Pewne rzeczy uchodzą za niepodważalne i oczywiste. Wryły się ludziom wręcz w podświadomość i oni nie potrafią sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie, gdyby one nie istniały. Doskonałym przykładem jest przymus edukacyjny czy szczepień. Negowanie tych kończy się posądzeniem o oszołomstwo. Interlokutorzy z reguły twierdzą, że z zaświatów powróciłaby czarna ospa oraz że panowałby analfabetyzm na poziomie 80%. Nie mówię już tutaj o argumentach na bazie Zeitgeist, że pewnych rzeczy są konsekwencją rozwoju we wszystkich płaszczyznach. Innym ewidentnym przypadkiem jest pewna państwowa instytucja wywodząca się jeszcze z czasów sanacji. To nic innego jak ZUS. Nie trzeba mówić iloma przekleństwami jest ona obrzucana przez każdego pracującego obywatela. Również sam akronim został rozwinięty na wiele sposobów - exemplum Zakład Udręki Społecznej lub Zakład Utylizacji Szmalu. Fakt, buduje sobie piękne budynki - w zasadzie pałace - wyłożone drogimi granitami. Jednego urzędnika w tej instytucji utrzymuje aż dziesięciu płatników. Otrzymywane zeń emerytury są głodowe. Legendarna stała się również samowolka tamtejszych urzędników; człowiek, który przyszedł o kulach do nich, nie otrzymał zasiłku pielęgnacyjnego. Powód: przecież dotarł o własnych siłach, więc wysoce prawdopodobne, iż nie jest on mu potrzebny.
Czy zatem ZUS musi istnieć? Moim zdaniem należałoby podzielić tego państwowego ubezpieczyciela na kilka mniejszych, które następnie uległyby prywatyzacji. Trzeba przypomnieć konserwatywną wykładnię państwa - jest ono od tego, żeby zapewniać bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, egzekwować i stanowić prawo, no i zajmować się podstawową infrastrukturą. Do takiego stanu rzeczy powinny dążyć wszystkie siły prawicowe. A tymczasem co my mamy? Nikt poza takim drobnym UPR (bardziej opiniotwórczym środowiskiem niż partią) czy pewnymi niezależnymi obserwatorami nie chce zrobić z ZUS porządku. Polityczny główny nurt przyjmuje w tej sprawie status quo tak jak w przypadku kopalń. Traktowane to jest jak śmierdzące jajko, którego nie należy ruszać. Te partie jak ognia obawiają się pewnych społecznych niepokojów, jakie mogłyby usunąć je z parlamentu. Z drugiej strony taki ZUS czy inna państwowa firma jest bardzo dobrym miejscem, żeby umieszczać tam znajomych królika. Po co zatem go prywatyzować? Więcej, taki postulat jest odbierany przez nich jako pozbawianie gaży swoich partyjnych kolegów!
A teraz wykonajmy taki eksperyment myślowy. Jakimś cudem do władzy dochodzi prawicowa par excellence partia polityczna. Również dziwnym trafem ma tyle miejsc w parlamencie, że może rzeczywiście coś zdziałać. Przechodzi ona również do działania. Zaczyna likwidować wszystkie instytucje państwa opiekuńczego. W końcu przychodzi kolej na ZUS i inne ubezpieczenia społeczne. Co się wówczas dzieje?
Nagle odżywają wszystkie środowiska lewicowe, dwoją się i troją, żeby ludzi przekonać do swojego stanowiska. Ponieważ ta niedobra prawicowa władzuchna chce sprywatyzować ZUS, NFZ, KRUS itd., to jaki wyciągają argument? Rządzą nami mordercy staruszków i osób niepełnosprawnych. Lewacy mówią, że ci ludzie nie są w ogóle czuli na ludzkie cierpienia. Wyciągają argumenty o socjopatii. W końcu sięgają po największy znany im kaliber, czyli kuferek faszyzmu i nazizmu. Porównują poczynania członków tej partii z nazistami. Nagle przypomina im się akcja T4 czy ustawy sterylizacyjne. Powstają reklamówki ze swastykami mające wykazywać związek postulatów hipotetycznej Partii Konserwatywnej oraz niemieckiego narodowego socjalizmu. Na światło dzienne wyciąga się faszyzm, eugenikę oraz darwinizm społeczny. Ludzie zaczynają wierzyć, że nasi prawicowcy par excellence chcą im takie rzeczy robić. Organizowane są wielkie kontrmanifestacje. Do czego zatem dochodzi? Przychodzą następne wybory, które jakiś odpowiednik Polskiej Partii Pracy wygrywa przeważającą ilością głosów. Wiadomo, że zaczynają dziać się mało ciekawe rzeczy, ale działania skrajnej lewicy to temat na porównywalnej wielkości artykuł.
Czy to jest taki nierealny scenariusz? Moim zdaniem nie. Lewica uznałaby bowiem prywatyzację ubezpieczeń społecznych za swoisty darwinizm społeczny. Nie obchodziłyby ich nic lepszej jakości usługi wykonywane przez prywatne firmy konkurujące ze sobą na wolnym rynku. Oni wyciągnęliby przypadki, że ktoś tam umrze bez emerytury lub zasiłku pielęgnacyjnego. Potem byłaby klasyczna lewicowa argumentacja ad auditorem: czy mamy dopuszczać jako społeczeństwo do tego, że niektórzy z nas nie mają szansy na godne życie? Wątek darwinizmu społecznego zostałby przez nich dociągnięty do końca. Uznaliby oni, że ta okropna prawica chce kształtować społeczeństwo ludzi pięknych, zdrowych,silnych i mądrych, a planuje brzydkich, chorowitych, słabych i głupich odizolować albo wyeliminować. Przy tej okazji pojawiłyby się nawiązania do projektów eugenicznych. Dodam, że taka argumentacja na lewicy jest bardzo często spotykana. Wiele razy w swoich tekstach powoływałem się na pamiętny występ Janusza Korwin-Mikkego we Wrześni. Miał on rację, jednak lewicowe środowiska zrobiły z igły widły. Odpowiednio zmanipulowali wypowiedź rzeczonego publicysty, więc uznano go za kryptoeugenika i darwinistę społecznego. Sam również byłem atakowany z tej pozycji przez niektórych lewicowych bądź centrolewicowych interlokutorów. Twierdzili oni, że traktuję ludzi jak zwierzęta w dżungli.
Argumentację tego typu spotykaną nagminnie u lewicowców można wyprowadzić z jednego faktu. Dla nich chadecja to centrum bądź centroprawica, konserwatyzm jest prawicą umiarkowaną, natomiast miejsce skrajnej zajmują ruchy neofaszystowskie i neonazistowskie. Takim oni operują z reguły podziałem, który jest błędny. Chadecja bowiem zeszła kompletnie na lewo, a konserwatyzm jest prawicą par excellence. Tak więc przedstawicielem ultraprawicy może zostać skrajny konserwatysta, a nie jakiś faszysta czy nazista z ogoloną czaszką. Traktowanie nazizmu i faszyzmu jako skrajnej prawicy jest jednym z największych mitów współczesności. To były ruchy lewicowe, nasi przeciwnicy ideowi odrzucają je jednak jak zgniłe jajko. Z punktu widzenia dyskusji jest to założenie bardzo trafne z ich strony. Mogą wówczas do woli porównywać poczynania prawicy do działań faszystów bądź nazistów. Z ich punktu widzenia konserwatyzm, faszyzm, nazizm to jeden zbiór, gdzie kolejne są skrajniejsze niż poprzednie.
Poza tym również prawo Godwina zakładające, że powołanie się na nazizm zamyka dyskusję, nie jest mieczem obosiecznym. Lewicowiec oskarżony o powiązania z faszyzmu automatycznie będzie się nim zasłaniać. Człowiek prawicy ma natomiast z pokorą dźwigać brzemię "faszysty" bądź "nazisty", czasami z przedrostkiem "neo-". Gdyby oni byli intelektualnie uczciwi, straciliby taki oręż. Jeżeli uznaliby faszyzm i nazizm za ruchy lewicowe, nie mogliby bez przerwy porównywać do nich prawicy. Nie jest im to w ogóle na rękę, ponieważ nie mogą dowodzić, że świnie potrafią latać. Przyznanie się, że miejsce ruchów faszystowskich i parafaszystowskich jest na lewicy, nie pozwoliłoby im stosować szeregu chwytów erystycznych.
Wracając ad rem. ZUS nie zostanie ruszony. Od razu bowiem zostaną wyciągnięte argumenty o mordercach staruszków. Media rozszarpałyby taką formację polityczną, która nawet o tym raczyłaby się zająknąć. W dodatku straciłaby ona słupki poparcia. Wybory wygrałoby jakieś lewactwo, które ruszyłoby w bój przeciwko urojonym "faszystom". No i to byłby finał... Takie są niestety prawa demokracji.
wtorek, 6 października 2009
niedziela, 4 października 2009
V jak Vendetta
Nie jest trudno zauważyć, że prawica przegrała walkę o kulturę. Triumfy teraz tam święcą osoby związane ze środowiskami lewicowymi. Weźmy jako przykład Wilhelma Sasnala. To w sumie odtwórczy malarz; podobne dzieła do jego obrazów powstawały wcześniej. Liczy się jednak w środowisku, ponieważ ma solidne wsparcie w postaci Krytyki politycznej. Taka Nieznalska ukrzyżowała swego czasu genitalia. Był to zwykły prymitywny, pornograficzny obrazek, który wywołał jednak wielkie poruszenie. Również w innych gałęziach sztuki można mnożyć tego typu przykłady. Obecnie nie można dostać nagrody Nobla w dziedzinie literatury, jeżeli nie ma się lewicowych (lub wręcz lewackich) poglądów. A film? Tam negatywnymi bohaterami stają się ludzie traktowani przez nich jako prawica - na przykład wszelcy fabrykanci i arystokraci. Powstaje również szereg przekłamań, że faszyzm to prawicowy radykalizm. Doskonałym przykładem jest tutaj Suma wszystkich strachów. Jeden z pobocznych motywów wykorzystałem zresztą w swoim tekście pod tym samym tytułem.
Ciężko jednak znaleźć film będący w większym stopniu przejawem wszystkich lewicowych projekcji niż V jak Vendetta. Obraz ten jest z gruntu przekłamany, antychrześcijański oraz proislamski. Korzysta się tutaj ze starych klisz w postaci straszeniu faszyzmem oraz zrównywaniu z tym nurtem lewicowej ideologii całej prawicy. Nawet w lewicowo-liberalnym Wproście krytyk stwierdził, że to obraz bardzo jednostronny. Moim zdaniem można to uznać za formę swoistego zabezpieczenia. Ponieważ lewica ma swoje na sumieniu w zeszłym stuleciu, trzeba stworzyć kukłę do bicia w postaci sił skrajnie prawicowych, a następnie na nie wszystko zganiać. Sztucznie również trzeba nagłaśniać ludzi o poglądach prawicowych, mówiąc, że są to "faszyści" - tutaj jeszcze wymienić szereg innych określeń. Przykładem była choćby wypowiedź Artura Górskiego dotycząca wyboru Baracka Hussejna Obamy na prezydenta USA. Napompowano tutaj balon do nieprawdopodobnych wręcz rozmiarów. Inny przypadek to wypowiedź Janusza Korwin-Mikkego o szkołach integracyjnych, po której zarzucono mu wspieranie izolacji społecznej. Najzabawniejsze jest, że lewicy wszystko uchodzi płazem...
Mówi ona, że gdy prawica z prawdziwego zdarzenia (nazywana przezeń skrajną) dojdzie do władzy, to będą dziać się straszne rzeczy. Tutaj należy postawić kilka pytań. A kto odpowiada za biurokratyczne państwo, w którym prawo jest tak skomplikowane, że nawet prawnicy nie mogą się w nim połapać? Na pewno nie jest to prawica. Przerośnięta biurokracja oraz rozbudowany sektor państwowy to jest wybitnie lewicowa specjalność. W efekcie biec trzeba do odpowiedniego urzędu po zgodę na wkopanie szamba, zrobienie wjazdu na działkę, ścięcie drzewa czy montaż lub demontaż płotu. W dodatku trzeba biegać jeszcze do geodety, żeby porobić wszystkie pomiary. Koszta rosną niemiłosiernie, a kto za to wszystko odpowiada... lewicowy ustawodawca. Najdziwniejsze, że pies z kulawą nogą tego nie dostrzega. A te administracyjne trudności z każdym lewicowym, socjalistycznym gabinetem co raz bardziej narastają.
Tak samo traktowane jest jako rzecz normalna przymusowe i państwowe szkolnictwo. Popatrzmy jednak, że w praktycznie wszystkich krajach na świecie prowadzi ono do intelektualnej lobotomii. A czy rodzice nie powinni ustalać, czego ma się uczyć ich dziecko? Dlaczego tutaj arbitralnych decyzji mają dokonywać urzędnicy? Mało kto w obecnych czasach stawia takie pytania, a jeżeli już, to traktowany jest jako oszołom. Przecież sam obowiązek posyłania dzieci do szkoły jest totalitarny i bolszewicki. Mógłbym się tutaj długo znęcać nad tym ewidentnie lewicowym, oświeceniowym wymyśle. Został on już zawarty w Manifeście komunistycznym z 1849 roku.
