Azjaci są tradycyjnie kolektywistami. W tych społeczeństwach, zupełnie jak w komunizmie, jednostka nie znaczy nic. Tamtejsze systemy religijne świetnie odzwierciedlają sytuację pojedynczego człowieka. Islam jest nieodłącznie związany z kolektywizmem, tak samo jak buddyzm i hinduizm. Szczególnie ciekawe są te dwa ostatnie. Tam człowiek już za życia jest trupem, nie ma żadnego obowiązku doskonalenia się. Jest niczym innym tylko i wyłącznie górą mięsa. Dlatego stara się być całkowicie poddany władzy i w stosunku do niej jest bezkrytyczny. Trzeba mu mówić, co ma myśleć. Nic dziwnego, że w całej Azji praktycznie nie było postępu technicznego. Ktoś mi powie w tym momencie, że Chińczycy wynaleźli proch i rakietę. Ale czy to oni zbudowali armatę i czy to oni pierwsi wysłali człowieka w kosmos. Czy oni na przykład wymyślili wszystkie prawa fizyki, chemii, biologii? Nie. To zrobił biały człowiek. Ci ludzie nie byliby w stanie tego zrobić. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby nie cywilizacja chrześcijańskiego Zachodu, to zarówno Chińczycy, Hindusi, Arabowie żyliby na poziomie średniowiecza. Nic też dziwnego, że bez trudu w XIX w. Europejczycy większość z nich podbili, a również Chiny mogłyby zostać podzielone między kolonialne mocarstwa. Z obecnego punktu widzenia bardzo źle, że się tak nie stało.
Teraz należy się zastanowić, czemu ta nasza cywilizacja zawdzięcza takie sukcesy? Odpowiedź będzie bardzo niepoprawna politycznie. A mianowicie chrześcijaństwu i wywodzącej się z niego podmiotowości jednostki. To właśnie cywilizacja Zachodu stworzyła doktrynę ius naturalis. No i co dzięki temu mamy? Naukę, technikę i technologię, dzięki którym popychaliśmy cały glob na przód. Nie kto inny, tylko my.
Oczywiście znalazła się w XVIII w. grupa ludzi, która od tamtego momentu chce rządzić światem w postaci masonów, jacy następnie stworzyli lewicę. Obok tego stworzyli oni system religijny taki, aby z ludzi uczynić podobnych niewolników do członków azjatyckich społeczeństw. To, co oni wypichcili, to nic innego jak ateizm.
Zwracam tutaj uwagę na to, co nazywam religią. A mianowicie, jest to system filozoficzny mówiący o naturze bytów transcendentnych, więc również wypowiadający się na temat tego, czy istnieją. Zatem ateizm można traktować jako pewnego rodzaju zdegenerowaną religię.
Przedstawia się ten system religijny bez Boga jako gołąbka pokoju i jutrzenkę wolności. A w rzeczywistości to, co to jest? Nie będę już wspominać, że dziewiętnastowieczni liberałowie nienawidzili religii i nacjonalizowali majątki kościelne, a także gnębili wierzących. Tacy to wielbiciele wolności... A co robił na przykład Stalin w ZSRR, ile ludzi zarobiło kulę w potylicę za to, że uznawali jakąś formę transcendencji? Ateizm zawsze sobie rościł monopol na prawdę, będąc przy tym brutalną siłą nietolerującą żadnej konkurencji. A dlaczego teraz ukazuje się jako taki pokojowy? Chodzi o to, aby zrobić z ludzi niewolników niezdolnych do żadnej obrony przed zakusami władzy. Mówi się ludziom, że tradycyjne systemy religijne ich niewolą, odpowiadają za rasizm, militaryzm, imperializm. A przepraszam bardzo, ci pożyteczni idioci chodzący na łańcuszku planistów nowego socjalistycznego świata nie znają historii. A czy wiedzą, kim był ateista i wojujący bezbożnik znany jako Józef Wissarionowicz Stalin? Otóż był on właśnie rasistą, militarystą i imperialistą, i to takim, że mało tego typu indywiduów widział do tej pory świat. Jeszcze inny ateista, który doprowadził do dobrej społecznej percepcji homoseksualizmu, Alfred Kinsey - taki sam rasista.
Poza tym ateizm mówi człowiekowi, że jest niczym innym tylko kupą mięsa. A do czego takie rozumowanie prowadzi? Oczywiście pojawia się tutaj wartościowanie życia ludzkiego. Płód, osoba starsza czy niepełnosprawna nie jest takim samym człowiekiem, jak wszyscy pełnosprawni i już narodzeni. Można je zatem mordować do woli. Ateizm zezwala zatem na aborcję, eutanazję i eugenikę. Kropkę nad i stawia tutaj australijski filozof Peter Singer. Dekretuje zatem inżynierię społeczną i urabianie ludzi na niewolników lewackiej władzy. Jest przy tym niejako ideologią dorobioną do ich nieczystych zamiarów lepienia nowego społeczeństwa.
Śmieszne jest również określanie się ateistów mianem wolnomyślicieli. Przecież to określenie sugeruje wolność myśli, a oni powtarzają te same slogany po takich lewicowych ideologach jak Dennet, Dawkins czy Singer. No i co to jest za wolność rozumowania. W takim razie papugę można nauczyć kilku fraz z tych książek, no i będzie ona wolnomyślicielem. Słowo wolnomyśliciel powinno zmienić znaczenie, bo winno oznaczać ludzi sprzeciwiających się mainstreamowi. Tak więc na tej podstawie mogę twierdzić, że prędzej tacy jak ja są wolnomyślicielami, a nie stado konformistów idących jak barany na rzeź. Szkoda, że nie wiedzą, że przyszli władcy nowego socjalistycznego świata ich pierwszych wyrzucą na śmietnik.
Powinniśmy również zauważyć, że od kiedy laickie lewactwo, a w tym ateizm, uzyskały znaczne wpływy w społeczeństwie, to postęp naukowo-techniczny spowalnia. Po prostu cywilizacja Zachodu staje się kolektywno-niewolnicza zbliżona do azjatyckiej. Ateizm jako państwowa ideologia zupełnie nie przejmuje się prawami naturalnymi. Obstawia za pozytywizmem prawnym - w efekcie zgadza się na depopulację i rozkład społeczeństw.
Jaki może być z tego wniosek. Ateizm jest religią niewolników zakrywającą pod płaszczykiem szczytnych ideałów plan budowy nowego totalitaryzmu. Ci ludzie pozwolą, żeby analizować każdy ich ruch, a w razie czego żeby ich mordować i sterylizować. Jakobini w XVIII w. się nie mylili, aby zapanować w pełni na społeczeństwem, trzeba zniszczyć religię. A najłatwiej się to robi, reklamując jej ersatz.
sobota, 26 lipca 2008
piątek, 25 lipca 2008
Przyczynek do socjocybernetyki: jak ogłupiać społeczeństwo?
Znany klasyk Frederick Bastiat powiedział swojego czasu, iż w społeczeństwie różne grupy walczą o supremację oraz o możliwość wykorzystywania innych. Rzecz jasna, w tym względzie trzeba mu przyznać rację. Są różne grupy o lewicowym zabarwieniu, jakie chcą przejąć władzę nad całym społeczeństwem. Obłudnie jeszcze oni mówią, iż dają nam więcej wolności. Jakieś 99,9% lewicy wierzy w to, że walczy o nią - jak już wielokrotnie podkreślałem to są tzw. pożyteczni idioci. W rzeczywistości ci wszyscy lewacy prowadzą do tego, że jesteśmy stadem bezwładnych zombie, którymi oni mogą kierować według życzenia. Mogą nas pchać w stronę międzynarodowego socjalizmu. Sterują nami jak kukiełkami. Jak to się dzieje?
W niniejszym tekście pozwolę sobie dokonać pewnego przyczynku do socjocybernetyki. O ile klasyczna cybernetyka zajmuje się procesami sterowania w maszynach, biocybernetyka - w organizmach żywych, to socjocybernetyka - analizuje tego typu procesy, ale w skali ludzkich społeczeństw. Jak spojrzymy na tą kwestię z cybernetycznego punktu widzenia, to mamy do czynienia tam z identycznymi procesami co w układach elektronicznych czy systemach nerwowych, a mianowicie szeregami czasowymi, sprzężeniami zwrotnymi, gestaltem oraz układami samoorganizującymi się. Dodam, że do modelowania można wykorzystywać identyczne metody cybernetyki matematycznej. Społeczeństwo można zatem z czysto teoretycznego punktu widzenia traktować jak maszynkę, którą można sterować, panując nad odczuciami poszczególnych osób. Teraz pytanie, a jak to się dokonuje?
Lewica niejednokrotnie twierdzi, że to konserwatyści dążą do ogłupiania społeczeństwa, postulując na przykład prywatyzację szkolnictwa oraz zniesienie obowiązku posyłania dzieci do szkoły. Problem w tym, że to jest zarzut bezpodstawny, bo jak będzie konkurencja na wolnym rynku, to ceny usług edukacyjnych będą nawet tańsze niż obecnie. Poza tym ogłupiać ma sam sposób myślenia w kategoriach konserwatywnych poprzez zawężanie obrazu świata i jego widzenie w rzekomo czarno-białych barwach. A teraz się zwróćmy uwagę na kilka aspektów. Zazwyczaj społeczeństwa degenerowały, gdy odrzucały wartości swoich przodków i pogrążały się w hedonizmie. Pokazuje to chociażby casus starożytnego Rzymu. Od razu został zahamowany wszelki postęp naukowo-techniczny, a państwo zostało w końcu zniszczone przez Germanów. A teraz: czy nie dostrzegamy, że od kiedy lewica stała się dominującą siłą na świecie, to wszelki postęp wyhamował? Mamy tutaj dodatnią korelację.
Tak więc, jaki z tego mamy wniosek. Kto ogłupia społeczeństwo? Oczywiście, że lewica. A teraz przeanalizujmy wszystkie techniki, jakie ta formacja wykorzystuje, aby mieć społeczeństwo niewolników.
Aby móc sterować społeczeństwem z taką samą łatwością jak samochodem, należy zadbać o to, żeby ludzie za dużo nie myśleli. A jak to się robi? Po prostu należy się tutaj grać na najniższych popędów człowieka, między innymi do libido. Przy okazji winno się zadbać, aby ludzie jak najwięcej myśleli o seksie, ale nie w celach reprodukcyjnych, tylko żeby nauczyli się go traktować jako przyjemność. To już bardzo dużo daje, ponieważ czas, który normalnie ludzie poświęciliby na wymyślenie czegoś konstruktywnego, zostanie spędzony na myśleniu właśnie o tego typu czynnościach. Władza zyskuje przy tej okazji bardzo wielki atut: uchodzi w świetle społeczeństwa za bardzo prowolnościową i tolerancyjną. Z drugiej strony wie, że maleje potencjalna ilość jej konkurentów, ponieważ ludzie myślą, jak zaspokoić swoje libido. Krytycyzm społeczeństwa zostaje zatem ostudzony. A jak sprawić, aby ludzie zaczęli myśleć w kategoriach wyłącznie hedonistycznych? Z punktu widzenia lewicowych inżynierów społecznych nie jest to wcale takie trudne. Najpierw należy zalegalizować pornografię. To jest pierwszy etap. Wówczas w społeczeństwie rozwinie się kult pięknego ciała, w związku z tym młodego. Następuje modyfikacja sposobu myślenia - i to w skali ogólnospołecznej. Przy okazji rośnie ilość przestępstw na tle seksualnym, ale to mniejsza z tym. Inżynierów społecznych to nie obchodzi. Następuje swoiste zdziecinnienie całości społeczności, a w związku z tym dalsza zmiana percepcji. Seks zaczyna być odbierany jako przyjemność, a nawet sport. Oswald Spengler w swoim Zmierzchu Zachodu był prorokiem. Napisał on, iż czeka nas faza cywilizacji Erosa oraz zdziecinnienia. To się właśnie dzieje na naszych oczach. No i cóż, ideałem przestał być człowiek inteligentny i zaradny, a stał się człowiek młody niezależnie od zawartości głowy.
Co obok pornografii warto wspierać i bronić? Rzecz jasna wolny seks. Umożliwi on dekonstrukcję rodziny i dalsze traktowanie czynności związanych z rozrodem jako przyjemności. W tym zakresie należy również wspierać wszystkich seksualnych dewiantów, jacy tylko istnieją - homoseksualistów, a wkrótce również poliamorystów, pedofili i zoofili. Z punktu widzenia lewicy rodzina jest pewną formą niezależności, a tą należy zwalczać, więc jak to się robi. Promuje się wolny seks bez żadnych zobowiązań. W efekcie, jeżeli zwalcza się rodzinę, to rośnie atomizacja społeczeństwa. Zagubieni ludzie chętniej się poddają woli lewicowej władzy, która obiecuje coraz więcej rzekomej wolności bez żadnej odpowiedzialności. Opór wobec niej maleje.
