Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ruch drogowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ruch drogowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2009

Potrzeba decentralizacji

Benjamin Disraeli miał kiedyś powiedzieć, iż centralizacja to zaraza. To jest również cecha wielu lewicowych rządów. Szereg rzeczy lepiej i skuteczniej zrealizują samorządy, które lepiej potrafią rozpoznać swoje potrzeby niż centralny rząd. Czy zmartwieniem władzy krajowej powinna być na przykład dziura w drodze w Pcimiu Dolnym? Czy to ona powinna decydować o rozstawianiu wszędzie fotoradarów?

Należy się tutaj zastanowić nad tym, jaki ma być zakres centralnego rządu. Wcześniej stworzyłem wizję minimalną, teraz postanowiłem pójść krok do przodu. Ministerstw powinno być cztery - Finansów, Spraw Zagranicznych, Obrony Narodowej, Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Administracji. Państwo powinno również ustalić szereg przepisów, które działać będą na terenie całego kraju, na przykład pewne zakazy natury obyczajowej, ustalić warunki funkcjonowania samorządów - jakie podatki na przykład mogą nakładać.

Przeprowadzić należałoby również rozsądną reformę samorządową. Moim zdaniem powiaty nie są potrzebne, doprowadziły one zresztą tylko do nadmiernego rozmnożenia się biurokracji. Powinny istnieć trzy jednostki samorządu terytorialnego - gminy, województwa i prowincje. Warszawa, Łódź i Trójmiasto powinny mieć status dystryktów. Utrzymywać je należy z podatku pogłównego o ustalanej co rok wysokości oraz niewielkich podatków obrotowych w wysokości 1-2% nakładanych na niektóre towary. (Rząd centralny powinien być utrzymywany tylko z jednego podatku 5-6% od każdej transakcji). Mamy kwestię prowincji - tutaj należałoby wyróżnić Małopolskę, Śląsk, Wielkopolskę, Mazowsze, Pomorze, Warmia i Mazury oraz Podlasie, czyli włącznie 7 dużych prowincji. Jakie powinny być natomiast kompetencje samorządów?

Samorządy powinny przejąć inicjatywę jeżeli chodzi o budowę infrastruktury - drogowej, kolejowej, kanałów żeglugowych. Rząd krajowy miałby się zajmować jedynie połączeniami między stolicami poszczególnych prowincji oraz dystryktami. Samorząd w tej dziedzinie potrafi lepiej rozpoznać potrzeby, gdzie potrzebuje jaką drogę wybudować. Zmartwieniem władzy centralnej nie powinna być wspomniana wyżej dziura w drodze w Pcimiu Dolnym, tylko o to powinna się troszczyć gmina. W przypadku większej arterii zajmować się tym winno województwo. Drogi szybkiego ruchu et consortes - to byłoby zadanie największej jednostki samorządu terytorialnego, czyli prowincji.

Innym zadaniem, które przeniósłbym na samorządy, to ochrona środowiska. Tutaj o normach środowiskowych decydować powinny największe jednostki, czyli prowincje. Do nich również należeć powinna decyzja o ustalaniu limitów połowów danych gatunków, rozmiarów ryb, gatunków chronionych czy o introdukcji tudzież reintrodukcji innych gatunków. Mam tu na myśli projekty od zarybiania jezior i rzek począwszy, a skończywszy na przykład na reintrodukcji niedźwiedzia brunatnego w Białowieży. Odpowiednie organy przy tych jednostkach samorządu terytorialnego wydawać również powinny licencje łowieckie. Czy takimi rzeczami powinny zajmować się centralne urzędy typu ministerstwa? Zdecentralizować należałoby również wydawanie koncesji geologicznych. Obecnie zajmuje się tym Departament Koncesji Geologicznych przy Ministerstwie Ochrony Środowiska. Jeżeli ktoś chce wybudować kopalnię, nie powinien iść do centralnego urzędu, tylko należałoby to załatwić na poziomie województwa. Tak samo rozwiązana powinna być kwestia budowli hydrotechnicznych.