Ciekawy przypadek stanowią ubezpieczenia społeczne. Samo to, że istnieją implikuje szereg działań. Przecież na tym, co wpłacali ludzie przez całe życie można zarabiać, stąd też pojawiają się pomysły eutanazji. Ponieważ państwo chce kalkulować jakoś wydatki, może wręcz dążyć do społeczeństwa eugenicznego. Przykładem tego jest na przykład protokół z Groeningen, według którego legalne staje się uśmiercenie niepełnosprawnego dziecka. Jeszcze nie tak dawno temu nad tego typu pomysłami unosiłaby się aureola brunatnego smrodku. Teraz dyskutują o nich poważne gremia naukowe jak na przykład Royal Society. Możemy zatem dożyć czasów, kiedy to rzeczą normalną będzie decydowanie przez urzędników, kto ma mieć dzieci...
W imię troski o Błękitną Planetę walczy się z globalnym ociepleniem. Ustala się zatem limity emisji dwutlenku węgla. Tutaj pojawiają się też pomysły skrajniejsze. A może by tak ograniczać przyrost naturalny? Dyskutuje się zatem o polityce jednego dziecka rodem z Chin. Najśmieszniejsze, że to wszystko uchodzi lewicy płazem. Nikt nie raczy na to podnieść głosu - uciszony zostałby zresztą przez prawo Godwina, gdyby porównał to do faszyzmu. Przecież to wytwór myśli prawicowej, my natomiast jako jaśnie oświeceni jesteśmy z zupełnie innej bajki.
A zakładanie własnego interesu? Tylko po to trzeba objeździć kilka urzędów. Później należy się użerać z Sanepidem, PIP i Bóg jeden raczy wiedzieć, czym jeszcze. No i komu to wszystko zawdzięczamy, jak nie lewicowym rządom? Przecież prosta czynność jak sprzedaż malin na targu przez to staje się strasznie skomplikowana.
Na dodatek całość fiskalizmu wynosi ponad 80%. Gdyby wyrzucić te wszystkie ZUS, NFZ, państwowe przedsiębiorstwa, takową szkółkę, służbę zdrowia, opiekę społeczną et cetera, do tego znaczną część urzędników, wystarczyłoby tylko kilka prostych podatków. A my musimy płacić dochodowy, akcyzowy, VAT, Belki, żeby wymienić tylko te najważniejsze.
Lewica bardzo lubi zarzucać prawicy skłonności totalistyczne. Jednak spójrzmy na obecne państwo zarządzane przez jaśnie oświeconą siłę polityczną z przymusem szkolnym, szczepień, ubezpieczeń, państwową opieką zdrowotną, miriadami urzędów i zatrudnionych w nim urzędników. No i co nam wszystkim to przypomina, gdyby trzeźwo to wszystko przemyśleć. Okazuje się, że to socjalizm dąży stopniowo do totalitaryzmu poprzez rozrost instytucji państwa i wiążącym się z nimi drobiazgowym prawem. A nas w tym czasie raczy się obrazami typu V jak Vendetta!
Ciężko jednak znaleźć film będący w większym stopniu przejawem wszystkich lewicowych projekcji niż V jak Vendetta. Obraz ten jest z gruntu przekłamany, antychrześcijański oraz proislamski. Korzysta się tutaj ze starych klisz w postaci straszeniu faszyzmem oraz zrównywaniu z tym nurtem lewicowej ideologii całej prawicy. Nawet w lewicowo-liberalnym Wproście krytyk stwierdził, że to obraz bardzo jednostronny. Moim zdaniem można to uznać za formę swoistego zabezpieczenia. Ponieważ lewica ma swoje na sumieniu w zeszłym stuleciu, trzeba stworzyć kukłę do bicia w postaci sił skrajnie prawicowych, a następnie na nie wszystko zganiać. Sztucznie również trzeba nagłaśniać ludzi o poglądach prawicowych, mówiąc, że są to "faszyści" - tutaj jeszcze wymienić szereg innych określeń. Przykładem była choćby wypowiedź Artura Górskiego dotycząca wyboru Baracka Hussejna Obamy na prezydenta USA. Napompowano tutaj balon do nieprawdopodobnych wręcz rozmiarów. Inny przypadek to wypowiedź Janusza Korwin-Mikkego o szkołach integracyjnych, po której zarzucono mu wspieranie izolacji społecznej. Najzabawniejsze jest, że lewicy wszystko uchodzi płazem...
Mówi ona, że gdy prawica z prawdziwego zdarzenia (nazywana przezeń skrajną) dojdzie do władzy, to będą dziać się straszne rzeczy. Tutaj należy postawić kilka pytań. A kto odpowiada za biurokratyczne państwo, w którym prawo jest tak skomplikowane, że nawet prawnicy nie mogą się w nim połapać? Na pewno nie jest to prawica. Przerośnięta biurokracja oraz rozbudowany sektor państwowy to jest wybitnie lewicowa specjalność. W efekcie biec trzeba do odpowiedniego urzędu po zgodę na wkopanie szamba, zrobienie wjazdu na działkę, ścięcie drzewa czy montaż lub demontaż płotu. W dodatku trzeba biegać jeszcze do geodety, żeby porobić wszystkie pomiary. Koszta rosną niemiłosiernie, a kto za to wszystko odpowiada... lewicowy ustawodawca. Najdziwniejsze, że pies z kulawą nogą tego nie dostrzega. A te administracyjne trudności z każdym lewicowym, socjalistycznym gabinetem co raz bardziej narastają.
Tak samo traktowane jest jako rzecz normalna przymusowe i państwowe szkolnictwo. Popatrzmy jednak, że w praktycznie wszystkich krajach na świecie prowadzi ono do intelektualnej lobotomii. A czy rodzice nie powinni ustalać, czego ma się uczyć ich dziecko? Dlaczego tutaj arbitralnych decyzji mają dokonywać urzędnicy? Mało kto w obecnych czasach stawia takie pytania, a jeżeli już, to traktowany jest jako oszołom. Przecież sam obowiązek posyłania dzieci do szkoły jest totalitarny i bolszewicki. Mógłbym się tutaj długo znęcać nad tym ewidentnie lewicowym, oświeceniowym wymyśle. Został on już zawarty w Manifeście komunistycznym z 1849 roku.
Ciekawy przypadek stanowią ubezpieczenia społeczne. Samo to, że istnieją implikuje szereg działań. Przecież na tym, co wpłacali ludzie przez całe życie można zarabiać, stąd też pojawiają się pomysły eutanazji. Ponieważ państwo chce kalkulować jakoś wydatki, może wręcz dążyć do społeczeństwa eugenicznego. Przykładem tego jest na przykład protokół z Groeningen, według którego legalne staje się uśmiercenie niepełnosprawnego dziecka. Jeszcze nie tak dawno temu nad tego typu pomysłami unosiłaby się aureola brunatnego smrodku. Teraz dyskutują o nich poważne gremia naukowe jak na przykład Royal Society. Możemy zatem dożyć czasów, kiedy to rzeczą normalną będzie decydowanie przez urzędników, kto ma mieć dzieci...
W imię troski o Błękitną Planetę walczy się z globalnym ociepleniem. Ustala się zatem limity emisji dwutlenku węgla. Tutaj pojawiają się też pomysły skrajniejsze. A może by tak ograniczać przyrost naturalny? Dyskutuje się zatem o polityce jednego dziecka rodem z Chin. Najśmieszniejsze, że to wszystko uchodzi lewicy płazem. Nikt nie raczy na to podnieść głosu - uciszony zostałby zresztą przez prawo Godwina, gdyby porównał to do faszyzmu. Przecież to wytwór myśli prawicowej, my natomiast jako jaśnie oświeceni jesteśmy z zupełnie innej bajki.
A zakładanie własnego interesu? Tylko po to trzeba objeździć kilka urzędów. Później należy się użerać z Sanepidem, PIP i Bóg jeden raczy wiedzieć, czym jeszcze. No i komu to wszystko zawdzięczamy, jak nie lewicowym rządom? Przecież prosta czynność jak sprzedaż malin na targu przez to staje się strasznie skomplikowana.
Na dodatek całość fiskalizmu wynosi ponad 80%. Gdyby wyrzucić te wszystkie ZUS, NFZ, państwowe przedsiębiorstwa, takową szkółkę, służbę zdrowia, opiekę społeczną et cetera, do tego znaczną część urzędników, wystarczyłoby tylko kilka prostych podatków. A my musimy płacić dochodowy, akcyzowy, VAT, Belki, żeby wymienić tylko te najważniejsze.
Lewica bardzo lubi zarzucać prawicy skłonności totalistyczne. Jednak spójrzmy na obecne państwo zarządzane przez jaśnie oświeconą siłę polityczną z przymusem szkolnym, szczepień, ubezpieczeń, państwową opieką zdrowotną, miriadami urzędów i zatrudnionych w nim urzędników. No i co nam wszystkim to przypomina, gdyby trzeźwo to wszystko przemyśleć. Okazuje się, że to socjalizm dąży stopniowo do totalitaryzmu poprzez rozrost instytucji państwa i wiążącym się z nimi drobiazgowym prawem. A nas w tym czasie raczy się obrazami typu V jak Vendetta!
Etykiety:
biurokracja,
ekologizm,
faszyzm,
intelektualny totalitaryzm,
kultura,
lewica,
lewicowość,
podatki,
socjalizm
piątek, 25 września 2009
Co mnie przeraża...
Jak rozmawiam z ludźmi, to często schodzi na politykę. Z tego też wywodzi się pomysł prowadzenia przeze mnie bloga: jestem bowiem polemistą. Oczywiście, dostaje mi się od "faszystów", "darwinistów społecznych" - tutaj wszystkie epitety trafiające pod moim adresem jest ciężko wymienić. Reakcja ludzi, którzy swój światopogląd często budują na emocjach lub mediach, jest dosyć przewidywalna. Mówi się, że wyborcy PiS ukuli pojęcie leminga. Problem w tym, że jako człowiek, który na tą partię nie głosował, widzę ich miriady. Pewne rzeczy człowieka nie wprawiają w osłupienie - jak na przykład uzasadnianie istnienia państwowych przedsiębiorstw, prawa budowlanego czy zasiłków dla bezrobotnych. To raczej norma. Ten kto powiedział, że polska młodzież jest prokapitalistyczna, to najprawdopodobniej ślepiec. Wszechobecny socjalizm na gruncie ekonomii nie przeraża mnie jednak aż tak mocno. Czasem od ludzi całkiem inteligentnych, nie lemingów, zdarza się usłyszeć jeszcze gorsze rzeczy.
Rozmawiam sobie kiedyś, schodzi na eugenikę. No i co się okazuje? Ten człowiek w imię ratowania środowiska byłby zdolny poprzeć tego typu metody. Pozwolę sobie to wymienić. Mam tutaj na myśli przymusową sterylizację, politykę jednego dziecka, przymusową aborcję i eutanazję (obok dobrowolnej, rzecz jasna), a nawet urzędowe regulowanie, ile dany człowiek ma żyć. Uznał, że do tego doprowadzi stopniowe przeludnienie. Będziemy mieli do wyboru albo wszystko, co jest tylko na Ziemi zaorać, albo zgodzić się na takie eugeniczne ustawodawstwo. Tego bowiem wymaga Zeitgeist. To ma być konsekwencja naszego rozwoju. Cóż, niektórzy usprawiedliwiają przymus szkolny rozwojem społecznym i technologicznym - więcej, to jest jeden i ten sam sposób rozumowania. Państwo ma się rozrastać, ponieważ taki jest duch czasu. Mamy komputery, wysyłamy w kosmos satelity, robimy transgeniczne organizmy - to każdy powinien czytać, pisać i liczyć, żeby jakoś funkcjonować i wiedzieć co nieco o otaczającym świecie. A teraz tutaj identyczny sposób rozumowania: ponieważ będzie trzeba ratować środowisko, to trzeba jakoś ten przyrost naturalny ograniczyć i utworzyć jakiś Urząd ds. Reprodukcji i Planowania Populacji (na tej samej zasadzie jak państwowy system szkolnictwa).
