Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2009

"Coś" i lewicowość

Stacja naukowa na Antarktydzie. Pewnego dnia zjawia się helikopter. Strzelec oddaje od czasu do czasu serie do psa, który ucieka. Helikopter następnie ląduje, a strzelec zostaje zastrzelony przez badaczy z amerykańskiej stacji. Pies się dziwnie zachowuje. Okazuje się również, że helikopter nadleciał z norweskiej stacji badawczej. Tam badacze nie znajdują żywej duszy. Natrafiają jedynie na szczątki obcego w bryle lodu w wannie. Nie przypominał żadnego znanego im ziemskiego organizmu. Więcej, po dalszych poszukiwaniach wychodzi na jaw, iż Norwegowie znaleźli obcego w warstwie lodu mającej 90 tysięcy lat. Po jakimś czasie znaleziony wcześniej pies zabija wszystkie w zagrodzie w której został zamknięty, wypuszczając wypustki. Obcy zaczyna następnie wchłaniać wszystkich członków załogi po kolei. Okazuje się, że to istota bardzo ekspansywna, której nawet pojedyncze komórki wykazują daleko posuniętą autonomię...

Tak zaczyna się słynny film Coś (w oryginale The Thing) Johna Carpentera. Bardzo przyzwoity horror science-fiction. Można podejść do niego całkowicie bezrefleksyjnie, potraktować jako dobrą rozrywkę. Niekoniecznie jednak. Refleksje mogą być różnego typu: czy istnieją żywe istoty w innych światach? Nie wykluczone jest pójście w inną stronę. Czy nie istnieją obecnie byty tak ekspansywne jak kosmita z Coś i jak one wpływają na nasze życie?

Odpowiedź tutaj dosyć szybko rzuca się w oczy. Takim ekspansywnym bytem zbliżonym mocno do obcego z obrazu Carpentera jest lewica. Dlaczego? Wykazuje ona ogromną zdolność mutacji. Od 1789 roku, kiedy się pojawiła, aż ciężko zliczyć, ile tego wszystkiego było. Liberalizm demokratyczny, socliberalizm, socjalizm, anarchizm, komunizm, faszyzm, nazizm, w końcu obecna socjaldemokracja. Wydają się one wszystkie być krańcowo odmienne. Wyjaśnijmy sobie to zatem.

Czasem lewica przejmowała pewne elementy narodowe. Tak zrodził się na przykład faszyzm będący w rzeczywistości odmianą ludowego populizmu. Dlaczego do tego doszło? Ponieważ ideologia lewicowa nijak przystawała do rzeczywistości, musiała się zatem do niej w jakiś sposób dopasować. Tak też było z komunizmem. Zakaz pornografii czy godzina policyjna dla nieletnich kojarzą się często właśnie z tym systemem; dziwne, że mało kto wiąże z tym dozwolonej aborcji, rozwodów, państwowego ateizmu oraz takowej własności wszystkich przedsiębiorstw. Skąd się one wzięły? Były to elementy wtórne. Pierwotnie bowiem w ZSRR wolno było wszystko za wyjątkiem krytyki władzy. Obyczajowością mało kto się tam przejmował. Część komunistów uważała nawet, iż bardzo dobrze się dzieje, że zwalczana jest ta "burżuazyjna kultura" i wszystko, co się z nią wiąże. Dopiero po 1927 pojawiły się wszystkie restrykcje natury obyczajowej. Komuniści wykazywali również pewien koniunkturalizm. W czasie wojny ojczyźnianej uaktywniona została cerkiew - trzeba było bowiem bojowego ducha narodu budzić wszystkimi możliwymi środkami. Jedyny prezydent PRL Bolesław Bierut chodził na procesje w Boże Ciało. O co w tym wszystkim chodziło? To był zwykły koniunkturalizm władzy. Dlaczego na przykład Mussolini, ateista, który pisał paszkwile na temat Kościoła i Hierarchii, później uczynił katolicyzm religią państwową Włoch? Dlaczego on,socjalista, redaktor naczelny Avanti!, przejął część postulatów narodowych i konserwatywnych? Więcej, tutaj można mówić o pewnym zdrowym rozsądku starszej generacji lewicy, która potrafiła pewne szkodliwe elementy z programu wyeliminować. Obecni socjaliści czy socjalliberałowe są pozbawieni piątej klepki i do takiego aktu nie są w ogóle zdolni.

