Jakiś czas temu Artur M. Nicpoń opublikował tekst pt. Feromony władzy. W momencie ukazania się nie miałem okazji go przeczytać. Zetknąłem się z nim de facto dzięki wypocinom Quasiego na temat katoagresji rzekomo związanej z poglądami prawicowo-konserwatywnymi. Zainspirował mnie on do przemyśleń, czy rzeczywiście powinniśmy my tutaj w Polsce pewne rzeczy robić, czy nas w ogóle na to stać. Okazuje się, że tak. Tylko niestety rządzili nami po 1989 roku idioci, którzy nie zdawali sobie sprawy z geopolitycznego umiejscowienia naszego kraju i wynikających z tego zagrożeń. Świadczy o tym chociażby uprawianie dyplomacji wzorem Quislinga polegającej na przymilaniu się do wszystkich wokół. Polska była wręcz określana jako brzydka panna bez posagu. No i nic dziwnego, że ci ludzie, którzy nami rządzili, nie dostrzegali, że znajdujemy się między dwoma silnymi żywiołami - niemieckim i rosyjskim, a wobec tego jesteśmy w ciągłym stanie zagrożenia. Przecież od zarania dziejów państwa polskiego wiadomo było, że Niemcy parli na wschód, opanowując Wieletów, Obodrzyców, Łużyczan oraz wiele innych nacji występujących w średniowieczu między Odrą a Łabą, z czasem zajmując fragmenty Polski geograficznej, czyli Pomorze Zachodnie, Śląsk, Lubuszczyznę. A z kolei Ruś od zawsze miała apetyt na te ziemie, już u zarania swojej państwowości toczyliśmy z nią wojny o pewne obszary. W XVI w. panowie na Kremlu jasno zdefiniowali, gdzie ma się znajdować przyszła granica państwa rosyjskiego - na Wiśle. A niektórzy z carów, jak Iwan Groźny, uważali się za władców całej Europy. Caryca Katarzyna uznała za dalekosiężny imperialny cel Rosji opanowanie całej Polski oraz cieśnin tureckich. Taki krótki wgląd w nasze dzieje dobitnie pokazuje naszą sytuację, która nie jest wcale inna niż za czasów Bolesława Chrobrego czy Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nic się nie zmieniło w tym zakresie. Dalej znajdujemy się na Niżu Środkowoeuropejskim i od Niemiec czy Rosji (w zasadzie te postsowieckie republiki to są satelity, więc można mówić tutaj o jednolitej polityce jednego państwa) nie odgradzają nas żadne naturalne bariery typu łańcuchy górskie. To już by nam bardzo dużo dawało. Ale niestety. Po prostu rządzeni byliśmy przez ludzi, którzy nie potrafią wyciągnąć najprostszych wniosków z dziejów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej czy jej położenia geograficznego. Gdybyśmy byli rządzeni przez właściwych ludzi - już nie mówię, że ten kraj wyglądałby zupełnie inaczej, bo tak by pewnie było - ale zainwestowalibyśmy we właściwe rzeczy. Rozwijalibyśmy energetykę atomową (przy okazji wyposażylibyśmy się w kilka głowic) oraz mielibyśmy odpowiednie zasoby broni chemicznej i biologicznej tak, aby w razie czego spustoszyć Niemcy i Rosję.
Pojawia się teraz pytanie: a jak mielibyśmy to zrobić?
Armia w pewien sposób zajmuje się w Polsce badaniami naukowymi vide chociażby WAT czy nie istniejący już WAM. Ale to jest zdecydowanie za mało, ażebyśmy mogli pewne programy związane ze zbrojeniem zrealizować. Powinny powstać większe ośrodki o charakterze instytutów naukowo-badawczych będące własnością armii. Doszedłem do wniosku, że powinny się one zajmować dyscyplinami przyrodniczymi i technicznymi. A teraz jaki one powinny mieć zakres działania?
Pierwszy to rzecz jasna fizyka, chemia, elektronika, informatyka, automatyka, inżynieria chemiczna i procesowa, nanotechnologia, technologia jądrowa et consortes. Ustalmy tutaj jedną rzecz: miałyby one jawny zakres działania oraz ściśle tajny. W pierwszym przypadku to oczywiście zajmowano by się: fizyką półprzewodników, optyką kwantową, chemią kwantową, fizyką i chemią jądrową, elektrochemią, oczywiście chemią organiczną, również supramolekularną, metodami otrzymywania różnych związków na skalę przemysłową. W zakres ściśle tajny wchodziłyby między innymi badaniami nad zimną fuzją termojądrową. Wbrew pozorom może to nie być wcale humbug. Fleichman i Pontz musieli otrzymać sowitą zapłatę od przedstawicieli trustu wydobywczo-energetycznego, aby przyznać się do popełnienia fałszerstwa. Znalazłem informacje, że jedno z laboratoriów związane z US Navy prowadzi badania nad elektrolizą na porowatych elektrodach palladowych w deuterze, czyli z wykorzystaniem klasycznej już metody przedstawionej w 1998 roku przez wymienionych wyżej badaczy. Poza tym są jeszcze inne metody rozważane, jak kawitujące pęcherzyki pary wodnej. Gdyby to była fuszeria od początku do końca, to nikt by się tym nie zajmował; wszyscy daliby sobie spokój już z tym. Tak więc być może procesy zachodzące normalnie w gwiazdach przeprowadzić można w niższej temperaturze... Inną gałęzią, jaką należałoby rozwijać to kryptografia kwantowa. Z użyciem odpowiednich laserów można szyfrować wiadomości oraz przekazywać je praktycznie błyskawicznie pomiędzy nawet oddalonymi od siebie jednostkami. Jawną częścią tego typu military research byłaby optyka i informatyka kwantowa. Obok tego powinno się jeszcze rozwijać nanotechnologię, w tym układy mikroelektromechaniczne. Byłaby to synteza kilku działów fizyki, chemii oraz inżynierii. Tutaj również można oczekiwać potencjalnych zastosowań militarnych. Jeszcze inne badania z gatunku top secret, jakie powinny być tam prowadzone, to broń chemiczna. Powinny one obejmować metody syntezy odpowiednich związków jak również ich projektowanie na zasadach zbliżonych do drug desinging; w oparciu o strukturę odpowiednich białek. Wykorzystywane tutaj winny być również metody chemii kwantowej, aby odpowiednio wyliczyć dany związek. Pion - bo tak to można określić - zajmujący się bronią chemiczną powinien również zajmować się syntezą analogów substancji neurotoksycznych występujących w organizmach żywych, aby móc je wykorzystać później na polu walki. Poza tymi stricte naukowymi aspektami, należy prowadzić również prace nad otrzymywaniem substancji chemicznych mogących zostać wykorzystanych jako broń w skali przemysłowej. Należałoby zaprojektować odpowiednie procesy technologiczne, w jakich można by te związki produkować. Nie sztuka posiadać jakiś związek w bardzo małych ilościach. Trzeba jeszcze go móc otrzymywać w ilościach, jakie pozwalają go zastosować jako broń masowego rażenia.
Druga placówka badawcza powinna się zajmować zagadnieniami biologii molekularnej i eksperymentalnej. W jej zainteresowania powinny wchodzić: biochemia, biofizyka (w tym biologia strukturalna), genetyka molekularna, oczywiście genomika, transkryptomika, proteomika, biologia systemów, biologia rozwoju, onkologia, immunologia, neurobiologia, neurofizjologia, chronobiologia, wirusologia, mikrobiologia, parazytologia molekularna z immunoparazytologią. Część badań prowadzonych powinna być jawnie tak, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Natomiast - tak jak w powyższym przykładzie - inne powinny mieć klauzulę top secret. Należałoby tu wymienić część badań związanych z inżynierią genetyczną związanych bezpośrednio z otrzymywaniem broni biologicznej. Dotyczyć to powinno wirusów, bakterii, grzybów, pierwotniaków oraz robaków pasożytniczych. Te ostatnie - wbrew pozorom - też można wykorzystać jako broń biologiczną. Uzyskiwać powinno się odpowiednie organizmy transgeniczne będące bardziej zjadliwe niż ich naturalne odpowiedniki. Testować powinno się je między innymi na myszach. Instytut powinien również w tym samym okresie, w którym wytworzy organizm mogący zostać użyty jako broń, odpowiednią szczepionkę. Tutaj nie planuję robić ograniczeń - mogłyby zostać użyte klasyczne już atenuowane drobnoustroje, jak i szczepionki DNA czy przeciwciała antyidiotypowe. W przypadku broni biologicznej powinny być prowadzone badania na myszach różnych inbredów (jak również knock-outach lub osobników mających nadekspresję danego genu, również klonach uzyskanych metodą nuclear transfer - takich możliwości nie można wykluczać) jak również na zwierzętach gospodarskich. Prowadzone powinny być również prace nad drobnoustrojami bądź pasożytami atakującymi wyłącznie wybrane grupy etniczne. Testowana winna być również broń chemiczna wszelkiego typu - od neurotoksycznych gazów bojowych typu VX po broń psychochemiczną. W tym wypadku badania można wykonywać nie tylko na kręgowcach, ale również na muszkach owocówkach (Drosophila melanogaster) czy nicieniach Caenorhabditis elegans. Co więcej, można podążyć tutaj drogą, jaką obecnie testuje się wiele leków: wychodzi się od modeli drożdżowych, potem robi się doświadczenia na liniach komórkowych, a dopiero potem przechodzi się do całych organizmów. Taki schemat byłby wielce optymalny. Badane powinny być wszystkie reakcje od poziomu genów aż po obserwowalne zmiany w zachowaniu czy odpowiedzi immunologicznej. Wracając jeszcze do broni biologicznej, nie należy wykluczać jeszcze takich ewentualności jak inżynieria białek. Można by poprzez zamianę kilku nukleotydów na drodze zlokalizowanej mutagenezy uzyskać bardziej toksyczną formę omega-konotoksyny. Później można odpowiedzialny za to gen (oczywiście odpowiednio zmodyfikowany) wprowadzić do jakiegoś patogenu, w ten sposób znacznie zwiększając jego zjadliwość.
Trzeci instytut powinien zajmować się naukami o środowisku. Skupić się tam należy na aspektach dotyczących nauk o Ziemi - geomorfologia, hydrologia, meteorologia, glacjologia, geofizyka, geologia, jak również części nauk biologicznych - zoologia, botanika, ekologia. Można tutaj zadać pytanie, a po co czymś takim ma się zajmować armia. Wbrew pozorom tego typu wiedza może być bardzo przydatna. Wyjaśnijmy czym by się tego typu placówka zajmowała. W przypadku nauk o Ziemi to oczywiście wszelkie badania podłoża skalnego, składu atmosfery, składu gleby et consortes. Jeżeli chodzi o badania biologiczne - to biologia systematyczna, anatomia, etologia, ekologia, fizjologia środowiskowa, ekotoksykologia. To pion jawny. A czym w takim razie powinien zajmować się ten ściśle tajny. W przypadku geologii czy geofizyki to wykrywanie na podstawie rozchodzenia się fal mechanicznych w skalnym podłożu bunkrów i innych podziemnych obiektów militarnych wroga. W tym wypadku istnieje również możliwość rozpoczęcia prac nad bronią sejsmiczną. Można też dyskutować o umiejscowieniu poszczególnych swoich twierdz tak, aby ciężko było je zdobyć z użyciem sił konwencjonalnych. W przypadku innych badań, to określać trzeba by skalę skażeń w razie użycia broni chemicznej lub atomowej. Ergo: prowadzone powinny być zatem odpowiednie prace z zakresu ekotoksykologii. Tutaj dogodnym modelem wydają się zwykłe rozwielitki oraz w ogóle ekosystemy wodne, jeżeli rozumujemy w tej skali; wynika to, rzecz jasna, z większej stabilności warunków wewnątrz nich. Powinny być prowadzone prace - zarówno w pionie jawnym, jak i tajnym - dotyczące analizy kondycji ekosystemów - zarówno lądowych jak i wodnych - z użyciem odpowiednich organizmów stosowanych w tym wypadku jako wskaźniki. Proponowałbym tutaj badania zooplanktonu, owadów, ptaków i ssaków drapieżnych oraz pasożytów wywodzących się z pierwotniaków i zwierząt wielokomórkowych (dodam, że bardzo dużo da tutaj sam pomiar poziomu stresu fizjologicznego). Inny zakres prac powinien dotyczyć pewnego rodzaju inżynierii ekosystemów. Wały będące umocnieniami można obsadzić przecież odpowiednimi roślinami, w wyniku czego będą bardziej wytrzymałe. Powinny być również prowadzone prace na temat sztucznego zabagniania terenów przyległych do fortyfikacji; wówczas po prostu ciężej je zdobyć. Dużo trudniej przeprawić się przez taki teren zwykłym siłom konwencjonalnym. Redefinicji wymaga również samo określenie broń biologiczna. Pojmujemy ją zazwyczaj w związku z masowym rażeniem siły ludzkiej. A to niekoniecznie... Na tyłach wroga można prowadzić szeroko zakrojoną dywersję, przez co można zniszczyć praktycznie rolnictwo i przemysł drzewny, a nawet części rybołówstwa śródlądowego, doprowadzając w ten sposób do klęski nieurodzaju i głodu. Teoretycznie wprowadzając stosunkowo niewielkie zmiany w ekosystemach można doprowadzić do ich destabilizacji. Z tego powodu warto prowadzić badania w zakresie klasycznej zoologii i botaniki. Można znaleźć organizm, który bez wrogów naturalnych będzie potrafił siać ogromny chaos w biocenozach. My będziemy znali jego wrogów naturalnych (jakieś czynniki chorobotwórcze, pasożyty lub drapieżniki) i w razie czego będziemy potrafili ograniczyć jego liczebność. Problem będą mieli ci, u których dane zwierzę lub roślina zostanie uwolnione.
Poszczególne instytuty powinny również ze sobą współpracować. Techniki modelowania wypracowane na pierwszym mogłyby zostać z powodzeniem zastosowane w przypadku analizy ekspresji wielu tysięcy genów oraz procesów zachodzących na szczeblu ekosystemalnych. Inżynieria białek i bioinformatyka wymagają obliczeń ab initio, zatem teoretycznie pojawia się możliwość zastosowania tutaj chemii kwantowej. Również enzymy pochodzące z odpowiednich organizmów mogą zostać zastosowane w procesach produkcji pewnych interesujących związków. Być może również można zaprzęc do tego celu organizmy takie jak transgeniczne drożdże Saccharomyces cerevisiae, które otrzymałyby w zasadzie za nas odpowiednie substancje. Co więcej, uzyskiwanie pewnych związków na drodze syntezy chemicznej może okazać się zbyt drogie, więc możliwe jest, że z pewnych roślin czy zwierząt dane substancje będzie trzeba zwyczajnie pozyskiwać.
Kto jeszcze powinien być tam zatrudniony? Oczywiście absolwenci uczelni wojskowych. Można by również brać naukowców z przysłowiowego cywila, po paromiesięcznym militarnym przeszkoleniu. Można by ustalić też, że równocześnie realizuje się jeden plan jawny, a drugi top secret.
Taki plan ma w Polsce niewielkie szanse na spełnienie. Do tego celu musiałby powstać prawdziwy prawicowy, konserwatywny, autorytarny rząd, który utrzymałby się przez dłuższy czas. Jak wyżej, w pierwszym akapicie, zaznaczyłem, rządzą nami niestety idioci, przez których jesteśmy w zasadzie bezbronni. W razie konfrontacji nawet z malutką Litwą nie mamy żadnych szans. Teoretycznie to może nas bez większych problemów opanować Łukaszenka. My nie mamy nawet możliwości na kontratak, ani na prowadzenie szeroko zakrojonej dywersji na tyłach wroga. Obok siebie mamy też państwa o planach ewidentnie imperialistycznych, jak Niemcy czy Rosja. A wiadomo na imperializm najlepiej reagować tym samym. Niestety, tego rządy po 1989 roku nie rozumiały. Ich zdaniem należało prowadzić politykę Widkuna Quislinga, nie budować żadnych siłowni atomowych ani nie zbroić się. Postawiliśmy niestety na socjaldemokratyczny pacyfizm, który jest debilizmem do sześcianu.
