wtorek, 6 kwietnia 2010

Świat absurdu

Swego czasu przeczytałem Cesarza. Książka, oczywiście, była bardzo dobrze napisana. Jej przeczytanie zajęło mi kilka godzin podczas sobotniego przedpołudnia. Dla tych, którzy nie mieli okazji trzymać tej lektury w ręku: książka jest szalenie tendencyjna. Państwo Hajle Selasje zostało przedstawione według wytycznych pamiętających jeszcze czasy hiszpańskiego Frontu Ludowego. Czytając między wierszami, dało się dostrzec oskarżenia o faszyzm i totalitaryzm. Nie padły one wprost, ale to dało się wywnioskować z kontekstu. Muszę przyznać, że ta mowa ezopowa świadczy w pewien sposób o literackim kunszcie Kapuścińskiego. Nie musiał jasno używać pewnych kliszy wzorem bunkra z Czerskiej, ale dało się to wyczuć.

Pytanie, co tam zostało ukazane jako takie "faszystowskie" i "totalistyczne". Państwo, w którym nie trzeba było posiadać żadnych dokumentów oraz w którym nikt nie regulował dostępu do broni. Tak samo nikt nie słyszał o przymusie szkolnym. Państwo to miało zostać zmodernizowane, czyli stworzyć należało wszystkie instytucje typowe dla socjalizmu trapiącego cywilizację Zachodu. Nic dziwnego, że pułkownik Mengistu Hajle Mariam został dobrze przedstawiony. Dodam, że znacjonalizował on większą część gospodarki, zlikwidował wielką własność ziemską, za jego rządów zmarło 1,5 miliona ludzi z głodu. Ale czego się spodziewać po autorze, który określił Che Guevarę mianem "Jezusa z karabinem w ręku".

Pewne klisze jednak pojawiają się wszędzie. Ten stary, reakcyjny świat przedstawiany jest jako coś w typie faszyzmu, wszechwładnego państwa... obrazki jak z Trzeciej Rzeszy! Czytałem wizję, co byłoby gdyby wojnę secesyjną wygrała Konfederacja. Też widać to odgrzewanie kotleta. Do tego jeszcze dochodzą gadki o tzw. zdobyczach socjaldemokracji.

A czy to właśnie one nie sprawiły, że żyjemy obecnie w świecie narastającego absurdu. Więcej, sama krytyka socjalizmu i tego, co on za sobą niesie, jest traktowana albo jako skrajny liberalizm, albo jak postulowanie anarchii. Mówi się, że społeczeństwo wytworzyło pewne normy współistnienia jako uzasadnienie dla socjalizmu. Przeciwny stan to homo homini lupus, jakiś darwinizm społeczny, barbarzyństwo. Zadziwiająca jest przy okazji pogarda lewicy do norm współżycia wypracowanych przez stulecia.

Weźmy na przykład posiadanie różnych dokumentów. Obecnie nakazuje się nam posiadać różne papierki na to, że nie jesteśmy wielbłądami. Przykładem jest na przykład prawo jazdy. Czy nie jest tak, że albo umie się jeździć, albo nie? Przecież to zbytek. Dziwne, że po drugiej wojnie światowej rozprzestrzenił się po całym świecie chcącym uchodzić za cywilizowany. Częstym argumentem "za" jest bowiem, że takich papierków nie trzeba mieć w Afryce Równikowej. A czy to takie dobre? Czy niedługo nie będzie tak, że na każdą umiejętność będzie trzeba mieć odpowiedni dokument. Mamy przecież już rozliczne licencje zawodowe, które powodują wzrost cen usług. Czy nie wystarczyłoby natomiast, że pracodawca zatrudnia człowieka, a ten jeżeli coś zepsuje, traktowany byłby jak złodziej?

Obecnie robi się wielką rewelację z Schoengen, że można sobie jeździć po całej Europie. A czy to jest taka wielka rewelacja? Przecież dwieście lat temu możliwe było obejście publicznymi drogami całego świata. Nikt nikogo nie zatrzymywał. Pewnych dokumentów w dawnych czasach wymagały jedynie carska Rosja i Imperium Ottomańskie. Tak naprawdę przepisy paszportowe w Europie powszechnie zostały wprowadzone dopiero po pierwszej wojnie światowej. Anglik do sierpnia 1914 roku mógł jeździć po całym świecie? Skoro tak było wtedy, to dlaczego nie może być tak w obecnych czasach?

Jeszcze inny przykład dowód osobisty. W szeregu państw jeszcze go na szczęście nie ma. W Wielkiej Brytanii niedawno przeciwko temu "światłemu" zamiarowi laburzystów przeciwstawili się konserwatyści i liberałowie. U nas była niedawno wielka akcja wymiany. Mało kto wie, że w Polsce dowody zostały wprowadzone za czasów Generalgouvernement, reżim komunistyczny to tylko podtrzymał. No i tak się dzieje do tej pory. A czy ten dokument jest taki potrzebny? Po pierwsze, dziwne jest założenie, że wszyscy się nagle robią dojrzali w wieku 18 lat. Przecież to zaprzecza biologii i psychologii. To zabawa liczbami wymyślona chyba na użytek demokracji i całego tego systemu biurokratycznego. W dawnych czasach jakoś sobie radzono bez wlepiania papierka. Lokalne społeczności miały swoje rytuały inicjacyjne. Wszystko jakoś działało. Pytanie, dlaczego nie może być tak teraz. Czyżby tu działał jakiś Zeitgeist? Czyżby rozwój techniczny i społeczny wymuszał różne dziwne rzeczy? Nie. Tu chodzi o całą tą machinę biurokratyczną, nie o egzekwowanie prawa.

Dziwne, że za absurd nie uważamy faktu coraz większego wtrącania się państwa w wychowanie dzieci. Czymś takim jest przymus szkolny. Mamy taką państwową szkołę, w której raczą tolerancjonizmem, edukacjami seksualnymi, w której stale obniża się poziom. W efekcie nie rodzice wychowują dzieci, a towarzystwo. A my się potem dziwimy, że takie zepsucie się szerzy. To jeden z ubocznych produktów państwowej szkoły. Poza tym jeszcze ci lewicowi politycy, którzy dokonują na ich umyśle lobotomii, a swoje dzieci posyłają do szkół prywatnych. Czy to nie jest kolejny absurd! Wspomnieć jeszcze wypada o zwiększaniu kompetencji opieki społecznej. Może wywoływać śmiech odbieranie dzieciom rodziców za... bałagan w domu. To jednak nie jest nawet tragifarsa. Tak samo ograniczanie swobód seksualnych dzieci jako powód do odebrania rodzicom. Powoli zbliża się tutaj wariant ze starożytnej Sparty. Tam wychowaniem dzieci zajmowało się państwo. Paradoksalnie tylko w ten sposób lewica mogłaby spełnić swój postulat równych szans dla wszystkich.

Państwo również zajmuje się w obecnych czasach ubezpieczeniami. To przyczyna całej masy prawniczych absurdów. Niby z czego wynika obecna nagonka na papierosy, te egzotyczne zakazy palenia nawet w restauracjach. Chodzi tutaj o to, żeby ograniczyć zachorowania na raka, które kosztują dużo państwową służbę zdrowia. Z niczego innego to nie wynika. Teoretycznie państwowe ubezpieczenia i takowa służba zdrowia mogłyby być przyczyną programu eugenicznego. Przecież lepiej, żeby ludzie byli zdrowi, nie chorowali niż mamy utrzymywać całą rzeszę kalek, osobników chorowitych! - tak pewnie myślą wszyscy ci lewacy. Nic dziwnego, że tak forsują aborcję, eutanazję, sterylizację i zapłodnienie in vitro. To ma przecież zbudować socjalistycznego nadczłowieka!

