Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minarchizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minarchizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2011

Po dłuższym namyśle

Na jakiś czas byłem zmuszony zawiesić bloga, ponieważ miałem inne sprawy na głowie. Mam nadzieję, że teraz w miarę regularnie będę publikować nowe teksty, jak również, że przez ten okres pióro za bardzo mi się nie stępiło

W ostatnim czasie nie miałem czasu na zajmowanie się teorią polityki. Zresztą, zdecydowanie wolę badanie różnych przejawów życia na Ziemi od tego... Bez czytania różnych blogowych artykułów w czasie, gdy nie zajmowałem się filozofią polityki, mogłem dokonać pewnych przemyśleń i uogólnień. Nie oznacza to jednak, że złagodniałem i odszedłem od skrajnej prawicowości. Powiem więcej, w niektórych aspektach stałem się zdecydowanie bardziej radykalny.

Swego czasu doszedłem do wniosku, że socjalizm prowadzi do totalitaryzmu, o ile sam nie stanowi łagodniejszej wersji tego systemu. W końcu Trzecia Rzesza czy ZSRR cechowały się skrajnym interwencjonizmem i etatyzmem. Konserwatyzm natomiast prowadzi do pewnej formy autorytaryzmu, co jest w tą ideologię niejako wpisane jako implikacja hierarchicznego układu społeczeństwa. Ergo: prawdziwie konserwatywne państwo nie może być demokratyczne. To bowiem z kolei na fali roszczeniowych postulatów pewnych grup społecznych doprowadzi do lewicowości zarówno w aspekcie ekonomicznym, jak i obyczajowym. Demokrację należy znieść albo mocno ograniczyć, jako kompromisowy wariant widziałem cenzusy. W ramach dyskusji o tym sądziłem, że powinno się odbudować system autorytarny, niekoniecznie oparty na osobie króla. Wystarczyłby światły dyktator. Pewni bloggerzy zgłaszali zastrzeżenia dotyczące tego sposobu rządzenia. Artur Nicpoń sądził, że coś takiego przetrzyma góra kilkadziesiąt lat, a potem przyjdzie fala zepsucia, jakiej nigdy nie widzieliśmy. Podawał przykład Hiszpanii za czasów Zapatero, w której po Franco nic w zasadzie nie zostało poza dyskusją na temat jego osoby. Mój ówczesny interlokutor uznał, że zadziała tu mechanizm akcja-reakcja. Dixi, inny blogger zaangażowany w ową debatę, uważał, że ani demokracja, ani autorytaryzm nie są idealne, wolał jednak szukać ulepszeń państwa demokratycznego.

W końcu i ja się zacząłem zastanawiać, czy w sumie projekt prawicowego autorytaryzmu nie jest romantyczno-nostalgiczną próbą wskrzeszania przeszłości. Czy mamy bowiem ku temu środki? Poza tym, czy ludzie za bardzo nie przyzwyczaili się do swobód demokratycznych, które im całkowicie zakrywają socjalistyczne ubezwłasnowolnienie? Czy w ogóle taki projekt w obecnym układzie ma szansę wypalić? W tym miejscu jedno jestem w stanie przyznać: gdyby do czegoś takiego miało dojść, ja poparłbym. Wystarczyłoby mi na czas znacznego ułamka mojego życia zepchnięcie lewicy do cienia. Czy - w nawiązaniu do powyższych pytań - wytrzymałoby to próbę czasu? Po dłuższym namyśle doszedłem, że nie.

Co zatem należałoby zrobić? Mój wniosek był następujący: abyśmy chcieli żyć w miejscu, gdzie na dłuższą metę obowiązują reguły gry określane mianem prawicowych, potrzebujemy radykalizacji w kierunku ekonomicznym. Nic innego jak libertarianizm. Obecne państwo nie jest dobrym środkiem ku temu. Należy dążyć zatem do jego całkowitej dekonstrukcji. Kiedyś skrytykowałem libertarianizm, ponieważ rozumowałem mimo wszystko w etatystycznych kategoriach. Teraz uznałem, że należy ten sposób rozumowania oparty na państwie, jakie mamy teraz, odrzucić.

