Dzień 21 października 2007 roku pamiętam dosyć dobrze. Poszedłem wtedy na wybory, zagłosowałem na Ligę Prawicy Rzeczypospolitej z nadzieją, że wreszcie uda się przełamać pięcioprocentowy próg wyborczy i wprowadzić do parlamentu trochę nowej krwi. Oczywiście, zamiast około 10%, jak wcześniej zakładali dostali tylko 1,3% poparcia. Wiadomo, odczułem trochę moralnego kaca, z drugiej strony zagłosowałem zgodnie z przekonaniami. Tego dnia stała się rzecz o wiele groźniejsza. Do władzy w Polsce dorwała się partia w założeniu konserwatywno-liberalna znana nam wszystkim jako PO. Widząc, kto wygrał wybory, wiedziałem, że do władzy doszli bezideowi grandziarze. Teraz po niecałych dwóch latach rządów widzę, że się nie myliłem ani o jotę.
Zacznijmy od tego, co miało być największym atutem PO, na który nabrała się część osób o wolnorynkowych przekonaniach. Chodzi tutaj o ekonomiczny liberalizm. Miało być uproszczenie życia przedsiębiorcom, podatki trzy razy 15% (PIT, CIT, VAT) et consortes. Co się natomiast dzieje?
Uproszczenie i obniżenie podatków okazało się być propagandową mrzonką. PO wcale nie ma w ogóle zamiaru zmniejszać fiskalizmu w Polsce. Ostatnio zaproponowali podniesienie podatku VAT - podstawowej stawki z 22% na 23% oraz na pewne usługi, w tym hotelarskie (w tym przypadku z 7% do 22%). Co to oznacza? Do Polski nie będzie się opłacało w ogóle przyjeżdżać na wczasy. Ludzie zaczną wybierać zagranicę z powodu niższych cen tych usług (mimo, że w euro!). Nie mówię już, ile pensjonatów i hoteli z tego powodu upadnie... Poza tym podnoszenie podatków pośrednich jest pozbawione sensu, ponieważ zmniejsza konsumpcję, a co za tym idzie - wpływy do budżetu państwa. To jednak nie pierwszy przypadek u obecnego (nie)rządu. W zeszłym roku chcieli podnieść akcyzę na paliwa, tak samo już wiadomo, że wzrosną ceny papierosów i alkoholi. No i takie to mamy ograniczanie fiskalizmu... Poza tym od zawsze PO trąbiło o liniowej stawce podatku dochodowego od osób fizycznych. Tylko wygrali wybory, to oni o tym zapomnieli. Dalej będziemy mieć podatkową progresję. PO również ani myśli rozprawić się z podatkiem Belki od transakcji giełdowych.
Gdyby PO było partią choć w najmniejszym stopniu liberalną ekonomicznie, dążyłaby do tego, żeby Polska w UE mogła prowadzić niezależną politykę celną i fiskalną. Przecież to dzięki UE VAT na większość towarów i usług wynosi 22%, bo taką oni ustanowili podstawową stawkę. Nie możemy również samodzielnie decydować o zmniejszaniu taryf celnych, ponieważ tutaj też istnieją unijne obwarowania. Powinien już być dawno wystosowany dokument dotyczący utrzymania niezależności w tych kwestiach. Niestety, PO upaja się mitami o wolnym rynku w UE - a mamy tam centralne sterowanie rodem z komunizmu. Jak kiedyś stwierdził Janusz Korwin-Mikke, UE to strefa szalejącej biurokracji.
Jak jesteśmy przy UE, powinni również wywalczyć co najmniej okres przejściowy, po którym tamta biurokracja w Brukseli mogłaby narzucać swoje normy dotyczące ochrony środowiska oraz sanitarne. Piszę "co najmniej", ponieważ taka partia - w założeniach konserwatywno-liberalna - walczyć powinna w ogóle o ich zniesienie, a przy okazji autonomię państw członkowskich w tym zakresie. Niestety, nie dostrzegają kuriozów takich jak unijne normy na rozmiar jabłek, krzywiznę ogórków bananów, przechowywanie odchodów zwierząt itd. Tak samo niedługo samochód będzie można naprawiać tylko i wyłącznie w serwisie firmy, która jest jego producentem. To też unijny wymysł, o którym jest zadziwiająco cicho. Jak zaznaczyłem wyżej, partia deklarująca się jako liberalna pod względem ekonomicznym, powinna z takimi rzeczami walczyć, uważając je za absurdy na kółkach.
PO miała ułatwiać życie przedsiębiorcom. Pracuje komisja "Przyjazne państwo" i jakoś nic się nie dzieje w tym zakresie. Przykład stanowi tutaj podniesienie stawki VAT. Więcej, PO wprowadziło takie zmiany w prawie budowlanym, że bez zgody urzędnika nie można na swojej ziemi nawet altanki postawić czy zrobić kapitalnego remontu swojego domu. Nie szykuje się również żadne uproszczenie prawa geologicznego. Dzięki PO mamy już 300 rodzajów działalności gospodarczej związanym ze wszelkimi pozwoleniami, koncesjami i licencjami. Taka partia powinna dążyć do ich ograniczenia. Wyciera sobie jednak swoimi własnymi założeniami tyłek. Nie tak dawno temu wprowadzono aż 30 pozwoleń na usługi około-medyczne, takie jak na przykład salony masażu. Co się dzieje w związku z tym, mamy znowu rozmnożenie biurokracji.
Liberalizm ekonomiczny PO, hucznie przez nich ogłaszany, mamy zatem rozliczony. Platforma Obywatelska okazała się być partią zwyczajnie socjalistyczną. Teraz pora się rozprawić z ich tzw. łagodnym konserwatyzmem. Abstrahuję już od tego, że przywódca tej partii, Donald Tusk, konserwatystą na pokaz stał się dopiero w 2005 roku, kiedy bierzmował się i wziął ślub kościelny. Wcześniej był to zagorzały antyklerykał i ateista, obnoszący się z tym, sprzeciwiał się również wprowadzaniu przepisów antyaborcyjnych.
Już na początku rządów PO wystąpiła z projektem refundacji zapłodnienia in vitro. Podchodząc od strony liberalizmu ekonomicznego, to projekt najzwyczajniej w świecie socjalistyczny. SLD by się czegoś takiego nie powstydziło. Oni powinni dążyć, aby stopniowo zmniejszać ilość zabiegów refundowanych albo w ogóle sprywatyzować służbę zdrowia czy ubezpieczenia. Równie dobrze jak refundacji zapłodnienia in vitro mogliby się domagać, żeby to samo czyniono w przypadku chirurgii plastycznej. To jedna rzecz. Secondo: nie mają oni żadnych dylematów moralnych dotyczących IVF, jak powstawanie zarodków w tysiącach sztuk?
Janusz Palikot swojego czasu chciał dyskusji na temat eutanazji. Zdaję sobie sprawę, że zostało to podjęte jako temat zastępczy celem maskowania nieróbstwa obecnego gabinetu. Można zatem podejrzewać, iż była to zagrywka na poziomie jego wygłupów - jak czytanie pracy doktorskiej prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego czy paradowanie z gumowym fallusem. Jednak samo podjęcie tego tematu wskazuje nie na żaden konserwatyzm światopoglądowy, tylko zwykły libertynizm. Można podejrzewać na podstawie pewnych przesłanek, że libertyńskie przekonania w PO są na porządku dziennym. Przecież Jarosław Gowin powiedział kiedyś, że to go w tej partii uwiera.
Jakkolwiek jestem zwolennikiem totalnej prywatyzacji szkolnictwo, zniesienia bolszewickiego przymusu szkolnego oraz odpowiedzialności rodziców za swoje dzieci, zdaję sobie sprawę, że w obecnych demokratycznych warunkach przeprowadzenie takiej operacji byłoby niewykonalne. Jestem zatem zmuszony popierać jakiś model oświaty państwowej z programem ustalanym przez MEN. A co robi PO w tej dziedzinie? Psuje to, co nie zdążyły zepsuć wcześniejsze gabinety. Obecna minister edukacji, Katarzyna Hall, w ogóle nie myśli, jak posprzątać stajnię Augiasza, jaką w ostatnich latach stało się polskie szkolnictwo. Nikt nie dba o to, aby zwiększyć efektywność edukacji, zadbać o porządek w szkołach, które stały się swoistymi ludzkimi zoo czy zwiększyć wymagania programowe. Obecnie mamy do czynienia z pogłębianiem chaosu, jaki zapanował w polskim szkolnictwie dzięki Wittbrodtowi, Handke czy Łybackiej.
Partia tego pokroju powinna bronić niepodległości państwa oraz dbać o jego międzynarodową pozycję. Co natomiast robi PO? Prowadzi dyplomację tak, jak wszystkie wcześniejsze gabinety za wyjątkiem rządu Kaczyńskich, czyli "politykę brzydkiej panny bez posagu", jak to ongiś określił Władysław Bartoszewski. Ta godna jest jedynie Vidkuna Quislinga. PO jednomyślnie głosowała za kasacją Państwa Polskiego, czyli za traktatem lizbońskim.
Na tej podstawie nie trudno określić zresztą, co to za ugrupowanie. To zwykła lewicowa partia, która z prawicą nie ma nic wspólnego poza na siłę przypinanym szyldem. Niczym się nie zajmuje - poza rozmnażaniem biurokracji i wprowadzaniem kolejnych prawnych kuriozów, nawet deklaruje, to że nie ma zamiaru kompletnie nic robić. Mimo to ludzie te rządy "miłości" - po pobiciu aktorki grającej w spotach PiS wypada ten wyraz pisać w cudzysłowie - popierają. Joseph de Maistre powiedział kiedyś, że naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Oby w tym przypadku się mylił...
środa, 10 czerwca 2009
wtorek, 9 czerwca 2009
Imigranci, asymilacja, mniejszości
Rządząca lewica ma zwyczaju generowanie problemów. Czasami zrobią tak, że wszystko jest państwowe: wtedy nawet po taki towar jak papier toaletowy stać trzeba w kilometrowych kolejkach. Obecnie nie wycofali się z tendencji nacjonalizowania. Barack Obama upaństwowił przecież General Motors. Lewicowość gospodarcza obecnie jednak nie rzuca się tak mocno w oczy jak wszelkie wspieranie różnych dziwnych mniejszości, które stały się wręcz nowym proletariatem. Klasyk lewicy Gramsci stwierdził, że jeżeli można wywrócić gospodarkę, to samo da się uczynić z obyczajowością. Tak samo uważali członkowie szkoły frankfurckiej jak Adorno, Marcuse czy Horkheimer. Nazwane to zostało - i to przez samą lewicę - kulturowym marksizmem.