Ludzkość pchał na przód militaryzm. Indukował on postęp całej nauki i techniki. A teraz jak dominować na świecie zaczyna lewactwo, to zaczynają się nowe Wieki Ciemne. Oni są zwolennikami demilitaryzacji tak, aby nie było niczego, parafrazując Kononowicza. Historii oni po prostu nie znają, co już mówić o subdyscyplinach jak historia wojskowości, techniki, nauki... nie wiedzą, co pcha ten cały grajdoł, jakim jest ludzkość, do przodu - od strony rzecz jasna czysto pragmatycznej. (Od strony idealistycznej, bowiem, mówi się o ciekawości...)
Czyżby więc od Najjaśniejszej Rzeczypospolitej miały się zacząć Wieki Ciemne?
środa, 2 lipca 2008
wtorek, 24 czerwca 2008
O aborcji z innej strony
Nie tak dawno temu całą Polskę obiegła wiadomość, o tym, że pewna nastolatka imieniem Agata zaszła w ciążę w wieku 14 lat. Najpierw znana nam wszystkim gazeta stwierdziła, że to wynik gwałtu. Osobiście wtedy w to wątpiłem, bo znając zachowania co poniektórych dziewczyn bądź słuchając na ich temat, to często okazuje się to kłamstwem. Okazało się, że miałem rację, iż to był efekt łóżkowych ekscesów, a nie gwałtu. Dochodziło do swoistego odbijania piłeczki między środowiskami pro-life a pro-choice. Co do tych drugich, wypowiadała się między innymi Wanda Nowicka, która nawet swojego syna nie umiała dobrze wychować, więc nikt jej nie dał patentu, aby mogła wypowiadać się w tak ważkich sprawach. Ostatecznie aborcja została dokonana.
Sam osobiście uważam obecną ustawę za zgniły kompromis, za takie uchylone drzwi dla filoaborcjonistów, które w razie czego można bez problemu sforsować. A teraz oni powiedzieli nastolatkom, że mogą uprawiać seks do woli, bo w razie czego to się wyskrobie i nie będzie problemu. Taka prawda.
Wykonajmy przy okazji taki eksperyment myślowy.
A wyobraźmy sobie, że Agata jest Żydówką, no i że zaszła w ciążę. Czy w takim wypadku znana nam wszystkim gazeta zrobiłaby z tego taki szum medialny. Na moje oko nie. Żydowskim szowinistom nie będzie zależało na tym, aby było jednego przedstawiciela ich rasy mniej. Nawet gdyby została zgwałcona, to by urodziła, bo byłby jeden Żyd na świecie więcej. A tak... jak można wyeliminować wstrętnego Polaczka, to czego tego nie zrobić?
No i mamy tutaj całą logikę rozumowania. Przecież to może być wygodne narzędzie w rękach części rasistów i darwinistów społecznych, żeby eliminować mniejszości etniczne. Hitler w 1943 roku zalegalizował aborcję dla nie-Aryjczyków przez cały okres jej trwania, a dla Niemców przepisy antyaborcyjne zostały jeszcze bardziej zaostrzone. Zakładano, że w ten sposób szybciej będzie można powiększyć Lebensraum. Inny tego typu przypadek to Margaret Sanger, założycielka Planned Parenthood (dodam, że ta organizacja patrzy jeszcze miło na eugenikę). Widziała ona w aborcji przede wszystkim sposób na ograniczenie ilości Murzynów. Tak samo, dlaczego żydowscy szowiniści marzący o Judeopolonii nie mieliby chcieć zalegalizować w Polsce aborcji? Przecież Żydzi to naród o etyce grupowej, gdzie nikt by Żydówce nie pozwolił się wyskrobać, choćby aborcja była przez całe 9 miesięcy trwania ciąży dozwolona. A Polacy? Przecież widać, jak nas komuna zatomizowała, a sytuacja rodziny jest wręcz tragiczna. Łatwo przewidzieć, co by się stało. Byśmy się zaczęli wyludniać w tempie Rosji albo Ukrainy... tak to by się skończyło, niestety. A wiadomo, przecież następuje w pewnym momencie zastępowanie ludności, nietrudno przewidzieć przyszły bieg zdarzeń.
Tak więc aborcja jest wygodnym narzędziem w rękach rasistów i wszelkiej maści szowinistów na tle etniczno-narodowościowym. De facto jej zwolennicy są kryptorasistami bądź kryptosocjaldarwinistami, bo argumenty jakie stosują można by odnieść również do masowej sterylizacji lub wręcz planowej eksterminacji danej grupy w społeczeństwie. Może też to być instrument, aby dana grupa po pewnym czasie stała się na danym czasie dominantem.
Problemu aborcji nie można rozważać tylko w kategoriach moralno-etycznych. Trzeba również patrzeć, kto może z legalizacji wynieść potencjalne korzyści.
Sam osobiście uważam obecną ustawę za zgniły kompromis, za takie uchylone drzwi dla filoaborcjonistów, które w razie czego można bez problemu sforsować. A teraz oni powiedzieli nastolatkom, że mogą uprawiać seks do woli, bo w razie czego to się wyskrobie i nie będzie problemu. Taka prawda.
Wykonajmy przy okazji taki eksperyment myślowy.
A wyobraźmy sobie, że Agata jest Żydówką, no i że zaszła w ciążę. Czy w takim wypadku znana nam wszystkim gazeta zrobiłaby z tego taki szum medialny. Na moje oko nie. Żydowskim szowinistom nie będzie zależało na tym, aby było jednego przedstawiciela ich rasy mniej. Nawet gdyby została zgwałcona, to by urodziła, bo byłby jeden Żyd na świecie więcej. A tak... jak można wyeliminować wstrętnego Polaczka, to czego tego nie zrobić?
No i mamy tutaj całą logikę rozumowania. Przecież to może być wygodne narzędzie w rękach części rasistów i darwinistów społecznych, żeby eliminować mniejszości etniczne. Hitler w 1943 roku zalegalizował aborcję dla nie-Aryjczyków przez cały okres jej trwania, a dla Niemców przepisy antyaborcyjne zostały jeszcze bardziej zaostrzone. Zakładano, że w ten sposób szybciej będzie można powiększyć Lebensraum. Inny tego typu przypadek to Margaret Sanger, założycielka Planned Parenthood (dodam, że ta organizacja patrzy jeszcze miło na eugenikę). Widziała ona w aborcji przede wszystkim sposób na ograniczenie ilości Murzynów. Tak samo, dlaczego żydowscy szowiniści marzący o Judeopolonii nie mieliby chcieć zalegalizować w Polsce aborcji? Przecież Żydzi to naród o etyce grupowej, gdzie nikt by Żydówce nie pozwolił się wyskrobać, choćby aborcja była przez całe 9 miesięcy trwania ciąży dozwolona. A Polacy? Przecież widać, jak nas komuna zatomizowała, a sytuacja rodziny jest wręcz tragiczna. Łatwo przewidzieć, co by się stało. Byśmy się zaczęli wyludniać w tempie Rosji albo Ukrainy... tak to by się skończyło, niestety. A wiadomo, przecież następuje w pewnym momencie zastępowanie ludności, nietrudno przewidzieć przyszły bieg zdarzeń.
Tak więc aborcja jest wygodnym narzędziem w rękach rasistów i wszelkiej maści szowinistów na tle etniczno-narodowościowym. De facto jej zwolennicy są kryptorasistami bądź kryptosocjaldarwinistami, bo argumenty jakie stosują można by odnieść również do masowej sterylizacji lub wręcz planowej eksterminacji danej grupy w społeczeństwie. Może też to być instrument, aby dana grupa po pewnym czasie stała się na danym czasie dominantem.
Problemu aborcji nie można rozważać tylko w kategoriach moralno-etycznych. Trzeba również patrzeć, kto może z legalizacji wynieść potencjalne korzyści.
Etykiety:
aborcja,
Planned Parenthood,
zoologiczna prawicowość,
żydowski szowinizm,
Żydzi
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Król kier
Październik 1918 roku. Niemcy wycofują się z francuskiego miasteczka, uprzednio je zaminowując. Uciekli z niego praktycznie wszyscy mieszkańcy. Do miasta wkroczyć ma pułk żołnierzy brytyjskiej. Wysyła na zwiad jednego z nielicznych żołnierzy władających językiem francuskim - z zawodu ornitologa. Ten dostaje się na jego teren i wkracza na teren szpitala psychiatrycznego. Jego pensjonariusze uznają to za swoisty znak, no i opuszczają teren zakładu, a następnie zajmują opuszczone nisze po normalnych mieszkańcach...
Tak się zaczyna film Król kier. Dostrzegalna jest pewna analogia z zacytowaną przeze mnie w poprzednim tekście wypowiedzią przedstawiciela skrajnej lewicy. Czy znajdujemy się tutaj wszyscy piszący na blog.media.pl w swoistym psychiatryku, jakimś ciężkim lochu porównywalnym do tego rodem z Milczenia owiec. Można się tutaj zastanawiać, a kto niby ma być Hannibalem Lecterem... jeżeli już stosujemy taką głęboką analogię. Fajnie, tylko dlaczego ten rzekomo loch dla obłąkanych uważam za jedną z nielicznych ostoi normalności i obiektywizmu? Czyżbym był obłąkany? Można to potraktować jako pieśń odległej przyszłości, ale teoretycznie jak to lewackie superpaństwo (w sensie Mumia Jewropejska) będzie się rozwijać dalej, to można wylądować w kaftanie za zarzuty typu katoagresja i syndrom RWA. Nie wiadomo też, czy się nie będzie reedukowanym na Dalekiej Północy pracą, głodem i zimnem. Ale cóż, lewactwo sprzeciwu nie znosi i takie było zawsze.
Z jednym jestem w stanie się zgodzić, że Salon24 stał się Psychiatrykiem24. I nie chodzi tutaj o ucieczkę paru wojujących ateistów. Po nich nikt tam płakać nie będzie, chyba że Pandada czy Galopujący Major. Ale cóż, jeżeli dochodzi tam do cenzury, ludzie przepadają jak kamień w wodę... i to po prawicy, to chyba określenie Psychiatryk24 jest uzasadnione. Niektórzy, podobnie jak Karlin się wycofują z tego przybytku, to jest coś nie tak. Raczej prawica ostatnimi czasy jest tam gnębiona i to od czasów zwycięstwa w październikowych wyborach. Trzeba było się dopasować do nowego porządku na zasadzie umarł król, niech żyje król!; z tego wynika wszystko, co się tam działo w ciagu ostatnich miesięcy. Dodam, że już trzeci raz nie mam zamiaru tam wracać. Po prostu - jak już wcześniej wielokrotnie zaznaczałem - pisanie z ludźmi o pewnym wzorcu mentalności w jednym miejscu nie przystoi.
W Królu kierze na zakończenie wysłany żołnierz stanął goły z klatką z gołębiem pod bramami zakładu dla umysłowo chorych. No cóż było mu najwyraźniej lepiej wśród tego typu ludzi...
...teraz dochodzę do wniosku zdecydowanie, że zdecydowanie lepiej jest mi właśnie w towarzystwie ludzi o wyrazistych poglądach, będących z punktu widzenia tejże (ch)lewicy wariatami. Przynajmniej tutaj panuje wolność słowa, a nie wolność do ataków słownych ze strony lewactwa i udawania, że jak oni plują, to pada deszcz. Dodam, że każda riposta prawicy na ich reakcje była traktowana jako agresja i przyczynek do blokowania możliwości komentowania lub bloga w ogóle albo orwellowskich zniknięć. Tutaj na szczęście tego nie ma. Czy jest tutaj takie schlebianie wszystkim po kolei? Też nie ma. Ostatnio na przykład nie zgadzałem się z Kontrrewolucjonistą, kiedyś tam ostro dyskutowałem też z Kukim i W.s_media w jednym wątku na forum. Tak więc lizania po jajkach, że pozwolę sobie użyć takiego określenia, na pewno tutaj nie ma. Poza tym ludzie o prawicowych przekonaniach to są zwykle indywidualiści twardo broniący swoich racji. Ciężej im się będzie ze sobą współpracować niż lewicowcom. Po stronie naszych oponentów jest zwykle ein Reich, ein Volk, ein Führer. Oni muszą grać w większej grupie, bo inaczej nie mogą. Po prostu ten tekst nie jest niczym innym, jak przyznaniem się do porażki w walce z ultrakonserwatystami, a w zasadzie stanowi oddanie pola walkowerem. Podobnie jak te wyzwiska pod ich adresem, wskazujące o stopniu indoktrynacji. Napisane jest też wyraźnie, że autor tych określeń nie może walczyć sam w pojedynkę; czy to nie jest ewidentne przyznanie się do porażki?
A pointa może być taka. Nie od dzisiaj wiadomo, że better dead than red. Tak więc już lepiej być hiperprawicowym królem kier niż zdrowym lewakiem.
Tak się zaczyna film Król kier. Dostrzegalna jest pewna analogia z zacytowaną przeze mnie w poprzednim tekście wypowiedzią przedstawiciela skrajnej lewicy. Czy znajdujemy się tutaj wszyscy piszący na blog.media.pl w swoistym psychiatryku, jakimś ciężkim lochu porównywalnym do tego rodem z Milczenia owiec. Można się tutaj zastanawiać, a kto niby ma być Hannibalem Lecterem... jeżeli już stosujemy taką głęboką analogię. Fajnie, tylko dlaczego ten rzekomo loch dla obłąkanych uważam za jedną z nielicznych ostoi normalności i obiektywizmu? Czyżbym był obłąkany? Można to potraktować jako pieśń odległej przyszłości, ale teoretycznie jak to lewackie superpaństwo (w sensie Mumia Jewropejska) będzie się rozwijać dalej, to można wylądować w kaftanie za zarzuty typu katoagresja i syndrom RWA. Nie wiadomo też, czy się nie będzie reedukowanym na Dalekiej Północy pracą, głodem i zimnem. Ale cóż, lewactwo sprzeciwu nie znosi i takie było zawsze.
Z jednym jestem w stanie się zgodzić, że Salon24 stał się Psychiatrykiem24. I nie chodzi tutaj o ucieczkę paru wojujących ateistów. Po nich nikt tam płakać nie będzie, chyba że Pandada czy Galopujący Major. Ale cóż, jeżeli dochodzi tam do cenzury, ludzie przepadają jak kamień w wodę... i to po prawicy, to chyba określenie Psychiatryk24 jest uzasadnione. Niektórzy, podobnie jak Karlin się wycofują z tego przybytku, to jest coś nie tak. Raczej prawica ostatnimi czasy jest tam gnębiona i to od czasów zwycięstwa w październikowych wyborach. Trzeba było się dopasować do nowego porządku na zasadzie umarł król, niech żyje król!; z tego wynika wszystko, co się tam działo w ciagu ostatnich miesięcy. Dodam, że już trzeci raz nie mam zamiaru tam wracać. Po prostu - jak już wcześniej wielokrotnie zaznaczałem - pisanie z ludźmi o pewnym wzorcu mentalności w jednym miejscu nie przystoi.
W Królu kierze na zakończenie wysłany żołnierz stanął goły z klatką z gołębiem pod bramami zakładu dla umysłowo chorych. No cóż było mu najwyraźniej lepiej wśród tego typu ludzi...
...teraz dochodzę do wniosku zdecydowanie, że zdecydowanie lepiej jest mi właśnie w towarzystwie ludzi o wyrazistych poglądach, będących z punktu widzenia tejże (ch)lewicy wariatami. Przynajmniej tutaj panuje wolność słowa, a nie wolność do ataków słownych ze strony lewactwa i udawania, że jak oni plują, to pada deszcz. Dodam, że każda riposta prawicy na ich reakcje była traktowana jako agresja i przyczynek do blokowania możliwości komentowania lub bloga w ogóle albo orwellowskich zniknięć. Tutaj na szczęście tego nie ma. Czy jest tutaj takie schlebianie wszystkim po kolei? Też nie ma. Ostatnio na przykład nie zgadzałem się z Kontrrewolucjonistą, kiedyś tam ostro dyskutowałem też z Kukim i W.s_media w jednym wątku na forum. Tak więc lizania po jajkach, że pozwolę sobie użyć takiego określenia, na pewno tutaj nie ma. Poza tym ludzie o prawicowych przekonaniach to są zwykle indywidualiści twardo broniący swoich racji. Ciężej im się będzie ze sobą współpracować niż lewicowcom. Po stronie naszych oponentów jest zwykle ein Reich, ein Volk, ein Führer. Oni muszą grać w większej grupie, bo inaczej nie mogą. Po prostu ten tekst nie jest niczym innym, jak przyznaniem się do porażki w walce z ultrakonserwatystami, a w zasadzie stanowi oddanie pola walkowerem. Podobnie jak te wyzwiska pod ich adresem, wskazujące o stopniu indoktrynacji. Napisane jest też wyraźnie, że autor tych określeń nie może walczyć sam w pojedynkę; czy to nie jest ewidentne przyznanie się do porażki?