Inny absurd to centralizacja wszystkiego w państwie. Mamy Ministerstwa Dziwnych Kroków - nie wiem, po co np. cały resort od gospodarki. Ogłoszony został nakaz jeżdżenia 50 kilometrów na godzinę po mieście. Przecież każde miasto różni się nieco siatką ulic, zabudową, więc czy to nie na poziomie samorządu powinny być takie decyzje podejmowane? Ale cóż, ostatnimi czasy "Przyjazne państwo" planowało się zająć nawet babciami handlującymi truskawkami na ulicy. Czy to wszystko nie jest absurd?! Przecież to też chyba powinno należeć do samorządu. Centralizacja się nie tylko w tym wyraża. Czym innym jest bank centralny? Przecież to postulat z Manifestu komunistycznego - no dobra, tam był jeszcze wyłączny kapitał państwowy, no i nacjonalizację banków komercyjnych? Jakoś w dawnych czasach ten emitował pieniądz, kto był go w stanie w złocie pokryć. Czy tak nie mogłoby być teraz? Znowu podniosą się głosy o powrocie do średniowiecza... A przecież swego czasu Jesus Huerta de Soto dziwił się, jak możemy w XXI wieku mieć taki system bankowy.

W efekcie tego wszystkiego mamy niespotykany rozrost biurokracji. Nie jest to typowe dla cywilizacji łacińskiej, do której przynależymy. To raczej naleciałości z bizantyńskiej i turańskiej. To tradycyjnie cywilizacje z wszechogarniającym, biurokratycznym państwem.

Pointa może być taka. Obecnie żyjemy w świecie absurdu. Nie jest on jednak wcale śmieszny, pół biedy jak stanowiłby tragifarsę. Bardzo prawdopodobne również, że obecny absurd w niedalekiej przyszłości będzie miłym wspomnieniem.

niedziela, 14 marca 2010

Zakon Najświętszego Kaczora

21 października 2007 roku. Wybory wygrywa (nie)miłościwie rządząca do tej pory Parada Oszustów. Pada kilka mocnych określeń. Przywódca Populizmu i Socjalizmu, Jarosław Kaczyński, miał stwierdzić, iż zwolennicy PO oglądają sobie pornografię i popijają piwo przy tej okazji. Niedługo później ukuto pojęcie leminga. Miało ono oznaczać osobę całkowicie niesamodzielną intelektualnie, wierzącą we wszystko, co powiedzą w mediach oraz "właściwie głosującą" (czyli na PO). Statystyczny leming urodził się również w PRL bis. Jak ślepa kura trafia czasem na ziarno, tak orędownicy PiS odkryli pewien fenomen z psychologii społecznej. Lemingi to bowiem dużo szersza kategoria.

Wiadomo, że lemingi popierające PO uważają obecny rząd za najlepszy od czasów Mieszka I. Wierzą, że poprzednia ekipa robiła bajzel w polityce międzynarodowej. Również uważają, że dążyła ona do zbudowania państwa totalitarnego na wzór Trzeciej Rzeszy. Ględzą o zaścianku. Ciekawym niezwykle przypadkiem jest niszczenie ludzi mające polegać na wyciąganiu faktów będących w sprzeczności z hagiograficznym wizerunkiem tych "autorytetów". Tak jakby "niszczeniem Kserksesa" nazywać wspominanie o tym, iż nakazał ubiczować morskie fale po tym, jak nie mógł przedostać się do Grecji drogą morską. Rozumują oni na zasadzie dychotomii. PO to dla nich dobro, a PiS - zło. Popadają również w paranoję, no i bez przerwy atakują tą ostatnią partię. Nie zauważają, że Populizm i Socjalizm sam bezustannie depcze grabie, podcina sobie gałąź na której siedzi, nie stanowi zatem realnego zagrożenia. Ważniejsze... już od dwóch lat nie ma go u władzy!

Wyżej napisałem, że lemingi stanowią szerszą kategorię. Zarzucano orędownikom Parady Oszustów intelektualną niezborność. A przecież lemingi a rebours popierają PiS. Jestem skłonny twierdzić, że istnieje wręcz fatalnie zauroczony Zakon Najświętszego Kaczora. Skłonny on jest pójść za PiS w ogień, cokolwiek ta partia nie uczyniłaby. Dokonajmy zatem analizy lemingów z odwrotnie zamienionymi zwrotami pewnych wektorów.

Za największych swoich wrogów uważają oni komunistów. Bardzo mocno afiszują się swoim antykomunizmem. Czy jest on jednak taki szczery i prawdziwy? Wiedząc, jaki system ekonomiczny oni popierają, można dostać poznawczego dysonansu. Mianowicie stają w obronie siermiężnego socjalizmu. Bronią państwowej własności tzw. strategicznych gałęzi gospodarki. Wylewają hektolitry łez, gdy jakaś gałąź gospodarki ma ulec prywatyzacji lub nawet gdy się tylko o tym trochę głośniej mówi. Tak samo było w przypadku szpitali. Pamiętajmy, tylko one miały zostać sprywatyzowane. Mamy jakoś prywatne przychodnie i nikt nie płacze z tego powodu. Nikt nie mówił o totalnej prywatyzacji służby zdrowia poza UPR. Powstała swego czasu reklamówka PiS. Jakie było hasło naczelne: prywatyzacja służby zdrowia! Zaraz orędownicy PiS rzucili się i zaczęli pisać o ludziach umierających bez ubezpieczenia, o krwiożerczym liberalizmie PO, no i powiedzmy sobie wprost, darwinizmie społecznym. Zawsze mnie ciekawiło, jak można być antykomunistą i jednocześnie popierając socjalizm. Przecież ustrój socjalistyczny w końcu doprowadzi na zasadzie domina do totalitaryzmu. Można tutaj dojść do wniosku, że całe zło socjalizmu nie pochodzi z rozrostu państwa do gargantuicznych rozmiarów, ale z tego kto rządzi. Jak postawimy na czele tej machiny Ostatnich Sprawiedliwych, to będzie bardzo dobrze. Dodam, że tak samo rozumują obecnie lewacy. Oni uważają, że komunizm doprowadził do rozlewu krwi, ponieważ źli ludzie stanęli na jego czele. Żeby było śmieszniej, identycznie myślą te wszystkie Toyahy. (To określenie Kashmira, które świetnie definiuje lemingi PiS).

Tak samo jest z centralizmem. Oni uważają, że powinno być z trzydzieści centralnych ministerstw. PiS utworzył dwa dodatkowe. Taki tok myślenia można zaobserwować u jego zwolenników. Ich zdaniem Ministerstw Dziwnych Kroków dalej mamy za mało. Są bardzo niechętni samorządności. No i jak to ma się do antykomunizmu? Przecież właśnie komuniści chcieli wszystko scentralizować. Tak więc mamy kolejny dowód, że antykomunizm PiS jest malowany, a nie prawdziwy. Zło systemu socjalistycznego dla nich to tylko kwestia jego internacjonalizmu czy niedobrych jednostek u sterów. Ogranicza się tylko do wymachiwania palcem na postkomunistów, a dlaczego do tego, to niżej.

Dlaczego PiS tak niechętny postkomunistom zawarł z nimi sojusz? Więcej, lemingi popierające tą partię uznały, że niedoszły przywódca IV RP nie może się mylić, więc to dobre rozwiązanie. Wychodzi również przy tej okazji, że światopoglądowy konserwatyzm, którym się tak dumnie obnoszą, to byt abstrakcyjny. Oni bowiem gotowi są zaprzedać duszę diabłu, żeby tylko nie rządził ten wstrętny Tusk i jego kamaryla, ci krwiożerczy liberałowie! Ciekaw jestem, jak łatwo przyjdzie im wyprzeć się wszystkich konserwatywnych postulatów - stawiam na to, że trudności będą jak przy splunięciu. Dla porównania lemingi PO jakoś nadal twierdzą, że ich ukochana partia to wolnorynkowcy, mimo że wprowadzane są nowe podatki i następuje rozrost kasty biurokratycznej. Na tej samej zasadzie lemingi PiS będą uważać się bezpodstawnie za największych konserwatystów i ciało doskonale czarne na prawicy, mimo poparcia udzielanego postkomunistom.

