może już być przesłanka do tego, że życie może powstać gdzie indziej we Wszechświecie.

Inna sprawa to istnienie ekstremofili. Rozwijają się one w warunkach, w których inne organizmy nie mogą przeżyć ze względu na wysoką temperaturę, zasolenie czy też promieniotwórczość, jak to się dzieje w przypadku Deinococcus radiodurans. Są to jednokomórkowce (bakterie i nieliczne pierwotniaki), większość jednak wywodzi się z taksonu archeobakterii. Wykazują one wiele interesujących właściwości, jak na przykład występowanie w błonach komórkowych wiązań eterowych, zamiast estrowych. Istnienie tego typu organizmów pokazuje, że możemy się spodziewać występowania żywych form życia tam, gdzie wcześniej nawet nie pomyślelibyśmy, iż cokolwiek jest w stanie przeżyć. Ekstremofile znajdowane są często głęboko pod ziemią, w złożach różnych kopalin. Dla niektórych, jak na przykład Thomasa Golda, jest to sygnał, iż powinniśmy zrewidować nasze poglądy na temat powstania i pochodzenia życia na Ziemi.

Przy okazji warto wspomnieć o siedliskach związanych z kominami hydrotermalnymi. Praktycznie nie dociera tam światło, a mimo to rozwija się tam wiele form życia. Dodam, że dzieje się to nie w przypadku bakterii czy pierwotniaków, ale wręcz zwierząt wielokomórkowych jak rurkoczułkowce (organizmy o niejasnej pozycji systematycznej, prawdopodobnie zbliżone pierścienic) oraz niektóre małże. Pozwala to twierdzić, że życie może wiele form, w tym złożonych (w porównaniu z bakterią przykładowy rurkoczułkowiec jak Riphtia pachyptila jest bardzo skomplikowany) nawet w skrajnie nie przyjaznych warunkach. Dlatego zwracają się oczy przynajmniej części egzobiologów na księżyc Europa, który otoczony jest przez skuty lodem ocean. Niektórzy uważają, iż tam na dnie może występować tego typu ekosystem.

Istnieje jeszcze inna możliwość. W wielu miejscach życie mogło zaniknąć, ale nie wykluczone, że występowało tam w przeszłości. Część badaczy zatem uważa, iż należy przeszukiwać wszystkie meteoryty pod względem występowania tam jakiś śladów materii organicznej czy mikroskamieniałości. Problem tutaj jest dwojaki. Często w wyniku metamorfizacji skał z materii organicznej zostają tak zwane PAH, czyli polipierścieniowe węglowodory aromatyczne. Mogą się one jednak dostać do badanego obiektu, ponieważ często są to różne przemysłowe zanieczyszczenia. Inna rzecz to mikroskamieniałości. Skąd my mamy wiedzieć, czy nie są to mineralne wykwity? Podać tutaj trzeba przykład z badań paleontologicznych warstw prekambryjskich. Taki Yunnanozoon został znaleziony dawno temu, a dopiero niedawno udało się stwierdzić, że to prymitywny strunowiec taki jak znana z pokładów z Burgess Pikaya. Po prostu to, co z niego zostało, uległo spłaszczeniu. Takie problemy są w przypadku badania dużych organizmów. Swojego czasu niemiecki paleontolog Adolf Seilacher zanegował przynależność zwierząt znalezionych w pokładzie Ediacara w Australii do tego taksonu, sugerując, iż były to kolonie jednokomórkowych glonów. Tu mamy do czynienia z dużymi formami życia i już są wielkie dyskusje. A w przypadku mikroskamieniałości, to jest jeszcze gorzej. Żeby odróżnić je od ewentualnych mineralnych wykwitów, należy wykonać badania geochemiczne skały macierzystej. A w jakim celu? Skład izotopowy może nam powiedzieć, czy tam w ogóle coś kiedyś żyło. Tak było na przykład w przypadku pokładów z arktycznej wyspy Issua mających 3,8 miliarda lat. To teraz wyobraźmy sobie w przypadku meteorytu. Kawałek skały zostaje odpryśnięty w wyniku uderzenia innego obiektu i ulega metamorfizacji. Mamy tutaj zatem podobne dylematy jak w przypadku badania skał prekambryjskich.