Lewica również z reguły jak coś zepsuje, to postępuje na dwa sposoby. Pierwszy to mówienie, że tezy są dobre, tylko że niedobrzy ludzie wcielali je w życie. Taką argumentację do tej pory można usłyszeć na temat komunizmu. Marks i Engels niby chcieli dobrze, tylko źli Lenin i Stalin wszystko wypaczyli. Drugi to odżegnywanie się od tego, co wyprawiała poprzednia generacja. Tak dosyć szybko rozwiązano kwestię nazizmu i faszyzmu. Wskazanie dychotomii faszyzm/nazizm-komunizm to był jeden krok; w końcu Lenin uważał, że faszyści reprezentują najwyższą formę reakcji. Tak więc skoro komuniści są lewicowi, to faszyzm na zasadzie przeciwieństwa to ruch prawicowy. Znaczne znaczenie miała również ucieczka wielu nazistów do SPD, a także udział w tworzeniu partii zielonych; w NRD przeszli nawet na stronę... komunistów. To oni stworzyli mit ultraprawicowego ruchu nazistowskiego. W rzeczywistości nazizm jest nurtem radykalnej lewicy, który obecnie przez lewicę jest odrzucany jak zgniłe jajko. Oni twierdzą, że są teraz inni i takich ideałów nie wyznają, ergo nazizm musi być prawicowy. Lewica współczesna powoli zaczyna przerzucać komunizm na stronę prawicy, czasem nazywając ten ustrój czerwonym konserwatyzmem (sic!). Wynikać to wszystko ma z tego, że współczesna oświecona lewica ma inny stosunek do wielu kwestii niż starsza generacja, zatem tamci to musieli być jakąś zakamuflowaną prawicą... Nieprawda. To tylko przykład znacznego polimorfizmu lewicy, który może mylić niezorientowanych w politycznych nurtach oraz ich ewolucji.

Lewicowcy często jak coś popsują, zaczynają realizować postulaty swoich przeciwników. Przykładem był NEP. Nacjonalizacja wszystkiego, co tylko dało się temu poddać, zakończyła się masowym głodem i kanibalizmem. Wobec tego Lenin przywrócił pewne elementy gospodarki wolnorynkowej. Za taki NEP można uznać "konserwowanie się" komunizmu opisany wyżej. Ciekaw jestem również, czy obecni lewicowcy mają resztki piątej klepki oraz czy albo kiedy oni pójdą po rozum po głowy? Pewne zjawiska jak aborcja, eutanazja, panoszenie się wszędzie seksualnych dewiantów są bardzo mocno szkodliwe w skali społecznej...

Jedno jest pewne. Potwór z filmu Coś w końcu pokazywał swoją drapieżną i niszczycielską naturę. Tak samo będzie z lewicą. Jej projekty budowania Królestwa Bożego na ziemskim padole zawsze muszą skończyć się totalnym kataklizmem.

sobota, 16 maja 2009

Wstyd własnych korzeni

Zakłamanie środowisk lewicowych przestało mnie już dziwić. Przypadłość ta - o nazwie lewokskrętność - musi się wiązać z jakimś rozdwojeniem jaźni. Osobiście znam kilka osób wykształconych na naukach przyrodniczych, które uważają homoseksualizm za rzecz normalną, odrzucających przy tym tradycyjny model rodziny. Oczywiście zawsze zadaję pytanie, jak można nie dostrzegać pewnych oczywistości. W końcu te wszystkie konserwatywne reguły gry z czegoś muszą wynikać, a mianowicie ze zmagania się człowieka z jednej strony z warunkami środowiska, a z drugiej organizacją coraz to większych społeczności. Tak samo pewien blogger, który powinien być nam wszystkim powszechnie znany jako tropiciel katoagresji i katofundamentalizmu, głosi postulat przymusowej aborcji i takiej samej eutanazji dzieci z zespołem Downa. Brzmi to jak sławetna akcja T4; mamy tutaj do czynienia z kuferkiem nazizmu. Natomiast ów blogger uważa niemiecki narodowy socjalizm za wytwór prawicy. Jak tu nie mówić, że nasi ideologiczni oponenci nie cierpią na rozdwojenie jaźni. Na lewicy istnieje jeszcze jeden ciekawy fenomen. Ma ona mianowicie mentalność nieślubnego dziecka lub owocu mezaliansu. Uparcie twierdzi, iż wypadła sroce spod ogona. Na wszelkie sposoby odcina się od przeszłości...

Najzwyczajniej w świecie lewicowcy wstydzą się pochodzenia swojej ideologii. A przecież żaden system aksjologiczny nie wziął się z powietrza...

Lewica wstydzi się nazizmu. Bardzo skutecznie zadbała, aby był on postrzegany jako twór skrajnie prawicowy. Moim zdaniem lewactwo nie ma tutaj czego się wstydzić. Przecież naziści zalegalizowali aborcję, uważali eutanazję za dopuszczalną, toczyli kampanie antynikotynowe, wprowadzili gospodarkę centralnie sterowaną oraz rozbudowali system opieki społecznej. Wypisz wymaluj współczesny europeizm. Dodam, że jeszcze Adolf H. bardzo chętnie mówił o zjednoczonej Europie i jednej europejskiej walucie. Lewactwo zatem tylko dlatego podrzuca nam to zgniłe jajko, ponieważ nazizm był wymierzony w ich zdaniem nietykalny Herrenvolk, który ma być nawet bardziej inteligentny niż cała reszta gojowskich Untermenschen. A to grzech nie dopuszczalny. Morderca czy gwałciciel jest zbrodniarzem mniejszego kalibru niż osobnik mówiący o "rasie panów" złe rzeczy. Bardzo wstydzili się również swoich korzeni ci naziści, którzy po drugiej wojnie światowej wstąpili do SPD i zaczęli tworzyć partie Zielonych. Również komuniści w NRD byli niejednokrotnie zdumieni, widząc byłych nazistów w aparacie swojego państwa. Jakoś narodowi socjaliści nie mieli żadnego tropizmu do prawicy. W pewnym momencie Hitler wstydził się, iż pomógł generałowi Franco, gdyż widział w otoczeniu caudillo tylko i wyłącznie arystokrację i kler.