A dlaczego tak się dzieje? Konserwatyzm to uznanie roli tradycji, religii i własności prywatnej. Lemingi PiS są skłonni jeszcze poprzeć pierwsze dwie, ponieważ ich partia wykorzystuje je instrumentalnie. Jednak gdy zostaną one odrzucone, to lemingi pójdą za PiS. A własność prywatna nie jest dla nich żadną wartością. Oni są skłonni poprzeć system, w którym wszystko będzie państwowe. Ale w swoim mniemaniu będą "najbardziej prawicowymi prawicowcami". Co więcej, będą mieli czelność pouczać prawdziwą prawicę oraz pluć na nią jadem. Wyciągnięte zostaną argumenty o marnowaniu głosów czy o kanapach. Oczywiście, pojawią się też przy tej okazji "agenci" oraz zacznie się ich tropienie.

Dziwię się również, że lemingi PiS nie mają pewnego dysonansu poznawczego. Jak to jest, że najpierw traktat lizboński był przezeń atakowany, a po podpisaniu padło stwierdzenie, że tak trzeba było? Przecież to jest nie bywałe. To tak jakby w 1920 roku podpisać rozejm z Kamieniewem i powiedzieć, że to dla ratowania niepodległości! Dodam, że argument "tak trzeba było" ostatnio pada również przy okazji aliansu z SLD. Ciekaw jestem, ilekroć go jeszcze usłyszymy przy okazji tego sojuszu socjalizmu (niby-)niepodległościowego z socjalizmem internacjonalistycznym.

No i jak tutaj nie mówić o Zakonie Najświętszego Kaczora?

Najbardziej śmieszne jest wzajemne wskazywanie niezborności intelektualnej u poszczególnych klas lemingów. W rzeczywistości zarówno lemingi nominotypowe (oznaczone jako pierwsze, czyli PO) jak i te a rebours są siebie warte. Powiem więcej, te dwie kasty nie mogą żyć bez siebie, ponieważ wzajemnie uważają siebie za zagrożenie, a to dodatkowo potęguje rewolucyjny zapał. To ten sam stan umysłowości.

niedziela, 10 stycznia 2010

Edmundowi Dantesowi w odpowiedzi

W ostatnich czasach rzadko zaglądam na Salon24. W ostatnich czasach mało bowiem tam ciekawych tekstów. Dlatego również z opóźnieniem trafiłem na tekst Edmunda Dantesa Polemika z Kirkerem. Nie trudno się domyśleć, że to reakcja na mój wcześniejszy tekst Banda czworga. W niniejszym tekście postaram się odpowiedzieć na część kwestie postawione w tekście mojego interlokutora.

O ile dobrze zrozumiałem przewodnią ideę, która przyświeca wpisowi Kirkera, to jest to pogląd, jakoby żadna z czterech (?!?!?) głównych partii na obecnej scenie politycznej Polski zasadniczo nie różniła się między sobą. Wszystkie są siebie warte, a każda jest antypolska i socjalistyczna.

Jestem w stanie zrozumieć pewne zaskoczenie mojego interlokutora. Posługuje się on bowiem dychotomicznym schematem myślowym. Z jednej strony mamy tam mieć walecznych rycerzy, a z drugiej strony smoki i inne bestie. To jest wbrew pozorom wspólna cecha zwolenników zarówno PO jak i PiS. Obydwaj widzą siebie po stronie światłości, a całą resztę jako ciemność, jeśli mamy się trzymać tej analogii. Jako przykład można przytoczyć tu bloggera Antoniego znanego z Salonu24, który mimo swoich konserwatywnych i wolnorynkowych poglądów popiera PO, a atakuje PiS i SLD. Odwrotnie mają zwolennicy PiS. Oni z reguły po stronie sobie przeciwnej widzą PO i postkomunistów, którzy służą robią tutaj za śmierdzące fekalia do obrzucania oponentów.

Dlaczego każda z poszczególnych partii jest antypolska? Przypomnijmy głosowanie w sprawie traktatu lizbońskiego. Przecież wszyscy jednogłośnie poparli degradację Polski do jakiejś Nadwiślańskiej Socjalistycznej Republiki Europejskiej. Nie wypada tego inaczej określić jak Targowica bis. Prezydent Lech Kaczyński podpisał w końcu ten dokument. Wykazał się przy tym hipokryzją. Tusk wcześniej podkreślał, że polskość to nienormalność. Kwaśniewski zalecał wręcz ostrzejszy kurs Niemiec w stosunku do Polski. Oni jednak nie złożyli podpisu pod kasacją Rzeczypospolitej Polski. Zrobił to obecnie urzędujący prezydent RP.

Wiemy już, że poparcie dla biurokratycznego molocha jest typowe dla wszystkich partii obecnych parlamencie. Wszystkim można wytknąć wyznawanie jakiegoś lewicowego, internacjonalistycznego paradygmatu, który nakazuje budowę superpaństwa europejskiego. Po prostu żadna z obecnych tam partii nie rozumie na czym opiera się potęga państwa. Fundamenty są dwa: silna armia oraz mocna gospodarka.

Prowadzenie polityki zagranicznej sprowadza się do płaszczenia się przed odpowiednimi państwami. PO, PSL i SLD robią to przed Niemcami i Rosją. PiS z kolei włazi w anus Izraelowi oraz USA. Czy to jest polityka państwa suwerennego? Oczywiście, że nie. Wszyscy oni uważają, że Polska ma być państwem satelickim któregoś z wyżej wymienionych. Tak więc, jak mam nie twierdzić, że wszystkie partie są antypolskie?

Teraz mamy socjalizm. Poparcie dla UE jest już wystarczającym argumentem za tym, żeby określić te wszystkie partie jako socjalistyczne. Ale to nie wszystko. Każda jedna obecna partia nie chce zmniejszać rozmiarów biurokracji i państwa, obniżać podatków. Wszyscy robią wręcz odwrotnie. Poza tym czy któraś z tych partii popiera zniesienie przymusu ubezpieczeń czy szkolnego? Czy chcą zniesienia różnych regulacji rynku? Czy uważają podatek dochodowy za szkodliwy? Ależ skąd. Im to wszystko na rękę. Można swoich kolegów poustawiać w różnych urzędach, czy to będzie ZUS, NFZ, kuratoria, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Natomiast co do kwestii najważniejszych: nie jest najważniejsze, żeby Polska była maksymalnie liberalna i wolnorynkowa (o co zdaje się chodzi Autorowi), tylko, żeby Polska była suwerenna, sprawiedliwa i dostatnia.

Jeżeli chodzi o kwestie światopoglądowe, to jestem wręcz na antypodach liberalizmu. Przeczytałem jednak szereg tekstów mojego interlokutora. Doszedłem do wniosku, że liberalny to dla niego to samo, co wolnorynkowy. Wyrażenie "liberalna i wolnorynkowa" to zatem pleonazm.

Co ma wolny rynek do suwerenności? Tu mamy błąd pomieszania etatyzmu z patriotyzmem. Ten sposób rozumowania wywodzi się jeszcze z czasów komunistycznych. Został on utrzymany przez szereg ugrupowań po 1989 roku. Część gałęzi gospodarki ma mieć strategiczne znaczenie. Rozumowanie to jest błędne. Po pierwsze po sprywatyzowaniu na przykład energetyki nikt nie będzie sobie ograniczał zysków i zamykał elektrowni. Po drugie to raczej nadmierna regulacja gospodarki powoduje różne dziwne problemy typu bezpieczeństwa energetycznego. Gdyby nie reglamentować rurociągów, przestałoby istnieć zagrożenie ze strony Gazpromu.

