Jako rasowy konserwatysta nie uważam demokracji za dobry ustrój. Posługując się określeniem Arystotelesa, uważam, ten system w zasadzie za ochlokrację. We władzę ludu zwyczajnie nie jestem w stanie uwierzyć. Wystarczy dokonać analizy ustrojów demokratycznych, żeby zauważyć do czego one prowadzą. Dostrzec można stopniowy rozkład - ewolucję w stronę państwowej gospodarki i rozbudowanych funkcji socjalnych państwa z jednej strony, a z drugiej w kierunku obyczajowego indyferrentyzmu. Z demokracją nie wiąże się zatem nic pozytywnego. Z tego powodu skuteczniejszym ustrojem będzie autorytaryzm. Janusza Korwin-Mikkego zwykłem traktować bardzo krytycznie, jednak jedna jego myśl bardzo dobrze ilustruje ten fakt - "monarchie i dyktatury dzielą się na dobre i złe, a demokracja jest zawsze głupia". Zwrócić należy uwagę na jeszcze jeden fakt. Epizody demokratyczne w całej historii ludzkości były bardzo krótkie, a potem powracała władza charyzmatycznej jednostki. Autorytaryzm zatem ze stricte historycznego punktu widzenia stanowi normę.
Zwrócić jeszcze należy uwagę na jeden fakt związany z naszym krajem. Już raz w historii wypróbowaliśmy raka demokratyzmu w postaci elekcji viritim. Do czego to doprowadziło? Nie było silnej władzy królewskiej, państwo zatem ogarnęła anarchia. W XVII w. Polska została spustoszona przez szereg wojen. W końcu część naszych sąsiadów - Prusy, Rosja, Austria - stwierdziła, że dokona stopniowej konsumpcji naszego państwa. No i do tego w końcu doszło. Do czego doprowadził zatem tutaj demokratyzm? Do upadku potęgi, jaką byliśmy.
Autorytaryzm w Polsce posiada zatem jeszcze jedno uzasadnienie. Wystarczy popatrzeć, jakich to mamy sąsiadów. Z zachodu Niemcy, a ze wschodu Rosja. Pierwsi zawsze parli na wschód. Najpierw podporządkowali sobie i podbili plemiona słowiańskie na Połabiu - Obodrzyców, Wieletów, Łużyczan. Na tym jednak nie zaprzestali. Cały czas dążyli do podporządkowania sobie ziem polskich. Z drugiej strony mamy natomiast żywioł wszechruski. Rosja przez całą historię również parła w naszą stronę. Caryca Katarzyna nawet twierdziła wprost, że podporządkowanie Polski i cieśnin tureckich to są żywotne interesy państwa rosyjskiego. Niemcy i Rosja również umawiały się nad naszymi głowami. Do takiego paktu po raz pierwszy doszło w 1031 roku. Wówczas Jarosław Mądry zachęcał Niemcy do wspólnego uderzenia na Polskę. Takie porozumienia nad naszymi głowami zdarzały się nieraz. Przykładem był chociażby sławetny pakt Ribbentrop-Mołotow. Nie wiadomo, czy nie doszło do czegoś jeszcze. Ostatni minister spraw zagranicznych ZSRR i były prezydent Gruzji, Eduard Szewardnadze, stwierdził, iż Pomorze, Śląsk i Wielkopolska wrócą do Rzeszy Niemieckiej. Cała reszta natomiast stanie się kondominium Rosji. Cała historia pokazuje to, że jesteśmy nieustannie zagrożeni przez państwa ościenne. Tak więc, czy w takiej sytuacji pozwolić sobie można na demokrację ze wszystkimi jej wadami?
Musimy jeszcze zauważyć, że z jednej strony mamy "czerwonkę", a z drugiej "faszystowską dyscyplinę". U mieszkańców państw wykształciła się bardzo specyficzna mentalność. No i czy między nimi może sobie istnieć taki anarchizujący kurnik w postaci państwa polskiego. Wiadomo, że nie. Skończy się to bowiem po raz kolejny ustanowieniem granicy na Narwi, Wiśle i Sanie. Po prostu zostaniemy podbici przez te ościenne mocarstwa, nie po raz pierwszy w historii zresztą. Nasze państwo z tego powodu nie może być demokratyczne. Oni będą tutaj bowiem tworzyć partie polityczne będące ich stronnikami. Bronić będą interesów swoich mocodawców. No i mamy takie przykłady. Rządzą nami obecnie ludzie, którzy są niemiecką i rosyjską agenturą. Można się zastanowić, kto mógł na takich ludzi zagłosować. Na tym jednak polega demokracja. Lud zwyczajnie nie jest w stanie mądrze wybrać swoich przywódców. Może wybrać ludzi, którzy sprowadzą - mniej lub bardziej świadomie - zagładę na ich państwo. Tak samo jest w Polsce. Przecież przez 20 lat w zasadzie nie było u nas władzy reprezentującej polską rację stanu. Wszyscy w zasadzie byli quislingowcami na usługach obcych mocarstw.