Wyjaśnienie tego faktu jest proste. Państwo, jakie mamy obecnie, jest idealnym miejscem dla rozkwitu różnych ideologii lewicowych. Tak naprawdę istnieją one i zyskują poparcie dzięki gargantuicznemu rozrostowi państwowego aparatu biurokratycznego. Zauważmy, że lewica liberalna światopoglądowo nie chce przyjąć do faktu, żeby państwa było mniej, a tyle zrzędzą o wolności jednostki. Oni nie wyobrażają sobie, żeby media nie były koncesjonowane oraz przynajmniej częściowo państwowe. Przez myśl im nie przejdzie również, żeby szkolnictwo było niezależne od państwa. Tutaj sprawdza się słynna maksyma świętej pamięci Kisiela: "Socjalizm walczy z problemami nie istniejącymi w żadnym innym ustroju". Tak samo muszą sobie zdawać sprawę, że rozbudowany system świadczeń społecznych nie tyle gwarantuje im roszczeniowy elektorat, ale to, że ich idee mogą się w społeczeństwie rozprzestrzeniać. Nie od dzisiaj wiadomo, że państwowe ubezpieczenie zdrowotne powoduje erozję instytucji rodziny. Po co bowiem starać się wychowywać dzieci, jeżeli na starość nie umrzemy pod płotem dzięki jakiemuś tworowi analogicznemu do ZUS-u? Po co się również troszczyć o dziadków? Socjalizm generalnie prowadzi do atomizacji społeczeństwa. Nie wierzę, że ci lewicowcy nie zdają sobie z takich rzeczy sprawy. Chyba, że "pożyteczni idioci" w systematyce Włodzimierza Ijicza, "uświadomionych" o taką niewiedzę bym nie podejrzewał. Wniosek jest zatem bardzo prosty. Lewica do życia potrzebuje państwa w obecnym kształcie i im to państwo bardziej redystrybutywne tym lepiej dla niej.

Znany co poniektórym lewicowy blogger Quasi krytykował kiedyś elGuapo za "anarchokapitalistyczne rezerwaty". Tak to przynajmniej określał. Chodziło tam o to, żeby dokonać demontażu obecnego państwa, żeby społeczeństwo było całkowicie katalaktyczne. Część grup w jego obrębie miało uzyskiwać dominację na danym obszarze. Scenariusz ten opisał Robert Nozick w swoim dziele Anarchia, państwo i utopia. Finalnym skutkiem miało być państwo ultraminimalne, które nawet nie jest redystrybutywne, podatki (jako świadczenia pięniężne bądź czynności wykonywane na rzecz państwa) jako dobrowolne. Jeżeli dana jednostka ma odmówić płacenia podatków na danym obszarze, to musi przestrzegać reguł panującym na tym rewirze, ale bronić się i chronić swojej własności sama. ElGuapo dodał tutaj jeszcze jedną rzecz - odpowiednią obyczajowość.

Do analogicznych wniosków doszedłem ja podczas moich przemyśleń. Nie jakieś restauracyjno-nostalgiczne projekty w stylu Wielomskiego. Obecną rzeczywistość bowiem należałoby całkowicie wywrócić, żeby doprowadzić do społeczeństwa katalaktycznego. Wówczas jak będzie się przedstawiać dynamika takiego układu. Ludzie zróżnicują się w grupy o różnej obyczajowości, podejrzewam również, że znajdzie się nie jeden socjalistyczny folwark. Te, które wykazują libertyńską etykę i/lub niewydolną ekonomię, stopniowo będą przegrywały konkurencję z tymi konserwatywnymi z pełną wolnością w gospodarowaniu swoją własnością. Po jakimś czasie powstaną państwa ultraminimalne - jak w scenariuszu Nozicka - które będą jednocześnie konserwatywne.