Odpychany zaczyna być również od lewicy komunizm. Najwyraźniej wybielanie tego systemu mającego kilkaset milionów ofiar na całym świecie przestaje się udawać. Niejaki Maruti nazwał nawet komunizm czerwonym konserwatyzmem! Lewica obecnie uważa się za wielkich obrońców demokracji. Fakt istnienia systemu monopartyjnego w państwach komunistycznych to ich zdaniem świadectwo prawicowości tego systemu. Tak samo rozumują w przypadku jego surowości obyczajowej. Zapominają, że to są elementy wtórne, które to wynikają z nieprzystawalności systemu do rzeczywistości. Pierwotnie w ZSRR na przykład wolno było absolutnie wszystko z wyjątkiem złego wypowiadania się o władzy. Potem bolszewicy wszelkiego libertynizmu poza aborcją i rozwodami zakazali. Lewicowcy zatem albo nie znają należycie historii swojej własnej formacji, albo po prostu omijają w dyskusjach niewygodne dla nich fakty. Pojawia sie też tutaj pewien paradoks. Za każdym razem, jak lewica doprowadzi do kataklizmu, po pewnym czasie okazuje się to winą prawicy...

Czasami lewacy negują wręcz podział sceny politycznej na prawicę i lewicę. Wprowadzają różnorakie dwuosiowe podziały polityczne celem odseparowania od nich komunizmu. Ten zaliczany jest tam do left-wing authoritarianism, oni siebie widzą w obozie wolnościowych socjalistów. Wówczas przyrównują konserwatystów do komunistów (sic!), że obydwie grupy są autorytarne. Zapominają, że pewne cechy komunizmu nie wzięły się znikąd. Na papierze to był wręcz anarchizm - po zapanowaniu dyktatury proletariatu państwo nie miało być do niczego potrzebne, a wszyscy bardzo dobrze wiemy, jak to wyglądało w praktyce. Z punktu widzenia ideowych założeń komunizm i współczesny socjalizm to byty z jednej bajki. Jeżeli się weźmie praktykę pod uwagę - na przykład montowanie Euro-ZSRR - to rzecz identyczna. Lewactwo wypiera się niczym żaba błota.

Skąd się wziął ichniejszy antyklerykalizm? Oni mówią, że są wykształceni, oświeceni, obnoszą się naukowymi tytułami jak podpułkownikowskimi rangami, zatem jako takim iluminowanym w transcendencję nie wypada wierzyć, a nawet nie można, bo to rzekomo sprzeczne z naukowym widzeniem świata. Kościół zatem to ciemnogród, który należy tępić, to opium dla ludu et cetera. Przyczyna jest jednakże inna, ponieważ - jak zwykle - lewica nie zna dobrze nawet swojej historii. Antyklerykalizm wywodzi się z dziewiętnastowiecznego liberalizmu. Taki na przykład Cavour zasłynął nacjonalizacją majątków kościelnych. Podobne ekscesy zdarzały się wszędzie tam, gdzie do władzy dorwali się liberałowie. Z tego też wziął się antyklerykalizm komunistów, a przy okazji - współczesnej lewicy.

Wiadomo, że lewica to formacja skompromitowana i załgana. Jednakże ichniejszy stopień załgania powoli zaczyna przekraczać wszelkie wyobrażenia...