Zaczęto zatem wyzwalać kobiety, homoseksualistów, dzieci, zwierzęta, a także różnych imigrantów. Pojawiła się polityczna poprawność, która zakazuje pewnych rzeczy nazywać po imieniu. Więcej imigranci czy różne mniejszości mające całkowicie w poważaniu kraj, w którym przyszło im zamieszkać, stały się istnymi świętymi krowami z Kalkuty. Nie można o nich nic złego powiedzieć, żeby nie narazić się na ostracyzm i przypięcie łatki - czy to "rasisty", "antysemity", "faszysty" itd.
Powiedzmy sobie szczerze. W wielu miejscach imigranci bardzo się rozochocili. Abstrahuję już od tego, że w ogóle nie pracują i ciągle żyją na zasiłki. Nie wykazują żadnej chęci asymilacji. Izolują się od całej reszty społeczeństwa. Dochodzi wręcz do mordów na tle religijnym. W samym Monachium to kilkanaście przypadków. Imigranci wywołują również wszelakie burdy - w 2006 roku we Francji doszło do zamieszek. Poza tym jeżeli w tym kraju w nocy spłonie mniej niż 100 samochodów, to należy uznać ją za spokojną. Co więc należy w takiej sytuacji począć?
Odpowiedź jest prosta. Jeżeli chcą się izolować, to powinni tak zostać potraktowani. Te getta, w których mieszkają odgrodzić się powinno wysokim murem od autochtonów. Wówczas skończyłaby się zabawa. Tylko, że w "politycznie poprawnej" Europie taki pomysł zostanie sklasyfikowany jako kuferek faszyzmu. Nawet nie będzie dyskusji, tylko od razu przypięcie łatki. Pomysł z izolacją ma kilka zalet. Po pierwsze spadnie ilość rozbojów, podpaleń czy morderstw na tle religijnym, które są chlebem powszednim w krajach ze dużą napływową mniejszością muzułmańską. Secondo: imigranci zauważą, że nie są mile w danym państwie widziani; może tak być, że izolacja zacznie im się mocno dawać we znaki. Wówczas mamy problem w zasadzie rozwiązany. Jeszcze jakby zlikwidować do tego socjalizm...
Niektórzy uważają, że imigrantów należy odsyłać do krajów ich pochodzenia. To swojego czasu sugerował Jean Marie Le Pen, kiedy stwierdził, iż należy całe rodziny tak traktować. Ja uważam, że wystarczy tylko pewien ostracyzm - właśnie w formie takiej izolacji. Wówczas istnieje prawdopodobieństwo, że nikt ich nie będzie zmuszał do wyjazdu. Po prostu wrócą tam, skąd przyszli.
Teraz pojawia się następne pytanie, czy ten problem nie jest ogólniejszy? Generalnie nie tylko muzułmańscy imigranci są taką kłopotliwą grupą, z którą polityczna poprawność nakazuje obchodzić się jak ze zgniłym jajkiem. Są jeszcze inne grupy etniczne, które sprawiają kłopoty. Przykładem są Cyganie. Normalną rzeczą jest, że w sąsiedztwie Romów dochodzi do kradzieży. Czy zatem nie wypadałoby się od nich zwyczajnie odgrodzić, stawiając mur. Tak zrobiono na przykład w Pradze i od razu wybuchły protesty lewaków, że jak tak w ogóle można. W takiej sytuacji nie ma miejsca na żadne dywagacje. Skoro Cyganie sprawiają kłopoty, to tak należy po prostu robić.
Lewica ma skłonność do wprowadzania prawnych bubli i debilizmów; ten fakt jest wręcz truizmem. Przykład obchodzenia się z imigrantami tego aż zbytnio dowodzi. Oby nie skończyło się to re-rekonkwistą...
Zaczęto zatem wyzwalać kobiety, homoseksualistów, dzieci, zwierzęta, a także różnych imigrantów. Pojawiła się polityczna poprawność, która zakazuje pewnych rzeczy nazywać po imieniu. Więcej imigranci czy różne mniejszości mające całkowicie w poważaniu kraj, w którym przyszło im zamieszkać, stały się istnymi świętymi krowami z Kalkuty. Nie można o nich nic złego powiedzieć, żeby nie narazić się na ostracyzm i przypięcie łatki - czy to "rasisty", "antysemity", "faszysty" itd.
Powiedzmy sobie szczerze. W wielu miejscach imigranci bardzo się rozochocili. Abstrahuję już od tego, że w ogóle nie pracują i ciągle żyją na zasiłki. Nie wykazują żadnej chęci asymilacji. Izolują się od całej reszty społeczeństwa. Dochodzi wręcz do mordów na tle religijnym. W samym Monachium to kilkanaście przypadków. Imigranci wywołują również wszelakie burdy - w 2006 roku we Francji doszło do zamieszek. Poza tym jeżeli w tym kraju w nocy spłonie mniej niż 100 samochodów, to należy uznać ją za spokojną. Co więc należy w takiej sytuacji począć?
Odpowiedź jest prosta. Jeżeli chcą się izolować, to powinni tak zostać potraktowani. Te getta, w których mieszkają odgrodzić się powinno wysokim murem od autochtonów. Wówczas skończyłaby się zabawa. Tylko, że w "politycznie poprawnej" Europie taki pomysł zostanie sklasyfikowany jako kuferek faszyzmu. Nawet nie będzie dyskusji, tylko od razu przypięcie łatki. Pomysł z izolacją ma kilka zalet. Po pierwsze spadnie ilość rozbojów, podpaleń czy morderstw na tle religijnym, które są chlebem powszednim w krajach ze dużą napływową mniejszością muzułmańską. Secondo: imigranci zauważą, że nie są mile w danym państwie widziani; może tak być, że izolacja zacznie im się mocno dawać we znaki. Wówczas mamy problem w zasadzie rozwiązany. Jeszcze jakby zlikwidować do tego socjalizm...
Niektórzy uważają, że imigrantów należy odsyłać do krajów ich pochodzenia. To swojego czasu sugerował Jean Marie Le Pen, kiedy stwierdził, iż należy całe rodziny tak traktować. Ja uważam, że wystarczy tylko pewien ostracyzm - właśnie w formie takiej izolacji. Wówczas istnieje prawdopodobieństwo, że nikt ich nie będzie zmuszał do wyjazdu. Po prostu wrócą tam, skąd przyszli.
Teraz pojawia się następne pytanie, czy ten problem nie jest ogólniejszy? Generalnie nie tylko muzułmańscy imigranci są taką kłopotliwą grupą, z którą polityczna poprawność nakazuje obchodzić się jak ze zgniłym jajkiem. Są jeszcze inne grupy etniczne, które sprawiają kłopoty. Przykładem są Cyganie. Normalną rzeczą jest, że w sąsiedztwie Romów dochodzi do kradzieży. Czy zatem nie wypadałoby się od nich zwyczajnie odgrodzić, stawiając mur. Tak zrobiono na przykład w Pradze i od razu wybuchły protesty lewaków, że jak tak w ogóle można. W takiej sytuacji nie ma miejsca na żadne dywagacje. Skoro Cyganie sprawiają kłopoty, to tak należy po prostu robić.
Lewica ma skłonność do wprowadzania prawnych bubli i debilizmów; ten fakt jest wręcz truizmem. Przykład obchodzenia się z imigrantami tego aż zbytnio dowodzi. Oby nie skończyło się to re-rekonkwistą...
Etykiety:
Cyganie,
imigranci,
lewica,
muzułmanie,
zoologiczna prawicowość
sobota, 6 czerwca 2009
Kronika postępującego absurdu: żydowskie roszczenia
Na tym świecie mamy do czynienia z wieloma absurdami. Przykładem są unijne normy na kształt ogórka czy wyrób oscypka. Gdybyśmy do UE nie należeli moglibyśmy się pośmiać jedynie z absurdów europeizmu; tak to jesteśmy stawiani z nimi coraz mocniej twarzą w twarz. Sytuacja jest w tym konkretnym przypadku tragikomiczna. Gdyby nie to, że takie polityczne rozwiązania się pojawiają, śmiało mogłoby się to stać kanwą filmu takiego jak Brazil Terry'ego Gilliama.
Są jednak absurdy dla nas o wiele bardziej niebezpieczne. Od 1996 roku organizacja o nazwie JWC domaga się od nas 65 miliardów dolarów zadośćuczynienia. Inaczej mamy być szkalowani i poniżani jako naród na tle międzynarodowym. Sytuacja ta jest absurdalna. Rząd Polski powinien albo nie przejmować się w ogóle tą organizacją, albo wysłać do niej list z informacją, iż jej żądania są istnym absurdem na kółkach.
Dlaczego? Zwroty majątków w przypadku osób narodowości żydowskiej dotyczą góra 70 tysięcy osób. W ramach reprywatyzacyjnej winno się tak zrobić. Przyjąć należy tutaj bezwzględne kryterium własności - wszystkich, których ustrój komunistyczny wywłaszczył po 1946 mają mienie odzyskać, niezależnie od przynależności etnicznej. Moim zdaniem zwroty powinny odbywać się w naturze. Do tego państwo powinno utworzyć fundusz reprywatyzacyjny, który zajmowałby się wypłacaniem odszkodowań. Pieniądze z tego funduszu przekazywane poszkodowanym przez reżim komunistyczny powinny pochodzić od kar spłacanych przez członków PZPR, ZSL i SD w rocznej racie np. 10 tysięcy złotych aż do ich śmierci. Oni są za nacjonalizację i kolektywizację bezpośrednio odpowiedzialni. A zaznaczam, że komunistyczni aparatczycy mają z czego...