Pewni skrajni prawicowcy mogą być oburzeni takim tokiem rozumowania. Ale czy nie uznają oni państwa zdecentralizowanego i organicznego? Właśnie w takiej rzeczywistości, jak wyżej opisuję, mogłoby ono zaistnieć. Tak samo rzecz ma się z układem monarchistyczno-arystokratycznym. Zawsze w historii bywało tak, że warstwa możnowładców czy szlachty wywodziła się z osób mogących zadbać o bezpieczeństwo na danym terenie. Zatem - jak widać - można spokojnie pogodzić model minarchistyczny z wykładnią konserwatywną.

Uległem zatem radykalizacji w kierunku ekonomicznym. W takim świecie dosłownie wszystko byłoby prywatne. Wszelkie przedsiębiorstwa, ubezpieczenia, edukacja, leśnictwo, również wszelkie zasoby naturalne, włączając w to atmosferę. Nie istniałoby coś takiego jak bank centralny, emisja waluty byłaby całkowicie prywatna, a sama waluta oparta na parytecie. Nawet zapewnianie bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego byłoby sprywatyzowane, ponieważ armia, policja i sądownictwo na danym obszarze będą czyjąś własnością. Problemy, które wcześniej istniały w socjalizmie, w sposób naturalny zanikłyby.

Ten scenariusz może zostać uznany za mało prawicowy. Tak jednak nie jest, mógłby być uznany spokojnie za far right. Lewica bowiem to projektowanie społeczeństwa na desce kreślarskiej. Prawica zawsze praktyki inżynierii społecznej odrzucała. Powyższy scenariusz zatem siłą rzeczy mieści się w tej drugiej.

piątek, 5 września 2008

W odpowiedzi Tygrysowi - o państwie

Wczoraj na Niepoprawnych wywiązała się dyskusja między mną a Tygrysem. Zostałem uznany za swoistego rodzaju anarchistę. Skrytykowałem źle rozumiany solidaryzm społeczny, który jest w gruncie rzeczy socjaldemokratycznym państwem opiekuńczym. Otrzymałem ripostę, że jestem właśnie anarchistą, wrogiem organizacji, bo na tym polega państwo (zdaniem Tygrysa). Mój interlokutor przy okazji źle mnie zrozumiał, ponieważ uznał, że zaliczyłem go do socjalistów. Owszem, część libertarian (na przykład Hans Hermann Hoppe) uważają, że socjalizm będzie dopóki, dopóty istnieją byty państwowe. Wielu anarchokapitalistów uważa, że to reprezentowany przez nich pogląd jest jedyną prawdziwą konsekwencją libertarianizmu i odrzuca minarchizm. Dokonują oni jednak w tym wypadku semantycznego nadużycia. Socjalizm jest systemem dotyczącym jedynie sposobu dystrybucji dóbr, a nie całości państwa. Zauważyłem, że w podobny sposób mógł rozumować mój interlokutor. Cała ta dysputa zachęciła mnie do przedstawienia moich poglądów na naturę państwa.

Tygrys zarzucił mi wyznawanie libertariańskiego credo, że państwo jest ultymatywnym złem, któremu należy maksymalnie ograniczać kompetencje, a najlepiej je zlikwidować. Nie zgadzam się z tym poglądem reprezentowanym przez Nocka, Rothbarda i innych libertarian. A dlaczego? Należy się tutaj zastanowić, a po co w ogóle istnieje państwo i jakie są alternatywy w stosunku do niego. Otóż jeżeli nie mamy bytu państwowego, to powinniśmy mieć katalaksję i wspomniany już wyżej anarchokapitalizm. Ale czy taka społeczność jest w stanie sobie poradzić z wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami? Można argumentować, że katalaksja może być silna albo słaba w zależności od tego, jak ludzie są zahartowani. Społeczność katalaktyczna nie jest się w stanie obronić praktycznie przed zewnętrznym wrogiem. Ten może uzależnić ją całkowicie od siebie, a następnie stopniowo połykać krok po kroku. Nie sprawi mu wielkiego problemu sianie zamętu wśród samych członków tego typu społeczności i napuszczanie na siebie różnych frakcji. W efekcie w końcu taka anarchokapitalistyczna społeczność zostanie podbita. Powiedzmy sobie szczerze, na kilkaset lat przed ukuciem terminu libertarianizm najbardziej radykalne jego tezy zostały zweryfikowane. Przecież Irlandia została w końcu podbita przez Anglię, Islandia przez Norwegię, a Słowianie połabscy przez Niemcy. Zatem anarchia kapitalistyczna jako sposób organizacji społeczeństwa odpada.