Jeśli się sprawi, że ludzie gros czasu będą poświęcali na myślenie o kopulacji, to ludzie nie pomyślą nawet o wielu innych rzeczach. Wynika to po prostu z piramidy potrzeb Maslowa. Takie sprawy, jak jedzenie czy reprodukcja mają większy priorytet niż na przykład kombinowanie, jak tu obalić lewacką władzunię. Jednak to lewicowym inżynierom społecznym nie wystarcza. Oni dążą do uczynienia ludzi istnymi zombie. W tym celu legalizuje się narkotyki. Znamienna natomiast wydaje się walka z tytoniem. Ten, owszem, uzależnia, ale nie wywołuje tak silnych zmian osobowości jak wiele substancji narkotycznych. Przecież nikt mi nie powie, że np. marijuana nie wywołuje zaburzeń w postrzeganiu rzeczywistości. Podobnie rzecz ma się w przypadku grzybów halucynogennych. Lewactwo mówi nam, że legalizacja ma posłużyć ograniczeniu ilości narkomanów. W rzeczywistości ich ilość ma rosnąć, aby po pewnym czasie mieć społeczeństwo kompletnie otępiałe i całkowicie bezkrytycznie podchodzące do wielu kwestii. Narkotyki mają mieć podobne zadanie jak soma w Nowym wspaniałym świecie Aldousa Huxleya. To jest czynnik zniewolenia, a nie żadnej wolności. Skrajni socjaliści, jak chociażby pedofil Bertrand Russel, uważali, iż należy nawet dodawać rtęć do szczepionek, aby uczynić ludzi głupszymi. Z punktu widzenia władzy bilans legalizacji narkotyków jest bardzo korzystny. To jak użycie broni psychochemicznej. Lewacka władza już wie, że ludzie nie podniosą na nią ręki.
Dochodzi obok tego tutaj jeszcze jeden aspekt związany z tym, o czym wyżej była mowa. Kwestie aborcji i eutanazji. Mało kto podchodzi do tego, jako możliwości ogłupiania społeczeństwa, ale jednak. Przecież aborcja prowadzi w stosunkowo krótkim czasie do przetrzebienia klasy średniej, która jest głównym czynnikiem rozwoju państwa. W efekcie, po pewnym czasie zamiast mieć społeczeństwo wieloklasowe, mamy takie z tylko dwoma grupami, u góry cała ta lewacka kamaryla, a u dołu ludzie, którzy nawet nie wiedzą specjalnie, co się wokół nich dzieje. A eutanazja? W dawnych czasach ludzie starsi byli skarbnicą wiedzy i mieli w społeczeństwie autorytet. A teraz marksizm kulturowy doprowadził do tego, że są przezeń traktowane jako balast. Wychodzi na to, że człowiek ma się urodzić, jeżeli mu się pozwoli na to - rzecz jasna, potem ma tylko jeść, wydalać i cudzołożyć, a jak do tego będzie już niezdatny, czy to na skutek wieku, czy wypadku, to ma popełnić wspomagane samobójstwo. Ergo: eutanazja ma niszczyć związki między pokoleniami oraz przyczyniać się do dalszego rozpadu rodziny. Jaki jest z tego dalszy wniosek: oczywiście niszczenie wszelkich form niezależności, co sprzyja dalszemu otępianiu społeczeństwa.
Mamy jeszcze jeden bardzo istotny czynnik, dzięki któremu społeczeństwo można czynić głupszym. A mianowicie odpowiedni system edukacji, który nie uczy logicznego myślenia. Człowiek, opuszczając szkołę, jest niedouczony i nie może dokonać najprostszego wnioskowania na temat otaczającego go świata. Staje się zatem mniej odporny na propagandę i nie jest w stanie dostrzec swojej niewolniczej pozycji odartej z wszelkiej duchowości, a zredukowanej tylko do biologii. Jeżeli chce się mieć społeczeństwo niewolników, należy ze szkół wypuszczać wykształciuchów. Łatwiej wtedy siać zamęt w populacji; ludzie są skłonni uwierzyć we wszystkie głupoty, jakie im się wciśnie. Jeżeli lewacy zdecydują się na przykład wszczepić wszystkim chipy pod skórę, to skołowany lud uzna, że to w trosce o jego bezpieczeństwo.
Na naszą niekorzyść lewactwo świetnie opanowało socjocybernetykę. Ludziom naprawdę wydaje się, że mają więcej wolności niż kiedyś, że mogą robić pewne rzeczy, jakie dawniej były zabronione. Ale tak nie jest. Co więcej, uważają, że obecnie stosowane regulacje, jak fotoradary, kary za przekraczanie prędkości na drodze... że to wszystko jest dobre. Taka prawda. Społeczeństwa są coraz bardziej lewicowe i traktują to, co się z nimi robi, że to ku lepszemu jutru. Sprawdza się przy tym myśl Davili: Być lewicowcem, to traktować zwiastuny katastrofy, jako pomyśloności. Lewicowi inżynierowie społeczni, nieliczna pośród lewactwa kasta uświadomionych, być może nie wiedzą, że jak z pragnienia władzy zniszczą dorobek cywilizacji Zachodu, to być może sami na siebie sprowadzą koniec.
W niniejszym tekście pozwolę sobie dokonać pewnego przyczynku do socjocybernetyki. O ile klasyczna cybernetyka zajmuje się procesami sterowania w maszynach, biocybernetyka - w organizmach żywych, to socjocybernetyka - analizuje tego typu procesy, ale w skali ludzkich społeczeństw. Jak spojrzymy na tą kwestię z cybernetycznego punktu widzenia, to mamy do czynienia tam z identycznymi procesami co w układach elektronicznych czy systemach nerwowych, a mianowicie szeregami czasowymi, sprzężeniami zwrotnymi, gestaltem oraz układami samoorganizującymi się. Dodam, że do modelowania można wykorzystywać identyczne metody cybernetyki matematycznej. Społeczeństwo można zatem z czysto teoretycznego punktu widzenia traktować jak maszynkę, którą można sterować, panując nad odczuciami poszczególnych osób. Teraz pytanie, a jak to się dokonuje?
Lewica niejednokrotnie twierdzi, że to konserwatyści dążą do ogłupiania społeczeństwa, postulując na przykład prywatyzację szkolnictwa oraz zniesienie obowiązku posyłania dzieci do szkoły. Problem w tym, że to jest zarzut bezpodstawny, bo jak będzie konkurencja na wolnym rynku, to ceny usług edukacyjnych będą nawet tańsze niż obecnie. Poza tym ogłupiać ma sam sposób myślenia w kategoriach konserwatywnych poprzez zawężanie obrazu świata i jego widzenie w rzekomo czarno-białych barwach. A teraz się zwróćmy uwagę na kilka aspektów. Zazwyczaj społeczeństwa degenerowały, gdy odrzucały wartości swoich przodków i pogrążały się w hedonizmie. Pokazuje to chociażby casus starożytnego Rzymu. Od razu został zahamowany wszelki postęp naukowo-techniczny, a państwo zostało w końcu zniszczone przez Germanów. A teraz: czy nie dostrzegamy, że od kiedy lewica stała się dominującą siłą na świecie, to wszelki postęp wyhamował? Mamy tutaj dodatnią korelację.
Tak więc, jaki z tego mamy wniosek. Kto ogłupia społeczeństwo? Oczywiście, że lewica. A teraz przeanalizujmy wszystkie techniki, jakie ta formacja wykorzystuje, aby mieć społeczeństwo niewolników.
Aby móc sterować społeczeństwem z taką samą łatwością jak samochodem, należy zadbać o to, żeby ludzie za dużo nie myśleli. A jak to się robi? Po prostu należy się tutaj grać na najniższych popędów człowieka, między innymi do libido. Przy okazji winno się zadbać, aby ludzie jak najwięcej myśleli o seksie, ale nie w celach reprodukcyjnych, tylko żeby nauczyli się go traktować jako przyjemność. To już bardzo dużo daje, ponieważ czas, który normalnie ludzie poświęciliby na wymyślenie czegoś konstruktywnego, zostanie spędzony na myśleniu właśnie o tego typu czynnościach. Władza zyskuje przy tej okazji bardzo wielki atut: uchodzi w świetle społeczeństwa za bardzo prowolnościową i tolerancyjną. Z drugiej strony wie, że maleje potencjalna ilość jej konkurentów, ponieważ ludzie myślą, jak zaspokoić swoje libido. Krytycyzm społeczeństwa zostaje zatem ostudzony. A jak sprawić, aby ludzie zaczęli myśleć w kategoriach wyłącznie hedonistycznych? Z punktu widzenia lewicowych inżynierów społecznych nie jest to wcale takie trudne. Najpierw należy zalegalizować pornografię. To jest pierwszy etap. Wówczas w społeczeństwie rozwinie się kult pięknego ciała, w związku z tym młodego. Następuje modyfikacja sposobu myślenia - i to w skali ogólnospołecznej. Przy okazji rośnie ilość przestępstw na tle seksualnym, ale to mniejsza z tym. Inżynierów społecznych to nie obchodzi. Następuje swoiste zdziecinnienie całości społeczności, a w związku z tym dalsza zmiana percepcji. Seks zaczyna być odbierany jako przyjemność, a nawet sport. Oswald Spengler w swoim Zmierzchu Zachodu był prorokiem. Napisał on, iż czeka nas faza cywilizacji Erosa oraz zdziecinnienia. To się właśnie dzieje na naszych oczach. No i cóż, ideałem przestał być człowiek inteligentny i zaradny, a stał się człowiek młody niezależnie od zawartości głowy.
Co obok pornografii warto wspierać i bronić? Rzecz jasna wolny seks. Umożliwi on dekonstrukcję rodziny i dalsze traktowanie czynności związanych z rozrodem jako przyjemności. W tym zakresie należy również wspierać wszystkich seksualnych dewiantów, jacy tylko istnieją - homoseksualistów, a wkrótce również poliamorystów, pedofili i zoofili. Z punktu widzenia lewicy rodzina jest pewną formą niezależności, a tą należy zwalczać, więc jak to się robi. Promuje się wolny seks bez żadnych zobowiązań. W efekcie, jeżeli zwalcza się rodzinę, to rośnie atomizacja społeczeństwa. Zagubieni ludzie chętniej się poddają woli lewicowej władzy, która obiecuje coraz więcej rzekomej wolności bez żadnej odpowiedzialności. Opór wobec niej maleje.
Jeśli się sprawi, że ludzie gros czasu będą poświęcali na myślenie o kopulacji, to ludzie nie pomyślą nawet o wielu innych rzeczach. Wynika to po prostu z piramidy potrzeb Maslowa. Takie sprawy, jak jedzenie czy reprodukcja mają większy priorytet niż na przykład kombinowanie, jak tu obalić lewacką władzunię. Jednak to lewicowym inżynierom społecznym nie wystarcza. Oni dążą do uczynienia ludzi istnymi zombie. W tym celu legalizuje się narkotyki. Znamienna natomiast wydaje się walka z tytoniem. Ten, owszem, uzależnia, ale nie wywołuje tak silnych zmian osobowości jak wiele substancji narkotycznych. Przecież nikt mi nie powie, że np. marijuana nie wywołuje zaburzeń w postrzeganiu rzeczywistości. Podobnie rzecz ma się w przypadku grzybów halucynogennych. Lewactwo mówi nam, że legalizacja ma posłużyć ograniczeniu ilości narkomanów. W rzeczywistości ich ilość ma rosnąć, aby po pewnym czasie mieć społeczeństwo kompletnie otępiałe i całkowicie bezkrytycznie podchodzące do wielu kwestii. Narkotyki mają mieć podobne zadanie jak soma w Nowym wspaniałym świecie Aldousa Huxleya. To jest czynnik zniewolenia, a nie żadnej wolności. Skrajni socjaliści, jak chociażby pedofil Bertrand Russel, uważali, iż należy nawet dodawać rtęć do szczepionek, aby uczynić ludzi głupszymi. Z punktu widzenia władzy bilans legalizacji narkotyków jest bardzo korzystny. To jak użycie broni psychochemicznej. Lewacka władza już wie, że ludzie nie podniosą na nią ręki.
Dochodzi obok tego tutaj jeszcze jeden aspekt związany z tym, o czym wyżej była mowa. Kwestie aborcji i eutanazji. Mało kto podchodzi do tego, jako możliwości ogłupiania społeczeństwa, ale jednak. Przecież aborcja prowadzi w stosunkowo krótkim czasie do przetrzebienia klasy średniej, która jest głównym czynnikiem rozwoju państwa. W efekcie, po pewnym czasie zamiast mieć społeczeństwo wieloklasowe, mamy takie z tylko dwoma grupami, u góry cała ta lewacka kamaryla, a u dołu ludzie, którzy nawet nie wiedzą specjalnie, co się wokół nich dzieje. A eutanazja? W dawnych czasach ludzie starsi byli skarbnicą wiedzy i mieli w społeczeństwie autorytet. A teraz marksizm kulturowy doprowadził do tego, że są przezeń traktowane jako balast. Wychodzi na to, że człowiek ma się urodzić, jeżeli mu się pozwoli na to - rzecz jasna, potem ma tylko jeść, wydalać i cudzołożyć, a jak do tego będzie już niezdatny, czy to na skutek wieku, czy wypadku, to ma popełnić wspomagane samobójstwo. Ergo: eutanazja ma niszczyć związki między pokoleniami oraz przyczyniać się do dalszego rozpadu rodziny. Jaki jest z tego dalszy wniosek: oczywiście niszczenie wszelkich form niezależności, co sprzyja dalszemu otępianiu społeczeństwa.