środa, 16 lipca 2008

Hipokryzja i kult zdrajców

Wszyscy wiemy, co się stało w zeszłą niedzielę. Zabił się jeden z animatorów posttrockistowskiej Unii Demo-Wolności, Berele Lewartow, znany znacznie szerzej pod artystycznym pseudonimem Bronisław Geremek. Dodam, że jego partia podobnie jak pokrewny Kongres Liberalno-Demokratyczny, miała zapędy socjoinżynieryjne, tylko przedstawiała się jako neoliberalna ekonomicznie. No i oczywiście wszystkie marks-media podniosły larum, jakaż to wielka postać zginęła. Mówiono, że to patriota, a przy tym mnie się na śmiech zbierało. Ciekawe jest to rozumienie pojęcia patriotyzmu, jeżeli sprowadza się na robienie za podnóżek reszcie świata. Tak samo, jaki to wielki intelektualista... Jakoś przemilczane zupełnie zostało, iż mając nie całe 18 lat, zapisał się w 1950 roku do PZPR. Chwalił wówczas Józefa Wissarionowicza. W tamtym okresie mógł również wyjeżdżać na Zachód, w jego przypadku głównie do Francji; dodam, że normalny obywatel nie bedący członkiem kompartii nie mógł nosa wystawić poza teren Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Geremek - podobnie jak reszta trockistów współtworzących później ROAD i Unię Demo-Wolności - wyleciał z partii w 1968 roku. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych za rządów koalicji AWS-UW był ministrem spraw zagranicznych prowadzącym politykę godną jedynie Widkuna Quislinga. I to jest ten rzekomy patriotyzm... Śmiech... Dodam, że dzień po śmierci posttrockisty przemalowanego na demoliberała, logo Gazety Wybiórczej było czarne. Ależ to musiał być dla nich wszystkich cios! Z padołu łez zszedł jeden z samozwańczych autorytetów, jacy mieli nas uczyć, jak mamy być tolerancyjni, demokratyczni i europejscy. Na tym pojedynczym przykładzie widać pewną rzecz: jakie to odwrócenie postrzegania nastąpiło w obecnych czasach. To jest najnormalniejsza w świecie hipokryzja; nie wiem, ile to może mieć wspólnego z socjaldemokratyczno-demoliberalnym uwiądem jajec. Schorzenie to odbija się na wszystkich obszarach ludzkiej działalności, na nauce, sztuce et consortes. Tu mamy jego dziwny przejaw. A jest to kult zdrajców!!! Tacy ludzie są świeckimi świętymi.

Powiedzmy sobie szczerze: w dawnych czasach, jeszcze przed drugą wojną światową, nikt by na człowieka o mentalności Drogiego Bronisława nawet nie napluł. Tak mocno pogardzano by nim. A jeszcze wcześniej, w czasach I Rzeczypospolitej zostałby stracony, a następnie spalony. Potem nabito by jego prochami armatę i wystrzelono by, najpewniej w kierunku południowym. W końcu - jak mawiał Konstanty Gebert alias Dawid Warszawski - syjonizm zawsze prowadzi w takim kierunku. A obecnie mamy ten - nie wiem, chyba to wynika, że żyjemy w pedalskich, lewackich czasach - kult zdrajców. Najprawdopodobniej Jan Paweł II przewrócił się w swoim grobie w krypcie watykańskiej, gdy został zestawiony ze zwykłym quislingowcem i międzynarodowym socjalistą, dla którego ojczyzną był cały świat, jeżeli nie kosmos.

Kult zdrajców dotyczy jeszcze innych spraw. W lewicowych środowiskach bohaterem jest generał Wojciech Jaruzelski. Rzekomo uratował Polskę przed zalewem sowieckich wojsk. Co rok w rocznicę stanu wojennego wychodzą pod jego domem komunistyczne i socjaldemokratyczne bojówki, krzyczące sierpem i młotem zarżnę czarną hołotę!. A powiedzmy sobie szczerze: towarzysze na Kremlu byli bardzo zadowoleni, że nie musieli realizować u nas wariantu węgierskiego z 1956 roku czy czechosłowackiego z 1968 roku. Skakali wręcz z radości, iż armia dokonała puczu. Poza tym ten rzekomy bohater to rzekomy zdrajca. Zwalczał poakowską partyzantkę, był nawet agentem Informacji Wojskowej. Wysługiwał się komunie przez całą swoją karierę. No i co powinno się stać z tym rzekomym bohaterem? Teraz sobie siedzi na świeczniku, praktycznie nietykalny i się śmieje w oczu wielu konserwatystom czy narodowcom. Ten zdrajca jest obiektem czci. Nawet na prawicy zdarzają się wyskoki mówiące o tym, że Jaruzel dobrze zrobił. Swojego czasu Korwin-Mikke napisał, że jedyną wadą stanu wojennego było to, iż nie został zaprowadzony leseferyzm ekonomiczny taki jak w Chile za Pinocheta. Czy to nie jest uleganie lewackiemu postrzeganiu świata? Należy się też zastanowić, czy takie opinie nie dyskwalifikują danego człowieka jako prawicowca i automatycznie nie przerzucają go do grona sług Ciemności...

Przykłady zdrajców wyniesionych do rangi świeckich świętych można by mnożyć. Mamy teraz Geremka. Po cichu ta wrzawa milknie, ale pewnie jeszcze będzie mówiono, jaki to wielki Polak (w jakim rozumieniu, to jak się na lotnisku w Warszawie małżeństwu z Suazi dziecko urodzi, to też jest Polakiem?) z niego był i ile dobrego zrobił dla sprawy polskiej oraz dla integracji europejskiego. Marks-media jeszcze nie będą mogły tego wszystkiego przeżyć, że straciły czołową ikonę. To płacz taki sam, jak co poniektórych po śmierci Stalina.

Ciekaw jestem, jaka będzie wrzawa po śmierci Jaruzela. Mógłbym powtórzyć to, co napisałem o metodzie postępowania ze zwłokami zdrajców praktykowanej ongiś w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Ale po co... Już sobie wyobrażam Kwaśniewskiego-Stolzmanna, jak mu ciekną łzy, jego żoneczkę (córkę pułkownika bezpieki o nazwisku Konty-Kohn) oraz całe to postkomunistyczne bagno. Na tym świecie to oni sprawiedliwości nie doczekają...