Pamiętać jeszcze trzeba, że Niemcy i Rosja mają politykę zagraniczną obliczoną nie na okres jednej kadencji, góra kilka lat, a na kilkadziesiąt. Oni wiedzą, jak się zachowywać na arenie międzynarodowej, aby było to działanie skuteczne. Możemy przy tej okazji dokonać eksperymentu myślowego. Wyobraźmy sobie, że został wreszcie w Polsce wybrany normalny rząd po tych wszystkich latach. Zaczyna on przenosić wydatki państwa w stronę zapewniania bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego, redukuje tak zwane socjalne funkcje państwa oraz jego udział w gospodarce. Przy okazji wprowadza konserwatyzm obyczajowy oraz zaczyna prowadzić normalną politykę zagraniczną zgodną z polską racją stanu. Przyjmijmy, że wytrzyma on całą kadencję, czyli 4 lata. Potem ludzie postraszeni przez marks-media, a to "faszyzmem" i "dążeniami do dyktatury", a to "międzynarodowymi korporacjami", jak również jeszcze innymi straszakami, wybiera jakieś LSD albo kolejnego klona Unii Demo-Wolności. Co zaczyna nowa władza? A mianowicie znowu zaczyna włazić wszystkim wokół w tyłek, robić głupoty we wszystkich możliwych dziedzinach - od kwestii obyczajowych po ekonomiczne. Do tego bowiem prowadzi demokracja? Pożyteczny rząd może zostać de facto obalony przez prymitywnych demagogów i media kreujące ich na półbogów. Gdy tamci dobierają się do władzy, okazuje się, że stanowią małpę z brzytwą. Wychodzi na to, że tacy ludzie nie powinni rządzić tak naprawdę kurnikiem w najbardziej zapadłej wiosce. Co jest zatem gwarantem prowadzenia polityki zagranicznej zgodnie z polską racją stanu. Tutaj musi być władza, która nie będzie się zmieniać w ciągu kilkudziesięciu lat, aby były jakieś wymierne skutki jej działalności. W warunkach demokratycznych nie jest się ona raczej w stanie utrzymać, ponieważ różni demagodzy zrobią ludziom skutecznie mętlik w głowie. Co zatem jest tutaj konieczne? Nie ma innej odpowiedzi niż autorytaryzm.
Innymi wadami demokracji prowadzącymi do rozpadu organizmu państwowego zajmowałem się w swoim poprzednim tekście. Wszystko to pokazuje, że autorytaryzm jest nie tylko dziejową koniecznością, co uzasadnioną.
Tylko do jak wielkich wstrząsów musi dojść, abyśmy zostali ostatecznie zniesmaczeni demokracją?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 sierpnia 2009
środa, 23 lipca 2008
Śląsk drugim Kosowem?
W dzisiejszych czasach bardzo wiele rzeczy do niedawna niewyobrażalnych jest niemożliwe. Możemy wysłać człowieka w kosmos, cieszyć się, iż nam prąd produkuje elektrownia jądrowa czy bakterie Escherichia coli otrzymują insulinę. Ale ów stopnień niewyobrażalności nie zamyka się to na rozwoju naukowo-technicznym. Niewyobrażalne jeszcze całkiem niedawno byłoby rozparcelowanie jakiegoś państwa na mniejsze. Oczywiście, można mi tutaj mówić, że podobną taktykę stosowały Austro-Węgry i Rosja w stosunku do Porty Otomańskiej. Nic z tego. Mimo wszystko to nie jest taka skala, jaka była w tym przypadku. Chodzi tutaj rzecz jasna o byłą Jugosławię, na której terytorium powstał szereg państewek, a teraz do nich dołączyło następne - Kosowo. Już nie trzeba mówić, że to jest rdzenna prowincja Serbii, również miejsce historyczne dla mieszkańców tego kraju. Przykład ten pokazuje jedną bardzo prostą rzecz: teoretycznie, jak się chce, za pośrednictwem służb wywiadowczych i nie tylko roznieść można na kawałki każde państwo, jakie się tylko zechce. Jugosławia była akurat krajem wielonarodowym - wystarczyło zatem obudzić tkwiące między poszczególnymi nacjami od drugiej wojny światowej antagonizmy. No i co się stało? W ciągu kilkunastu lat z kraju nic nie zostało, nawet nazwy. Jugosławia bowiem przez pewien czas nazywała się Serbia i Czarnogóra, ale później ta druga stała się odrębnym państwem. A teraz jeszcze odpadło rzeczone Kosowo. Co to wszystko pokazuje?
Weźmy pod uwagę położenie byłej Jugosławii. To są tereny Bałkanów znajdujące się między Azją a Europą, zatem ze strategicznego punktu widzenia ważne, jeżeli chciałoby się na przykład kontrolować handel w tamtym regionie. Zatem warto wywoływać tam burdy.
A teraz spójrzmy na nasz kraj. Też się znajdujemy w ciekawym miejscu, ponieważ w środku Europy. Jeszcze w dodatku na Niżu Środkowoeuropejskim. Nic zatem dziwnego, skoro przez tysiąc lat toczone były tutaj wojny. A to ze wschodu, a to z zachodu ciągle nas chcieli podbić. Powód jest jeszcze jeden; zajmujemy strategiczną pozycję na mapie Europy, zajęcie naszych ziem wiązałoby się z wieloma korzyściami.