Eugeniczne pomysły długo były potępione. Jeszcze niedawno każdy, kto by o nich wspomniał, praktycznie przestałby w przestrzeni publicznej istnieć. Dolepiono by mu bowiem łatkę "nazisty" lub - dużo szerszy zbiór - "faszysty". Z tymi bowiem tego typu praktyki były przez kilkadziesiąt lat kojarzone. Emocje zaczynają jednak opadać. Poza tym ostatnio doszło do tego, że samo porównywanie czegoś do nazizmu stanowi swego typu chwyt erystyczny. Pomysły tego typu w nieco nowej oprawie przeżywają renesans. W pierwszej połowie dwudziestego stulecia chodziło eliminację arbitralnie wyznaczonych "podludzi". Teraz modna jest troska o Błękitną Planetę. Wszystko ma być "ekologiczne", choć ekologia jako nauka o oddziaływaniach między organizmami i ich środowiskiem nie stanowi ochrony środowiska. Ekologiści co raz mocniej ingerują w prawodawstwo. Zakazano na przykład rtęciowych termometrów, co jest swoistym szczytem prawnego absurdu. (Do niedawna myślałem, iż to jakiś głupi żart!) Do tego limity emisji dwutlenku węgla. Tylnymi drzwiami wkracza tutaj brunatny smrodek, tak często zarzucany środowiskom prawicowym lub za prawicę siebie uznających. Ekologiści zamierzają bowiem ograniczyć przyrost naturalny. Oni napisali wprost, że to jest główny powód ich poparcia dla aborcji, eutanazji czy antykoncepcji. Te jednak ich zdaniem są nie wystarczające. Oni przecież chcą zredukować ilość ludzi do miliarda! Podawane są też przez nich liczby jeszcze mniejsze. Eric R. Pianca uznał na przykład, że 350-500 milionów to liczebność idealna. Jeszcze inni wymieniają... 100 milionów. W tym kontekście wypada dodać, że Klub Rzymski uznał, iż w Polsce powinno żyć 15 milionów ludzi. No i jak to osiągnąć? Bez metod eugenicznych takich jak wyżej wymienione się po prostu nie da. Dlatego ekologiści co raz głośniej krzyczą, żeby wprowadzić chińską politykę jednego dziecka. Później wiadomo do czego dojdzie. W Chinach czy w Indiach za Indiry Gandhi przyrost naturalny ograniczano z użyciem sterylizacji. Tutaj też pewne gremia nie powstrzymają się przed wprowadzeniem tego typu metod. Należy pytać, nie czy, tylko kiedy do tego wszystkiego dojdzie? Skoro już tego typu postulaty pewne poparcie mają, to jakieś "arbuzy" zechcą to w końcu w życie wprowadzić.
Argumenty o eugenice mogą zostać zbyte za pomocą prawa Godwina. Oznacza ono, że jeżeli ktoś powołał się na nazizm bądź jego praktyki w dyskusji, została ona zakończona. Jest tu jednak pewien haczyk: teoretycznie można by o tym systemie uniemożliwić wszelką dyskusję w aspekcie współczesności. To jedna sprawa, która pozwala prawo Godwina obejść. Z drugiej strony, sama eugenika nie była specyfiką tylko i wyłącznie nazizmu. Lewicowe środowiska na początku dwudziestego stulecia wyznawały ją powszechnie. Czy w wydaniu ekologistów czy nazistów ma ona takie samo podłoże, którym jest neomaltuzjanizm. Wywodzi się to od Prawa ludności Malthusa, gdzie uznał, że liczba ludności przyrasta w tempie geometrycznym, natomiast zasoby w arytmetycznym, zatem nie da się ludzkości wyżywić. Ekologiści nawet mówią o tym wprost. Przecież zasoby Ziemi są ograniczone, a ludzi jest prawie siedem miliardów. Co należy zatem zrobić? Liczebność gatunku Homo sapiens należy ograniczyć do arbitralnie przezeń określonej liczby. Taka jest ich retoryka.
Jednak zarówno ekologiści jak i ci, którzy przejmują część ich argumentacji, nie widzą jednego. Przecież mamy do czynienia z rozwojem naukowo-technicznym. Gdy ludzi było za dużo, żeby trudnili się myślistwem i zbieractwem, to wynaleziono rolnictwo. Z kolei, gdy później wzrosła liczba ludności, doszło z kolei do rewolucji przemysłowej. O tym zapomniał też Malthus, że postęp samych technik rolnych powoduje, iż więcej ludzi można wyżywić. Neomaltuzjanizm jako taki pozbawiony jest zatem jakichkolwiek logicznych podstaw. Skoro ludzie sobie poradzili wtedy, to i teraz jakieś wyjście z sytuacji zostanie znalezione. Przecież technika cały czas postępuje na przód.
Wypada również wspomnieć na zakończenie o wyjątkowej hipokryzji ekologistów. Przecież oni popierają antykoncepcję, w tym również hormonalną. A czy wiedzą jakie spustoszenia w środowisku wywołują ksenoestrogeny (vide feminizacja samców ryb). Świadczy to o roli, jaką neomaltuzjanizm i przy okazji zoologiczny antykapitalizm odgrywają rolę w ich światopoglądzie.
Wydawało się, że taka potworność jak eugenika już nie jest w stanie odżyć. Niestety, lecz doczekamy czasów, kiedy będziemy musieli biegać po różne papiery do Urzędu ds. Reprodukcji i Planowania Populacji. Zupełnie jak obecnie, gdy chcemy postawić na działce płot bądź wkopać szambo. Historia kołem się toczy...
Rozmawiam sobie kiedyś, schodzi na eugenikę. No i co się okazuje? Ten człowiek w imię ratowania środowiska byłby zdolny poprzeć tego typu metody. Pozwolę sobie to wymienić. Mam tutaj na myśli przymusową sterylizację, politykę jednego dziecka, przymusową aborcję i eutanazję (obok dobrowolnej, rzecz jasna), a nawet urzędowe regulowanie, ile dany człowiek ma żyć. Uznał, że do tego doprowadzi stopniowe przeludnienie. Będziemy mieli do wyboru albo wszystko, co jest tylko na Ziemi zaorać, albo zgodzić się na takie eugeniczne ustawodawstwo. Tego bowiem wymaga Zeitgeist. To ma być konsekwencja naszego rozwoju. Cóż, niektórzy usprawiedliwiają przymus szkolny rozwojem społecznym i technologicznym - więcej, to jest jeden i ten sam sposób rozumowania. Państwo ma się rozrastać, ponieważ taki jest duch czasu. Mamy komputery, wysyłamy w kosmos satelity, robimy transgeniczne organizmy - to każdy powinien czytać, pisać i liczyć, żeby jakoś funkcjonować i wiedzieć co nieco o otaczającym świecie. A teraz tutaj identyczny sposób rozumowania: ponieważ będzie trzeba ratować środowisko, to trzeba jakoś ten przyrost naturalny ograniczyć i utworzyć jakiś Urząd ds. Reprodukcji i Planowania Populacji (na tej samej zasadzie jak państwowy system szkolnictwa).
Eugeniczne pomysły długo były potępione. Jeszcze niedawno każdy, kto by o nich wspomniał, praktycznie przestałby w przestrzeni publicznej istnieć. Dolepiono by mu bowiem łatkę "nazisty" lub - dużo szerszy zbiór - "faszysty". Z tymi bowiem tego typu praktyki były przez kilkadziesiąt lat kojarzone. Emocje zaczynają jednak opadać. Poza tym ostatnio doszło do tego, że samo porównywanie czegoś do nazizmu stanowi swego typu chwyt erystyczny. Pomysły tego typu w nieco nowej oprawie przeżywają renesans. W pierwszej połowie dwudziestego stulecia chodziło eliminację arbitralnie wyznaczonych "podludzi". Teraz modna jest troska o Błękitną Planetę. Wszystko ma być "ekologiczne", choć ekologia jako nauka o oddziaływaniach między organizmami i ich środowiskiem nie stanowi ochrony środowiska. Ekologiści co raz mocniej ingerują w prawodawstwo. Zakazano na przykład rtęciowych termometrów, co jest swoistym szczytem prawnego absurdu. (Do niedawna myślałem, iż to jakiś głupi żart!) Do tego limity emisji dwutlenku węgla. Tylnymi drzwiami wkracza tutaj brunatny smrodek, tak często zarzucany środowiskom prawicowym lub za prawicę siebie uznających. Ekologiści zamierzają bowiem ograniczyć przyrost naturalny. Oni napisali wprost, że to jest główny powód ich poparcia dla aborcji, eutanazji czy antykoncepcji. Te jednak ich zdaniem są nie wystarczające. Oni przecież chcą zredukować ilość ludzi do miliarda! Podawane są też przez nich liczby jeszcze mniejsze. Eric R. Pianca uznał na przykład, że 350-500 milionów to liczebność idealna. Jeszcze inni wymieniają... 100 milionów. W tym kontekście wypada dodać, że Klub Rzymski uznał, iż w Polsce powinno żyć 15 milionów ludzi. No i jak to osiągnąć? Bez metod eugenicznych takich jak wyżej wymienione się po prostu nie da. Dlatego ekologiści co raz głośniej krzyczą, żeby wprowadzić chińską politykę jednego dziecka. Później wiadomo do czego dojdzie. W Chinach czy w Indiach za Indiry Gandhi przyrost naturalny ograniczano z użyciem sterylizacji. Tutaj też pewne gremia nie powstrzymają się przed wprowadzeniem tego typu metod. Należy pytać, nie czy, tylko kiedy do tego wszystkiego dojdzie? Skoro już tego typu postulaty pewne poparcie mają, to jakieś "arbuzy" zechcą to w końcu w życie wprowadzić.
Argumenty o eugenice mogą zostać zbyte za pomocą prawa Godwina. Oznacza ono, że jeżeli ktoś powołał się na nazizm bądź jego praktyki w dyskusji, została ona zakończona. Jest tu jednak pewien haczyk: teoretycznie można by o tym systemie uniemożliwić wszelką dyskusję w aspekcie współczesności. To jedna sprawa, która pozwala prawo Godwina obejść. Z drugiej strony, sama eugenika nie była specyfiką tylko i wyłącznie nazizmu. Lewicowe środowiska na początku dwudziestego stulecia wyznawały ją powszechnie. Czy w wydaniu ekologistów czy nazistów ma ona takie samo podłoże, którym jest neomaltuzjanizm. Wywodzi się to od Prawa ludności Malthusa, gdzie uznał, że liczba ludności przyrasta w tempie geometrycznym, natomiast zasoby w arytmetycznym, zatem nie da się ludzkości wyżywić. Ekologiści nawet mówią o tym wprost. Przecież zasoby Ziemi są ograniczone, a ludzi jest prawie siedem miliardów. Co należy zatem zrobić? Liczebność gatunku Homo sapiens należy ograniczyć do arbitralnie przezeń określonej liczby. Taka jest ich retoryka.
Jednak zarówno ekologiści jak i ci, którzy przejmują część ich argumentacji, nie widzą jednego. Przecież mamy do czynienia z rozwojem naukowo-technicznym. Gdy ludzi było za dużo, żeby trudnili się myślistwem i zbieractwem, to wynaleziono rolnictwo. Z kolei, gdy później wzrosła liczba ludności, doszło z kolei do rewolucji przemysłowej. O tym zapomniał też Malthus, że postęp samych technik rolnych powoduje, iż więcej ludzi można wyżywić. Neomaltuzjanizm jako taki pozbawiony jest zatem jakichkolwiek logicznych podstaw. Skoro ludzie sobie poradzili wtedy, to i teraz jakieś wyjście z sytuacji zostanie znalezione. Przecież technika cały czas postępuje na przód.
Wypada również wspomnieć na zakończenie o wyjątkowej hipokryzji ekologistów. Przecież oni popierają antykoncepcję, w tym również hormonalną. A czy wiedzą jakie spustoszenia w środowisku wywołują ksenoestrogeny (vide feminizacja samców ryb). Świadczy to o roli, jaką neomaltuzjanizm i przy okazji zoologiczny antykapitalizm odgrywają rolę w ich światopoglądzie.
Wydawało się, że taka potworność jak eugenika już nie jest w stanie odżyć. Niestety, lecz doczekamy czasów, kiedy będziemy musieli biegać po różne papiery do Urzędu ds. Reprodukcji i Planowania Populacji. Zupełnie jak obecnie, gdy chcemy postawić na działce płot bądź wkopać szambo. Historia kołem się toczy...
Etykiety:
aborcja,
ekologizm,
eugenika,
eutanazja,
nazizm,
neomaltuzjanizm,
prawo Godwina,
Zeitgeist
środa, 23 września 2009
Casus belli: media publiczne
Dużo było ostatnimi czasy mowy o przepychankach w tak zwanej publicznej telewizji. Oskarżano niejakiego Piotra Farfała o to, że obniża jej poziom. (Tutaj wypowiadać się nie będę, ponieważ telewizję w ogóle z rzadka ostatnio oglądam). Atakowano go z różnych pozycji. Wyciągano mu na przykład rzekomą nazistowską przeszłość; w tym ostatnim specjalizowały się zwłaszcza środowiska związane z Szabas Zeitung. Ostatnio po pewnych problemach został odsunięty z tego stanowiska. Zastąpił go Bolesław Szwedo. W każdym razie zapewne to nie koniec przepychanek. PO podnosi od jakiegoś dłuższego czasu temat prywatyzacji tego przybytku. Od razu jest on strofowany przez siły opozycyjne. Wyciągane są takie argumenty jak rzekoma "misja" mediów publicznych...
Wiem bardzo dobrze, że PO nie dokona prywatyzacji mediów publicznych. Tutaj działa taki sam mechanizm jak w przypadku innych państwowych przedsiębiorstw. Przecież tam w radach nadzorczych siedzą ich partyjni koledzy. Jak oni zatem mogą zabrać im pracę. PO zatem tylko sobie tak pogada. Zwyczajem tej partii nic nie zrobi. Nie wiem, czy to nie jest kolejny temat zastępczy, żeby tylko o pewnych kłopotach Parady Oszustów nie dyskutować. Czy oni chcieliby, aby pies z kulawą nogą nagłośnił temat podwyżki akcyzy na paliwa i dodatkowej opłaty z nimi związanej? Innym przypadkiem jest fiasko prywatyzacji stoczni. Takie tematy zastępcze jak eutanazja czy kwestia istnienia mediów publicznych należy ich zdaniem nagłaśniać celem ukrycia pewnych spraw pod dywanem. Poza tym trzeba jeszcze pamiętać, że w takim Polskim Radiu siedzi element pamiętający jeszcze czasy Gomułki. Gdyby Tusk im cokolwiek zrobił, oni zapewne zrobiliby z niego potwora. Posłaliby go zapewne na śmietnik historii. Warto jednak przy tej okazji zastanowić się nad innym problemem. Czy coś takiego jak media publiczne w ogóle powinno istnieć?