Dochodzimy zatem do podstawowych funkcji państwa. Musi ono zapewniać bezpieczeństwo na danym obszarze. W razie najazdu ktoś powinien obronić terytorium przed napastnikiem. Poza tym pamiętać należy słynną myśl von Clausevitza, że wojna jest przedłużeniem dyplomacji. Zadania obrony terytorialnej lub zagarniania innych obszarów -przecież jak jakieś inne państwo notorycznie się podkłada, opanowanie go to czysty pragmatyzm - należą do armii. Obok tego musimy zapewnić bezpieczeństwo na obszarze samego państwa. Tym mają się zajmować policja i sądy. Obok państwowych usług świadczonych w tym zakresie można sobie wyobrazić jeszcze instytucję łowców nagród, którzy polowaliby na przestępców, oraz formę prywatnego sądownictwa w formie arbitrażu. Przy okazji poprawiłaby się jakość świadczenia wyżej wymienionych usług. Do zapewniania bezpieczeństwa należy również więziennictwo. To może być częściowo prywatne tak, jak na przykład jest w USA.

Cały aparat represji to jednak nie jest wszystko, aby państwo mogło się utrzymać na powierzchni. Tak więc odpada nam następna forma libertarianizmu w postaci minarchizmu. Również część gałęzi gospodarki ma znaczenie strategiczne, a wypuszczanie ich stanowi grę w rosyjską ruletkę. Weźmy pod uwagę na przykład sprawę bezpieczeństwa energetycznego. Gdyby Rosja wykupiła u nas całą energetykę wówczas stalibyśmy się w zasadzie państwem satelickim całkowicie uzależnionym od kaprysów aktualnego zarządcy Kremla. Żeby sprowadzić nas do przysłowiowego pionu, mógłby urządzić nam krótką demonstrację siły, jak to zdarzyło się kilka lat temu w przypadku Białorusi. Oczywiście, nie możemy na to pozwolić, ponieważ cała nasza polityka była wówczas sterowana zza pleców przez o wiele większego decydenta. Tańczylibyśmy wówczas, jak Rosja by nam zagrała i to we wszystkich aspektach prowadzenia polityki. Tak samo jest z przemysłem wydobywczym i zbrojeniowym. Ten pierwszy jest strategiczny z jednego podstawowego powodu. Wszystkie surowce energetyczne przecież wydobywa się z ziemi, jeżeli się takowe posiada, można myśleć o uzależnieniu się od dostaw z innych państw na dłuższy okres czasu. Przykładem jest chociażby możliwość wytwarzania z węgla benzyny syntetycznej. Strategiczną gałęzią jest również przemysł zbrojeniowy. Nie można być potęgą militarną, jeżeli wszelki sprzęt - od pistoletów samopowtarzalnych po okręty wojenne - kupuje się od większych decydentów. Wynika to z jednej podstawowej rzeczy. Nie ma czegoś takiego, jak wieczne sojusze w polityce. Pewne państwa, od których kupujemy mnóstwo militarnego sprzętu, mogą się na nas - kolokwialnie mówiąc - wypiąć i nałożyć embargo. No i co wtedy poczniemy? Strategiczną gałęzią gospodarki jest również bankowość. Przecież na przykład Margaret Thatcher zachowała ponad pięćdziesięcioprocentowe udziały w tym sektorze gospodarki. Wynika to również z zawirowań politycznych. Otóż, rząd jakiegoś państwa może sobie nie życzyć, żeby bank działający na jego terytorium udzielał nam pożyczek. Wynika to z czystego politycznego kapitalizmu tak samo, jak w przypadku energetyki, górnictwa czy przemysłu zbrojeniowego.