Tak samo z dostatkiem. To socjalizm tworzy obszary biedy strukturalnej. Ludzie, którzy normalnie poszliby do pracy, funkcjonują cały czas dzięki opiece społecznej. Na jakim zatem mają żyć poziomie? Państwo przez redystrybucję nigdy nie zwiększyło dostatku. JFK na przykład walczył z biedą, no i ilość biednych wtedy wzrosła. Lyndon Johnson również nic nie zdziałał, doprowadził do powstania murzyńskich gett przykładowo na Bronxie i wzrostu przestępczości. Natomiast w azjatyckich tygrysach, które są obecnie najbardziej kapitalistycznymi państwami na świecie, biednych jest może 5% całego społeczeństwa. Klasa robotnicza również najszybciej bogaciła się w dziewiętnastym stuleciu; odrzućmy te obrazki z książek Dickensa. Tak ma się dostatek do wolnego rynku.

Sprawiedliwość natomiast to kwestia systemu prawnego.

No i oczywiście ta pierwsza grupa jest zwolennikiem liberalizmu (dosyć specyficznie zresztą rozumianego, o czym przekonał się np.Roman Kluska), gdyż taki system utwierdza ich przewagę nad resztą społeczeństwa. Stąd bierze się propaganda, żeby zniszczyć wszystkie usługi społeczne, które służą zwykłym ludziom, żeby zniszczyć Państwo Polskie, własność państwową, wpływ Państwa na gospodarkę - po to, żeby więcej wpływu mieli byli byli komuniści (a dzisiejsi burżuje i "liberałowie"), a tym samym zagraniczne ośrodki decyzyjne - zarówno służby specjalne, jak i globalne koncerny, które z pewnością nie działają na korzyść Polaków.

Ale co to za wolny rynek mamy w Polsce?! To nie jest nawet atrapa. Przecież mamy nadmiernie reglamentowaną gospodarkę, płace minimalne et consortes. Kluska jest ofiarą właśnie biurokratycznych absurdów. Gdybyśmy mieli wolny rynek, nie byłoby tej całej rzeczypospolitej kolesiów.

Tak samo nieregulowana gospodarka nie sprzyja globalnym koncernom. To jest socjalistyczny mit. Im bardziej uregulowana przez państwo gospodarka, to tym większy stopień jej monopolizacji. Przecież są urzędnicy, których można korumpować oraz nasyłać na konkurencję. Można sobie również kupić koncesję i zadbać, żeby kto inny jej nie dostał. Pewne możliwości ponadnarodowych korporacji wynikają z interwencjonizmu, a nie leseferyzmu.

Czy oni chcą niszczyć usługi społeczne? Raczej oni chcą obsadzić je swoimi kolegami i pociotkami. Dlatego nie chcą, żeby zajmowały się tym prywatne podmioty całkowicie od nich niezależne.

Z punktu widzenia zagranicznych służb wpływ państwa na gospodarkę jest jak najbardziej wskazany. Weźmy przykład rurociągów. Gdybyśmy ich nie reglamentowali, to nie byłoby urzędnika w Ministerstwie Infrastruktury lub Gospodarki, którego agenci SWR bądź GRU mogliby kupić. Szerzej sprawę wyjaśniłem w tekście O bezpieczeństwie energetycznym raz jeszcze.

Na zakończenie zaznaczam, że w niczym nie chciałem urazić mojego interlokutora, który w pewnych sprawach pobłądził. W każdym razie nie warto powielać pewnych schematów myślowych.

sobota, 2 stycznia 2010

Przestępstwo zoofobii i Front Wyzwolenia Minerałów

Swego czasu przeczytałem opowiadanie Kurta Vonneguta Harrison Bergeron. Mowa tam była o USA w dalekiej przyszłości, kiedy za podstawową zasadę ustroju przyjęto, iż wszyscy mają być równi. Cel: zapobiec wyścigowi szczurów typowemu dla poprzednich epok. Tak więc spiker w telewizji się jąkał, piękna baletnica miała podwieszone ciężarki i maskę brzyduli. Człowiek inteligentniejszy od przeciętnej miał w uchu nadajnik emitujący nieznośne dźwięki, co miało uniemożliwiać myślenie. Wszyscy byli równi. Widać tutaj pewną aluzję do współczesnych czasów. Przecież obecnie homoseksualista ma mieć tak samo jak heteroseksualista. Już semantycznym nadużyciem jest stwierdzenie małżeństwo osób tej samej płci, jednak do takich rzeczy dochodzi. Tak samo do oddawania dzieci do rozpustnych zabaw takich osobników. Sam socjalizm nie jest niczym innym jak wyrównywanie: a przecież ci mniej zaradni umrą z głodu na starość, nie poślą dzieci do szkoły et cetera. Co więc trzeba zrobić? A państwowy system redystrybucji. W lewicowej ideologii nikt nie może poczuć się gorszy, słabszy, głupszy, więc wszyscy mają mieć wszystkiego po równo.

Peter Singer swojego czasu dyskutował międzygatunkowe małżeństwa. Przy odbywającym się obecnie reductio ad absurdum lewicowej, egalitarnej ideologii, to jest bardzo prawdopodobne. Obecnie mamy homoseksualistów. Jutro będą zapewne pedofile: wyciągnie się jakieś urojone pozytywy tego zjawiska. Zamówi się również odpowiednie badania tzw. psychologów czy inny substytut kryptozoologii tudzież ufologii, no i wykombinuje się, że na przykład zmuszanie dziecka do pracy w domu jest dlań bardziej dotkliwe niż stosunek seksualny z nim. To dlatego, ponieważ lewica zawsze broniła naukowości swego ruchu. Swego czasu nawet popierała biologiczny rasizm i eugenikę, ponieważ takie poglądy przewijały się w nurcie oficjalnej nauki... Wracając jednak ad rem, przecież pedofil musi mieć tak samo jak i cała reszta, czyli prawo do małżeństwa itd. Lewicowa ideologia się zatem na to zgodzi. Później wykombinują sobie. Przecież są ludzie, którzy czują pociąg na przykład do bydła domowego (na przykład bohater pewnego opowiadania Williama Faulknera). Co więc będzie trzeba zrobić? Jak zwykle, powiedziane zostanie, że zoofilia to taka alternatywna normalność, no i nie ma nic w tym złego, że ktoś lubi ze zwierzętami. Wprowadzi się zatem międzygatunkowe małżeństwa. Będzie można przyprowadzić krowę lub konia do urzędu stanu cywilnego, no i wziąć ślub. Zapomniałem jeszcze o prawie adopcji dla takich małżeństw...

Powstanie również osobna kategoria przestępstw. Ponieważ wszyscy mają mieć wsio rawno, to nie można nikomu deptać po odciskach (wyjątek stanowią ci podli "katole", "ciemnogród" i inni "wrogowie ludu"). Teraz mamy homofobię. Jeśli ktoś się źle wyraża na temat coraz bardziej bezczelnych homosiów, to grozi mu nawet 15 tysięcy złotych kary. Jeżeli będzie można wejść w związek ze zwierzęciem, to wprowadzona zostanie zoofobia. Będzie się zatem tropić wszędzie zoofobów, nawet na poziomie cząstek elementarnych. Nic nie będzie mogło być zoofobiczne. Właściciel fabryki, który zwolni zoofila, będzie musiał się liczyć z zapłatą bardzo wysokiej grzywny. Za gustującym w zwierzaczkach wstawią się wszystkie gwiazdy... tak jak niedawno za znanym pedofilem Raymondem Lieblingiem. A co będzie się dziać z zoofobami? Nie będzie się ich dopuszczać do wysokich stanowisk, czy to w państwowych urzędach, czy to na uniwersytetach. Dominować będzie jedna "prawdziwa" wersja. Piętno zoofoba oznaczać będzie społeczny ostracyzm jak w obecnych czasach antysemity, rasisty bądź homofoba.