Pierwsza rzecz to dlaczego w ogóle państwo zajmuje się przemysłem rozrywkowym. Postawmy tutaj pytanie z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Skoro państwo jako takie para się działalnością radiowo-telewizyjną, to dlaczego nie posiada na przykład sieci dyskotek czy nie wypieka chleba? Tak przedstawia się problem z punktu widzenia samego charakteru własności środków produkcji. Czy w ogóle państwo może ingerować bezpośrednio w gospodarkę, będąc właścicielem fabryk, banków, elektrowni, kopalni et consortes? Doświadczenia z państwową własnością środków produkcji nie napawają optymizmem. Okazało się to drogie i nieopłacalne. Przedsiębiorstwa państwowe z reguły cechuje zatrudnienie ponad faktyczne potrzeby. To samo jest w telewizji. Po co tam mamy na przykład kilka tysięcy pracowników. Jakie muszą być zatem koszty utrzymania tego całego przybytku? W skali rocznej państwo zapewne kosztuje drożej niż wiecznie deficytowe kopalnie węgla kamiennego. Jeżeli popatrzymy na to z czysto ekonomicznego punktu widzenia, to należałoby publiczne media sprywatyzować.
Przeciwnicy przekształceń własnościowych zaraz podniosą inny argument. Ich zdaniem pewne dziedziny w gospodarce mają swoje znaczenie. Oni je określają mianem strategicznego. Nie potrafią sobie wyobrazić, kto będzie wytwarzał prąd elektryczny, broń czy statki pełnomorskie, jeżeli cała gospodarka znajdzie się w rękach prywatnych. Ten błąd w rozumowaniu wykazałem już wcześniej. W przypadku mediów publicznych stosuje się podobny sposób rozumowania. Ma ona mieć pewną misję. Podobnie jak strategiczne znaczenie, tą można definiować arbitralnie. Czy misją są na przykład programy o zwierzętach, filmy dokumentalne, czy na przykład Gwiazdy tańczą na lodzie. To wcale nie jest śmieszne. Zostały one uznane za program misyjny. Tak samo, czy do tego należy produkcja seriali typu Klan czy M jak miłość. Co zatem stanowi misję telewizji?! Widać, że to jest nic innego jak słowny wytrych. Gdy dyskutuje się z lewicą, oni mówią o "faszyzmie", nie bardzo potrafiąc go zdefiniować. Tutaj jest podobny przykład. Czy ci, którzy mówią o swoistej misji telewizji publicznej, potrafią jasno określić, czym ona jest? Wątpię w to. Poza tym sama misja zależy zapewne od widzi mi się aktualnego kierownictwa TVP czy PR.
Innym argumentem wywodzącym się z misyjnego charakteru mediów publicznych jest prezentacja kultury wysokiej w tychże. Przepraszam bardzo, ale jakoś nie widzę, żeby od godziny szóstej nad ranem do drugiej nadawane były opery, balety, ambitne filmy, spektakle teatralne. Czym jestem natomiast raczony jak już włączę telewizor? Na przykład pięć tysięcy którymś odcinkiem Mody na sukces czy innym tandetnym serialem. Pokazuje to, że telewizja jest niskim rodzajem rozrywki nastawionym na zapotrzebowanie masowego widza. Nie ma tam natomiast miejsca dla kogoś o wysublimowanym poczuciu smaku. To wynika z samej natury tego medium. Jeżeli ktoś chce mieć do czynienia z kulturą wysoką, to idzie do muzeum, opery lub teatru, a nie gapi się w telewizor. Poza tym przejawia się tutaj takie samo myślenie jak wyżej: a kto będzie produkować broń czy prąd elektryczny? Przecież prywatne radio i telewizja ojca Tadeusza Rydzyka jest o wiele bardziej misyjne niż państwowe media. Pokazuje to, że również prywatny wytwórca może w swojej stacji pewne rzeczy prezentować. Niekoniecznie musi się zatem zadowalać prymitywnymi teleturniejami czy brazylijskimi telenowelami.
Odrębny problem stanowi natomiast "cywilizowanie" ludzi. Czy państwo powinno się tym zajmować? Moim zdaniem od tego, żeby społeczeństwo jakoś funkcjonowało, to jest prawo oparte na tradycji. Państwo nie musi się zajmować ani edukacją, ani kulturą, ani nauką, ani tym bardziej telewizją. Skoro państwo ma być właścicielem mediów publicznych, to dlaczego nie zajmie się również innymi funkcjami? Problem ten rozwinąłem niżej.
Niektórzy widzą w telewizji państwowej pewną rolę propagandową. Artur M. Nicpoń, skądinąd znany leseferysta, napisał kiedyś tekst o strukturze państwa, w którym zasugerował, że media publiczne mają istnieć. O dziwo, został pochwalony za to przez czołowego socjalistę na Salonie24, czyli Łukasza Fołtyna. Ten zadał mu bardzo dobre pytanie: skoro tak, to dlaczego ma nie istnieć państwowa szkoła. Trzeba przyznać, że to był bardzo dobry argument. Jeżeli ktoś uważa, że zadaniem państwowych mediów jest pewna propaganda, to dlaczego nie popiera przymusowej skolaryzacji? Pytanie to wypada zadać części osób o prawicowych poglądach nie tylko na kwestie społeczne, ale również gospodarcze. Tutaj argumentem jaki się często może pojawiać, to możliwość tworzenia mediów przez wrogie nam siły. Mam tu na myśli obce służby wywiadowcze, przed którymi nie jesteśmy należycie chronieni. To załatwia się jednak w prosty sposób. Po pierwsze trzeba mieć sprawny kontrwywiad, który takim hucpom jest w stanie zapobiec. Zaś po drugie jeżeli ktoś głosi treści antypolskie, to powinien zostać mu wytoczony proces antydefamacyjny. Żydzi jakoś potrafią dbać o swoje dobre imię bez istnienia ogólnoświatowej Jewish TV; więcej, wszyscy odczuwają przed nimi swoisty respekt. Czy w takiej sytuacji jakiś Kuba Wojewódzki odważyłby się wbić polską flagę w psie ekskrementy?
Obok prywatyzacji należałoby również zlikwidować Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Ten biurokratyczny twór jest całkowicie zbyteczny. Służy tylko temu, żeby umieszczać na ciepłych posadkach swoich kolegów. I niczemu więcej tak naprawdę.
Wszelkie powody istnienia państwowych mediów okazują się pozbawione podstaw. Wskazać tutaj mogę tylko jeden wyjątek od reguły. Państwowe media można powołać w czasie wojny lub klęski żywiołowej, która obejmie znaczne połacie kraju. Wówczas taki twór może okazać się całkiem przydatny. Po tym, jak wyżej wymienione problemy państwa przeminą, należałoby je automatycznie rozwiązać. W innych przypadkach nie widzę potrzeby tworzenia państwowych mediów.
Wątpię jednak, żeby ktokolwiek z "bandy czworga" się na takie posunięcie zdecydował. Jedni krzyczeliby o demontażu państwa i klejnotach w koronie. Inni z kolei chcieliby utrzymać tam swoich kolegów, a temat prywatyzacji zostałby rzucony na żer skołowanemu ludowi. Ten natomiast nie wiedziałby, co ma o tym wszystkim myśleć.
Wiem bardzo dobrze, że PO nie dokona prywatyzacji mediów publicznych. Tutaj działa taki sam mechanizm jak w przypadku innych państwowych przedsiębiorstw. Przecież tam w radach nadzorczych siedzą ich partyjni koledzy. Jak oni zatem mogą zabrać im pracę. PO zatem tylko sobie tak pogada. Zwyczajem tej partii nic nie zrobi. Nie wiem, czy to nie jest kolejny temat zastępczy, żeby tylko o pewnych kłopotach Parady Oszustów nie dyskutować. Czy oni chcieliby, aby pies z kulawą nogą nagłośnił temat podwyżki akcyzy na paliwa i dodatkowej opłaty z nimi związanej? Innym przypadkiem jest fiasko prywatyzacji stoczni. Takie tematy zastępcze jak eutanazja czy kwestia istnienia mediów publicznych należy ich zdaniem nagłaśniać celem ukrycia pewnych spraw pod dywanem. Poza tym trzeba jeszcze pamiętać, że w takim Polskim Radiu siedzi element pamiętający jeszcze czasy Gomułki. Gdyby Tusk im cokolwiek zrobił, oni zapewne zrobiliby z niego potwora. Posłaliby go zapewne na śmietnik historii. Warto jednak przy tej okazji zastanowić się nad innym problemem. Czy coś takiego jak media publiczne w ogóle powinno istnieć?
Pierwsza rzecz to dlaczego w ogóle państwo zajmuje się przemysłem rozrywkowym. Postawmy tutaj pytanie z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Skoro państwo jako takie para się działalnością radiowo-telewizyjną, to dlaczego nie posiada na przykład sieci dyskotek czy nie wypieka chleba? Tak przedstawia się problem z punktu widzenia samego charakteru własności środków produkcji. Czy w ogóle państwo może ingerować bezpośrednio w gospodarkę, będąc właścicielem fabryk, banków, elektrowni, kopalni et consortes? Doświadczenia z państwową własnością środków produkcji nie napawają optymizmem. Okazało się to drogie i nieopłacalne. Przedsiębiorstwa państwowe z reguły cechuje zatrudnienie ponad faktyczne potrzeby. To samo jest w telewizji. Po co tam mamy na przykład kilka tysięcy pracowników. Jakie muszą być zatem koszty utrzymania tego całego przybytku? W skali rocznej państwo zapewne kosztuje drożej niż wiecznie deficytowe kopalnie węgla kamiennego. Jeżeli popatrzymy na to z czysto ekonomicznego punktu widzenia, to należałoby publiczne media sprywatyzować.
Przeciwnicy przekształceń własnościowych zaraz podniosą inny argument. Ich zdaniem pewne dziedziny w gospodarce mają swoje znaczenie. Oni je określają mianem strategicznego. Nie potrafią sobie wyobrazić, kto będzie wytwarzał prąd elektryczny, broń czy statki pełnomorskie, jeżeli cała gospodarka znajdzie się w rękach prywatnych. Ten błąd w rozumowaniu wykazałem już wcześniej. W przypadku mediów publicznych stosuje się podobny sposób rozumowania. Ma ona mieć pewną misję. Podobnie jak strategiczne znaczenie, tą można definiować arbitralnie. Czy misją są na przykład programy o zwierzętach, filmy dokumentalne, czy na przykład Gwiazdy tańczą na lodzie. To wcale nie jest śmieszne. Zostały one uznane za program misyjny. Tak samo, czy do tego należy produkcja seriali typu Klan czy M jak miłość. Co zatem stanowi misję telewizji?! Widać, że to jest nic innego jak słowny wytrych. Gdy dyskutuje się z lewicą, oni mówią o "faszyzmie", nie bardzo potrafiąc go zdefiniować. Tutaj jest podobny przykład. Czy ci, którzy mówią o swoistej misji telewizji publicznej, potrafią jasno określić, czym ona jest? Wątpię w to. Poza tym sama misja zależy zapewne od widzi mi się aktualnego kierownictwa TVP czy PR.
Innym argumentem wywodzącym się z misyjnego charakteru mediów publicznych jest prezentacja kultury wysokiej w tychże. Przepraszam bardzo, ale jakoś nie widzę, żeby od godziny szóstej nad ranem do drugiej nadawane były opery, balety, ambitne filmy, spektakle teatralne. Czym jestem natomiast raczony jak już włączę telewizor? Na przykład pięć tysięcy którymś odcinkiem Mody na sukces czy innym tandetnym serialem. Pokazuje to, że telewizja jest niskim rodzajem rozrywki nastawionym na zapotrzebowanie masowego widza. Nie ma tam natomiast miejsca dla kogoś o wysublimowanym poczuciu smaku. To wynika z samej natury tego medium. Jeżeli ktoś chce mieć do czynienia z kulturą wysoką, to idzie do muzeum, opery lub teatru, a nie gapi się w telewizor. Poza tym przejawia się tutaj takie samo myślenie jak wyżej: a kto będzie produkować broń czy prąd elektryczny? Przecież prywatne radio i telewizja ojca Tadeusza Rydzyka jest o wiele bardziej misyjne niż państwowe media. Pokazuje to, że również prywatny wytwórca może w swojej stacji pewne rzeczy prezentować. Niekoniecznie musi się zatem zadowalać prymitywnymi teleturniejami czy brazylijskimi telenowelami.