Mamy też pewną analogię do Jugosławii. Niby w kraju, który po drugiej wojnie światowej stał się praktycznie monoetniczny, nie powinno być ruchów rozbijackich, dążących do autonomii. W zasadzie zdrowo myślący człowiek nie powinien o to Polski podejrzewać. Przecież to nie Hiszpania z krajem Basków i Katalonią! A jednak. Na Śląsku działa taka jedna organizacja, która ubzdurała sobie, że mieszkańcy tej ziemi stanowią odrębną nację. Jest to tak zwany RAŚ. Tłumacząc akronim, Ruch Autonomii Śląska. Dąży ona właśnie do tego. To jest jej cel. Ludzie z tym związani chcą, aby postrzegać ich jako odrębną nację tak, jak dzieje się to w przypadku Basków. A ja jakoś nie słyszałem (czyżbym był ciemną prawicową masą?), żeby Ślązacy mówili jakimś praindoeuropejskim dialektem najbardziej podobnym do języka starożytnych Hurytów (twórców między innymi państwa Mitanni). Taki jest przypadek Basków. Z jednej strony taki RAŚ mnie najnormalniej w świecie śmieszy. Teoretycznie mógłbym sobie wybrać ludzi, osiedlić się gdzieś, nauczyć wszystkich mówić esperanto albo po łacinie, ogłosić się panem i władcą na jakiejś ziemi i zarządać autonomii. To jest identyczny przypadek. Z drugiej strony tego typu organizacja jest niebezpieczna z punktu widzenia bezpieczeństwa i integralności terytorialnej państwa polskiego.
Jak wyżej napisałem, kraje, z którymi graniczymy, mają sprzeczne z naszymi interesy geopolityczne. Niemcy na przykład zawsze dążyły do wchłonięcia obszarów zachodniej Polski, od początków naszej historii tak było. Istnienie więc organizacji dążącej do autonomii Śląska jest bardzo na rękę. Opłaca im się wspierać taką cudaczną organizację. Tak się dzieje. Na zebraniach BdV Herbert von Hupka mówił wielokrotnie, że Śląsk jest częścią Niemiec, a jego mieszkańcy to ludność pochodzenia germańskiego, więc narodowości niemieckiej. Nie wykluczony jest związek RAŚ z wymienioną wyżej postnazistowską organizacją. Trzeba się więc zastanowić skąd ta rozbijacka organizacja ma pieniądze, bo być może płyną one szerokim strumieniem z Niemiec. Zwrócić należy przy okazji wypowiedzi członków tejże struktury.
Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ, miał stwierdzić: Jestem Ślązakiem, a nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo zwane Rzeczpospolita Polska, którego jestem obywatelem odmówiło mi i moim kolegom prawa do samookreślenia i dlatego nie czuje się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa, dalej cytuje premiera Davida Lloyd George, iż przyłączyć Górny Śląsk do Polski to tak, jakby małpie dać zegarek. Parafrazuje również tą wypowiedź: Po 80 latach, widać, że małpa zegarek zepsuła. Członkowie RAŚ bronią również Hakaty i Komisji Kolonizacyjnej, twierdząc jakoby te miały walczyć z polskim nacjonalizmem. Twierdzili również, iż po drugiej wojnie światowej istniały polskie obozy koncentracyjne. Zgłaszali protest w sprawie zmiany nazwy obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu na "Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady 1940-45" ze względu na to, że w latach 1945-48 mieścił się tam komunistyczny łagier.
No i czy pewne wypowiedzi nie pozwalają zaliczyć tych ludzi do zdrajców? Na razie to są tylko poszlaki. Jak wyżej pisałem, mogą być oni opłacani przez postnazistowski BdV. Istnieje również prawdopodobieństwo, że RAŚ jest prowokacją zorganizowaną przez niemiecki wywiad BND. W każdym razie tą organizacją powinien zainteresować się wywiad i ją intensywnie infiltrować. Jeżeli zostaną udowodnione związki z BND i BdV winna zostać zdelegalizowana. Co mówi w tej sprawie kodeks karny. Wystarczy rzucić okiem na Rozdział XVII Przestępstwa przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 127 §1 mówi, iż jeżeli dana działalność ma na celu pozbawienie niepodległości lub oderwanie części obszaru, to kara za tą działalność jest od 10 lat wzwyż do dożywocia. Jeżeli się czyni same przygotowania ku temu, to podlega się karze 3 lat pozbawienia wolności (§2). Spójrzmy również na Art.130 §1: osoby współpracujące z wywiadami obcych państw podlegają karze od roku do 10 lat pozbawienia wolności. Co z tego wynika? Primo: w Polsce nie ma kary śmierci za takie przestępstwa, więc to, co może spotkać potencjalnych kryminalistów w tym zakresie, to jest nic. Secondo: w razie czego przywódcy RAŚ otrzymają dożywocie bez możliwości warunkowego wyjścia.