Te problemy egzobiologii, o których mówiłem do tej pory, wywołują w 90% przypadków jedynie spory czysto akademickie. Bardzo rzadko przenika coś do świadomości ogółu z nich. Głośna była sprawa meteorytu ALH84001, w którym nie znaleziono żadnych śladów życia, jak się później okazało. Pewna problematyka podnieca jednak większe grupy ludzi. Chodzi tutaj o istnienie cywilizacji pozaziemskich. Wywołują one znacznie większe emocje niźli poszukiwania jakiegokolwiek życia. Związane są one z "latającymi spodkami" czy też projektem SETI. W sumie to one wywołują największe emocje, bo związane również z religią, teologią czy filozofią.

Jaka jest podstawa poszukiwania tych ostatnich? Mamy tam tak zwane równanie Drake, od astronoma, który zaproponował w ogóle całą tą zabawę. Jego wynikiem jest ilość możliwych istniejących cywilizacji. Bierze pod uwagę takie zmienne jak szybkość powstawania gwiazd w galaktyce, odsetek gwiazd mających planety, ilość planet znajdujących się w ekosferze (w odpowiedniej odległości od gwiazdy), odsetek tych planet, na których wystąpić może życie, odsetek planet, na których rozwiną się inteligentne formy życia, odsetek cywilizacji chcących się komunikować z ludzkością i średni czas trwania takich cywilizacji. W zależności od doboru wartości współczynników można uzyskać liczby od wielu milionów do jedności. Na razie ilość cywilizacji technicznych w naszej galaktyce wynosi 1, czyli jesteśmy nią my.

W jaki sposób ma to podważać obecność Boga? Otóż, rzekomo miał on stworzyć jedynie ludzi, a tu nagle pojawiają się inne rasy. Tak więc powstała większa ilość istot inteligentnych. Tu jednak popełniany jest błąd. Średniowieczni teolodzy na przykład uważali, że Adamów i Ew mogło być więcej i że oni wobec tego funkcjonowali w innych światach zbliżonych do naszego. To jedna sprawa. Problem można postawić inaczej, czy tylko my jesteśmy w stanie dostrzegać, że ponad nami jest coś więcej? Jeżeli inne cywilizacje we Wszechświecie też uważają, że istnieje Bóg, to co to wtedy? Czy ateiści operujący argumentem innych zaawansowanych cywilizacji, być może ze skali Kardaszewa (dotyczącej wykorzystania energii) taki wariant w swoich rozważaniach przewidzieli?

Przy okazji można wykonać taki eksperyment myślowy. W triasie zaczął pękać superkontynent Pangei i praktycznie niewielki przesmyk łączył ze sobą powstałe z niej kontynenty Laurazji (ten na północy) i Gondwany (na południu). Na tym pierwszym żyły głównie tekodonty, a na tym drugim rozwijały się gady ssakokształtne. No i wyobraźmy sobie w tym momencie, że ten przesmyk zanika. Na północy zostają tekodonty - w zasadzie powinno się mówić prymitywne archozauromorfy, takiego taksonu już nie ma w nomenklaturze zoologicznej i paleontologicznej. Na południu natomiast rozwijają się gady ssakokształtne. Przypomnieć należy tutaj, jak to wyglądało w rzeczywistości. Cały świat został zdominowany przez archozaury, potem powstały dinozaury, które panowały na Ziemi do końca kredy, 65 milionów lat temu. Co się działo natomiast ze ssakami? Praktycznie w tym okresie rozwijały się ich niewielkie formy takie jak trójguzkowce, wieloguzkowce, później dopiero powstały torbacze, łożyskowce, w między czasie występowały jeszcze formy pośrednie między nimi jak Zalambdestes. Dopiero w trzeciorzędzie rozwinęły się większe formy, w tym cała megafauna. A teraz należy się zastanowić, co byłoby gdyby na północy rozwijały się dinozaury, a na południu ssaki. Być może doszłoby do ewolucji równoległej. Przyjmijmy taki wariant. Tak więc na kontynencie Gondwany mógł powstać człowiek, jaki znamy obecnie, a na północy mogłaby wyewoluować inna inteligentna forma życia - swojego czasu postulowano nawet możliwość powstania takiego dinozauroida. Byśmy mieli zatem na jednym globie dwie cywilizacje. No i co wtedy? Mamy tutaj taki sam paradoks, jak w przypadku, gdy cywilizacje rozproszone są po całej galaktyce lub w całym Wszechświecie. Czy to w jakiś sposób przeczy istnieniu Boga? Sami możemy sobie odpowiedzieć na pytanie, że nie.