A pointa może być taka. Nie od dzisiaj wiadomo, że better dead than red. Tak więc już lepiej być hiperprawicowym królem kier niż zdrowym lewakiem.
Etykiety:
blog.media,
katoagresja,
konserwatyzm,
salon24,
syndrom RWA,
ultraprawica
sobota, 21 czerwca 2008
O zdrowiu psychicznym prawicy
Znany dysydent Władimir Bukowski w ZSRR spędził gros czasu w zakładach psychiatrycznych. Przyczyną tego była niechęć do raju na Ziemi, w jakim miał się znajdować. Była to choroba porównywana do schizofrenii paranoidalnej. Oznaczało to, że jak się komuś nie podobało w lewicowym Państwie Bożym na tym padole łez, to ma nierówno pod sufitem. Ostatnio można obserwować ciekawe zjawisko. Niby historia magistrae vitae est, ale wraca stare.
Otóż, jak się komuś nie podoba nowy socjalistyczny, lewicowy świat, to też ma coś z głową. Tak przynajmniej wynika z pewnych rzeczy, jakie mogłem ostatnio przeczytać. Teraz wychodzi na to, że jak się ma prawicowe poglądy - zarówno społeczne, jak i gospodarcze - to jest się jakimś amokantem, którego rodzice w dzieciństwie więzili w szafie za przewinienia, również ma się podniesiony ponad normę poziom agresji, ma się skłonności narcystyczne et cetera. Teraz wychodzi na to, że jak ktoś nie lubi ponad osiemdziesięcioprocentowych podatków i marszów ludzi z zaburzeniami psychoseksualnymi, to należy go zwinąć w kaftan i odesłać do jakiś Tworek, Gostynia czy innego zakładu dla obłąkanych. Ale cóż, lewactwo zawsze nienawidziło odstępstw od swoich przekonań... Należy również spostrzec, iż wydziały nauk społecznych i humanistycznych są istną wylęgarnią lewactwa; tak samo te nauki zostały zdominowane przez lewicowych intelektualistów. Tak więc nie dziwmy się. Nauka nie pierwszy raz w historii stała się źródłem ideologicznej manipulacji...
Dowiedziałem się na przykład, że istnieje coś takiego jak syndrom RWA. Akronim oznacza right-wing authoritarianism oznaczający konserwatyzm. Ma on dotyczyć osób wychowywanych w tradycjonalistycznych rodzinach, cechować się niechęcią do inności, szufladkowaniem ludzi na różne kategorie. Osobnicy będący RWA dostrzegają również hierarchiczność społeczeństwa. Często mają również niższy iloraz inteligencji. Doprawdy, jeżeli miałbym sobie wyobrazić ideologiczny atak na przeciwnika, to nie wiem, czy byłbym w stanie wymyśleć porównywalną chorobę psychiczną.
Zacznijmy niejako od końca. Iloraz inteligencji mierzy tylko tzw. inteligencję abstrakcyjną. Można osiągać świetne wyniki w tych testach IQ, a nie być w stanie rozwiązać bardziej twórczego problemu. Poza tym można nauczyć się je rozwiązywać. Ergo: nie jest to zatem żaden miernik, czy człowiek jest w stanie coś wykombinować, czy też nie. Sharon Stone ma iloraz inteligencji wyższy niż Einstein i jakoś teorii wszystkiego nie wymyśliła. Tutaj wypada zaznaczyć, iż ten ostatni próbował w 1950 roku dokonać tego - opublikował wtedy artykuł, który miał integrować fizykę kwantową, elektrodynamikę oraz ogólną teorię względności. Wnioski okazały się błędne. Jeżeli faktycznie inteligencja abstrakcyjna byłaby dodatnio skorelowana (ergo z dużym prawdopodobieństwem związana) z kreatywnością, to Sharon Stone powinna być w stanie wymyśleć zestaw równań, z których można by wyprowadzić zarówno ogólną teorię względności, prawa Maxwella i równanie Schrödingera. Ale nie jest. Przechodzimy tutaj przy tej okazji do następnej kwestii związanej z tematem. Istnieją jeszcze trzy rodzaje inteligencji: twórcza, emocjonalna i społeczna. Jakoś na to nikt prowadzący te badania uwagi na to nie zwrócił.
Powołam się również na swoistą folk science wynikającą z moich własnych obserwacji. Otóż, ludzie, którzy zazwyczaj mają lewicowe przekonania myślą zazwyczaj stadnie, są bardzo kolektywni. Znani mi prawicowcy samodzielnie kształtują swój światopogląd, szukając i czytając różne rzeczy. Lewicowcom wystarcza kolektyw, w którym wymieniają się plotkami. Poza tym nienawidzą oni wszelkiej inności i są towarzystwem bardzo zamkniętym. Ideologicznych odszczepieńców z automatu wykluczają i ścigają z zaciekłością czekistów. I kto tutaj mówi o zamknięciu się konserwatystów? Po prostu - po mojemu - ci akademicy z psychologii społecznej czy mikrosocjologii są jak średniowieczni uczeni studiujący Fizykę Arystotelesa. O otaczającym świecie po prostu pojęcie mają oni żadne. Ci socjolodzy i psycholodzy dobierają sobie pod tezę odpowiednich ludzi, a potem budują swoje fałszywe modele, które z rzeczywistością mają tyle wspólnego, co płaska ziemia i geocentryczny model Klaudiusza Ptolemeusza. Gdyby się oni przyjrzeli, jak tak naprawdę wyglądają normalni ludzie, to by zauważyli, iż oni sami są w błędzie. Nie powstałaby taka cudaczna książka jak Psychopatologia obłędu. Lepsze dzieło nie zostałoby napisane na zamówienie NSDAP albo KPZR.
Dostrzeganie hierarchii społecznej... a przecież ludzie są różni, i to wymaga z uwarunkowań zarówno biologicznych, jak i kulturalnych. Przez to jedni będą mądrzejsi, a inni głupsi, jedni będą biedni, a drudzy bogaci. Hierarchia społeczna po prostu jest faktem, a jej nie dostrzeganie, to jakby nie widzieć działania sił grawitacyjnych czy oddziaływań elektrostatycznych.
Wypada jeszcze wspomnieć o agresji. Dodam, że pewien poziom jest pożyteczny. Człowiek nie powinien pozwalać sobie dmuchać w kaszkę. Mówienie o jakiejś nieagresji, zwalczanie jej, to tak naprawdę hodowanie społeczeństwa niewolników, które nie odwarknie, jak się będzie ich grabić i mordować. Czy to nie jest marzenie naczelnych architektów nowego socjalistycznego świata - tych uświadomionych w lewicowych watahach? Jakoś nikt nie widzi, jaką stadną agresję wykazuje lewica. Przecież są standardowe przykłady łamania ludziom kariery za twierdzenia na temat grzeszności homoseksualizmu połączone z powszechnym wykpiewaniem danego człowieka. Lewactwo ma jeszcze coś takiego, że nigdy nie odpuszcza. Jak Stalin uparł się na Trockiego, to w końcu on zginął, co prawda od czekana Ramona Mercadera, ale dopiął swego. Tak samo w budowie nowego socjalistycznego świata nie cofną się oni przed niczym. Pokazali to wielokrotnie. Jeżeli konserwatyści wykazują agresję, to lewicowcy cechują się hiperagresją.
Zarzucenie choroby psychicznej jest poza tym najniższym z możliwych argumentów. Pozwolę sobie zacytować piękny kawałek napisany przez człowieka o poglądach skrajnie lewicowych:
Psychiatryk24 to mimo wszystko dosc cywilizowany "dom bez klamek", w ktorym wiekszosc pacjentow ma umiarkowane problemy ze zdrowiem. Za to blog.media to psychiatryczny loch dla przypadkow najciezszych - jak w "Milczeniu owiec" - pschopatow, agresywnych maniakow, terminalnych stadiow delirium itp., gdzie w uzyciu musza byc lobotomia, przykuwanie pasami do lozek, prymitywne elektrowstrzasy i haloperidol...
Zachowana została tutaj pisownia taka jak w oryginale. Dodam, że jest to dzieło osoby chorej psychicznie, cierpiącej bowiem na zespół Aspergera. Czy jednemu psychicznemu wypada się wypowiadać o innych? Cierpiących w dodatku na urojone, znane tylko lewactwu schorzenia polegające na wyznawaniu niewłaściwej ideologii? Lewactwo gotowe jest na wszystko celem zniszczenia cywilizacji. Nie posuną się oni przed żadną podłą insynuacją, żeby dopiąc swojego celu (a tak naprawdę celu loż masońskich). Oni już potrafili kilkaset milionów ludzi zamordować, czym więc jest dla nich ideologizacja nauki? Przykładem jest ten syndrom RWA.
Zarzucana jest jeszcze prawicy w związku z RWA skrajna zachowawczość. A przecież, gdyby urządzić świat całkowicie po prawicowemu, to byłaby to dopiero rewolucja. Konserwatyzm nie polega na zachowywaniu bieżącego stanu rzeczy idealnie tak, jak jest. Polega na stwierdzeniu, że są pewne sprawdzone zasady, których należy się trzymać, bo się na nich dobrze wyszło. To jak są pewne reguły prowadzenia pracy badawczej, że stawia się hipotezę, robi się doświadczenia, uzyskuje wyniki i na tej podstawie potwierdza się bądź obala hipotezę, tak samo mamy do czynienia z pewnymi regułami rządzącymi społeczeństwem. Jeżeli się je narusza, to dochodzi do kataklizmów - takich jak aborcyjna depopulacja społeczeństw zachodnioeuropejskich po 1968 roku czy wielki głód na Ukrainie wywołany kolektywizacją rolnictwa. Inaczej mówiąc, świat z natury jest prawicowy, a z tym lewica nigdy nie zdoła się pogodzić.
A czy prawica jest zdrowa psychicznie? Owszem. To są normalni ludzie ceniący sobie wartości, tradycję oraz własność. Za to lewica jest jakaś chora. Chce zbudować Państwo Boże na trzeciej planecie od słońca, a przy okazji kompletnie remodelować człowieka i społeczeństwo. A czy to jest normalne? Czy za takie można uważać totalne (i totalitarne) zamiary?
Prawica jakoś nie zajmuje się tego typu uderzeniami poniżej pasa jak lewica, jak imaginowanie schorzeń psychicznych. Jakoś nie interesuje nas dopasowanie nauki pod ideologię. Nie dopuszczamy tylko części badań na zarodkach ludzkich oraz na ludziach bez ich zgody; tak w ogóle dla nas można by naukę sprywatyzować (przynajmniej jak dla mnie)...
...za to nie byłoby takich głupot jak katoagresja czy ów syndrom RWA.
Otóż, jak się komuś nie podoba nowy socjalistyczny, lewicowy świat, to też ma coś z głową. Tak przynajmniej wynika z pewnych rzeczy, jakie mogłem ostatnio przeczytać. Teraz wychodzi na to, że jak się ma prawicowe poglądy - zarówno społeczne, jak i gospodarcze - to jest się jakimś amokantem, którego rodzice w dzieciństwie więzili w szafie za przewinienia, również ma się podniesiony ponad normę poziom agresji, ma się skłonności narcystyczne et cetera. Teraz wychodzi na to, że jak ktoś nie lubi ponad osiemdziesięcioprocentowych podatków i marszów ludzi z zaburzeniami psychoseksualnymi, to należy go zwinąć w kaftan i odesłać do jakiś Tworek, Gostynia czy innego zakładu dla obłąkanych. Ale cóż, lewactwo zawsze nienawidziło odstępstw od swoich przekonań... Należy również spostrzec, iż wydziały nauk społecznych i humanistycznych są istną wylęgarnią lewactwa; tak samo te nauki zostały zdominowane przez lewicowych intelektualistów. Tak więc nie dziwmy się. Nauka nie pierwszy raz w historii stała się źródłem ideologicznej manipulacji...
Dowiedziałem się na przykład, że istnieje coś takiego jak syndrom RWA. Akronim oznacza right-wing authoritarianism oznaczający konserwatyzm. Ma on dotyczyć osób wychowywanych w tradycjonalistycznych rodzinach, cechować się niechęcią do inności, szufladkowaniem ludzi na różne kategorie. Osobnicy będący RWA dostrzegają również hierarchiczność społeczeństwa. Często mają również niższy iloraz inteligencji. Doprawdy, jeżeli miałbym sobie wyobrazić ideologiczny atak na przeciwnika, to nie wiem, czy byłbym w stanie wymyśleć porównywalną chorobę psychiczną.
Zacznijmy niejako od końca. Iloraz inteligencji mierzy tylko tzw. inteligencję abstrakcyjną. Można osiągać świetne wyniki w tych testach IQ, a nie być w stanie rozwiązać bardziej twórczego problemu. Poza tym można nauczyć się je rozwiązywać. Ergo: nie jest to zatem żaden miernik, czy człowiek jest w stanie coś wykombinować, czy też nie. Sharon Stone ma iloraz inteligencji wyższy niż Einstein i jakoś teorii wszystkiego nie wymyśliła. Tutaj wypada zaznaczyć, iż ten ostatni próbował w 1950 roku dokonać tego - opublikował wtedy artykuł, który miał integrować fizykę kwantową, elektrodynamikę oraz ogólną teorię względności. Wnioski okazały się błędne. Jeżeli faktycznie inteligencja abstrakcyjna byłaby dodatnio skorelowana (ergo z dużym prawdopodobieństwem związana) z kreatywnością, to Sharon Stone powinna być w stanie wymyśleć zestaw równań, z których można by wyprowadzić zarówno ogólną teorię względności, prawa Maxwella i równanie Schrödingera. Ale nie jest. Przechodzimy tutaj przy tej okazji do następnej kwestii związanej z tematem. Istnieją jeszcze trzy rodzaje inteligencji: twórcza, emocjonalna i społeczna. Jakoś na to nikt prowadzący te badania uwagi na to nie zwrócił.
Powołam się również na swoistą folk science wynikającą z moich własnych obserwacji. Otóż, ludzie, którzy zazwyczaj mają lewicowe przekonania myślą zazwyczaj stadnie, są bardzo kolektywni. Znani mi prawicowcy samodzielnie kształtują swój światopogląd, szukając i czytając różne rzeczy. Lewicowcom wystarcza kolektyw, w którym wymieniają się plotkami. Poza tym nienawidzą oni wszelkiej inności i są towarzystwem bardzo zamkniętym. Ideologicznych odszczepieńców z automatu wykluczają i ścigają z zaciekłością czekistów. I kto tutaj mówi o zamknięciu się konserwatystów? Po prostu - po mojemu - ci akademicy z psychologii społecznej czy mikrosocjologii są jak średniowieczni uczeni studiujący Fizykę Arystotelesa. O otaczającym świecie po prostu pojęcie mają oni żadne. Ci socjolodzy i psycholodzy dobierają sobie pod tezę odpowiednich ludzi, a potem budują swoje fałszywe modele, które z rzeczywistością mają tyle wspólnego, co płaska ziemia i geocentryczny model Klaudiusza Ptolemeusza. Gdyby się oni przyjrzeli, jak tak naprawdę wyglądają normalni ludzie, to by zauważyli, iż oni sami są w błędzie. Nie powstałaby taka cudaczna książka jak Psychopatologia obłędu. Lepsze dzieło nie zostałoby napisane na zamówienie NSDAP albo KPZR.