Poza tym Jewish World Congress to są Żydzi sefardyjscy. Na ziemiach polskich żyli natomiast Aszkenazyjczycy. Ci ostatni byli pogardzani przez Sefardyjczyków i uważani za ludzi niższego sortu w narodzie żydowskim. Tak było przed wojną. Israel Gutman napisał swego czasu, iż znaczna część narodu żydowskiego to zwykła hołota. Żydzi sefardyjscy również nic nie zrobili, żeby ratować przedstawicieli swojej nacji zabijanych w obozach zagłady. Więcej, część z nich nawet do ataku na Pearl Harbor robiła z Hitlerem i nazistami interesy. Również na masowej zagładzie swoich ziomków. Później nic nie dały, ani raport Pileckiego, ani samobójcza śmierć Szmula Zygielbojma. Można nawet dojść do wniosku, że Żydzi sefardyjscy potraktowali Holocaust jako formę negatywnej eugeniki w najgorszej wersji postulowanej przez Madisona Granta, czyli eksterminację ludzi uznanych za niezdatnych. Zwróciła na to uwagę Hannah Arendt - skądinąd Żydówka - w książce Eichmann w Jerozolimie. Określiła tam Szoah jako morderstwo Kainowe, które na zawsze odbije się cieniem w historii narodu żydowskiego.
A co się dzieje obecnie? Ci Sefardyjczycy, którzy nie kiwnęli palcem w bucie, aby ratować swoich rodaków, domagają się odszkodowań o horrendalnej wielkości. Zostało to określone przez Normana Filkensteina jako przedsiębiorstwo Holocaust. A teraz spójrzmy na to wszystko. Ci Żydzi w USA z pomordowanymi nie mają nic wspólnego poza przynależnością etniczną. Nic nie zrobili, żeby ich ratować. A teraz domagają się pieniędzy... Czy takie zarabianie na śmierci milionów ludzi nie jest najniższego lotu nekrofilią?
Samo żądanie odszkodowań (od nas chcą 65 miliardów dolarów) jest absurdalne. Chyba, że przyjmiemy kolektywną regułą dziedziczności majątku w narodzie. Możemy przy tej okazji wykonać eksperyment myślowy, który wykaże nonsensowność takiego kolektywistycznego dziedziczenia. Wyobraźmy się, że zmarł bezpotomnie Polak zamieszkały na przykład w Argentynie. Teraz wyobraźmy sobie, co byłoby, gdyby jakaś organizacja polonijna na przykład z Australii albo USA, zażądała tego majątku. Rząd Argentyny powiedziałby "nie"; w końcu majątek przeszedłby na tamtejszy skarb państwa. To dlaczego Żydów mamy traktować według jakiś odrębnych reguł i traktować całą nację jak jeden superorganizm?
Zwykła logika nakazuje odmówić żydowskim organizacjom płacenia jakichkolwiek roszczeń przezeń wysuwanych. Rząd Polski, jeżeli jest rozsądny, a nie zadżumiony polityczną poprawnością czy filosemityzmem, powinien odmówić.
Są jednak absurdy dla nas o wiele bardziej niebezpieczne. Od 1996 roku organizacja o nazwie JWC domaga się od nas 65 miliardów dolarów zadośćuczynienia. Inaczej mamy być szkalowani i poniżani jako naród na tle międzynarodowym. Sytuacja ta jest absurdalna. Rząd Polski powinien albo nie przejmować się w ogóle tą organizacją, albo wysłać do niej list z informacją, iż jej żądania są istnym absurdem na kółkach.
Dlaczego? Zwroty majątków w przypadku osób narodowości żydowskiej dotyczą góra 70 tysięcy osób. W ramach reprywatyzacyjnej winno się tak zrobić. Przyjąć należy tutaj bezwzględne kryterium własności - wszystkich, których ustrój komunistyczny wywłaszczył po 1946 mają mienie odzyskać, niezależnie od przynależności etnicznej. Moim zdaniem zwroty powinny odbywać się w naturze. Do tego państwo powinno utworzyć fundusz reprywatyzacyjny, który zajmowałby się wypłacaniem odszkodowań. Pieniądze z tego funduszu przekazywane poszkodowanym przez reżim komunistyczny powinny pochodzić od kar spłacanych przez członków PZPR, ZSL i SD w rocznej racie np. 10 tysięcy złotych aż do ich śmierci. Oni są za nacjonalizację i kolektywizację bezpośrednio odpowiedzialni. A zaznaczam, że komunistyczni aparatczycy mają z czego...
Poza tym Jewish World Congress to są Żydzi sefardyjscy. Na ziemiach polskich żyli natomiast Aszkenazyjczycy. Ci ostatni byli pogardzani przez Sefardyjczyków i uważani za ludzi niższego sortu w narodzie żydowskim. Tak było przed wojną. Israel Gutman napisał swego czasu, iż znaczna część narodu żydowskiego to zwykła hołota. Żydzi sefardyjscy również nic nie zrobili, żeby ratować przedstawicieli swojej nacji zabijanych w obozach zagłady. Więcej, część z nich nawet do ataku na Pearl Harbor robiła z Hitlerem i nazistami interesy. Również na masowej zagładzie swoich ziomków. Później nic nie dały, ani raport Pileckiego, ani samobójcza śmierć Szmula Zygielbojma. Można nawet dojść do wniosku, że Żydzi sefardyjscy potraktowali Holocaust jako formę negatywnej eugeniki w najgorszej wersji postulowanej przez Madisona Granta, czyli eksterminację ludzi uznanych za niezdatnych. Zwróciła na to uwagę Hannah Arendt - skądinąd Żydówka - w książce Eichmann w Jerozolimie. Określiła tam Szoah jako morderstwo Kainowe, które na zawsze odbije się cieniem w historii narodu żydowskiego.
A co się dzieje obecnie? Ci Sefardyjczycy, którzy nie kiwnęli palcem w bucie, aby ratować swoich rodaków, domagają się odszkodowań o horrendalnej wielkości. Zostało to określone przez Normana Filkensteina jako przedsiębiorstwo Holocaust. A teraz spójrzmy na to wszystko. Ci Żydzi w USA z pomordowanymi nie mają nic wspólnego poza przynależnością etniczną. Nic nie zrobili, żeby ich ratować. A teraz domagają się pieniędzy... Czy takie zarabianie na śmierci milionów ludzi nie jest najniższego lotu nekrofilią?
Samo żądanie odszkodowań (od nas chcą 65 miliardów dolarów) jest absurdalne. Chyba, że przyjmiemy kolektywną regułą dziedziczności majątku w narodzie. Możemy przy tej okazji wykonać eksperyment myślowy, który wykaże nonsensowność takiego kolektywistycznego dziedziczenia. Wyobraźmy się, że zmarł bezpotomnie Polak zamieszkały na przykład w Argentynie. Teraz wyobraźmy sobie, co byłoby, gdyby jakaś organizacja polonijna na przykład z Australii albo USA, zażądała tego majątku. Rząd Argentyny powiedziałby "nie"; w końcu majątek przeszedłby na tamtejszy skarb państwa. To dlaczego Żydów mamy traktować według jakiś odrębnych reguł i traktować całą nację jak jeden superorganizm?
Zwykła logika nakazuje odmówić żydowskim organizacjom płacenia jakichkolwiek roszczeń przezeń wysuwanych. Rząd Polski, jeżeli jest rozsądny, a nie zadżumiony polityczną poprawnością czy filosemityzmem, powinien odmówić.
Etykiety:
absurd na kółkach,
Holocaust,
JWC,
reprywatyzacja,
Żydzi
piątek, 5 czerwca 2009
Jaka konstrukcja państwa?
Przy okazji dyskusji pod moim wcześniej artykułem LPR - jeśli nie skrajna prawica, to co? przewinęło się szereg istotnych wątków. Nie chodzi tutaj już o zależności między Rosją i Chinami czy inne aspekty polityki międzynarodowej. Mianowicie rozpocząłem dyskusję z Kukim i Katarzyną dotyczącą systemu ekonomicznego, jaki powinien panować w państwie; co powinno być prywatne, a co państwowe, czy też jaki powinien być zakres wspólnego dobra. Ergo: postawione zostały pytania dotyczące tego, jaka ma być konstrukcja państwa. W związku z tym poczułem się zobligowany do wyjaśnienia pewnych kwestii z tym związanych celem wyjaśnienia wszystkich niejasności.
Zacznijmy od tego, jakie mamy wykładnie państwa. Obecnie bardzo popularna jest socjalistyczna, czyli tzw. państwo opiekuńcze lub - jak kto woli - anglosaski termin welfare state. Zakłada ona, że państwo ma się zajmować nie tylko celami bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, ale również ma ludzi ubezpieczać, leczyć, edukować, regulować stosunki pracy (np. wprowadzając kodeks pracy, BHP, prawo przeciwpożarowe, płacę minimalną). Państwo takie również ingeruje w gospodarkę na szereg sposobów - przedsiębiorstwa państwowe stanowią często znaczną część sektora publicznego (w tym państwowe monopole), mamy do czynienia z wysokimi podatkami (z czegoś w końcu całą tą maszynerię trzeba utrzymać), tak samo mamy do czynienia z wysokimi taryfami celnymi, szeregiem pozwoleń na nawet najbardziej drobną działalność, rozmnożonymi do nieprawdopodobnej ilości koncesjami i licencjami.
Inną wykładnią jest konserwatywna. Tutaj mamy założenie, że państwo ma się zajmować bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym. Zatem będzie głównie inwestowało w działalność armii, policji, służb wywiadowczych, sądów, częściowo również więzień. W tym tekście będę bronił konserwatywnej wykładni państwa. Nie chcę być bowiem oskarżany o anarchizm - a swojego czasu to padło. To, co niżej będzie opisane, to poglądy konserwatywne sensu stricto na temat zakresu działalności państwa.
Mamy armię, policję, służby wywiadowcze, sądy, w pewnym stopniu więziennictwo. Dopuścić tutaj można również pewne podmioty prywatne. Przecież mamy różne agencje ochrony czy prywatnych detektywów. Dodam, że osoba zgłaszająca taką działalność powinna uzyskać licencję w urzędzie gminy. Również powinny móc istnieć - obok państwowych - prywatne sądy. Obecnie istnieją sądy arbitrażowe, które mają zadanie rozpatrywać sprawy między różnymi firmami. Nie widzę przy tej okazji żadnych przeciwwskazań, żeby osoba fizyczna mogła podpisać umowę z takim sądem, przed którym następnie broniłaby swoich interesów.