Tak więc można powiedzieć ateistom chcącym w ten sposób udowodnić nieistnienie Boga, że argumentacja w postaci poszukiwania różnych form życia pozaziemskiego nie sprawdza się w tym przypadku. Co więcej, mogą oni wyjść jak Zabłocki na mydle na tych swoich twierdzeniach. Współczesny guru ateistów Richard Dawkins w swojej książce Ślepy zegarmistrz stwierdził, iż darwinizm jest regułą powszechną w kosmosie; jeżeli gdzieś powstały żywe organizmy, to właśnie w ten sposób? A jaką on ma pewność, że gdzieś we Wszechświecie ewolucja nie zachodzi na przykład w sposób lamarkowski? Wszystko zależy od chemicznych podstaw zaistniałego tam życia. Model ewolucji aprobowany przez wolnomyślicieli (moim zdaniem idiotycznie) do zwalczania religii nie musi być zatem wszędzie słuszny. Na to również w jednym ze swoich popularnonaukowych esejów zwrócił uwagę Stephen Jay Gould.

Pointa tego wszystkiego jest następująca. Nawet jak zostanie odkryte życie pozaziemskie w dowolnej formie, to nie jest żaden dowód na nieistnienie Boga. Przy okazji ateiści powinni sobie odpowiedzieć na pytanie: a jak to jest, że istnieje coś, a nie jedna wielka Nicość.

sobota, 26 lipca 2008

Ateizm religią niewolników

Azjaci są tradycyjnie kolektywistami. W tych społeczeństwach, zupełnie jak w komunizmie, jednostka nie znaczy nic. Tamtejsze systemy religijne świetnie odzwierciedlają sytuację pojedynczego człowieka. Islam jest nieodłącznie związany z kolektywizmem, tak samo jak buddyzm i hinduizm. Szczególnie ciekawe są te dwa ostatnie. Tam człowiek już za życia jest trupem, nie ma żadnego obowiązku doskonalenia się. Jest niczym innym tylko i wyłącznie górą mięsa. Dlatego stara się być całkowicie poddany władzy i w stosunku do niej jest bezkrytyczny. Trzeba mu mówić, co ma myśleć. Nic dziwnego, że w całej Azji praktycznie nie było postępu technicznego. Ktoś mi powie w tym momencie, że Chińczycy wynaleźli proch i rakietę. Ale czy to oni zbudowali armatę i czy to oni pierwsi wysłali człowieka w kosmos. Czy oni na przykład wymyślili wszystkie prawa fizyki, chemii, biologii? Nie. To zrobił biały człowiek. Ci ludzie nie byliby w stanie tego zrobić. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby nie cywilizacja chrześcijańskiego Zachodu, to zarówno Chińczycy, Hindusi, Arabowie żyliby na poziomie średniowiecza. Nic też dziwnego, że bez trudu w XIX w. Europejczycy większość z nich podbili, a również Chiny mogłyby zostać podzielone między kolonialne mocarstwa. Z obecnego punktu widzenia bardzo źle, że się tak nie stało.

Teraz należy się zastanowić, czemu ta nasza cywilizacja zawdzięcza takie sukcesy? Odpowiedź będzie bardzo niepoprawna politycznie. A mianowicie chrześcijaństwu i wywodzącej się z niego podmiotowości jednostki. To właśnie cywilizacja Zachodu stworzyła doktrynę ius naturalis. No i co dzięki temu mamy? Naukę, technikę i technologię, dzięki którym popychaliśmy cały glob na przód. Nie kto inny, tylko my.

Oczywiście znalazła się w XVIII w. grupa ludzi, która od tamtego momentu chce rządzić światem w postaci masonów, jacy następnie stworzyli lewicę. Obok tego stworzyli oni system religijny taki, aby z ludzi uczynić podobnych niewolników do członków azjatyckich społeczeństw. To, co oni wypichcili, to nic innego jak ateizm.