Dostrzeganie hierarchii społecznej... a przecież ludzie są różni, i to wymaga z uwarunkowań zarówno biologicznych, jak i kulturalnych. Przez to jedni będą mądrzejsi, a inni głupsi, jedni będą biedni, a drudzy bogaci. Hierarchia społeczna po prostu jest faktem, a jej nie dostrzeganie, to jakby nie widzieć działania sił grawitacyjnych czy oddziaływań elektrostatycznych.
Wypada jeszcze wspomnieć o agresji. Dodam, że pewien poziom jest pożyteczny. Człowiek nie powinien pozwalać sobie dmuchać w kaszkę. Mówienie o jakiejś nieagresji, zwalczanie jej, to tak naprawdę hodowanie społeczeństwa niewolników, które nie odwarknie, jak się będzie ich grabić i mordować. Czy to nie jest marzenie naczelnych architektów nowego socjalistycznego świata - tych uświadomionych w lewicowych watahach? Jakoś nikt nie widzi, jaką stadną agresję wykazuje lewica. Przecież są standardowe przykłady łamania ludziom kariery za twierdzenia na temat grzeszności homoseksualizmu połączone z powszechnym wykpiewaniem danego człowieka. Lewactwo ma jeszcze coś takiego, że nigdy nie odpuszcza. Jak Stalin uparł się na Trockiego, to w końcu on zginął, co prawda od czekana Ramona Mercadera, ale dopiął swego. Tak samo w budowie nowego socjalistycznego świata nie cofną się oni przed niczym. Pokazali to wielokrotnie. Jeżeli konserwatyści wykazują agresję, to lewicowcy cechują się hiperagresją.
Zarzucenie choroby psychicznej jest poza tym najniższym z możliwych argumentów. Pozwolę sobie zacytować piękny kawałek napisany przez człowieka o poglądach skrajnie lewicowych:
Psychiatryk24 to mimo wszystko dosc cywilizowany "dom bez klamek", w ktorym wiekszosc pacjentow ma umiarkowane problemy ze zdrowiem. Za to blog.media to psychiatryczny loch dla przypadkow najciezszych - jak w "Milczeniu owiec" - pschopatow, agresywnych maniakow, terminalnych stadiow delirium itp., gdzie w uzyciu musza byc lobotomia, przykuwanie pasami do lozek, prymitywne elektrowstrzasy i haloperidol...
Zachowana została tutaj pisownia taka jak w oryginale. Dodam, że jest to dzieło osoby chorej psychicznie, cierpiącej bowiem na zespół Aspergera. Czy jednemu psychicznemu wypada się wypowiadać o innych? Cierpiących w dodatku na urojone, znane tylko lewactwu schorzenia polegające na wyznawaniu niewłaściwej ideologii? Lewactwo gotowe jest na wszystko celem zniszczenia cywilizacji. Nie posuną się oni przed żadną podłą insynuacją, żeby dopiąc swojego celu (a tak naprawdę celu loż masońskich). Oni już potrafili kilkaset milionów ludzi zamordować, czym więc jest dla nich ideologizacja nauki? Przykładem jest ten syndrom RWA.
Zarzucana jest jeszcze prawicy w związku z RWA skrajna zachowawczość. A przecież, gdyby urządzić świat całkowicie po prawicowemu, to byłaby to dopiero rewolucja. Konserwatyzm nie polega na zachowywaniu bieżącego stanu rzeczy idealnie tak, jak jest. Polega na stwierdzeniu, że są pewne sprawdzone zasady, których należy się trzymać, bo się na nich dobrze wyszło. To jak są pewne reguły prowadzenia pracy badawczej, że stawia się hipotezę, robi się doświadczenia, uzyskuje wyniki i na tej podstawie potwierdza się bądź obala hipotezę, tak samo mamy do czynienia z pewnymi regułami rządzącymi społeczeństwem. Jeżeli się je narusza, to dochodzi do kataklizmów - takich jak aborcyjna depopulacja społeczeństw zachodnioeuropejskich po 1968 roku czy wielki głód na Ukrainie wywołany kolektywizacją rolnictwa. Inaczej mówiąc, świat z natury jest prawicowy, a z tym lewica nigdy nie zdoła się pogodzić.
A czy prawica jest zdrowa psychicznie? Owszem. To są normalni ludzie ceniący sobie wartości, tradycję oraz własność. Za to lewica jest jakaś chora. Chce zbudować Państwo Boże na trzeciej planecie od słońca, a przy okazji kompletnie remodelować człowieka i społeczeństwo. A czy to jest normalne? Czy za takie można uważać totalne (i totalitarne) zamiary?
Prawica jakoś nie zajmuje się tego typu uderzeniami poniżej pasa jak lewica, jak imaginowanie schorzeń psychicznych. Jakoś nie interesuje nas dopasowanie nauki pod ideologię. Nie dopuszczamy tylko części badań na zarodkach ludzkich oraz na ludziach bez ich zgody; tak w ogóle dla nas można by naukę sprywatyzować (przynajmniej jak dla mnie)...
...za to nie byłoby takich głupot jak katoagresja czy ów syndrom RWA.
piątek, 20 czerwca 2008
Mit katoagresji
Kilka dni temu Quasi, znany na Salonie24 lewicowy bloger, napisał tekst o katoagresji, co prawda w dwóch aktach, ale można go traktować jako jedną całość. Zakłada on, że całość agresji człowieka wywodzi się z religii. Ateizm z kolei jest gołąbkiem pokoju. Normalnie aż mi się przypomina tutaj kawałek z Imagine Johna Lennona: (...) and no religion, too. Przy okazji zamieścił masę soczystych cytatów. Podziwiam go za jedno, że mu się to wszystko chciało archiwizować, szukać, katalogować... ale chyba wtedy ludzie z zespołem Aspergera osiągają szczytowanie. A na takowy cierpi Quasi.
Przy okazji ujawnia się tutaj myślenie w kategoriach teorii spisku. Nasz Quasi już raz taką wpadkę zaliczył twierdzeniem, jakoby kupcem Salonu miał być UPR, ze względu na dużą ilość - jak to określa - sKorwinsynów. No cóż, optyka warta pozazdroszczenia zwłaszcza, kiedy na s24 w siłę rośnie lewica, a wpływy prawicy stopniowo maleją po zeszłorocznych październikowych wyborach. Lewa strona barykady zarzuca prawicowcom myślenie w kategoriach zakulisowego spisku. Fakt, istniały takie towarzystwa jak John Birch Society, które wiązały wprowadzenie podatku dochodowego w USA w 1909 roku z realizacją Manifestu komunistycznego. Jednakże, jeśli przyjrzmy się temu wszystkiemu bliżej, to w istocie cała lewicowość opiera się na pewnej teorii spisku i bez tego nie może ona istnieć. Podstawowym celem lewicy jest szczucie jednych ludzi na drugich, tak więc bez pewnego teoriospiskowego myślenia tego się czynić nie da. I tak było od zarania. Lewica musi mieć swoistego wyimaginowanego przeciwnika, bo bez niego traci podstawy jakiegokolwiek istnienia. Tak więc dla socjalisty będzie nim bogacz, dla nazisty - nie-Aryjczyk, a dla takiego Quasiego są nimi katofundamentaliści o agresywnych skłonnościach. To jego wróg numer 1, któremu zaczął poświęcać czas. Dokonał zatem jego swoistej mitologizacji, jakoby religia katolicka odpowiadała za całe zło na tym padole. Ateizm z kolei - jak już wyżej zaznaczyłem - ma być gołąbkiem pokoju. No i czy nim jest?
Okazuje się, że ateizm - w porównaniu z innymi systemami filozoficznymi dotyczącymi bytów transcendentalnych - jest wręcz bandycki, jeżeli się przyjrzy, co wyrabiali jego wyznawcy (takiego określenia możemy użyć). W wyniku rewolucji francuskiej życie straciło jakieś 14% ówczesnej ludności Francji. Do historii przeszło wymordowanie całej prowincji Wandea. Później ci klasyczni liberałowie, rzekomo tak kochający wolność, wszędzie, gdzie udało im się dorwać do władzy, to burzyli kościoły albo nacjonalizowali majątki kościelne. Działo się to w XIX w. Przykładem są chociażby Włochy po zjednoczeniu za Cavoura. Jednak zarówno okropności rewolucji jak i przykłady tego rabunku (nacjonalizacja jest tylko ładniejszym określeniem kradzieży) to nie był nawet przedsmak rzezi, do jakiej doprowadzili ateiści w dwudziestym wieku. W 1917 roku wybuchła rewolucja październikowa. W jej wyniku życie straciło 15 milionów ludzi. Po 1923 roku w ZSRR do władzy dorwał się Stalin. Ten dyktator odpowiada za śmierć ponad 100 milionów istnień ludzkich. W Chinach po drugiej wojnie światowej Mao rozprawił się z nacjonalistami Czang Kaj Szeka, wypierając ich na Tajwan. Później rozpoczął się tam epizod totalitarny, który do tego momentu mógł pochłonąć nawet 300 milionów. Te liczby - owszem - przerażają. Żaden religijny fundamentalizm nie pochłonął tyle ofiar. W Faktach i mitach mogą sobie pisać różne rzeczy. A zatem, czym jest katoagresja w świetle zbrodni, jakich dopuścili się ateiści. Jest najzwyklejszym na świecie mitem!
Quasi zaliczył jeszcze do przypadków katoagresji moje popieranie działań generałów Franco i Pinocheta. A za przeproszeniem, jak ktoś mi włazi do domu z pistoletem, to rzucam mu się na szyję? To tak samo było tutaj. Czy można pozwolić, aby ktoś ograbił dom, a przy okazji zabił kilku jego mieszkańców? Oczywiście, że nie. Na tej samej zasadzie nie powinno się dopuscić, aby pewni ludzie za długo byli przy korycie. Działania Franco czy Pinocheta były zatem obroną konieczną przed Siłami Ciemności, które z pewnością zniszczyłyby ich państwa, gdyby nie ich interwencja. Quasi może sobie mówić różne rzeczy, ale jeżeli kiedyś pojedzie na Majorkę, to powinien wiedzieć, komu to zawdzięcza. Również winien wiedzieć, dlaczego nie żyje w ZSRR od Gibraltaru aż po Tokio, bo tak to by się skończyło, gdyby nie caudillo Franco. I czy to, co zrobił przyszły generalissimus jest jakąś wyimaginowaną katoagresją? To typowa obrona konieczna. Tak samo było w Chile. Allende już zdołał sporo ukraść i zamordować 75 tysięcy ludzi za to, że nie chcieli zostać skolektywizowani i znacjonalizowani. Działania Pinocheta również mieszczą się w zakresie obrony koniecznej przed ewidentnym złodziejem i mordercą. Przy okazji autor tego tekstu zapętlił się. Popełnił identyczny błąd logiczny, który zarzucił swoim interlokutorom, a mianowicie obwinianie ofiary. To tak jakby zarzucić agresję człowiekowi, który odpędził wściekłego owczarka kaukaskiego gazem pieprzowym i nie dał mu się pogryźć. Doprawdy, cała ta pokrętna logika wielce szanownego pana ateisty sprowadza się do powiedzenia przyganiał kocioł garnkowi, a sam smolił.
Quasi operuje pewnym chwytem erystycznym, żeby nie zostać zaliczony do jednej grupy światopoglądowej razem ze Stalinem, Hitlerem, Mao czy Pol Potem. Powołuje się przy tym na testy polityczne Political Compass czy Moral Politics, gdzie scena polityczna jest dzielona na cztery obozy. Ale co to ma do rzeczy? Quasi tylko wykazuje się swoją ignorancją, ponieważ nawet nie zna historii swojej załganej formacji. Czyżby nie słyszał o marksizmie kulturowym niejakiego Gramsciego? Zresztą, gdyby lewacy mieli świadomość ogromu popełnionych zbrodni, to zwariowaliby zapewne jak Lady Makbet. Wolą się przed tym bronić i dlatego wciskają sobie kity, oszukując sami siebie, że są oni czymś innym niż byli tamci. W rzeczywistości oni nic się od siebie nie różnią.
Wypada jednocześnie omówić kwestię ateizmu jako takiego pokojowego systemu dotyczącego bytów transcendentalnego. Czy system dążący do zniewolenia człowieka nie posłużyłby się czymś takim, aby ludzie łatwiej się poddawali? Ależ oczywiście, a to jest marzenie lewicy. Ateizm w takim wydaniu jest tutaj narzędziem, aby wydajniej sterować stadem pożytecznych idiotów i łatwiej podporządkowywać lewicy społeczeństwo w celu budowy państwa totalitarnego. Ale ci, którzy teraz tak namiętnie piszą o katoagresji, w pewnym momencie obudzą się z ręką w nocniku. Przy okazji ta agresja wywołana przez katolicyzm okazuje się najzwyklejszym mitem.
Przy okazji ujawnia się tutaj myślenie w kategoriach teorii spisku. Nasz Quasi już raz taką wpadkę zaliczył twierdzeniem, jakoby kupcem Salonu miał być UPR, ze względu na dużą ilość - jak to określa - sKorwinsynów. No cóż, optyka warta pozazdroszczenia zwłaszcza, kiedy na s24 w siłę rośnie lewica, a wpływy prawicy stopniowo maleją po zeszłorocznych październikowych wyborach. Lewa strona barykady zarzuca prawicowcom myślenie w kategoriach zakulisowego spisku. Fakt, istniały takie towarzystwa jak John Birch Society, które wiązały wprowadzenie podatku dochodowego w USA w 1909 roku z realizacją Manifestu komunistycznego. Jednakże, jeśli przyjrzmy się temu wszystkiemu bliżej, to w istocie cała lewicowość opiera się na pewnej teorii spisku i bez tego nie może ona istnieć. Podstawowym celem lewicy jest szczucie jednych ludzi na drugich, tak więc bez pewnego teoriospiskowego myślenia tego się czynić nie da. I tak było od zarania. Lewica musi mieć swoistego wyimaginowanego przeciwnika, bo bez niego traci podstawy jakiegokolwiek istnienia. Tak więc dla socjalisty będzie nim bogacz, dla nazisty - nie-Aryjczyk, a dla takiego Quasiego są nimi katofundamentaliści o agresywnych skłonnościach. To jego wróg numer 1, któremu zaczął poświęcać czas. Dokonał zatem jego swoistej mitologizacji, jakoby religia katolicka odpowiadała za całe zło na tym padole. Ateizm z kolei - jak już wyżej zaznaczyłem - ma być gołąbkiem pokoju. No i czy nim jest?
Okazuje się, że ateizm - w porównaniu z innymi systemami filozoficznymi dotyczącymi bytów transcendentalnych - jest wręcz bandycki, jeżeli się przyjrzy, co wyrabiali jego wyznawcy (takiego określenia możemy użyć). W wyniku rewolucji francuskiej życie straciło jakieś 14% ówczesnej ludności Francji. Do historii przeszło wymordowanie całej prowincji Wandea. Później ci klasyczni liberałowie, rzekomo tak kochający wolność, wszędzie, gdzie udało im się dorwać do władzy, to burzyli kościoły albo nacjonalizowali majątki kościelne. Działo się to w XIX w. Przykładem są chociażby Włochy po zjednoczeniu za Cavoura. Jednak zarówno okropności rewolucji jak i przykłady tego rabunku (nacjonalizacja jest tylko ładniejszym określeniem kradzieży) to nie był nawet przedsmak rzezi, do jakiej doprowadzili ateiści w dwudziestym wieku. W 1917 roku wybuchła rewolucja październikowa. W jej wyniku życie straciło 15 milionów ludzi. Po 1923 roku w ZSRR do władzy dorwał się Stalin. Ten dyktator odpowiada za śmierć ponad 100 milionów istnień ludzkich. W Chinach po drugiej wojnie światowej Mao rozprawił się z nacjonalistami Czang Kaj Szeka, wypierając ich na Tajwan. Później rozpoczął się tam epizod totalitarny, który do tego momentu mógł pochłonąć nawet 300 milionów. Te liczby - owszem - przerażają. Żaden religijny fundamentalizm nie pochłonął tyle ofiar. W Faktach i mitach mogą sobie pisać różne rzeczy. A zatem, czym jest katoagresja w świetle zbrodni, jakich dopuścili się ateiści. Jest najzwyklejszym na świecie mitem!