Odrębny problem stanowi natomiast "cywilizowanie" ludzi. Czy państwo powinno się tym zajmować? Moim zdaniem od tego, żeby społeczeństwo jakoś funkcjonowało, to jest prawo oparte na tradycji. Państwo nie musi się zajmować ani edukacją, ani kulturą, ani nauką, ani tym bardziej telewizją. Skoro państwo ma być właścicielem mediów publicznych, to dlaczego nie zajmie się również innymi funkcjami? Problem ten rozwinąłem niżej.
Niektórzy widzą w telewizji państwowej pewną rolę propagandową. Artur M. Nicpoń, skądinąd znany leseferysta, napisał kiedyś tekst o strukturze państwa, w którym zasugerował, że media publiczne mają istnieć. O dziwo, został pochwalony za to przez czołowego socjalistę na Salonie24, czyli Łukasza Fołtyna. Ten zadał mu bardzo dobre pytanie: skoro tak, to dlaczego ma nie istnieć państwowa szkoła. Trzeba przyznać, że to był bardzo dobry argument. Jeżeli ktoś uważa, że zadaniem państwowych mediów jest pewna propaganda, to dlaczego nie popiera przymusowej skolaryzacji? Pytanie to wypada zadać części osób o prawicowych poglądach nie tylko na kwestie społeczne, ale również gospodarcze. Tutaj argumentem jaki się często może pojawiać, to możliwość tworzenia mediów przez wrogie nam siły. Mam tu na myśli obce służby wywiadowcze, przed którymi nie jesteśmy należycie chronieni. To załatwia się jednak w prosty sposób. Po pierwsze trzeba mieć sprawny kontrwywiad, który takim hucpom jest w stanie zapobiec. Zaś po drugie jeżeli ktoś głosi treści antypolskie, to powinien zostać mu wytoczony proces antydefamacyjny. Żydzi jakoś potrafią dbać o swoje dobre imię bez istnienia ogólnoświatowej Jewish TV; więcej, wszyscy odczuwają przed nimi swoisty respekt. Czy w takiej sytuacji jakiś Kuba Wojewódzki odważyłby się wbić polską flagę w psie ekskrementy?
Obok prywatyzacji należałoby również zlikwidować Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Ten biurokratyczny twór jest całkowicie zbyteczny. Służy tylko temu, żeby umieszczać na ciepłych posadkach swoich kolegów. I niczemu więcej tak naprawdę.
Wszelkie powody istnienia państwowych mediów okazują się pozbawione podstaw. Wskazać tutaj mogę tylko jeden wyjątek od reguły. Państwowe media można powołać w czasie wojny lub klęski żywiołowej, która obejmie znaczne połacie kraju. Wówczas taki twór może okazać się całkiem przydatny. Po tym, jak wyżej wymienione problemy państwa przeminą, należałoby je automatycznie rozwiązać. W innych przypadkach nie widzę potrzeby tworzenia państwowych mediów.
Wątpię jednak, żeby ktokolwiek z "bandy czworga" się na takie posunięcie zdecydował. Jedni krzyczeliby o demontażu państwa i klejnotach w koronie. Inni z kolei chcieliby utrzymać tam swoich kolegów, a temat prywatyzacji zostałby rzucony na żer skołowanemu ludowi. Ten natomiast nie wiedziałby, co ma o tym wszystkim myśleć.
poniedziałek, 21 września 2009
Czy należało iść z Hitlerem?
Zetknąłem się ostatnio z pewnym niezwykle ciekawym rozwinięciem przyszłych losów naszego kraju. Niejaki George Friedman stwierdził, iż USA niedługo doceni nasze położenie geopolityczne. Według niego mamy stać się takim państwem jak Korea Południowa czy Izrael. Stany Zjednoczone zaczną nas dozbrajać, wspierać nas finansowo, a my dzięki temu staniemy się kontynentalną potęgą. Sugeruje również rewizję granic w wyniku przyszłego konfliktu z Rosją... Trzeba przyznać, że ten człowiek jest niezłym fantastą. Moim zdaniem USA raczej nie widzą interesu w tym, żebyśmy stali się państwem potężnym ze względu na swoisty ogon merdający psem (casus Izraela). Płaszczenie się przed Stanami Zjednoczonymi nam nic nie daje i raczej wątpliwe, że cokolwiek dobrego przyniesie. Nie potrafimy bowiem prowadzić polityki międzynarodowej zgodnie z zasadami realizmu politycznego. To nie jest zresztą w naszym przypadku rzecz nowa.
Problem ten wywołuje wiele kontrowersji w środowiskach prawicowych. Niektórzy lewicowcy sugerowali wręcz, że to skutek myślenia w kategoriach zoologicznego, jaskiniowego antykomunizmu. Wielu prawicowych komentatorów (na przykład Rafał Aleksander Ziemkiewicz czy Janusz Korwin-Mikke) sugeruje, że w 1938 roku powinniśmy przystąpić do sojuszu z Trzecią Rzeszą. Teraz należy postawić pytanie, czy byłoby to aż tak tragiczne w skutkach, jak niektórzy sobie wyobrażają. Spotkałem się bowiem z opiniami, że Polaków wymordowano by w obozach zagłady, podobnie jak Żydów.
Na początku należy postawić taką kwestię. Czy przed wojną Polska należycie o siebie zadbała? Skądże znowu. Nie weszliśmy w żaden wartościowy sojusz. Na uwagę zasługuje jedynie próba budowy Międzymorza jako przeciwwagi dla Niemiec i Sowietów. W 1938 roku byliśmy postawieni wobec trzech możliwych sytuacji. Po pierwsze nie robić nic, z nikim żadnych paktów nie podpisywać. Jak to się skończyło, to nie trzeba zresztą przytaczać. Skutkiem tamtych wydarzeń jest zresztą obecny stan rzeczy. Druga możliwość to wejście w sojusz ze Stalinem. W tej sytuacji PRL nastałby kilka lat wcześniej, już wówczas doszłoby do zsyłek na Syberię, nacjonalizacji przemysłu i kolektywizacji rolnictwa, ustanowienia państwowego ateizmu et cetera. W tamtej sytuacji pozostaje zatem trzecia możliwość. Trzeba było iść z Hitlerem na ZSRR. Jakby się to skończyło?
Doszłoby do tego, że w 1939 roku marszałek Rydz-Śmigły odebrałby Krzyż Żelazny I klasy na Placu Czerwonym w Moskwie. Do Polski trafiłyby Mińsk, Smoleńsk, Kijów i Odessa. Uzyskalibyśmy zatem dostęp do Morza Czarnego. Polska miałaby większe terytorium, przez co wzrosłaby jej ranga w regionie.
Teraz jakie są najczęstsze kontrargumenty? Bardzo często przywoływany jest przypadek Holocaustu. Krytycy uważają, że obozy masowej zagłady i tak powstałyby na terytorium Polski. Jest on sprzeczny z historyczną rzeczywistością. Jakoś u sojuszników Trzeciej Rzeszy Żydzi mieli się dobrze. Admirał Horthy sprzeciwił się masowym mordom Żydów. Generał Franco został po wojnie odznaczony Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. We Włoszech przeforsowano - i to pod wpływem Hitlera - antysemickie ustawy, jednak jakoś z tego kraju też bydlęce wagony nie podążały w kierunku obozów masowej zagłady. Ów kontrargument jest zatem niedorzeczny z czysto historycznego punktu widzenia. Pojawiają się również opinie, iż gdyby nawet doszło do rzezi, bylibyśmy oskarżani dzisiaj o współudział w Holocauście. Nie bierze to jednak złożoności zjawisk historycznych - swoistych efektów motyla. Nie wiadomo bowiem, czy do Szoah doszłoby. Decyzję o ostatecznym rozwiązaniu podjęto w końcu dopiero w Wannsee. Poza tym kto dzisiaj wypomina Węgrom, Finom, Rumunom czy Włochom walkę u boku Trzeciej Rzeszy, ergo związek z Holocaustem.
Drugim argumentem, który się bardzo często pojawia, to powoływanie się na Mein Kampf. To opus magnum nazizmu traktowane jest tutaj jako słowny wytrych. Ponieważ Hitler tak napisał, to tak się działo. Nikt jednak z powołujących się nie trzymał zapewne nigdy w ręku tej książki. Tam mamy do czynienia z gorzkimi żalami wobec Francji. Wątek wschodu pojawia się w zaledwie kilku linijkach. Przyszły przywódca Trzeciej Rzeszy atakuje tam zresztą... Czechów. Abstrahuję już od tego, że ze znienawidzonego przez siebie Marksa przepisywał całe akapity. Zapomina się tutaj zresztą, że podstawą nazizmu nie jest samo Mein Kampf. Zapomina się o Micie lat dwudziestych Rosenberga, który zresztą uważał, że droga do podboju świata po trupie Polski nie wiedzie. Sam Hitler po fakcie przyznał, że zajęcie terytoriów II RP było głupotą, ponieważ wymusiło na nim wojnę z ZSRR.
Przy tej okazji warto wspomnieć wątek "Polaków-podludzi". Jedną z klasycznych pozycji, na której został oparty cały nazizm, stanowiły Podstawy dziewiętnastego wieku Houstona Chamberlaina, angielskiego filozofa naturalizowanego w Niemczech. Polacy zostali tam zaliczeni do nordyków, więc do rasy stojącej najwyżej w tamtej hierarchii. Więcej, sam Hitler uznał swego czasu, że stanowimy najzdolniejszą nację, jaką Niemcy spotkali na swojej drodze. W razie ewentualnego sojuszu zostalibyśmy pewnie przez niemiecką propagandę potraktowani jak zabłąkany naród germański, potomków Gotów et cetera. Tak bowiem rzecz miała się z Goralenvolk.
Innym argumentem są przedwojenne relacje polsko-niemieckie. Sęk w tym, że najgorzej było przed rządami nazistów. Wówczas dochodziło do słynnych wojen celnych. Również wtedy Niemcy podpisali układ z ZSRR w Rapallo; bazy w Rosji zostały przez nich opuszczone do 1933 roku. Po dojściu Hitlera do władzy jakoś do takich rzeczy nie dochodziło.
Czy stracilibyśmy jakieś ziemie w wyniku dogadywania się z Trzecią Rzeszą? Oni by sobie wybudowali korytarz, no i byłoby po krzyku. Gdańsk przed wojną był zdominowany w 80% przez ludność niemiecką. My natomiast uzyskalibyśmy ziemie na wschodzie, w tym żyzną Ukrainę, strategiczny dostęp do Morza Czarnego. Do żadnych rewindykacji terytorialnych by nie doszło. Niemcy byli zainteresowani raczej inkorporacją państw bałtyckich - my wówczas mielibyśmy jeszcze znaczną część Litwy i port w Połądze.
Często powołuje się również potencjalną długowieczność nazizmu. Ten totalitaryzm miał jednak regionalny charakter w przeciwieństwie do komunizmu głoszącego internacjonalizm. Umarłby zatem razem z Hitlerem. Gdyby nawet Niemcom udałoby się podbić całą zachodnią Europę, to najprawdopodobniej takie państwo runęłoby z hukiem. Wziąć jeszcze trzeba pod uwagę czynniki ekonomiczne. Przecież Hitler najpierw uczynił każdego właściciela Betriebsfuehrer - kierownikiem produkcji. Po zwycięskiej wojnie bardzo prawdopodobne, że doszłoby do nacjonalizacji przemysłu i banków. Zapowiedziane to zostało zresztą w programie NSDAP z 1920 roku. Tam mówiono o nacjonalizacji trustów. Wówczas doszłoby do gospodarczej zapaści, co przyśpieszyłoby upadek takiego państwa. Przy tej okazji moglibyśmy sami trochę skorzystać terytorialnie.
Niestety, stało się inaczej. W wyniku wojny zginęło 6 milionów obywateli Polski. Zniszczona została inteligencja - naród polski został odgłowiony. Po wojnie natomiast przestaliśmy być samodzielnym podmiotem polityki międzynarodowej, stan ten utrzymuje się zresztą po dziś dzień. Śmiem twierdzić, że jako taka państwowość Polski skończyła się 1939 roku. Nie chcę być złym prorokiem, ale na stan obecny wątpię, czy uda się nam kiedyś ją odtworzyć.
Problem ten wywołuje wiele kontrowersji w środowiskach prawicowych. Niektórzy lewicowcy sugerowali wręcz, że to skutek myślenia w kategoriach zoologicznego, jaskiniowego antykomunizmu. Wielu prawicowych komentatorów (na przykład Rafał Aleksander Ziemkiewicz czy Janusz Korwin-Mikke) sugeruje, że w 1938 roku powinniśmy przystąpić do sojuszu z Trzecią Rzeszą. Teraz należy postawić pytanie, czy byłoby to aż tak tragiczne w skutkach, jak niektórzy sobie wyobrażają. Spotkałem się bowiem z opiniami, że Polaków wymordowano by w obozach zagłady, podobnie jak Żydów.
Na początku należy postawić taką kwestię. Czy przed wojną Polska należycie o siebie zadbała? Skądże znowu. Nie weszliśmy w żaden wartościowy sojusz. Na uwagę zasługuje jedynie próba budowy Międzymorza jako przeciwwagi dla Niemiec i Sowietów. W 1938 roku byliśmy postawieni wobec trzech możliwych sytuacji. Po pierwsze nie robić nic, z nikim żadnych paktów nie podpisywać. Jak to się skończyło, to nie trzeba zresztą przytaczać. Skutkiem tamtych wydarzeń jest zresztą obecny stan rzeczy. Druga możliwość to wejście w sojusz ze Stalinem. W tej sytuacji PRL nastałby kilka lat wcześniej, już wówczas doszłoby do zsyłek na Syberię, nacjonalizacji przemysłu i kolektywizacji rolnictwa, ustanowienia państwowego ateizmu et cetera. W tamtej sytuacji pozostaje zatem trzecia możliwość. Trzeba było iść z Hitlerem na ZSRR. Jakby się to skończyło?