Zwracam tutaj uwagę na to, co nazywam religią. A mianowicie, jest to system filozoficzny mówiący o naturze bytów transcendentnych, więc również wypowiadający się na temat tego, czy istnieją. Zatem ateizm można traktować jako pewnego rodzaju zdegenerowaną religię.

Przedstawia się ten system religijny bez Boga jako gołąbka pokoju i jutrzenkę wolności. A w rzeczywistości to, co to jest? Nie będę już wspominać, że dziewiętnastowieczni liberałowie nienawidzili religii i nacjonalizowali majątki kościelne, a także gnębili wierzących. Tacy to wielbiciele wolności... A co robił na przykład Stalin w ZSRR, ile ludzi zarobiło kulę w potylicę za to, że uznawali jakąś formę transcendencji? Ateizm zawsze sobie rościł monopol na prawdę, będąc przy tym brutalną siłą nietolerującą żadnej konkurencji. A dlaczego teraz ukazuje się jako taki pokojowy? Chodzi o to, aby zrobić z ludzi niewolników niezdolnych do żadnej obrony przed zakusami władzy. Mówi się ludziom, że tradycyjne systemy religijne ich niewolą, odpowiadają za rasizm, militaryzm, imperializm. A przepraszam bardzo, ci pożyteczni idioci chodzący na łańcuszku planistów nowego socjalistycznego świata nie znają historii. A czy wiedzą, kim był ateista i wojujący bezbożnik znany jako Józef Wissarionowicz Stalin? Otóż był on właśnie rasistą, militarystą i imperialistą, i to takim, że mało tego typu indywiduów widział do tej pory świat. Jeszcze inny ateista, który doprowadził do dobrej społecznej percepcji homoseksualizmu, Alfred Kinsey - taki sam rasista.

Poza tym ateizm mówi człowiekowi, że jest niczym innym tylko kupą mięsa. A do czego takie rozumowanie prowadzi? Oczywiście pojawia się tutaj wartościowanie życia ludzkiego. Płód, osoba starsza czy niepełnosprawna nie jest takim samym człowiekiem, jak wszyscy pełnosprawni i już narodzeni. Można je zatem mordować do woli. Ateizm zezwala zatem na aborcję, eutanazję i eugenikę. Kropkę nad i stawia tutaj australijski filozof Peter Singer. Dekretuje zatem inżynierię społeczną i urabianie ludzi na niewolników lewackiej władzy. Jest przy tym niejako ideologią dorobioną do ich nieczystych zamiarów lepienia nowego społeczeństwa.

Śmieszne jest również określanie się ateistów mianem wolnomyślicieli. Przecież to określenie sugeruje wolność myśli, a oni powtarzają te same slogany po takich lewicowych ideologach jak Dennet, Dawkins czy Singer. No i co to jest za wolność rozumowania. W takim razie papugę można nauczyć kilku fraz z tych książek, no i będzie ona wolnomyślicielem. Słowo wolnomyśliciel powinno zmienić znaczenie, bo winno oznaczać ludzi sprzeciwiających się mainstreamowi. Tak więc na tej podstawie mogę twierdzić, że prędzej tacy jak ja są wolnomyślicielami, a nie stado konformistów idących jak barany na rzeź. Szkoda, że nie wiedzą, że przyszli władcy nowego socjalistycznego świata ich pierwszych wyrzucą na śmietnik.

Powinniśmy również zauważyć, że od kiedy laickie lewactwo, a w tym ateizm, uzyskały znaczne wpływy w społeczeństwie, to postęp naukowo-techniczny spowalnia. Po prostu cywilizacja Zachodu staje się kolektywno-niewolnicza zbliżona do azjatyckiej. Ateizm jako państwowa ideologia zupełnie nie przejmuje się prawami naturalnymi. Obstawia za pozytywizmem prawnym - w efekcie zgadza się na depopulację i rozkład społeczeństw.