Moim zdaniem są to mimo wszystko niemieckie pachołki, których głównym celem jest przyłączenie Śląska do Rzeszy. Można zakładać, że to są ludzie chorzy psychicznie albo intelektualnie ułomni, dlatego plotą takie farmazony w publicznych środkach przekazu. Lecz aby tak myśleć, trzeba być niepoprawnym optymistą. Nie mamy tutaj do czynienia z idiotami. To są opłacani najemnicy przez BND, których misją jest sianie w Polsce, a w szczególności na Śląsku, zamętu. Ponieważ nasz kraj w ostatnim dziewiętnastoleciu był praktycznie pozbawiony ochrony kontrwywiadowczej, stał się dla wywiadów obcych państw otwartą księgą. Z tego powodu łatwiej organizować na naszym terenie różne prowokacje, które zwodzą część rodaków. RAŚ w każdym razie może przykrywką dla działalności niemieckiego wywiadu służącą do tego, aby część Ślązaków przeszła na niemiecką stronę.
Widzę, że jesteśmy bardzo naiwni, ponieważ nie dostrzegamy niepokojących sygnałów. To tak jak w przypadku choroby nie dostrzec pierwszych symptomów; potem może być już za późno. Przypadek ten jest identyczny. Nie myślmy, że Niemcy nie chcą mieć w przyszłości supremacji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Rok 1945 nie był końcem ich imperialnych aspiracji. Tyle że teraz są inne niż militarne środki. Wiele rzeczy może załatwić wywiad, prowadząc dezinformację na terenach wroga, wmawiając mu, że wszystko jest w najwyższym porządku. A tak wcale nie jest. A teraz zastanówmy się, co spotka Kosowo. Ludność jest tam w większości pochodzenia albańskiego, więc po jakimś czasie teren przypadnie Albanii. Identycznie może być w przypadku Śląska. Jeżeli już będzie autonomia, to oni zaczną rządać, aby mogli nauczać historii po swojemu i wmawiać dzieciom od małego androny o polskim nacjonalizmie, że David Lloyd George chciał dobrze, a może, iż Ślązacy się w prostej linii od Bojów i Silingów wywodzą. Komuś pewnie zaraz przyjdzie do głowy pomysł, a skoro mamy autonomię, to się możemy przecież uniezależnić. No i będzie referendum odnośnie secesji. Sterowane przez BND przejdzie. A co w dalszej kolejności? Jak już Śląsk będzie niepodległy, to rozpuści się famę, iż lepiej wyjdzie, jak stanie się częścią Rzeszy Niemieckiej. No i taki będzie koniec. Wszystko zostanie załatwione bez jednego wystrzału...
Musimy wiedzieć, że państwa ościenne, a zwłaszcza te o aspiracjach imperialnych, widzą u nas swoje interesy. Rosja i Niemcy najchętniej by nas podzieliły między sobą tak, żeby jakiś przyszły Joachim von Ribbentrop mógł stwierdzić, że wreszcie znikła dzieląca je od wieluset lat granica. A zatem, nie pozwólmy się uczynić drugą Jugosławią!
Weźmy pod uwagę położenie byłej Jugosławii. To są tereny Bałkanów znajdujące się między Azją a Europą, zatem ze strategicznego punktu widzenia ważne, jeżeli chciałoby się na przykład kontrolować handel w tamtym regionie. Zatem warto wywoływać tam burdy.
A teraz spójrzmy na nasz kraj. Też się znajdujemy w ciekawym miejscu, ponieważ w środku Europy. Jeszcze w dodatku na Niżu Środkowoeuropejskim. Nic zatem dziwnego, skoro przez tysiąc lat toczone były tutaj wojny. A to ze wschodu, a to z zachodu ciągle nas chcieli podbić. Powód jest jeszcze jeden; zajmujemy strategiczną pozycję na mapie Europy, zajęcie naszych ziem wiązałoby się z wieloma korzyściami.
Mamy też pewną analogię do Jugosławii. Niby w kraju, który po drugiej wojnie światowej stał się praktycznie monoetniczny, nie powinno być ruchów rozbijackich, dążących do autonomii. W zasadzie zdrowo myślący człowiek nie powinien o to Polski podejrzewać. Przecież to nie Hiszpania z krajem Basków i Katalonią! A jednak. Na Śląsku działa taka jedna organizacja, która ubzdurała sobie, że mieszkańcy tej ziemi stanowią odrębną nację. Jest to tak zwany RAŚ. Tłumacząc akronim, Ruch Autonomii Śląska. Dąży ona właśnie do tego. To jest jej cel. Ludzie z tym związani chcą, aby postrzegać ich jako odrębną nację tak, jak dzieje się to w przypadku Basków. A ja jakoś nie słyszałem (czyżbym był ciemną prawicową masą?), żeby Ślązacy mówili jakimś praindoeuropejskim dialektem najbardziej podobnym do języka starożytnych Hurytów (twórców między innymi państwa Mitanni). Taki jest przypadek Basków. Z jednej strony taki RAŚ mnie najnormalniej w świecie śmieszy. Teoretycznie mógłbym sobie wybrać ludzi, osiedlić się gdzieś, nauczyć wszystkich mówić esperanto albo po łacinie, ogłosić się panem i władcą na jakiejś ziemi i zarządać autonomii. To jest identyczny przypadek. Z drugiej strony tego typu organizacja jest niebezpieczna z punktu widzenia bezpieczeństwa i integralności terytorialnej państwa polskiego.