Poza tym decentralizacji powinny ulec służby - geologiczna, hydrologiczna i meteorologiczna. Organy na poziomie samorządów zdecydowanie wydajniej wykonywałyby na przykład mapy geologiczne danych obszarów, poszukiwałyby złóż surowców mineralnych czy wód podziemnych (na potrzeby wodociągów miejskich czy energetyki). Tak samo o wiele lepiej działałby organ analizujący stany wód na rzece koordynowany przez władzę lokalną niż centralną.

Po tych zmianach takie resorty jak ochrony środowiska czy infrastruktury można by rozwiązać, pozostawiając niewielki departament w Ministerstwie Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Administracji. Ewentualnie wystarczyłoby tutaj jeszcze kilka normatywnych ustaw.

Naszym zmartwieniem są przepisy ruchu drogowego. Czy one też powinny być ustalane centralnie? Moim zdaniem od decydowania o granicznej prędkości w danym mieście są jego władze. To zależeć powinno od siatki ulic. Pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, które jest obecnie jest centralnie zarządzone, w dużych metropoliach w ogóle się nie sprawdza, prowadząc do notorycznego zakorkowania. Tyle to może sobie ustalić jakaś niewielka spokojna mieścina, a nie miasto takie jak Warszawa czy Kraków. O rozstawianiu fotoradarów powinny decydować również władze samorządowe, podobnie jak w przypadku ograniczeń prędkości. Mamy teraz inną drażliwą kwestię - czyli graniczna ilość alkoholu w wydychanym powietrzu. Tutaj też powinny decydować organy, ale na poziomie największych istniejących jednostek samorządu terytorialnego - również, czy stosują promile, czy inne kryteria, jak na przykład przejście prosto dziesięciu metrów czy dotknięcie palcem wskazującym nosa.

Co jeszcze można by zdecentralizować? Pisałem wyżej o reglamentowaniu działalności gospodarczej. Centralne organy powinny czynić to tylko w przypadku dwóch rodzajów działalności - energetyka atomowa oraz wielkoskalowa produkcja zbrojeniowa. Na elektroenergetykę wytwórczą innego typu niż atomistyka oraz sieci elektroenergetyczne zezwolenie wydawać powinien urząd przy prowincji. Na ciepłownie czy elektrociepłownie spokojnie może wydawać województwo. Nie wspominam już o takich sytuacjach, co rolnik na polu stawia sobie wiatrak i w ten sposób uzyskuje energię na swój użytek - to moim zdaniem w ogóle nie wymaga żadnej reglamentacji. Wszystko zatem zależałoby od skali danego przedsięwzięcia. Na poziomie województwa również powinna być przeprowadzana reglamentacja produkcji leków psychotropowych i/lub narkotycznych (jak już wcześniej zaznaczałem produkcja np. witaminy C czy jakiś preparatów ziołowych typu Alveo nie powinna w ogóle być reglamentowana). Kiedyś tam pisałem, że jedynym dokumentem, jakie państwo powinno wydawać, to paszport uzyskany w momencie uzyskania dorosłości. Tutaj wszystko zostałoby załatwione na poziomie gminy.

Czy centralna władza ma decydować, jak długi ma być tydzień pracy, czy pięć czy sześć dni. Moim zdaniem spokojnie można by to rozwiązać na poziomie prowincji. Tak samo należałoby rozwiązać kwestie wakacji - bo czy w całym kraju rok szkolny ma się zaczynać i kończyć w tym samym czasie?