Mamy jeszcze jeden bardzo istotny czynnik, dzięki któremu społeczeństwo można czynić głupszym. A mianowicie odpowiedni system edukacji, który nie uczy logicznego myślenia. Człowiek, opuszczając szkołę, jest niedouczony i nie może dokonać najprostszego wnioskowania na temat otaczającego go świata. Staje się zatem mniej odporny na propagandę i nie jest w stanie dostrzec swojej niewolniczej pozycji odartej z wszelkiej duchowości, a zredukowanej tylko do biologii. Jeżeli chce się mieć społeczeństwo niewolników, należy ze szkół wypuszczać wykształciuchów. Łatwiej wtedy siać zamęt w populacji; ludzie są skłonni uwierzyć we wszystkie głupoty, jakie im się wciśnie. Jeżeli lewacy zdecydują się na przykład wszczepić wszystkim chipy pod skórę, to skołowany lud uzna, że to w trosce o jego bezpieczeństwo.
Na naszą niekorzyść lewactwo świetnie opanowało socjocybernetykę. Ludziom naprawdę wydaje się, że mają więcej wolności niż kiedyś, że mogą robić pewne rzeczy, jakie dawniej były zabronione. Ale tak nie jest. Co więcej, uważają, że obecnie stosowane regulacje, jak fotoradary, kary za przekraczanie prędkości na drodze... że to wszystko jest dobre. Taka prawda. Społeczeństwa są coraz bardziej lewicowe i traktują to, co się z nimi robi, że to ku lepszemu jutru. Sprawdza się przy tym myśl Davili: Być lewicowcem, to traktować zwiastuny katastrofy, jako pomyśloności. Lewicowi inżynierowie społeczni, nieliczna pośród lewactwa kasta uświadomionych, być może nie wiedzą, że jak z pragnienia władzy zniszczą dorobek cywilizacji Zachodu, to być może sami na siebie sprowadzą koniec.
Etykiety:
aborcja,
cybernetyka,
eutanazja,
hedonizm,
lewactwo,
narkotyki,
pornografia,
seks,
socjocybernetyka,
społeczeństwo,
zboczenia
środa, 23 lipca 2008
Śląsk drugim Kosowem?
W dzisiejszych czasach bardzo wiele rzeczy do niedawna niewyobrażalnych jest niemożliwe. Możemy wysłać człowieka w kosmos, cieszyć się, iż nam prąd produkuje elektrownia jądrowa czy bakterie Escherichia coli otrzymują insulinę. Ale ów stopnień niewyobrażalności nie zamyka się to na rozwoju naukowo-technicznym. Niewyobrażalne jeszcze całkiem niedawno byłoby rozparcelowanie jakiegoś państwa na mniejsze. Oczywiście, można mi tutaj mówić, że podobną taktykę stosowały Austro-Węgry i Rosja w stosunku do Porty Otomańskiej. Nic z tego. Mimo wszystko to nie jest taka skala, jaka była w tym przypadku. Chodzi tutaj rzecz jasna o byłą Jugosławię, na której terytorium powstał szereg państewek, a teraz do nich dołączyło następne - Kosowo. Już nie trzeba mówić, że to jest rdzenna prowincja Serbii, również miejsce historyczne dla mieszkańców tego kraju. Przykład ten pokazuje jedną bardzo prostą rzecz: teoretycznie, jak się chce, za pośrednictwem służb wywiadowczych i nie tylko roznieść można na kawałki każde państwo, jakie się tylko zechce. Jugosławia była akurat krajem wielonarodowym - wystarczyło zatem obudzić tkwiące między poszczególnymi nacjami od drugiej wojny światowej antagonizmy. No i co się stało? W ciągu kilkunastu lat z kraju nic nie zostało, nawet nazwy. Jugosławia bowiem przez pewien czas nazywała się Serbia i Czarnogóra, ale później ta druga stała się odrębnym państwem. A teraz jeszcze odpadło rzeczone Kosowo. Co to wszystko pokazuje?
Weźmy pod uwagę położenie byłej Jugosławii. To są tereny Bałkanów znajdujące się między Azją a Europą, zatem ze strategicznego punktu widzenia ważne, jeżeli chciałoby się na przykład kontrolować handel w tamtym regionie. Zatem warto wywoływać tam burdy.
A teraz spójrzmy na nasz kraj. Też się znajdujemy w ciekawym miejscu, ponieważ w środku Europy. Jeszcze w dodatku na Niżu Środkowoeuropejskim. Nic zatem dziwnego, skoro przez tysiąc lat toczone były tutaj wojny. A to ze wschodu, a to z zachodu ciągle nas chcieli podbić. Powód jest jeszcze jeden; zajmujemy strategiczną pozycję na mapie Europy, zajęcie naszych ziem wiązałoby się z wieloma korzyściami.
Mamy też pewną analogię do Jugosławii. Niby w kraju, który po drugiej wojnie światowej stał się praktycznie monoetniczny, nie powinno być ruchów rozbijackich, dążących do autonomii. W zasadzie zdrowo myślący człowiek nie powinien o to Polski podejrzewać. Przecież to nie Hiszpania z krajem Basków i Katalonią! A jednak. Na Śląsku działa taka jedna organizacja, która ubzdurała sobie, że mieszkańcy tej ziemi stanowią odrębną nację. Jest to tak zwany RAŚ. Tłumacząc akronim, Ruch Autonomii Śląska. Dąży ona właśnie do tego. To jest jej cel. Ludzie z tym związani chcą, aby postrzegać ich jako odrębną nację tak, jak dzieje się to w przypadku Basków. A ja jakoś nie słyszałem (czyżbym był ciemną prawicową masą?), żeby Ślązacy mówili jakimś praindoeuropejskim dialektem najbardziej podobnym do języka starożytnych Hurytów (twórców między innymi państwa Mitanni). Taki jest przypadek Basków. Z jednej strony taki RAŚ mnie najnormalniej w świecie śmieszy. Teoretycznie mógłbym sobie wybrać ludzi, osiedlić się gdzieś, nauczyć wszystkich mówić esperanto albo po łacinie, ogłosić się panem i władcą na jakiejś ziemi i zarządać autonomii. To jest identyczny przypadek. Z drugiej strony tego typu organizacja jest niebezpieczna z punktu widzenia bezpieczeństwa i integralności terytorialnej państwa polskiego.
Jak wyżej napisałem, kraje, z którymi graniczymy, mają sprzeczne z naszymi interesy geopolityczne. Niemcy na przykład zawsze dążyły do wchłonięcia obszarów zachodniej Polski, od początków naszej historii tak było. Istnienie więc organizacji dążącej do autonomii Śląska jest bardzo na rękę. Opłaca im się wspierać taką cudaczną organizację. Tak się dzieje. Na zebraniach BdV Herbert von Hupka mówił wielokrotnie, że Śląsk jest częścią Niemiec, a jego mieszkańcy to ludność pochodzenia germańskiego, więc narodowości niemieckiej. Nie wykluczony jest związek RAŚ z wymienioną wyżej postnazistowską organizacją. Trzeba się więc zastanowić skąd ta rozbijacka organizacja ma pieniądze, bo być może płyną one szerokim strumieniem z Niemiec. Zwrócić należy przy okazji wypowiedzi członków tejże struktury.
Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ, miał stwierdzić: Jestem Ślązakiem, a nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo zwane Rzeczpospolita Polska, którego jestem obywatelem odmówiło mi i moim kolegom prawa do samookreślenia i dlatego nie czuje się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa, dalej cytuje premiera Davida Lloyd George, iż przyłączyć Górny Śląsk do Polski to tak, jakby małpie dać zegarek. Parafrazuje również tą wypowiedź: Po 80 latach, widać, że małpa zegarek zepsuła. Członkowie RAŚ bronią również Hakaty i Komisji Kolonizacyjnej, twierdząc jakoby te miały walczyć z polskim nacjonalizmem. Twierdzili również, iż po drugiej wojnie światowej istniały polskie obozy koncentracyjne. Zgłaszali protest w sprawie zmiany nazwy obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu na "Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady 1940-45" ze względu na to, że w latach 1945-48 mieścił się tam komunistyczny łagier.
No i czy pewne wypowiedzi nie pozwalają zaliczyć tych ludzi do zdrajców? Na razie to są tylko poszlaki. Jak wyżej pisałem, mogą być oni opłacani przez postnazistowski BdV. Istnieje również prawdopodobieństwo, że RAŚ jest prowokacją zorganizowaną przez niemiecki wywiad BND. W każdym razie tą organizacją powinien zainteresować się wywiad i ją intensywnie infiltrować. Jeżeli zostaną udowodnione związki z BND i BdV winna zostać zdelegalizowana. Co mówi w tej sprawie kodeks karny. Wystarczy rzucić okiem na Rozdział XVII Przestępstwa przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 127 §1 mówi, iż jeżeli dana działalność ma na celu pozbawienie niepodległości lub oderwanie części obszaru, to kara za tą działalność jest od 10 lat wzwyż do dożywocia. Jeżeli się czyni same przygotowania ku temu, to podlega się karze 3 lat pozbawienia wolności (§2). Spójrzmy również na Art.130 §1: osoby współpracujące z wywiadami obcych państw podlegają karze od roku do 10 lat pozbawienia wolności. Co z tego wynika? Primo: w Polsce nie ma kary śmierci za takie przestępstwa, więc to, co może spotkać potencjalnych kryminalistów w tym zakresie, to jest nic. Secondo: w razie czego przywódcy RAŚ otrzymają dożywocie bez możliwości warunkowego wyjścia.
Moim zdaniem są to mimo wszystko niemieckie pachołki, których głównym celem jest przyłączenie Śląska do Rzeszy. Można zakładać, że to są ludzie chorzy psychicznie albo intelektualnie ułomni, dlatego plotą takie farmazony w publicznych środkach przekazu. Lecz aby tak myśleć, trzeba być niepoprawnym optymistą. Nie mamy tutaj do czynienia z idiotami. To są opłacani najemnicy przez BND, których misją jest sianie w Polsce, a w szczególności na Śląsku, zamętu. Ponieważ nasz kraj w ostatnim dziewiętnastoleciu był praktycznie pozbawiony ochrony kontrwywiadowczej, stał się dla wywiadów obcych państw otwartą księgą. Z tego powodu łatwiej organizować na naszym terenie różne prowokacje, które zwodzą część rodaków. RAŚ w każdym razie może przykrywką dla działalności niemieckiego wywiadu służącą do tego, aby część Ślązaków przeszła na niemiecką stronę.
Widzę, że jesteśmy bardzo naiwni, ponieważ nie dostrzegamy niepokojących sygnałów. To tak jak w przypadku choroby nie dostrzec pierwszych symptomów; potem może być już za późno. Przypadek ten jest identyczny. Nie myślmy, że Niemcy nie chcą mieć w przyszłości supremacji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Rok 1945 nie był końcem ich imperialnych aspiracji. Tyle że teraz są inne niż militarne środki. Wiele rzeczy może załatwić wywiad, prowadząc dezinformację na terenach wroga, wmawiając mu, że wszystko jest w najwyższym porządku. A tak wcale nie jest. A teraz zastanówmy się, co spotka Kosowo. Ludność jest tam w większości pochodzenia albańskiego, więc po jakimś czasie teren przypadnie Albanii. Identycznie może być w przypadku Śląska. Jeżeli już będzie autonomia, to oni zaczną rządać, aby mogli nauczać historii po swojemu i wmawiać dzieciom od małego androny o polskim nacjonalizmie, że David Lloyd George chciał dobrze, a może, iż Ślązacy się w prostej linii od Bojów i Silingów wywodzą. Komuś pewnie zaraz przyjdzie do głowy pomysł, a skoro mamy autonomię, to się możemy przecież uniezależnić. No i będzie referendum odnośnie secesji. Sterowane przez BND przejdzie. A co w dalszej kolejności? Jak już Śląsk będzie niepodległy, to rozpuści się famę, iż lepiej wyjdzie, jak stanie się częścią Rzeszy Niemieckiej. No i taki będzie koniec. Wszystko zostanie załatwione bez jednego wystrzału...
Musimy wiedzieć, że państwa ościenne, a zwłaszcza te o aspiracjach imperialnych, widzą u nas swoje interesy. Rosja i Niemcy najchętniej by nas podzieliły między sobą tak, żeby jakiś przyszły Joachim von Ribbentrop mógł stwierdzić, że wreszcie znikła dzieląca je od wieluset lat granica. A zatem, nie pozwólmy się uczynić drugą Jugosławią!
Weźmy pod uwagę położenie byłej Jugosławii. To są tereny Bałkanów znajdujące się między Azją a Europą, zatem ze strategicznego punktu widzenia ważne, jeżeli chciałoby się na przykład kontrolować handel w tamtym regionie. Zatem warto wywoływać tam burdy.
A teraz spójrzmy na nasz kraj. Też się znajdujemy w ciekawym miejscu, ponieważ w środku Europy. Jeszcze w dodatku na Niżu Środkowoeuropejskim. Nic zatem dziwnego, skoro przez tysiąc lat toczone były tutaj wojny. A to ze wschodu, a to z zachodu ciągle nas chcieli podbić. Powód jest jeszcze jeden; zajmujemy strategiczną pozycję na mapie Europy, zajęcie naszych ziem wiązałoby się z wieloma korzyściami.