Doszłoby do tego, że w 1939 roku marszałek Rydz-Śmigły odebrałby Krzyż Żelazny I klasy na Placu Czerwonym w Moskwie. Do Polski trafiłyby Mińsk, Smoleńsk, Kijów i Odessa. Uzyskalibyśmy zatem dostęp do Morza Czarnego. Polska miałaby większe terytorium, przez co wzrosłaby jej ranga w regionie.
Teraz jakie są najczęstsze kontrargumenty? Bardzo często przywoływany jest przypadek Holocaustu. Krytycy uważają, że obozy masowej zagłady i tak powstałyby na terytorium Polski. Jest on sprzeczny z historyczną rzeczywistością. Jakoś u sojuszników Trzeciej Rzeszy Żydzi mieli się dobrze. Admirał Horthy sprzeciwił się masowym mordom Żydów. Generał Franco został po wojnie odznaczony Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. We Włoszech przeforsowano - i to pod wpływem Hitlera - antysemickie ustawy, jednak jakoś z tego kraju też bydlęce wagony nie podążały w kierunku obozów masowej zagłady. Ów kontrargument jest zatem niedorzeczny z czysto historycznego punktu widzenia. Pojawiają się również opinie, iż gdyby nawet doszło do rzezi, bylibyśmy oskarżani dzisiaj o współudział w Holocauście. Nie bierze to jednak złożoności zjawisk historycznych - swoistych efektów motyla. Nie wiadomo bowiem, czy do Szoah doszłoby. Decyzję o ostatecznym rozwiązaniu podjęto w końcu dopiero w Wannsee. Poza tym kto dzisiaj wypomina Węgrom, Finom, Rumunom czy Włochom walkę u boku Trzeciej Rzeszy, ergo związek z Holocaustem.
Drugim argumentem, który się bardzo często pojawia, to powoływanie się na Mein Kampf. To opus magnum nazizmu traktowane jest tutaj jako słowny wytrych. Ponieważ Hitler tak napisał, to tak się działo. Nikt jednak z powołujących się nie trzymał zapewne nigdy w ręku tej książki. Tam mamy do czynienia z gorzkimi żalami wobec Francji. Wątek wschodu pojawia się w zaledwie kilku linijkach. Przyszły przywódca Trzeciej Rzeszy atakuje tam zresztą... Czechów. Abstrahuję już od tego, że ze znienawidzonego przez siebie Marksa przepisywał całe akapity. Zapomina się tutaj zresztą, że podstawą nazizmu nie jest samo Mein Kampf. Zapomina się o Micie lat dwudziestych Rosenberga, który zresztą uważał, że droga do podboju świata po trupie Polski nie wiedzie. Sam Hitler po fakcie przyznał, że zajęcie terytoriów II RP było głupotą, ponieważ wymusiło na nim wojnę z ZSRR.
Przy tej okazji warto wspomnieć wątek "Polaków-podludzi". Jedną z klasycznych pozycji, na której został oparty cały nazizm, stanowiły Podstawy dziewiętnastego wieku Houstona Chamberlaina, angielskiego filozofa naturalizowanego w Niemczech. Polacy zostali tam zaliczeni do nordyków, więc do rasy stojącej najwyżej w tamtej hierarchii. Więcej, sam Hitler uznał swego czasu, że stanowimy najzdolniejszą nację, jaką Niemcy spotkali na swojej drodze. W razie ewentualnego sojuszu zostalibyśmy pewnie przez niemiecką propagandę potraktowani jak zabłąkany naród germański, potomków Gotów et cetera. Tak bowiem rzecz miała się z Goralenvolk.
Innym argumentem są przedwojenne relacje polsko-niemieckie. Sęk w tym, że najgorzej było przed rządami nazistów. Wówczas dochodziło do słynnych wojen celnych. Również wtedy Niemcy podpisali układ z ZSRR w Rapallo; bazy w Rosji zostały przez nich opuszczone do 1933 roku. Po dojściu Hitlera do władzy jakoś do takich rzeczy nie dochodziło.
Czy stracilibyśmy jakieś ziemie w wyniku dogadywania się z Trzecią Rzeszą? Oni by sobie wybudowali korytarz, no i byłoby po krzyku. Gdańsk przed wojną był zdominowany w 80% przez ludność niemiecką. My natomiast uzyskalibyśmy ziemie na wschodzie, w tym żyzną Ukrainę, strategiczny dostęp do Morza Czarnego. Do żadnych rewindykacji terytorialnych by nie doszło. Niemcy byli zainteresowani raczej inkorporacją państw bałtyckich - my wówczas mielibyśmy jeszcze znaczną część Litwy i port w Połądze.
Często powołuje się również potencjalną długowieczność nazizmu. Ten totalitaryzm miał jednak regionalny charakter w przeciwieństwie do komunizmu głoszącego internacjonalizm. Umarłby zatem razem z Hitlerem. Gdyby nawet Niemcom udałoby się podbić całą zachodnią Europę, to najprawdopodobniej takie państwo runęłoby z hukiem. Wziąć jeszcze trzeba pod uwagę czynniki ekonomiczne. Przecież Hitler najpierw uczynił każdego właściciela Betriebsfuehrer - kierownikiem produkcji. Po zwycięskiej wojnie bardzo prawdopodobne, że doszłoby do nacjonalizacji przemysłu i banków. Zapowiedziane to zostało zresztą w programie NSDAP z 1920 roku. Tam mówiono o nacjonalizacji trustów. Wówczas doszłoby do gospodarczej zapaści, co przyśpieszyłoby upadek takiego państwa. Przy tej okazji moglibyśmy sami trochę skorzystać terytorialnie.
Niestety, stało się inaczej. W wyniku wojny zginęło 6 milionów obywateli Polski. Zniszczona została inteligencja - naród polski został odgłowiony. Po wojnie natomiast przestaliśmy być samodzielnym podmiotem polityki międzynarodowej, stan ten utrzymuje się zresztą po dziś dzień. Śmiem twierdzić, że jako taka państwowość Polski skończyła się 1939 roku. Nie chcę być złym prorokiem, ale na stan obecny wątpię, czy uda się nam kiedyś ją odtworzyć.
piątek, 18 września 2009
Galopujący fiskalizm
Słyszeliśmy już zapewnienia, że premier Donald Tusk nie będzie podnosić żadnych podatków. Czego jednak spodziewać się po ugrupowaniu politycznym z "bandy czworga" jak nie kolejne porcji obiecanek-cacanek. Wiadomo, że niedługo podniesione zostaną podatki akcyzowe - UE przecież nam kazała. Wprowadzona zostanie jeszcze dodatkowa opłata do każdego litra benzyny. Podatków pośrednich jako tako nie widać, więc przeciętny człowiek nie zwraca na to uwagi. Gdyby Tusk wraz ze swoim "geniuszem ekonomii" Janem Vincentem Rostowskim zwiększyli skalę progresji podatkowej, wówczas dostrzegliby to wszyscy. Ostatnimi czasy pojawił się jednak kolejny "racjonalizatorski" pomysł. Otóż rząd chce opodatkować wzajemne świadczenia różnych osób. Jeżeli ktoś pomaluje sąsiadowi dom, będzie musiał za to zapłacić. Oczywiście tutaj pojawiają się pytania: a jak wyceniać koszty takiej pracy na przykład? Na to pytanie jednak rząd nie jest w stanie udzielić odpowiedzi. Jedno jest pewne, wzrośnie ilość biurokratów.
Przy okazji tego prawniczego absurdu na kółkach warto zastanowić się nad tym, jaki powinien być w państwie system podatkowy. Wiadomo bowiem, że jakieś taksy muszą istnieć. Gdyby były one dobrowolne, to zapewne nikt by podatków nie płacił. Postawić trzeba też założenia dotyczące rozmiaru państwa jako takiego. Implikuje to bowiem wysokość podatków. Im szerszy zakres kompetencji ma dane państwo, tym większe musi być opodatkowanie. Państwo według wykładni konserwatywnej powinno zajmować się zapewnianiem bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrzego, egzekucją i stanowieniem prawa oraz podstawową infrastrukturą. Dodatkowe jego uprawnienie stanowi ochrona środowiska. Cała reszta znajdować się ma w rękach prywatnych. Państwo takie zatem nie zajmuje się produkcją (brak tam państwowych przedsiębiorstw) ani różnymi socjalnymi funkcjami - nie wypłaca na przykład zasiłków dla bezrobotnych. Czy do utrzymania takiego państwa potrzeba olbrzymiego, galopującego fiskalizmu?
Wystarczyłyby tutaj zaledwie trzy podatki pobierane przez centralny rząd - pogłówny, ziemski oraz zryczałtowany podatek od działalności banku centralnego. Te wszystkie podatki dochodowe, czy to liniowe, czy z różnymi skalami progresji, czy to akcyzy, VAT, podatek Belki - to wszystko nie jest w ogóle potrzebne. Więcej, jeżeli spojrzymy na historię to stanowi stosunkowo niedawny wynalazek. Podatek dochodowy po raz pierwszy został wprowadzony w Wielkiej Brytanii w 1799 roku, no i in statu nascendi był już uznany za nieetyczny. To tylko taki skromny przypadek. W starożytnym Rzymie epoki pryncypatu funkcjonowały następujące podatki: pogłówny, ziemski i obrotowy od niektórych usług, jak budowa okrętów czy handel niewolnikami. Upadek tego państwa związany jest owszem z zepsuciem. Nie bez znaczenia było również to, co z obecnego punktu widzenia możemy nazywać socjalizmem, czyli między innymi wzrost fiskalizmu. Pojawić się może argument: a przecież państwo nie jest się w stanie z kilku prostych podatków utrzymać! Jest go bardzo łatwo zbić. Jak mianowicie przez kilka tysięcy lat istnienia cywilizacji robiły to niemal wszystkie państwa na świecie? Pokazać to może jeszcze jeden przykry fakt. Socjalistyczne myślenie o gospodarce wryło się w zasadzie w podświadomość. Ludzie nie potrafią sobie wyobrazić sytuacji, jak to jest, żeby nie było na przykład podatku dochodowego, a przy okazji nie istnieje żadna potrzeba wypełniania formulaża PIT. Tak dzieje się również w innych dziedzinach - choćby usprawiedliwianie bytności państwowych przedsiębiorstw stanowi tutaj dobitny przykład. Mniejsza jednak z tym.
Pogłówny powinien mieć stałą wysokość 2000 zł od każdego dorosłego, pracującego obywatela. Można by go rozłożyć na raty kwartalne lub półroczne. Prostota tego podatku pozwoliłaby ograniczyć biurokrację uczestniczącą w jego poborze. Bez większego problemu można by określić, czy dana osoba go zapłaciła, czy też zapłaciła za mało. Obecnie jest to bardzo ciężkie i wymaga zatrudniania sztabu ludzi. Wprowadzając pogłówny, można tak naprawdę zlikwidować znaczną część etatów w Urzędzie Skarbowym. Podatek ten ma również inną zaletę. Dlaczego milioner ma płacić wyższe podatki niż robotnik. Przecież obydwaj tak samo korzystają z usług chociażby sądów czy policji. Zapobiega zatem podatkowej ucieczce do rajów podatkowych.
W przypadku ziemskiego proponuję stawkę 1% od wartości nieruchomości określoną na bazie polisy ubezpieczeniowej lub indywidualnej wyceny właściciela. Byłby to podatek, który proponuje się czasem rozdzielić na dwa - łanowe i podymne. Taki podział jednak nie ma większego sensu, gdy będzie stosowany jednolity sposób jego naliczania. Tutaj też bardzo prosto sprawdzić, czy nie nastąpiło oszustwo. Tak więc po wprowadzeniu wyżej wymienionego podatku pogłównego oraz ziemskiego można zlikwidować Urząd Skarbowy. Tego typu instytucja nie będzie w ogóle potrzebna.
Trzecim rodzajem podatku to ryczałt od działalności banku centralnego w wysokości 20 mld złotych rocznie. Tutaj pojawia się pewien problem. Bank centralny powinien zostać uczyniony instytucją prywatną. Wówczas siłą rzeczy zacznie przynosić zyski w wysokości kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie; przy okazji zostanie ograniczona inflacja. Wówczas będzie go stać, żeby zapłacić 20 mld.