Osobiście pewne rzeczy zdecentralizowałbym aż do poziomu podstawowej komórki społecznej - mam tu na myśli edukację, szczepienia, ustalanie dorosłości oraz zdatności do pożycia płciowego. Wyjaśniałem to w szeregu swoich wcześniejszych tekstów. Gdyby połączyć decentralizację taką jak wyżej z prywatyzacją znacznej części sektora publicznego, to rząd centralny wieloma rzeczami nie musiałby w ogóle się zajmować. Obecnie jednak mało prawdopodobne, żeby jakakolwiek władza w Priwislanskim Kraju czegoś takiego dokonała.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Prawnych bubli ciąg dalszy: ruch drogowy

Ostatnimi czasy rząd Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wpadł na nowy "genialny" pomysł. Chcą oni zwiększyć ilość fotoradarów tak, aby ograniczyć ilość wypadków drogowych. Jak znam życie, skutek będzie odwrotny od oczekiwanego. Przecież w Anglii są takie hrabstwa, w których w ogóle nie ma fotoradarów, a wypadków drogowych stwierdza się tam mniej niż w tych, gdzie utrapienia kierowców stoją za każdym zakrętem. Od kiedy konieczne jest jeżdżenie na światłach mijania, cały rok ilość kraks wzrosła, żeby było jeszcze ciekawiej. Można sobie zadać w tym wypadku proste pytanie: no i po co? Ale cóż, u nas ta władzuchna, zamiast wydać pieniądze na coś pożytecznego, woli żywić całą machinę biurokratyczną w większości stanowiącą kulę u nogi. Tak samo jest w przypadku przepisów dotyczących ruchu drogowego. Przecież jak to się analizuje, to wychodzi, że mamy najnormalniejszy w świecie cyrk na kółkach. Ażeby dojść do takich wniosków, wystarczy chłodna kalkulacja.

Nie będę już rozważać przypadków stawiania wszędzie, gdzie tylko można, fotoradarów czy włączonych świateł mijania przez cały rok, ponieważ tym zająłem się wyżej. Jest tutaj wiele innych prawnych bubli wymyślonych rzekomo z troski o nasze bezpieczeństwo. Za nieprzestrzeganie tych nakazów bądź zakazów grozi mandat. Jakoś nikt nie myśli, jak ograniczyć ich ilość. Rzekomo mamy liberalny rząd, pracuje komisja "Przyjazne państwo", a tu nie widać światełka w tunelu. A jeżeli taka propozycja powstałaby, to ugrzęzłaby zapewne, podobnie jak nowelizacja ustawy o posiadaniu broni palnej. Prawne buble tak jak były, są nadal.

Jednym z nich jest konieczność jeżdżenia w zapiętych pasach. Tak, jak wyżej, służy to bezpieczeństwu, aby w razie kraksy nikt nie wyleciał przez przednią szybę. Zwiększa również szanse na przeżycie w razie wypadku. Była nawet kiedyś taka reklamówka Ostatni taki wyskok bez pasów. Mnie oczywiście bierze śmiech. W takim razie skoro nie można jeździć bez zapiętych pasków w swoim samochodzie, to dlaczego wolno bujać się na krześle. Przecież też można stracić równowagę, wywrócić się, a przy okazji porządnie potłuc, a w skrajnym przypadku również zabić. Dlaczego jeszcze nie nakazuje wykładania się schodów jakimiś materiałami higroskopijnymi... przecież można się poślizgnąć i też nieźle połamać. Przecież widać, że całe to zapinanie pasków to jest jeden wielki absurd. Ale to nie koniec.

Następny, to wydawanie prawa jazdy. Ustawodawcy podnoszą coraz bardziej barierę wieku, żeby zapobiegać wypadkom drogowym. Mają one wynikać z brawury młodocianych. Ale czy takie prawo ma jakikolwiek sens? Przecież ilość kraks wcale nie spada z tego powodu. A poza tym co to za twierdzenie, że na przykład 15-latek będzie jeździł bardziej brawurowo niż chociażby trzydziestoletni mężczyzna. To jest niezrozumiałe. Równie dobrze mogłoby coś strzelić do głowy osiemdziesięcioparoletniemu dziadkowi, który jechałby po polnej drodze sto pięćdziesiąt na godzinę. No i co? To w takim razie skoro nie dajemy prawa jazdy dzieciakom, to może odbierać je własnie staruszkom, którym zaczyna już lekko odwalać? Na to jeszcze nasza władzunia nie wpadła, ale chyba jeszcze wszystko przed nami. Tak więc w przypadku prawa jazdy wszelkie wiekowe kryteria powinny zostać zniesione. Jeżeli jakiś rodzic chce nauczyć jeździć swojego dziesięcioletniego syna jeździć samochodem, ma do tego prawo i państwo nie powinno tutaj robić żadnych administracyjnych przeszkód.