Mamy też pewną analogię do Jugosławii. Niby w kraju, który po drugiej wojnie światowej stał się praktycznie monoetniczny, nie powinno być ruchów rozbijackich, dążących do autonomii. W zasadzie zdrowo myślący człowiek nie powinien o to Polski podejrzewać. Przecież to nie Hiszpania z krajem Basków i Katalonią! A jednak. Na Śląsku działa taka jedna organizacja, która ubzdurała sobie, że mieszkańcy tej ziemi stanowią odrębną nację. Jest to tak zwany RAŚ. Tłumacząc akronim, Ruch Autonomii Śląska. Dąży ona właśnie do tego. To jest jej cel. Ludzie z tym związani chcą, aby postrzegać ich jako odrębną nację tak, jak dzieje się to w przypadku Basków. A ja jakoś nie słyszałem (czyżbym był ciemną prawicową masą?), żeby Ślązacy mówili jakimś praindoeuropejskim dialektem najbardziej podobnym do języka starożytnych Hurytów (twórców między innymi państwa Mitanni). Taki jest przypadek Basków. Z jednej strony taki RAŚ mnie najnormalniej w świecie śmieszy. Teoretycznie mógłbym sobie wybrać ludzi, osiedlić się gdzieś, nauczyć wszystkich mówić esperanto albo po łacinie, ogłosić się panem i władcą na jakiejś ziemi i zarządać autonomii. To jest identyczny przypadek. Z drugiej strony tego typu organizacja jest niebezpieczna z punktu widzenia bezpieczeństwa i integralności terytorialnej państwa polskiego.
Jak wyżej napisałem, kraje, z którymi graniczymy, mają sprzeczne z naszymi interesy geopolityczne. Niemcy na przykład zawsze dążyły do wchłonięcia obszarów zachodniej Polski, od początków naszej historii tak było. Istnienie więc organizacji dążącej do autonomii Śląska jest bardzo na rękę. Opłaca im się wspierać taką cudaczną organizację. Tak się dzieje. Na zebraniach BdV Herbert von Hupka mówił wielokrotnie, że Śląsk jest częścią Niemiec, a jego mieszkańcy to ludność pochodzenia germańskiego, więc narodowości niemieckiej. Nie wykluczony jest związek RAŚ z wymienioną wyżej postnazistowską organizacją. Trzeba się więc zastanowić skąd ta rozbijacka organizacja ma pieniądze, bo być może płyną one szerokim strumieniem z Niemiec. Zwrócić należy przy okazji wypowiedzi członków tejże struktury.
Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ, miał stwierdzić: Jestem Ślązakiem, a nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo zwane Rzeczpospolita Polska, którego jestem obywatelem odmówiło mi i moim kolegom prawa do samookreślenia i dlatego nie czuje się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa, dalej cytuje premiera Davida Lloyd George, iż przyłączyć Górny Śląsk do Polski to tak, jakby małpie dać zegarek. Parafrazuje również tą wypowiedź: Po 80 latach, widać, że małpa zegarek zepsuła. Członkowie RAŚ bronią również Hakaty i Komisji Kolonizacyjnej, twierdząc jakoby te miały walczyć z polskim nacjonalizmem. Twierdzili również, iż po drugiej wojnie światowej istniały polskie obozy koncentracyjne. Zgłaszali protest w sprawie zmiany nazwy obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu na "Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady 1940-45" ze względu na to, że w latach 1945-48 mieścił się tam komunistyczny łagier.
No i czy pewne wypowiedzi nie pozwalają zaliczyć tych ludzi do zdrajców? Na razie to są tylko poszlaki. Jak wyżej pisałem, mogą być oni opłacani przez postnazistowski BdV. Istnieje również prawdopodobieństwo, że RAŚ jest prowokacją zorganizowaną przez niemiecki wywiad BND. W każdym razie tą organizacją powinien zainteresować się wywiad i ją intensywnie infiltrować. Jeżeli zostaną udowodnione związki z BND i BdV winna zostać zdelegalizowana. Co mówi w tej sprawie kodeks karny. Wystarczy rzucić okiem na Rozdział XVII Przestępstwa przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 127 §1 mówi, iż jeżeli dana działalność ma na celu pozbawienie niepodległości lub oderwanie części obszaru, to kara za tą działalność jest od 10 lat wzwyż do dożywocia. Jeżeli się czyni same przygotowania ku temu, to podlega się karze 3 lat pozbawienia wolności (§2). Spójrzmy również na Art.130 §1: osoby współpracujące z wywiadami obcych państw podlegają karze od roku do 10 lat pozbawienia wolności. Co z tego wynika? Primo: w Polsce nie ma kary śmierci za takie przestępstwa, więc to, co może spotkać potencjalnych kryminalistów w tym zakresie, to jest nic. Secondo: w razie czego przywódcy RAŚ otrzymają dożywocie bez możliwości warunkowego wyjścia.
Moim zdaniem są to mimo wszystko niemieckie pachołki, których głównym celem jest przyłączenie Śląska do Rzeszy. Można zakładać, że to są ludzie chorzy psychicznie albo intelektualnie ułomni, dlatego plotą takie farmazony w publicznych środkach przekazu. Lecz aby tak myśleć, trzeba być niepoprawnym optymistą. Nie mamy tutaj do czynienia z idiotami. To są opłacani najemnicy przez BND, których misją jest sianie w Polsce, a w szczególności na Śląsku, zamętu. Ponieważ nasz kraj w ostatnim dziewiętnastoleciu był praktycznie pozbawiony ochrony kontrwywiadowczej, stał się dla wywiadów obcych państw otwartą księgą. Z tego powodu łatwiej organizować na naszym terenie różne prowokacje, które zwodzą część rodaków. RAŚ w każdym razie może przykrywką dla działalności niemieckiego wywiadu służącą do tego, aby część Ślązaków przeszła na niemiecką stronę.
Widzę, że jesteśmy bardzo naiwni, ponieważ nie dostrzegamy niepokojących sygnałów. To tak jak w przypadku choroby nie dostrzec pierwszych symptomów; potem może być już za późno. Przypadek ten jest identyczny. Nie myślmy, że Niemcy nie chcą mieć w przyszłości supremacji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Rok 1945 nie był końcem ich imperialnych aspiracji. Tyle że teraz są inne niż militarne środki. Wiele rzeczy może załatwić wywiad, prowadząc dezinformację na terenach wroga, wmawiając mu, że wszystko jest w najwyższym porządku. A tak wcale nie jest. A teraz zastanówmy się, co spotka Kosowo. Ludność jest tam w większości pochodzenia albańskiego, więc po jakimś czasie teren przypadnie Albanii. Identycznie może być w przypadku Śląska. Jeżeli już będzie autonomia, to oni zaczną rządać, aby mogli nauczać historii po swojemu i wmawiać dzieciom od małego androny o polskim nacjonalizmie, że David Lloyd George chciał dobrze, a może, iż Ślązacy się w prostej linii od Bojów i Silingów wywodzą. Komuś pewnie zaraz przyjdzie do głowy pomysł, a skoro mamy autonomię, to się możemy przecież uniezależnić. No i będzie referendum odnośnie secesji. Sterowane przez BND przejdzie. A co w dalszej kolejności? Jak już Śląsk będzie niepodległy, to rozpuści się famę, iż lepiej wyjdzie, jak stanie się częścią Rzeszy Niemieckiej. No i taki będzie koniec. Wszystko zostanie załatwione bez jednego wystrzału...
Musimy wiedzieć, że państwa ościenne, a zwłaszcza te o aspiracjach imperialnych, widzą u nas swoje interesy. Rosja i Niemcy najchętniej by nas podzieliły między sobą tak, żeby jakiś przyszły Joachim von Ribbentrop mógł stwierdzić, że wreszcie znikła dzieląca je od wieluset lat granica. A zatem, nie pozwólmy się uczynić drugą Jugosławią!
Etykiety:
BND,
geopolityka,
Kosowo,
Niemcy,
Polska,
quislingowcy,
RAŚ,
Śląsk,
zdrajcy
poniedziałek, 21 lipca 2008
Kiedy powstanie Ministerstwo Propagandy?
Nie tak dawno temu wypłynęło, iż członkowie partii rządzącej znanej nam wszystkim pod nazwą PO, którzy występują w mediach, otrzymują SMS-y zawierające dyrektywy, co mają gdzie powiedzieć. Oczywiście ci nadwiślańscy torysi bardzo płakali, że PiS jest zarządzany wodzowsko; przyganiał kocioł garnkowi i sam smolił jednym słowem. Mniejsza z tym. Problem w tym, że cała ta akcja była robiona za nasze pieniądze. Mamy tutaj zatem uprawianie klasycznej propagandy. Próbuje się nam wmawiać różne dziwne rzeczy, a my jeszcze za to musimy płacić. Nie dość, że już Polszmat czy Tusk Vision Network zachowują się, jakby Jedyna Właściwa Partia je znacjonalizowała i obsadziła odpowiednimi ludźmi, to mamy coś takiego.
Muszę więc zaproponować wam pewne arcyciekawe rozwiązanie. Skończcie panowie z zasłonami dymnymi. Tacy jesteście liberalni, że koń by się uśmiał. Kapitalizm to wam jest po to potrzebny, żeby wszyscy znajomi na około sobie kieszenie mocno napchali; przecież nawet prywatyzację skopaliście, a kasę z niej roztrwoniliście. Dawno byśmy mieli autostrady i elektrownie jądrowe, gdyby za reformy systemu ekonomicznego wziął się ktoś normalny. Śmiem twierdzić, że jakby wam dać żeliwną odlaną kulkę, to po trzech dniach zabawy zepsulibyście nią. Ach, no i jeszcze gdzie się ujawnia wasz liberalizm. Ma być więcej fotoradarów. Ciekawe, kiedy doczekamy większej ilości kamer na ulicach, elektronicznych systemów analizy chodu czy identyfikacji po tęczówce oka. Taki to liberalny rząd. Przestańcie więc mydlić ludziom oczy. Nikita Chruszczow w KPZR też uchodził za liberała, a doń jest wam najbliżej. Aby nie bawić się w rozsyłanie SMS-ów, proponuję wam, coś zupełnie innego.
Już mamy w Priwislanskim Kraju przerost biurokracji i fiskalizmu. Niedługo tego będzie jeszcze więcej, bo decydenci w Brukseli sobie tego zażyczą. Ale zanim to nastąpi, utwórzcie jeszcze jeden resort. Ministerstwo Propagandy - tak go nazwijcie. Czym on będzie się zajmował? A mianowicie tym, co najlepiej potraficie. Mydleniem oczu i wciskaniem popeliny. Mówieniem, jakie to są postępy w budowie drugiej Irlandii czy o pozytywach turystycznych wycieczek naszego premiera albo o tym, że NN wydał na dorsza osiem złotych i jakie to straszne marnotrawstwo publicznych pieniędzy. Co więcej... organizowanie akcji w stylu Zabierz babci dowód, Giertych do wora, a wór do jeziora i innych tego typu. Publiczne zaszczuwanie niewygodnych jednostek z punktu widzenia waszego (nie)rządu, między innymi nawoływanie do zamknięcia niewygodnych wydawnictw. Do tego wielotysięczne manifestacje poparcia, najlepiej w rocznicę waszego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, czyli dnia 21 października. A tam z partyjnymi sztandarami, transparentami z wodzami Jedynej Właściwej Partii oraz jej ideologicznymi guru - wyniesionymi do rangi świeckich świętych, śniętej pamięci Bronisława Geremka czy profesora-co-nie-ma-nawet-magistra Władysława Bartoszewskiego.
Ministerstwo Propagandy powinno zająć się również kontrolą programów nauczania tak, aby w najmniejszej szkole w Bieszczadach dzieci usłyszały o przełomie, który nastąpił dnia 21 października 2007 roku, jak to źli faszyści zostali przegnani, a władzę objęli Jaśnie Oświeceni. Do tego powinno zlecać prace nad polowaniem na różnych rasistów, ksenofobów, antysemitów, homofobów i szeroko pojętą ekstremę prawicową, poprzez analizę periodyków przezeń wydawanych. W razie czego gazety można zamknąć, a autorów postawić przed wymiarem sprawiedliwości. Wszystkie wydawnictwa mają gloryfikować przecież Jedyną Wspaniałą Partię, a jak nie to oznacza, że są głupi. Oczywiście dochodzi tutaj przejęcie całkowitej kontroli nad mediami publicznymi oraz Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. Wówczas Radio Maryja i Telewizja TRWAM stracą koncesję, a za wbijanie polskiej flagi w psie odchody Kupa Wojewódzki dostanie nagrodę za szerzenie postępu i walkę z ciemnogrodem (tak, będzie on pisany małą literą).
Dochodzi tutaj następny aspekt. Ministerstwo Propagandy będzie musiało pokazać, że Unia Europejska jest najlepszą rzeczą, jaka mogła nas spotkać przez tysiąc lat historii. Oczywiście, powinno się mówić, jak dobrze, że jajka muszą być etykietowane, mleko koniecznie pasteryzowane, odchody zwierząt w silosach, no i że mamy ponad 80-procentowe podatki et consortes. Do tego właściwa obyczajowość, czyli odpowiedni czas antenowy na ukazywanie postępu, jak transmisja gejparady z Amsterdamu.
To wam drodzy platformersi proponuję, bo się od Goebbelsów nic nie różnicie. Wasz przywódca jest nawet tej samej narodowości co Joachim G. Lemingi z pewnością będą zachwycone odpowiednią porcją postępu i wyszydzaniem całego tego polskiego zaściankowego nacjonalizmu, ksenofobii i innych -izmów, jakimi obdzielono przeciwników Jedynej Właściwej Partii.
A teraz czas na post scriptum: gdybym ja miał odpowiadać za to, czym mielibyście rządzić, to nie pozwoliłbym zawiadamiać wam kurnikiem w najbardziej zapadłej dziurze. Widać nawet, że nie potraficie należycie naśladować nawet nazistów i komunistów, z którymi - jako lewactwo - macie bardzo dużo wspólnego. Tak więc, kiedy powstanie Ministerstwo Propagandy? A zaręczam, panowie Walter i Solorz-Żak-Krok byliby bardzo zachwyceni... wizją państwowych wysoko opłacanych posadek w tymże resorcie.