...ale kto wie. Może wszystkich w końcu pochłoną piekielne czeluści...

czwartek, 3 lipca 2008

Stracone możliwości

Kiedyś zastanawiałem się nad tym, co powinniśmy byli zrobić przed drugą wojną światową, aby nie doprowadzić do zbrojnego starcia. Doszedłem wówczas do wniosku, że powinniśmy dogadać się z Niemcami i wstąpić do paktu antykominternowskiego. Wówczas w razie wojny ze Związkiem Radzieckim Trzecia Rzesza opanowałaby państwa bałtyckie, a Polska zajęłaby obszary Białorusi i Ukrainy uzyskując przy tym dostęp do Morza Czarnego. Kto wie, czy wówczas wschodnia granica nie rozciągałaby się jeszcze dalej na wschodzie niż w XVII w. i czy nie byłaby zbliżona raczej do wschodniej rubieży Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sam pomysł takiego sojuszu byłby niezły, ponieważ ZSRR zostałby prawdopodobnie pokonany, a Trzecia Rzesza wykrwawiłaby się na zachodzie w walce z demoliberalizmem; pewnie Stany Zjednoczone zostałaby jakoś do tej wojny wkręcona, w końcu koncepcje izolacjonistyczne w latach dwudziestych praktycznie tam upadły. Ostatnimi czasy przemyślałem sobie całą sprawę na nowo, no i doszedłem do wniosku, że istniała jeszcze lepsza możliwość niż wchodzenie w pakt z diabłem, czyli z Trzecią Rzeszą. A mianowicie, o co mi tutaj chodzi.

Przecież spokojnie moglibyśmy dogadać się z Japonią pod koniec lat dwudziestych. Nie należało kombinować z Międzymorzem, ta koncepcja ministra Becka skazana była na porażkę. Poszczególne państwa wytworzone z upadku imperiów - kaiserowskich Niemiec, carskiej Rosji i Austro-Węgier, były ze sobą skłócone i skonfliktowane. Weźmy pod uwagę chociażby nasz kraj. Mieliśmy konflikt z Litwą od czasów buntu Żeligowskiego o ziemie Wileńszczyzny. Również z Czechosłowacją stosunki były napięte ze względu na Zaolzie i nie tylko. Punktem spornym była również Spisz. Biorąc pod uwagę inne państwa, to na przykład Węgry straciły Siedmiogród, wyrażały pretensje w stosunku do części Słowacji i Austrii. Tego typu sytuacje można mnożyć. Międzymorze będące przeciwwagą zarówno dla imperializmu niemieckiego jak sowieckiego było utopią. Mogliśmy zatem podpisać pakt z Krajem Kwitnącej Wiśni o współpracy militarnej. Co by z tego wynikało?

Pierwsza rzecz, to należy spojrzeć, z jakim państwem my wtedy mieliśmy około 1500 kilometrów wschodniej granicy. Był to Związek Radziecki, który nie ukrywał, że miał chrapkę na nasze ziemie, a nawet na rządzenie całym światem. Japonia również graniczyła z nim, mając na Sachalinie granicę lądową oraz między Kurylami i Kamczatką granicę morską. Poza tym Kraj Kwitnącej Wiśni chciał się stać dominującym imperium w regionie i dążył do podbicia ziem, na których znajdowało się mnóstwo zasobów. A przecież wiemy ile na rosyjskim Dalekim Wschodzie wydobywa się surowców. A teraz dokonajmy takiej symulacji. Co by się stało, gdyby nas zaatakował Związek Radziecki. My oczywiście dajemy mu odpór. Równocześnie dochodzi do ataku armii japońskiej na obiekty znajdujące się na wschodniej Syberii. Opanowana zostaje Kamczatka, Sachalin, Kraj Ussuryjski oraz znaczna część wybrzeża. W kilku miejscach przedziera się głębiej, nawet do Czyty jak podczas rewolucji październikowej. ZSRR zostaje zmuszony wycofać wojska z terenów Polski i przerzucić je na Daleki Wschód. Zwróćmy uwagę w jakiej sytuacji była wówczas Japonia. Dążyła do pozyskania ziem, na których znajdowały się poszczególne surowce, więc raczej nie byłoby łatwo wyrzucić Japończyków z tych ziem. Wojna na Pacyfiku to byłoby nic, przy tym co działoby się na wschodniej Syberii i przy znajomości bojowej gorliwości japońskich żołnierzy. Tak samo w razie napaści na japońskie tereny, my powinniśmy opanować resztę Białorusi, znaczne tereny Ukrainy, a nawet pójść na Moskwę... Jaki jest zatem z tego wniosek. ZSRR znalazłby się w szachu i nie mógłby nic zrobić. Byłby wyłączony z ewentualnego konfliktu. Nie sprawdziłoby się w tym wypadku twierdzenie wybitnego geopolityka Studnickiego-Gizberta, że w razie napaści Niemiec, automatycznie dojdzie do ataku sowieckiego. W tym wypadku ZSRR nie mógłby uderzyć, a bez tego Niemcy tak łatwo nie daliby nam rady. Blitzkrieg bardzo by się przedłużył, a my teoretycznie moglibyśmy jeszcze armię niemiecką odeprzeć.