Z drugiej strony sama konieczność posiadania prawa jazdy wydaje się dziwna. Ten obowiązek dotyczy samochodów, motocykli et consortes, ale na przykład właściciel konnego wozu nie musi już takowego dokumentu posiadać. A teraz wykonajmy sobie prosty eksperyment myślowy. A gdyby do dorożki dostawić silnik, to czy byłby to dalej powóz czy już samochód, no i czy jego właściciel musiałby posiadać prawo jazdy? To już pokazuje, że sam obowiązek posiadania prawa jazdy jest z lekka absurdalny. Proponuję zatem tutaj dwa rozwiązania: albo w ogóle zrezygnować z tego dokumentu, albo - tak jak wyżej - znieść ograniczenia wiekowe związane z możliwością ubiegania się o przysłowiowe "prawko".

Mówi się dużo o pladze pijanych kierowców. I jakie się podejmuje środki zaradcze? Zamiast za wjechanie komuś w tylec, karać jak za kradzież, kiedy nie jest się w stanie wypłacić, to władza podejmuje zabawę ile można mieć alkoholu w wydychanym powietrzu. Ustala arbitralnie różne progi (w Polsce mamy 0,1 promila). Ale przecież nie ma to nic do rzeczy. Każdy człowiek jest w innym stopniu odporny na alkohol, co wymaga z przyczyn genetycznych i środowiskowych. Jednego powali jedno piwo, a drugiego nie zetnie pół litra absyntu. Z tego powodu nie można stosować w tym wypadku kryteriów, takich jakich stosuje się obecnie. Należy po prostu znieść tą graniczną ilość alkoholu w wydychanym powietrzu. Tak samo nie pojęte są jeszcze inne przepisy. Dlaczego nie można, siedząc za kierownicą jeść, pić, a ostatnio kombinują nawet, jak to zabronić słuchać muzyki? Przecież to wszystko... to jest jeden wielki absurd na kółkach. A za przeproszeniem, a kiedy ustalą jaka ma być grubość pancerza, bo wymyślą, iż samochód ma chronić kierowcę przed wszelkimi urazami? Przecież to jest taka sama logika chronienia ludzi przed skutkami ich głupoty.

Inna rzecz, to po co tyle znaków drogowych? Przecież przez to rośnie tylko ilość wypadków samochodowych. W niemieckim mieście Bloehmen zdemontowano 60% znaków, i ilość wypadków drogowych spadła ponad dwa razy. Co więcej, pewne rzeczy są po prostu niezrozumiałe. Mamy na przykład prostą drogę o długości sto kilometrów, a tak bez przerwy ograniczenia prędkości. Czy to nie jest po prostu głupota? Przecież można by pozwolić jechać tak szybko, na ile pozwoliłaby moc silnika i nikt z tego tytułu nie płakałby. A ograniczenia prędkości - jeżeli już miałyby być - to w ciężkim terenie, jak na przykład na drogach położonych wysoko w górach.

Dochodzimy tutaj jeszcze do jednej rzeczy, a mianowicie określenie, z której strony jechać. To mogłoby zostać na większych drogach typu międzymiastowe arterie. A na małych lub całkowicie mizernych, to już niech sobie jeżdżą, po której stronie chcą. Przecież i tak w tym drugim przypadku jest to martwy przepis. Nikt przecież nie egzekwuje, po której stronie jechał kombajn, wracając z pola w Psiej Wólce. To więc nie ma sensu takich rzeczy regulować.

Rządzi nami, rządziła i pewnie jeszcze będzie długo rządzić lewica. Dziwimy się, że z takimi prawnymi bublami mamy do czynienia i jeszcze niejednokrotnie będziemy się dziwić. Lecz powinniśmy wiedzieć, iż lewicowa władzuchna w tym właśnie się specjalizuje.