Muszę więc zaproponować wam pewne arcyciekawe rozwiązanie. Skończcie panowie z zasłonami dymnymi. Tacy jesteście liberalni, że koń by się uśmiał. Kapitalizm to wam jest po to potrzebny, żeby wszyscy znajomi na około sobie kieszenie mocno napchali; przecież nawet prywatyzację skopaliście, a kasę z niej roztrwoniliście. Dawno byśmy mieli autostrady i elektrownie jądrowe, gdyby za reformy systemu ekonomicznego wziął się ktoś normalny. Śmiem twierdzić, że jakby wam dać żeliwną odlaną kulkę, to po trzech dniach zabawy zepsulibyście nią. Ach, no i jeszcze gdzie się ujawnia wasz liberalizm. Ma być więcej fotoradarów. Ciekawe, kiedy doczekamy większej ilości kamer na ulicach, elektronicznych systemów analizy chodu czy identyfikacji po tęczówce oka. Taki to liberalny rząd. Przestańcie więc mydlić ludziom oczy. Nikita Chruszczow w KPZR też uchodził za liberała, a doń jest wam najbliżej. Aby nie bawić się w rozsyłanie SMS-ów, proponuję wam, coś zupełnie innego.
Już mamy w Priwislanskim Kraju przerost biurokracji i fiskalizmu. Niedługo tego będzie jeszcze więcej, bo decydenci w Brukseli sobie tego zażyczą. Ale zanim to nastąpi, utwórzcie jeszcze jeden resort. Ministerstwo Propagandy - tak go nazwijcie. Czym on będzie się zajmował? A mianowicie tym, co najlepiej potraficie. Mydleniem oczu i wciskaniem popeliny. Mówieniem, jakie to są postępy w budowie drugiej Irlandii czy o pozytywach turystycznych wycieczek naszego premiera albo o tym, że NN wydał na dorsza osiem złotych i jakie to straszne marnotrawstwo publicznych pieniędzy. Co więcej... organizowanie akcji w stylu Zabierz babci dowód, Giertych do wora, a wór do jeziora i innych tego typu. Publiczne zaszczuwanie niewygodnych jednostek z punktu widzenia waszego (nie)rządu, między innymi nawoływanie do zamknięcia niewygodnych wydawnictw. Do tego wielotysięczne manifestacje poparcia, najlepiej w rocznicę waszego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, czyli dnia 21 października. A tam z partyjnymi sztandarami, transparentami z wodzami Jedynej Właściwej Partii oraz jej ideologicznymi guru - wyniesionymi do rangi świeckich świętych, śniętej pamięci Bronisława Geremka czy profesora-co-nie-ma-nawet-magistra Władysława Bartoszewskiego.
Ministerstwo Propagandy powinno zająć się również kontrolą programów nauczania tak, aby w najmniejszej szkole w Bieszczadach dzieci usłyszały o przełomie, który nastąpił dnia 21 października 2007 roku, jak to źli faszyści zostali przegnani, a władzę objęli Jaśnie Oświeceni. Do tego powinno zlecać prace nad polowaniem na różnych rasistów, ksenofobów, antysemitów, homofobów i szeroko pojętą ekstremę prawicową, poprzez analizę periodyków przezeń wydawanych. W razie czego gazety można zamknąć, a autorów postawić przed wymiarem sprawiedliwości. Wszystkie wydawnictwa mają gloryfikować przecież Jedyną Wspaniałą Partię, a jak nie to oznacza, że są głupi. Oczywiście dochodzi tutaj przejęcie całkowitej kontroli nad mediami publicznymi oraz Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. Wówczas Radio Maryja i Telewizja TRWAM stracą koncesję, a za wbijanie polskiej flagi w psie odchody Kupa Wojewódzki dostanie nagrodę za szerzenie postępu i walkę z ciemnogrodem (tak, będzie on pisany małą literą).
Dochodzi tutaj następny aspekt. Ministerstwo Propagandy będzie musiało pokazać, że Unia Europejska jest najlepszą rzeczą, jaka mogła nas spotkać przez tysiąc lat historii. Oczywiście, powinno się mówić, jak dobrze, że jajka muszą być etykietowane, mleko koniecznie pasteryzowane, odchody zwierząt w silosach, no i że mamy ponad 80-procentowe podatki et consortes. Do tego właściwa obyczajowość, czyli odpowiedni czas antenowy na ukazywanie postępu, jak transmisja gejparady z Amsterdamu.
To wam drodzy platformersi proponuję, bo się od Goebbelsów nic nie różnicie. Wasz przywódca jest nawet tej samej narodowości co Joachim G. Lemingi z pewnością będą zachwycone odpowiednią porcją postępu i wyszydzaniem całego tego polskiego zaściankowego nacjonalizmu, ksenofobii i innych -izmów, jakimi obdzielono przeciwników Jedynej Właściwej Partii.
A teraz czas na post scriptum: gdybym ja miał odpowiadać za to, czym mielibyście rządzić, to nie pozwoliłbym zawiadamiać wam kurnikiem w najbardziej zapadłej dziurze. Widać nawet, że nie potraficie należycie naśladować nawet nazistów i komunistów, z którymi - jako lewactwo - macie bardzo dużo wspólnego. Tak więc, kiedy powstanie Ministerstwo Propagandy? A zaręczam, panowie Walter i Solorz-Żak-Krok byliby bardzo zachwyceni... wizją państwowych wysoko opłacanych posadek w tymże resorcie.
Etykiety:
Ciemnogród,
druga Irlandia,
Euro-ZSRR,
lemingi,
łże-liberalizm,
Ministerstwo Propagandy,
PO
piątek, 18 lipca 2008
O problemie edukacji
Od czasu do czasu ów problem powraca jak bumerang. Mówi się o tym przy okazji ogłaszania wyników nowej matury - 30 czerwca od anno Domini 2005, jak również przy okazji zmian gabinetów. Głośno było za nacjonalistycznego ministra Giertycha czy neokonserwatywnego Legutki. Wiadomo już, o co chodzi. Jest tymże problemem edukacja narodowa. Wszystkie gabinety próbują tam coś zrobić, co następnie odbija się czkawką. Mieliśmy już amnestię maturalną, dzięki której prywatne uczelnie ekonomiczne w różnych Psich Wólkach zacierały ręce, a wynikało to z tego, iż uczelnie państwowe i lepsze prywatne nie chciały amnestionowanych przyjmować. Teraz minister Hall ma kolejne modernistyczne pomysły dotyczące doboru przedmiotów, jakich to będzie się uczyło w liceum. Pomysł ten opiera się na zachodnioeuropejskich i amerykańskich programach nauczania. Oczywiście, znając tą panią, która gdańskim kuratorium dobrze nie umiała zarządzać, będzie to kompletna klapa. Inaczej tego określić nie można. Postawiona zostanie ostateczna kropka nad i w polskim systemie edukacji, a przy tym przemysłowej produkcji wykształciuchów i lemingów. Chyba PO dba w ten sposób o swój przyszły elektorat, który ma nie rozumieć za dużo, jak również nie wiedzieć, a przez to wierzyć we wszystkie obiecanki cacanki (nie)rządu, choćbym nie wiem, jak mocno były one irracjonalne. Obecny system jest tak skonstruowany. Przecież na przykład zewnętrzne egzaminy typu nowa matura gimnazjalny powodują spłaszczanie się poziomu. Zamiast robić program, to zaczyna się drążyć do znudzenia zagadnienia najczęściej spotykane na tychże, a resztę omawia po łebkach i na szybko. To jest jedna z licznych wad tego cudacznego systemu, w wyniku którego szkołę opuszczają ludzie niedouczeni. Wykładowcy wielu wyższych uczelni już przeklinają to wszystko, co w ostatnim okresie w MEN-ie wymyślili, również pomstują na to studenci starszych lat, którzy patrzą na młodszych jak na idiotów. Co może zatem uzdrowić polskie szkolnictwo?
Wielu pomstuje na układ 6+3+3, czyli sześcioletnia podstawówka, trzyletnie gimnazjum i tak samo długo trwające liceum. Uważają, że doprowadził on do znacznego spadku poziomu kształcenia. Wiele zagadnień, które dawniej omawiane były na przykład w ósmej klasie szkoły podstawowej, jak chociażby elementarna trygonometria, nie jest teraz w gimnazjum w ogóle robionych. Tak więc pewne poszlaki są. Kiedyś też byłem przeciwnikiem takiego systemu, uważając gimnazjum za takie sobie przedłużenie podstawówki, ale doszedłem do wniosku, że przy umiejętnym rozplanowaniu programu ten model spełniłby wymagania takie jak dawniej układ 8+4. Należałoby tylko podnieść program w gimnazjum i upodobnić je bardziej do szkoły licealnej. Zmieniłaby się ranga tego rodzaju szkoły; tak to jest praktycznie powtórka z podstawówki. Słyszy się również, że dobrze wyuczony uczeń po szkole podstawowej napisałby bez większych problemów egzamin gimnazjalny. Tak więc w gimnazjum traci się bardzo dużo czasu na powtórki, a w tym czasie można by robić nowy materiał.
Inna kwestia to są egzaminy zewnętrzne. Moim zdaniem powinny zostać zniesione. A z jakich powodów? Powodują one bowiem spłaszczanie się poziomu. Na przykład nie tak dawno temu zdecydowano, że na maturze rozszerzonej z matematyki będzie tylko algebra i geometria, a wiele zagadnień zostało wyrzuconych. Jaki to jest sygnał dla nauczycieli tego przedmiotu? Nie trzeba już nawet do granicy funkcji dochodzić, gdzie zazwyczaj się kończy się obecnie nauczanie matematyki. Po prostu tłuc do znudzenia program, jaki winien być zrealizowany w gimnazjum. To jest tylko skromny przykład. Inna rzecz, to egzaminy zewnętrzne preferują uczniów najbardziej przeciętnych, więc nic dziwnego, że pracownicy wyższych uczelni narzekają, z jakim to materiałem przyszło im pracować. Szkoły powinny same sobie ustalać, jakich chcą uczniów. Zatem przywrócić należy egzaminy wewnętrzne, zarówno kończące dany rodzaj szkoły oraz jako wstępne. W przypadku szkół podstawowych można by sobie odpuścić na zakończenie. Natomiast do gimnazjum już powinien być egzamin wstępny z matematyki i polskiego. Należałoby również przywrócić przedwojenną małą maturę, jaka kończyłaby gimnazjum. Podniosłoby rangę tego rodzaju szkoły oraz poprawiłoby zdecydowanie jakość nauczania w nim. Oczywiście do liceum powinny być egzaminy wstępne. Zreorganizować przy okazji należy maturę.
W tym momencie pojawia się problem. Jaki my mamy model edukacji przyjąć, czy formalistyczny, w którym uczy się bardzo niewielu, najpotrzebniejszych informacji, czy encyklopedystyczny, gdzie dba się o wszechstronny intelektualny rozwój ucznia? To tutaj musimy sobie postawić pytanie. Czy chcemy mieć elity, które w przyszłości przejmą ster w tym państwie i będą potrafili skierować je na dobre tory, czy hiperspecjalistów od jakiegoś drobnego wycinka rzeczywistości i znających się tylko na tym? Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie wiedzący wszystko o stosunkowo niewielkim kawałku, a nie wiedzący nic o całej reszcie, dadzą się wodzić za nos. Nie będą posiadali odpowiedniej wiedzy, jaka pozwoli im krytycznie analizować otaczający świat. W efekcie dadzą się zwodzić. I jak mamy tutaj mówić o jakimkolwiek wykrystalizowaniu się elit! Po prostu wtedy całe społeczeństwo to będą orwellowscy proleci. Wybór jest więc jasny. Należy mimo wszystko postawić na neoklasyczny model edukacji, czyli właśnie ten encyklopedystyczny. Co się z tym wiąże? Jeżeli chcemy kształcić ludzi mających być elitą tego kraju, to nie może być tak, że szkołę jest tak łatwo skończyć. Taka sytuacja, co egzamin gimnazjalny na przyzwoitym poziomie jest w stanie napisać dobrze wyedukowany uczeń szkoły podstawowej, jest absolutnie niedopuszczalna. Również, czy rok rocznie do matury musi podchodzić 400 tysięcy absolwentów szkół średnich, jak równie dobrze mogliby podejść tylko najzdolniejsi? Wyżej napisałem, że powinno się podnieść status szkoły gimnazjalnej. Nic dziwnego, że ludzie śmieją się, że to taka lepsza podstawówka, a lepsza o tyle, że robi się w niej jakiejś podstawy fizyki i chemii. Moim zdaniem część materiału z liceum można przenieść spokojnie do gimnazjum - mam tutaj na myśli część lektur oraz zagadnień z matematyki, jak również zdecydowanie podnieść poziom nauczania fizyki, chemii, bo w gimnazjum praktycznie nic się z tego nie robi. Przecież takie sprawy, jak funkcja kwadratowa, trygonometria, znaczna część planimetrii i stereometrii, podstawowe pojęcia w zakresie kombinatoryki to spokojnie można by w gimnazjum wprowadzić. A teraz w takim razie, co z programem liceum. Oczywiście, jeżeli jesteśmy przy matematyce, to w zakresie podstawowym powinny też być takie rzeczy jak pochodne, całki czy liczby zespolone. Przecież to jest śmiech na sali, iż obecny program klas matematyczno-fizycznych w zakesie tego przedmiotu jest identyczny z tym realizowanym w tych o profilu humanistycznym w okresie PRL.