Dochodzimy tutaj do drugiego aspektu. Współpraca militarna nie zawiera się tylko na zapewnieniach o wzajemnej pomocy między państwami. Teoretycznie moglibyśmy Japończykom sprzedać trochę swojej broni ręcznej, którą oni mieli akurat słabą, a od nich kupić samoloty i okręty podwodne - te akurat bardzo dobre, aby uzupełnić braki w sprzęcie we własnej armii. Przecież pieniądze wykorzystane na budowę COP można by spokojnie wydać na wojska lądowe i marynarkę wojenną. Jeżeli nie bylibyśmy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości Łosi i Karasi moglibyśmy zakupić samoloty marki Mitsubishi. Założę się, że wówczas wrzesień roku 1939 wyglądałby zupełnie inaczej. Przyjmijmy jeszcze, że obok tego mielibyśmy odpowiednie ilości broni przeciwlotniczej (jak karabin maszynowy Szczeniak) i przeciwpancernej (chociażby sławetny Ur), to tym bardziej. Wtedy to my zdobylibyśmy Berlin, a nie Niemcy Warszawę.

Wiadomo, że polityka socjaldemokratycznych mięczaków Bluma i Chamberlaina określana mianem appeasment doprowadziłaby do skierowania ekspansji Trzeciej Rzeszy na wschód. Tylko że w razie mocniejszego sojuszu z Japonią, Niemcy dostałyby bardzo mocne lanie. Inna byłaby teraz pozycja Polski na świecie i w Europie. Bylibyśmy krajem o powierzchni zbliżonym do Francji, ponieważ od Niemiec należałoby wysępić ziemie Polski piastowskiej jak również część tych, które były zajmowane w czasach pierwszych Piastów przez plemiona słowiańskie. Tak więc na zachodzie sięgalibyśmy dalej niż obecnie.

Niestety, tego typu szanse po prostu zaprzepaściliśmy. Nie można odmówić sanacyjnemu rządowi, że nie chciał dla Polski dobrze. Nie dostrzegał jednak wielu istotnych rzeczy, w efekcie straciliśmy bardzo wiele możliwości. A teraz nam się to będzie odbijać czkawką aż do końca naszej historii...

sobota, 7 czerwca 2008

Filozofia nowego totalitaryzmu i możliwość jego nadejścia

Wiek dwudziesty był stuleciem totalitaryzmów - komunizmu i nazizmu. Nie ma co również ukrywać również ich lewicowego pochodzenia. W przypadku tego drugiego często przynależność do lewactwa jest zaprzeczana, jest to jednak całkowicie bezpodstawne. Lewica się skompromitowała i wręcz dziwota człowieka bierze, dlaczego jeszcze wyznawcy tych ideologii kręcą się po świecie. Powiedzmy sobie szczerze i otwarcie; kwintesencją tego wszystkiego jest totalitaryzm. Oczywiście, lewactwo będzie się przed tego typu zarzutami bronić twierdząc, jakoby konserwatystom było bliżej do totalniactwa niźli im, bo rzekomo mówią, jak seks ludzie mają uprawiać. A przepraszam bardzo, czy ja takiemu Quasiemu mówię czy ma na stojąco, w kucki, czy na muszli klozetowej? Poza tym zażywanie tabletek hormonalnych, zresztą zwiększających ryzyko nowotworów jajnika, nijak ma się do samej czynności polegającej na wprowadzeniu penisa do pochwy przy równoczesnej ejakulacji. Wychodzi na to, że Quasi-biolog nie wie, co to jest seks i że z takim brakiem w wiedzy (na moje oko również praktycznej) został wypuszczony ze studiów. No i jeszcze: tacy to są przyjaciele wolności, że trzeba mieć włączone światła cały rok w samochodzie, broni nie można mieć, jeść nie wolno pewnych rzeczy, tak samo leczyć się pijawkami, a nawet sposoby przechowywania zwierzęcych odchodów w gospodarstwach rolnych są uregulowane (sic!). No i zabierają 80% kasy via podatki, co potem idzie na nie wiadomo co. Wychodzi na to, że już żyjemy w takim świecie jak w Brazil Terry'ego Gilliama, przebiurokratyzowanym, gdzie władzunia musi wiedzieć o tym, co my ze swoją własnością raczymy czynić. Jednak to w czym my żyjemy, co pokazał dwudziesty wiek, to jest jeszcze nic.