Jaki może być z tego wniosek. Ateizm jest religią niewolników zakrywającą pod płaszczykiem szczytnych ideałów plan budowy nowego totalitaryzmu. Ci ludzie pozwolą, żeby analizować każdy ich ruch, a w razie czego żeby ich mordować i sterylizować. Jakobini w XVIII w. się nie mylili, aby zapanować w pełni na społeczeństwem, trzeba zniszczyć religię. A najłatwiej się to robi, reklamując jej ersatz.

piątek, 20 czerwca 2008

Mit katoagresji

Kilka dni temu Quasi, znany na Salonie24 lewicowy bloger, napisał tekst o katoagresji, co prawda w dwóch aktach, ale można go traktować jako jedną całość. Zakłada on, że całość agresji człowieka wywodzi się z religii. Ateizm z kolei jest gołąbkiem pokoju. Normalnie aż mi się przypomina tutaj kawałek z Imagine Johna Lennona: (...) and no religion, too. Przy okazji zamieścił masę soczystych cytatów. Podziwiam go za jedno, że mu się to wszystko chciało archiwizować, szukać, katalogować... ale chyba wtedy ludzie z zespołem Aspergera osiągają szczytowanie. A na takowy cierpi Quasi.

Przy okazji ujawnia się tutaj myślenie w kategoriach teorii spisku. Nasz Quasi już raz taką wpadkę zaliczył twierdzeniem, jakoby kupcem Salonu miał być UPR, ze względu na dużą ilość - jak to określa - sKorwinsynów. No cóż, optyka warta pozazdroszczenia zwłaszcza, kiedy na s24 w siłę rośnie lewica, a wpływy prawicy stopniowo maleją po zeszłorocznych październikowych wyborach. Lewa strona barykady zarzuca prawicowcom myślenie w kategoriach zakulisowego spisku. Fakt, istniały takie towarzystwa jak John Birch Society, które wiązały wprowadzenie podatku dochodowego w USA w 1909 roku z realizacją Manifestu komunistycznego. Jednakże, jeśli przyjrzmy się temu wszystkiemu bliżej, to w istocie cała lewicowość opiera się na pewnej teorii spisku i bez tego nie może ona istnieć. Podstawowym celem lewicy jest szczucie jednych ludzi na drugich, tak więc bez pewnego teoriospiskowego myślenia tego się czynić nie da. I tak było od zarania. Lewica musi mieć swoistego wyimaginowanego przeciwnika, bo bez niego traci podstawy jakiegokolwiek istnienia. Tak więc dla socjalisty będzie nim bogacz, dla nazisty - nie-Aryjczyk, a dla takiego Quasiego są nimi katofundamentaliści o agresywnych skłonnościach. To jego wróg numer 1, któremu zaczął poświęcać czas. Dokonał zatem jego swoistej mitologizacji, jakoby religia katolicka odpowiadała za całe zło na tym padole. Ateizm z kolei - jak już wyżej zaznaczyłem - ma być gołąbkiem pokoju. No i czy nim jest?

Okazuje się, że ateizm - w porównaniu z innymi systemami filozoficznymi dotyczącymi bytów transcendentalnych - jest wręcz bandycki, jeżeli się przyjrzy, co wyrabiali jego wyznawcy (takiego określenia możemy użyć). W wyniku rewolucji francuskiej życie straciło jakieś 14% ówczesnej ludności Francji. Do historii przeszło wymordowanie całej prowincji Wandea. Później ci klasyczni liberałowie, rzekomo tak kochający wolność, wszędzie, gdzie udało im się dorwać do władzy, to burzyli kościoły albo nacjonalizowali majątki kościelne. Działo się to w XIX w. Przykładem są chociażby Włochy po zjednoczeniu za Cavoura. Jednak zarówno okropności rewolucji jak i przykłady tego rabunku (nacjonalizacja jest tylko ładniejszym określeniem kradzieży) to nie był nawet przedsmak rzezi, do jakiej doprowadzili ateiści w dwudziestym wieku. W 1917 roku wybuchła rewolucja październikowa. W jej wyniku życie straciło 15 milionów ludzi. Po 1923 roku w ZSRR do władzy dorwał się Stalin. Ten dyktator odpowiada za śmierć ponad 100 milionów istnień ludzkich. W Chinach po drugiej wojnie światowej Mao rozprawił się z nacjonalistami Czang Kaj Szeka, wypierając ich na Tajwan. Później rozpoczął się tam epizod totalitarny, który do tego momentu mógł pochłonąć nawet 300 milionów. Te liczby - owszem - przerażają. Żaden religijny fundamentalizm nie pochłonął tyle ofiar. W Faktach i mitach mogą sobie pisać różne rzeczy. A zatem, czym jest katoagresja w świetle zbrodni, jakich dopuścili się ateiści. Jest najzwyklejszym na świecie mitem!