Poza bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym państwo powinno dbać o infrastrukturę drogową,kolejową, kanałami żeglugowymi. Tutaj należy dokonać pewnej decentralizacji. Władza centralna winna dbać o utrzymanie dobrego stanu połączeń komunikacyjnych pomiędzy największymi miastami w państwie. Pomniejszymi niech zajmują się samorządy. W końcu to one będą lepiej wiedzieć, czy załatać dziurę w Pcimiu Dolnym, czy też nie. Lepiej też znają swoje potrzeby w tym zakresie: czy w danym miejscu powinna istnieć droga, jeżeli tak, to jaka itd. Do tego należałoby dopuścić również firmy prywatne. Nie widzę osobiście nic złego w istnieniu prywatnych autostrad, tak samo nie widziałbym, gdyby jakiś podmiot zdecydował się wybudować kanał żeglugowy, za korzystanie z którego pobierałby opłaty. Akurat na budowę dróg czy kanałów przez podmioty prywatne powinna być koncesja.
Uważam również, że państwo powinno się wycofać z gospodarki (z pewnym wyjątkiem, o którym niżej). Przedsiębiorstwa państwowe czy samorządowe powinny ulec prywatyzacji. Część z nich przyczynia się do zadłużania państwa. LOT przyniósł na przykład 1 miliard strat w ostatnim roku, a Kompania Węglowa ćwierć miliarda. Jedynym rozsądnym wyjściem z tego wszystkiego z punktu widzenia rachunku ekonomicznego wydaje się prywatyzacja. Państwo nie powinno być manufakturą jak w komunizmie wojennym czy jakimkolwiek innym autarkicznym systemie gospodarczym (jak chociażby faszyzm). Jaki powinien być tutaj wyjątek. Państwo powinno utrzymać produkcję zbrojeniową oraz bawić się w energetykę atomową (pozwala to uzyskać w niedługim czasie bombę atomową, zatem znacznie lepszą pozycję w polityce międzynarodowej). Jak wyżej zaznaczyłem - wszystko inne np. górnictwo, sieci elektroenergetyczne, przewozy kolejowe, transport miejski, gorzelnie, porty morskie, linie lotnicze, giełda itd. - powinno pójść pod młotek.
Jaki powinien być zakres regulacji gospodarki przez państwo? Wszelkich licencji, pozwoleń, koncesji nie powinno być ponad 300 jak obecnie. Zostawić się powinno je poza działalnościami wymienionymi wyżej: na produkcję zbrojeniową, sprzedaż broni, wydobycie surowców mineralnych, energetykę, kontrola jakości żywności i leków, produkcja leków narkotycznych i/lub psychotropowych. Jeżeli chodzi o ten ostatni przypadek, nie widzę bowiem powodu, żeby państwo miało regulować obrót na przykład witaminą C czy środkami homeopatycznymi jak jakieś Oscillococillum. Cała reszta działalności powinna podlegać jedynie rejestracji. Państwo powinno zlikwidować również płacę minimalną, dopłaty do rolnictwa, skupy interwencyjne, przepisy antymonopolowe i antydumpingowe, taryfy celne. Wyjaśniłem część z tych problemów w tekście Mit wielkich korporacji.
Co do regulacji, mamy jeszcze takie kwestie jak na przykład Sanepid. Uważam, że powinien zostać sprywatyzowany i zastąpiony przez szereg konkurujących ze sobą prywatnych podmiotów. Wówczas skończyłoby się na przykład zwalczanie małych rodzinnych firm zajmujących się na przykład produkcją wędlin. Jeżeli jesteśmy przy tym punkcie, zlikwidowane również powinny zostać PIP i PIH. Człowiek powinien patrzeć na to, w jakim miejscu się zatrudnia, czy wszystko może w jednej chwili spłonąć albo zawalić się, czy uważa, że w danym miejscu będzie bezpieczny. Jeśli chodzi o PIH, to wystarczyłby przepis o możliwości zwrotu wybrakowanego towaru do miejsca zakupu - i po co żywić bandę biurokratów. Zlikwidować należy również prawo budowlane i uprościć geologiczne.
Dochodzimy teraz do następnych elementów państwa opiekuńczego. Rzecz będzie o ubezpieczeniach. Te należy całkowicie sprywatyzować i uczynić dobrowolnymi. Uważam, że nie wymagają one licencjonowania. Wystarczy podpisana umowa. Jeżeli jakiś Grobelny zabrałby wszystkie pieniądze i przepadł jak kamień w wodę, można by go pociągnąć do odpowiedzialności jak zwykłego złodzieja. To bez problemu rozwiązałoby sytuację. Szpitale również powinny zostać sprywatyzowane. W przypadku opieki społecznej - tym powinien zajmować się Kościół oraz fundacje. Zasiłki dla bezrobotnych również powinny zostać zniesione: dawanie ludziom pieniędzy od tak jest bowiem demoralizujące.
Mamy tutaj jeszcze jeden z głównych punktów zapalnych, o którym się bardzo często mówi. Chodzi tutaj o edukację. Jak to powinno zostać rozwiązane wyjaśniłem we wcześniejszym tekście Organizacja szkolnictwa. Państwo powinno tylko weryfikować ukończone etapy edukacji, a niczym więcej się w tej dziedzinie nie zajmować. Zniesiony również powinien być obowiązek szkolny, o czym pisałem już wielokrotnie. Przy tej okazji: skończyć się powinno z zasadą, że na wszystko trzeba mieć papier. Skąd wiemy, czy na przykład zdolny amator nie będzie lepszy w danej dziedzinie niż człowiek posiadający dyplom?
Państwo powinno się zajmować jeszcze ochroną środowiska. Nie chodzi tutaj o zwalczanie efektu cieplarnianego, czy tego typu rzeczy. Ochrona środowiska powinna być racjonalna - na przykład ustalanie listy gatunków chronionych oraz limitów odstrzału czy też ustalanie granic obszarów chronionych.
Jakie powinny być podatki? Żeby utrzymać taki mechanizm państwowy wystarczyłyby naprawdę minimalne. Zrezygnować można by z dochodowego, akcyzowych, Belki oraz szeregu podatków regionalnych. Wystarczyłoby pogłówne dzielone między państwo, gminę a województwo oraz podatek pośredni w wysokości 5-7%. Uprościć można by rozliczenia podatkowe - płacenie czekiem albo gotówką, zamiast różnych dziwnych formularzy. Podnieść się powinno kary za niepłacenie tych prostych i klarownych taksów. Jeżeli w jakiejś gminie czy województwie samorząd dostrzegłby ważny cel - miałby prawo wprowadzenie dodatkowego podatku, jeżeli ten zostałby przegłosowany w lokalnym referendum.
Pozostaje jeszcze kwestia, ile miałoby być ministerstw. Moim zdaniem wystarczyłoby sześć, a konkretnie: Obrony Narodowej, Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnętrznych, Sprawiedliwości, Finansów, Ochrony Środowiska i Gospodarowania Terenem. Po co bowiem więcej? Obok tego powinny zostać utworzone Korpus Służby Cywilnej czy Korpus Dyplomatów. Urzędników powinno być bowiem jak najmniej, nie pochodzących z politycznych nominacji, ale za to znających się na rzeczy.
Państwo według konserwatyzmu nie może być spuchnięte do nieprawdopodobnych rozmiarów, żeby było jednocześnie manufakturą czy zakładem opiekuńczym. Ma ono być bowiem proste, twarde i skuteczne. Jeżeli Kuki i Katarzyna oczekiwali wyjaśnienia, to je otrzymali.
Zacznijmy od tego, jakie mamy wykładnie państwa. Obecnie bardzo popularna jest socjalistyczna, czyli tzw. państwo opiekuńcze lub - jak kto woli - anglosaski termin welfare state. Zakłada ona, że państwo ma się zajmować nie tylko celami bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, ale również ma ludzi ubezpieczać, leczyć, edukować, regulować stosunki pracy (np. wprowadzając kodeks pracy, BHP, prawo przeciwpożarowe, płacę minimalną). Państwo takie również ingeruje w gospodarkę na szereg sposobów - przedsiębiorstwa państwowe stanowią często znaczną część sektora publicznego (w tym państwowe monopole), mamy do czynienia z wysokimi podatkami (z czegoś w końcu całą tą maszynerię trzeba utrzymać), tak samo mamy do czynienia z wysokimi taryfami celnymi, szeregiem pozwoleń na nawet najbardziej drobną działalność, rozmnożonymi do nieprawdopodobnej ilości koncesjami i licencjami.
Inną wykładnią jest konserwatywna. Tutaj mamy założenie, że państwo ma się zajmować bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym. Zatem będzie głównie inwestowało w działalność armii, policji, służb wywiadowczych, sądów, częściowo również więzień. W tym tekście będę bronił konserwatywnej wykładni państwa. Nie chcę być bowiem oskarżany o anarchizm - a swojego czasu to padło. To, co niżej będzie opisane, to poglądy konserwatywne sensu stricto na temat zakresu działalności państwa.
Mamy armię, policję, służby wywiadowcze, sądy, w pewnym stopniu więziennictwo. Dopuścić tutaj można również pewne podmioty prywatne. Przecież mamy różne agencje ochrony czy prywatnych detektywów. Dodam, że osoba zgłaszająca taką działalność powinna uzyskać licencję w urzędzie gminy. Również powinny móc istnieć - obok państwowych - prywatne sądy. Obecnie istnieją sądy arbitrażowe, które mają zadanie rozpatrywać sprawy między różnymi firmami. Nie widzę przy tej okazji żadnych przeciwwskazań, żeby osoba fizyczna mogła podpisać umowę z takim sądem, przed którym następnie broniłaby swoich interesów.
Poza bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym państwo powinno dbać o infrastrukturę drogową,kolejową, kanałami żeglugowymi. Tutaj należy dokonać pewnej decentralizacji. Władza centralna winna dbać o utrzymanie dobrego stanu połączeń komunikacyjnych pomiędzy największymi miastami w państwie. Pomniejszymi niech zajmują się samorządy. W końcu to one będą lepiej wiedzieć, czy załatać dziurę w Pcimiu Dolnym, czy też nie. Lepiej też znają swoje potrzeby w tym zakresie: czy w danym miejscu powinna istnieć droga, jeżeli tak, to jaka itd. Do tego należałoby dopuścić również firmy prywatne. Nie widzę osobiście nic złego w istnieniu prywatnych autostrad, tak samo nie widziałbym, gdyby jakiś podmiot zdecydował się wybudować kanał żeglugowy, za korzystanie z którego pobierałby opłaty. Akurat na budowę dróg czy kanałów przez podmioty prywatne powinna być koncesja.