Tak więc i filozofia lewactwa będzie wyrażać zamordyzm. Marksizm nakazał odgłowić społeczeństwo poprzez wyrżnięcie elit, aby zapanowała dyktatura proletariatu i w efekcie budowa Państwa Bożego na ziemskim padole. Faszyzm stawiał również na niziny społeczne, a przy okazji zakładał rozprawienie się ze wszystkimi obcymi. Wcielone to zostało w życie w ZSRR i Niemczech. Jednak - jak już wyżej nie napisałem - filozofia lewactwa nie padła, mimo że przyczyniła się do kilkuset milionów ofiar na całym świecie. Ba, zaczyna się stawać dominująca w tej części świata, w której my żyjemy. Rości sobie monopol do tego, próbując cenzurować wszystko, co się z nią nie zgadza. Lewactwo uważa, że może poprawiać historię, socjologię, psychologię, nauki o Ziemi, a nawet biologię, zoologię vide chociażby gadki o homoseksualizmie w świecie zwierząt. Wszędzie gdzie mogą, lewacy muszą położyć swoje brudne łapska. Skoro nawet naukę poprawiają na swoją modłę, to filozofia lewicowa stanowi zamordyzm ewidentny.

Ostatnio dyskutuje się o jej nowym wykwicie popularyzowanym przez niejakiego Petera Singera. Jest to racjonalizm-utylitaryzm po reductio ad absurdum. Jakie jest clou tej całej filozofii? Otóż, zakłada, że bytami osobowymi jest wszystko, co jest zdolne do odczuwania cierpienia. Odrzuca zatem dotychczasową ontologię traktującą jako osobę osobnika gatunku ludzkiego. Według Singera może być nią trzoda chlewna, szympans, delfin oraz człowiek (pod warunkiem, że nie jest zygotą, zarodkiem, płodem, starcem lub upośledzonym fizycznie albo psychicznie). Ów filozof usprawiedliwia zatem aborcję, eutanazję i eugenikę i je gorąco popiera. No i czym ten racjonalizm-utylitaryzm jest w tym wydaniu? To nowa filozofia zamordyzmu, podobnie jak nazizm czy komunizm! W tym wypadku podlana jest jeszcze innym sosem - ekologistycznym (prawa zwierząt). Dlaczego ta filozofia to jest coś takiego jak dotychczasowe wykwity lewackiej myśli totalitarnej?

Obecnie lewactwo gardłuje o wolności brzucha. No i co z tego wynika? A mianowicie uznanie, że człowiek w pewnej fazie rozwoju nie jest człowiekiem. Lewactwo jeszcze argumentuje często, że na aborcję decydują się ludzie biedni, którzy inaczej by wylądowali na ulicy, ponieważ nie byliby w stanie wyżywić zbyt dużej rodziny. Zakłada przy tym, że są tak głupi, że nie potrafią podjąć decyzji o stosunku. Jaki jest następny wniosek, a oczywiście sterylizacja. Władza teoretycznie może zechcieć sterylizować ze względów społecznych. A co potem? Lewactwo może dojść, że może lepiej w ogóle wyeliminować część ludności, na co się decydowali niejednokrotnie wcześniej w historii. Tak więc legalizując aborcję, teoretycznie można się godzić na przemysłową wręcz eliminację pewnych grup w społeczeństwie. Dochodzi tutaj jeszcze eutanazja oraz jej zastosowanie w przypadku starców oraz niedorozwiniętych. Żadna inżynieria społeczna nie może się bez niej obejść - była stosowana w nazistowskich Niemczech, obecnie dokonuje się jej w Chinach, potajemnie również wykonywały ją służby społeczne w USA po 1907 roku, gdy przeszło w kilkunastu stanach prawo pozwalające dokonać sterylizacji. Wygląda na to, że wszystko się stoczy w tym kierunku. Legalizacja aborcji stanowi tylko początek.

System, o którym mówi ultralewacki parafaszystowski Singer nazywa się racjonalizm-utylitaryzm. Przyjrzyjmy się drugiemu członowi tej nazwy. Utylitaryzm został stworzony przez Johna Stuarta Milla. Ten system etyczny zakłada, że dobre są te uczynki, które przynoszą maksymalizację szczęścia jak największej grupie ludzi. Jaka to jest więc filozofia? Nie trudno się domyśleć, że jest ona z gruntu kolektywna. Ten system ma gdzieś jednostkę. Można wręcz zarzucić w tym momencie Majakowskim: Jednostka niczym, jednostka bzdurą(...), choćby największą była figurą. Jeżeli utylitaryzm traktuje ludzi jako jedną bezpostaciową masę oznacza w zasadzie rozumowanie w kategoriach maszyny społecznej. Wobec tego część ludzi można po prostu wyrzucić na zasadzie usuwania zepsutych części. Takie rozumowanie nie jest obce współczesnym socjalistom i nie zdziwiłbym się, gdyby w przeciągu kilkudziesięciu lat nie powstał jakiś nowy Oświęcim albo archipelag GuŁAG, w którym eliminowane byłyby elementy politycznie niepoprawne. Całe społeczeństwo byłoby oczywiście skutecznie otępiane tak, aby żyło w poczuciu szczęścia. Nie zdziwiłbym się, gdyby władza się zniżyła do takich tryków jak dodawanie rtęci do szczepionek, w wyniku czego następowałaby częściowa chemiczna lobotomia. Takie rozwiązanie popierał fanatyczny socjalista Bertrand Russel. Ciekawe również jest działanie lewactwa, jak to jest, że tytoń jest wycofywany tak, że w końcu nastąpi jego delegalizacja, a legalizuje się narkotyki. Przy państwowej służbie zdrowia i takowym ubezpieczeniu. Służy to niczemu innemu jak ogłupianiu społeczeństwa, hodowaniu tępej masy, które będzie bezwzględnie lewactwu posłuszna. I wszystko celem maksymalizacji szczęścia grupy. Władza w końcu zdecyduje się odebrać ludziom dzieci, żeby mogła dokonywać ich selekcji, wydajniej odurniać tak, aby stworzyć wiernych sługusów nowej socjalistycznej władzy.