A jak rzecz ma się ma z maturami - małą i dużą, ponieważ w proponowanym przeze mnie modelu tak ma być. Układ dałbym zbliżony. Przedmioty obowiązkowe dla wszystkich to matematyka, język polski i historia, zdawane zarówno pisemnie jak i ustnie. A resztę, czyli 3 lub 4 przedmioty można by sobie samemu dobrać; sposób ich zaliczania byłby identyczny. Jak już wyżej zaznaczałem powinien być to egzamin wewnętrzny. Dlaczego taki układ przedmiotów? Oczywiście można mi zaliczać pewne sympatie w kierunku nauk ścisłych, ale taki przedmiot jak matematyka uczy logicznego myślenia. A czego oczekujemy od człowieka wykształconego? Żeby umiał kojarzyć fakty i umiał składać je w logiczną całość, a tego właśnie uczy matematyka. Język polski - powód jest tutaj prosty. Człowiek wykształcony powinien umieć się wysłowić w ojczystym języku, posiadać pewną wiedzę o literaturze. A historia? Przecież wiedza o tym, co było kiedyś, uchronić może przed powtarzaniem oczywistych błędów z przeszłości. A poza tym, jeżeli ma się posiadać jakiś głębszy światopogląd, to chyba historię trzeba znać.
Kiedyś, gdy schodziła dyskusja na tematy polityczne i wkraczała na tory związane z edukacją, to zarzucano mi popieranie scjentystycznego modelu kształcenia. Rzecz jasna, uważam matematykę za przedmiot ważny. Tak samo jestem orędownikiem, żeby fizyki i chemii robiono w szkole więcej niż to czyni się w tym momencie. Nie przeszkadzałoby mi przywrócenie nauczania języków klasycznych czy wprowadzenie filozofii. W kwestiach programowych, to co jeszcze powinno się zmienić. Byłbym rzecznikiem przywrócenia kaligrafii w szkołach podstawowych. To jest mimo wszystko rozwijające ćwiczenie. Poza tym zrobić należałoby porządek z tą listą lektur, część można by zwyczajnie przenieść do gimnazjum, Gombrowicza wyrzucić. Są lektury zdecydowanie bardziej pożyteczne. A takie debilizmy, żeby przerabiać we fragmentach... to w ogóle najlepiej o nich zapomnieć. Lektury czytać powinno się w całości, bo wtedy kojarzy się wiele rzeczy, na które w przeciwnym wypadku nie zwróci się uwagi.
Do ciągłego obniżania poziomu przyczyniają się jeszcze dwie rzeczy. Jak to jest, że mając ocenę 2 można w ogóle zdać? To jedna sprawa. Secondo: zostawienie ucznia na drugi rok w tej samej klasie w obecnych realiach graniczy z cudem. Jak to rozwiązać? Po pierwsze dwójka to nie powinien być żaden dopuszczający, tylko mierny. Z taką notą należałoby ucznia zostawić, ponieważ stopień opanowania przez niego materiału jest praktycznie żaden. Przy okazji powinniśmy rozwiązać drugi problem. Nauczyciel powinien mieć prawo ucznia mającego ocenę mierną lub niedostateczną zatrzymać na drugi rok. I niech taki delikwent kibluje. W obecnych realiach to trzeba takich przepychać, żeby nie mieć problemów. W efekcie prowadzi to do zaniżania poziomu kształcenia.
Na koniec kwestie porządkowe w szkole. Otóż, ja jestem przeciwnikiem koedukacyjnego szkolnictwa. Prowadzi ono tylko do zniżki poziomu, ponieważ uczniowie, zamiast zajmować się nauką, robią to w przypadku osobników płci przeciwnej. A to automatycznie wywołuje patrzenie na takie drobnostki, czy ktoś chodzi w modnych i markowych ubraniach, zamiast zajmowania się rzeczami o wielokroć bardziej konstruktywnymi. Poza tym niech mi jakiś lewacki psycholog czy taki sam pedagog wytłumaczy, jak to jest, że na tym zgniłym Zachodzie, który tak gloryfikuje, najlepsze szkoły to są właśnie dysedukacyjne. Wielu specjalistów od edukacji zwraca również uwagę na to, że tego typu szkoły właśnie osiągają wyższe wyniki niż koedukacyjne. A biorąc pod uwagę, że system szkolnictwa winien kierować się w pewien sposób pojętą efektywnością, to zdecydowanie lepiej, gdyby wszystkie placówki oświatowe w sensie podstawówki, gimnazja, licea et cetera były dysedukacyjne. Inna sprawa to uniformizacja. Szkoła to nie jest rewia mody. Poza tym znowu przykład z Zachodu. Tam każda szanująca się szkoła ma mundurki. Jestem też zwolennikiem kar cielesnych. Jakby taki wątpliwej jakości nastoletni lub kilkuletni bohater dostał po łapskach piórnikiem przy całej klasie, to na drugi raz by się zastanowił ze względu na związane z całym zajściem poczucie wstydu. Dla wielbicieli zachodnich oświeconych modeli oświaty szkolnej dodam, że w elitarnej prywatnej męskiej szkole w Eaton wykonuje się dosyć dotkliwe kary. Odbudowany zostałby poza tym automatycznie mocno zachwiany ostatnimi czasy autorytet nauczyciela. Również powinna być jasna sytuacja w przypadku zażywania używek - wyrzucenie ze szkoły. Tak samo powinno być, jeżeli jakaś dziewczyna zajdzie w ciążę.
W formie dygresji: jest jeszcze kwestia czy szkolnictwo powinno być publiczne czy prywatne. Akurat moim zdaniem spokojnie można by dokonać jego totalnej prywatyzacji, ale to jest kwestia na odrębny artykuł.
Opisałem wówczas zmiany, jakie z pewnością poprawiłyby poziom kształcenia w szkołach oraz wiele innych kwestii z nimi związanych. Tylko pytanie, kto w naszym kraju będzie miał na tyle dużo ikry, aby je przeprowadzić? Raczej nikt.
Obecnym ekipom rządzącym zależy raczej, aby mieć stado posłusznych, właściwie głosujących baranów, aniżeli społeczeństwo było normalne, posiadające głowę w postaci głęboko wykształconej, konserwatywnej elity.
Wielu pomstuje na układ 6+3+3, czyli sześcioletnia podstawówka, trzyletnie gimnazjum i tak samo długo trwające liceum. Uważają, że doprowadził on do znacznego spadku poziomu kształcenia. Wiele zagadnień, które dawniej omawiane były na przykład w ósmej klasie szkoły podstawowej, jak chociażby elementarna trygonometria, nie jest teraz w gimnazjum w ogóle robionych. Tak więc pewne poszlaki są. Kiedyś też byłem przeciwnikiem takiego systemu, uważając gimnazjum za takie sobie przedłużenie podstawówki, ale doszedłem do wniosku, że przy umiejętnym rozplanowaniu programu ten model spełniłby wymagania takie jak dawniej układ 8+4. Należałoby tylko podnieść program w gimnazjum i upodobnić je bardziej do szkoły licealnej. Zmieniłaby się ranga tego rodzaju szkoły; tak to jest praktycznie powtórka z podstawówki. Słyszy się również, że dobrze wyuczony uczeń po szkole podstawowej napisałby bez większych problemów egzamin gimnazjalny. Tak więc w gimnazjum traci się bardzo dużo czasu na powtórki, a w tym czasie można by robić nowy materiał.
Inna kwestia to są egzaminy zewnętrzne. Moim zdaniem powinny zostać zniesione. A z jakich powodów? Powodują one bowiem spłaszczanie się poziomu. Na przykład nie tak dawno temu zdecydowano, że na maturze rozszerzonej z matematyki będzie tylko algebra i geometria, a wiele zagadnień zostało wyrzuconych. Jaki to jest sygnał dla nauczycieli tego przedmiotu? Nie trzeba już nawet do granicy funkcji dochodzić, gdzie zazwyczaj się kończy się obecnie nauczanie matematyki. Po prostu tłuc do znudzenia program, jaki winien być zrealizowany w gimnazjum. To jest tylko skromny przykład. Inna rzecz, to egzaminy zewnętrzne preferują uczniów najbardziej przeciętnych, więc nic dziwnego, że pracownicy wyższych uczelni narzekają, z jakim to materiałem przyszło im pracować. Szkoły powinny same sobie ustalać, jakich chcą uczniów. Zatem przywrócić należy egzaminy wewnętrzne, zarówno kończące dany rodzaj szkoły oraz jako wstępne. W przypadku szkół podstawowych można by sobie odpuścić na zakończenie. Natomiast do gimnazjum już powinien być egzamin wstępny z matematyki i polskiego. Należałoby również przywrócić przedwojenną małą maturę, jaka kończyłaby gimnazjum. Podniosłoby rangę tego rodzaju szkoły oraz poprawiłoby zdecydowanie jakość nauczania w nim. Oczywiście do liceum powinny być egzaminy wstępne. Zreorganizować przy okazji należy maturę.
W tym momencie pojawia się problem. Jaki my mamy model edukacji przyjąć, czy formalistyczny, w którym uczy się bardzo niewielu, najpotrzebniejszych informacji, czy encyklopedystyczny, gdzie dba się o wszechstronny intelektualny rozwój ucznia? To tutaj musimy sobie postawić pytanie. Czy chcemy mieć elity, które w przyszłości przejmą ster w tym państwie i będą potrafili skierować je na dobre tory, czy hiperspecjalistów od jakiegoś drobnego wycinka rzeczywistości i znających się tylko na tym? Weźmy jeszcze pod uwagę, że ci ludzie wiedzący wszystko o stosunkowo niewielkim kawałku, a nie wiedzący nic o całej reszcie, dadzą się wodzić za nos. Nie będą posiadali odpowiedniej wiedzy, jaka pozwoli im krytycznie analizować otaczający świat. W efekcie dadzą się zwodzić. I jak mamy tutaj mówić o jakimkolwiek wykrystalizowaniu się elit! Po prostu wtedy całe społeczeństwo to będą orwellowscy proleci. Wybór jest więc jasny. Należy mimo wszystko postawić na neoklasyczny model edukacji, czyli właśnie ten encyklopedystyczny. Co się z tym wiąże? Jeżeli chcemy kształcić ludzi mających być elitą tego kraju, to nie może być tak, że szkołę jest tak łatwo skończyć. Taka sytuacja, co egzamin gimnazjalny na przyzwoitym poziomie jest w stanie napisać dobrze wyedukowany uczeń szkoły podstawowej, jest absolutnie niedopuszczalna. Również, czy rok rocznie do matury musi podchodzić 400 tysięcy absolwentów szkół średnich, jak równie dobrze mogliby podejść tylko najzdolniejsi? Wyżej napisałem, że powinno się podnieść status szkoły gimnazjalnej. Nic dziwnego, że ludzie śmieją się, że to taka lepsza podstawówka, a lepsza o tyle, że robi się w niej jakiejś podstawy fizyki i chemii. Moim zdaniem część materiału z liceum można przenieść spokojnie do gimnazjum - mam tutaj na myśli część lektur oraz zagadnień z matematyki, jak również zdecydowanie podnieść poziom nauczania fizyki, chemii, bo w gimnazjum praktycznie nic się z tego nie robi. Przecież takie sprawy, jak funkcja kwadratowa, trygonometria, znaczna część planimetrii i stereometrii, podstawowe pojęcia w zakresie kombinatoryki to spokojnie można by w gimnazjum wprowadzić. A teraz w takim razie, co z programem liceum. Oczywiście, jeżeli jesteśmy przy matematyce, to w zakresie podstawowym powinny też być takie rzeczy jak pochodne, całki czy liczby zespolone. Przecież to jest śmiech na sali, iż obecny program klas matematyczno-fizycznych w zakesie tego przedmiotu jest identyczny z tym realizowanym w tych o profilu humanistycznym w okresie PRL.
A jak rzecz ma się ma z maturami - małą i dużą, ponieważ w proponowanym przeze mnie modelu tak ma być. Układ dałbym zbliżony. Przedmioty obowiązkowe dla wszystkich to matematyka, język polski i historia, zdawane zarówno pisemnie jak i ustnie. A resztę, czyli 3 lub 4 przedmioty można by sobie samemu dobrać; sposób ich zaliczania byłby identyczny. Jak już wyżej zaznaczałem powinien być to egzamin wewnętrzny. Dlaczego taki układ przedmiotów? Oczywiście można mi zaliczać pewne sympatie w kierunku nauk ścisłych, ale taki przedmiot jak matematyka uczy logicznego myślenia. A czego oczekujemy od człowieka wykształconego? Żeby umiał kojarzyć fakty i umiał składać je w logiczną całość, a tego właśnie uczy matematyka. Język polski - powód jest tutaj prosty. Człowiek wykształcony powinien umieć się wysłowić w ojczystym języku, posiadać pewną wiedzę o literaturze. A historia? Przecież wiedza o tym, co było kiedyś, uchronić może przed powtarzaniem oczywistych błędów z przeszłości. A poza tym, jeżeli ma się posiadać jakiś głębszy światopogląd, to chyba historię trzeba znać.