Jak wyżej napisałem, kraje, z którymi graniczymy, mają sprzeczne z naszymi interesy geopolityczne. Niemcy na przykład zawsze dążyły do wchłonięcia obszarów zachodniej Polski, od początków naszej historii tak było. Istnienie więc organizacji dążącej do autonomii Śląska jest bardzo na rękę. Opłaca im się wspierać taką cudaczną organizację. Tak się dzieje. Na zebraniach BdV Herbert von Hupka mówił wielokrotnie, że Śląsk jest częścią Niemiec, a jego mieszkańcy to ludność pochodzenia germańskiego, więc narodowości niemieckiej. Nie wykluczony jest związek RAŚ z wymienioną wyżej postnazistowską organizacją. Trzeba się więc zastanowić skąd ta rozbijacka organizacja ma pieniądze, bo być może płyną one szerokim strumieniem z Niemiec. Zwrócić należy przy okazji wypowiedzi członków tejże struktury.
Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ, miał stwierdzić: Jestem Ślązakiem, a nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo zwane Rzeczpospolita Polska, którego jestem obywatelem odmówiło mi i moim kolegom prawa do samookreślenia i dlatego nie czuje się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa, dalej cytuje premiera Davida Lloyd George, iż przyłączyć Górny Śląsk do Polski to tak, jakby małpie dać zegarek. Parafrazuje również tą wypowiedź: Po 80 latach, widać, że małpa zegarek zepsuła. Członkowie RAŚ bronią również Hakaty i Komisji Kolonizacyjnej, twierdząc jakoby te miały walczyć z polskim nacjonalizmem. Twierdzili również, iż po drugiej wojnie światowej istniały polskie obozy koncentracyjne. Zgłaszali protest w sprawie zmiany nazwy obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu na "Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady 1940-45" ze względu na to, że w latach 1945-48 mieścił się tam komunistyczny łagier.
No i czy pewne wypowiedzi nie pozwalają zaliczyć tych ludzi do zdrajców? Na razie to są tylko poszlaki. Jak wyżej pisałem, mogą być oni opłacani przez postnazistowski BdV. Istnieje również prawdopodobieństwo, że RAŚ jest prowokacją zorganizowaną przez niemiecki wywiad BND. W każdym razie tą organizacją powinien zainteresować się wywiad i ją intensywnie infiltrować. Jeżeli zostaną udowodnione związki z BND i BdV winna zostać zdelegalizowana. Co mówi w tej sprawie kodeks karny. Wystarczy rzucić okiem na Rozdział XVII Przestępstwa przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 127 §1 mówi, iż jeżeli dana działalność ma na celu pozbawienie niepodległości lub oderwanie części obszaru, to kara za tą działalność jest od 10 lat wzwyż do dożywocia. Jeżeli się czyni same przygotowania ku temu, to podlega się karze 3 lat pozbawienia wolności (§2). Spójrzmy również na Art.130 §1: osoby współpracujące z wywiadami obcych państw podlegają karze od roku do 10 lat pozbawienia wolności. Co z tego wynika? Primo: w Polsce nie ma kary śmierci za takie przestępstwa, więc to, co może spotkać potencjalnych kryminalistów w tym zakresie, to jest nic. Secondo: w razie czego przywódcy RAŚ otrzymają dożywocie bez możliwości warunkowego wyjścia.
Moim zdaniem są to mimo wszystko niemieckie pachołki, których głównym celem jest przyłączenie Śląska do Rzeszy. Można zakładać, że to są ludzie chorzy psychicznie albo intelektualnie ułomni, dlatego plotą takie farmazony w publicznych środkach przekazu. Lecz aby tak myśleć, trzeba być niepoprawnym optymistą. Nie mamy tutaj do czynienia z idiotami. To są opłacani najemnicy przez BND, których misją jest sianie w Polsce, a w szczególności na Śląsku, zamętu. Ponieważ nasz kraj w ostatnim dziewiętnastoleciu był praktycznie pozbawiony ochrony kontrwywiadowczej, stał się dla wywiadów obcych państw otwartą księgą. Z tego powodu łatwiej organizować na naszym terenie różne prowokacje, które zwodzą część rodaków. RAŚ w każdym razie może przykrywką dla działalności niemieckiego wywiadu służącą do tego, aby część Ślązaków przeszła na niemiecką stronę.