Inna sprawa to environmentalizm i cały ruch trockistowskiej bandy o nazwie zieloni. Zakłada on potrzebę ochrony środowiska, ale zastanówmy się, co to oznacza, jeżeli widzimy ewidentne manipulacje jak globalne ocipienie. Oczywiście wszystko wyjdzie nad wyrost. Będzie trzeba kontrolować przyrost ludzkiej populacji. Wprowadzone zostanie prawo o jednym dziecku na rodzinę na wzór chiński. Zresztą już w USA, Wielkiej Brytanii czy w Europie kontynentalnej takie akcje próbowano przepchnąć, na całe szczęście to nie wyszło. Powinniśmy się jednak spodziewać, że to przejdzie. Aborcja, eutanazja, eugenika już mają poparcie lewicy. Oczywiście - jak pisałem w akapicie wyżej, sterylizacja będzie narzędziem inżynierii społecznej. Może się pojawić przymus aborcyjny oraz eutanazyjny. Wszystkie trzy będą popierane również jako ograniczenia przyrostu naturalnego i wynikającej zeń degradacji środowiska naturalnego. Environmentalizm będzie również pretekstem do coraz większej ingerencji w działalność przedsiębiorstw poprzez szereg kontroli i zwiększanie obciążeń fiskalnych. Efektem tego może być nawet częściowa nacjonalizacja przemysłu. W przypadku rolnictwa może się skończyć na kolektywizacji. Nam powiedzą, że to wszystko w trosce o środowisko naturalne. Tak naprawdę będą chcieli mieć nad nami jeszcze większą kontrolę. Obok nacjonalizacji i kolektywizacji prawdopodobnie dojdą jeszcze przymusowe przesiedlenia - te również w wiadomym celu stałego dozoru. Będzie to niby przywracanie dzikości danych terenów, a tak naprawdę będzie trzeba zniszczyć lokalne wspólnoty i je skoszarować w obrębie struktur wytworzonych przez państwo takich jak kołchozy czy korporacje pracownicze.

Reasumując, w przypadku fuzji filozofii racjonalistyczno-utylitarianistycznej i environmentalizmu gwarantuje powstanie nowego totalitaryzmu. Opisywany wyżej scenariusz wcielania tych systemów filozoficznych w życie spełnia wszystkie warunki tego systemu - maksymalna ingerencja w życie jednostki oraz w procesy gospodarcze.

Może się to wydawać, że to jest co najwyżej scenariusz science fiction typu Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Jednak tak nie jest. A przyjrzyjmy się zachodniej Europie, co tam się zaczyna dziać. Przecież w Holandii upośledzone dzieci morduje się bezpośrednio po urodzeniu, o ile wcześniej nie zostały wyabortowane. Tak samo dokonuje się eutanazji starców i osób niedorozwiniętych fizycznie lub psychicznie - stanowi ona około 20% wszystkich zgonów. Inne kraje zachodniej Europy zbliżają się do tej awangardy postępu. Powiedzmy sobie szczerze. Jeżeli chodzi o gospodarkę znajdujemy się w etapie porównywalnym do NEP. Eurokomuna jeszcze toleruje elementy kapitalizmu, ale to może się niedługo skończyć tak, jak w ZSRR. W przypadku UE już mamy do czynienia z elementami gospodarki centralnie sterowanej. Bo czym innym jest strategia lizbońska? A to wszystko to jest tylko początek.

Powiedzmy sobie szczerze. Jak na Salonie24 miałem okazję rozmawiać z lewakami, to oni nie zdają sobie sprawy, że te ich idee to jest na dłuższą metę totalitaryzm. Co więcej, idea totalnej ingerencji w życie człowieka wydaje im się związana właśnie z prawicowością. W klasyfikacji Włodzimierza Iljicza Lenina byliby to zatem pożyteczni idioci. Są bowiem jeszcze lewacy uświadomieni, którzy bardzo dobrze wiedzą, co robią. W ten sposób staną się bowiem nową arystokracją i tak ciągną za sznurki, aby tak było. Im na tym totalitaryzmie po prostu zależy! Oni o tym po prostu marzą...

A najgorsze jest w tym wszystkim, że to my skutków tych wszystkich rojeń dożyjemy...