Uważam również, że państwo powinno się wycofać z gospodarki (z pewnym wyjątkiem, o którym niżej). Przedsiębiorstwa państwowe czy samorządowe powinny ulec prywatyzacji. Część z nich przyczynia się do zadłużania państwa. LOT przyniósł na przykład 1 miliard strat w ostatnim roku, a Kompania Węglowa ćwierć miliarda. Jedynym rozsądnym wyjściem z tego wszystkiego z punktu widzenia rachunku ekonomicznego wydaje się prywatyzacja. Państwo nie powinno być manufakturą jak w komunizmie wojennym czy jakimkolwiek innym autarkicznym systemie gospodarczym (jak chociażby faszyzm). Jaki powinien być tutaj wyjątek. Państwo powinno utrzymać produkcję zbrojeniową oraz bawić się w energetykę atomową (pozwala to uzyskać w niedługim czasie bombę atomową, zatem znacznie lepszą pozycję w polityce międzynarodowej). Jak wyżej zaznaczyłem - wszystko inne np. górnictwo, sieci elektroenergetyczne, przewozy kolejowe, transport miejski, gorzelnie, porty morskie, linie lotnicze, giełda itd. - powinno pójść pod młotek.
Jaki powinien być zakres regulacji gospodarki przez państwo? Wszelkich licencji, pozwoleń, koncesji nie powinno być ponad 300 jak obecnie. Zostawić się powinno je poza działalnościami wymienionymi wyżej: na produkcję zbrojeniową, sprzedaż broni, wydobycie surowców mineralnych, energetykę, kontrola jakości żywności i leków, produkcja leków narkotycznych i/lub psychotropowych. Jeżeli chodzi o ten ostatni przypadek, nie widzę bowiem powodu, żeby państwo miało regulować obrót na przykład witaminą C czy środkami homeopatycznymi jak jakieś Oscillococillum. Cała reszta działalności powinna podlegać jedynie rejestracji. Państwo powinno zlikwidować również płacę minimalną, dopłaty do rolnictwa, skupy interwencyjne, przepisy antymonopolowe i antydumpingowe, taryfy celne. Wyjaśniłem część z tych problemów w tekście Mit wielkich korporacji.
Co do regulacji, mamy jeszcze takie kwestie jak na przykład Sanepid. Uważam, że powinien zostać sprywatyzowany i zastąpiony przez szereg konkurujących ze sobą prywatnych podmiotów. Wówczas skończyłoby się na przykład zwalczanie małych rodzinnych firm zajmujących się na przykład produkcją wędlin. Jeżeli jesteśmy przy tym punkcie, zlikwidowane również powinny zostać PIP i PIH. Człowiek powinien patrzeć na to, w jakim miejscu się zatrudnia, czy wszystko może w jednej chwili spłonąć albo zawalić się, czy uważa, że w danym miejscu będzie bezpieczny. Jeśli chodzi o PIH, to wystarczyłby przepis o możliwości zwrotu wybrakowanego towaru do miejsca zakupu - i po co żywić bandę biurokratów. Zlikwidować należy również prawo budowlane i uprościć geologiczne.
Dochodzimy teraz do następnych elementów państwa opiekuńczego. Rzecz będzie o ubezpieczeniach. Te należy całkowicie sprywatyzować i uczynić dobrowolnymi. Uważam, że nie wymagają one licencjonowania. Wystarczy podpisana umowa. Jeżeli jakiś Grobelny zabrałby wszystkie pieniądze i przepadł jak kamień w wodę, można by go pociągnąć do odpowiedzialności jak zwykłego złodzieja. To bez problemu rozwiązałoby sytuację. Szpitale również powinny zostać sprywatyzowane. W przypadku opieki społecznej - tym powinien zajmować się Kościół oraz fundacje. Zasiłki dla bezrobotnych również powinny zostać zniesione: dawanie ludziom pieniędzy od tak jest bowiem demoralizujące.
Mamy tutaj jeszcze jeden z głównych punktów zapalnych, o którym się bardzo często mówi. Chodzi tutaj o edukację. Jak to powinno zostać rozwiązane wyjaśniłem we wcześniejszym tekście Organizacja szkolnictwa. Państwo powinno tylko weryfikować ukończone etapy edukacji, a niczym więcej się w tej dziedzinie nie zajmować. Zniesiony również powinien być obowiązek szkolny, o czym pisałem już wielokrotnie. Przy tej okazji: skończyć się powinno z zasadą, że na wszystko trzeba mieć papier. Skąd wiemy, czy na przykład zdolny amator nie będzie lepszy w danej dziedzinie niż człowiek posiadający dyplom?
Państwo powinno się zajmować jeszcze ochroną środowiska. Nie chodzi tutaj o zwalczanie efektu cieplarnianego, czy tego typu rzeczy. Ochrona środowiska powinna być racjonalna - na przykład ustalanie listy gatunków chronionych oraz limitów odstrzału czy też ustalanie granic obszarów chronionych.
Jakie powinny być podatki? Żeby utrzymać taki mechanizm państwowy wystarczyłyby naprawdę minimalne. Zrezygnować można by z dochodowego, akcyzowych, Belki oraz szeregu podatków regionalnych. Wystarczyłoby pogłówne dzielone między państwo, gminę a województwo oraz podatek pośredni w wysokości 5-7%. Uprościć można by rozliczenia podatkowe - płacenie czekiem albo gotówką, zamiast różnych dziwnych formularzy. Podnieść się powinno kary za niepłacenie tych prostych i klarownych taksów. Jeżeli w jakiejś gminie czy województwie samorząd dostrzegłby ważny cel - miałby prawo wprowadzenie dodatkowego podatku, jeżeli ten zostałby przegłosowany w lokalnym referendum.
Pozostaje jeszcze kwestia, ile miałoby być ministerstw. Moim zdaniem wystarczyłoby sześć, a konkretnie: Obrony Narodowej, Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnętrznych, Sprawiedliwości, Finansów, Ochrony Środowiska i Gospodarowania Terenem. Po co bowiem więcej? Obok tego powinny zostać utworzone Korpus Służby Cywilnej czy Korpus Dyplomatów. Urzędników powinno być bowiem jak najmniej, nie pochodzących z politycznych nominacji, ale za to znających się na rzeczy.
Państwo według konserwatyzmu nie może być spuchnięte do nieprawdopodobnych rozmiarów, żeby było jednocześnie manufakturą czy zakładem opiekuńczym. Ma ono być bowiem proste, twarde i skuteczne. Jeżeli Kuki i Katarzyna oczekiwali wyjaśnienia, to je otrzymali.
Etykiety:
Katarzyna,
konserwatyzm,
Kuki,
socjalizm,
teoria państwa,
zoologiczna prawicowość
niedziela, 31 maja 2009
LPR - jeśli nie skrajna prawica, to co?
W mediach straszeni jesteśmy wizjami różnych kataklizmów. Mówią nam, że dzięki industrializacji klimat się ociepla; w wyniku tego woda ma zalać szereg obszarów przybrzeżnych oraz archipelagów, a dziesiątki milionów ludzi ma szukać miejsca do życiu. Czasem co poniektórzy straszą nas wizją zlodowacenia - Golfsztrom ma wytracić swoją termikę, a w Europie ma się zrobić klimat zbliżony do tego na Alasce. W tym kontekście jest też poruszana również kwestia odwrócenia się biegunów magnetycznych na kuli ziemskiej. Różne indywidua uważają, że w związku z tym dojdzie do masowego wymierania lub wręcz upadku cywilizacji. Dziwne, że jakoś badania magnetyzmu w starszych epokach geologicznych wykazały brak korelacji zmian pola magnetycznego z wymieraniami... Największy problem w tym wszystkim, że ludzie w to wierzą i dają się wodzić jak marionetki.
Tak samo w mediach kreowane są inne potwory. Jednym z nich jest skrajna prawica. Osoba, której przypisze się poglądy z jakiś dziwnych pobudek ultraprawicowe, dostaje łatkę oszołoma. Dlaczego to są dziwne pobudki? Patrzy się z reguły tylko i wyłącznie na postulaty światopoglądowe. Zapomina się, że zarówno prawicowość jak i lewicowość to są całościowe wizje społeczeństwa. W Polsce w takiej medialnej klasyfikacji za skrajnie prawicowe uchodzą NOP i LPR. Tym pierwszym się nie będę w tym tekście zajmował. Na widelec postanowiłem wziąć sławetną Ligę Polskich Rodzin, która to miała być sztandarowym ultraprawicowym ugrupowaniem politycznym. Jak jest natomiast w rzeczywistości?
Nie będę dyskutował tutaj kwestii światopoglądowych, ponieważ do LPR pod tym względem mojej osobie dosyć blisko. Napisałem wyżej, iż prawicowość jest całościową wizją państwa i społeczeństwa. Poza światopoglądowym konserwatyzmem prawica powinna dążyć do jak najszerszej deetatyzacji - likwidacji niepotrzebnej biurokracji, prywatyzacji znacznej części sektora publicznego, obniżenia i uproszczenia podatków. Czy tak chciał LPR? Zdarzało im się mówić, że podatki należy obniżyć czy zlikwidować część urzędów. Obok tego pojawiała się wizja gospodarki, która stanowi wręcz zaprzeczenie tego, co oni mówią o fiskalizmie czy biurokracji.
Jest to autarkia. Oznacza to zaniechanie importu oraz w dużej mierze eksportu, a przy tej okazji skierowanie całej produkcji na rynek wewnętrzny. Przy okazji dochodzi protekcjonizm w postaci ceł zaporowych. Cel jest tutaj jasny: ochrona rodzimego rynku przed zagranicznymi towarami. Do czego to może doprowadzić? Owszem, niektórzy będą zadowoleni, że kupują rodzime towary. Brak konkurencji z zewnątrz doprowadzi do tego, że będą one z jednej strony bardzo drogie, a z drugiej miernej jakości. Po prostu krajowi producenci w takiej sytuacji zaczną wypuszczać buble, z tego powodu też nic im się nie stanie.