Mamy teraz kwestię infrastruktury. Państwo powinno budować drogi i połączenia kolejowe między największymi miastami. O resztę powinny dbać samorządy. One lepiej rozumieją swoje potrzeby niż jakiś centralny urząd. Wystarczy tutaj dokonać prostego eksperymentu myślowego, jaka droga ma bowiem priorytet, czy jakaś trasa Hajnówka-Białowieża, czy autostrada Warszawa-Gdańsk. Tak samo mamy w przypadku połączeń kolejowych. Trasa na przykład Warszawa-Wrocław jest ważniejsza niż połączenie Wrocław-Kudowa zdrój.

Państwo powinno również chronić środowisko naturalne. Owszem, należy skończyć z tymi limitami emisji dwutlenku węgla (czy jak zaleca IUPAC - ditlenku węgla), programami Natura2000 i wieloma innymi, które na dłuższą metę będą hamowały nasz rozwój gospodarczy. Chodzi tutaj o normalną ochronę środowiska, polegającą na przykład na ustalaniu limitów odłowów różnych zwierząt, jakie gatunki mają być chronione czy o wyjmowaniu części obszarów typu parki narodowe z działalności gospodarczej.

Czy państwo powinno zajmować się badaniami naukowymi? Tak, ale powinny być one związane ze strategicznymi dziedzinami przemysłu oraz armią. Wychodzi na to, że i tak prowadzone byłyby w państwowych ośrodkach prace z zakresu nauk przyrodniczych i technicznych, no i w niewielkim stopniu społecznych. Reszta powinna być na prywatnym rynku badawczym. W przypadku muzeów - generalnie powinny działać jak przedsiębiorstwa, ale jestem w stanie zgodzić się na wariant kompromisowy. Takie najważniejsze i największe powinny być państwowe, a pomniejsze winny znaleźć się w rękach prywatnych.

Obecnie ważnym orężem jest również informacja. Z tego powodu winna istnieć państwowa telewizja, która obiektywnie będzie przedstawiać fakty. Poprzez mass-media można urabiać ludzi tak, że nie będą widzieli oczywistych rzeczy i zachowywać się jak biologiczne automaty. Wrogie państwa mogą również wykorzystywać swoich agentów, żeby manipulować tłumami. Temu należy zatem starać się przeciwdziałać w taki sposób. Nie można podkładać się w wojnie informacyjnej.


A odnośnie całej reszty to powinna być ona prywatna. Rynek powinien zostać maksymalnie uwolniony - po prostu skończyć z tymi płacami minimalnymi, nadmiarem koncesji (zamiast ponad trzystu to kilkanaście), prawem antymonopolowym, przerostem fiskalizmu, skupami interwencyjnymi i wieloma innymi dziwnymi rzeczami. Żeby sprawnie zarządzać takim państwem wystarczyłoby tylko kilka resortów, zamiast prawie trzydziestu, które mamy obecnie.

Powyżej przedstawiłem, jakie powinny być kompetencje państwa. Jego podstawowe zadanie stanowi utrzymanie niezależności i niepodległości, z tego powodu państwo nie może ograniczać się tylko do aparatu represji, jak chcą orędownicy minarchizmu. Takie państwo będzie w sumie bezzębne i zależne całkowicie od fanaberii silniejszych graczy na arenie międzynarodowej. Na dłuższą metę przestanie ono istnieć. Kiedyś już poświęciłem tej sprawie jeden tekst. Tak więc, Tygrysie, czy zasługuję na miano anarchisty?