Widzę, że jesteśmy bardzo naiwni, ponieważ nie dostrzegamy niepokojących sygnałów. To tak jak w przypadku choroby nie dostrzec pierwszych symptomów; potem może być już za późno. Przypadek ten jest identyczny. Nie myślmy, że Niemcy nie chcą mieć w przyszłości supremacji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Rok 1945 nie był końcem ich imperialnych aspiracji. Tyle że teraz są inne niż militarne środki. Wiele rzeczy może załatwić wywiad, prowadząc dezinformację na terenach wroga, wmawiając mu, że wszystko jest w najwyższym porządku. A tak wcale nie jest. A teraz zastanówmy się, co spotka Kosowo. Ludność jest tam w większości pochodzenia albańskiego, więc po jakimś czasie teren przypadnie Albanii. Identycznie może być w przypadku Śląska. Jeżeli już będzie autonomia, to oni zaczną rządać, aby mogli nauczać historii po swojemu i wmawiać dzieciom od małego androny o polskim nacjonalizmie, że David Lloyd George chciał dobrze, a może, iż Ślązacy się w prostej linii od Bojów i Silingów wywodzą. Komuś pewnie zaraz przyjdzie do głowy pomysł, a skoro mamy autonomię, to się możemy przecież uniezależnić. No i będzie referendum odnośnie secesji. Sterowane przez BND przejdzie. A co w dalszej kolejności? Jak już Śląsk będzie niepodległy, to rozpuści się famę, iż lepiej wyjdzie, jak stanie się częścią Rzeszy Niemieckiej. No i taki będzie koniec. Wszystko zostanie załatwione bez jednego wystrzału...
Musimy wiedzieć, że państwa ościenne, a zwłaszcza te o aspiracjach imperialnych, widzą u nas swoje interesy. Rosja i Niemcy najchętniej by nas podzieliły między sobą tak, żeby jakiś przyszły Joachim von Ribbentrop mógł stwierdzić, że wreszcie znikła dzieląca je od wieluset lat granica. A zatem, nie pozwólmy się uczynić drugą Jugosławią!
Etykiety:
BND,
geopolityka,
Kosowo,
Niemcy,
Polska,
quislingowcy,
RAŚ,
Śląsk,
zdrajcy
czwartek, 3 lipca 2008
Stracone możliwości
Kiedyś zastanawiałem się nad tym, co powinniśmy byli zrobić przed drugą wojną światową, aby nie doprowadzić do zbrojnego starcia. Doszedłem wówczas do wniosku, że powinniśmy dogadać się z Niemcami i wstąpić do paktu antykominternowskiego. Wówczas w razie wojny ze Związkiem Radzieckim Trzecia Rzesza opanowałaby państwa bałtyckie, a Polska zajęłaby obszary Białorusi i Ukrainy uzyskując przy tym dostęp do Morza Czarnego. Kto wie, czy wówczas wschodnia granica nie rozciągałaby się jeszcze dalej na wschodzie niż w XVII w. i czy nie byłaby zbliżona raczej do wschodniej rubieży Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sam pomysł takiego sojuszu byłby niezły, ponieważ ZSRR zostałby prawdopodobnie pokonany, a Trzecia Rzesza wykrwawiłaby się na zachodzie w walce z demoliberalizmem; pewnie Stany Zjednoczone zostałaby jakoś do tej wojny wkręcona, w końcu koncepcje izolacjonistyczne w latach dwudziestych praktycznie tam upadły. Ostatnimi czasy przemyślałem sobie całą sprawę na nowo, no i doszedłem do wniosku, że istniała jeszcze lepsza możliwość niż wchodzenie w pakt z diabłem, czyli z Trzecią Rzeszą. A mianowicie, o co mi tutaj chodzi.
Przecież spokojnie moglibyśmy dogadać się z Japonią pod koniec lat dwudziestych. Nie należało kombinować z Międzymorzem, ta koncepcja ministra Becka skazana była na porażkę. Poszczególne państwa wytworzone z upadku imperiów - kaiserowskich Niemiec, carskiej Rosji i Austro-Węgier, były ze sobą skłócone i skonfliktowane. Weźmy pod uwagę chociażby nasz kraj. Mieliśmy konflikt z Litwą od czasów buntu Żeligowskiego o ziemie Wileńszczyzny. Również z Czechosłowacją stosunki były napięte ze względu na Zaolzie i nie tylko. Punktem spornym była również Spisz. Biorąc pod uwagę inne państwa, to na przykład Węgry straciły Siedmiogród, wyrażały pretensje w stosunku do części Słowacji i Austrii. Tego typu sytuacje można mnożyć. Międzymorze będące przeciwwagą zarówno dla imperializmu niemieckiego jak sowieckiego było utopią. Mogliśmy zatem podpisać pakt z Krajem Kwitnącej Wiśni o współpracy militarnej. Co by z tego wynikało?