Dążenie do autarkii wiąże się również z innymi aspektami. Państwo w założeniu LPR ma być w pełni ekonomicznie niezależne od reszty świata. Co się z tym wiąże? Oczywiście siłą rzeczy rozbudowa sektora państwowego oraz nacjonalizacje. Europoseł z LPR, Maciej Giertych, swojego czasu postulował renacjonalizację banków w Polsce jako formę "walki" z kryzysem. W okresie rządów PiS Liga Polskich Rodzin wysuwała szereg postulatów unieważnienia prywatyzacji w sektorach bankowym, energetycznym i paliwowym. Tak samo pojawiały się projekty ustaw, które zezwoliłyby znacjonalizować przedsiębiorstwo, które zostałoby przez rząd uznane za strategiczne. LPR dążył również do tego, aby nigdy nie mogła zostać sprywatyzowana Polska Żegluga Morska po zawiązaniu sławetnej koalicji z PiS i Samoobroną. Wszystko póki co się trzyma kupy. Autarkiczne podejście LPR mogłoby doprowadzić do powstania szeregu państwowych monopoli. Z tym wiązałaby się, rzecz jasna, nacjonalizacja. Na pewno monopolizacja w rękach państwa dotyczyłaby sektora energetycznego, paliwowego, surowcowego (kopalnie, huty), telekomunikacyjnego, finansowego, chemii wielkoprzemysłowej oraz transportu i okrętownictwa. Na tego typu działalność, jak można przypuszczać, państwo miałoby wyłączność. A teraz wyobraźmy sobie skutek tego wszystkiego. Mielibyśmy znacznie droższy prąd, benzynę, krocie kosztowałyby również zwykłe połączenia telefoniczne. W wyniku tego prawdopodobnie nie dałoby się prowadzić u nas żadnej działalności gospodarczej.
Ciekawą rzeczą, jaką można zaobserwować u LPR, jest krytyka wielkich korporacji z punktu widzenia Nowej Lewicy czy Naomi Klein. Jeżeli się posłucha tego, co mówi o wielkim kapitale na przykład Polska Partia Pracy i porówna to z treściami niejednokrotnie głoszonymi przez Ligę Polskich Rodzin, to wychodzi na to, że to jedno i to samo. Nie będę po raz enty przypominać, że takie socjalistyczne partie jak LPR są bardzo lubiane przez ponadnarodowe korporacje (dopóki nie przychodzą ich oddziałów na terenie danego kraju znacjonalizować), ponieważ zapewniają im takie rzeczy jak cła zaporowe, dopłaty do eksportu oraz utrudnianie działalności drobniejszej konkurencji.
LPR sprzeciwia się również jakiejkolwiek prywatyzacji ubezpieczeń czy służby zdrowia. Tego typu postulaty nazywa darwinizmem społecznym lub neomaltuzjanizmem. Członkowie tej partii uważają, że to zaplanowana działalność na ludobójstwo i eugenikę. Tutaj również mamy do czynienia z retoryką wybitnie socjalistyczną oraz klasyczną argumentacją wyciągniętą z tego kuferka. Zwykle to lewica, gdy chce zdyskredytować prawicę sięga po argumenty ad Hitlerum. A tu mamy partię rzekomo skrajnie prawicową
Liga Polskich Rodzin twierdziła niejednokrotnie, że jest za obniżaniem podatków oraz redukcją etatów w państwowych urzędach. To jest wewnętrznie sprzeczne z całą resztą ich programu dotyczącego gospodarki i konstrukcji państwa. Aby kontrolować zmonopolizowane gałęzie gospodarki, należałoby wygenerować szereg nowych urzędów. Również po nacjonalizacji nie należałoby się spodziewać obniżenia podatków. Raczej one wzrosłyby, ponieważ państwo zmuszone byłoby utrzymywać szereg państwowych molochów, a to przecież pożerałyby mnóstwo pieniędzy. Powtórzyłby się proces z faszystowskich Włoch Mussoliniego po wejściu w fazę korporacjonistyczną.
LPR jest zatem obok Samoobrony i Polskiej Partii Pracy jednym z najbardziej etatystycznych ugrupowań istniejących w Polsce. Stanowi przy tej okazji podobnie jak NOP odłam narodowej lewicy. Paradoksalnie zatem, gdy Giertych senior mówi o dinozaurach żyjących razem z ludźmi kilka tysięcy lat temu nie powinni wstydzić się prawdziwi konserwatyści z krwi i kości. Kajać i zżymać się winni Napieralski z Olejniczakiem.
Tak samo w mediach kreowane są inne potwory. Jednym z nich jest skrajna prawica. Osoba, której przypisze się poglądy z jakiś dziwnych pobudek ultraprawicowe, dostaje łatkę oszołoma. Dlaczego to są dziwne pobudki? Patrzy się z reguły tylko i wyłącznie na postulaty światopoglądowe. Zapomina się, że zarówno prawicowość jak i lewicowość to są całościowe wizje społeczeństwa. W Polsce w takiej medialnej klasyfikacji za skrajnie prawicowe uchodzą NOP i LPR. Tym pierwszym się nie będę w tym tekście zajmował. Na widelec postanowiłem wziąć sławetną Ligę Polskich Rodzin, która to miała być sztandarowym ultraprawicowym ugrupowaniem politycznym. Jak jest natomiast w rzeczywistości?
Nie będę dyskutował tutaj kwestii światopoglądowych, ponieważ do LPR pod tym względem mojej osobie dosyć blisko. Napisałem wyżej, iż prawicowość jest całościową wizją państwa i społeczeństwa. Poza światopoglądowym konserwatyzmem prawica powinna dążyć do jak najszerszej deetatyzacji - likwidacji niepotrzebnej biurokracji, prywatyzacji znacznej części sektora publicznego, obniżenia i uproszczenia podatków. Czy tak chciał LPR? Zdarzało im się mówić, że podatki należy obniżyć czy zlikwidować część urzędów. Obok tego pojawiała się wizja gospodarki, która stanowi wręcz zaprzeczenie tego, co oni mówią o fiskalizmie czy biurokracji.
Jest to autarkia. Oznacza to zaniechanie importu oraz w dużej mierze eksportu, a przy tej okazji skierowanie całej produkcji na rynek wewnętrzny. Przy okazji dochodzi protekcjonizm w postaci ceł zaporowych. Cel jest tutaj jasny: ochrona rodzimego rynku przed zagranicznymi towarami. Do czego to może doprowadzić? Owszem, niektórzy będą zadowoleni, że kupują rodzime towary. Brak konkurencji z zewnątrz doprowadzi do tego, że będą one z jednej strony bardzo drogie, a z drugiej miernej jakości. Po prostu krajowi producenci w takiej sytuacji zaczną wypuszczać buble, z tego powodu też nic im się nie stanie.
Dążenie do autarkii wiąże się również z innymi aspektami. Państwo w założeniu LPR ma być w pełni ekonomicznie niezależne od reszty świata. Co się z tym wiąże? Oczywiście siłą rzeczy rozbudowa sektora państwowego oraz nacjonalizacje. Europoseł z LPR, Maciej Giertych, swojego czasu postulował renacjonalizację banków w Polsce jako formę "walki" z kryzysem. W okresie rządów PiS Liga Polskich Rodzin wysuwała szereg postulatów unieważnienia prywatyzacji w sektorach bankowym, energetycznym i paliwowym. Tak samo pojawiały się projekty ustaw, które zezwoliłyby znacjonalizować przedsiębiorstwo, które zostałoby przez rząd uznane za strategiczne. LPR dążył również do tego, aby nigdy nie mogła zostać sprywatyzowana Polska Żegluga Morska po zawiązaniu sławetnej koalicji z PiS i Samoobroną. Wszystko póki co się trzyma kupy. Autarkiczne podejście LPR mogłoby doprowadzić do powstania szeregu państwowych monopoli. Z tym wiązałaby się, rzecz jasna, nacjonalizacja. Na pewno monopolizacja w rękach państwa dotyczyłaby sektora energetycznego, paliwowego, surowcowego (kopalnie, huty), telekomunikacyjnego, finansowego, chemii wielkoprzemysłowej oraz transportu i okrętownictwa. Na tego typu działalność, jak można przypuszczać, państwo miałoby wyłączność. A teraz wyobraźmy sobie skutek tego wszystkiego. Mielibyśmy znacznie droższy prąd, benzynę, krocie kosztowałyby również zwykłe połączenia telefoniczne. W wyniku tego prawdopodobnie nie dałoby się prowadzić u nas żadnej działalności gospodarczej.
Ciekawą rzeczą, jaką można zaobserwować u LPR, jest krytyka wielkich korporacji z punktu widzenia Nowej Lewicy czy Naomi Klein. Jeżeli się posłucha tego, co mówi o wielkim kapitale na przykład Polska Partia Pracy i porówna to z treściami niejednokrotnie głoszonymi przez Ligę Polskich Rodzin, to wychodzi na to, że to jedno i to samo. Nie będę po raz enty przypominać, że takie socjalistyczne partie jak LPR są bardzo lubiane przez ponadnarodowe korporacje (dopóki nie przychodzą ich oddziałów na terenie danego kraju znacjonalizować), ponieważ zapewniają im takie rzeczy jak cła zaporowe, dopłaty do eksportu oraz utrudnianie działalności drobniejszej konkurencji.
LPR sprzeciwia się również jakiejkolwiek prywatyzacji ubezpieczeń czy służby zdrowia. Tego typu postulaty nazywa darwinizmem społecznym lub neomaltuzjanizmem. Członkowie tej partii uważają, że to zaplanowana działalność na ludobójstwo i eugenikę. Tutaj również mamy do czynienia z retoryką wybitnie socjalistyczną oraz klasyczną argumentacją wyciągniętą z tego kuferka. Zwykle to lewica, gdy chce zdyskredytować prawicę sięga po argumenty ad Hitlerum. A tu mamy partię rzekomo skrajnie prawicową
Liga Polskich Rodzin twierdziła niejednokrotnie, że jest za obniżaniem podatków oraz redukcją etatów w państwowych urzędach. To jest wewnętrznie sprzeczne z całą resztą ich programu dotyczącego gospodarki i konstrukcji państwa. Aby kontrolować zmonopolizowane gałęzie gospodarki, należałoby wygenerować szereg nowych urzędów. Również po nacjonalizacji nie należałoby się spodziewać obniżenia podatków. Raczej one wzrosłyby, ponieważ państwo zmuszone byłoby utrzymywać szereg państwowych molochów, a to przecież pożerałyby mnóstwo pieniędzy. Powtórzyłby się proces z faszystowskich Włoch Mussoliniego po wejściu w fazę korporacjonistyczną.