Na tym się jednak nie zatrzyma walec przemian. Przecież zwierzęta to nie tylko krowy, konie, słonie, wieloryby, gołębie. Cóż to za dziwny "kręgowcowy" szowinizm! Przecież zdecydowana większość świata zwierząt to stawonogi, obleńce, mięczaki. Pamiętać również trzeba o tak prymitywnych organizmach jak Trichoplax adhaerens! One też potrzebują praw! Ba, określenie "prymitywny" jest w tym momencie nie na miejscu, należy powiedzieć organizm "wcześnie wyodrębniony w ewolucji świata zwierząt"; przecież nie ma czegoś takiego jak korona stworzenia! Tak więc trzeba będzie dać zwierzętom prawa wyborcze, bierne i czynne. W parlamencie będzie musiał być przedstawiciel każdego typu zwierzęcego, żeby nikt nie powiedział, że któryś jest dyskryminowany. Parytet musi być! Jeżeli takson tak wysokiej rangi zostanie odkryty, przysłać będzie trzeba jego żywy egzemplarz, żeby mógł zajmować takie miejsce i wyciągnąć go nawet z czułków homara czy oceanicznych głębin.

A co powie się ludziom? Pewnie to, że Kaligula nie był takim idiotą i psychopatą. Uczynił w końcu konia Incinatusa senatorem. Ów cesarz rzymski pewnie w państwowych programach edukacji zostanie uznany za proroka równości ludzi i zwierząt. Pretorianie, którzy go zamordowali, zostaną okrzyknięci prawicowym elementem reakcyjnym, jaki z pewnością nie rozumiał światłych idei wybitnego męża stanu. Istnieje jeszcze jedna możliwość uprawiania taniej propagandy. Lewica, żeby utrzymać się przy korycie, jest bowiem zdolna do wszystkiego... Czy nie mogliby na przykład wyciągnąć czegoś na kształt elan vital Bergsona?

Kto wie, czy nie zacznie być lansowana jakaś forma spirytystycznej duchowości. Gilbert Chesterton zwykł mawiać, że jak się nie wierzy w Boga, to uwierzy się we wszystko. Teraz mamy plagę różnych New Age, sekt, wróżek, przesądów, w duchy w starych domostwach, w horoskopy. Wyciągnięte mogą zostać zatem jakieś koncepcje panpsychizmu. Ktoś dojdzie do wniosku, że nawet minerały reprezentują sobą pewną formę świadomości. Powołany zostanie zatem Front Wyzwolenia Minerałów. Przecież one też potrzebują pewnych praw! Nikt nie może tak bezczelnie obchodzić się z kalcytem czy dolomitem! Oczywiście walec lewicowej ideologii i tego również posłucha. Skoro zwierzętom nadano tyle praw, to dlaczego nie mają ich otrzymać minerały, jeśli nawet one wykazują pewne cechy psychiczne? Zostanie to wysłuchane, no i w parlamencie postawić będzie trzeba próbki poszczególnych minerałów.

Oczywiście, za każdym razem będą towarzyszyć lewackim demagogom współcześni odpowiednicy Trofima Denisowicza Łysenki. Będą oni swoim autorytetem podpierać, to co lewicowe mózgi stworzyły w pocie czoła, aby ludzkość wynieść na wyższy poziom rozwoju. Przecież światopogląd lewicy już wielokrotnie był przedstawiany jako naukowy - czy to był nazizm, czy komunizm, czy też współczesna politycznie poprawna mutacja socjalizmu. Oczywiście to, że poprzednie "naukowo udowodnione" systemy doprowadziły do śmierci kilkuset milionów ludzi, lewicy nie przeraża. Przecież to ludzie nie dorośli albo indywidua wyjątkowo niemoralne zabrały się za budowę raju na Ziemi. Trzeba więc próbować dalej, może się za tym razem uda, a jak nie, to za następnym...

Ponieważ obecnie cały świat skręca na lewo, możemy dożyć absurdów jeszcze większych niż wyżej opisane. Ale czego przeciwna strona barykady nie zrobi, aby wszyscy mieli po równo?

niedziela, 20 grudnia 2009

Banda czworga

Przeczytałem ostatnio tekst Edmunda Dantesa Chłopcy do bicia III RP. Poczułem się w istotny sposób urażony. Tekst zawiera socjalistyczne projekcje na temat gospodarki wolnorynkowej. Najlepsze, że nie pierwszy raz PO kojarzona jest właśnie z takim dzikim kapitalizmem, którego de facto oni nie wyznają. Skojarzenie wolnorynkowej - i co by nie mówić, zdrowej - gospodarki z jakimkolwiek popieraniem PO to błąd w rozumowaniu. Na nim opiera się cały przywoływany tekst. W założeniach mamy do czynienia z następnym błędem logicznym. Tworzy się tutaj fałszywą dychotomię między PiS a PO, jakoby te ugrupowanie miałyby się od siebie znacząco różnić. To powielanie propagandowej tezy, gdzie z jednej strony są rycerze światła, a z drugiej bestie do zwalczenia. Kto zajmuje tam jaką rolę, zależy od sympatii, czy skierowane w kierunku PiS, czy też PO.

Śmiem twierdzić, że to uleganie medialnej propagandzie. PO bowiem ekonomicznie leseferystyczna nie jest. Podnosi podatki i wprowadza nowe, rozmnaża biurokrację itd. Ta rzekoma wolnorynkowość PO wynika z tego, że sami sobie nadali miano "liberałów", co w naszym kraju ma jasne konotacje. Wypadałoby spojrzeć na sprawę trzeźwo. Czy w ogóle partie obecnego politycznego głównego nurtu różnią się w taki znaczący sposób?

Swego czasu ukuto termin "banda czworga". Chodziło o to, że poszczególne partie w głównym nurcie polityki praktycznie się od siebie nie różnią. Owszem, można wymieniać, że jedni zrobili to, drudzy tamto, jeszcze inni jeszcze coś innego. Ale czy nie są to tak mało znaczące liczby jak dziesiąte miejsce po przecinku? Wypada się zatem zastanowić, czy banda czworga naprawdę istnieje, czy nie jest jedynie chybioną myślą Janusza Korwin-Mikkego?

Zobaczmy, co poszczególne ugrupowania myślą o niepodległości Polski. Jak przyszło co do czego to wszystkie bez wyjątku poparły Targowicę bis. Wiadomo po von Thusku nie należało się spodziewać niczego innego, w końcu swego czasu pisał, że polskość to nienormalność. Pokładano jednak nadzieję w Kaczyńskim. Ten odmieniał "Polska" przez wszystkie przypadki. A jak przyszło co do czego, to za traktatem degradującym nasze państwo do Nadwiślańskiej Europejskiej Republiki Socjalistycznej bez wahania zagłosował. Można tu rozważać, kto jest większym łgarzem. Taki von Thusk czy Al-Kwaski jasno mówili, w jakich to organach mieli Polskę. Przyznawali to przynajmniej bez ogródek. Taki Kaczyński natomiast... mydlił oczy narodowo-katolickiemu elektoratowi, żeby od jego partii się nie odwrócił. Wiadomo potem, co zrobił; doprowadził do kasacji państwa polskiego.