wtorek, 5 sierpnia 2008

Prawdziwie konserwatywna krytyka libertarianizmu

Wielu prawicowców za pewnymi dziełami po prostu szaleje i bardzo często się na nie powołuje. Rozumiem na przykład Tygrysa, który uwielbia Oswalda Spenglera. Ów historiozof, na którego tak często zwraca uwagę, bardzo wiele rzeczy wyjaśnił, jeśli chodzi o dynamikę rozwoju cywilizacji. Inni prawicowcy często przywołują dzieła twórców, z których tylko część można do tej formacji zaliczyć. Chodzi tutaj rzecz jasna o libertarian. Sam czasem powoływałem się na von Misesa, jeżeli chodzi o godzenie się indywidualizmu z zespołowością, konkretnie fragment z Ludzkiego działania. Nie znaczy, że uważam, iż wszystko co ten filozof i ekonomista napisał jest dobre. Tak samo jest w przypadku innych twórców wiązanych z libertarianizmem. Z drugiej strony wielu socjalistów wiązało mnie z tym kierunkiem myśli politycznej, mimo mojego krytycznego podejścia do wielu postulatów tej ideologii. Postanowiłem więc napisać stosowną krytykę libertaranizmu jako nurtu myśli politycznej.

We wstępie powinienem zaznaczyć, z jakiego punktu widzenia mam zamiar tego dokonać. Uważam siebie za konserwatystę typu burke'owskiego. Na upartego można mnie określać mianem konserwatywnego liberała. Uważam, że prywatyzacji powinny ulec wszystkie państwowe przedsiębiorstwa z wyjątkiem tych o znaczeniu strategicznym. Tak samo szkolnictwo, służba zdrowia, ubezpieczenia - moim zdaniem - winny być prywatne i dobrowolne. W kompetencjach państwa nie leży również opieka społeczna - od tego jest Kościół oraz fundacje typu Pajacyk, które i tak zajmują się lepiej potrzebującymi niż urzędnicy. Poza tym uważam, że zniesiona powinna być lwia część regulacji gospodarczych, żeby uwolnić rynek. Ograniczyć znacznie należy fiskalizm. Państwo nie może ciągnąć dziesięciu srok za ogon, bo źle na tym wychodzi. To jest pogląd stricte konserwatywny.

A co proponują libertarianie w tym zakresie? Chcą zmniejszyć, jak się da kompetencje państwa, albo w ogóle je zlikwidować. W tym punkcie ścierają się dwa odłamy myśli libertariańskiej. Pierwszym jest minarchizm, który zakłada, że państwo winno zajmować się zapewnianiem bezpieczeństwa na danym obszarze. Drugim jest anarchokapitalizm - według tego poglądu państwo należy w całości zdemontować i wtedy będzie można zaznać prawdziwej wolności. To są dwa główne nurty. Co prawda istnieją również poboczne, jak chociażby agoryzm, geolibertarianizm, ale nimi się nie ma, co zajmować. Są to praktycznie kosmetyczne modyfikacje tych dwóch głównych, w przypadku których dokonana zostanie dyskusja.

Anarchokapitalizm został wymyślony w latach pięćdziesiątych przez Karla Hessa oraz Murraya Newtona Rothbarda. System ten zakłada prywatyzację wszystkiego, co tylko jest, a przez to demontaż struktur państwa; w efekcie ma nie być podatków. Wszystko wygląda całkiem dobrze, ale tylko na papierze. Jak taka anarchokapitalistyczna społeczność miałaby się obronić przez atakiem z zewnątrz? Libertarianie-anarchokapitaliści często powołują się na wojnę partyzancką w Wietnamie. Jest to jednak przykład chybiony, ponieważ Amerykanie przegrali tą batalię przez mass-media. Gdyby rzucili więcej wojsk, to komunistyczny Wietnam Północny przegrałby z kretesem. Wiele przykładów historycznych pokazuje, że wojna partyzancka może ciągnąć się nawet kilkadziesiąt lat i bardzo rzadko zdarza się zwycięstwo. A zajęcie obszaru, który nie jest należycie chroniony, to betka. Pytanie następne: jak anarchokapitaliści ochroniliby się przed obcymi wywiadami. Przecież one mogłyby w takich anarchistanie siać straszliwy zamęt i napuszczać poszczególne frakcje na siebie z dziecinną łatwością. To ułatwiłoby jeszcze łatwiej podbój tych ziem. Założę się, że gdyby w Polsce zaprowadzono ustrój anarchokapitalistyczny, to bardzo szybko mielibyśmy granicę niemiecko-rosyjską na linii Wisły. System tego typu może się sprawdzić, co najwyżej na jakiejś niewielkiej wyspie lub na jakimś izolowanym obszarze na przykład wysoko w górach. Tam faktycznie, może organizacja anarchokapitalistyczna mogłaby się utrzymać. Jednakże w takim katalaktycznym społeczeństwie szybko wyłoniłyby się różne frakcje, które rządziłyby się po swojemu. W efekcie i tak powstałyby tam w końcu różne państwa, o ile wcześniej nie zostałoby to wszystko zajęte.