LPR jest zatem obok Samoobrony i Polskiej Partii Pracy jednym z najbardziej etatystycznych ugrupowań istniejących w Polsce. Stanowi przy tej okazji podobnie jak NOP odłam narodowej lewicy. Paradoksalnie zatem, gdy Giertych senior mówi o dinozaurach żyjących razem z ludźmi kilka tysięcy lat temu nie powinni wstydzić się prawdziwi konserwatyści z krwi i kości. Kajać i zżymać się winni Napieralski z Olejniczakiem.
Etykiety:
konserwatyzm,
lewica,
LPR,
ultraprawica,
zoologiczna prawicowość
wtorek, 26 maja 2009
Jak walczyć z AIDS?
Na początku lat osiemdziesiątych u grupki homoseksualistów w Los Angeles stwierdzono występowanie szeregu bardzo rzadkich schorzeń. Były to mięsak Kaposiego oraz zapalenie płuc wywoływane przez grzyba Pneumocystis jiroveci. Ten ostatni towarzyszy z reguły niedoborom odporności i jest bardzo rzadko stwierdzany, z reguły u pacjentów cierpiących na białaczki, chłoniaki lub otrzymujących leki immunosupresyjne. Mięsak Kaposiego - jak wyżej wspominałem - też jest bardzo rzadkim nowotworem. Wirusolodzy wyodrębnili następnie czynnik chorobotwórczy, który był w pewnym stopniu przyczyną wystąpienia wyżej wymienionych. Okazał się nim HIV. Wywoływane schorzenie określono mianem acquired immunodeficiency syndrome, czyli w skrócie AIDS.
Na tą chorobę do tej pory nie wynaleziono lekarstwa. Są stosowane pewne leki będące inhibitorami proteazy HIV oraz nukleozydowymi inhibitorami odwrotnej transkryptazy (dzięki temu enzymowi HIV może się niejako wbudować w genom zarażonego limfocytu T CD4+). Nie znana jest również szczepionka; o tej możemy póki co pomarzyć ze względu na duże tempo ewolucji wirusa. Nie ma co ukrywać, że to choroba śmiertelna. Terapia antyretrowirusowa jest w stanie przedłużyć życie zakażonego tym wirusem o kilkadziesiąt lat, jednakże nie jest w stanie go całkowicie wyleczyć, nie mówiąc już o powikłaniach czy wysokich kosztach leczenia. Co więc należy zrobić i jak z tą chorobą walczyć?
Wykonajmy najpierw taki prosty eksperyment myślowy. Na lotnisku przyleciał z Afryki człowiek, który nagle zaczął pluć krwią. Okazało się, że zapadł na gorączkę krwotoczną wywoływaną przez wirusy takie jak Lassa, Marburg czy Ebola (w każdym razie, któryś z tych przeze mnie wymienionych). No i co z nim zrobimy? Czy pozwolimy mu chodzić wśród zdrowych i zarażać, czy też go wyizolujemy od reszty społeczeństwa. Zaznaczyć należy, że gorączki krwotoczne mają bardzo wysoką śmiertelność. W przypadku Eboli może osiągać ona nawet 90%. Oczywistym rozwiązaniem wydaje się to drugie, ponieważ nie należy pozwolić, aby zaraza się szerzyła.
Teraz przenieśmy to na przykład HIV. Tutaj nie mamy śmiertelności rzędu kilkadziesiąt procent jak w przypadku wymienionych wyżej gorączek krwotocznych. W tym przypadku wiadomo, że zarażony umrze, tylko jest pytanie kiedy. Na zasadzie prostej indukcji dochodzimy do następującego wniosku. Jeżeli izolujemy chorych na choroby, u których śmiertelność wynosi kilkadziesiąt procent, to dlaczego nie robimy tego w przypadku zarażonych wirusem uśmiercającym wszystkich zarażonych? (Co prawda uśmierca pośrednio, do śmierci doprowadzają różne oportunistyczne zakażenia grzybicami, nietypowymi chorobami pierwotniakowymi wywoływanymi przez Microsporidia et cetera, co nie zmienia jednak takowego faktu). Dodam, że na bank izolowano by chorych na śpiączkę afrykańską - choć muchy tse-tse Glossina palpalis i Glossina morsitans oraz rezerwuary świdrowców Trypanosoma gambiense lub Trypanosoma rhodesiense u nas nie występują...
Tak więc, nie żadne prezerwatywy, których rozpowszechnianie prowadzi do uprawiania seksu z byle kim i byle gdzie dla samej mechanicznej czynności. Ponieważ ich skuteczność nie jest stuprocentowa, ponieważ kondom może się zsunąć lub pęknąć, a biorąc pod uwagę wzrost promiskuityzmu, ilość zarażeń raczej nie spadnie. Chorych na AIDS należy zwyczajnie od całej reszty społeczeństwa izolować. A wynika to ze stuprocentowej śmiertelności tego wirusa w perspektywie czasu. Również łatwo się roznosi. Co prawda, nie jest przenoszony przez komary, kleszcze, bąki i tego typu klasyczne owadzie wektory szeregu czynników chorobotwórczych i pasożytów, nie można się tym zarazić przez podanie ręki... ale można już na przykład zarazić się w salonie fryzjerskim, u dentysty - wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia nawet z bardzo drobnymi i/lub niedostrzegalnymi wręcz ilościami krwi ludzkiej. Możliwość roznoszenia się przez kontakty seksualne jest truizmem. Tak więc dlaczego nie izolować?
Zaraz odezwie się legion politycznie poprawnych, który stwierdzi, że jest to nieludzkie. Wrócić tutaj należy do początku. Czy człowiekowi zarażonemu na przykład gorączką krwotoczną pozwoliliby swobodnie poruszać się, a przy okazji zarażać dziesiątki, jeśli nie setki innych osób? Jestem w stanie przewidzieć ich odpowiedź. Brzmiałaby: "Nie, nie można na coś takiego pozwolić". Ale cóż, na AIDS spadło również dziwne odium politycznej poprawności, więc z tematem należy obchodzić się, jak z jajkiem. Swojego czasu, gdy JKM zaproponował podobne rozwiązanie, zaraz ściągnęło to gromy z jasnego nieba...
Można przewidzieć również pewien typ niemerytorycznej argumentacji, a mianowicie argumentum ad Hitlerum. Zaraz znajdzie się porównanie takich praktyk do działań nazistów. Dodam, że na mocy prawa Godwina taki argument powinien zakończyć dyskusję.
Poza izolacją, co należy czynić? Moim zdaniem za umyślne zarażenie wirusem HIV należy karać jak za morderstwo z premedytacją. Z punktu widzenia ostatecznych skutków niczym się to nie różni od na przykład pchnięcia nożem czy zastrzelenia - we wszystkich przypadkach kończy się to śmiercią. Adekwatna wobec takiego przewinienia byłaby zatem kara główna. Obok tego przeciwdziałać należy prostytucji i narkomanii; w końcu mało rzeczy sprzyja tak roznoszeniu się HIV jak wolny seks z kim popadnie oraz wielokrotne używanie tych samych strzykawek przez narkomanów. Tak samo punkty krwiodawstwa nie powinny przyjmować krwi od homoseksualistów jako grupy ryzyka.
Ciekawą sprawą jest również, dlaczego lewica wspiera wszystkie postulaty, dzięki którym AIDS się może tylko coraz bardziej panoszyć. Można tutaj dojść do dwóch wniosków. Pierwszy: może to rzeczywiście są idealiści, pięknoduchy, którym marzy się jakiś utopijny, lepszy świat od tego przezeń zastanego. Drugi jest bardziej przerażający. A może oni rzeczywiście pragną depopulacji?!
Na tą chorobę do tej pory nie wynaleziono lekarstwa. Są stosowane pewne leki będące inhibitorami proteazy HIV oraz nukleozydowymi inhibitorami odwrotnej transkryptazy (dzięki temu enzymowi HIV może się niejako wbudować w genom zarażonego limfocytu T CD4+). Nie znana jest również szczepionka; o tej możemy póki co pomarzyć ze względu na duże tempo ewolucji wirusa. Nie ma co ukrywać, że to choroba śmiertelna. Terapia antyretrowirusowa jest w stanie przedłużyć życie zakażonego tym wirusem o kilkadziesiąt lat, jednakże nie jest w stanie go całkowicie wyleczyć, nie mówiąc już o powikłaniach czy wysokich kosztach leczenia. Co więc należy zrobić i jak z tą chorobą walczyć?
Wykonajmy najpierw taki prosty eksperyment myślowy. Na lotnisku przyleciał z Afryki człowiek, który nagle zaczął pluć krwią. Okazało się, że zapadł na gorączkę krwotoczną wywoływaną przez wirusy takie jak Lassa, Marburg czy Ebola (w każdym razie, któryś z tych przeze mnie wymienionych). No i co z nim zrobimy? Czy pozwolimy mu chodzić wśród zdrowych i zarażać, czy też go wyizolujemy od reszty społeczeństwa. Zaznaczyć należy, że gorączki krwotoczne mają bardzo wysoką śmiertelność. W przypadku Eboli może osiągać ona nawet 90%. Oczywistym rozwiązaniem wydaje się to drugie, ponieważ nie należy pozwolić, aby zaraza się szerzyła.
Teraz przenieśmy to na przykład HIV. Tutaj nie mamy śmiertelności rzędu kilkadziesiąt procent jak w przypadku wymienionych wyżej gorączek krwotocznych. W tym przypadku wiadomo, że zarażony umrze, tylko jest pytanie kiedy. Na zasadzie prostej indukcji dochodzimy do następującego wniosku. Jeżeli izolujemy chorych na choroby, u których śmiertelność wynosi kilkadziesiąt procent, to dlaczego nie robimy tego w przypadku zarażonych wirusem uśmiercającym wszystkich zarażonych? (Co prawda uśmierca pośrednio, do śmierci doprowadzają różne oportunistyczne zakażenia grzybicami, nietypowymi chorobami pierwotniakowymi wywoływanymi przez Microsporidia et cetera, co nie zmienia jednak takowego faktu). Dodam, że na bank izolowano by chorych na śpiączkę afrykańską - choć muchy tse-tse Glossina palpalis i Glossina morsitans oraz rezerwuary świdrowców Trypanosoma gambiense lub Trypanosoma rhodesiense u nas nie występują...