Quasi zaliczył jeszcze do przypadków katoagresji moje popieranie działań generałów Franco i Pinocheta. A za przeproszeniem, jak ktoś mi włazi do domu z pistoletem, to rzucam mu się na szyję? To tak samo było tutaj. Czy można pozwolić, aby ktoś ograbił dom, a przy okazji zabił kilku jego mieszkańców? Oczywiście, że nie. Na tej samej zasadzie nie powinno się dopuscić, aby pewni ludzie za długo byli przy korycie. Działania Franco czy Pinocheta były zatem obroną konieczną przed Siłami Ciemności, które z pewnością zniszczyłyby ich państwa, gdyby nie ich interwencja. Quasi może sobie mówić różne rzeczy, ale jeżeli kiedyś pojedzie na Majorkę, to powinien wiedzieć, komu to zawdzięcza. Również winien wiedzieć, dlaczego nie żyje w ZSRR od Gibraltaru aż po Tokio, bo tak to by się skończyło, gdyby nie caudillo Franco. I czy to, co zrobił przyszły generalissimus jest jakąś wyimaginowaną katoagresją? To typowa obrona konieczna. Tak samo było w Chile. Allende już zdołał sporo ukraść i zamordować 75 tysięcy ludzi za to, że nie chcieli zostać skolektywizowani i znacjonalizowani. Działania Pinocheta również mieszczą się w zakresie obrony koniecznej przed ewidentnym złodziejem i mordercą. Przy okazji autor tego tekstu zapętlił się. Popełnił identyczny błąd logiczny, który zarzucił swoim interlokutorom, a mianowicie obwinianie ofiary. To tak jakby zarzucić agresję człowiekowi, który odpędził wściekłego owczarka kaukaskiego gazem pieprzowym i nie dał mu się pogryźć. Doprawdy, cała ta pokrętna logika wielce szanownego pana ateisty sprowadza się do powiedzenia przyganiał kocioł garnkowi, a sam smolił.
Quasi operuje pewnym chwytem erystycznym, żeby nie zostać zaliczony do jednej grupy światopoglądowej razem ze Stalinem, Hitlerem, Mao czy Pol Potem. Powołuje się przy tym na testy polityczne Political Compass czy Moral Politics, gdzie scena polityczna jest dzielona na cztery obozy. Ale co to ma do rzeczy? Quasi tylko wykazuje się swoją ignorancją, ponieważ nawet nie zna historii swojej załganej formacji. Czyżby nie słyszał o marksizmie kulturowym niejakiego Gramsciego? Zresztą, gdyby lewacy mieli świadomość ogromu popełnionych zbrodni, to zwariowaliby zapewne jak Lady Makbet. Wolą się przed tym bronić i dlatego wciskają sobie kity, oszukując sami siebie, że są oni czymś innym niż byli tamci. W rzeczywistości oni nic się od siebie nie różnią.
Wypada jednocześnie omówić kwestię ateizmu jako takiego pokojowego systemu dotyczącego bytów transcendentalnego. Czy system dążący do zniewolenia człowieka nie posłużyłby się czymś takim, aby ludzie łatwiej się poddawali? Ależ oczywiście, a to jest marzenie lewicy. Ateizm w takim wydaniu jest tutaj narzędziem, aby wydajniej sterować stadem pożytecznych idiotów i łatwiej podporządkowywać lewicy społeczeństwo w celu budowy państwa totalitarnego. Ale ci, którzy teraz tak namiętnie piszą o katoagresji, w pewnym momencie obudzą się z ręką w nocniku. Przy okazji ta agresja wywołana przez katolicyzm okazuje się najzwyklejszym mitem.
Etykiety:
ateizm,
Franco,
katoagresja,
konserwatyzm,
Pinochet,
prawica,
religia,
zoologiczna prawicowość
czwartek, 19 czerwca 2008
Lewicowe pseudonauki (4): SSSM
SSSM
SSSM (Standard Social Sciences Model) jest jak sama nazwa wskazuje standardowy model nauk społecznych. Zakłada on nieskończoną plastyczność ludzkiego mózgu, a jednocześnie umysłu, która teoretycznie ma pozwolić na jego kształtowanie się w dowolnym kierunku. Wychodząc z takiego aksjomatu, można przyjąć, iż jeżeli można wyrzeźbić w dowolnym kierunku jednostkę, to identycznie można postąpić z całym społeczeństwem. Wniosek jest z tego taki, że teoretycznie można zbudować społeczeństwo pozbawione religii, komunistyczne, faszystowskie lub skrajnie kolektywistyczne. SSSM jest zatem bardzo wygodny z punktu widzenia lewicy, która - jak jej coś nie wyjdzie - może się ciągle nań powoływać, mówiąc, że się da coś zrobić. Możemy tutaj wyobrazić sobie pewną analogię, że nie bacząc na fizjologię naszego gatunku, ktoś odgórnie nakazywałby się nam żywić ogórkami i sterno. Tak samo jest w przypadku lewicowych intelektualistów. Oni są skazani na mówienie o nieskończonej plastyczności ludzkiego umysłu. Przy tej okazji wychodzi również, że lewicowa filozofia jest wewnętrznie sprzeczna. Niby odrzuca determinizm, a widzi w nim źródło normalności homoseksualizmu. To jak to jest w końcu... Czy można zatem wyrzeźbić człowieka, jak w powieści B. F. Skinnera Walden II, czy też nie?
Rys historyczny
Zaczęło się to pod koniec dziewiętnastego wieku. Wówczas Durkeim napisał w Zasadach socjologii, że ludzki umysł jest nieskończenie plastyczny, a wszelki determinizm nie ma tutaj nic do gadania. Zasugerował jednocześnie, że można zbudować społeczeństwo oparte na dowolnych zasadach. Równocześnie w USA Franz Boas budował podstawy antropologii kulturowej. Przy okazji toczył walkę z darwinizmem społecznym. Stwierdził więc, że wskazane będzie całkowite odcięcie się od biologii oraz przyjęcie całkowitej plastyczności ludzkiego umysłu. Później ten aksjomat zrealizowały jego uczennice - Ruth Benedict oraz Margaret Mead. Tej drugiej wypada się przyjrzeć bliżej, ponieważ wyniki jej prac - podobnie jak w przypadku Kinseya - dzięki lewicy obiegły cały świat.
31 sierpnia 1925 roku ta wówczas dwudziestotrzyletnia Amerykanka wylądowała w porcie Pago Pago na wyspie Tutuila w Samoa Amerykańskich. Wyniki tej wyprawy ożywiły ruch na rzecz relatywizmu kulturowego, ale - na pohybel jego animatorom - okazały się przy tym całkowicie błędne.
Przedstawiła społeczeństwo Samoańczyków jako całkowicie pierwotne i wolne, zapominając jakby, że zostali oni w większości schrystianizowani około osiemdziesięciu lat przed jej przybyciem przez protestanckich misjonarzy, a od 1898 roku wyspy były zamorskim terytorium Stanów Zjednoczonych. Mead wspominała później, że mieszkając wśród Samoańczyków w ich domostwach, mówiąc ich językiem i siedząc boso ze skrzyżowanymi nogami dążyła do niwelacji różnicy między nią a autochtonami. Dziwne, bo po 10 dniach mieszkania w tradycyjnym samoańskim domostwie stwierdziła, iż woli zachodni tryb życia. Nawet napisała do swojego mentora, że nie lubi siedzieć z półtuzina ludzi w jednym pomieszczeniu oraz sypiać razem ze zwierzętami. Nie znała również w momencie przyjazdu tamtejszego języka. Uczyła się go zatem godzinę dziennie. Mimo niezbyt dobrej znajomości pod koniec października zdecydowała się na badania terenowe. Wybrała bardziej odosobnioną wyspę Tau. Znajdowało się tam tylko jedne zachodnie domostwo będące własnością farmaceuty, Edwarda Holta.
Zaczęła ona swoją pracę badawczą, prowadząc wywiady terenowe. Poddała szczegółowym badaniom pięćdziesiąt dziewcząt i młodych kobiet. Dzwadzieścia pięć z nich między czternastym a dwudziestym rokiem życia stanowiło główną grupę badawczą. Wywiady i testy trwały od listopada do połowy marca z przerwą wywołaną przez huragan. Mead wypowiedziała później wiele generalizujących stwierdzeń na temat kultury samoańskiej, między innymi, że jest tak prosta, iż można ją zrozumieć w 9 miesięcy. Wykonajmy przy okazji taki eksperyment myślowy. Czy Papuas albo Buszmen byłby w stanie zrozumieć kulturę europejską, gdyby został wzięty z buszu w tak krótkim czasie? To już się wydaje co najmniej podejrzane. Mead poza tym nie miała możliwości obserwacji wielu samoańskich obyczajów. Nie wiedziała na przykład, że wszystkie decyzje były podejmowane przez rady męskie. Musiała opierać się na tym, co powiedziały jej badane przez nią dziewczęta.
Mead opuściła Tau w maju 1926 roku. Wróciła do Nowego Jorku, gdzie niedługo otrzymała etat asystenta kustosza w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej. W 1927 roku zakończyła maszynopis swojej książki. Ukazała się ona w 1928 roku pt. Dojrzewanie na Samoa. Psychologiczne studium młodzieży w społeczeństwie pierwotnym napisane na użytek cywilizacji zachodniej. Przedstawione tam zostało społeczeństwo, w którym nie było rodzicielskich, represji i panowała pełna wolność seksualna. Mead odnotowała, że nawet tam gwałty były rzadkością, sugerując, że wynikają one z kontaktu z cywilizacją białego człowieka. Zaznaczała przy tej okazji, że istnieją szczególne nadużycia dokonywane przez moetotolo, czyli zakradającego się we śnie, polegające na cudzołóstwie. W zachodnim społeczeństwie zostałoby to potraktowane jako gwałt. Jednakże Mead uważała, że dodaje to tylko pikanterii właściwemu związkowi. Badaczka miała również dostrzec, że w samoańskim panteonie nie było złych, gniewnych bóstw. Społeczeństwa te też miały nie toczyć żadnych wojen. Książka oczywiście stała się swoistym hitem, którego przez szereg lat nikt się nie dotykał. Został on oczywiście wykorzystany przez lewicę podobnie jak prace Kinseya. Uznali oni, iż społeczeństwo, w którym panuje wolność obyczajów, da się zbudować.
Ale jakoś relacje wielu kupców, jacy docierali na Samoa od 1772 roku stoją w całkowitej sprzeczności z tym, co napisała Mead, podobnie jak obserwacje innych antropologów. Australijski badacz Derek Freeman prowadził badania na tym archipelagu w latach 1940-1978. W 1983 roku opublikował książkę Margaret Mead and Samoa: The Making and Unmaking of Anthropological Myth. Została ona zresztą uznana - słusznie - za frontalny atak. Freeman zwraca uwagę, że Mead nie badała młodzieży w tym wieku w USA; badania zostały wykonane zatem bez grupy kontrolnej, wnioski wzięły się zatem znikąd. Uczennica Franza Boasa nie badała również młodych mężczyzn i chłopców, a po 1930 roku wypowiadała się również na ich temat. Dwanaście na dwadzieścia pięć badanych dziewcząt było dziewicami, a trzy z całej grupy poddanej badaniom zostały zaklasyfikowane jako dewiantki, a jeszcze trzy jako przestępczynie. Fakt ten został jakimś cudem przeoczony. Mead zaznaczała również, że okres dojrzewania był tam czasem największej swobody, pozbawiony lęków i stresów. W rzeczywistości wystarczy zauważyć, że wskaźniki przestępczości wśród młodocianych nie odbiegają tam od innych krajów. Występuje również stosunek mężczyzn do kobiet popełniających pierwszy raz przestępstwo - pięć do jeden, również nie odbiegający od normy.
Promiskuityzm również okazał się bujdą na resorach. Samoańczycy wśród społeczeństw polinezyjskich wręcz wyróżniają się troską o dziewictwo. Wiąże się to u nich ze zwyczajem taupou - rytualnej dziewicy. Poczynania dorastającej dziewczyny są uważnie obserwowane przez jej braci, którzy, jeśli spotkają ją w towarzystwie potencjalnego kochanka, mogą ją zwymyślać, a nawet sprawić jej lanie, a przy okazji mocno poturbować potencjalnego chłopaka. Mead opisywała również zazdrość jako rzadkie uczucie wśród mieszkańców archipelagu Samoa. Przeczą jednak poraz kolejny temu fakty. Typową karą za cudzołóstwo była tam śmierć. Oszukany mąż miał prawo szukać zemsty na kimkolwiek z rodziny kochanki. Cudzołożnice też były niejednokrotnie fizycznie okaleczanie poprzez ucinanie nosa, ucha lub łamanie kości.
Pisała ona również, że na Samoa w ogóle nie dochodziło do gwałtów. To jakim cudem, był on - co do liczby - aż trzecim popełnianym przestępstwem na początku dwudziestego wieku, a w latach pięćdziesiątych piątym. A wypadki gwałtu jako opisy przemocy opisywane były już w 1845 roku.
Również mówienie o pacyfizmie Samoańczyków zdało się na nic. Z ponad siedemdziesięciu bogów z tamtejszego panteonu połowa odpowiada za wojnę. Według wszystkich przekazów batalie w okresie przed chrystianizacją były częste i krwawe. John Williams, misjonarz i badacz, który przebywał na wyspach około 1830 roku, opisał trwającą osiem miesięcy między dwoma regionami Samoa. Zwycięzcy w tej wojnie wyrywali serca przegranym wojownikom, a kobiety i dzieci palili żywcem. W 1832 roku Williams dotarł również na wyspę Tau, gdzie dowiedział się, że poważna wojna między wyspą Olosega toczona była cztery miesiące wcześniej, a w jej wyniku trzydziestu pięciu mężczyzn, czyli ponad jedna dziesiąta męskiej populacji wówczas, straciła życie. Była ona tak zaciekła, że sporadyczne napady zdarzały się jeszcze po opuszczeniu przez Mead wysp Samoa.
Mead napisała, że Samoańczycy są praktycznie nie zdolni do przemocy. Nie potwierdzają tego statystyki policyjne. W okresie 1964-1966 było tam pięć razy więcej pospolitych napadów niż na terenie USA. Wskaźnik morderstw w roku 1977 - o połowę wyższy, a Samoa Amerykańskiego aż pięć i pół raza wyższy.
Praca Mead okazała się jednym wielkim humbugiem, który - niestety - wywarł sposób na myślenie wielu intelektualistów, a w związku z tym całego pokolenia powojennego.
Wnioski
Natura ludzka nie jest żadną tabula rasa, jak dobrze jest w wielu przypadkach (nie w tych, kiedy chodzi o normalizację dewiacji) przyjąć lewicy. Po prostu pewne rzeczy są zdeterminowane i nie można ich zmienić. Już nie mówię tutaj o socjobiologii - to jest z kolei przegięcie w drugą stronę. Wiadomo, że zjawiska biologiczne, redukują się do fizykochemicznych, a psychiczno-kulturowe do biologicznych, ale bez przesady. Istnieje w końcu coś takiego jak chaos deterministyczny. Z praw oddziaływania cząsteczek - mechaniki statystycznej, fizyki kwantowej, elektromagnetyzmu - nikt nie dojdzie do wszystkich funkcji i właściwości organizmu nawet tak prostego organizmu jak Mycoplasma gentilis. Tak samo ze zjawisk biologicznych nie dojdzie się do wszystkich własności społeczeństwa, do czego próbowali nas przekonać główni doktrynerzy socjobiologii. Człowieka nikt nie zmusi do jedzenia trawy, ponieważ nie ma czterokomorowego żołądka jak przeżuwacze. Tak samo nie zmusi go do pewnych rodzajów zachowań. Chyba, że władzunia sięgnie po inżynierię genetyczną i embrionalną (to są dwie różne rzeczy wbrew pozorom) i zechce nas poprawić...