Wszystkie obecne w głównym nurcie ugrupowania są za tym, żeby Polska była zależna od woli większych decydentów. Kiedyś była Moskwa, teraz mamy Brukselę. Stare powiedzenie mówi, że historia się kołem toczy. Po środowiskach postkomunistycznych i udeckich niczego innego się spodziewać nie można było, przecież jedni wywodzą się z natolińczyków, a drudzy z puławian. PiS, rzekomo taki za niepodległością, okazał się od nich niczym nie różnić.

A kwestie światopoglądowe i obyczajowe? Wszystkie partie obecne w parlamencie, zatem mające wpływ na prawną rzeczywistość, są za modernizmem w tej dziedzinie. O postkomunistach czy udecji wypowiadać się tutaj nie ma po co, bo jaki koń jest, to każdy widzi. Teraz, czy PiS się tak od nich różni? Przecież światopogląd Kaczyńskiego to ROAD pomieszany nieco z antykomunizmem. On nie pozwoli, żeby partia pod względem światopoglądowym za bardzo skręciła na prawo, ponieważ kłóci się to z jego lewicowymi przekonaniami w tej dziedzinie (nie tylko zresztą). Trzeba być jednak na tyle konserwatywnym, żeby niszę narodowo-katolickiego elektoratu utrzymywać. Przy okazji nie należy doprowadzić do sytuacji, w której ci ludzie pójdą i zagłosują na jakąś inną partię. Jawny światopoglądowy permisywizm do tego mógłby doprowadzić. Tak to się go chowa pod dywanem. Z tego powodu mało kto krzyczy, iż król jest nagi - poza nielicznymi niezależnymi obserwatorami. Nikt również nie zwraca uwagi na to, dlaczego Kaczyński zwrócił się w kierunku takiego, a nie innego elektoratu. Nisze były już zagospodarowane. Gdyby miał lepszy refleks, to dzisiaj pewnie oglądalibyśmy go jako mędrca z namaszczenia Gejety Wyborczej. Ludzie interesują się jednak partyjniactwem, a nie polityką. To, co było dwa tygodnie temu, już się nie liczy. A początek lat dziewięćdziesiątych... przecież to tak odległe dzieje jak egipskie piramidy.

Jeżeli ktoś potrzebuje empirycznych dowodów, to niech przyjrzy się jak to PiS głosował na przykład w sprawie kary śmierci. Wtedy nawet tego nie poczynił, ponieważ cały klub parlamentarny opuścił salę obrad. W przypadku poprawki do ustawy zasadniczej lansowanej przez Marka Jurka doszło do wyłamania się części posłów PiS, w efekcie to upadło. Wspomnieć wypada również o wypowiedziach Nelli Rokity czy Kluzik Rostkowskiej na temat aborcji. No i jak tu nie mówić o bandzie czworga? Zarówno Tusk, Kaczyński jak i Napieralski myślą o tym tak samo.

Na zakończenie zostają względy gospodarcze oraz konstrukcja państwa. Wszystkie obecne w parlamencie partie zgadzają się na to, że ma być podatek dochodowy. Nie ważne, czy to liniowy, czy progresywny, to jest w tym przypadku drugorzędne. Tak samo wszystkie uważają, że powinien być przymus szkolny czy ubezpieczeniowy. Oni myślą, że państwo powinno bezpośrednio ingerować w gospodarkę, są zwolennikami państwowych przedsiębiorstw. Uważają, że gospodarka powinna być reglamentowana w jak największym stopniu. Jednym z najbardziej widocznych skutków ich rządów jest przyrost biurokracji w tempie geometrycznym. Obecnie mamy tego ponad dwa razy więcej niż w PRL. Wszystkie partie obecne w głównym nurcie to zwolennicy państwa socjalistycznego z państwowymi monopolistycznymi molochami, takowymi służbą zdrowia, ubezpieczeniami, szkolnictwem, opieką społeczną itd. Nikt nie twierdzi, że można inaczej. Przecież na państwo mogą składać się armia, policja, sądy, system penitencjarny oraz podstawowa infrastruktura.

Wszystkie obecne tam partie popierają również proporcjonalną ordynację wyborczą oraz model kohabitacji. Nikomu nie zależy, żeby wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze - to już lepsze niż to, co mamy obecnie, chociaż nie bez wad - oraz republikę prezydencką. Ale nie... to by zagroziło interesom obecnych partii, więc się tego nie zrobi.

Patrząc na to wszystko. Mamy jednym słowem bandę czworga i nie jest to żaden wymysł z kosmosu. Ktoś mi powie, że i tak trzeba głosować na PiS? A czy za systemu sprzed roku 1989 opłacało się bardziej głosować na SD czy ZSL niż na PZPR? Chyba nie. Tak więc głosując na partie obecne obecnie w parlamencie popiera się tą bezkształtną magmę. Oni tam siedzą już dwadzieścia lat i nic pozytywnego nie zrobili. Wszystko zostało wręcz zaprzepaszczone. No i jak można takich ludzi popierać, widząc jeszcze w części z nich ostatnich sprawiedliwych?

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Fatalne zauroczenie

Pewne rzeczy w młodości przerabia się jak ospę. Swego czasu poczułem wyjątkowo silne uczucie do takiej jednej dziewczyny. Wiadomo, co się dzieje, jak się takich rzeczy doświadcza. Obiekt uczuć ulega pewnej mitologizacji. Tak i było w moim, jak się później okazało, nieszczęśliwym przypadku. Sam zbierałem skamieniałości i owady, ona raczej była zainteresowana ptakami. Myślałem, skoro pewna wspólnota zainteresowań, że może coś z tego będzie. Dosyć długo się łudziłem. Spotkałem ją na później na studiach na Biologii. Postanowiłem kupić kwiaty i książkę, zrobić jej prezent. Poszedłem do niej przed ćwiczeniami. Uświadczyłem ze strony tej dziewczyny nieprawdopodobnego chamstwa, impertynencji i obskurantyzmu - tak to odebrałem wtedy jako człowiek o pewnej ogładzie, tak to również odbieram obecnie. Po tych słowach, jakie padły z jej ust, czułem kaca moralnego. Później sobie uświadomiłem, że istota to zarówno przeciętnej urody jak i inteligencji; zwykła szara myszka, a nie żadna Jedna Jedyna.

Historia ta jest bardzo pouczająca. Obiekt uczuć potrafi być mitologizowany. Swego czasu myślałem, że tamta dziewczyna rzeczywiście wyróżnia się. Ponieważ na Biologii zawsze jest totalna seksmisja jak u dafni czy patyczaków, porównywałem ją z innymi po całym zajściu - jako umysłowość analityczna, no i stwierdziłem, iż nie stanowi ona w istocie specjalnego. Dokonałem ostatnio pewnej obserwacji, w wyniku czego tamte zajścia przypomniały mi się. Otóż niektórzy z nas doświadczają swoistego fatalnego zauroczenia. Chodzi mi tutaj o dużą część prawicowej blogosfery. Znaleźli oni sobie taki obiekt jednostronnych uczuć. Mam na myśli pewne ugrupowanie polityczne głównego nurtu uważane przez nich za lepsze od Tusków, Olejniczaków i Pawlaków.

O PiS, rzecz jasna.

Poczułem się ostatnio zdegustowany pewnymi działaniami ludzi związanych z tą partią. Mam tu na myśli podpisanie aktu kasacji Polski przez (p)rezydenta Lecha Kaczyńskiego. To, co on wyprawił, nie można inaczej określić jak stypa. Postanowiłem w końcu pewne rzeczy z siebie wyrzucić. Swego czasu bowiem uważałem, że mimo różnic poglądów, to PiS chce dobrze i nawet kiedy głosowałem na UPR nie posuwałem się do zbyt ostrej krytyki. Myślałem raczej o jakimś froncie zjednoczenia prawicy. Skłonny byłem ignorować interwencjonistyczne i socjalne zapatrywania braci Kaczyńskich, mając na uwadze wartości wypływające z naszego dziedzictwa kulturowego. Po tym jak PiS się wielokrotnie podłożył, kielich goryczy się przelał. To po prostu element "bandy czworga".