Tak więc, nie żadne prezerwatywy, których rozpowszechnianie prowadzi do uprawiania seksu z byle kim i byle gdzie dla samej mechanicznej czynności. Ponieważ ich skuteczność nie jest stuprocentowa, ponieważ kondom może się zsunąć lub pęknąć, a biorąc pod uwagę wzrost promiskuityzmu, ilość zarażeń raczej nie spadnie. Chorych na AIDS należy zwyczajnie od całej reszty społeczeństwa izolować. A wynika to ze stuprocentowej śmiertelności tego wirusa w perspektywie czasu. Również łatwo się roznosi. Co prawda, nie jest przenoszony przez komary, kleszcze, bąki i tego typu klasyczne owadzie wektory szeregu czynników chorobotwórczych i pasożytów, nie można się tym zarazić przez podanie ręki... ale można już na przykład zarazić się w salonie fryzjerskim, u dentysty - wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia nawet z bardzo drobnymi i/lub niedostrzegalnymi wręcz ilościami krwi ludzkiej. Możliwość roznoszenia się przez kontakty seksualne jest truizmem. Tak więc dlaczego nie izolować?
Zaraz odezwie się legion politycznie poprawnych, który stwierdzi, że jest to nieludzkie. Wrócić tutaj należy do początku. Czy człowiekowi zarażonemu na przykład gorączką krwotoczną pozwoliliby swobodnie poruszać się, a przy okazji zarażać dziesiątki, jeśli nie setki innych osób? Jestem w stanie przewidzieć ich odpowiedź. Brzmiałaby: "Nie, nie można na coś takiego pozwolić". Ale cóż, na AIDS spadło również dziwne odium politycznej poprawności, więc z tematem należy obchodzić się, jak z jajkiem. Swojego czasu, gdy JKM zaproponował podobne rozwiązanie, zaraz ściągnęło to gromy z jasnego nieba...
Można przewidzieć również pewien typ niemerytorycznej argumentacji, a mianowicie argumentum ad Hitlerum. Zaraz znajdzie się porównanie takich praktyk do działań nazistów. Dodam, że na mocy prawa Godwina taki argument powinien zakończyć dyskusję.
Poza izolacją, co należy czynić? Moim zdaniem za umyślne zarażenie wirusem HIV należy karać jak za morderstwo z premedytacją. Z punktu widzenia ostatecznych skutków niczym się to nie różni od na przykład pchnięcia nożem czy zastrzelenia - we wszystkich przypadkach kończy się to śmiercią. Adekwatna wobec takiego przewinienia byłaby zatem kara główna. Obok tego przeciwdziałać należy prostytucji i narkomanii; w końcu mało rzeczy sprzyja tak roznoszeniu się HIV jak wolny seks z kim popadnie oraz wielokrotne używanie tych samych strzykawek przez narkomanów. Tak samo punkty krwiodawstwa nie powinny przyjmować krwi od homoseksualistów jako grupy ryzyka.
Ciekawą sprawą jest również, dlaczego lewica wspiera wszystkie postulaty, dzięki którym AIDS się może tylko coraz bardziej panoszyć. Można tutaj dojść do dwóch wniosków. Pierwszy: może to rzeczywiście są idealiści, pięknoduchy, którym marzy się jakiś utopijny, lepszy świat od tego przezeń zastanego. Drugi jest bardziej przerażający. A może oni rzeczywiście pragną depopulacji?!
Etykiety:
AIDS,
choroby,
HIV,
homoseksualizm,
konserwatyzm,
polityczna poprawność,
zoologiczna prawicowość
niedziela, 24 maja 2009
Szambo, perfumeria i dlaczego odchodzę z Niepoprawnych?
Po przejściach ostatnich kilku dni jestem zmuszony wycofać się z Niepoprawnych. Zaraz pewnie wszyscy będą zastanawiali się, a dlaczego, co mi się takiego stało?
To, że nikt nie czyta moich wypocin, wcale nie wywołuje mojego wielkiego zdziwienia. Nie mam ambicji bycia opiniotwórczym bloggerem, którego wypowiedzi spędzają sen z powiek politykom. Nie zajmuję się poza tym tzw. bieżączką, tylko dyskutowaniem na poziomie doktryn oraz walką z różnymi faktoidami powielanymi przez naszych ideologicznych przeciwników.
Za konserwatystów przebierają się w naszym kraju ludzie niejednokrotnie różniący się od SLD czy Polskiej Partii Pracy tylko i wyłącznie nienawiścią w stosunku do Michnika i środowiska "Koszernej" oraz chodzeniem do kościoła. Cała reszta ich postulatów jest natomiast lewicowa. To jestem w stanie ścierpieć, no i z takimi ludźmi się jednoczyć celem walki o postulaty natury światopoglądowej, próbując ich emancypować z mniejszym lub większym rezultatem w stronę wolnego rynku.
Nie jestem w stanie ścierpieć innej rzeczy. Jak pod płaszczykiem konserwatyzmu broni się pseudonaukę. Antropogenicznego pochodzenia globalnego ocieplenia, czegoś takiego jak "orientacje" seksualne, ekofaszyzmu, gender studies itd. nie uważam za prawdziwe; uważam to za wytwór ideologii, no i jestem to na gruncie biologii, geologii, antropologii czy nauk behawioralnych wykazać ich błędność. Zdarzało się mnie o tym już wcześniej pisać. Są jednakże pseudonauki na poziomie ufologii i danikenowskiej paleostranautyki, które plugawią elitarną ideologię konserwatyzmu i narażają ją na śmieszność. Nie będę wymieniać ich z nazwy, ponieważ wszyscy bardzo dobrze wiedzą, o co chodzi. Dyskutowanie z ich wyznawcami to perły przed wieprze, ponieważ nie rozumieją podstawowych faktów.
Ciekaw jestem zatem, kiedy to na Niepoprawnych zalęgną się na przykład ufolodzy. Czy będziemy zmuszeni dyskutować o Szarakach i/lub Reptilach? A może przyjdą tutaj wyznawcy Danikena... czy wówczas zaistnieje potrzeba mówienia, że Grobla Olbrzyma to efekt ciosu termicznego, a nie budowla kosmitów? Wyznawców tego typu dziwaczności już mamy. Ja osobiście nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Ich wypowiedzi zostaną potem przytoczone przez lewactwo jako reprezentatywne dla całego środowiska prawicy. Lewica kategorii jednostkowych bowiem nie zna i nie jest w stanie spostrzec, że to czyjaś pojedyncza przypadłość. Tego typu wypowiedzi zostaną następnie wykorzystane w celu ośmieszenia i dyskredytacji naszych poglądów; a przy okazji nas wszystkich.
Z tego powodu jestem zmuszony opuścić Niepoprawnych. Może to sprawi paru osobom przykrość, ale szambo od perfumerii trzeba umieć odróżnić.
Do administracji: proszę wyłączyć agregację mojego bloga. W razie czego wiadomo, gdzie mnie szukać.
Pozostaje pozdrowić mi na zakończenie pozdrowić wszystkich moich Czytelników.
To, że nikt nie czyta moich wypocin, wcale nie wywołuje mojego wielkiego zdziwienia. Nie mam ambicji bycia opiniotwórczym bloggerem, którego wypowiedzi spędzają sen z powiek politykom. Nie zajmuję się poza tym tzw. bieżączką, tylko dyskutowaniem na poziomie doktryn oraz walką z różnymi faktoidami powielanymi przez naszych ideologicznych przeciwników.
Za konserwatystów przebierają się w naszym kraju ludzie niejednokrotnie różniący się od SLD czy Polskiej Partii Pracy tylko i wyłącznie nienawiścią w stosunku do Michnika i środowiska "Koszernej" oraz chodzeniem do kościoła. Cała reszta ich postulatów jest natomiast lewicowa. To jestem w stanie ścierpieć, no i z takimi ludźmi się jednoczyć celem walki o postulaty natury światopoglądowej, próbując ich emancypować z mniejszym lub większym rezultatem w stronę wolnego rynku.
Nie jestem w stanie ścierpieć innej rzeczy. Jak pod płaszczykiem konserwatyzmu broni się pseudonaukę. Antropogenicznego pochodzenia globalnego ocieplenia, czegoś takiego jak "orientacje" seksualne, ekofaszyzmu, gender studies itd. nie uważam za prawdziwe; uważam to za wytwór ideologii, no i jestem to na gruncie biologii, geologii, antropologii czy nauk behawioralnych wykazać ich błędność. Zdarzało się mnie o tym już wcześniej pisać. Są jednakże pseudonauki na poziomie ufologii i danikenowskiej paleostranautyki, które plugawią elitarną ideologię konserwatyzmu i narażają ją na śmieszność. Nie będę wymieniać ich z nazwy, ponieważ wszyscy bardzo dobrze wiedzą, o co chodzi. Dyskutowanie z ich wyznawcami to perły przed wieprze, ponieważ nie rozumieją podstawowych faktów.
Ciekaw jestem zatem, kiedy to na Niepoprawnych zalęgną się na przykład ufolodzy. Czy będziemy zmuszeni dyskutować o Szarakach i/lub Reptilach? A może przyjdą tutaj wyznawcy Danikena... czy wówczas zaistnieje potrzeba mówienia, że Grobla Olbrzyma to efekt ciosu termicznego, a nie budowla kosmitów? Wyznawców tego typu dziwaczności już mamy. Ja osobiście nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Ich wypowiedzi zostaną potem przytoczone przez lewactwo jako reprezentatywne dla całego środowiska prawicy. Lewica kategorii jednostkowych bowiem nie zna i nie jest w stanie spostrzec, że to czyjaś pojedyncza przypadłość. Tego typu wypowiedzi zostaną następnie wykorzystane w celu ośmieszenia i dyskredytacji naszych poglądów; a przy okazji nas wszystkich.
Z tego powodu jestem zmuszony opuścić Niepoprawnych. Może to sprawi paru osobom przykrość, ale szambo od perfumerii trzeba umieć odróżnić.
Do administracji: proszę wyłączyć agregację mojego bloga. W razie czego wiadomo, gdzie mnie szukać.
Pozostaje pozdrowić mi na zakończenie pozdrowić wszystkich moich Czytelników.
Etykiety:
Kirker,
odejście,
pseudo-prawica,
pseudonauka,
szalbierze,
szambo
Subskrybuj:
Posty (Atom)