SSSM (Standard Social Sciences Model) jest jak sama nazwa wskazuje standardowy model nauk społecznych. Zakłada on nieskończoną plastyczność ludzkiego mózgu, a jednocześnie umysłu, która teoretycznie ma pozwolić na jego kształtowanie się w dowolnym kierunku. Wychodząc z takiego aksjomatu, można przyjąć, iż jeżeli można wyrzeźbić w dowolnym kierunku jednostkę, to identycznie można postąpić z całym społeczeństwem. Wniosek jest z tego taki, że teoretycznie można zbudować społeczeństwo pozbawione religii, komunistyczne, faszystowskie lub skrajnie kolektywistyczne. SSSM jest zatem bardzo wygodny z punktu widzenia lewicy, która - jak jej coś nie wyjdzie - może się ciągle nań powoływać, mówiąc, że się da coś zrobić. Możemy tutaj wyobrazić sobie pewną analogię, że nie bacząc na fizjologię naszego gatunku, ktoś odgórnie nakazywałby się nam żywić ogórkami i sterno. Tak samo jest w przypadku lewicowych intelektualistów. Oni są skazani na mówienie o nieskończonej plastyczności ludzkiego umysłu. Przy tej okazji wychodzi również, że lewicowa filozofia jest wewnętrznie sprzeczna. Niby odrzuca determinizm, a widzi w nim źródło normalności homoseksualizmu. To jak to jest w końcu... Czy można zatem wyrzeźbić człowieka, jak w powieści B. F. Skinnera Walden II, czy też nie?
Rys historyczny
Zaczęło się to pod koniec dziewiętnastego wieku. Wówczas Durkeim napisał w Zasadach socjologii, że ludzki umysł jest nieskończenie plastyczny, a wszelki determinizm nie ma tutaj nic do gadania. Zasugerował jednocześnie, że można zbudować społeczeństwo oparte na dowolnych zasadach. Równocześnie w USA Franz Boas budował podstawy antropologii kulturowej. Przy okazji toczył walkę z darwinizmem społecznym. Stwierdził więc, że wskazane będzie całkowite odcięcie się od biologii oraz przyjęcie całkowitej plastyczności ludzkiego umysłu. Później ten aksjomat zrealizowały jego uczennice - Ruth Benedict oraz Margaret Mead. Tej drugiej wypada się przyjrzeć bliżej, ponieważ wyniki jej prac - podobnie jak w przypadku Kinseya - dzięki lewicy obiegły cały świat.
31 sierpnia 1925 roku ta wówczas dwudziestotrzyletnia Amerykanka wylądowała w porcie Pago Pago na wyspie Tutuila w Samoa Amerykańskich. Wyniki tej wyprawy ożywiły ruch na rzecz relatywizmu kulturowego, ale - na pohybel jego animatorom - okazały się przy tym całkowicie błędne.
Przedstawiła społeczeństwo Samoańczyków jako całkowicie pierwotne i wolne, zapominając jakby, że zostali oni w większości schrystianizowani około osiemdziesięciu lat przed jej przybyciem przez protestanckich misjonarzy, a od 1898 roku wyspy były zamorskim terytorium Stanów Zjednoczonych. Mead wspominała później, że mieszkając wśród Samoańczyków w ich domostwach, mówiąc ich językiem i siedząc boso ze skrzyżowanymi nogami dążyła do niwelacji różnicy między nią a autochtonami. Dziwne, bo po 10 dniach mieszkania w tradycyjnym samoańskim domostwie stwierdziła, iż woli zachodni tryb życia. Nawet napisała do swojego mentora, że nie lubi siedzieć z półtuzina ludzi w jednym pomieszczeniu oraz sypiać razem ze zwierzętami. Nie znała również w momencie przyjazdu tamtejszego języka. Uczyła się go zatem godzinę dziennie. Mimo niezbyt dobrej znajomości pod koniec października zdecydowała się na badania terenowe. Wybrała bardziej odosobnioną wyspę Tau. Znajdowało się tam tylko jedne zachodnie domostwo będące własnością farmaceuty, Edwarda Holta.
Zaczęła ona swoją pracę badawczą, prowadząc wywiady terenowe. Poddała szczegółowym badaniom pięćdziesiąt dziewcząt i młodych kobiet. Dzwadzieścia pięć z nich między czternastym a dwudziestym rokiem życia stanowiło główną grupę badawczą. Wywiady i testy trwały od listopada do połowy marca z przerwą wywołaną przez huragan. Mead wypowiedziała później wiele generalizujących stwierdzeń na temat kultury samoańskiej, między innymi, że jest tak prosta, iż można ją zrozumieć w 9 miesięcy. Wykonajmy przy okazji taki eksperyment myślowy. Czy Papuas albo Buszmen byłby w stanie zrozumieć kulturę europejską, gdyby został wzięty z buszu w tak krótkim czasie? To już się wydaje co najmniej podejrzane. Mead poza tym nie miała możliwości obserwacji wielu samoańskich obyczajów. Nie wiedziała na przykład, że wszystkie decyzje były podejmowane przez rady męskie. Musiała opierać się na tym, co powiedziały jej badane przez nią dziewczęta.
Mead opuściła Tau w maju 1926 roku. Wróciła do Nowego Jorku, gdzie niedługo otrzymała etat asystenta kustosza w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej. W 1927 roku zakończyła maszynopis swojej książki. Ukazała się ona w 1928 roku pt. Dojrzewanie na Samoa. Psychologiczne studium młodzieży w społeczeństwie pierwotnym napisane na użytek cywilizacji zachodniej. Przedstawione tam zostało społeczeństwo, w którym nie było rodzicielskich, represji i panowała pełna wolność seksualna. Mead odnotowała, że nawet tam gwałty były rzadkością, sugerując, że wynikają one z kontaktu z cywilizacją białego człowieka. Zaznaczała przy tej okazji, że istnieją szczególne nadużycia dokonywane przez moetotolo, czyli zakradającego się we śnie, polegające na cudzołóstwie. W zachodnim społeczeństwie zostałoby to potraktowane jako gwałt. Jednakże Mead uważała, że dodaje to tylko pikanterii właściwemu związkowi. Badaczka miała również dostrzec, że w samoańskim panteonie nie było złych, gniewnych bóstw. Społeczeństwa te też miały nie toczyć żadnych wojen. Książka oczywiście stała się swoistym hitem, którego przez szereg lat nikt się nie dotykał. Został on oczywiście wykorzystany przez lewicę podobnie jak prace Kinseya. Uznali oni, iż społeczeństwo, w którym panuje wolność obyczajów, da się zbudować.
Ale jakoś relacje wielu kupców, jacy docierali na Samoa od 1772 roku stoją w całkowitej sprzeczności z tym, co napisała Mead, podobnie jak obserwacje innych antropologów. Australijski badacz Derek Freeman prowadził badania na tym archipelagu w latach 1940-1978. W 1983 roku opublikował książkę Margaret Mead and Samoa: The Making and Unmaking of Anthropological Myth. Została ona zresztą uznana - słusznie - za frontalny atak. Freeman zwraca uwagę, że Mead nie badała młodzieży w tym wieku w USA; badania zostały wykonane zatem bez grupy kontrolnej, wnioski wzięły się zatem znikąd. Uczennica Franza Boasa nie badała również młodych mężczyzn i chłopców, a po 1930 roku wypowiadała się również na ich temat. Dwanaście na dwadzieścia pięć badanych dziewcząt było dziewicami, a trzy z całej grupy poddanej badaniom zostały zaklasyfikowane jako dewiantki, a jeszcze trzy jako przestępczynie. Fakt ten został jakimś cudem przeoczony. Mead zaznaczała również, że okres dojrzewania był tam czasem największej swobody, pozbawiony lęków i stresów. W rzeczywistości wystarczy zauważyć, że wskaźniki przestępczości wśród młodocianych nie odbiegają tam od innych krajów. Występuje również stosunek mężczyzn do kobiet popełniających pierwszy raz przestępstwo - pięć do jeden, również nie odbiegający od normy.
Promiskuityzm również okazał się bujdą na resorach. Samoańczycy wśród społeczeństw polinezyjskich wręcz wyróżniają się troską o dziewictwo. Wiąże się to u nich ze zwyczajem taupou - rytualnej dziewicy. Poczynania dorastającej dziewczyny są uważnie obserwowane przez jej braci, którzy, jeśli spotkają ją w towarzystwie potencjalnego kochanka, mogą ją zwymyślać, a nawet sprawić jej lanie, a przy okazji mocno poturbować potencjalnego chłopaka. Mead opisywała również zazdrość jako rzadkie uczucie wśród mieszkańców archipelagu Samoa. Przeczą jednak poraz kolejny temu fakty. Typową karą za cudzołóstwo była tam śmierć. Oszukany mąż miał prawo szukać zemsty na kimkolwiek z rodziny kochanki. Cudzołożnice też były niejednokrotnie fizycznie okaleczanie poprzez ucinanie nosa, ucha lub łamanie kości.
Pisała ona również, że na Samoa w ogóle nie dochodziło do gwałtów. To jakim cudem, był on - co do liczby - aż trzecim popełnianym przestępstwem na początku dwudziestego wieku, a w latach pięćdziesiątych piątym. A wypadki gwałtu jako opisy przemocy opisywane były już w 1845 roku.
Również mówienie o pacyfizmie Samoańczyków zdało się na nic. Z ponad siedemdziesięciu bogów z tamtejszego panteonu połowa odpowiada za wojnę. Według wszystkich przekazów batalie w okresie przed chrystianizacją były częste i krwawe. John Williams, misjonarz i badacz, który przebywał na wyspach około 1830 roku, opisał trwającą osiem miesięcy między dwoma regionami Samoa. Zwycięzcy w tej wojnie wyrywali serca przegranym wojownikom, a kobiety i dzieci palili żywcem. W 1832 roku Williams dotarł również na wyspę Tau, gdzie dowiedział się, że poważna wojna między wyspą Olosega toczona była cztery miesiące wcześniej, a w jej wyniku trzydziestu pięciu mężczyzn, czyli ponad jedna dziesiąta męskiej populacji wówczas, straciła życie. Była ona tak zaciekła, że sporadyczne napady zdarzały się jeszcze po opuszczeniu przez Mead wysp Samoa.
Mead napisała, że Samoańczycy są praktycznie nie zdolni do przemocy. Nie potwierdzają tego statystyki policyjne. W okresie 1964-1966 było tam pięć razy więcej pospolitych napadów niż na terenie USA. Wskaźnik morderstw w roku 1977 - o połowę wyższy, a Samoa Amerykańskiego aż pięć i pół raza wyższy.
Praca Mead okazała się jednym wielkim humbugiem, który - niestety - wywarł sposób na myślenie wielu intelektualistów, a w związku z tym całego pokolenia powojennego.
Wnioski
Natura ludzka nie jest żadną tabula rasa, jak dobrze jest w wielu przypadkach (nie w tych, kiedy chodzi o normalizację dewiacji) przyjąć lewicy. Po prostu pewne rzeczy są zdeterminowane i nie można ich zmienić. Już nie mówię tutaj o socjobiologii - to jest z kolei przegięcie w drugą stronę. Wiadomo, że zjawiska biologiczne, redukują się do fizykochemicznych, a psychiczno-kulturowe do biologicznych, ale bez przesady. Istnieje w końcu coś takiego jak chaos deterministyczny. Z praw oddziaływania cząsteczek - mechaniki statystycznej, fizyki kwantowej, elektromagnetyzmu - nikt nie dojdzie do wszystkich funkcji i właściwości organizmu nawet tak prostego organizmu jak Mycoplasma gentilis. Tak samo ze zjawisk biologicznych nie dojdzie się do wszystkich własności społeczeństwa, do czego próbowali nas przekonać główni doktrynerzy socjobiologii. Człowieka nikt nie zmusi do jedzenia trawy, ponieważ nie ma czterokomorowego żołądka jak przeżuwacze. Tak samo nie zmusi go do pewnych rodzajów zachowań. Chyba, że władzunia sięgnie po inżynierię genetyczną i embrionalną (to są dwie różne rzeczy wbrew pozorom) i zechce nas poprawić...
Etykiety:
kultura analna,
lewicowe pseudonauki,
SSSM,
zoologiczna prawicowość
wtorek, 17 czerwca 2008
Lewicowe pseudonauki (3): Normalność homoseksualizmu
O homoseksualizmie
Chyba nie trzeba chyba tłumaczyć, co to jest. W 1991 roku został skreślony z listy chorób psychicznych. Od tamtej pory mówi się również o takim fenomenie, jakim są orientacje seksualne. Wcześniej nikomu nie przyszłoby do głowy, iż coś takiego może w ogóle istnieć. Mainstream uważa, że homoseksualizm jest czymś normalnym w porównywalnym stopniu jak heteroseksualizm. Co więcej, ostatnio mnożą się hipotezy odnośnie wrodzonego charakteru orientacji seksualnej. Niektórzy porównują wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób przez WHO do poczynienia tego samego ze zbyt częstą masturbacją (tak, jakby robienie czegoś w nadmiarze nie było szkodliwe). Akceptacja homoseksualizmu jako rzeczy normalnej przez ludzi o heteroseksualnej orientacji (że pozwolę sobie użyć tego określenia) jest uważana za przejaw postępu. Z czego to może wynikać?
Etyczny relatywizm
Rzecz jasna, lewica, która wszędzie wpycha swoje brudne ręce, doprowadziła do tego, że homoseksualizm został skreślony z listy chorób. Nie trzeba też tutaj tłumaczyć, że doszło do tego na drodze demokratycznego głosowania; tak więc wszystko wydaje się jasne. Postrzeganie homoseksualizmu jako normalnego wiąże się z postawą bardzo często przyjmowaną przez współczesną lewicę laicką. Chodzi tutaj o etyczny relatywizm. Jak można go najprościej wytłumaczyć? Wykonajmy sobie przy tym taki prosty eksperyment myślowy.
Mamy trzecią zasadę termodynamiki tzw. postulat Nernsta. Mówi ona, że w momencie kiedy osiągnięta zostanie temperatura zera absolutnego, wszelki ruch cząstek ustaje, a energia wewnętrzna układu wynosi zero. No i teraz wyjdźmy na ulicę bądź dzwońmy do ludzi na telefon. Pytajmy się o treść tego właśnie postulatu Nernsta. Uzyskamy znaczny rozrzut odpowiedzi. Oczywiście jakaś część ludzi odpowie prawidłowo, a reszta będzie gadać różne bzdury, jeszcze ileś tam osób powie, iż nigdy o czymś takim w życiu nie słyszało. Brać jeszcze trzeba pod uwagę takie odpowiedzi typu k... mać. Relatywista uzna wszystkie odpowiedzi za tak samo prawdziwe, nie ważne, czy ktoś powiedział prawdziwą treść trzeciej zasady termodynamiki, czy zaklął, czy udał Greka et cetera. Absolutysta natomiast oddzieli błędne odpowiedzi i nie na temat od prawdziwych.
Tak samo jest zresztą na gruncie etyki. Identycznie jak w przypadku postulatu Nernsta, relatywiści traktują wszystkie dziwactwa na równi z normalnością. Z tego powodu homoseksualizm, a w niedalekiej przyszłości pedofilia, będą przez nich traktowane jako coś najnormalniejszego w świecie. Wystarczy rzucić okiem do chociażby Traktatu ateologicznego Onfraya, a tam znajdzie się ustęp o tym, że seks z nieletnimi jest normalny i że nie można karać człowieka za takie skłonności, skoro to u niego naturalne. Poza tym powyższy przykład pokazuje absurdalność etycznego relatywizmu. Tak więc same już podstawy traktowania homoseksualizmu jako rzeczy normalnej w takim samym stopniu, jak heteroseksualizm, wydają się być pozbawione sensu.
Argument wrodzoności homoseksualizmu
Ostatnimi czasy, w związku z postępami genetyki molekularnej, neurobiologii, psychiatrii, uważa się, że homoseksualizm może mieć podłoże genetyczne. Wbrew pozorom jest to pewien argument w dyskusji. Dlaczego? Genetycznie na przykład determinowane jest to, że mamy pięć palców u rąk i nóg; to wszystko zależy od ekspresji odpowiednich genów HOX. Płeć jest determinowana chromosomalnie, w zależności od tego czy osobnik posiada dwa chromosomy X czy jeden X i jeden Y. Dla pewnych środowisk wieść o możliwości genetycznej determinacji homoseksualizmu jest przesłanką, aby ich skłonności potraktować jako coś całkowicie naturalnego i niezmiennego (chyba, że za pomocą inżynierii genetycznej linii płciowej). Tak więc należy się zastanowić, czy homoseksualizm może być wrodzony?