Quasi zaliczył jeszcze do przypadków katoagresji moje popieranie działań generałów Franco i Pinocheta. A za przeproszeniem, jak ktoś mi włazi do domu z pistoletem, to rzucam mu się na szyję? To tak samo było tutaj. Czy można pozwolić, aby ktoś ograbił dom, a przy okazji zabił kilku jego mieszkańców? Oczywiście, że nie. Na tej samej zasadzie nie powinno się dopuscić, aby pewni ludzie za długo byli przy korycie. Działania Franco czy Pinocheta były zatem obroną konieczną przed Siłami Ciemności, które z pewnością zniszczyłyby ich państwa, gdyby nie ich interwencja. Quasi może sobie mówić różne rzeczy, ale jeżeli kiedyś pojedzie na Majorkę, to powinien wiedzieć, komu to zawdzięcza. Również winien wiedzieć, dlaczego nie żyje w ZSRR od Gibraltaru aż po Tokio, bo tak to by się skończyło, gdyby nie caudillo Franco. I czy to, co zrobił przyszły generalissimus jest jakąś wyimaginowaną katoagresją? To typowa obrona konieczna. Tak samo było w Chile. Allende już zdołał sporo ukraść i zamordować 75 tysięcy ludzi za to, że nie chcieli zostać skolektywizowani i znacjonalizowani. Działania Pinocheta również mieszczą się w zakresie obrony koniecznej przed ewidentnym złodziejem i mordercą. Przy okazji autor tego tekstu zapętlił się. Popełnił identyczny błąd logiczny, który zarzucił swoim interlokutorom, a mianowicie obwinianie ofiary. To tak jakby zarzucić agresję człowiekowi, który odpędził wściekłego owczarka kaukaskiego gazem pieprzowym i nie dał mu się pogryźć. Doprawdy, cała ta pokrętna logika wielce szanownego pana ateisty sprowadza się do powiedzenia przyganiał kocioł garnkowi, a sam smolił.

Quasi operuje pewnym chwytem erystycznym, żeby nie zostać zaliczony do jednej grupy światopoglądowej razem ze Stalinem, Hitlerem, Mao czy Pol Potem. Powołuje się przy tym na testy polityczne Political Compass czy Moral Politics, gdzie scena polityczna jest dzielona na cztery obozy. Ale co to ma do rzeczy? Quasi tylko wykazuje się swoją ignorancją, ponieważ nawet nie zna historii swojej załganej formacji. Czyżby nie słyszał o marksizmie kulturowym niejakiego Gramsciego? Zresztą, gdyby lewacy mieli świadomość ogromu popełnionych zbrodni, to zwariowaliby zapewne jak Lady Makbet. Wolą się przed tym bronić i dlatego wciskają sobie kity, oszukując sami siebie, że są oni czymś innym niż byli tamci. W rzeczywistości oni nic się od siebie nie różnią.

Wypada jednocześnie omówić kwestię ateizmu jako takiego pokojowego systemu dotyczącego bytów transcendentalnego. Czy system dążący do zniewolenia człowieka nie posłużyłby się czymś takim, aby ludzie łatwiej się poddawali? Ależ oczywiście, a to jest marzenie lewicy. Ateizm w takim wydaniu jest tutaj narzędziem, aby wydajniej sterować stadem pożytecznych idiotów i łatwiej podporządkowywać lewicy społeczeństwo w celu budowy państwa totalitarnego. Ale ci, którzy teraz tak namiętnie piszą o katoagresji, w pewnym momencie obudzą się z ręką w nocniku. Przy okazji ta agresja wywołana przez katolicyzm okazuje się najzwyklejszym mitem.