Kiedyś, gdy schodziła dyskusja na tematy polityczne i wkraczała na tory związane z edukacją, to zarzucano mi popieranie scjentystycznego modelu kształcenia. Rzecz jasna, uważam matematykę za przedmiot ważny. Tak samo jestem orędownikiem, żeby fizyki i chemii robiono w szkole więcej niż to czyni się w tym momencie. Nie przeszkadzałoby mi przywrócenie nauczania języków klasycznych czy wprowadzenie filozofii. W kwestiach programowych, to co jeszcze powinno się zmienić. Byłbym rzecznikiem przywrócenia kaligrafii w szkołach podstawowych. To jest mimo wszystko rozwijające ćwiczenie. Poza tym zrobić należałoby porządek z tą listą lektur, część można by zwyczajnie przenieść do gimnazjum, Gombrowicza wyrzucić. Są lektury zdecydowanie bardziej pożyteczne. A takie debilizmy, żeby przerabiać we fragmentach... to w ogóle najlepiej o nich zapomnieć. Lektury czytać powinno się w całości, bo wtedy kojarzy się wiele rzeczy, na które w przeciwnym wypadku nie zwróci się uwagi.
Do ciągłego obniżania poziomu przyczyniają się jeszcze dwie rzeczy. Jak to jest, że mając ocenę 2 można w ogóle zdać? To jedna sprawa. Secondo: zostawienie ucznia na drugi rok w tej samej klasie w obecnych realiach graniczy z cudem. Jak to rozwiązać? Po pierwsze dwójka to nie powinien być żaden dopuszczający, tylko mierny. Z taką notą należałoby ucznia zostawić, ponieważ stopień opanowania przez niego materiału jest praktycznie żaden. Przy okazji powinniśmy rozwiązać drugi problem. Nauczyciel powinien mieć prawo ucznia mającego ocenę mierną lub niedostateczną zatrzymać na drugi rok. I niech taki delikwent kibluje. W obecnych realiach to trzeba takich przepychać, żeby nie mieć problemów. W efekcie prowadzi to do zaniżania poziomu kształcenia.
Na koniec kwestie porządkowe w szkole. Otóż, ja jestem przeciwnikiem koedukacyjnego szkolnictwa. Prowadzi ono tylko do zniżki poziomu, ponieważ uczniowie, zamiast zajmować się nauką, robią to w przypadku osobników płci przeciwnej. A to automatycznie wywołuje patrzenie na takie drobnostki, czy ktoś chodzi w modnych i markowych ubraniach, zamiast zajmowania się rzeczami o wielokroć bardziej konstruktywnymi. Poza tym niech mi jakiś lewacki psycholog czy taki sam pedagog wytłumaczy, jak to jest, że na tym zgniłym Zachodzie, który tak gloryfikuje, najlepsze szkoły to są właśnie dysedukacyjne. Wielu specjalistów od edukacji zwraca również uwagę na to, że tego typu szkoły właśnie osiągają wyższe wyniki niż koedukacyjne. A biorąc pod uwagę, że system szkolnictwa winien kierować się w pewien sposób pojętą efektywnością, to zdecydowanie lepiej, gdyby wszystkie placówki oświatowe w sensie podstawówki, gimnazja, licea et cetera były dysedukacyjne. Inna sprawa to uniformizacja. Szkoła to nie jest rewia mody. Poza tym znowu przykład z Zachodu. Tam każda szanująca się szkoła ma mundurki. Jestem też zwolennikiem kar cielesnych. Jakby taki wątpliwej jakości nastoletni lub kilkuletni bohater dostał po łapskach piórnikiem przy całej klasie, to na drugi raz by się zastanowił ze względu na związane z całym zajściem poczucie wstydu. Dla wielbicieli zachodnich oświeconych modeli oświaty szkolnej dodam, że w elitarnej prywatnej męskiej szkole w Eaton wykonuje się dosyć dotkliwe kary. Odbudowany zostałby poza tym automatycznie mocno zachwiany ostatnimi czasy autorytet nauczyciela. Również powinna być jasna sytuacja w przypadku zażywania używek - wyrzucenie ze szkoły. Tak samo powinno być, jeżeli jakaś dziewczyna zajdzie w ciążę.
W formie dygresji: jest jeszcze kwestia czy szkolnictwo powinno być publiczne czy prywatne. Akurat moim zdaniem spokojnie można by dokonać jego totalnej prywatyzacji, ale to jest kwestia na odrębny artykuł.
Opisałem wówczas zmiany, jakie z pewnością poprawiłyby poziom kształcenia w szkołach oraz wiele innych kwestii z nimi związanych. Tylko pytanie, kto w naszym kraju będzie miał na tyle dużo ikry, aby je przeprowadzić? Raczej nikt.
Obecnym ekipom rządzącym zależy raczej, aby mieć stado posłusznych, właściwie głosujących baranów, aniżeli społeczeństwo było normalne, posiadające głowę w postaci głęboko wykształconej, konserwatywnej elity.
środa, 16 lipca 2008
Hipokryzja i kult zdrajców
Wszyscy wiemy, co się stało w zeszłą niedzielę. Zabił się jeden z animatorów posttrockistowskiej Unii Demo-Wolności, Berele Lewartow, znany znacznie szerzej pod artystycznym pseudonimem Bronisław Geremek. Dodam, że jego partia podobnie jak pokrewny Kongres Liberalno-Demokratyczny, miała zapędy socjoinżynieryjne, tylko przedstawiała się jako neoliberalna ekonomicznie. No i oczywiście wszystkie marks-media podniosły larum, jakaż to wielka postać zginęła. Mówiono, że to patriota, a przy tym mnie się na śmiech zbierało. Ciekawe jest to rozumienie pojęcia patriotyzmu, jeżeli sprowadza się na robienie za podnóżek reszcie świata. Tak samo, jaki to wielki intelektualista... Jakoś przemilczane zupełnie zostało, iż mając nie całe 18 lat, zapisał się w 1950 roku do PZPR. Chwalił wówczas Józefa Wissarionowicza. W tamtym okresie mógł również wyjeżdżać na Zachód, w jego przypadku głównie do Francji; dodam, że normalny obywatel nie bedący członkiem kompartii nie mógł nosa wystawić poza teren Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Geremek - podobnie jak reszta trockistów współtworzących później ROAD i Unię Demo-Wolności - wyleciał z partii w 1968 roku. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych za rządów koalicji AWS-UW był ministrem spraw zagranicznych prowadzącym politykę godną jedynie Widkuna Quislinga. I to jest ten rzekomy patriotyzm... Śmiech... Dodam, że dzień po śmierci posttrockisty przemalowanego na demoliberała, logo Gazety Wybiórczej było czarne. Ależ to musiał być dla nich wszystkich cios! Z padołu łez zszedł jeden z samozwańczych autorytetów, jacy mieli nas uczyć, jak mamy być tolerancyjni, demokratyczni i europejscy. Na tym pojedynczym przykładzie widać pewną rzecz: jakie to odwrócenie postrzegania nastąpiło w obecnych czasach. To jest najnormalniejsza w świecie hipokryzja; nie wiem, ile to może mieć wspólnego z socjaldemokratyczno-demoliberalnym uwiądem jajec. Schorzenie to odbija się na wszystkich obszarach ludzkiej działalności, na nauce, sztuce et consortes. Tu mamy jego dziwny przejaw. A jest to kult zdrajców!!! Tacy ludzie są świeckimi świętymi.
Powiedzmy sobie szczerze: w dawnych czasach, jeszcze przed drugą wojną światową, nikt by na człowieka o mentalności Drogiego Bronisława nawet nie napluł. Tak mocno pogardzano by nim. A jeszcze wcześniej, w czasach I Rzeczypospolitej zostałby stracony, a następnie spalony. Potem nabito by jego prochami armatę i wystrzelono by, najpewniej w kierunku południowym. W końcu - jak mawiał Konstanty Gebert alias Dawid Warszawski - syjonizm zawsze prowadzi w takim kierunku. A obecnie mamy ten - nie wiem, chyba to wynika, że żyjemy w pedalskich, lewackich czasach - kult zdrajców. Najprawdopodobniej Jan Paweł II przewrócił się w swoim grobie w krypcie watykańskiej, gdy został zestawiony ze zwykłym quislingowcem i międzynarodowym socjalistą, dla którego ojczyzną był cały świat, jeżeli nie kosmos.
Kult zdrajców dotyczy jeszcze innych spraw. W lewicowych środowiskach bohaterem jest generał Wojciech Jaruzelski. Rzekomo uratował Polskę przed zalewem sowieckich wojsk. Co rok w rocznicę stanu wojennego wychodzą pod jego domem komunistyczne i socjaldemokratyczne bojówki, krzyczące sierpem i młotem zarżnę czarną hołotę!. A powiedzmy sobie szczerze: towarzysze na Kremlu byli bardzo zadowoleni, że nie musieli realizować u nas wariantu węgierskiego z 1956 roku czy czechosłowackiego z 1968 roku. Skakali wręcz z radości, iż armia dokonała puczu. Poza tym ten rzekomy bohater to rzekomy zdrajca. Zwalczał poakowską partyzantkę, był nawet agentem Informacji Wojskowej. Wysługiwał się komunie przez całą swoją karierę. No i co powinno się stać z tym rzekomym bohaterem? Teraz sobie siedzi na świeczniku, praktycznie nietykalny i się śmieje w oczu wielu konserwatystom czy narodowcom. Ten zdrajca jest obiektem czci. Nawet na prawicy zdarzają się wyskoki mówiące o tym, że Jaruzel dobrze zrobił. Swojego czasu Korwin-Mikke napisał, że jedyną wadą stanu wojennego było to, iż nie został zaprowadzony leseferyzm ekonomiczny taki jak w Chile za Pinocheta. Czy to nie jest uleganie lewackiemu postrzeganiu świata? Należy się też zastanowić, czy takie opinie nie dyskwalifikują danego człowieka jako prawicowca i automatycznie nie przerzucają go do grona sług Ciemności...
Przykłady zdrajców wyniesionych do rangi świeckich świętych można by mnożyć. Mamy teraz Geremka. Po cichu ta wrzawa milknie, ale pewnie jeszcze będzie mówiono, jaki to wielki Polak (w jakim rozumieniu, to jak się na lotnisku w Warszawie małżeństwu z Suazi dziecko urodzi, to też jest Polakiem?) z niego był i ile dobrego zrobił dla sprawy polskiej oraz dla integracji europejskiego. Marks-media jeszcze nie będą mogły tego wszystkiego przeżyć, że straciły czołową ikonę. To płacz taki sam, jak co poniektórych po śmierci Stalina.
Ciekaw jestem, jaka będzie wrzawa po śmierci Jaruzela. Mógłbym powtórzyć to, co napisałem o metodzie postępowania ze zwłokami zdrajców praktykowanej ongiś w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Ale po co... Już sobie wyobrażam Kwaśniewskiego-Stolzmanna, jak mu ciekną łzy, jego żoneczkę (córkę pułkownika bezpieki o nazwisku Konty-Kohn) oraz całe to postkomunistyczne bagno. Na tym świecie to oni sprawiedliwości nie doczekają...
...ale kto wie. Może wszystkich w końcu pochłoną piekielne czeluści...
Powiedzmy sobie szczerze: w dawnych czasach, jeszcze przed drugą wojną światową, nikt by na człowieka o mentalności Drogiego Bronisława nawet nie napluł. Tak mocno pogardzano by nim. A jeszcze wcześniej, w czasach I Rzeczypospolitej zostałby stracony, a następnie spalony. Potem nabito by jego prochami armatę i wystrzelono by, najpewniej w kierunku południowym. W końcu - jak mawiał Konstanty Gebert alias Dawid Warszawski - syjonizm zawsze prowadzi w takim kierunku. A obecnie mamy ten - nie wiem, chyba to wynika, że żyjemy w pedalskich, lewackich czasach - kult zdrajców. Najprawdopodobniej Jan Paweł II przewrócił się w swoim grobie w krypcie watykańskiej, gdy został zestawiony ze zwykłym quislingowcem i międzynarodowym socjalistą, dla którego ojczyzną był cały świat, jeżeli nie kosmos.
Kult zdrajców dotyczy jeszcze innych spraw. W lewicowych środowiskach bohaterem jest generał Wojciech Jaruzelski. Rzekomo uratował Polskę przed zalewem sowieckich wojsk. Co rok w rocznicę stanu wojennego wychodzą pod jego domem komunistyczne i socjaldemokratyczne bojówki, krzyczące sierpem i młotem zarżnę czarną hołotę!. A powiedzmy sobie szczerze: towarzysze na Kremlu byli bardzo zadowoleni, że nie musieli realizować u nas wariantu węgierskiego z 1956 roku czy czechosłowackiego z 1968 roku. Skakali wręcz z radości, iż armia dokonała puczu. Poza tym ten rzekomy bohater to rzekomy zdrajca. Zwalczał poakowską partyzantkę, był nawet agentem Informacji Wojskowej. Wysługiwał się komunie przez całą swoją karierę. No i co powinno się stać z tym rzekomym bohaterem? Teraz sobie siedzi na świeczniku, praktycznie nietykalny i się śmieje w oczu wielu konserwatystom czy narodowcom. Ten zdrajca jest obiektem czci. Nawet na prawicy zdarzają się wyskoki mówiące o tym, że Jaruzel dobrze zrobił. Swojego czasu Korwin-Mikke napisał, że jedyną wadą stanu wojennego było to, iż nie został zaprowadzony leseferyzm ekonomiczny taki jak w Chile za Pinocheta. Czy to nie jest uleganie lewackiemu postrzeganiu świata? Należy się też zastanowić, czy takie opinie nie dyskwalifikują danego człowieka jako prawicowca i automatycznie nie przerzucają go do grona sług Ciemności...