Gdy robiono pośmiertne badania anatomiczne na mózgach heteroseksualistów i homoseksualistów nie stwierdzono praktycznie żadnych różnic. To już pozwala podejrzewać, że homoseksualizm nie jest determinowany genetycznie z pewnym prawdopodobieństwem.
Poza tym nie robiono żadnych badań na myszach czy innych zwierzętach laboratoryjnych pozwalających stwierdzić, czy homoseksualizm jest wrodzony czy determinowany środowiskowo. Najlepsze byłyby w tym wypadku badania na myszach będących knock-outami lub mającymi nadekspresję jakiegoś genu regulatorowego ewentualnie kombinacja (kilka znokautowanych genów, kilka nadekspresji) lub knock-down (wyłączenie ekspresji z użyciem interferencji RNA). Ewentualnie można by zastosować osobniki, którym wprowadzono oligonukleotydy antysensowne lub dokonano miejscowej transgenizacji pewnych okolic mózgu z użyciem AAV lub lentiwirusów. U takich osobników należałoby badać preferencje seksualne (pod warunkiem oczywiście istnienia takowych) - oczywiście obserwując, ewentualnie nagrywając. Jeszcze wcześniej przydałoby się złapać jakąś myszkę wykazującą pewne zachowania nas interesujące, uśmiercić, zrobić z mózgu homogenat, który następnie poddano by badaniom transkryptomu (całości RNA), ewentualnie proteomu (wszystkich białek - takie propozycje badania procesów zachodzących w układzie nerwowym były już zgłaszane), a wówczas można by z użyciem RNAi (interferencji RNA) określić, co się po kolei, dzieje. Jak do tej pory tego typu eksperyment nie został zrobiony, tylko póki co dyskutowane są tego typu możliwości techniczne. Badania na knock-outach, osobnikach wykazujących nadekspresję pewnych genów et consortes wykonywane są obecnie w przypadku zdecydowanie prostszych procesów behawioralnych, takich jak uczenie się czy zapamiętywanie. Póki co za bardziej skomplikowane procesy behawioralne mało kto się na razie zabiera, poza zespołami badawczymi zajmującymi się socjogenomiką. Ale oni generalnie zajmują się badaniem molekularnych podstaw zachowania się pszczół miodnych (Apis mellifera), a za organizmy wyższe, mogących interesować tychże badaczy (jak gryzonie) na razie się nie zabierają.
O genetycznej determinacji homoseksualizmu można sobie póki co pogadać (chyba że rację ma Roger Penrose i procesy behawioralne należy tłumaczyć na poziomie submolekularnym, traktując proteom jako swoisty ośrodek). Na razie badane są procesy behawioralne o wiele prostsze niż złożone zachowania związane z rozrodem. Przy najmniej na poziomie biomolekularnym, bo badania z zakresu ekologii behawioralnej czy etologii mają się świetnie.
Homoseksualizm jest w zdecydowanej części determinowany środowiskowo. U chłopców w pewnym okresie rozwoju mogą występować pewne skłonności w tym zakresie, ale nie muszą się one pogłębiać, a jeżeli tak się dzieje, to jest to patologiczne. Generalnie wielu homoseksualistów stało się takimi na skutek burzliwych przeżyć jak chociażby zawodów miłosnych itp. Można zacząć wykazywać takie skłonności nawet w wieku dojrzałym. Sam mogę podać przykład pewnego chałturnika z Łodzi (niejakiego Cwynela), który został zdradzony przez żonę, a następnie w ciągu pół roku stał się gejem. A jeżeli można się wtórnie zostać homoseksualistą, to raczej możliwa jest również droga w drugą stronę, a zatem wyleczenie się z homoseksualizmu.
Teraz powstaje pytanie, nawet jeżeli homoseksualizm jest determinowany genetycznie, to co ten gen mógł robić u naszych przodków. Jakoś u szympansów (Pan troglodytes) zachowania homoseksualne nie występują, są spotykane za to u bonobo (Pan paniscus) - ten jest od nas bardziej oddalony niż szympans, biorąc pod uwagę drzewo filogenetyczne małp wąskonosych. Pojawiały się różne hipotezy - że homoseksualiści mogli pełnić taką rolę w społeczeństwach jak sterylne robotnice u owadów społecznych (próba wytłumaczenia jego istnienia za pomocą doboru krewniaczego). Nadal mimo wszystko ciężko sobie wyobrazić, jak homoseksualizm mógłby wyewoluować. Czy ewoluował jak upośledzenia? Raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę model Zahaviego czy hipotezę Hamiltona-Zuk. Tam pewne upośledzenia mają związek z tym, że samce na przykład bardziej jaskrawe, mające większe rogi, dłuższe ogony będą bardziej preferowane przez samice. (Z drugiej strony na skutek większego wydzielania testosteronu będą miały upośledzone działanie systemu odpornościowego, więc również powinno występować u nich więcej czynników chorobotwórczych i pasożytów). Ale homoseksualizm jako taki nic do rozrodczości nie wnosi i model ten nie wyjaśnia, jak to jest, że pojawił się również u kobiet.
Dochodzimy tutaj przy okazji do następnego punktu, który może się stać istotny z punktu widzenia homopropagandy i jest logicznym następstwem traktowania homoseksualizmu jako czegoś wrodzonego i niejako ewolucyjnego spadku po przodkach. A mianowicie: homoseksualizmu w świecie zwierząt.
Homoseksualizm w świecie zwierząt
W zeszłym roku opublikowałem na swoim (niestety) skasowanym blogu tekst pt. Intelektualny totalitaryzm lewicy: homoseksualizm w świecie zwierząt. Wypadałoby przy okazji głębszej analizy homopropagandy o tym wspomnieć. W zeszłym roku odbyła się w Oslo wystawa, na której mówiono o homoseksualizmie wśród wielu zwierząt. O dziwo, wielu zoologów (sic!) potraktowało to normalnie i z dużą dozą rezerwy. Powiedzmy sobie szczerze; jak na razie za stwierdzenie homoseksualnej nekrofilii u kaczki krzyżówki (Anas platyrhynchos) przez pewnego badacza z Muzeum Historii Naturalnej w Lejdzie przyznano IgNobla. Tak więc widać, ile tego typu badania są warte; tyle mniej więcej co pływanie w basenie wypełnionym kisielem. Widać jednak na pierwszy rzut oka, że badania świata zwierząt mogą zostać wykorzystane w celach ideowo-propagandowych. Tak więc wypadałoby uprzedzić ruch lewicowych ideologów domagających się równości i tolerancji.
Czy stosunki w ramach jednej płci w świecie zwierząt w ogóle występują? U bezkręgowców są one czasem spotykane. U kolcogłowów Moniliformis dubius następuje kopulacja samców, w wyniku czego jedne cementują narządy drugim, uniemożliwiając im akt płciowy. Również u pluskwiaków Xylocoris maculipennis występują kopulacje w obrębie tej samej płci. Samiec wstrzykuje plemniki do jamy ciała drugiemu, a one wędrują do jąder tego. Jednakże tego typu zachowania nie mają z typowym homoseksualizmem nic wspólnego. Chodzi tutaj o zwiększenie dyspersji własnych genów w przyrodzie, a temu zachowania homoseksualne klasycznie rozumiane raczej nie sprzyjają.
Innym przypadkiem zachowań powszechnie postrzeganych jako homoseksualizm to behawior bonobo (Pan paniscus). Jeżeli się to dobrze przeanalizuje, to jest to raczej poliamoryzm niźli typowe zachowania homoseksualne. Nawet jeżeli i u tego gatunku to normalne, to dlaczego nie występuje to na przykład u szympansów (Pan troglodytes). U ludzi też nie jest to nagminne, wbrew temu, co próbuje nam wmówić lewicowa propaganda. Po prostu bonobo należy traktować jako odosobniony przypadek. Podobne zachowania bowiem w ogóle u innych naczelnych (i to nie tylko tych określanych mianem małp, bo również u małpiatek) nie występują.
Za homoseksualne mogą być również brani pomocnicy pierwszego i drugiego rzędu u niektórych zimorodków występujących w Afryce subsaharyjskiej (krainie afrotropikalnej) z rodzajów Halcyon czy Ceryle. W rzeczywistości jest to pewna strategia, aby móc się rozmnożyć. U ptaków bardzo częste są tzw. EPF (extra pair fertilization) lub EPC (extra pair copulation). Wykazano to, robiąc badania sekwencji mikrosatelitarnych. Stwierdzono, że występuje to u wszystkich taksonów od rurkonosych aż po ptaki śpiewające z różną częstością u poszczególnych gatunków. Poza tym pomocnicy mogą odpędzić samca dominującego, gdy nadaży się ku temu okazja i któryś z nich może przejąć inicjatywę. Tych zachowań nie należy wiązać w żaden sposób z homoseksualizmem.
Tak więc, homoseksualizm w świecie zwierząt jest kolejnym mitem nie mającym potwierdzenia w rzeczywistości, wynikającym z propagandowego, istrumentalnego traktowania nauki przez lewicę, w tym wypadku rzecz dotyczy zoologii.
Źródła homopropagandy
Należy się zastanowić, jak to się stało, że w ogóle homoseksualizm zaczął być traktowany jako rzecz normalna i w ogóle mogło zaistnieć coś tak obelżywego jak homopropaganda? Cała rzecz zaczęła się od badań przeprowadzonych przez Alfreda Kinseya. W 1948 roku opublikował on książkę pt. Sexual Behaviour of Human Male. Oczywiście, lewicowe media uznały ją za rewelację i rychło się dowiedział o tym cały świat. Książka niedoszłego zoologa sprzedała się w kilku milionach egzemplarzy. W 1952 roku wydał następną pt. Sexual Behaviour of Human Female. Również odniosła ona sukces wydawczy. Autor stwierdził, że większość ludzi jest w jakimś stopniu heteroseksualna lub homoseksualna. Stworzył skalę od 0 do 6, gdzie 0 oznacza krańcowego heteroseksualistę, a 6 krańcowego homoseksualistę, a numery pomiędzy nimi, to różne stadia pośrednie. Przez jakieś 50 lat nikt się nie zastanawiał nad źródłami tych rewelacji. Dopiero nie tak dawno temu Judith Reisman, badaczka związana z izraelskim uniwersytetem w Hajfie i Case Western Western Reserve University w Ohio, przeanalizowała zbiory Kensey Institute przy University of Indiana. Praca była dodatkowo utrudniona, ponieważ to kolekcja częściowa zamknięta i zaistniała konieczność uzyskania pozwolenia wglądu w materiały prywatne. Przejrzała masę dokumentów, filmów oraz przeprowadziła wywiady ze świadkami. Reisman odkryła, że Kinsey prowadził badania w sposób mocno nietypowy. Na potrzeby pierwszej książki grupą kontrolną byli mężczyźni osadzeni w zakładach karnych, a wśród nich siłą rzeczy zachowania homoseksualne są bardziej rozpowszechnione niż w społeczeństwie wolnym. W przypadku drugiej badania prowadzone były między innymi na prostytutkach. Łącznie jedna trzecia z badanych kobiet karana była za przestępstwa seksualne. Pytania w ankietach sporządzanych przez Kinseya i współpracowników były formułowane w tak szokujący sposób, że normalni ludzie nie chcieli na nie odpowiadać. Dopuszczono się również innych manipulacji, między innymi każda osoba, jaka kiedykolwiek uczęszczała na jakikolwiek kurs uniwersytecki, była traktowana jako posiadająca wyższe wykształcenie. Dzięki temu można było stwierdzić, iż badania Kinseya dotyczą przeciętnego Amerykanina z wyższym wykształceniem. Odmówił on również przyjęcia do zespołu profesjonalnego statystyka. Fundacja Rockefellera finansująca badania była bardzo zaskoczona z tego powodu. Z kolei danymi żonglował znajomy amator. Niektórzy ankieterzy byli zboczeńcami seksualnymi. Znalazł się wśród nich między innymi Rex King, który miał zgwałcić 800 dzieci.
Również współpracownicy Kinseya byli mocno nie typowi. Fritz von Balluseck molestował seksualnie wiele dzieci, został w końcu skazany za zamordowanie 10-letniej dziewczynki. Badania Raisman wykazały również, że ankieterzy gwałcili dzieci, a potem pytali się je o doznania. Niektóre eksperymenty polegały na seksualnej stymulacji niemowlaków i przedszkolaków. Sam Kinsey był natomiast biseksualistą i masochistą o pedofilskich i koprofilskich skłonnościach. Uprawiał seks ze współpracownikami, lubił kąpać się z nimi nago i załatwiać razem z nimi potrzeby fizjologiczne. Gdy był harcerzem, zmuszał zuchów do oglądania świerszczyków oraz zabawiał się z nimi.
Badania Kinseya okazały się jedną wielką machinacją, a wnioski z nich - bujdą na resorach, która - niestety - wywarła wielki wpływ na myślenie następnych pokoleń. Zapłodniła również szereg lewicowych intelektualistów, między innymi pokolenie roku 1968.
Na zakończenie
Homoseksualizm nie jest normalny; jest wręcz chorobliwy. Wiele badań wskazuje na jego związek z pedofilią, masochizmem czy koprofilią, statystycznie częściej homoseksualiści są również seryjnymi mordercami. Postrzeganie go jako coś takiego jak pięć palców u rąk to jest efekt propagandowej manipulacji, która trwała od jakichś pięćdziesięciu lat, a przybrała na sile dopiero po 1968 roku ze wskazaniem na ostatni okres.
Niestety pewni ludzie muszą manipulować i włazić wszędzie z brudnymi butami tak, aby udowodnić, że racja jest po ich stronie. Tak samo jest w przypadku rzekomej normalności homoseksualizmu. Mamy tu do czynienia de facto z czymś takim samym jak grzbietem Łomonosowa, zapadniętym fragmentem Syberii i rosyjskością bieguna północnego czy aryjskim euroazjatyckim państwem. Sytuacje te niewiele się od siebie różnią.
Chyba nie trzeba chyba tłumaczyć, co to jest. W 1991 roku został skreślony z listy chorób psychicznych. Od tamtej pory mówi się również o takim fenomenie, jakim są orientacje seksualne. Wcześniej nikomu nie przyszłoby do głowy, iż coś takiego może w ogóle istnieć. Mainstream uważa, że homoseksualizm jest czymś normalnym w porównywalnym stopniu jak heteroseksualizm. Co więcej, ostatnio mnożą się hipotezy odnośnie wrodzonego charakteru orientacji seksualnej. Niektórzy porównują wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób przez WHO do poczynienia tego samego ze zbyt częstą masturbacją (tak, jakby robienie czegoś w nadmiarze nie było szkodliwe). Akceptacja homoseksualizmu jako rzeczy normalnej przez ludzi o heteroseksualnej orientacji (że pozwolę sobie użyć tego określenia) jest uważana za przejaw postępu. Z czego to może wynikać?
Etyczny relatywizm
Rzecz jasna, lewica, która wszędzie wpycha swoje brudne ręce, doprowadziła do tego, że homoseksualizm został skreślony z listy chorób. Nie trzeba też tutaj tłumaczyć, że doszło do tego na drodze demokratycznego głosowania; tak więc wszystko wydaje się jasne. Postrzeganie homoseksualizmu jako normalnego wiąże się z postawą bardzo często przyjmowaną przez współczesną lewicę laicką. Chodzi tutaj o etyczny relatywizm. Jak można go najprościej wytłumaczyć? Wykonajmy sobie przy tym taki prosty eksperyment myślowy.
Mamy trzecią zasadę termodynamiki tzw. postulat Nernsta. Mówi ona, że w momencie kiedy osiągnięta zostanie temperatura zera absolutnego, wszelki ruch cząstek ustaje, a energia wewnętrzna układu wynosi zero. No i teraz wyjdźmy na ulicę bądź dzwońmy do ludzi na telefon. Pytajmy się o treść tego właśnie postulatu Nernsta. Uzyskamy znaczny rozrzut odpowiedzi. Oczywiście jakaś część ludzi odpowie prawidłowo, a reszta będzie gadać różne bzdury, jeszcze ileś tam osób powie, iż nigdy o czymś takim w życiu nie słyszało. Brać jeszcze trzeba pod uwagę takie odpowiedzi typu k... mać. Relatywista uzna wszystkie odpowiedzi za tak samo prawdziwe, nie ważne, czy ktoś powiedział prawdziwą treść trzeciej zasady termodynamiki, czy zaklął, czy udał Greka et cetera. Absolutysta natomiast oddzieli błędne odpowiedzi i nie na temat od prawdziwych.