Pierwsza rzecz, to należy spojrzeć, z jakim państwem my wtedy mieliśmy około 1500 kilometrów wschodniej granicy. Był to Związek Radziecki, który nie ukrywał, że miał chrapkę na nasze ziemie, a nawet na rządzenie całym światem. Japonia również graniczyła z nim, mając na Sachalinie granicę lądową oraz między Kurylami i Kamczatką granicę morską. Poza tym Kraj Kwitnącej Wiśni chciał się stać dominującym imperium w regionie i dążył do podbicia ziem, na których znajdowało się mnóstwo zasobów. A przecież wiemy ile na rosyjskim Dalekim Wschodzie wydobywa się surowców. A teraz dokonajmy takiej symulacji. Co by się stało, gdyby nas zaatakował Związek Radziecki. My oczywiście dajemy mu odpór. Równocześnie dochodzi do ataku armii japońskiej na obiekty znajdujące się na wschodniej Syberii. Opanowana zostaje Kamczatka, Sachalin, Kraj Ussuryjski oraz znaczna część wybrzeża. W kilku miejscach przedziera się głębiej, nawet do Czyty jak podczas rewolucji październikowej. ZSRR zostaje zmuszony wycofać wojska z terenów Polski i przerzucić je na Daleki Wschód. Zwróćmy uwagę w jakiej sytuacji była wówczas Japonia. Dążyła do pozyskania ziem, na których znajdowały się poszczególne surowce, więc raczej nie byłoby łatwo wyrzucić Japończyków z tych ziem. Wojna na Pacyfiku to byłoby nic, przy tym co działoby się na wschodniej Syberii i przy znajomości bojowej gorliwości japońskich żołnierzy. Tak samo w razie napaści na japońskie tereny, my powinniśmy opanować resztę Białorusi, znaczne tereny Ukrainy, a nawet pójść na Moskwę... Jaki jest zatem z tego wniosek. ZSRR znalazłby się w szachu i nie mógłby nic zrobić. Byłby wyłączony z ewentualnego konfliktu. Nie sprawdziłoby się w tym wypadku twierdzenie wybitnego geopolityka Studnickiego-Gizberta, że w razie napaści Niemiec, automatycznie dojdzie do ataku sowieckiego. W tym wypadku ZSRR nie mógłby uderzyć, a bez tego Niemcy tak łatwo nie daliby nam rady. Blitzkrieg bardzo by się przedłużył, a my teoretycznie moglibyśmy jeszcze armię niemiecką odeprzeć.
Dochodzimy tutaj do drugiego aspektu. Współpraca militarna nie zawiera się tylko na zapewnieniach o wzajemnej pomocy między państwami. Teoretycznie moglibyśmy Japończykom sprzedać trochę swojej broni ręcznej, którą oni mieli akurat słabą, a od nich kupić samoloty i okręty podwodne - te akurat bardzo dobre, aby uzupełnić braki w sprzęcie we własnej armii. Przecież pieniądze wykorzystane na budowę COP można by spokojnie wydać na wojska lądowe i marynarkę wojenną. Jeżeli nie bylibyśmy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości Łosi i Karasi moglibyśmy zakupić samoloty marki Mitsubishi. Założę się, że wówczas wrzesień roku 1939 wyglądałby zupełnie inaczej. Przyjmijmy jeszcze, że obok tego mielibyśmy odpowiednie ilości broni przeciwlotniczej (jak karabin maszynowy Szczeniak) i przeciwpancernej (chociażby sławetny Ur), to tym bardziej. Wtedy to my zdobylibyśmy Berlin, a nie Niemcy Warszawę.
Wiadomo, że polityka socjaldemokratycznych mięczaków Bluma i Chamberlaina określana mianem appeasment doprowadziłaby do skierowania ekspansji Trzeciej Rzeszy na wschód. Tylko że w razie mocniejszego sojuszu z Japonią, Niemcy dostałyby bardzo mocne lanie. Inna byłaby teraz pozycja Polski na świecie i w Europie. Bylibyśmy krajem o powierzchni zbliżonym do Francji, ponieważ od Niemiec należałoby wysępić ziemie Polski piastowskiej jak również część tych, które były zajmowane w czasach pierwszych Piastów przez plemiona słowiańskie. Tak więc na zachodzie sięgalibyśmy dalej niż obecnie.
Niestety, tego typu szanse po prostu zaprzepaściliśmy. Nie można odmówić sanacyjnemu rządowi, że nie chciał dla Polski dobrze. Nie dostrzegał jednak wielu istotnych rzeczy, w efekcie straciliśmy bardzo wiele możliwości. A teraz nam się to będzie odbijać czkawką aż do końca naszej historii...
Przecież spokojnie moglibyśmy dogadać się z Japonią pod koniec lat dwudziestych. Nie należało kombinować z Międzymorzem, ta koncepcja ministra Becka skazana była na porażkę. Poszczególne państwa wytworzone z upadku imperiów - kaiserowskich Niemiec, carskiej Rosji i Austro-Węgier, były ze sobą skłócone i skonfliktowane. Weźmy pod uwagę chociażby nasz kraj. Mieliśmy konflikt z Litwą od czasów buntu Żeligowskiego o ziemie Wileńszczyzny. Również z Czechosłowacją stosunki były napięte ze względu na Zaolzie i nie tylko. Punktem spornym była również Spisz. Biorąc pod uwagę inne państwa, to na przykład Węgry straciły Siedmiogród, wyrażały pretensje w stosunku do części Słowacji i Austrii. Tego typu sytuacje można mnożyć. Międzymorze będące przeciwwagą zarówno dla imperializmu niemieckiego jak sowieckiego było utopią. Mogliśmy zatem podpisać pakt z Krajem Kwitnącej Wiśni o współpracy militarnej. Co by z tego wynikało?