Czy takie państwo utrzymałoby się na powierzchni. Zatwardziali etatyści zaprzeczając historii stwierdziliby, że nie ma racji bycia, co jest jednak bzdurą. Przyjmijmy pesymistyczne założenia, próbując dokonać niejako dowodu nie wprost. Zatrudnionych jest mniej więcej 15 milionów. Po wymnożeniu razy 2000 zł dostajemy 30 miliardów złotych. Wpływy z ziemskiego będą wynosić około 50 miliardów złotych. Na koniec podatek zryczałtowany z działalności banku centralnego. Po zsumowaniu dostajemy 100 miliardów złotych. To jedna trzecia obecnego budżetu! Państwo nie będzie się tam jednak zajmować na przykład ubezpieczeniami społecznymi czy edukacją. Nakłady na armię czy policję można będzie wówczas nawet zwiększyć w porównaniu z obecnymi. Przyjąłem wyżej pesymistyczne założenia. Gdyby przyjąć inną optykę, należałoby przyjąć, że staniemy się rajem podatkowym, więc nawet miliony ludzi z innych państw będzie płacić u nas podatki. Prywatyzacja lasów, plaż czy nawet uwłaszczenie działkowców spowodowałoby wzrost wpływów z ziemskiego; tutaj też należy liczyć na rozbudowę osiedli w miastach. Pamiętać jeszcze trzeba, że do kraju, w którym nie ma żadnych pośrednich podatków, gdzie nie istnieje dochodowy, wyniosłyby się wszystkie firmy, rozkwitłaby przedsiębiorczość, a one gdzieś musiałyby się wybudować. Przewidywane zyski z tych podatków mogłyby być znaczenie większe.
Tego jednak nie można zrobić od tak. Przeprowadzić tutaj należy stopniowe zmiany polegające najpierw na eliminacji dochodowego i akcyz, prywatyzacji znacznej części sektora publicznego oraz likwidacji niepotrzebnej wówczas biurokracji, zastąpieniu VAT obrotowym, a dopiero potem wprowadzenia pogłównego i ziemskiego. Zryczałtowany od banku centralnego można by wprowadzić po prywatyzacji tegoż.
Obserwując jednak obecne trendy, należy spodziewać się wzrostu galopującego fiskalizmu. Kiedyś cesarz Tyberiusz wysłał do namiestnika jednej prowincji upomnienie: "Owce się strzyże, a nie goli". Tego niestety nie są w stanie zrozumieć obecne elity polityczne. Zamiast tego dokładają kolejne cegiełki w rozbudowie instytucji państwa opiekuńczego.
Przy okazji tego prawniczego absurdu na kółkach warto zastanowić się nad tym, jaki powinien być w państwie system podatkowy. Wiadomo bowiem, że jakieś taksy muszą istnieć. Gdyby były one dobrowolne, to zapewne nikt by podatków nie płacił. Postawić trzeba też założenia dotyczące rozmiaru państwa jako takiego. Implikuje to bowiem wysokość podatków. Im szerszy zakres kompetencji ma dane państwo, tym większe musi być opodatkowanie. Państwo według wykładni konserwatywnej powinno zajmować się zapewnianiem bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrzego, egzekucją i stanowieniem prawa oraz podstawową infrastrukturą. Dodatkowe jego uprawnienie stanowi ochrona środowiska. Cała reszta znajdować się ma w rękach prywatnych. Państwo takie zatem nie zajmuje się produkcją (brak tam państwowych przedsiębiorstw) ani różnymi socjalnymi funkcjami - nie wypłaca na przykład zasiłków dla bezrobotnych. Czy do utrzymania takiego państwa potrzeba olbrzymiego, galopującego fiskalizmu?
Wystarczyłyby tutaj zaledwie trzy podatki pobierane przez centralny rząd - pogłówny, ziemski oraz zryczałtowany podatek od działalności banku centralnego. Te wszystkie podatki dochodowe, czy to liniowe, czy z różnymi skalami progresji, czy to akcyzy, VAT, podatek Belki - to wszystko nie jest w ogóle potrzebne. Więcej, jeżeli spojrzymy na historię to stanowi stosunkowo niedawny wynalazek. Podatek dochodowy po raz pierwszy został wprowadzony w Wielkiej Brytanii w 1799 roku, no i in statu nascendi był już uznany za nieetyczny. To tylko taki skromny przypadek. W starożytnym Rzymie epoki pryncypatu funkcjonowały następujące podatki: pogłówny, ziemski i obrotowy od niektórych usług, jak budowa okrętów czy handel niewolnikami. Upadek tego państwa związany jest owszem z zepsuciem. Nie bez znaczenia było również to, co z obecnego punktu widzenia możemy nazywać socjalizmem, czyli między innymi wzrost fiskalizmu. Pojawić się może argument: a przecież państwo nie jest się w stanie z kilku prostych podatków utrzymać! Jest go bardzo łatwo zbić. Jak mianowicie przez kilka tysięcy lat istnienia cywilizacji robiły to niemal wszystkie państwa na świecie? Pokazać to może jeszcze jeden przykry fakt. Socjalistyczne myślenie o gospodarce wryło się w zasadzie w podświadomość. Ludzie nie potrafią sobie wyobrazić sytuacji, jak to jest, żeby nie było na przykład podatku dochodowego, a przy okazji nie istnieje żadna potrzeba wypełniania formulaża PIT. Tak dzieje się również w innych dziedzinach - choćby usprawiedliwianie bytności państwowych przedsiębiorstw stanowi tutaj dobitny przykład. Mniejsza jednak z tym.
Pogłówny powinien mieć stałą wysokość 2000 zł od każdego dorosłego, pracującego obywatela. Można by go rozłożyć na raty kwartalne lub półroczne. Prostota tego podatku pozwoliłaby ograniczyć biurokrację uczestniczącą w jego poborze. Bez większego problemu można by określić, czy dana osoba go zapłaciła, czy też zapłaciła za mało. Obecnie jest to bardzo ciężkie i wymaga zatrudniania sztabu ludzi. Wprowadzając pogłówny, można tak naprawdę zlikwidować znaczną część etatów w Urzędzie Skarbowym. Podatek ten ma również inną zaletę. Dlaczego milioner ma płacić wyższe podatki niż robotnik. Przecież obydwaj tak samo korzystają z usług chociażby sądów czy policji. Zapobiega zatem podatkowej ucieczce do rajów podatkowych.
W przypadku ziemskiego proponuję stawkę 1% od wartości nieruchomości określoną na bazie polisy ubezpieczeniowej lub indywidualnej wyceny właściciela. Byłby to podatek, który proponuje się czasem rozdzielić na dwa - łanowe i podymne. Taki podział jednak nie ma większego sensu, gdy będzie stosowany jednolity sposób jego naliczania. Tutaj też bardzo prosto sprawdzić, czy nie nastąpiło oszustwo. Tak więc po wprowadzeniu wyżej wymienionego podatku pogłównego oraz ziemskiego można zlikwidować Urząd Skarbowy. Tego typu instytucja nie będzie w ogóle potrzebna.
Trzecim rodzajem podatku to ryczałt od działalności banku centralnego w wysokości 20 mld złotych rocznie. Tutaj pojawia się pewien problem. Bank centralny powinien zostać uczyniony instytucją prywatną. Wówczas siłą rzeczy zacznie przynosić zyski w wysokości kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie; przy okazji zostanie ograniczona inflacja. Wówczas będzie go stać, żeby zapłacić 20 mld.
Czy takie państwo utrzymałoby się na powierzchni. Zatwardziali etatyści zaprzeczając historii stwierdziliby, że nie ma racji bycia, co jest jednak bzdurą. Przyjmijmy pesymistyczne założenia, próbując dokonać niejako dowodu nie wprost. Zatrudnionych jest mniej więcej 15 milionów. Po wymnożeniu razy 2000 zł dostajemy 30 miliardów złotych. Wpływy z ziemskiego będą wynosić około 50 miliardów złotych. Na koniec podatek zryczałtowany z działalności banku centralnego. Po zsumowaniu dostajemy 100 miliardów złotych. To jedna trzecia obecnego budżetu! Państwo nie będzie się tam jednak zajmować na przykład ubezpieczeniami społecznymi czy edukacją. Nakłady na armię czy policję można będzie wówczas nawet zwiększyć w porównaniu z obecnymi. Przyjąłem wyżej pesymistyczne założenia. Gdyby przyjąć inną optykę, należałoby przyjąć, że staniemy się rajem podatkowym, więc nawet miliony ludzi z innych państw będzie płacić u nas podatki. Prywatyzacja lasów, plaż czy nawet uwłaszczenie działkowców spowodowałoby wzrost wpływów z ziemskiego; tutaj też należy liczyć na rozbudowę osiedli w miastach. Pamiętać jeszcze trzeba, że do kraju, w którym nie ma żadnych pośrednich podatków, gdzie nie istnieje dochodowy, wyniosłyby się wszystkie firmy, rozkwitłaby przedsiębiorczość, a one gdzieś musiałyby się wybudować. Przewidywane zyski z tych podatków mogłyby być znaczenie większe.
Tego jednak nie można zrobić od tak. Przeprowadzić tutaj należy stopniowe zmiany polegające najpierw na eliminacji dochodowego i akcyz, prywatyzacji znacznej części sektora publicznego oraz likwidacji niepotrzebnej wówczas biurokracji, zastąpieniu VAT obrotowym, a dopiero potem wprowadzenia pogłównego i ziemskiego. Zryczałtowany od banku centralnego można by wprowadzić po prywatyzacji tegoż.
Obserwując jednak obecne trendy, należy spodziewać się wzrostu galopującego fiskalizmu. Kiedyś cesarz Tyberiusz wysłał do namiestnika jednej prowincji upomnienie: "Owce się strzyże, a nie goli". Tego niestety nie są w stanie zrozumieć obecne elity polityczne. Zamiast tego dokładają kolejne cegiełki w rozbudowie instytucji państwa opiekuńczego.
Etykiety:
"banda czworga",
biurokracja,
ekonomia,
fiskalizm,
państwo,
PO,
podatki,
prawicowość,
Tusk,
Urząd Skarbowy
środa, 16 września 2009
Ex occidente lux?
Pod tekstem Europaranoja dyskusja zeszła na boczny tor. Sam tekst dotyczył bezsensu przynależnictwa Polski do UE ze względu na bezustannie rozszerzające się kompetencje tego biurokratycznego molocha. Pojawiły się natomiast propozycje ewentualnych sojuszy. Broniłem tam opcji bliskowschodniej, co nie spotkało się ze szczególnym przyjęciem innych czytelników. Oni raczej chcieli dogadywać się z USA. Zanim przejdę ad rem wypadałoby kilka rzeczy wyjaśnić.
Pierwszą rzeczą jest polityczny realizm. Należy tak ustawiać międzynarodowe alianse, żebyśmy nie wyszli na nich jak Zabłocki na mydle. Co się dzieje natomiast obecnie? Jesteśmy na przykład w UE, musimy zatem znosić różne praktyki protekcjonistyczne Niemiec i Francji, tj. tamtejszego dominatu. Przykładem są tutaj dopłaty rolne, które istnieją tylko dlatego, żeby rolnictwo w kilku dużych krajach zachodniej Europy nie upadło. Poza tym często dostajemy połajanki zupełnie jak za Breżniewa o braku postępów jedynego prawdziwego ustroju socjalistycznego. Wymuszana jest na nas rozbudowa biurokracji. Tworzyć nawet musimy jakieś dziwne urzędy typu ministra do spraw równouprawnienia, prawdopodobnie po to, żeby różni seksualni zboczeńcy mieli gdzie uskarżać się na swój los. Nasz rozwój gospodarczy hamowany jest na szereg różnych sposobów - typu minimalne stawki VAT, ceł, akcyzy na paliwa. Powiedzieć można by: a po co nam taka organizacja, w której mówią nam, że tracimy okazję do siedzenia cicho (słynny casus Chiraca). Wstąpienie do UE, tak lansowane przez rodzimych quislingowców, okazało się być sprzeczne z jakimkolwiek naszym interesem. Nie było zatem działaniem politycznie realistycznym. Innym przykładem są tutaj nasze stosunki z USA. Też podchodzimy tutaj na kolanach. Zapominamy, że to taki dziwny pies, którym merda ogon - państewko wielkości województwa mazowieckiego, a przy okazji oczko w głowie tego supermocarstwa. A my co zrobiliśmy? Kupiliśmy latające gruchoty o wdzięcznej nazwie F16. Wysłaliśmy swoich żołnierzy do Iraku i Afganistanu: nic z tego nie mamy tak naprawdę. Mimo to różne żydowskie mafie - to i tak określenie eufemistyczne - żądają od nas 65 miliardów dolarów. Symbiontem USA jest Izrael, z którym to mamy najlepsze stosunki ze wszystkich państw europejskich. A w zamian nic. Przyjeżdżają do nas wycieczki z uzbrojonymi strażnikami tak, jakbyśmy byli ich protektoratem. Tak samo ciągle dostaje się nam na arenie międzynarodowej od antysemitów. Na wszystkich naszych dotychczasowych sojuszach wychodzimy zatem, jak Zabłocki na mydle. Były one tworzone z myślą nie o działaniu niepodległego państwa, tylko o podporządkowaniu się komuś większemu, kto miał nas gospodarczo ożywić, militarnie wzmocnić, a - kto wie - czy postępowej etyki nie narzucić.