Tak samo jest zresztą na gruncie etyki. Identycznie jak w przypadku postulatu Nernsta, relatywiści traktują wszystkie dziwactwa na równi z normalnością. Z tego powodu homoseksualizm, a w niedalekiej przyszłości pedofilia, będą przez nich traktowane jako coś najnormalniejszego w świecie. Wystarczy rzucić okiem do chociażby Traktatu ateologicznego Onfraya, a tam znajdzie się ustęp o tym, że seks z nieletnimi jest normalny i że nie można karać człowieka za takie skłonności, skoro to u niego naturalne. Poza tym powyższy przykład pokazuje absurdalność etycznego relatywizmu. Tak więc same już podstawy traktowania homoseksualizmu jako rzeczy normalnej w takim samym stopniu, jak heteroseksualizm, wydają się być pozbawione sensu.
Argument wrodzoności homoseksualizmu
Ostatnimi czasy, w związku z postępami genetyki molekularnej, neurobiologii, psychiatrii, uważa się, że homoseksualizm może mieć podłoże genetyczne. Wbrew pozorom jest to pewien argument w dyskusji. Dlaczego? Genetycznie na przykład determinowane jest to, że mamy pięć palców u rąk i nóg; to wszystko zależy od ekspresji odpowiednich genów HOX. Płeć jest determinowana chromosomalnie, w zależności od tego czy osobnik posiada dwa chromosomy X czy jeden X i jeden Y. Dla pewnych środowisk wieść o możliwości genetycznej determinacji homoseksualizmu jest przesłanką, aby ich skłonności potraktować jako coś całkowicie naturalnego i niezmiennego (chyba, że za pomocą inżynierii genetycznej linii płciowej). Tak więc należy się zastanowić, czy homoseksualizm może być wrodzony?
Gdy robiono pośmiertne badania anatomiczne na mózgach heteroseksualistów i homoseksualistów nie stwierdzono praktycznie żadnych różnic. To już pozwala podejrzewać, że homoseksualizm nie jest determinowany genetycznie z pewnym prawdopodobieństwem.
Poza tym nie robiono żadnych badań na myszach czy innych zwierzętach laboratoryjnych pozwalających stwierdzić, czy homoseksualizm jest wrodzony czy determinowany środowiskowo. Najlepsze byłyby w tym wypadku badania na myszach będących knock-outami lub mającymi nadekspresję jakiegoś genu regulatorowego ewentualnie kombinacja (kilka znokautowanych genów, kilka nadekspresji) lub knock-down (wyłączenie ekspresji z użyciem interferencji RNA). Ewentualnie można by zastosować osobniki, którym wprowadzono oligonukleotydy antysensowne lub dokonano miejscowej transgenizacji pewnych okolic mózgu z użyciem AAV lub lentiwirusów. U takich osobników należałoby badać preferencje seksualne (pod warunkiem oczywiście istnienia takowych) - oczywiście obserwując, ewentualnie nagrywając. Jeszcze wcześniej przydałoby się złapać jakąś myszkę wykazującą pewne zachowania nas interesujące, uśmiercić, zrobić z mózgu homogenat, który następnie poddano by badaniom transkryptomu (całości RNA), ewentualnie proteomu (wszystkich białek - takie propozycje badania procesów zachodzących w układzie nerwowym były już zgłaszane), a wówczas można by z użyciem RNAi (interferencji RNA) określić, co się po kolei, dzieje. Jak do tej pory tego typu eksperyment nie został zrobiony, tylko póki co dyskutowane są tego typu możliwości techniczne. Badania na knock-outach, osobnikach wykazujących nadekspresję pewnych genów et consortes wykonywane są obecnie w przypadku zdecydowanie prostszych procesów behawioralnych, takich jak uczenie się czy zapamiętywanie. Póki co za bardziej skomplikowane procesy behawioralne mało kto się na razie zabiera, poza zespołami badawczymi zajmującymi się socjogenomiką. Ale oni generalnie zajmują się badaniem molekularnych podstaw zachowania się pszczół miodnych (Apis mellifera), a za organizmy wyższe, mogących interesować tychże badaczy (jak gryzonie) na razie się nie zabierają.
O genetycznej determinacji homoseksualizmu można sobie póki co pogadać (chyba że rację ma Roger Penrose i procesy behawioralne należy tłumaczyć na poziomie submolekularnym, traktując proteom jako swoisty ośrodek). Na razie badane są procesy behawioralne o wiele prostsze niż złożone zachowania związane z rozrodem. Przy najmniej na poziomie biomolekularnym, bo badania z zakresu ekologii behawioralnej czy etologii mają się świetnie.
Homoseksualizm jest w zdecydowanej części determinowany środowiskowo. U chłopców w pewnym okresie rozwoju mogą występować pewne skłonności w tym zakresie, ale nie muszą się one pogłębiać, a jeżeli tak się dzieje, to jest to patologiczne. Generalnie wielu homoseksualistów stało się takimi na skutek burzliwych przeżyć jak chociażby zawodów miłosnych itp. Można zacząć wykazywać takie skłonności nawet w wieku dojrzałym. Sam mogę podać przykład pewnego chałturnika z Łodzi (niejakiego Cwynela), który został zdradzony przez żonę, a następnie w ciągu pół roku stał się gejem. A jeżeli można się wtórnie zostać homoseksualistą, to raczej możliwa jest również droga w drugą stronę, a zatem wyleczenie się z homoseksualizmu.
Teraz powstaje pytanie, nawet jeżeli homoseksualizm jest determinowany genetycznie, to co ten gen mógł robić u naszych przodków. Jakoś u szympansów (Pan troglodytes) zachowania homoseksualne nie występują, są spotykane za to u bonobo (Pan paniscus) - ten jest od nas bardziej oddalony niż szympans, biorąc pod uwagę drzewo filogenetyczne małp wąskonosych. Pojawiały się różne hipotezy - że homoseksualiści mogli pełnić taką rolę w społeczeństwach jak sterylne robotnice u owadów społecznych (próba wytłumaczenia jego istnienia za pomocą doboru krewniaczego). Nadal mimo wszystko ciężko sobie wyobrazić, jak homoseksualizm mógłby wyewoluować. Czy ewoluował jak upośledzenia? Raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę model Zahaviego czy hipotezę Hamiltona-Zuk. Tam pewne upośledzenia mają związek z tym, że samce na przykład bardziej jaskrawe, mające większe rogi, dłuższe ogony będą bardziej preferowane przez samice. (Z drugiej strony na skutek większego wydzielania testosteronu będą miały upośledzone działanie systemu odpornościowego, więc również powinno występować u nich więcej czynników chorobotwórczych i pasożytów). Ale homoseksualizm jako taki nic do rozrodczości nie wnosi i model ten nie wyjaśnia, jak to jest, że pojawił się również u kobiet.
Dochodzimy tutaj przy okazji do następnego punktu, który może się stać istotny z punktu widzenia homopropagandy i jest logicznym następstwem traktowania homoseksualizmu jako czegoś wrodzonego i niejako ewolucyjnego spadku po przodkach. A mianowicie: homoseksualizmu w świecie zwierząt.
Homoseksualizm w świecie zwierząt
W zeszłym roku opublikowałem na swoim (niestety) skasowanym blogu tekst pt. Intelektualny totalitaryzm lewicy: homoseksualizm w świecie zwierząt. Wypadałoby przy okazji głębszej analizy homopropagandy o tym wspomnieć. W zeszłym roku odbyła się w Oslo wystawa, na której mówiono o homoseksualizmie wśród wielu zwierząt. O dziwo, wielu zoologów (sic!) potraktowało to normalnie i z dużą dozą rezerwy. Powiedzmy sobie szczerze; jak na razie za stwierdzenie homoseksualnej nekrofilii u kaczki krzyżówki (Anas platyrhynchos) przez pewnego badacza z Muzeum Historii Naturalnej w Lejdzie przyznano IgNobla. Tak więc widać, ile tego typu badania są warte; tyle mniej więcej co pływanie w basenie wypełnionym kisielem. Widać jednak na pierwszy rzut oka, że badania świata zwierząt mogą zostać wykorzystane w celach ideowo-propagandowych. Tak więc wypadałoby uprzedzić ruch lewicowych ideologów domagających się równości i tolerancji.
Czy stosunki w ramach jednej płci w świecie zwierząt w ogóle występują? U bezkręgowców są one czasem spotykane. U kolcogłowów Moniliformis dubius następuje kopulacja samców, w wyniku czego jedne cementują narządy drugim, uniemożliwiając im akt płciowy. Również u pluskwiaków Xylocoris maculipennis występują kopulacje w obrębie tej samej płci. Samiec wstrzykuje plemniki do jamy ciała drugiemu, a one wędrują do jąder tego. Jednakże tego typu zachowania nie mają z typowym homoseksualizmem nic wspólnego. Chodzi tutaj o zwiększenie dyspersji własnych genów w przyrodzie, a temu zachowania homoseksualne klasycznie rozumiane raczej nie sprzyjają.
Innym przypadkiem zachowań powszechnie postrzeganych jako homoseksualizm to behawior bonobo (Pan paniscus). Jeżeli się to dobrze przeanalizuje, to jest to raczej poliamoryzm niźli typowe zachowania homoseksualne. Nawet jeżeli i u tego gatunku to normalne, to dlaczego nie występuje to na przykład u szympansów (Pan troglodytes). U ludzi też nie jest to nagminne, wbrew temu, co próbuje nam wmówić lewicowa propaganda. Po prostu bonobo należy traktować jako odosobniony przypadek. Podobne zachowania bowiem w ogóle u innych naczelnych (i to nie tylko tych określanych mianem małp, bo również u małpiatek) nie występują.
Za homoseksualne mogą być również brani pomocnicy pierwszego i drugiego rzędu u niektórych zimorodków występujących w Afryce subsaharyjskiej (krainie afrotropikalnej) z rodzajów Halcyon czy Ceryle. W rzeczywistości jest to pewna strategia, aby móc się rozmnożyć. U ptaków bardzo częste są tzw. EPF (extra pair fertilization) lub EPC (extra pair copulation). Wykazano to, robiąc badania sekwencji mikrosatelitarnych. Stwierdzono, że występuje to u wszystkich taksonów od rurkonosych aż po ptaki śpiewające z różną częstością u poszczególnych gatunków. Poza tym pomocnicy mogą odpędzić samca dominującego, gdy nadaży się ku temu okazja i któryś z nich może przejąć inicjatywę. Tych zachowań nie należy wiązać w żaden sposób z homoseksualizmem.
Tak więc, homoseksualizm w świecie zwierząt jest kolejnym mitem nie mającym potwierdzenia w rzeczywistości, wynikającym z propagandowego, istrumentalnego traktowania nauki przez lewicę, w tym wypadku rzecz dotyczy zoologii.
Źródła homopropagandy
Należy się zastanowić, jak to się stało, że w ogóle homoseksualizm zaczął być traktowany jako rzecz normalna i w ogóle mogło zaistnieć coś tak obelżywego jak homopropaganda? Cała rzecz zaczęła się od badań przeprowadzonych przez Alfreda Kinseya. W 1948 roku opublikował on książkę pt. Sexual Behaviour of Human Male. Oczywiście, lewicowe media uznały ją za rewelację i rychło się dowiedział o tym cały świat. Książka niedoszłego zoologa sprzedała się w kilku milionach egzemplarzy. W 1952 roku wydał następną pt. Sexual Behaviour of Human Female. Również odniosła ona sukces wydawczy. Autor stwierdził, że większość ludzi jest w jakimś stopniu heteroseksualna lub homoseksualna. Stworzył skalę od 0 do 6, gdzie 0 oznacza krańcowego heteroseksualistę, a 6 krańcowego homoseksualistę, a numery pomiędzy nimi, to różne stadia pośrednie. Przez jakieś 50 lat nikt się nie zastanawiał nad źródłami tych rewelacji. Dopiero nie tak dawno temu Judith Reisman, badaczka związana z izraelskim uniwersytetem w Hajfie i Case Western Western Reserve University w Ohio, przeanalizowała zbiory Kensey Institute przy University of Indiana. Praca była dodatkowo utrudniona, ponieważ to kolekcja częściowa zamknięta i zaistniała konieczność uzyskania pozwolenia wglądu w materiały prywatne. Przejrzała masę dokumentów, filmów oraz przeprowadziła wywiady ze świadkami. Reisman odkryła, że Kinsey prowadził badania w sposób mocno nietypowy. Na potrzeby pierwszej książki grupą kontrolną byli mężczyźni osadzeni w zakładach karnych, a wśród nich siłą rzeczy zachowania homoseksualne są bardziej rozpowszechnione niż w społeczeństwie wolnym. W przypadku drugiej badania prowadzone były między innymi na prostytutkach. Łącznie jedna trzecia z badanych kobiet karana była za przestępstwa seksualne. Pytania w ankietach sporządzanych przez Kinseya i współpracowników były formułowane w tak szokujący sposób, że normalni ludzie nie chcieli na nie odpowiadać. Dopuszczono się również innych manipulacji, między innymi każda osoba, jaka kiedykolwiek uczęszczała na jakikolwiek kurs uniwersytecki, była traktowana jako posiadająca wyższe wykształcenie. Dzięki temu można było stwierdzić, iż badania Kinseya dotyczą przeciętnego Amerykanina z wyższym wykształceniem. Odmówił on również przyjęcia do zespołu profesjonalnego statystyka. Fundacja Rockefellera finansująca badania była bardzo zaskoczona z tego powodu. Z kolei danymi żonglował znajomy amator. Niektórzy ankieterzy byli zboczeńcami seksualnymi. Znalazł się wśród nich między innymi Rex King, który miał zgwałcić 800 dzieci.
Również współpracownicy Kinseya byli mocno nie typowi. Fritz von Balluseck molestował seksualnie wiele dzieci, został w końcu skazany za zamordowanie 10-letniej dziewczynki. Badania Raisman wykazały również, że ankieterzy gwałcili dzieci, a potem pytali się je o doznania. Niektóre eksperymenty polegały na seksualnej stymulacji niemowlaków i przedszkolaków. Sam Kinsey był natomiast biseksualistą i masochistą o pedofilskich i koprofilskich skłonnościach. Uprawiał seks ze współpracownikami, lubił kąpać się z nimi nago i załatwiać razem z nimi potrzeby fizjologiczne. Gdy był harcerzem, zmuszał zuchów do oglądania świerszczyków oraz zabawiał się z nimi.
Badania Kinseya okazały się jedną wielką machinacją, a wnioski z nich - bujdą na resorach, która - niestety - wywarła wielki wpływ na myślenie następnych pokoleń. Zapłodniła również szereg lewicowych intelektualistów, między innymi pokolenie roku 1968.
Na zakończenie
Homoseksualizm nie jest normalny; jest wręcz chorobliwy. Wiele badań wskazuje na jego związek z pedofilią, masochizmem czy koprofilią, statystycznie częściej homoseksualiści są również seryjnymi mordercami. Postrzeganie go jako coś takiego jak pięć palców u rąk to jest efekt propagandowej manipulacji, która trwała od jakichś pięćdziesięciu lat, a przybrała na sile dopiero po 1968 roku ze wskazaniem na ostatni okres.
Niestety pewni ludzie muszą manipulować i włazić wszędzie z brudnymi butami tak, aby udowodnić, że racja jest po ich stronie. Tak samo jest w przypadku rzekomej normalności homoseksualizmu. Mamy tu do czynienia de facto z czymś takim samym jak grzbietem Łomonosowa, zapadniętym fragmentem Syberii i rosyjskością bieguna północnego czy aryjskim euroazjatyckim państwem. Sytuacje te niewiele się od siebie różnią.
Subskrybuj:
Posty (Atom)