Kolega Spitfire napisał do mojego tekstu polemikę. Porównał moje zachowanie i kilku innych dysputantów krytykujący partię braci Kaczyńskich do średniowiecznego plemienia Jaćwingów. Uznał, że to co robimy, to zwykła donkiszoteria. Napisał, iż Kaczyński musiał podpisać traktat, żeby nie zostać do reszty pogrążony przez media, jak również utrzymać się na scenie politycznej jako gracz. Założył, że to była gra na zdobycie części elektoratu wśród euroentuzjastów... Więcej, napisał bez uzasadnienia, że nie ma bandy czworga i że to tylko urojenie Janusza Korwin-Mikkego, a także iż PiS trzeba obecnie bezwarunkowo popierać. Uważam, że to nie wynika z niczego innego jak swoistego fatalnego zauroczenia.

Kaczyński nie musiał niczego podpisywać. Mógł utrzymywać status quo. Ponieważ podpisał, to przejdzie do historii w najlepszym wypadku jako odpowiednik króla Stasia. Najgorszy to zwykły, obłudny, mydlący oczy patriotycznemu elektoratowi zdrajca. Ten drugi wariant jestem skłonny poprzeć. Poza tym podlizywanie się mediom i postkomunie; czy to wypada? Czy tego my oczekujemy od polityków? Traktatu można było nie podpisywać i oponować. A media i tak znajdą sposób, żeby Kaczyńskiemu dokopać. Mówienie, że zostałby rozszarpany na kawałki przez to stado wygłodniałych hien, jest naiwne i infantylne.

Zdobycie elektoratu wśród euroentuzjastów to też jest zaiste ciekawy argument. Podpisanie się pod rzeczonym dokumentem jednakże nie spowoduje wzrostu ilości głosów na niego w wyborach prezydenckich czy też parlamentarnych. Raczej eurosceptycy będą zniesmaczeni - określenie eufemistyczne - no i prawdopodobnie do wyborów nie pójdą. Z punktu widzenia samego Lecha Kaczyńskiego istnieje również ryzyko, że przeniosą swoje sympatie polityczne gdzie indziej. Wówczas straci on poparcie swojego twardego elektoratu. Podpisując traktat lizboński, podciął sobie zatem gałąź, na której siedzi i prawdopodobnie wysłał siebie w polityczny niebyt. Pytanie teraz, jak silne jest u orędowników PiS to fatalne zauroczenie w stosunku do "geniuszy" z Żoliborza oraz ich ugrupowania. Mówi się, że spora część elektoratu PO jest negatywna. Czy zatem wśród PiS nie istnieje też taki, tylko z zamienionymi zwrotami pewnych wektorów? Podejrzewać można istnienie pewnej części tak zatwardziałych, że będą bawić się w różne słowne wygibasy. Cel będzie jeden: udowodnić rację braci Kaczyńskich.

Fatalnego zauroczenia dowodzi chęć bezwarunkowego poparcia dla PiS jako jedynej formacji rzekomo pilnującej interesów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Bardzo pięknie pokazała ona wszystkim jednostronnie zakochanym swój gluteus maximus w ostatnim okresie. To nie von Thusk ani Al-Kwaski podpisali akt kasacji Polski. To zrobił uwielbiony przez nich niedoszły wódz IV Rzeczypospolitej. Bezwarunkowe poparcie dla Kaczyńskich sprowadza się do opinii, że mieli oni rację, mają i będą mieć. To świadczy o bezkrytycznym doń podejściu, a zatem niczym innym jak właśnie fatalnym zauroczeniu.

Powołano się tu jeszcze na Sun Tzu. Wiadomo, że czasem lepiej poświęcić figurę w szachach bądź nawet dywizję w rzeczywistej wojnie, żeby zwyciężyć. Ale szanse na to maleją, kiedy jest się ze wszystkich stron szachowanym. Do takiego stanu doprowadził Kaczyński. Teraz tylko czekać aż padnie "szach i mat" przy tej retoryce.

Tak samo obrażanie się na pojęcie banda czworga. Może zostało ono ukute przez wesołka, który niedawno na Krakowskim Przedmieściu palił flagę Euro-ZSRR. Nie zmienia jednak faktu, że jest ono zadziwiająco trafne. Czy bowiem te ugrupowania różnią się pod względem proponowanych rozwiązań ustrojowych? Wszystkie popierają na przykład proporcjonalną ordynację wyborczą. Tak samo zarówno PiS, PO, SLD jak i PSL to zwolennicy państwa opiekuńczego oraz biurokracji jeszcze większej niż w PRL. To przeciwnicy niepodległego państwa polskiego, co wykazali niezbicie przez ostatnie dwadzieścia lat. Są to również mniej lub bardziej zatajeni zwolennicy obyczajowej progresji - tyle że jedni mydlą oczy, a drudzy mówią czego chcą wprost. Wyraźnie odróżniającej się partii w tym całym interesie tam nie ma. I jak tu nie mówić o "bandzie czworga".

Spitfire napisał również, że formacja czysto prawicowa nie ma obecnie szans. Nakazuje oddawać głos na tzw. centroprawicę. Twierdzi, że prawica w obecnych czasach musi zawierać jakiś element socjalizmu. Nie wiem, z jakich przesłanek to wynika, że konserwatyści mają pewne ustawodawstwo tego typu poprzeć. Chciałbym się tego dowiedzieć. Czy to argumentacja wywodząca się ze swoistego ducha czasu? Jakoś jestem sobie wyobrazić państwo przy obecnym stopniu rozwoju naukowo-technologicznego, które ma właściwe rozmiary. Czy to ma być uprawianie taniego populizmu i ściganie się w tej dyscyplinie z partiami lewicy?

Nie chciałbym tutaj dawać trafnej diagnozy. Mam niezbite wrażenie, że wielu prawicowców ogarniętych zostało fatalnym zauroczeniem. Wyłączyło to u nich krytyczne myślenie, co powoduje, że popierają formację tak naprawdę centrolewicową. A to nie wróży dobrze na przyszłość. Skończy się tak, że za prawicowe będziemy uznawać formacje typu UMP czy CDU stojące bardziej na lewo niż SLD. Gdy się zaczyna iść na kompromisy w kwestiach ideowych, to najpierw oddaje się palec, potem całą rękę. To idzie jak domino i nie wiemy, kiedy się zatrzyma.

Post scriptum. Zaznaczam, że jestem niezależnym konserwatystą, co już niejednokrotnie podkreślałem. Posiadam poglądy, a nie partyjne barwy. Czynię tą uwagę celem wykluczenia oskarżeń o bycie agenturą wpływu.

niedziela, 6 grudnia 2009

Szczyt obłudy: jaką partią jest PiS?

Traktat lizboński został podpisany przez rzekomo narodowo-konserwatywnego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Wcześniej uzależnił on swoje "za" albo "przeciw" od ponownego referendum w Irlandii; jakże ciekawa jest ta unijna demokracja! Ponieważ mieszkańcy celtyckiego tygrysa opowiedzieli się po medialnym praniu mózgu za kasacją swojego państwa, to samo poczynił prezydent Rzeczypospolitej Polski. Nie doszło do jakiś aktów na zasadzie "nie chcem, ale musiem", parafrazując Wałęsę. Tu było zupełnie co innego. Zrobił to przy blaskach fleszy, zapraszając wcześniej całą śmietankę międzynarodowego lewactwa z Brukseli.