Przykłady zdrajców wyniesionych do rangi świeckich świętych można by mnożyć. Mamy teraz Geremka. Po cichu ta wrzawa milknie, ale pewnie jeszcze będzie mówiono, jaki to wielki Polak (w jakim rozumieniu, to jak się na lotnisku w Warszawie małżeństwu z Suazi dziecko urodzi, to też jest Polakiem?) z niego był i ile dobrego zrobił dla sprawy polskiej oraz dla integracji europejskiego. Marks-media jeszcze nie będą mogły tego wszystkiego przeżyć, że straciły czołową ikonę. To płacz taki sam, jak co poniektórych po śmierci Stalina.
Ciekaw jestem, jaka będzie wrzawa po śmierci Jaruzela. Mógłbym powtórzyć to, co napisałem o metodzie postępowania ze zwłokami zdrajców praktykowanej ongiś w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Ale po co... Już sobie wyobrażam Kwaśniewskiego-Stolzmanna, jak mu ciekną łzy, jego żoneczkę (córkę pułkownika bezpieki o nazwisku Konty-Kohn) oraz całe to postkomunistyczne bagno. Na tym świecie to oni sprawiedliwości nie doczekają...
...ale kto wie. Może wszystkich w końcu pochłoną piekielne czeluści...
czwartek, 10 lipca 2008
Hucpa na prawicy
Charakter ludzi o prawicowych przekonaniach politycznych znam dosyć dobrze. Wielu z nich to skrajni indywidualiści pilnujący twardo swoich przekonań; sam wiem to chociażby po sobie. Co więcej, im bardziej na prawo, to tym mniejsza chęć do jakichkolwiek kompromisów. Z tego powodu zazwyczaj partii prawicowych jest kilka i to wojujących ze sobą. Bardzo szybko wykorzystuje to lewica, która potrafi się skonsolidować i to bardzo szybko niezależnie od reprezentowanych idei. W jednej grupie potrafią grać ze sobą komuniści, socjaliści oraz liberałowie (rzecz jasna tacy czyści). Im chodzi tylko i wyłącznie o władzę. Prawicy - w przeciwieństwie do nich - zależy na realizacji swoich ideałów, aże różne rzeczy mają dla nich różną wagę. Z tego wynikają całe kłótnie na łamach tego obozu. To nie jest żaden lewicowy mit. Podśmiechujki drugiej strony barykady są tutaj zaskakująco trafne.
Zawsze mnie denerwowało to prawicowe rozbijactwo, jak to nie można nic trwałego zmontować, a wszystko po pewnym czasie się sypie na skutek kłótni. A przecież można by spokojnie zmontować jedno ugrupowanie, w którym znalazłaby się zarówno część chadeków, jak i konserwatyści czy paleolibertarianie. To mimo wszystko nie wychodzi. Czasem można się zastanawiać, czy to rozbicie prawicy nie jest sztucznie indukowane. Przecież lewactwo teoretycznie może znaleźć sobie koncesjonowanych prawicowców, którzy rżnąć będą konserwatystów, a przy okazji wszystko rozwalać u swoich ideologicznych przeciwników. Urządzenie takiej hucpy jest bardzo opłacalne, ponieważ w ten sposób można efektywniej rozbijać prawicę. Ba, czasem można nawet stworzyć partię w założeniu chadecko-konserwatywną, jaka będzie zasłoną dymną dla lewactwa.
Tak jest w przypadku PO. Partia ta wywodzi się z Unii Demo-Wolności, której liberalizm należy umieścić na lewo od trockizmu. Poza tym została założona przez masona i byłego agenta SB o pseudonimie "Must", Andrzeja Olechowskiego. Odchody zalane wapnem nie przestaną być fekaliami, tak samo jest w tym wypadku. PO robi za listek figowy dla zgniłych komunistycznych genitaliów; tym typkom nie wystarczyło, że przez 45 lat okradali ten kraj, a teraz się chowają za taką fasadą. Poza tym bardzo skutecznie takie rozwiązanie rozbija elektorat prawicowy. Część prawicowców wrzuci głos na takie bezpłciowe nie wiadomo co, co to ani konserwatywne kulturowo, ani liberalne gospodarczo. Przy okazji komuchy mają osłonę i nikt im nie naskoczy. W razie czego ci łże-konserwatyści będą ratować im tyłek.
Hucpę mamy my na prawicy jeszcze jedną. Jest to Klub Zachowawczo-Monarchistyczny powstały w 1988 roku. Zrzesza on wielu byłych komunistów. Czy to nie jest taki paradoks, jak w przypadku amerykańskich neokonserwatystów, którzy z pozycji skrajnie lewicowych przeszli na prawicowe? Jego obecny szef, Adam Wielomski, napisał wręcz, że nie widzi jakiegoś problemu w przyjęciu komuszego ścierwa w swoje szeregi. Gdybym ja był przewodniczącym jakiegoś stowarzyszenia czy ugrupowania prawicowego, to gdyby przyszedł do mnie były komunista, wyrzuciłbym go na zbity pysk z terenu mojej posesji. Prędzej konia Incinatusa przyjąłbym niż bydlę, które kradło, mordowało, kłamało w żywe oczy, a jeszcze mu mało. Tacy ludzie nie mieliby wstępu do założonej przeze mnie inicjatywy. Moim zdaniem zdrajcy państwa polskiego oraz ich potomkowie nie mają prawa dotykać się do polityki, a co dopiero plugawić prawicę! A dyć Wielomski tego nie rozumie. Wielki mi pan konserwatysta... przecież to śmierdzący serwilista niegodny takiego miana. Pinochet, którego tak kocha, po zapoznaniu się z jego poglądami wyrzuciłby go do morza razem z komuchami od Allende.
Co więcej, chyba rozumuje kategoriami jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej. Ten facet upatruje jakiejś szansy cywilizacyjnej w Rosji. Zapewne czytał Spenglera, ale wielki historiozof pisał to przed rewolucją bolszewicką. Może to wynika z niewłaściwej interpretacji pism Romana Dmowskiego. A Wielomski widzi szansę w sojuszu z tym państwem. Dodam, że podziwia on również totalitarne Chiny, określając je mianem prawicowych. Za przeproszeniem, jak można pleść takie banialuki, mając tytuł naukowy w zakresie nauk społecznych! A z tego co mi wiadomo - po przeczytaniu co nieco z von Misesa i Ayn Rand - że kapitalizm jest tam, gdzie mamy do czynienia z indywidualną własnością środków produkcji. Jeżeli liberalizm gospodarczy utożsamiamy z kapitalizmem, a ten pierwszy z prawicą, to Chin nie można w żaden sposób nazywać prawicowymi. Dodam, że Wielomski bardzo kocha komunę. Pisał kiedyś, że PZPR powinna pójść drogą chińską. Sprzeciwia się wszelkiej dekomunizacji; pewnie ze względu na kolesi z KZM, między innymi Jana M. Fijora (TW "Bereta").
Zapewne gdyby ten KZM wystartował w wyborach parlamentarnych czy samorządowych to miałby jeszcze gorszy wynik niż NOP czy Partia Zboczonych Kobiet. Dlatego pozostaje im gardłowanie. A tak naprawdę są wtyką komunistów i innego lewactwa, żeby robić na prawicy syf i uniemożliwiać jej konsolidację. Mimo marginalnego poparcia w społeczeństwie robią tyle złego, że najlepiej byłoby, gdyby się rozwiązali.
Dlatego prawdziwa prawica powinna zwalczać tego typu hucpy będące forpocztą lewactwa w naszych szeregach oraz działających z ich polecenia.
Może jesteśmy ostro zarysowanymi indywidualistami, ale - jak von Mises napisał w Ludzkim działaniu - indywidualizm nie wyklucza wspólnotowości. Gdybyśmy to, co piszą czytani przez nas klasycy, potrafili wykorzystać... Łatwiej byłoby również zapobiegać omówionym wyżej hucpom.
Zawsze mnie denerwowało to prawicowe rozbijactwo, jak to nie można nic trwałego zmontować, a wszystko po pewnym czasie się sypie na skutek kłótni. A przecież można by spokojnie zmontować jedno ugrupowanie, w którym znalazłaby się zarówno część chadeków, jak i konserwatyści czy paleolibertarianie. To mimo wszystko nie wychodzi. Czasem można się zastanawiać, czy to rozbicie prawicy nie jest sztucznie indukowane. Przecież lewactwo teoretycznie może znaleźć sobie koncesjonowanych prawicowców, którzy rżnąć będą konserwatystów, a przy okazji wszystko rozwalać u swoich ideologicznych przeciwników. Urządzenie takiej hucpy jest bardzo opłacalne, ponieważ w ten sposób można efektywniej rozbijać prawicę. Ba, czasem można nawet stworzyć partię w założeniu chadecko-konserwatywną, jaka będzie zasłoną dymną dla lewactwa.
Tak jest w przypadku PO. Partia ta wywodzi się z Unii Demo-Wolności, której liberalizm należy umieścić na lewo od trockizmu. Poza tym została założona przez masona i byłego agenta SB o pseudonimie "Must", Andrzeja Olechowskiego. Odchody zalane wapnem nie przestaną być fekaliami, tak samo jest w tym wypadku. PO robi za listek figowy dla zgniłych komunistycznych genitaliów; tym typkom nie wystarczyło, że przez 45 lat okradali ten kraj, a teraz się chowają za taką fasadą. Poza tym bardzo skutecznie takie rozwiązanie rozbija elektorat prawicowy. Część prawicowców wrzuci głos na takie bezpłciowe nie wiadomo co, co to ani konserwatywne kulturowo, ani liberalne gospodarczo. Przy okazji komuchy mają osłonę i nikt im nie naskoczy. W razie czego ci łże-konserwatyści będą ratować im tyłek.
Hucpę mamy my na prawicy jeszcze jedną. Jest to Klub Zachowawczo-Monarchistyczny powstały w 1988 roku. Zrzesza on wielu byłych komunistów. Czy to nie jest taki paradoks, jak w przypadku amerykańskich neokonserwatystów, którzy z pozycji skrajnie lewicowych przeszli na prawicowe? Jego obecny szef, Adam Wielomski, napisał wręcz, że nie widzi jakiegoś problemu w przyjęciu komuszego ścierwa w swoje szeregi. Gdybym ja był przewodniczącym jakiegoś stowarzyszenia czy ugrupowania prawicowego, to gdyby przyszedł do mnie były komunista, wyrzuciłbym go na zbity pysk z terenu mojej posesji. Prędzej konia Incinatusa przyjąłbym niż bydlę, które kradło, mordowało, kłamało w żywe oczy, a jeszcze mu mało. Tacy ludzie nie mieliby wstępu do założonej przeze mnie inicjatywy. Moim zdaniem zdrajcy państwa polskiego oraz ich potomkowie nie mają prawa dotykać się do polityki, a co dopiero plugawić prawicę! A dyć Wielomski tego nie rozumie. Wielki mi pan konserwatysta... przecież to śmierdzący serwilista niegodny takiego miana. Pinochet, którego tak kocha, po zapoznaniu się z jego poglądami wyrzuciłby go do morza razem z komuchami od Allende.
Co więcej, chyba rozumuje kategoriami jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej. Ten facet upatruje jakiejś szansy cywilizacyjnej w Rosji. Zapewne czytał Spenglera, ale wielki historiozof pisał to przed rewolucją bolszewicką. Może to wynika z niewłaściwej interpretacji pism Romana Dmowskiego. A Wielomski widzi szansę w sojuszu z tym państwem. Dodam, że podziwia on również totalitarne Chiny, określając je mianem prawicowych. Za przeproszeniem, jak można pleść takie banialuki, mając tytuł naukowy w zakresie nauk społecznych! A z tego co mi wiadomo - po przeczytaniu co nieco z von Misesa i Ayn Rand - że kapitalizm jest tam, gdzie mamy do czynienia z indywidualną własnością środków produkcji. Jeżeli liberalizm gospodarczy utożsamiamy z kapitalizmem, a ten pierwszy z prawicą, to Chin nie można w żaden sposób nazywać prawicowymi. Dodam, że Wielomski bardzo kocha komunę. Pisał kiedyś, że PZPR powinna pójść drogą chińską. Sprzeciwia się wszelkiej dekomunizacji; pewnie ze względu na kolesi z KZM, między innymi Jana M. Fijora (TW "Bereta").
Zapewne gdyby ten KZM wystartował w wyborach parlamentarnych czy samorządowych to miałby jeszcze gorszy wynik niż NOP czy Partia Zboczonych Kobiet. Dlatego pozostaje im gardłowanie. A tak naprawdę są wtyką komunistów i innego lewactwa, żeby robić na prawicy syf i uniemożliwiać jej konsolidację. Mimo marginalnego poparcia w społeczeństwie robią tyle złego, że najlepiej byłoby, gdyby się rozwiązali.
Dlatego prawdziwa prawica powinna zwalczać tego typu hucpy będące forpocztą lewactwa w naszych szeregach oraz działających z ich polecenia.
Może jesteśmy ostro zarysowanymi indywidualistami, ale - jak von Mises napisał w Ludzkim działaniu - indywidualizm nie wyklucza wspólnotowości. Gdybyśmy to, co piszą czytani przez nas klasycy, potrafili wykorzystać... Łatwiej byłoby również zapobiegać omówionym wyżej hucpom.
Subskrybuj:
Posty (Atom)