Utopijność anarchokapitalizmu pokazuje jeszcze przykład historyczny. Społeczności tego typu istniały w średniowieczu na terenie Irlandii i Islandii. A co się z nimi w efekcie stało? Islandia popadła bardzo szybko w zależność od Norwegii i została przez nią wchłonięta. Tereny Irlandii ostatecznie zostały opanowane przez Wielką Brytanię w XVII w. Podobnie rzecz miała się z Wieletami i Obodrzycami. Ostatecznie te plemiona połabskie zostały zajęte w XII w. przez Niemcy. Widać na tym przykładzie, że anarchokapitalizm nie jest w stanie się sprawdzić, ponieważ społeczeństwa czysto katalaktyczne zostają w końcu podbite przez te funkcjonujące w organizacji państwowej.

To w takim razie może minarchizm? Ten termin został ukuty przez Samuela L. Konkina w 1970 albo 1971 roku. Minarchizm zakłada ograniczenie funkcji państwa do zapewniania bezpieczeństwa na danym obszarze, czyli do armii, policji i sądownictwa oraz dobrowolność opodatkowania. Założenia te jednakże są całkowicie abstrakcyjne. Teoretycznie tego typu państwo byłoby bardzo łatwo uzależnić od siebie (na przykład energetycznie), a także poprzez prowadzenie odpowiedniej propagandy na jego obszarze doprowadzenie jego dekonstrukcji, a w efekcie przejęcie terytorium. Już samym uzależnionym państwem tego typu łatwo jest manipulować, wymuszając na nim odpowiednią politykę. W efekcie państwo nie jest niezależne, a w efekcie nie gwarantuje swoim obywatelom bezpieczeństwa. Teoretycznie ktoś mógłby taką minarchię napuścić na inne państwo, grożąc na przykład zaprzestaniem dostarczania ropy naftowej i gazu ziemnego, wydobycia węgla lub możliwością niesprzedania odpowiedniej ilości broni. Tak samo jest w innych dziedzinach polityki. Minarchia mogłaby sobie nie życzyć wprowadzenia przepisów dotyczących na przykład kastracji pewnych grup w społeczeństwie, lecz zostałaby do tego zmuszona do zmian w prawodawstwie na skutek wymienionych wyżej nacisków. I czy to jest gwarantowanie swoim mieszkańcom bezpieczeństwa? Można odpowiedzieć sobie samemu na to pytanie.

Niezależnie od dywagacji na temat minarchizmu czy anarchokapitalizmu, należy zwrócić jeszcze uwagę na totalną indyferencję obyczajową wielu odłamów libertarianizmu. W efekcie społeczeństwa nawet katalaktyczne mogłyby ulec rozkładowi i rozpadowi, w wyniku czego stałyby się łupem dla silniejszych przeciwników. Ta kastracja z powyższego eksperymentu myślowego to tylko skromny przykład. Ale aborcja i eutanazja dzielnie wspierane przez wielu libertarian bardzo szybko prowadzą do depopulacji, a co się wtedy dzieje? Następuje zastępowanie jednych grup innymi. Taki efekt mamy na przykład na zachodzie Europy. Takie libertariańskie społeczeństwa mogłyby bardzo szybko upaść, ponieważ zostałyby wchłonięte przez społeczności bardziej konserwatywne.

Brytyjski historyk i historiozof Arnold Toynbee wyróżnił swojego czasu futurystyczne systemy polityczne. Wśród nich znalazł się między innymi libertarianizm obok komunizmu i anarchokolektywizmu. No i czy w tym przypadku nie miał on racji?