Pierwsza rzecz, to należy spojrzeć, z jakim państwem my wtedy mieliśmy około 1500 kilometrów wschodniej granicy. Był to Związek Radziecki, który nie ukrywał, że miał chrapkę na nasze ziemie, a nawet na rządzenie całym światem. Japonia również graniczyła z nim, mając na Sachalinie granicę lądową oraz między Kurylami i Kamczatką granicę morską. Poza tym Kraj Kwitnącej Wiśni chciał się stać dominującym imperium w regionie i dążył do podbicia ziem, na których znajdowało się mnóstwo zasobów. A przecież wiemy ile na rosyjskim Dalekim Wschodzie wydobywa się surowców. A teraz dokonajmy takiej symulacji. Co by się stało, gdyby nas zaatakował Związek Radziecki. My oczywiście dajemy mu odpór. Równocześnie dochodzi do ataku armii japońskiej na obiekty znajdujące się na wschodniej Syberii. Opanowana zostaje Kamczatka, Sachalin, Kraj Ussuryjski oraz znaczna część wybrzeża. W kilku miejscach przedziera się głębiej, nawet do Czyty jak podczas rewolucji październikowej. ZSRR zostaje zmuszony wycofać wojska z terenów Polski i przerzucić je na Daleki Wschód. Zwróćmy uwagę w jakiej sytuacji była wówczas Japonia. Dążyła do pozyskania ziem, na których znajdowały się poszczególne surowce, więc raczej nie byłoby łatwo wyrzucić Japończyków z tych ziem. Wojna na Pacyfiku to byłoby nic, przy tym co działoby się na wschodniej Syberii i przy znajomości bojowej gorliwości japońskich żołnierzy. Tak samo w razie napaści na japońskie tereny, my powinniśmy opanować resztę Białorusi, znaczne tereny Ukrainy, a nawet pójść na Moskwę... Jaki jest zatem z tego wniosek. ZSRR znalazłby się w szachu i nie mógłby nic zrobić. Byłby wyłączony z ewentualnego konfliktu. Nie sprawdziłoby się w tym wypadku twierdzenie wybitnego geopolityka Studnickiego-Gizberta, że w razie napaści Niemiec, automatycznie dojdzie do ataku sowieckiego. W tym wypadku ZSRR nie mógłby uderzyć, a bez tego Niemcy tak łatwo nie daliby nam rady. Blitzkrieg bardzo by się przedłużył, a my teoretycznie moglibyśmy jeszcze armię niemiecką odeprzeć.
Dochodzimy tutaj do drugiego aspektu. Współpraca militarna nie zawiera się tylko na zapewnieniach o wzajemnej pomocy między państwami. Teoretycznie moglibyśmy Japończykom sprzedać trochę swojej broni ręcznej, którą oni mieli akurat słabą, a od nich kupić samoloty i okręty podwodne - te akurat bardzo dobre, aby uzupełnić braki w sprzęcie we własnej armii. Przecież pieniądze wykorzystane na budowę COP można by spokojnie wydać na wojska lądowe i marynarkę wojenną. Jeżeli nie bylibyśmy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości Łosi i Karasi moglibyśmy zakupić samoloty marki Mitsubishi. Założę się, że wówczas wrzesień roku 1939 wyglądałby zupełnie inaczej. Przyjmijmy jeszcze, że obok tego mielibyśmy odpowiednie ilości broni przeciwlotniczej (jak karabin maszynowy Szczeniak) i przeciwpancernej (chociażby sławetny Ur), to tym bardziej. Wtedy to my zdobylibyśmy Berlin, a nie Niemcy Warszawę.
Wiadomo, że polityka socjaldemokratycznych mięczaków Bluma i Chamberlaina określana mianem appeasment doprowadziłaby do skierowania ekspansji Trzeciej Rzeszy na wschód. Tylko że w razie mocniejszego sojuszu z Japonią, Niemcy dostałyby bardzo mocne lanie. Inna byłaby teraz pozycja Polski na świecie i w Europie. Bylibyśmy krajem o powierzchni zbliżonym do Francji, ponieważ od Niemiec należałoby wysępić ziemie Polski piastowskiej jak również część tych, które były zajmowane w czasach pierwszych Piastów przez plemiona słowiańskie. Tak więc na zachodzie sięgalibyśmy dalej niż obecnie.
Niestety, tego typu szanse po prostu zaprzepaściliśmy. Nie można odmówić sanacyjnemu rządowi, że nie chciał dla Polski dobrze. Nie dostrzegał jednak wielu istotnych rzeczy, w efekcie straciliśmy bardzo wiele możliwości. A teraz nam się to będzie odbijać czkawką aż do końca naszej historii...
Etykiety:
geopolityka,
historia,
historia alternatywna,
Japonia,
komunizm,
nazizm,
Niemcy,
Polska,
ZSRR
Subskrybuj:
Posty (Atom)