Gdybym wcześniej oddał głos na PiS, czułbym teraz gigantycznego moralnego kaca. Najprawdopodobniej jako zwolennik Polski jako państwa suwerennego, a nie fragmentu jakiegoś neontologicznego ZSRR, wycofałbym dla tej partii poparcie. Uznałbym to za szczyt obłudy: tu się mówi o silnej Polsce, a z drugiej strony degraduje się nasze państwo do rangi jakiejś Nadwiślańskiej Europejskiej Republiki Socjalistycznej. Szczęśliwie się jednak złożyło, że póki co oddawałem głos na Unię Polityki Realnej i Prawicę RP. Udało mi się jakoś na taki dziwaczny kompromis nie pójść. Jakoś ciężko mi zrozumieć osoby o poglądach narodowo-konserwatywnych głosujące na taką partię. Dla mnie to stanowi jakąś kwadraturę koła.

Żeby ten problem sobie uzmysłowić, należy dokładnie przeanalizować, jaką partię stanowi PiS? Jakie poglądy prezentują jego twórcy, czyli bracia Kaczyńscy? Czy zatem zwolennicy PiS o poglądach prawicowych sensu stricto nie idą na zbyt wielkie ustępstwa?

Głosowanie nad aktem kasacji Polski jako państwa, to jedno. W Polsce głównym determinantem, kto jest na prawicy, a kto na lewicy, to stosunek do kwestii obyczajowych i światopoglądowych. Przyjrzyjmy się zatem, jak to PiS głosował jako partia rzekomo "narodowo-konserwatywna". (Zresztą jako national conservative określana jest również przez zachodnich publicystów). Swojego czasu próbowano wprowadzić projekt dotyczący wprowadzenia do konstytucji zapisu dotyczącego zakazu aborcji. Spokojnie by to przeszło, gdyby część posłów właśnie PiS się nie wyłamała i zagłosowała przeciwko. Innym jaskrawym przykładem jest uwalenie ustawy lustracyjnej i dekomunizacyjnej. Znowu doszło do wolty części PiS-u. Dziwne byłoby, gdyby coś takiego w ogóle nie miało miejsca. W końcu część członków PiS - nie ma co takich rzeczy chować pod dywan - podcięłaby sobie gałąź, na której siedzi. To dawni członkowie PZPR. Kiedy było głosowanie na temat kary śmierci, cały klub parlamentarny PiS opuścił salę obrad. Zachował się jak klasyczna lewica znana z pobłażliwości wobec bandytyzmu. Lansowano swego czasu ustawę mającą zakazać produkcji i dystrybucji pornografii. Projekt też upadł. W końcu głosowanie dotyczące ustanowienia Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Tak było za czasów II RP, dopiero komuniści zlikwidowali. I nic z tego nie wyszło. Wychodzi na to, że PiS dużo gada, a jak przychodzi co do czego, to wszystko ramoli, jak leci. Po przeanalizowaniu stosunku partii do wyżej wymienionych postulatów, należy uznać ją za światopoglądowo lewicową.

Przypomnieć tutaj należy słynne porównanie szamba do perfumerii dokonane przez ojca Tadeusza Rydzyka. Skwitował on tak zachowanie małżonki prezydenta, która zaprosiła działaczki na rzecz wyimaginowanych "praw kobiet" (a kiedy przyjdzie czas na Front Wyzwolenia Minerałów?). Również swego czasu Nelly Rokita wypowiadała się jak najbardziej zagorzała feministka. Jaką partią zatem może być pod względem światopoglądowym PiS? Tak samo sprzeciwia się dostępowi cywili do broni palnej. No i taką partię mamy nazywać prawicową bądź konserwatywną? To byłby chyba kiepski żart.

Wypada również przy tej okazji zwrócić stosunek tego ugrupowania do konstrukcji państwa i kwestii gospodarczych. PiS sprzeciwia się decentralizacji. Opowiada się za istnieniem państwowych przedsiębiorstw - kopalń, elektrowni, fabryk broni, banków, giełdy, petrochemii, zakładów produkujących leki czy nawozy sztuczne, poczty, kolei oraz innych narodowych przewoźników. Postulował nacjonalizację stoczni, a jeszcze wcześniej śmieciarzy. W tym ostatnim chciał wprowadzić jeszcze podatek śmieciowy. Za czasów sławetnej koalicji próbowano przeforsować ustawę, która pozwoliłaby znacjonalizować przedsiębiorstwo, jeżeli zostałoby uznane ono za strategiczne. PiS wyraża również opór wobec prywatyzacji służby zdrowia. Tak więc PiS nie ma nic wspólnego z prawicową koncepcją państwa, kiedy zajmuje się ono bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym, egzekucją i stanowieniem prawa oraz podstawową infrastrukturą; cała reszta znajduje się natomiast w rękach prywatnych.

Reasumując, patrząc na kwestie światopoglądowe oraz ekonomiczne mamy tutaj do czynienia z typową partią lewicową w obecnym wydaniu. To nawet nie narodowa lewica jak LPR czy Samoobrona, tylko zwykła socjaldemokracja. Co zatem taka partia robi po prawej stronie sceny politycznej? Trzeba tutaj odwołać się do historii. Kaczyński w swojej wczesnej karierze od "prawej nogi" się odcinał. Mówił na przykład, że ZChN na najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski. Jego światopogląd to była udecja lekko zabarwiona antykomunizmem. W końcu nie znalazł się w UD tylko dlatego, że znajdowałby się tam niżej niż kosze na śmieci. Wszystkie ważne stanowiska zostały już bowiem obstawione. Trzeba było zatem znaleźć odpowiednią niszę. Tą okazał się narodowo-katolicki elektorat. Mamy zatem wyjaśniony cały fenomen Kaczyńskiego.

Ktoś może tutaj powiedzieć, że dlaczego w takim razie media tak go atakują? Swojego czasu Szabas Zeitung krytykowała bardzo mocno Wałęsę, że to autokrata, dyktator, ergo antysemita. Gdy okazało się, że Wałęsa był "Bolkiem" czy oddawał mocz do wody święconej, stał się świeckim świętym z namaszczenia bunkra z Czerskiej. Tu mamy zatem do czynienia z cyklami koniunkturalnymi. Teoretycznie możemy sobie wyobrazić, że Kaczyński też zostałby świeckim świętym z namaszczenia odpowiednich wydawnictw czy komercyjnych stacji radiowych albo telewizyjnych. Wracając jednak do tematu różnych anatem pod adresem PiS... Przecież musimy wiedzieć, że czy to PiS, PO, SLD czy PSL, to nie ma żadnego znaczenia. To wszystko jedna banda czworga. Skutkiem jej rządów jest jedynie większa progresja światopoglądowa oraz biurokracja przyrastająca w tempie geometrycznym. To kukiełkowy teatrzyk rozgrywany przed niezorientowanymi wyborcami. Trzeba zatem znaleźć jakiś szwarccharakter, no i taki jest - ten Kaczyński, któremu przyprawia się "prawicową" bądź nawet "ultraprawicową" gębę (w zamyśle faszysta, klasyczna lewicowa projekcja). Jako całkowite antypody tego wykreowanego Ciemnogrodu wynajduje się inne ugrupowanie. Teraz za takiego robi Tusk, ale możliwe, że on się władcom kukiełek może znudzić, wówczas zostanie wymieniony na lepszy model. Taki sam los może również spotkać drugą stronę, czyli Kaczyńskiego. Nie wiadomo, czy role się nie odwrócą. Swego czasu taki Niesiołowski, gdy grzmiał na Kwaśniewskiego per "pornoprezydent", robił za niedobrego wilka lub smoka z baśni. Teraz robi za jakiegoś rycerza rozprawiającego się z takimi bestiami.

Do zwolenników PiS: no i jaki sens popierać bandę czworga?