Można mi zarzucić, że skoro krytykuję zarówno UE jak i USA, to jestem zwolennikiem opcji prorosyjskiej. Nieprawda. Rosjanie wiele zrobili, żeby wepchnąć nas w uzależnienie od Matuszki Rassiji. Swoistym przykładem ich geopolitycznego geniuszu było przyznanie nam ziem zachodnich przez Stalina zadekretowane w Teheranie. Miało to nas skonfliktować z Niemcami, a przez to wymusić alians z Rosją. Nie był to pomysł nowy. W czasie wojny domowej w Rosji został on wysunięty już przez admirała Kołczaka. Musimy jednak patrzeć na historię. Przecież Niemcy i Rosja przez tysiąc lat dążyły do podboju ziem Polski. Caryca Katarzyna jasno określiła plany Rosji. Należy zdobyć Polskę oraz cieśniny tureckie. Rosja będzie siłą rzeczy dążyć do tego, żeby nas od siebie uzależnić. Przykładem jest szantażowanie gazowym kurkiem. Dąży również, żebyśmy nie dywersyfikowali dostaw paliw kopalnych. Nic dziwnego, że pomysł ekipy AWS o rurociągu z Norwegii upadł, gdy tylko doszli do władzy postkomuniści. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił ówczesny premier Leszek Miller, to skuteczne pogrzebanie tego konceptu. A niby kto kierował postkomunistami?
Podstawą prowadzenia jakiejkolwiek polityki międzynarodowej jest posiadanie silnej armii. Już von Clausevitz mawiał, że wojna jest przedłużeniem dyplomacji. A czy obecni nasi tzw. sojusznicy pozwoliliby nam na to? Wątpię. Nasze sojusze to bowiem alianse wilka z owcą. Gdybyśmy stwierdzili, że chcemy mieć armię pół miliona ludzi, a do tego ludowe komitety oporu w każdej gminie, oni doprowadziliby do upadku tego pomysłu. W ich interesie nie jest zatem, żebyśmy byli bardzo mocni - mówię tutaj zarówno o USA, Rosji, Niemczech. Oni chcą, żebyśmy chodzili grzecznie na smyczy, a nie zagrażali ich partykularnym interesom.
W takim układzie, co nam pozostaje?
Wspominałem o opcji bliskowschodniej, czyli sojuszu z Turcją i Iranem. Z tym drugim należałoby w tym celu wznowić stosunki dyplomatyczne. Istotną zaletą jest tutaj uniezależnienie się od surowców energetycznych z Rosji. Państwa te siedzą bowiem na ropie i gazie. Można by zatem stamtąd pociągnąć rurociąg przez Azję Mniejszą i Bałkany. Wówczas Kreml nie będzie mógł nas szantażować zakręceniem gazowego kurka. A to jest już bardzo dużo.
W drugą stronę podpisać należy układy handlowe i gospodarcze. Iran to kraj o gospodarce w dużej mierze państwowej, jednak ilość zagranicznych inwestycji w nim rośnie. Powinien zgodzić się zatem wpuścić naszych przedsiębiorców. Poza tym można by im sprzedawać technologie militarne oraz broń. Pozwoli to również Rosję szachować na gruncie geopolityki i pozbawiać to co raz bardziej upadłe państwo wpływów na Kaukazie i w Azji Środkowej.
Państwom w tamtym regionie również powinno zależeć na takim sojuszu. A dlaczego? Rosjanie wyznają teorię geopolityczną McKindera o Heartlandzie. Wynika z niej, że jeżeli ktoś chce władać światem, musi najpierw podbić Azję Środkową. Jeżeli tym państwom zależy na niepodległości, to raczej powinny być nastawione antyrosyjsko. Turcji i Iranowi poza tym zależy, żeby odzyskać wpływy na Kaukazie.
Z drugiej strony my będziemy mogli rozbudować armię. Nikt nam nie będzie mógł tego zabronić. Nasi sojusznicy ze względu na militarne kontrakty będą z tego powodu zadowoleni.
Jakie są najczęstsze kontargumenty wobec takiego przeorientowania polskiej polityki zagranicznej? Zwraca się uwagę tutaj na fundamentalizm islamski w Iranie. Ale co to ma do rzeczy? Czy tym osobom nie przeszkadza ateistyczny fundamentalizm zachodniej Europy? Przecież to jest niekonsekwencja w rozumowaniu. Widzą również w islamie zagrożenie dla zachodniej cywilizacji. Dodam, że ja żadnego nie widzę. Nas powinno cieszyć, jak ochoczo wrogie nam państwa zachodniej Europy zakładają sobie pętlę na szyję. Płacz nad ich losem, który ściągnęli na siebie obyczajowym zepsuciem, jest całkowicie irracjonalny. Tak więc podstawowy argument islamizmu tutaj pada. Niby również w celach kontraktów na dostarczanie surowców energetycznych nie ma potrzeby zawiązywania aliansów. My jednak jesteśmy obecnie państwem słabym i innej możliwości tutaj nie ma.
Wiara w jakieś ex occidente lux jest zatem słabo podbudowana. Z tamtej strony nie spotkało nas nigdy nic dobrego. O pewnych sytuacjach można wręcz powiedzieć, że "wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły". Spodziewać się jednak po obecnych quislingowcach krzty myślenia w kategoriach realizmu politycznego oraz interesu państwa to jeszcze dobitniejszy przykład myślenia życzeniowego.
Pierwszą rzeczą jest polityczny realizm. Należy tak ustawiać międzynarodowe alianse, żebyśmy nie wyszli na nich jak Zabłocki na mydle. Co się dzieje natomiast obecnie? Jesteśmy na przykład w UE, musimy zatem znosić różne praktyki protekcjonistyczne Niemiec i Francji, tj. tamtejszego dominatu. Przykładem są tutaj dopłaty rolne, które istnieją tylko dlatego, żeby rolnictwo w kilku dużych krajach zachodniej Europy nie upadło. Poza tym często dostajemy połajanki zupełnie jak za Breżniewa o braku postępów jedynego prawdziwego ustroju socjalistycznego. Wymuszana jest na nas rozbudowa biurokracji. Tworzyć nawet musimy jakieś dziwne urzędy typu ministra do spraw równouprawnienia, prawdopodobnie po to, żeby różni seksualni zboczeńcy mieli gdzie uskarżać się na swój los. Nasz rozwój gospodarczy hamowany jest na szereg różnych sposobów - typu minimalne stawki VAT, ceł, akcyzy na paliwa. Powiedzieć można by: a po co nam taka organizacja, w której mówią nam, że tracimy okazję do siedzenia cicho (słynny casus Chiraca). Wstąpienie do UE, tak lansowane przez rodzimych quislingowców, okazało się być sprzeczne z jakimkolwiek naszym interesem. Nie było zatem działaniem politycznie realistycznym. Innym przykładem są tutaj nasze stosunki z USA. Też podchodzimy tutaj na kolanach. Zapominamy, że to taki dziwny pies, którym merda ogon - państewko wielkości województwa mazowieckiego, a przy okazji oczko w głowie tego supermocarstwa. A my co zrobiliśmy? Kupiliśmy latające gruchoty o wdzięcznej nazwie F16. Wysłaliśmy swoich żołnierzy do Iraku i Afganistanu: nic z tego nie mamy tak naprawdę. Mimo to różne żydowskie mafie - to i tak określenie eufemistyczne - żądają od nas 65 miliardów dolarów. Symbiontem USA jest Izrael, z którym to mamy najlepsze stosunki ze wszystkich państw europejskich. A w zamian nic. Przyjeżdżają do nas wycieczki z uzbrojonymi strażnikami tak, jakbyśmy byli ich protektoratem. Tak samo ciągle dostaje się nam na arenie międzynarodowej od antysemitów. Na wszystkich naszych dotychczasowych sojuszach wychodzimy zatem, jak Zabłocki na mydle. Były one tworzone z myślą nie o działaniu niepodległego państwa, tylko o podporządkowaniu się komuś większemu, kto miał nas gospodarczo ożywić, militarnie wzmocnić, a - kto wie - czy postępowej etyki nie narzucić.
Można mi zarzucić, że skoro krytykuję zarówno UE jak i USA, to jestem zwolennikiem opcji prorosyjskiej. Nieprawda. Rosjanie wiele zrobili, żeby wepchnąć nas w uzależnienie od Matuszki Rassiji. Swoistym przykładem ich geopolitycznego geniuszu było przyznanie nam ziem zachodnich przez Stalina zadekretowane w Teheranie. Miało to nas skonfliktować z Niemcami, a przez to wymusić alians z Rosją. Nie był to pomysł nowy. W czasie wojny domowej w Rosji został on wysunięty już przez admirała Kołczaka. Musimy jednak patrzeć na historię. Przecież Niemcy i Rosja przez tysiąc lat dążyły do podboju ziem Polski. Caryca Katarzyna jasno określiła plany Rosji. Należy zdobyć Polskę oraz cieśniny tureckie. Rosja będzie siłą rzeczy dążyć do tego, żeby nas od siebie uzależnić. Przykładem jest szantażowanie gazowym kurkiem. Dąży również, żebyśmy nie dywersyfikowali dostaw paliw kopalnych. Nic dziwnego, że pomysł ekipy AWS o rurociągu z Norwegii upadł, gdy tylko doszli do władzy postkomuniści. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił ówczesny premier Leszek Miller, to skuteczne pogrzebanie tego konceptu. A niby kto kierował postkomunistami?
Podstawą prowadzenia jakiejkolwiek polityki międzynarodowej jest posiadanie silnej armii. Już von Clausevitz mawiał, że wojna jest przedłużeniem dyplomacji. A czy obecni nasi tzw. sojusznicy pozwoliliby nam na to? Wątpię. Nasze sojusze to bowiem alianse wilka z owcą. Gdybyśmy stwierdzili, że chcemy mieć armię pół miliona ludzi, a do tego ludowe komitety oporu w każdej gminie, oni doprowadziliby do upadku tego pomysłu. W ich interesie nie jest zatem, żebyśmy byli bardzo mocni - mówię tutaj zarówno o USA, Rosji, Niemczech. Oni chcą, żebyśmy chodzili grzecznie na smyczy, a nie zagrażali ich partykularnym interesom.
W takim układzie, co nam pozostaje?
Wspominałem o opcji bliskowschodniej, czyli sojuszu z Turcją i Iranem. Z tym drugim należałoby w tym celu wznowić stosunki dyplomatyczne. Istotną zaletą jest tutaj uniezależnienie się od surowców energetycznych z Rosji. Państwa te siedzą bowiem na ropie i gazie. Można by zatem stamtąd pociągnąć rurociąg przez Azję Mniejszą i Bałkany. Wówczas Kreml nie będzie mógł nas szantażować zakręceniem gazowego kurka. A to jest już bardzo dużo.
W drugą stronę podpisać należy układy handlowe i gospodarcze. Iran to kraj o gospodarce w dużej mierze państwowej, jednak ilość zagranicznych inwestycji w nim rośnie. Powinien zgodzić się zatem wpuścić naszych przedsiębiorców. Poza tym można by im sprzedawać technologie militarne oraz broń. Pozwoli to również Rosję szachować na gruncie geopolityki i pozbawiać to co raz bardziej upadłe państwo wpływów na Kaukazie i w Azji Środkowej.
Państwom w tamtym regionie również powinno zależeć na takim sojuszu. A dlaczego? Rosjanie wyznają teorię geopolityczną McKindera o Heartlandzie. Wynika z niej, że jeżeli ktoś chce władać światem, musi najpierw podbić Azję Środkową. Jeżeli tym państwom zależy na niepodległości, to raczej powinny być nastawione antyrosyjsko. Turcji i Iranowi poza tym zależy, żeby odzyskać wpływy na Kaukazie.
Z drugiej strony my będziemy mogli rozbudować armię. Nikt nam nie będzie mógł tego zabronić. Nasi sojusznicy ze względu na militarne kontrakty będą z tego powodu zadowoleni.
Jakie są najczęstsze kontargumenty wobec takiego przeorientowania polskiej polityki zagranicznej? Zwraca się uwagę tutaj na fundamentalizm islamski w Iranie. Ale co to ma do rzeczy? Czy tym osobom nie przeszkadza ateistyczny fundamentalizm zachodniej Europy? Przecież to jest niekonsekwencja w rozumowaniu. Widzą również w islamie zagrożenie dla zachodniej cywilizacji. Dodam, że ja żadnego nie widzę. Nas powinno cieszyć, jak ochoczo wrogie nam państwa zachodniej Europy zakładają sobie pętlę na szyję. Płacz nad ich losem, który ściągnęli na siebie obyczajowym zepsuciem, jest całkowicie irracjonalny. Tak więc podstawowy argument islamizmu tutaj pada. Niby również w celach kontraktów na dostarczanie surowców energetycznych nie ma potrzeby zawiązywania aliansów. My jednak jesteśmy obecnie państwem słabym i innej możliwości tutaj nie ma.
Wiara w jakieś ex occidente lux jest zatem słabo podbudowana. Z tamtej strony nie spotkało nas nigdy nic dobrego. O pewnych sytuacjach można wręcz powiedzieć, że "wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły". Spodziewać się jednak po obecnych quislingowcach krzty myślenia w kategoriach realizmu politycznego oraz interesu państwa to jeszcze dobitniejszy przykład myślenia życzeniowego.
Etykiety:
Bliski Wschód,
Heartland,
Iran,
Izrael,
polityka międzynarodowa,
Polska,
sojusze,
Turcja,
UE,
USA
Subskrybuj:
Posty (Atom)